wyświetlenia:

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łódź. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łódź. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 sierpnia 2023

Przekarmienie. Ślepy Maks i honor wojewody.

Bałuty przed wojną.

Ostatnio za dużo czytam. Czy można za dużo czytać? Czy można się przekarmić tłustymi pulpetami wiedzy, jak pisał Niziurski? Można. Już mi się wszystko ze wszystkim kojarzy, postaci znane skądinąd wyskakują jak diabełek z pudełka i wołają przewrotnie a kuku!

Opętuje mnie powoli historia miasta, to jest niebezpieczne, jak zaświadcza znany wydawca Jacek Kusiński, autor „Szalonego Miasta”, do którego jak szedł łódzką ulicą, to kamienice zaczynały przemawiać gazetowymi nagłówkami. On też przekarmił się tłustymi pulpetami wiedzy.

Rynek Bałucki przed wojną. Fot. Roman Wajnikonis 1926.

Ślepego Maksa na pewno kojarzycie, o ile tylko mieszkacie w Łodzi, a zwłaszcza, jeśli jesteście Bałuciarzami. Niektórzy Bałuciarze znają Ślepego Maksa jeszcze z opowieści dziadków. A jeśli nie jesteście łodzianami, to może znacie skądinąd, dziesiątki książek o nim napisano. Bałuty są w ogóle znane szeroko w Polsce, jako prawdopodobnie jedyna sławna dzielnica naszego miasta. Do II wojny światowej była formalnie największą w Europie wsią - mieszkało tam 100 tysięcy ludzi, w warunkach urągających dzisiaj pojmowanej godności człowieka - bez kanalizacji, długi czas bez wodociągów i w straszliwym stłoczeniu - było to miejsce w większości żydowskie, nieomalże sztetl, który karmił się i żył głównie dzięki potędze leżącego po sąsiedzku przemysłowego miasta Łodzi. Tysiące robotników wędrowało co rano piechotą z Bałut do łódzkich śródmiejskich fabryk. Bałuty to było miasto w mieście, specyficzny organizm biedoty, rzemieślników, handlu we wszystkich przejawach oraz lokalnej kultury, pełnej bandytyzmu i przekrętów. Jak wiadomo - bez noża nie podchodź do Bałuciorza.

Ślepy Maks (Menachem Bornsztajn) przed wojną. Autentyczność zdjęcia niepewna.
Ślepy Maks to emanacja bałuckiej legendy bandyckiej, facet, który przed wojną był niekoronowanym żadną koroną królem przestępców tej części miasta. Wyszedł z prostego ludu, ale był sprytniejszy niż inni, a przede wszystkim dbał o PR, zupełnie tak samo jak dzisiejsi herosi kapitalizmu. Ślepy Maks, a właściwie Menachem Bornsztajn został z początku mistrzem odzyskiwania długów w postaci weksli na pożyczone kwoty. A że miał opinię, popartą wieloletnią realną praktyką, zdolnego dusiciela, długi odzyskiwał koncertowo. Założył agencję,

środa, 29 września 2021

Półprzewodnik. Pałac Julianów.



Skąd przyszliśmy, dokąd zmierzamy, kto był przed nami? Dość rzadko mamy czas zadawać sobie takie pytania. No, ale czasem się zdarza, zwłaszcza jak się debiutuje jako przewodnik po mieście Łodzi. Bo z miasta Łodzi się pochodzi. 

No, jako półprzewodnik, powiedzmy. I to po swoich okolicach, po których się ongiś biegało i jeździło na rowerze "Bambino", a potem stjuningowanym "Wigry 3" z przedłużonym siodełkiem. Znaczy się takie półdomowe półprzewodnictwo półterenowe. Namówił mnie przyjaciel - Krzyś Gol - Piotrowski, związany z "Zieloną Łodzią". No bo u nas zielono jest. Na łódzkim Julianowie, Marysinie i Rogach. Przy okazji takiej wycieczki wychodzą różne szydła z worków, które dotąd stały w kącie. Trzeba zriserczować temat. I tak się riserczuje i riserczuje, aż się doriserczowuje do różnych rzeczy nieistniejących w żadnych przewodnikach po mieście. 

Zwłaszcza, że takich przewodników pt. "Julianów, Marysin, Rogi", to nie ma wcale, nie licząc tych po stacjach ŁKA napisanych przez Fotodinozę.

Co ta Łódź ma w ogóle do zaoferowania? - chciało by się zapytać. Co tu może być ciekawego, w porównaniu z takim, dajmy na to Krakowem, w którym gdzie nie wbić łopaty, to średniowiecza, albo jakieś renesansy? Przecie to miasto z XIX wieku i to właściwie w całości. No tak, ale Łódź ma pewne przewagi. Wbijasz tę łopatę w ziemię i dokopujesz się do zaszłości. Może nie takich dawnych, ale to właśnie ich zaleta - są nam bliskie i czasowo i emocjonalnie. A i w jakichś archiwach, a czasem w internecie można natrafić na ich ślady. A w średniowieczu krakowskim, czy gnieźnieńskim to owszem, żyli może jacyś odlegli przodkowie, ale ani nam oni braćmi, ani swać... ani swatami. W przeciwieństwie do naszych XIX wiecznych przodków, którzy mogli oglądać łódzkie artefakty na własne oczy.

