wyświetlenia:

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą strumień świadomości. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą strumień świadomości. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 sierpnia 2024

Młynarska ironia bucha - rozszyfrowanie.



Rok 1965:



Jedni mają swój intymny mały świat
Drudzy mają trochę zalet, trochę wad
Albo forsę i z tą forsą wielki kram
Lub pretensje i kłopoty a ja mam

Światowe życie, szum i gwar
Feerią neonów błyszczy mleczny bar
Porcję leniwych zjadam à la fourchette
I syty i szczęśliwy czuję się wnet
Właśnie wpłaciłem pierwszą z rat
Nową Syreną jadę w wielki świat
Mijając setki równie wytwornych aut
Na bal spółdzielców czy działaczy raut

Wszystkiego dotknąć, wszystko prawie wolno zjeść mi
Każda kanapka warta chyba z pięć czterdzieści
Tu wznoszę toast ówdzie rzucam kilka zdań
W krąg czeskie kolie i kreacje pięknych pań

Cichnie przyjęcie, czeka mnie
W nowym segmencie kolorowy sen
Zamawiam więc budzenie, wyłączam prąd
By jutro znowu ruszyć w wielki monde

Więc nie trzeba proszę Państwa, co tu kryć
Robić kantów ani badylarzem być
Czyś robotnik, czy literat, czy też kmieć
Jeśli spojrzysz odpowiednio możesz mieć

Światowe życie, przygód sto
Sweter z CDT u, metka z PKO
Żubrówka równie dobra
Jak Black and white
I jak z Broadwayu program „Warsaw by night”!
Choć gwiazd estrady śpiewał chór
Że nie dla ciebie samochodów sznur
Ty się z pogardą krzywisz i prężysz tors
Inne ma zdanie na ten temat ORS

W południe kawka, po niej lepiej się pracuje
W krąg Przemysławki europejski zapach czujesz
Dyskretny kelner na Twój każdy gest się zgłasza
Wieczorem PAGART na sto imprez cię zaprasza!

Po co ci więcej, taką masz
Geograficzną długość, słowiańską twarz
Więc się zachłyśnij aż do utraty tchu
Światowym życiem ze mną właśnie tu!
Światowym życiem ze mną właśnie tu!

https://www.youtube.com/watch?v=8gSkLmQXOFU

 

 Nie mam co do tego żadnych wahań. Młynarski był geniuszem słowa. W pięciu wyrazach potrafił oddać aluzyjnie różne bardzo skomplikowane rzeczy. Zwłaszcza, że był to czas Polski Ludowej, która na różne sposoby gnębiła swoich obywateli, a tych co za dużo mówili / pisali / śpiewali – fachowo kneblowała. Zatem Młynarski w swoich piosenkach mówił mało. Tyle, ile było można. Wyśmiewał opresyjny system w którym żył. Był wspaniałym tekściarzem i charyzmatycznym wykonawcą swoich śpiewanych wyroków na PRL. A PRL czasem kneblowała swoich prześmiewców (jak Kisiela, który dostał szlaban), a czasem mrugała oczkiem do społeczeństwa „zobaczcie jacy jesteśmy tolerancyjni, bawcie się, bawcie!”. I ostro krytyczne teksty jakoś przechodziły.

Jednak dziś minęło 35 lat od dnia w którym Joanna Szczepkowska bezpretensjonalnie i niespodziewanie ogłosiła w telewizji, że komunizm się skończył. Zatem sporo, sporo czasu. I nawet takie dinozaury jak ja, nieustannie zwrócone w przeszłość ledwo już dają radę wyłuskać wszystkie aluzje z dawnych piosenek Mistrza. A ponieważ Mistrz Młynarski nieźle namęczył się w tych tekstach, żeby sprytnie podejść cenzurę, wycyckać czujną władzę, albo ją wziąć pod włos, postanowiłem jeden, mój ulubiony tekst, nieco odszyfrować dla publiczności. Póki jeszcze te dinozaury coś kojarzą.

