sobota, 1 lipca 2017

Projekt Okrążenia Łodzi Vol. 9b- Stacja Łódź Radogoszcz Zachód- część południowa. Dwie historie.

Ta część Projektu Okrążenia Łodzi będzie bardziej zwiedzaniem śladów pamięci, niż śladów przestrzeni. Niektórym nie będzie się opłacało spacerować po tym kawałku Radogoszcza, żeby zobaczyć coś co nie istnieje.



(Poprzednia część stacji Radogoszcz Zachód- do poczytania TUTAJ)

Udając się z Radogoszcza w stronę terenów quasi wiejskich, opisywanych już przy okazji Żabieńca- najszybciej za pomocą ulicy Krajowej, która do dziś pozostaje uroczą wiejską aleją- możemy się natknąć na relikt.






A może właściwie jest to ślad reliktu.
Nic spektakularnego, ślad zaledwie, jak w Warszawie, opisywanej niedawno na Automobilowni- LINK. Coś czego właściwie już nie ma.
Ale ponieważ było i wpisało się w historię miasta, zatem może warto wspomnieć, zanim przyszłe pokolenia zaleją to asfaltem.

Sierociniec Gminy Żydowskiej.

I jak zwykle historie nieistniejących miejsc są najciekawsze. Jak to u nas.


Był to duży, trzykondygnacyjny budynek z lat 30-tych, o wysokich proporcjach, który stał się niejakim symbolem tego co działo się z Polską i jej mieszkańcami w ciągu następnych dziesięcioleci. Sierociniec został założony decyzją wojewody łódzkiego w 1922 roku, nazwany oficjalnie "Internatem dla dzieci żydowskich i fermą w Helenówku, gmina Radogoszcz".
Założyły go koła syjonistyczne, które za cel obrały sobie powrót europejskiej społeczności żydowskiej do Palestyny. A ponieważ Żydzi przez wieki zajmowali się rzemiosłem i zawodami "umysłowymi" nie uprawiali tradycyjnych wiejskich zajęć na roli, syjoniści zajęli się nauką rolnictwa małych sierot, w nadziei wykorzystania jej na Ziemi Obiecanej- stąd właśnie radogoska "ferma".


Sierociniec najbardziej znany jest z tego, że przed wojną dyrektorował mu Chaim Rumkowski, późniejszy szef łódzkiego getta. Rumkowski jest postacią maksymalnie dramatyczną, która stała okrakiem pomiędzy niebem zbawienia i piekłem unicestwienia, jego decyzje i sposób działania w getcie są do dziś przedmiotem wielkich kontrowersji i dyskusji. Także wcześniejsza, przedwojenna jego działalność nie jest ich pozbawiona. W czasach gdy był dyrektorem, a właściwie także twórcą- organizatorem radogoskiego sierocińca oskarżono go o czyny pedofilskie, chociaż równie prawdopodobne jest to, że był to efekt frakcyjnych walk o władzę w prężnie działającej organizacji społecznej.

Rumkowski pochodził z Wołynia, był człowiekiem bez wykształcenia, bardzo energicznym i pracowitym, o silnym autorytarnym charakterze. Ta jego cecha wzmocniła się jeszcze za czasów działania w żydowskim domu dziecka, choć wiele osób, które go znały twierdzi, że mimo iż rządził silną ręką, jednak zawsze dobro dzieci i opiekuńczość, a może i nadopiekuńczość były mu celem.
Wcześniej prowadził drobne rzemiosło tekstylne, a po I wojnie światowej był agentem ubezpieczeniowym.
Działał w międzywojniu jako radny w gminie żydowskiej. Gdy do Polski wkroczyli Niemcy i zaprowadzili tu swoje rządy, przypadek, a właściwie narzucona przez władze decyzja postawiły Rumkowskiego na czele utworzonego w 1940 roku getta.

Przewodzenie Starszeństwu Żydów w czasie okupacji uwypukliło jego pozytywne i negatywne cechy- jak to zwykle w godzinach najwyższej próby. Rumkowski dzielił i rządził, został w getcie panem życia i śmierci, nazywanym przez społeczność "królem getta". Z jednej strony ojcował swoim podwładnym i zarażał swoimi wizjami, z drugiej był naciskany przez straszliwe imadło Niemców, dążących do eksterminacji Żydów. Równowaga między ceną zbawienia ludzi a kolaboracją była niezwykle cienka. Rumkowski manewrował jak mógł. Ale mógł niewiele. Wraz z niemieckim urzędnikiem Hansem Biebowem, przedwojennym kupcem z Bremy, zorganizował z łódzkiego getta wielki zakład przemysłowy produkujący ubrania i sprzęt dla Wehrmachtu, licząc na racjonalność hitlerowców, którym się ów produkcja bardzo opłacała. Ale jak wiemy racjonalność działań hitlerowskich Niemców nie była ich mocną stroną.