Dodać tu należy, że na Julianowie, Marysinie i Rogach żaden Wawel nie stoi, ani Luwr czy Wersal. Jest to tak naprawdę zwiedzanie krzaczorów i wspomnień po przeszłości, z której zostały ledwo ślady. Czy to jest interesujące? Jak dla kogo.

W Krakowie, Gnieźnie, Poznaniu - średniowiecza, romanizmy i renesansy. Wtedy w Łodzi tylko lasy i pola uprawne.

No tak. Ale czy wieś i las nie mają swojej przeszłości?

Mają.

Caluśka północ dzisiejszej Łodzi, mniej więcej 1/4, to XIX wieczne dobra rodziny Heinzel. Mieli oni tereny poczynając od ulicy Zgierskiej, przez Julianów, Marysin, Rogi, Łagiewniki, Arturówek, aż pod Dobieszków. Jest to, pi razy oko, jakieś 15 km w linii prostej, licząc od Zgierskiej w stronę północno-wschodnią. No dość dużo. Było tam przynajmniej 5 tysięcy hektarów lasu, wielkie liczby majątków, folwarków pól uprawnych. 

Nieźle, co?

Ale jak to możliwe, że wszystkie te ziemie, potem powoli rozprzedawane np. gminie żydowskiej na późniejszy największy cmentarz żydowski w Europie, należały do

środa, 28 października 2020

Wywiad z Fotodinozą



Wywiad z Fotodinozą na temat Projektu Okrążenia Łodzi został przeprowadzony w Radio Łódź przez Annę Groblińską. Podcast do posłuchania pod linkiem: https://www.radiolodz.pl/broadcast_posts/64379-fotografie-dworcow-lka-strefa-publiczna-podcast

Projekt okrążenia Łodzi:

Łódź Marysinhttps://fotodinoza.blogspot.com/2016/09/projekt-okrazenia-vol-1-stacja-odz.html

Łódź Stokihttps://fotodinoza.blogspot.com/2016/09/projekt-okrazenia-vol-1-stacja-odz.html

Łódź Widzewhttps://fotodinoza.blogspot.com/2016/12/projekt-okrazenia-vol-3a-odz-widzew.html

Łódź Arturówek cz.1:

https://fotodinoza.blogspot.com/2016/11/projekt-okrazenia-vol-11a-stacja.html

Łódź Arturówek cz.2:

https://fotodinoza.blogspot.com/2017/02/projekt-okrazenia-vol-11b-stacja-odz.html

Łódź Radogoszcz Zachód cz.1 https://fotodinoza.blogspot.com/2017/06/projekt-okrazenia-odzi-vol-9a-stacja.html

Łódź Radogoszcz Zachód cz 2:  https://fotodinoza.blogspot.com/2017/06/projekt-okrazenia-odzi-vol-9b-stacja.html

Łódź Żabieniec: https://fotodinoza.blogspot.com/2017/03/projekt-okrazenia-vol-8-stacja-odz.html

Łódź Karolew: https://fotodinoza.blogspot.com/2017/10/projekt-okrazenia-odzi-vol-0-dworzec.html

Łódź Olechów: https://fotodinoza.blogspot.com/2020/05/projekt-okrazenia-odzi-odz-olechow.html

poniedziałek, 26 października 2020

Za kulisami u Scheiblera.





Wchodzimy na strych jednej z najstarszych elektrowni w Łodzi. Scheiblerowskiej elektrowni, zbudowanej w 1910 roku. Pierwszego żelbetowego budynku przemysłowego w dawnym Królestwie Polskim. Głowę trzeba schylić, bo przejście na strych niskie jak cholera, kask szoruje o powałę, którą jest połać dachu. Latarki świecą, pchamy się pomiędzy konstrukcję kratownic. Tutaj trochę jaśniej, bo światło dają małe owalne okna w szczytach, z witrażowym szkłem. Przed nami rząd słupów. Ta żelbetowa pierwocina jest dla mnie wzruszająca w swej naiwności. Jeszcze takiej nie widziałem (ale ja mało widziałem). Otóż kompletnie inaczej, niż we współczesnych konstrukcjach żelbetowych scheiblerowski dach jest idealnie wzorowany na układzie drewnianym - to jakby przeskalowana wszerz, grubaśna tradycyjna więżba.. Słupy, zastrzały jak się patrzy. Tyle, że trzy razy grubsze, z betonu zbrojonego stalą. Pierwotne, ale zmyślne. Najlepszy dowód, że stoi do tej pory, pomimo stu dziesięciu lat na karku.