To piosenka „Światowe życie” z 1965 roku. Muzykę skomponował Tadeusz Preizner, jazzman od Trzaskowskiego i Matuszkiewicza, aranżer i twórca muzyki poważnej. Młynarski natomiast stworzył tekst w którym aluzja jest nie tylko w każdym zdaniu, ale właściwie w co drugim słowie.

sobota, 11 września 2021

Tramwaj Tanfaniego - moja debiutancka książka.

Szanowni Czytelnicy, Przyjaciele i Fani Fotodinozy

Co prawda na blogu się trochę obijam, ale za to - łubudu! Napisałem swoją debiutancką książkę pod tytułem "Tramwaj Tanfaniego". Premiera w listopadzie 2021. To klasyczny kryminał, dziejący się - to dało się łatwo przewidzieć - w moim rodzinnym mieście Łodzi. Rzecz inspirowana prawdziwymi wydarzeniami, kiedy to po rewolucji robotniczej zastrzelono w tramwaju łódzkiego milionera - Juliusza Kunitzera. Od tego się zaczyna, a potem trzeba to wszystko rozwikłać...
Książka o mieście próbującym zagoić rany i zbrodni, która może otworzyć je na nowo.

Można ją kupić pod linkiem:

LINK

Artykuły na Fotodinozie nadal będą się, rzecz jasna, ukazywać od czasu do czasu. Zostańcie nastrojeni na nasze fale.

Fabrykant

sobota, 19 września 2020

Urbex. Łódź.


No bo gdzie jest ta prawda o Łodzi? No przecież, że nie w tych wszystkich odpicowanych miejscówkach z wyczyszczoną cegłą. Nie w biurowcach, ze stali szkła i aluminium. Nie w Bramie Miasta, co trochę jest gówniasta. Swoją drogą, proponowałbym nazwać "bramą miasta" po prostu coś innego niż dwa przeciętne biurowce. One po prostu mają złą nazwę, która się przykleiła do tego miejsca z poprzednich koncepcji. Koncepcje uleciały i teraz te biedne dwa budynki muszą świecić oczami za wcześniejsze projekty (jeżeli chcecie zobaczyć Bramę Miasta, musicie przewinąć na koniec wpisu).

Otóż nie w nowości jest prawda. Nie i nie. Prawda jest w starości. Ja oczywiście lubię starości, ale nie każdy lubi takie rzeczy, dlatego nie każdy musi lubić Łódź. Możecie sobie nie lubić, pozwalam wam. 

Wólczańska. Fabryka Schmitz i Van Endert.



Ostrzegę również, że miasto Łódź jest największym w Polsce zlepkiem chaosu i łaciatości. Napisałem kiedyś, że Ciechocinek (LINK) jest symbolem polskiej łaciatości, tego konglomeratu szlachetnej patyny, blichtru nowoczesności, pięknej i wygodnej solidności, oraz okropieństwa i syfu nie do opisania, kotłującej się brzydoty i maksymalnego zaniedbania. Napisałem tak, ale przeszedłem się w ostatni weekend po mojej Łodzi i odwołuję, odszczekuję ten Ciechocinek.

No, Ciechocinek też, też oczywiście. Ale nie w takiej skali! Jak człowiek jedzie do jakiegoś Paryża, czy Londynu, to z grubsza od razu wie gdzie jedzie. Wie co i jak. Wie, gdzie ścisłe centrum, błysk i luksus, zabytki i nęcenie turystów, wie gdzie dobre dystrykty, gdzie przedmieścia, gdzie dzielnice przemysłowe, gdzie zakazane miejsca. Gdzie głowa, a gdzie nogi.

Przyjeżdżając do Łodzi niczego takiego się nie dowie. Szans nie ma. No taką przebodli nas ojczyzną i nie da się poradzić.

Wólczańska. Fabryka Ludwika Hentschla.