"Gdy zastanawiałem się, jak pokonać problem, wobec którego stanęli Żydzi, doszedłem do wniosku, że praca jest dla nich najlepszym z błogosławieństw. Znacie, nieprawdaż, moich pięć podstawowych haseł? 1: Praca, 2: Chleb, 3: Pomoc dla chorych, 4: Opieka nad dziećmi, 5: Spokój w getcie. (...). Samotnie dźwigam moje zadanie i jeśli trzeba, używam siły. Dyktatura nie jest brzydkim słowem. Dzięki dyktaturze zdobyłem uznanie Niemców dla mojej pracy. A gdy mówią: Litzmannstadt Ghetto, odpowiadam: To nie getto, to miasto pracy"
Przemówienie Chaima Rumkowskiego do ludności getta.

Działo się to w warunkach narastającego straszliwego głodu pracowników tego „miasta pracy”, ciągłego niedoboru wszystkiego i niemożliwego do pojęcia stłoczenia ludzi, których po kilkudziesięciu mieszkało w jednej izbie- niemieckie władze zgromadziły społeczność żydowską na mikroskopijnej przestrzeni. Na tym tle wyrastały wojenne fortuny, chwilowe jak się okazało, organizatorów przemysłu gettowego, którzy stawali się demiurgami zdolnymi decydować o przeżyciu ludzi, jeżeli tylko przyjęli ich do pracy. Na tym tle wyrastała też nadzieja przetrwania, ale nadzieja ta była niweczona przez kolejne żądania Niemców, planowo i metodycznie wywożących Żydów na śmierć do Auschwitz.
Rumkowski osobiście decydował kto może pozostać w getcie, a kto ma pojechać najbliższym transportem do obozu zagłady.

Niektórzy chwalą ideę Rumkowskiego, która według nich ocaliła wielu Żydów z łódzkiego getta, dzięki temu że było ono produktywne i trwało najdłużej w okupowanej Polsce, inni wskazują że to tylko chciwość Biebowa przedłużyła jego istnienie.

Autorytet Rumkowskiego podupadł, kiedy zgodził się poświęcić wszystkie dzieci do lat 10-ciu i starców na rzecz dalszego istnienia getta jako zakładów przemysłu wojennego i ocalenia pozostałych pracujących Żydów. Za jego namową i według jego rozkazu „nieproduktywne jednostki” zostały wywiezione na śmierć do obozu w Chełmnie nad Nerem (Kulmhof am Nehr). Z kilkunastu tysięcy dzieci z getta poniżej 10-go roku życia ocalało tylko jedno.

Nie da się racjonalnie ocenić decyzji Rumkowskiego, w czasach gdy nikt nie żąda od nas takich wyborów. Można tylko sądzić, że Chaim Rumkowski zatracił się w swej drodze wybierania mniejszego zła.
Czy to była jego wina? Czy miał jakieś wyjście?

Adam Czerniaków, szef getta warszawskiego postawiony przed podobnym dylematem- popełnił samobójstwo. Ale czy należy oczekiwać samobójstwa od kogokolwiek?
Zresztą samobójstwo Czerniakowa i tak niczego nie zmieniło.

Działania i plany Rumkowskiego nie uchroniły go od podzielenia losu swoich współbraci- zginął w Auschwitz, wywieziony wraz z żoną jednym z ostatnich transportów ze stacji Radegast ( Tam znajduje się dziś muzeum opisane przy okazji stacji Łódź Marysin – LINK) w sierpniu 1944 roku.

…....

Czy miasto dotknięte takimi dramatami, czy kraj dotknięty takimi dramatami może jakoś podnieść się i żyć dalej?
Pewnie musi.
Człowiek przetrwa wszystko, to i miasto też.

Wróćmy na Radogoszcz.