Ciekawy jestem, ile osób tu w międzyczasie zaglądało. Chyba niezbyt wielu. Posadzkę zalega kurz - zmieszane pierze gołębi z kłębkami bawełny. Te kłębki bawełny spotkam jeszcze raz w jednej z fabrycznych hal. Mam to szczęście, że pamiętam je jeszcze, unoszące się w powietrzu na łódzkich ulicach. A konkretnie na Ogrodowej, obok wielkiej przędzalni największego konkurenta Scheiblerów - Poznańskiego. Pamiętam: przez otwarte okna słychać monotonny szum maszyn, zwielokrotniony szelest miliona wrzecion, a w powietrzu unoszą się małe białe pyłki. 

Latarki omiatają strych elektrowni, w pewnym momencie - odkrycie!

sobota, 19 września 2020

Urbex. Łódź.


No bo gdzie jest ta prawda o Łodzi? No przecież, że nie w tych wszystkich odpicowanych miejscówkach z wyczyszczoną cegłą. Nie w biurowcach, ze stali szkła i aluminium. Nie w Bramie Miasta, co trochę jest gówniasta. Swoją drogą, proponowałbym nazwać "bramą miasta" po prostu coś innego niż dwa przeciętne biurowce. One po prostu mają złą nazwę, która się przykleiła do tego miejsca z poprzednich koncepcji. Koncepcje uleciały i teraz te biedne dwa budynki muszą świecić oczami za wcześniejsze projekty (jeżeli chcecie zobaczyć Bramę Miasta, musicie przewinąć na koniec wpisu).

Otóż nie w nowości jest prawda. Nie i nie. Prawda jest w starości. Ja oczywiście lubię starości, ale nie każdy lubi takie rzeczy, dlatego nie każdy musi lubić Łódź. Możecie sobie nie lubić, pozwalam wam. 

Wólczańska. Fabryka Schmitz i Van Endert.



Ostrzegę również, że miasto Łódź jest największym w Polsce zlepkiem chaosu i łaciatości. Napisałem kiedyś, że Ciechocinek (LINK) jest symbolem polskiej łaciatości, tego konglomeratu szlachetnej patyny, blichtru nowoczesności, pięknej i wygodnej solidności, oraz okropieństwa i syfu nie do opisania, kotłującej się brzydoty i maksymalnego zaniedbania. Napisałem tak, ale przeszedłem się w ostatni weekend po mojej Łodzi i odwołuję, odszczekuję ten Ciechocinek.

No, Ciechocinek też, też oczywiście. Ale nie w takiej skali! Jak człowiek jedzie do jakiegoś Paryża, czy Londynu, to z grubsza od razu wie gdzie jedzie. Wie co i jak. Wie, gdzie ścisłe centrum, błysk i luksus, zabytki i nęcenie turystów, wie gdzie dobre dystrykty, gdzie przedmieścia, gdzie dzielnice przemysłowe, gdzie zakazane miejsca. Gdzie głowa, a gdzie nogi.

Przyjeżdżając do Łodzi niczego takiego się nie dowie. Szans nie ma. No taką przebodli nas ojczyzną i nie da się poradzić.

Wólczańska. Fabryka Ludwika Hentschla.






Po pierwsze to miasto jest jak nie z Polski - zaplanowane przez planistów i zbudowane niemal w całości w ciągu kilkudziesięciu lat. Nie tak jak Kraków, co nie od razu go zbudowano. Ni cholery. Łodź od razu! Po drugie wszystkie te plany ścisłe i wspaniałe wzięły podczas budowy w łeb. Zaczęło się bezhołowie, które jest do dzisiaj. Władze nigdy nie wiedziały, czy cieszyć się tą samowolą, czy może martwić. Z początku

sobota, 30 maja 2020

Projekt Okrążenia Łodzi. Łódź Olechów. Stacja tajemnic.