Po pierwsze to miasto jest jak nie z Polski - zaplanowane przez planistów i zbudowane niemal w całości w ciągu kilkudziesięciu lat. Nie tak jak Kraków, co nie od razu go zbudowano. Ni cholery. Łodź od razu! Po drugie wszystkie te plany ścisłe i wspaniałe wzięły podczas budowy w łeb. Zaczęło się bezhołowie, które jest do dzisiaj. Władze nigdy nie wiedziały, czy cieszyć się tą samowolą, czy może martwić. Z początku

poniedziałek, 11 maja 2020

Kasa Chorych miasta Łodzi



Wiecie co jest w tej fotografii fajne? Wychodzę z domu po zdjęcia, jakbym szedł wodę z jeziora nabrać. Jedno zabrane wiaderko wystarczy? No, może wezmę jeszcze jakieś drugie. No może trzecie, pozmieniam sobie wiaderka po drodze, a co!
Wsiadam w samochód i nieekologicznie jadę nabrać zdjęć. Ale za to z jaką przyjemnością! Jadę się powłóczyć. Nie wolno, ale można. Wypływam na zieloną przestrzeń oceanu, wóz nurza się w zieloność i sam jest zielony. Ale nie zieleń jest mym celem. Zieleń może być przy okazji, a celem zaczerpnięcia są zgliszcza i ruiny. 
Nie mogłem się lepiej urodzić - urodziłem się bowiem w środkowoeuropejskim centrum zgliszczy i ruin, przeróbek i zaszłości. Wiele tu zaszło.
Nie, nie, oczywiście, nie zniechęcajcie się, nowoczesność w domu i zagrodzie też jest w Łodzi, jest pełno świetnych knajp, ciekawie zrewitalizowanych fabryk, dużo muzeów i pasaży, pysznych fabrykanckich pałaców. W których także można uprawiać z powodzeniem fotografię, czerpać garściami zdjęcia. Tylko akurat nie w tym smaku, w którym ja lubię czerpać. 






Lubię czerpać mymi wiaderkami różne znaki czasu. Różne procesy rozpadu, elementy z przeszłości. Ma to niby na celu zatrzymanie czasu w kadrze, choć jest prawdopodobnie bez sensu, znając zasadę entropii świata - już sensowniej byłoby fotografować te rzeczy najnowsze, najładniejsze i najbardziej wymuskane. Luksusowe. Doświadczenie wskazuje, że i one łatwo zmieniają się w ruiny, należałoby natychmiast dokumentować ich świetny stan, zanim dotknie je powszechny rozpad. Na szczęście zrobią to za mnie inni - oddycham z ulgą.
Ja tymczasem zrobię sobie portrety obiektów już wcześniej objętych tym procesem. To jest, jak widzicie, bez sensu z logicznego punktu widzenia, albowiem zgliszcza i ruiny są towarem dość licznym i powszechnym. A jeśli akurat chwilowo nie są - wystarczy parę lat poczekać i nie robić remontów.
Niemniej - kocham rudery, zgliszcza i zaszłości, ponieważ są szczere i niczego nie udają. Nie podszywają się pod nic innego, w przeciwieństwie do tych rzeczy świeżo odnowionych. Wyczyszczonych pałaców, w których są biura korporacji, zrewitalizowanej Manufaktury, gdzie od lat nie latają już bawełniane pyłki z maszyn włókienniczych, fabryk zamienionych na hurtownie z bezużytecznym kominem.







I lubię fotografię. Za możliwość czerpania do woli z oceanu rzeczywistości. To takie piękne - świat jest i można mu w każdej chwili zrobić zdjęcie. Prawie zupełnie za darmo, jeśli nie liczyć ceny aparatu. Morze pięknych kadrów na każdym kroku hojnie pozwala ci sobą dysponować. Nic, tylko czerpać!
To jest podobno przyszłość. Nie tylko fotografii, ale i turystyki na przykład. Niektórzy (np. Wojciech Orliński) twierdzą

niedziela, 29 marca 2020

Czas i znajoma przestrzeń. Jacek Kusiński.

