 |
| Dupka Ernesta Hemingwaya. Fot. Robert Capa. |
Czy
to możliwe że przez ręce jednego faceta przeszły wszystkie
najważniejsze zdjęcia przedostatniego (czyli tego najbardziej
interesującego, he he) półwiecza?! Chyba niemożliwe. Chyba na
pewno. Ale jednak, choć się wierzyć nie chce.
Był
sobie taki pan- John G. Morris. Ten pan był wszędzie tam gdzie było
interesująco i należał do wszystkich tych organizacji do których
i ja marzyłbym należeć. I nie jestem odosobniony w tych
marzeniach. Ten pan powinien był pisać mojego bloga zamiast mnie,
tylko on pisałby wszystko z autopsji- w przeciwieństwie do mnie
oglądał to na własne oczy. Nie wierzycie? Ja też nieomal nie
uwierzyłem. Ale John G. Morris, zamiast bloga, napisał
autobiografię i właśnie ją przeczytałem, za radą szanownego
czytelnika Konrada J. Tytuł „Zdobyć zdjęcie”, podtytuł „Moja
historia fotografii prasowej”. Brzmi to jakby pan Morris był
jakimś historykiem, ale on po prostu tworzył tę historię tymi
ręcami i temi palcyma (cytat). I jego biografia rzeczywiście
świetnie rymuje się z wpisem o marnych dolach
selektorów.
Marna
dola selektora - pana od płyt,
Nikt na niego nigdy nie patrzy,
każdy słucha bit.
Marna dola selektora - pana od płyt,
Mało
kto ceni jego robotę, każdy czeka na hit.
No
właśnie. Patrzy kto na Johna G. Morrisa? Zna go ktoś? Ktoś
słyszał o nim?
Wymieńmy
pokrótce gdzież to pracował nasz pan selektor Morris, rocznik
1916-ty. Otóż po studiach na uniwersytecie w Chicago załapał się
jako edytor depesz w magazynie „Life”, gdy trochę okrzepł
został korespondentem „Time- Life” w Hollywood.
 |
| Biografia pana Morrisa. Polecam! |
Już
kiedyś się pisało, czym był „Life” tuż przed wojną, i czym
się stał w trakcie wojny- LINK.
Dla przeciętnego Amerykanina był właściwie jedynym większym
oknem na świat- liczyły się wtedy wyłącznie kinowe „kroniki
tygodnia” i fotoreportaże w „Life. W tamtym czasie był
prawdopodobnie najsławniejszą gazetą, był takim CNN-em swoich
czasów, a może i internetem przedwojnia- to z niego przeciętny
widz/ czytelnik czerpał wiedzę o świecie dalszym niż trzy
przecznice. Wiele gazet późniejszych miało ambicję „bycia jak
„Life”. Gazeta drukowała fotoreportaże na wszystkich swoich
stronach. Tekst był zaledwie podpisem pod zdjęciami, czasami te
teksty tworzyli dziennikarze i pisarze z pierwszych stron gazet- na
przykład John Steinbeck i Ernest Hemingway.
Pozycja
niemal monopolistyczna dawała gazecie wielkie możliwości
sterowania opinią publiczną. Wręcz wywoływania, lub gaszenia
wojennych nastrojów- z czego „Life” i jego właściciel i twórca
Henry Luce czasami korzystał.
W
trakcie II Wojny Światowej mianowano Morrisa na stanowisko
fotoedytora „Time- Life” w Londynie. Gazety ilustrowane były
wtedy niewątpliwie najważniejszym źródłem informacji o
wydarzeniach wojennych. Co oznaczało, że przez biurko Morrisa
przeszły wszystkie najważniejsze i najbardziej sławne zdjęcia
wojenne w ogóle. Inwazję w Normandii obserwował na swoim
pięćdziesięciodwugodzinnym dyżurze bez snu, w Londynie- pędził
tylko co chwila do brytyjskiej cenzury i z powrotem, żeby pozwoliła
mu słać kolejne nadchodzące zdjęcia transatlantyckimi lotami do
redakcji. To w jego siedzibie właśnie nastąpiła najsłynniejsza
kasacja i spalenie najsłynniejszego fotoreportażu świata- zdjęć
Roberta Capy robionych na plażach podczas desantu w Normandii.
Laborant przewalił odczynniki, z kilkunastu filmów udało się
uratować 12 klatek- i ratował je właśnie Morris.
Cieszmy
się że to zrobił, bo dzisiaj wszyscy je znamy. No i cieszmy się
że Capa go potem nie zabił. Autobiografii by nie było.
Tuż
po wyzwoleniu Paryża nasz edytor udał się tam czym prędzej. W
powojennym Paryżu poznał następujące persony: Henriego Cartier-
Bressona, Davida Seymoura Chima (Szymina). Innych- Roberta Capę i
George’a Rodgersa- znał wcześniej, bo obaj byli amerykańskimi
fotoreporterami. Jednym słowem poznał przyszłych założycieli
najsławniejszej agencji fotograficznej- Magnum.