Każde miasto ma jakieś zadawnione tajemnice. Dziwne sprawy, mało komu znane. Łódź nie jest wyjątkiem.
Gdzie ich szukać? Wszędzie. Są w zaskakujących miejscach. Na obrzeżach stacji Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej na przykład. 
Zwiedzam swoje miasto, jakbym jakieś obce zwiedzał. Bo to duże miasto i w wielkiej ilości jego miejsc nigdy w życiu nie byłem. Dopiero teraz nadrabiam braki. Nie są to miejsca spektakularne i znane z przewodników, nie spotkacie tam trzech gwiazdek Michelina, tylko skromne artefakty, świadectwa epok i zaszłości. Albowiem tu dużo zaszło, jak na krótkie dwustulecie, w którym Łódź stała się tym, czym jest teraz.
Być może będzie jeszcze czymś innym, bo świat nie stoi w miejscu, królestwa upadają i powstają nowe, a Łódź, mimo wyludnienia, rozbudowuje się tu i tam. Na przykład kompletuje swoje obwodnice, między innymi południowo wschodnią, czyli tzw "Aleję Terrorystów" znaczy się Aleję Ofiar Terroryzmu 11 Września, zwaną także "Highway to Dell", ponieważ fabryka tejże firmy przy niej stoi. Tąż aleją udałem się samochodem, zamiast ŁKA koleją, z racji epidemii, która skłania do dystansów społecznych i niewsiadania do środków komunikacji publicznej. Ale będziecie zapewne czytać ten półprzewodnik już po epidemii, zatem możecie skorzystać z aż trzech tutejszych dogodnych przystanków Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej - Łódź Olechów Wschód, Łódź Olechów Zachód, oraz Łódź Olechów Wiadukt. Ostrzegę tylko, że trzeba strasznie wcześnie (albo bardzo późno) wstać, albowiem ŁKA dowozi tu głównie pracowników kolejowych i załogi okolicznych magazynów i zakładów. W normalnych godzinach znacznie łatwiej dojechać tu autobusem lub tramwajem.
Pytanie tylko - po co tu jechać?
Nie wiem, jak Wy, ale ja przyjechałem tu z dużym zaciekawieniem i wyjechałem bez zawodu. Nie stoi tu, co prawda, żaden renesansowy zamek, żaden Luwr, ani nawet żaden z pałaców Poznańskiego. Ale za to są tu artefakty największej kolejowej stacji rozrządowej w Europie. Taką była, w czasach kiedy ją budowano. Jeżeli lubicie wyszukiwać pracowicie dawne ślady i nimi poruszać wyobraźnię - Łódź Olechów jest dla was. Sama stacja może być celem. Ale enigmatycznym i tajemniczym.






Co to w ogóle jest stacja rozrządowa? W skrócie - to stacja, która organizuje wagony w pociągi i wysyła je w miejsca docelowe. Ruch kolejowy przewozi towary na gigantyczną skalę. Do każdego miasta przyjeżdża dziennie kilka tysięcy wagonów towarowych i kilka tysięcy odjeżdża w różnych kierunkach. Stacja rozrządowa przyjmuje składy pociągowe, dzieli je odpowiednio na różne kierunki, a potem zestawia nowe składy, które pociągną wagon w inne miejsca na mapie kolejowej sieci. Niektóre stacje, w tym Olechów wyposażone są w górkę rozrządową - sztuczne wzniesienie, na które lokomotywa wpycha wagony, by mogły grawitacyjnie stoczyć się po pochylni i za pomocą licznych zwrotnic trafić na odpowiedni tor do odpowiedniego składu - jest to najbardziej efektywny sposób selekcji wagonów, nie wymagający praco i czasochłonnego przestawiania ich z toru na tor za pomocą lokomotywy. Niemniej wymaga dużej infrastruktury i dobrej organizacji.




Dworzec Olechów leży poza granicami kolejowej obwodnicy miasta. Jest dodatkowym łącznikiem pomiędzy tą obwodnicą, a linią wychodzącą z Łodzi w stronę Koluszek. Myśl o budowie tutaj olbrzymiej stacji rozrządowej świtała już dawno, niektóre źródła piszą że za Reczypospolitej w dwudziestoleciu międzywojennym, ale prawda jest taka, że jeszcze wcześniej. W 1917 roku, kiedy podczas I wojny światowej Łódź była pod władaniem Niemców. Ci byli doskonale przygotowani do ekspansji. Pisałem już, bodajże przy okazji wpisu o Krośniewickiej Kolei Wąskotorowej, że grubo przed I wojną mieli rozpracowane geodezyjnie, technicznie i projektowo większość przyszłych linii kolejowych, na terenach swych planowanych podbojów. Ideę stacji przeładunkowej podjęto za wolnej Polski, ale nie doszło do jej realizacji przed 1939 rokiem. Znów mogli się wykazać jej pierwotni pomysłodawcy, którzy wrócili, żeby przyłączyć Łódź do Rzeszy i zmienić jej nazwę na Litzmannstadt.
Stacja Litzmannstadt Verschiebebahnhof powstała z myślą obsługi ekspansji niemieckiej na wschód. Najpierw wojskowej, później cywilnej.