Fot. Jacek Kusiński.
Fotografia to spoglądanie na świat oczami innych. Czasami jest to zaskakujące, zwłaszcza jeśli dotyczy rzeczy dobrze człowiekowi znanych. Niektóre portrety wydobywają z modeli niespodziewane zupełnie rysy. Niektóre osoby, czego nie oczekiwaliśmy, okazują się fotogeniczne w zaskakująco niezwykłym stopniu. Spoglądamy na nie, na ich fotowizerunki, owymi cudzymi oczami i zastanawiamy się nad tym, czego sami nie dostrzegaliśmy. 
Czasem z zazdrością patrzymy na te zdjęcia. Też by się tak chciało.
Żeby zrobić dobrą fotografię potrzebnych jest wiele elementów. Miejsce, odpowiednie oko, korzystnie dobrany punkt widzenia, obiektyw lub ogniskowa zooma, staranne ustawienie, klasyczne lub łamiące zasady kadrowanie, właściwy sprzęt, cierpliwość, dobre światło, odpowiedni czas. Last, but not least: szczęście, fuks, przypadek.  Last and least: ciekawy motyw, przedmiot, model. Piszę o tym na ostatku, bo wielu fotografów udowodniło, że można zrobić zdjęcia nocnikowi, starej furtce, albo fałdom papryki, w taki sposób, że będą intrygujące i przykuwające uwagę (Weston, Fox Talbot, et tutti classici).


Fot. Jacek Kusiński.

Fot. Jacek Kusiński.
Na ogół, części z tych elementów nam niedostaje. To przykre. Ale co zrobić, człowiek po przejściu pewnych etapów głupowatości zna swoje ograniczenia i zdaje sobie z tego sprawę. Z wyżej wymienionych - oprócz wystarczającej dozy talentu - najbardziej brakuje mi czasu i cierpliwości.

Nam najbardziej brakuje czasu
Chciałem spotkać tych, których już nie ma
I od razu
Odeszli tak bez hałasu
A ja zostałem z milionem obrazów z tamtych czasów
(...)
Spieszmy się, czas się zbudzić.
Człowiek musi się natrudzić.
Nazapierdzielać musi uczyć się i gubić.
Spieszmy się kochać ludzi.
Spieszmy się, nim nam zabraknie chwili,
Nim czas nam powie, żeśmy nie przeżyli.
Mili nie byliśmy, nie przeszliśmy mili
                                      nawet.
Czas wziąć w swoje ręce sprawę.
                   Junior Stress

Niektórzy mają zalety mnie samemu niedostępne. Dlatego z podziwem patrzę na ich zdjęcia portretowe, na których z zaskoczeniem odkrywam nowe kształty i światłocienie, inne zupełnie spojrzenia.
Zwłaszcza, że są to portrety miasta.
I to mojego.
Zdjęcia Jacka Kusińskiego. Fotograficzny portret Łodzi
Boże, jak ten Kusiński musi lubić to miasto! Jeszcze bardziej niż ja je lubię (a ja bardzo lubię). Ma do niego, oprócz czułości, także niewiarygodną cierpliwość.


Fot. Jacek Kusiński.


Fot. Jacek Kusiński.

Fot. Jacek Kusiński.

Fot. Jacek Kusiński.

Fot. Jacek Kusiński.


Fot. Jacek Kusiński.


O miasto rodzinne kłócę się z moim Młodzieżem. On chciałby ideału piękna, błysku nowoczesności, a ja, najzupełniej przeciwnie - tylko brudu i obszarganych wiekowych murów - to jest dla mnie prawda o Łodzi. Jego oryginalność i esencja. Nie jest to miasto klasycznie piękne, zapierające dech w piersiach, przyznaję i ostrzegam z góry. Ale ma charakter.

piątek, 24 stycznia 2020

Zwalniam się z Obowiązku. Bezlusterkowce zwyciężyły.



"W 1989 roku skończył się w Polsce komunizm" - powiedziała Joanna Szczepkowska ku zaskoczeniu publiczności. "W 2019 roku zwyciężyły bezlusterkowce i przegrały wszystkie aparaty fotograficzne" - powiedziałem ja. Bez zaskoczenia.
Dość niesamowite jak zmieniał się rynek. A zmieniał się tak:
W czasie gdy Joanna Szczepkowska w 1989 roku głosiła swe herezje, na świecie sprzedawało się około 20 milionów aparatów fotograficznych. Były to niemal bez wyjątku aparaty analogowe na film.
W 2004 roku, kiedy to kupiłem swój pierwszy aparat cyfrowy (Canon 10D) na świecie sprzedawało się już 50 milionów aparatów, z czego tylko 10% stanowiły aparaty na film, a resztę cyfrówki - niemal wszystkie były cyfrowymi kompaktami.
W 2010 roku na świecie sprzedało się 121 milionów aparatów fotograficznych. Był to rekord wszechczasów. W tym samym czasie kupiono także ponad 420 milionów smartfonów. Jak zapewne się domyślacie "rekord wszechczasów" sprzedaży aparatów oznacza, że już więcej takiej sprzedaży nigdy nie było. Słusznie się domyślacie.
W 2016-tym aparaty fotograficzne znalazły o sto milionów właścicieli mniej (ok. 22 miliony), gdy tymczasem sprzedaż smartfonów przekroczyła 1,5 miliarda (słownie półtora miliarda sztuk).
Ostatnie cztery lata to dalszy zjazd po równi pochyłej ilości sprzedawanych aparatów. Ale! W 2018 nastąpiło w tym spadku jedno przesilenie - bezlusterkowce przebiły sprzedażą lustrzanki. 