W czasie gdy łódzkich Żydów spędzono do getta, a polska ludność żyła pod opresją okupacji, grożącą codzienną śmiercią (dodajmy tu dla czytelników zagranicznych że okupowana przez Niemcy Polska była krajem w którym za pomoc Żydom groziła kara śmierci dla pomagającego i najbliższej rodziny- patrz komentarz p. Michała Grochowskiego pod wpisem), a przynajmniej wywózką do obozu lub na roboty przymusowe- Niemcy przejęli budynek dawnego żydowskiego sierocińca i przekazali organizacji Lebensborn.

Działalność Lebensbornu na Radogoszczu- Helenówku zaczęła się w 1941 roku. Od tego roku na podłódzkich wsiach dochodziło coraz częściej do zaginięć młodych ludzi, zwłaszcza dziewczyn, które porywano do ośrodka na Krajowej.
Lebensborn miał bowiem za zadanie wzmocnić germańską rasę i wyhodować nowych Niemców, choćby i z młodzieży pochodzącej z podbitych krajów. Szukano zatem ludzi o aryjskim wyglądzie, którzy przed przyjęciem do ośrodka byli szczegółowo badani przez niemieckich antropologów.
Sam ośrodek przypominał w pewnym stopniu sielankę, w czasach gdy polska ludność niemalże głodowała na okupacyjnych, kartkowych racjach żywności i nie znała dnia ani godziny. W Lebensbornie zorganizowano zajęcia szkolne i gimnastyczne, był podobno nawet basen. Zamknięci w ośrodku młodzi ludzie, oprócz wychowawczego i propagandowego drylu cieszyli się względną swobodą. Za wyjątkiem obcowania płciowego. To było nakazane i ściśle kontrolowane przez lekarzy Lebensbornu. Niektórym bezrefleksyjnym jednostkom może i odpowiadałoby życie w charakterze egzemplarzy rozpłodowych, niemniej tezie tej przeczy co najmniej kilka samobójstw odnotowanych na Helenówku. Dzieci urodzone z tych związków były natychmiast zabierane matkom i przekazywane do adopcji w Niemczech, gdzie uroczyste chrzty były odbywane w obecności oficerów SS i portretu Hitlera.
Skala działalności Lebensbornu i dokładny jej charakter jest do dzisiaj bardzo słabo rozpoznany, ze względu na wstydliwy temat i milczenie świadków. Spora część stwierdzeń na temat tej organizacji jest tylko pogłoskami lub plotkami.
Lebensborn w czasie procesów norymberskich nie został uznany za organizację zbrodniczą, tylko za pomocową- między innymi z powodu braku dowodów. Dopiero w latach 50-tych i 60-tych sądy niemieckie uznały jednak działania Lebensborn za zbrodnicze. Nadal jest to jednak spora biała karta w księdze historii.
Lebensborn istniał na Helenówku do jesieni 1944-go, kiedy to Niemcy zaczęli mieć inne priorytety niż sublimacja germańskiej rasy.
Po wojnie, za polskiej administracji, budynek znowu powrócił do pierwotnej funkcji- działał jako sierociniec dla żydowskich dzieci ocalałych z Holokaustu. Jednym z owych dzieci był między innymi Henryk Grynberg.
W latach 60-tych wielki gmach na Krajowej 15 zmienił przeznaczenie. Przekształcono go w dom wychowawczy dla nieletnich dziewcząt. Z tego okresu pamięta go większość mieszkańców Helenówka. I z tego też okresu pochodzi jego niesławny przydomek- "Harem". Z domem wychowawczym wiążą się niespodziewanie kolejne łódzkie, sławne nazwiska- przebywała tu Nika Strzemińska, późniejsza lekarka i autorka książek o własnych rodzicach- Katarzynie Kobro i Władysławie Strzemińskim. Ciekawe, prawda?
Ciekawe. I nie istnieje. Dom poprawczy zamknięto w latach 80-tych, od tamtej pory niszczał przez lata. Na początku lat 2000-ch odzyskała go gmina żydowska i sprzedała w 2004 roku jakiejś firmie. Ta wyburzyła gmach przy ul. Krajowej.
Może i dobrze.
Tyle nieszczęść było z nim związanych, że może lepiej że został zburzony. Miejmy nadzieję, że inne budynki Radogoszcza Zachodu będą miały bardziej szczęśliwe życie.

Ale pamiętajmy, pamiętajmy...