Budowę zaczęto w 1940 roku, kiedy Niemcy już urządzili się wygodnie w Litzmannstadt, wymordowali polską i polsko - żydowską inteligencję w Intelligenzaktion, zorganizowali liczne obozy pracy, oraz getto, w którym stłoczono 140 tysięcy osób na obszarze 4 km². 
W warunkach cywilnych budowa stacji tej wielkości wymagałaby znacznego zachodu przy wykupie gruntów, ale w sytuacji wojennej nie zawracano sobie tym głowy - z terenów rolnych w Olechowie, Andrzejowie i Feliksinie wysiedlono przymusowo wszystkich, w tym nawet starych niemieckich osadników, nie dokonując żadnych przekształceń własnościowych. Na stację przeznaczono 400 hektarów. Zastosowano system budowy sprawdzony już na terenach okupowanych - roboty ziemne organizowano siłami jeńców wojennych i Żydów z getta, prace budowlane prowadziły firmy budowlane niemieckie i miejscowe, polskie. Wykorzystano także Baudienst (Służbę budowlaną) sprowadzaną z Generalnej Guberni i brygady Organizacji Todt.
Powstała w kilka lat okupacji olbrzymia stacja, z setką torów, górką rozrządową, lokomotywownią, prawdopodobnie w ówczesnym czasie największa w Europie. Zanim powstała, zorganizowano sieć pobliskich obozów, było ich tu przynajmniej sześć. Przy budowie pracowali jeńcy polscy, angielscy, rosyjscy i żydowscy, ci ostatni przywożeni najpierw tramwajami z Rynku Bałuckiego w getcie, a potem, gdy powstały już tory, pociągami ze stacji Radegast / Radogoszcz (dziś to stacja Łódź Marysin opisana przeze mnie tutaj - LINK ).

Im więcej czytam o czasach wojennych, tym więcej zdumionych refleksji przelatuje przez moją głowę. Pierwsza jest taka: gdyby nie zaczadzenie ideologią rasizmu, Niemcy z całą pewnością wygraliby II wojnę światową i rządzili by tutaj i na dawnym rosyjskim wschodzie do tej pory. Mieszkalibysmy dziś i pisali sobie blogi w niemieckim mieście Litzmannstadt. 

poniedziałek, 11 maja 2020

Kasa Chorych miasta Łodzi



Wiecie co jest w tej fotografii fajne? Wychodzę z domu po zdjęcia, jakbym szedł wodę z jeziora nabrać. Jedno zabrane wiaderko wystarczy? No, może wezmę jeszcze jakieś drugie. No może trzecie, pozmieniam sobie wiaderka po drodze, a co!
Wsiadam w samochód i nieekologicznie jadę nabrać zdjęć. Ale za to z jaką przyjemnością! Jadę się powłóczyć. Nie wolno, ale można. Wypływam na zieloną przestrzeń oceanu, wóz nurza się w zieloność i sam jest zielony. Ale nie zieleń jest mym celem. Zieleń może być przy okazji, a celem zaczerpnięcia są zgliszcza i ruiny. 
Nie mogłem się lepiej urodzić - urodziłem się bowiem w środkowoeuropejskim centrum zgliszczy i ruin, przeróbek i zaszłości. Wiele tu zaszło.
Nie, nie, oczywiście, nie zniechęcajcie się, nowoczesność w domu i zagrodzie też jest w Łodzi, jest pełno świetnych knajp, ciekawie zrewitalizowanych fabryk, dużo muzeów i pasaży, pysznych fabrykanckich pałaców. W których także można uprawiać z powodzeniem fotografię, czerpać garściami zdjęcia. Tylko akurat nie w tym smaku, w którym ja lubię czerpać. 






Lubię czerpać mymi wiaderkami różne znaki czasu. Różne procesy rozpadu, elementy z przeszłości. Ma to niby na celu zatrzymanie czasu w kadrze, choć jest prawdopodobnie bez sensu, znając zasadę entropii świata - już sensowniej byłoby fotografować te rzeczy najnowsze, najładniejsze i najbardziej wymuskane. Luksusowe. Doświadczenie wskazuje, że i one łatwo zmieniają się w ruiny, należałoby natychmiast dokumentować ich świetny stan, zanim dotknie je powszechny rozpad. Na szczęście zrobią to za mnie inni - oddycham z ulgą.
Ja tymczasem zrobię sobie portrety obiektów już wcześniej objętych tym procesem. To jest, jak widzicie, bez sensu z logicznego punktu widzenia, albowiem zgliszcza i ruiny są towarem dość licznym i powszechnym. A jeśli akurat chwilowo nie są - wystarczy parę lat poczekać i nie robić remontów.
Niemniej - kocham rudery, zgliszcza i zaszłości, ponieważ są szczere i niczego nie udają. Nie podszywają się pod nic innego, w przeciwieństwie do tych rzeczy świeżo odnowionych. Wyczyszczonych pałaców, w których są biura korporacji, zrewitalizowanej Manufaktury, gdzie od lat nie latają już bawełniane pyłki z maszyn włókienniczych, fabryk zamienionych na hurtownie z bezużytecznym kominem.