Artykuł o tych zmianach można przeczytać na: https://www.statista.com/chart/5782/digital-camera-shipments/



Reklama Canona 100D stworzona w Malezji
Od lat brałem udział w plebiscycie Optyczne.pl na "produkt roku", głosując na lustrzanki i obiektywy do nich. W 2019 niestety nie było na co głosować, chyba że na obiektywy do bezlusterkowca i bezlusterkowce, z którymi mam niemal zerową styczność.
Proporcje są następujące: w zeszłym roku

poniedziałek, 23 grudnia 2019

Życzenia świąteczne

Szanowni Czytelnicy!

Życzę Wam dużo radości z fotografowania. Żeby to co najlepsze samo pchało się wam w obiektyw, a palec na spuście nigdy nie zadrżał. Żeby wam migawka migała jak trzeba, a jeśli nie macie migawki - żeby wam prądy elektryczne nie błądziły. Żeby wam nie wypalało pikseli, żeby wam się karta nie zawieszała, żeby wam lustra nie odpadały, a jeśli macie bezlusterkowca, to żeby nie odpadały wam lustra w łazienkach.  
Życzę także dużo radości z czytania Fotodinozy. 
Oprócz tego, życzę wam świetnych prezentów, zwłaszcza markowych. Na przykład niżej wymienionych znanych marek:










Wesołych Świąt!
Fabrykant





piątek, 6 grudnia 2019

Najstarsze obiektywy do Canona EOS. Sentymenty.



Ciekawe rzeczy, nikt nie zaprzeczy. Zanim Canon EOS został tym zawodowym pełnym profesjonalistą, którego białe lufy celują dziś w najważniejsze wydarzenia sportowe i reporterskie, zaczynał jako pełny półprofesjonalista. Taki zaawansowany amator. 
Wcześniej, w czasach manualnych zawsze był troszeczkę numerem dwa, za Nikonami, które ewidentnie były najbardziej wszechstronne ze swoją nieskończoną gamą sprzętów, obiektywów, lamp i akcesoriów. U Canona manualnego też było fajnie, ale nie aż tak jak u Nikona.
Projektując system EOS Canon miał w planach pokonać swojego rywala, zmienić reguły gry i zostać najlepszym.
Reguły gry zostały zmienione poprzez całkowite zerwanie z poprzednim mocowaniem obiektywów, całkowite zerwanie z mechanicznym połączeniem pomiędzy aparatem a obiektywem i zastosowaniem automatycznego ostrzenia. Za tę rewolucję dawni użytkownicy poprzedniego canonowskiego systemu manualnego obrazili się śmiertelnie - ich sprzęty "przestały być wspierane" niczym Windows 7 i na żadne nowe obiektywy i akcesoria firmowe nie można było już liczyć. Był to ewidentny strzał w stopę. Ale strzał oddany po to, żeby odrzutem wypchnąć Canona (z przestrzeloną stopą) do góry.
Dziwię się, że inżynierowie Canona poszli na tak odważny i z początku krytykowany ruch - wierni użytkownicy, wieczni klienci na kolejne produkty, to rzecz niezwykle cenna - a Canon ich olał zupełnie. To, że sprzedając aparat sprzedaje się klientowi również swój system i zyskuje potencjalnego wiernego fana wiadomo nie od dziś - między innymi dlatego najtańsze aparaty systemowe są w tak niewielkiej, w porównaniu do wyższych modeli, cenie. Pomimo, że ich funkcjonalność nie jest w żadnym wypadku dwukrotnie gorsza, jak wskazywałby paragon. 