********************************************************






Nie będzie to jedyny obiekt w okolicach Stacji ŁKA, który zniknął, ale jeszcze trwa. Żeby zobaczyć kolejny należy przejechać/ przejść się kawałek w stronę wschodnią, aż do ulicy Zgierskiej. Jest to praktycznie już połowa drogi do przystanku ŁKA Łódź Arturówek- LINK, więc można ruszyć potem na eksplorację jej okolic wedle wytycznych z Fotodinozy.

Były sobie dwa pałacyki.
Na początku XX wieku spory majątek w okolicach Zgierskiej, ciągnący się aż do ulicy Bema nabyli od krewnych Olga i Reinhold Lange. Do tego dużego folwarku należała cegielnia, młyn wodno- elektryczny i karczma- dzisiaj obiekty już nieistniejące na ich miejscu stoją bloki Radogoszcza. Cegielnię, prawdopodobnie tę właśnie, pamięta jeszcze mój Teść z czasów tużpowojennych, kiedy jeździł z rodzicami tramwajem na letnisko na radogoskiej wsi.
Małżeństwo Lange zbudowało dla siebie willę- pałacyk pod adresem- Zgierska 213. Dodajmy że dziś jest to adres okryty niesławą. Przynajmniej w Łodzi. Pałacyk przetrwał z lekkimi uszkodzeniami czas I wojny światowej i podłódzkie nawalanki pomiędzy armią rosyjską i niemiecką, a już za wolnej Polski został sprzedany następnym właścicielom. Tymczasem państwo Lange wystawili sobie kolejną rezydencję willową na sąsiedniej działce- pod numerem 215. Od lat 20-tych, aż do 2010-tych dwie klasycystyczne wille przy Zgierskiej sąsiadowały ze sobą będąc wśród bloków Radogoszcza pamiątką po dawnych podmiejskich czasach, w otoczeniu pięknego starodrzewia.

W 2011 roku pałacyk przy Zgierskiej 213 kupił pewien pan, miłośnik (podobno) starych powozów i samochodów. No ale nie miłośnik stuletnich willi, niestety. Willa była wpisana do ewidencji zabytków i trwało wpisywanie jej do rejestru (wyższy stopień ochrony konserwatorskiej), co , jak to u nas, trwa długo. 
Jak wiemy także- właściciele zabytkowych nieruchomości mają u nas systemowo przerąbane- czekają ich generalnie same obowiązki i żadne przywileje. Jest to znany fakt. Zatem lepiej nie mieć zabytku. Szanowny właściciel pałacyku zaczął niniejszym działać. Konsultował się podobno z prawnikiem i historykiem sztuki (nazwiska?! nazwiska?!), którzy stwierdzili w swej pisemnej ekspertyzie, że obiekt jest nic nie wart, w złym stanie i nadaje się do wyburzenia. W długi weekend przed Bożym Ciałem w 2011 roku willa została otoczona wysokim drewnianym parkanem (żeby nie było za dużo widać) i poczynając od godziny 17.00 (kiedy to urzędnicy i konserwator zabytków stoją już w korkach w drodze do domu) w ciągu pięciu godzin została zrównana z ziemią. Podczas tego procesu przerażeni okoliczni mieszkańcy wydzwaniali alarmowo do wszystkich służb, usiłując zatrzymać demolkę. Przyjechała Straż Miejska, ale nic nie wskórała. Budynek zniknął z powierzchni ziemi.
Z wyburzeń można znaleźć liczne filmy i zdjęcia w internecie. Na moje architektoniczne oko budynek był w bardzo dobrym, a nawet świetnym stanie i nic mu nie dolegało.
Okoliczni mieszkańcy dostali piany. Konserwator zabytków dostał piany. Urząd Miasta dostał piany. Nie było to pierwsze zdemolowanie zabytku w Łodzi i, zapewniam, nie ostatnie. Ale bezczelne i bardzo dobrze udokumentowane.

Wcześniej w Łodzi wielokrotnie płonęły fabryki, najbardziej drastyczny przykład to Fabryka Biedermanna przy Smugowej, piękny i wielki ceglany kompleks, który dopiero po zdemolowaniu doczekał się wpisu do rejestru zabytków. Ani nie uchroniło go to przed dewastacją, ani nie pomogło w odbudowaniu. Stoi od piętnastu lat jako ruina.