I lubię fotografię. Za możliwość czerpania do woli z oceanu rzeczywistości. To takie piękne - świat jest i można mu w każdej chwili zrobić zdjęcie. Prawie zupełnie za darmo, jeśli nie liczyć ceny aparatu. Morze pięknych kadrów na każdym kroku hojnie pozwala ci sobą dysponować. Nic, tylko czerpać!
To jest podobno przyszłość. Nie tylko fotografii, ale i turystyki na przykład. Niektórzy (np. Wojciech Orliński) twierdzą

czwartek, 19 lipca 2018

Niemcy





Opowieść z głębi zimy:

Myjnię mam niedaleczko. Rano wyglądam za okno, ostre słońce prześwietla śniegi, myślę sobie – umyję, jest okazja. Odwalam poranne obowiązki, wsiadam do samochodu czarnego jak Święta Ziemia (tak mawiał chyba mój Tata), ubrudzonego jeszcze od wyjazdów słowacko – bukowińskich (ho ho, bywało się - LINK LINK), jadę umyć.
Niestety – kolejka. Pięć aut czeka w rządku na wyszorowanie. Mam trochę czasu, decyduję się zostawić. Kiedy przyjść? Za godzinę.
No dobra. Mam godzinę na nicrobienie. Do domu za daleko, dzielnica antyrozrywkowa, taka dzielnica zepsutych latarni, żadnej knajpy ani sklepu w pobliżu, tylko chaszcze i stare domy jednorodzinne. Idę zatem. Co będę siedział. Nie raz już tu się wałęsałem.
Najpierw do rzeczki i „Użytku ekologicznego” oznaczonego czerwoną, urzędową tablicą zabraniającą tego i owego, krzaczory i zarośnięty staw skuty lodem. Zimno. Wszystko na tyłach nowo postawionej i straszliwie nowobogackiej mieszkaniówki udającej pałace. Pałace z chaszczami na tyłach. Idę. Ale nudno idę. Bywałem tu już wiele razy. Wiele razy myłem samochód. Obfotografowałem już te stawy, nowe pałace i stare wille, znam je na wylot.
Myślę – co by tu? Gazety w poczekalni myjniowej przeczytałem już trzy razy. Przecież nie pójdę siedzieć godzinę w pobliskiej Biedronce w otoczeniu świeżaków.
Ale myślę i wizualizuję sobie w pamięci dzielnicę - jest przecież muzeum. Lepiej w muzeum niż w Biedronce! Dobra nasza.

Kilka minut piechotą. Po drodze przypominam sobie historię, którą już kiedyś opisywałem. Historię więzienia - obozu na Radogoszczu. Historię wojny. Wojna, obóz, Niemcy...

Tuż po wkroczeniu do Łodzi Niemcy wyciągnęli swoje przygotowane zawczasu listy proskrypcyjne. Gestapo zgarnęło wszystkich z tych list. Nauczycieli, księży, działaczy organizacji polskich i żydowskich, społeczników. Trzeba było ich gdzieś trzymać. Z początku zorganizowany obóz w zrujnowanej fabryce Glazera szybko musiał przenieść się do potężniejszego obiektu – dawnej fabryki rodziny Abbe przy Zgierskiej. Stefan Abbe i jego rodzina zostali już wcześniej aresztowani i wysłani do Auschwitz. Tak się dogodnie złożyło. W fabryce zorganizowano tak zwany policyjny obóz przejściowy i więzienie. Obóz przejściowy służący jako przystanek do przymusowych wysiedleń, a potem przystanek do obozów zagłady. A więzienie – jak to więzienie. Więziło się tam przestępców którzy popełnili zbrodnie handlu mięsem, nielegalnego uboju, albo szmuglowali żywność, no i wszystkich którzy mogli być potencjalnymi wrogami Rzeszy Niemieckiej. Harcerzy, przedwojennych urzędników, lekarzy i ludzi kultury. Dużo ich było. Przez więzienie przewinęło się czterdzieści tysięcy osób. Radogoszcz był szeroko znany ze znęcania się nad więźniami i trzymania w nieludzkich warunkach. Wiadomo – wrogom Rzeszy należy się co najgorsze.
Byłem nie tak dawno na zewnętrzu muzeum Radogoszcz, ale bardzo dawno na wystawie w środku muzeum. Idę zatem przez mróz, śnieg skrzypi pod butami. Z daleka widzę czerwone mury tej potężnej ruiny i wieżyczkę strażniczą, która oglądana w dzieciństwie jednocześnie pociągała i przerażała. Chciało się mieć wtedy taki domek na drzewie, ale dorośli mówili, że działy się tu straszne rzeczy...

Mury ruiny. Spalonej ruiny.
Przed wkroczeniem Rosjan do Łodzi, co nastąpiło 18 stycznia 1945 roku, Niemcy w osobie dowódcy policji i SS Wilhelma Koppego, wydali rozkaz dotyczący Generalnej Guberni (a przypuszcza się że i Kraju Warty do którego należała Łódź) mówiący o tym, że żaden więzień niemiecki nie może zostać wyzwolony.
Hitlerowcy z obozu radogoskiego zastosowali się do niego sumiennie, postanawiając wymordować tysiąc pięciuset więźniów, jacy tuż przed wyzwoleniem Łodzi zapełniali więzienie. Karabinami i pistoletami poszło słabo, bo więźniowie stawili opór, więc zamknięto bramy i drzwi i podpalono budynek.
Z tysiąca pięciuset osób uratowało się trzydziestu, ukrywając się cudem w zbiorniku ciśnieniowym wody, oraz wśród trupów w jednej ze wspomnianych wieżyczek strażniczych. Była to największa niemiecka zbrodnia w Polsce dokonana podczas działań frontowych.