W 1987 roku Canon jednym ruchem skasował sobie spore źródło dochodu, jakie stanowili posiadacze systemu manualnego. Obiektywy starego typu FD, o ile się orientuję, przestały być produkowane jak ucięte nożem w 1987 roku, a całą parę skierowano na nowe konstrukcje z autofokusem.
Musieli być, ci inżynierowie, zupełnie pewni swojego przyszłego sukcesu.
Pierwsze co wypuszczono na rynek to aparat dla zaawansowanego amatora, Canon EOS 650, już na Fotodinozie opisywany. Zrobił on wspaniałą robotę, ponieważ był wspaniały. Jak wiadomo - tanie wino jest dobre, bo jest tanie i dobre. EOS 650 może nie był bardzo tani, ale był niesamowicie dobry, jak na tło konkurentów w którym to tle startował.

piątek, 29 listopada 2019

Fotodinoza wyprzedaje precjoza. Aukcje Fotodinozy.


A teraz coś z zupełnie innej beczki.
Nie wygrałem aukcji z Allegro. Chociaż dawałem za aparat całe 34 złote, niestety zostałem przebity. I to osinowym kołkiem. Za to wygrałem inny aparat za 25 złotych, który mógł być niedobry (był sprzedawany jako niesprawdzony, bez baterii), ale okazał się dobry, a nawet bardzo dobry. Bo to bardzo dobry aparat przecież jest - pierwszy Canon EOS z roku 1987. Miał być o nim wpis, do kompletu z tym drugim, niewygranym.
W związku z przegraniem niewygraniem powstała jednak pewna idea, żeby przewietrzyć magazyny Fotodinozy, które piętrzą się już warstwowo.
Otwórzmy więc ich drzwi
Zajrzyjmy im do wnętrza
Gdzie wiele różnych spraw
Nawarstwia się i spiętrza
(cytat)
Pozwoli to zebrać fundusik, a nawet kapitalik na jakieś inne głupie zakupy, które będziemy opisywać sukcesywnie.
Bo ja proszę pana zawsze byłam bardzo sukcesywna, we wszystkim co robię. (cytat - Vinci)

Na początek sprzedawane obiektywy, a poniżej ględzenie na tematy sprzętowe, optyczne i psychologiczne.

Sprzedajemy oto:

Voigtlander 28-105mm f/2,8-3,8 do Canona, 347,- zł do negocjacji.
Tutaj link do aukcji - LINK


 Można nim robić takie zdjęcia:



Canon 35-105mm f/3,5-4,5 , 377,- zł do negocjacji
Tutaj link do aukcji - LINK



Można nim robić takie zdjęcia:



Loreo "Lens in a Cap" obiektyw efektowy - pinhole z soczewką do Canona, 87,-zł do negocjacji, ale małej, bo mało.
Tutaj link do aukcji - LINK



Można nim robić takie zdjęcia:



Wężyk spustowy do Canona EOS, dobry na prezent dla fotografa ;) , 24,- zł do negocjacji.
Tutaj link do aukcji- LINK




Wszystkie one działające, sprawne i żywe.

Dlaczego sprzedaję te obiektywy? Oczywiście mam ich za dużo, ogniskowe dublują się (i tęczują w oczach), a przy tym - wszystkie są zoomami. A ja postanowiłem zostać pełnym półprofesjonalistą i w większości robię ostatnio zdjęcia obiektywami stałoogniskowymi. Tę bazę będziemy powiększać, kosztem nadbudowy.