Jednak w sprawie pałacyku przy Zgierskiej zapadł wyrok skazujący. Właścicielowi groziło pięć lat więzienia, za złamanie ustawy o ochronie zabytków i prawa budowlanego. Proces ciągnął się z rok, w końcu nastąpił w nim niespodziewany zwrot- właściciel przyznał się do winy i obiecał odbudowę zniszczonego budynku, deklarując przeznaczenie na to 1,6 mln złotych. Odbudowa pałacyku miała nastąpić w ciągu trzech lat.

Wyrok zapadł w 2012 roku.
I co? I co? I co?
Jest! Wyobraźcie sobie! Jeszcze nie wykończona, ale jest.
Powiem szczerze, że to budujące.
Nie kamieni kupa.
I jeszcze to otoczenie. Nie wiem jak można było wpaść na pomysł zniszczenia obiektu, do którego wiedzie taka aleja drzew! No ale nareszcie znowu jest komplet i równowaga przywrócona.


Cieszy także, że druga willa Lange'ów nadal stoi i ma się dobrze, jest w świetnym stanie i działa w nim akademia twórcza dla dzieci. 







Obydwa budynki wraz z ogrodami stanowią dość przyjemną wyspę antyku na tle współczesnego, ciasno je oplatającego otoczenia i licznych parkingów. Miejmy nadzieję, że jeszcze trochę postoją.

Fabrykant

P.S.
Wszystkie dotychczasowe części Projektu Okrążenia Łodzi dostępne są TUTAJ.











6 komentarzy:

  1. bardzo interesujące Vademecum...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Pracujemy i pracujemy, ale ciągle Łódź nieokrążona. Co chwila coś ciekawego zatrzymuje te pociągi ŁKA.

      Usuń
  2. Szanowny Fabrykancie!

    Proszę o sprostowanie tego fragmentu: "dodajmy tu dla czytelników zagranicznych że okupowana przez Niemcy Polska była jedynym krajem w którym za pomoc Żydom groziła kara śmierci dla pomagającego i najbliższej rodziny".

    Spyta kto: a co tutaj nie pasuje?

    Ano:
    1. Łódź była wówczas miastem włączonym bezpośrednio do Rzeszy i obowiązywało prawo takie, jak choćby i w Berlinie czy Hamburgu. Stąd - nie było ono szczególne dla polskich ziem okupowanych. Inna sprawa - dyskryminowało ono nie-obywateli niemieckich (w świetle Ustaw norymberskich) i pozwalało ono sądzić ich surowiej - stąd nie-Niemcy mogli być skazani na śmierć za pomoc Żydom, podczas gdy Niemcom to niemal nie groziło (należy podkreślić - niemal. Są i takie przypadki.)

    2. Kara śmierci za pomoc Żydom groziła na terenie Generalnego Gubernatorstwa (od jesieni 1941 r.), ale to nie jedyny obszar z takim prawem. Analogiczne zapisy obowiązywało również w Komisariacie Rzeszy Wschód i Komisariacie Rzeszy Ukraina (które częściowo obejmowały ziemie ZSRR, a nie polskie ). Także na Bałkanach (ale nie całych!) obowiązywało takie prawo - jeśli dobrze pamiętam: na terenie Chorwacji i Serbii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za te cenne uwagi- moja wiedza jest tutaj dość pobieżna. Redaguję zatem słowo "jedynym", bo reszta się mniej więcej zgadza.

      Usuń
  3. niesamowite historie, bardzo ciekawe, a odbudowanie willi wrecz niesamowite jak na polskie zwyczaje, niezle musieli go nastraszyc, ciekawe jak, i ciekawe skad tyle pieniedzy, czyzby rowniez od "prawnika i historyka sztuki" ? tak czy inaczej wielkie brawa dla wytrwalosci wymiaru sprawiedliwosci!
    szkoda tylko ze przy okazji nie naszla ich refleksja, zeby jednak nadac jakies prawa wlascicielom zabytkow.. chocby nawet zwolnienie z oplat za budynki i dzialke na ktorej sa..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O ile się nie mylę, to jedyny plus jest taki, że państwowe zabytki są dość tanie do kupienia- czasem za kwoty symboliczne.

      Usuń

Drogi czytelniku! Pragnę ostrzec, że wredny portal blogowy na jakim piszę bardzo lubi zjadać bez ostrzeżenia wpisy czytelników podczas ich zamieszczania. BARDZO PROSZĘ PO NAPISANIU KOMENTARZA SKOPIOWAĆ GO i w razie czego wstawić ponownie, na pohybel Google Blogger. Fabrykant.