Ta tragedia, dokonana dzień przed wkroczeniem Rosjan, tak wstrząsnęła łodzianami, że fabryka – Pomnik Radogoszcz została pierwszym muzeum w Polsce stworzonym oddolnie – na żądanie mieszkańców.
Mną też wstrząsa.

piątek, 6 kwietnia 2018

Brzydkie zdjęcia. "Bałuty palimpsest"

fot. Maciej Rawluk. "Bałuty palimpsest"


Coś poruszyło we mnie czułe struny. Nawet nie wiedziałem że takie mam w środku. Dostałem ten album w prezencie, jest to wydawnictwo niszowe i małonakładowe, nawet numer ISBN ciężko na nim znaleźć. Album ze zdjęciami: „Bałuty palimpsest”.
Hm… Bałuty.

Bez noża nie podchodź do bałuciorza.

Czy mogę się poczuwać do bycia Bałuciarzem? Chyba mogę, w końcu całe życie tu spędziłem. Tylko jakoś zawsze się do większej ojczyzny przyznawałem, za Łodzianina się miałem, bardziej niż za mieszkańca jednej z dzielnic. Po tym albumie jakieś lokalne wątki w pamięci zostały poruszone. A jeszcze do tego wątek fotograficzny, zahaczający o filozofię fotografowania. Zasiał wątpliwości.

fot. Maciej Rawluk. "Bałuty palimpsest"

Bo to album ze zdjęciami jest. Na pierwszy rzut oka brzydkimi. Chaotycznymi. Portret dzielnicy Bałuty. Zdjęcia zrobił Maciej Rawluk. Teksty do albumu napisali Aleksandra Sumorok, Bogdan Bujała, Wojciech Wilczyk. Są to eseje i artykuły o historii Bałut, mowa w nich o getcie i powojennych planach przekształcenia dzielnicy, a świetny osobisty tekst wspomnieniowy napisał Bałuciarz Tomasz Stegliński. Opisuje swe dziecinne lata, spędzane na powolnym dążeniu do nieuchronnego upadku, z którego tylko cud mógł autora wyzwolić, ale chyba wyzwolił, skoro dane jest nam to czytać. O dzieciach półdzikich i bandyterce z honorem lub bez, o kradzieżach i niebezpiecznych eskapadach. To właśnie taki bałucki sznyt, podobny do sznytu bardziej znanej warszawskiej Pragi.
Gorsza dzielnica.
Tak tu było od zawsze. Dzielnica gorszego sortu. Najpierw wieś gorszego sortu, która strasznie długo nie była przyłączona do Łodzi, pomimo tego, że mieszkało tu kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Bieda tu mieszkała. Robotnicy, drobni rzemieślnicy, Żydzi, Polacy. W błocie niewybrukowanych ulic, wśród chatynek z drewna, bez kanalizacji i wody. W bieda- kamienicach, w ciasnocie i nieustannym ruchu. Wszystko chaotyczne, samorodne i mało zaplanowane. Tak jak i na warszawskiej Pradze życie toczyło się na ulicach, bo w skromnych mieszkankach ciężko było wytrzymać. Tu był świat pariasów i armatniego mięsa dla fabrycznego miasta.

fot. Maciej Rawluk. "Bałuty palimpsest"

Pradziadkowie od strony Taty mieszkali przy Bałuckim Rynku, w kamienicy w pobliżu kina "Świt". Z opowieści dziadka zapamiętałem obraz żydowskiego wesela, dziejącego się gdzieś obok w sąsiedztwie, którego rozochoceni uczestnicy hurmem wyszli na balkon pierwszego piętra. Niestety balkon nie wytrzymał... Podobno było to przed wojną sławne na Bałutach wydarzenie.

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Niezbadane są uroki łódzkie.





Niezbadane są uroki łódzkie.

Ostatnio, jak wiecie, latam po śródmieściu z aparatem analogowym, a po opłotkach Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej - z cyfrowym. Ale to ciągle mało, ciągle mało!

Przeszedłem się ostatnio trasą mglistych wspomnień sprzed kilku lat, kiedy to na przykład przechodziłem sobie koło jakiejś bramy lub podwórka i zapamiętałem że jest tam, dajmy na to, fabryczka ze schodami na elewacji, albo jakieś fajne drewniane komórki, albo ładne barierki od balkonów z zarwanym podestem. Zapamiętałem i tyle z tego mam. Myślałem że teraz połapię te wszystkie rzeczy, jakby to był znów 2007 rok, albo okolice.
Ale nie. Jest 2017.
Jadę na Curie- Skłodowskiej, niedaleko Kościoła Środowisk Twórczych (do którego nigdy nie zajrzałem, bo jestem mało twórczy, raczej odtwórczy. Po-twornie po-tworzę. Cytat). Zapamiętałem tam mikro fabryczkę, manufakturkę ze stalowymi, przeciwpożarowymi schodami, całą z pociemniałej cegły, po prawej stronie od kościoła. Może ocalały tam te schody jeszcze, coraz rzadsze na elewacjach łódzkich? Gdzie tam, panie kochany! Jakie schody! Nawet fabryczki nie ma- puste pole za stodołą. Chłop zaprawia. Ale dżez. Pole gruzu, a obok nowy apartamentowiec.