Zauważam
że dość trudno mi nie używać co chwila licznych przymiotników w
stopniu maksymalnie najwyższym. No co ja poradzę?
W
Paryżu balował pan Morris ze znanymi niektórym personami- Ernestem
Hemingwayem, Marleną Dietrich, Pablem Picassem, a także prawdziwą
rzeszą słynnych fotografików i fotoreporterów wojennych- przez
Cartier- Bressona poznał Roberta Doisneau i innych Francuzów,
kupując dla „Life” ich archiwa z czasów okupacji.
Po
wojnie nasz pan edytor zatrudnił się szczęśliwie w miesięczniku
„Ladies’ Home Journal” Czymż było w USA lat czterdziestych i
pięćdziesiątych owo pismo? Hm… Takim TVN Style tylko sto razy
bardziej. Morris skierował ów miesięcznik na nierozpoznane i
pionierskie wody fotografii społecznej. Na początku lat 50-tych
wysłał kilkunastu fotoreporterów żeby sfotografowali dwanaście
rodzin z dwunastu krajów całego globu- ich codzienne życie, mniej
lub bardziej dla Amerykanów egzotyczne. Ukazały się w cyklu
„Ludzie są ludźmi”:
„Oto
osiemdziesięcioro ośmioro z dwóch miliardów ludzi mieszkających
na planecie Ziemia. Są to członkowie dwunastu rodzin,
reprezentujących dwanaście krajów, trzy rasy i pięć różnych
wyznań religijnych. Mówią jedenastoma językami i pozują do
zdjęć, wykonanych przez fotografika, będącego wysłannikiem
„Ladies' Home Journal”. W ciągu kilku ostatnich miesięcy
„Journal” niczym czasopismo z Marsa, wysłało swoich
fotoreporterów do różnych krajów, aby przyjrzeli się życiu
rodzinnemu na całym świecie. W niniejszym cyklu co miesiąc
będziecie poznawać więc kolejne rodziny w takim porządku, w jakim
budzi je wschodzące słońce. Najpierw spotkacie państwa Okamotów
z miasta Oshika w Japonii- płacą oni co roku dwanaście różnych
podatków, w tym podatek od krowy i dodatkowy podatek od krowy. W
następującej kolejności pojawią się państwo Ho-fu- juanowie z
Kia-ting w Chinach, którzy nie chcieli pozwolić sfotografować na
ich małej córeczki w obawie, że złe duchy sprowadzą na nią
śmierć. Potem zaprezentujemy pana Mohameda Ushmana i jego żonę,
mieszkających w Patni w Pakistanie- choć małżonkowie nie znali
się przed ślubem, ich małżeństwo trwa już trzynaście lat.
Dalej idą państwo El Gamelowie z Manayel Shebein al Kanater w
Egipcie, których osły wywodzą się w prostej linii od osłów
biblijnych. Następnie wystąpi rodzina Zamba Alumasów z Lujulu w
Afryce Równikowej, gdzie podstawowym, codziennym zajęciem każdej
dziewczynki jest zbieranie świeżych liści , z których panny
wyplatają dla siebie spódnice. Dalej poznacie rodzinę Baloghów z
miejscowości Furolac w Czechosłowacji, gdzie wesela trwają trzy
dni, a wilcze mięso uchodzi za przysmak; włoską rodzinę
Guercinich z Greve w okolicach Florencji, która pomalowała swój
nieskazitelnie czysty dom na żółto, ponieważ domy ich sąsiadów
są czerwone; małżeństwo Steglitzów z Wollau w Niemczech, którzy
zakochali się w sobie na wiejskiej zabawie i pobrali się w roku, w
którym Hitler doszedł do władzy; rodzinę Hiattów z Hook Norton w
Anglii, która lubi zachodnią literaturę i pub The Gate Hangs High;
małżeństwo Prattów z Gidden w stanie Iowa z USA, których
dziewięcioletnia córeczka najbardziej na świecie uwielbia jeździć
na oklep na kucyku; i wreszcie rodzinę Gonzalezów z Moravatio w
Meksyku, gdzie walki kogutów są legalne i gdzie zwyczaj nakazuje
wykraść pannę młodą rodzicom.
Wniosek
płynący z tego fotograficznego przeglądu może zaskoczyć
wyłącznie dziennikarzy piszących nagłówki w gazetach, a brzmi on
po prostu tak: ludzie są po prostu ludźmi, bez względu na to ,
gdzie żyją i skąd pochodzą.”
To
był tematyczny przełom. Ten fotoreportaż zainspirował niejakiego
Edwarda Steichena, dyrektora Museum Of Modern Art (o nim było już
TUTAJ) do zorganizowania... Hm… znowu jestem zmuszony do używania
tych silnie wartościujących przymiotników- do zorganizowania
najsłynniejszej wystawy fotograficznej wszechczasów- „Family of
the Man”. Wiele zdjęć ze wspomnianych fotoreportaży znalazło
się na tej wystawie i wraz z nią okrążyło potem cały świat
(były także w Warszawie).
 |
| Okładka "Ladies' Home Journal". Fot. Robert Capa. |