Z włosem zjeżonym od obaw i rozwianym jesiennym wiatrem pędem lecimy na Tuwima, naprzeciw świeżo odnowionej i odbiglowanej EC1- do starych familoków z cegły. Tam na podwórku stoją najbardziej wypasione drewniane komórki jakie widziałem w mieście Juliana poety. Ufff! W ostatniej chwili! Jeszcze stoją, ale daje im jakiś rok- dwa. Już się częściowo zawaliły. Niech konserwator zabytków ma je w swojej opiece! Może i ma, ale co z tego.
Krzysztof Gradowski nakręcił tu pierwszą scenę „ Akademii pana Kleksa”, Adaś Niezgódka siedział na tych komórkowych schodach (znaczy się grający go Sławomir Wronka, który dzisiaj jest – tadam! - znanym fizykiem). Pamiętam że w kinie, jako dziecięciu z Julianowa, anturaż tej sceny wydawał się jakąś kompletną egzotyką, myślałem że to w innym kraju jest nakręcone, albo co najmniej w innym mieście.







Niedaleko na Dowborczyków także dogorywa jeden lokal z epoki. Pałac z frontu? Jest. Fabryka z tyłu? Jeszcze jest. Reklama nowych biurowców? Jest. Znaczy - będzie nowe. W ostatnich chwilach łapiemy stare. Fabryka Meyerhoffa/ Triebe/ braci Zapp/ Bolesława Kotkowskiego, za socjalizmu - Łódzkie Zakłady Graficzne.

Łódź, piątek 26 grudnia 1926 roku.

Wczoraj o godzinie 6.30 nad miastem naszym ukazała się 
krwawa łuna pożaru
Jednocześnie z różnych dzielnic miasta odezwały się trąbki straży ogniowej spieszącej na pożar, który wybuchł w przędzalni braci Zapp, przy ulicy Juljusza nr 18.
W chwili gdy przybywamy na miejsce pożaru, znajduje się już tam kilkanaście oddziałów straży.
Obszerny gmach fabryczny, znajdujący się w podwórku posesji
ogarnięty jest całkowicie płomieniami.
Pozostały zeń tylko mury, objęte ognistemi językami i okna z wygiętemi kratami. Sufity wszystkich hal fabrycznych zawaliły się. Pożar rozszerzył się z gwałtowną szybkością.
(...) Uratowany został zupełnie
pałacyk właścicieli fabryki
gdyż wiatr dął w przeciwną stronę.
(...)
Straty spowodowane pożarem są ogromne. Jak nas informują przekraczają one 
ćwierć miljona dolarów.
Fabryka była ubezpieczona na mniejszą sumę, niż wyniosły straty spowodowane pożarem.
Jak się dowiadujemy fabryka zatrudniała ponad 400 robotników i czynna była na dwie zmiany.
Jeden z jej właścicieli jest od dłuższego czasu nieobecny i bawi w Berlinie.
      Ilustrowana Republika, wydanie poranne.





Pędzimy dalej zobaczyć co ocalało. Pamięta kto sławny klub „Fabryka”?
Pamięta kto.
Władysław Pasikowski na pewno pamięta, bo tam przesiadywał. „Fabryka” istniała od 1994-go do 2006-go w dawnej przedwojennej wytwórni wódek i likierów „Bachus” Henryka Hercberga (wiem z internetu, nie myślcie że znam każdą fabryczkę w każdym kącie miasta. Chociaż znam takich, co znają). Wchodziło się do „Fabryki” przez podwórza od bramy na Piotrkowskiej 80. Ale nie tylko.
Otóż owa wytwórnia wódek i likierów stała w samym środku kwartału pomiędzy ulicami Sienkiewicza, Piotrkowską, Moniuszki i Tuwima. Jeszcze do niedawna był to najprawdopodobniej największy kwartał zabudowy w Europie! Mniej więcej 300 na 280 metrów ścisłej kamienicznej i fabrycznej zabudowy. Dostęp do budynków wewnątrz zapewniały tylko bramy kamienic i labirynt połączonych podwórek. Niedawno miasto zaczęło przebudowę tego kuriozalnego acz unikatowego terenu, dokonało kilku wyburzeń i dobudowało sięgacz od strony Tuwima.A za niedługo przebiją ulicę w poprzek tego kwartału i z urbanistycznego rekordu wielkości- nici! Lećmy pędem tam robić zdjęcia!