Przydałby się, oczywiście do tego

piątek, 8 listopada 2019

Najlepsze zdjęcie streetphoto 2019. Magda Chudzik

Fot. Magda Chudzik, finalistka Urban Photo Awards 2019
Nienajgorzej. Niby źle, ale jednak całkiem całkiem. Ze street photo nie jest ostatnio w Polsce zbyt dobrze. W tym roku, z niewiadomych mi przyczyn nie odbył się konkurs Leica Street Photo, który powinien mieć numerek dziewiąty. Przykre. Nie zauważyłem także konkursu Polska Ulicznie, który przyniósł mi dwa lata temu wiele satysfakcji. Wiele satysfakcji, doprawdy, co opisałem TUTAJ. Może organizatorzy pokłócili się na temat tego, co to w ogóle jest street photo? Nikt tego do końca nie wie, nawet najstarsi górale. Ja tylko wiem, że daje mi to dużo radości w oglądaniu. Jest lekko ironiczne, zaskakujące i na ogół bardzo różnorodne, bo nie zdefiniowane. I wydaje się wolne. Trochę takie właśnie polskie, improwizowane, jak to u nas - nie wiadomo czy jeszcze zgodne z prawem, ale się próbuje i jakoś uchodzi. Na czuja.

Street photo to jest coś, co nie próbuje przekazać ci całej prawdy. Przekazuje tylko prawdy chwilowe, skojarzenia, spostrzeżenia, dziwne asocjacje. Raczej nikogo nie nawraca. Pokazuje tylko palcem - o zobacz tam! I za chwilę idziemy dalej. 

Może nawet jest zgodne z dzisiejszym życiem codziennym, w którym nie ma czasu czytać blogów, książek, opinii, ani niczego, co nie jest łatwym do przyswojenia znakiem, najlepiej zgodnym z naszymi poglądami.

W Polsce konkursów nie ma, zatem wiedziony jesienną nostalgią za streetphoto rzuciłem okiem na zagranicę. Na Triest. Na Urban 2019 Photo Awards, w ramach Trieste Photo Days - LINK. Niby zagranica, ale impreza przyjemnie międzynarodowa, wśród współproducentów imprezy dostrzegłem na poczesnym miejscu nie tylko Kraków Photo Fringe, Fotopolis, Raciborskie Centrum Kultury i krakowski "Pierwszy lokal na Stolarskiej po lewej stronie, idąc od Małego Rynku", ale także, ku swemu zaskoczeniu Dom Literatury w Łodzi. Ten Dom Literatury cicho siedzi i w ogóle się tym nie chwali, a tu taką szacowną imprezę wspiera. Oprócz nich także całe rzesze instytucji rodem geograficznym ewidentnie z dawnych Austro - Węgier: Czech, Słowacji, Serbii, Chorwacji, Węgier i okolic. Od razu swojsko się poczułem, jak za miłościwie nam panującego cesarza Franciszka.


Oczywiście też natychmiast doznałem estetycznej satysfakcji, przeglądając wszystkie dwieście dziewięć zdjęć finalistów, dwadzieścia zdjęć nagrodzonych i wyróżnionych, oraz jedno zwycięskie. Sęk w tym, że są powkładane nie do tych przegródek co trzeba. Ja bym to zrobił inaczej.


Spotyka się dwóch architektów na ulicy.

- O cześć! Kopę lat! Wieki się nie widzieliśmy!
- Cześć! Miło widzieć! Poznaj - to jest mój syn.
(krytyczne spojrzenie)
- Ja bym go zrobił inaczej.
              Krzysztof Gol Piotrowski

Prezesem jury w Trieście był pan Martin Parr, członek mej ulubionej agencji Magnum, człowiek legenda. Człowiek, który stworzył właściwie nowy styl w fotografii. Można by ten styl nazwać "na naturszczyka". Jego zdjęcia reportażowe jako pierwsze zwróciły się w stronę kiczu traktowanego dokumentalnie. Na pierwszy rzut oka wyglądają jak zdjęcia z wakacji cioci Wiesi. Jest na nich zwykle ten badziew, tandetny blichtr, jaki cechuje wiele zdjęć wakacyjnych, okropne krzyczące i niedobrane kolory, a także na przeważającej większości potężne doświetlenie lampą błyskową pierwszego planu, zupełnie takie samo jakie serwują amatorom aparaty kompaktowe, kiedy wykryją że robi się zdjęcia pod światło. Martina Parra interesują przede wszystkim plaże, kurorty, wypoczynek zbiorowy i zabytki Które Musisz Odwiedzić, a także stragany wokół tychże zabytków. Celuje swoim obiektywem w amerykańskie kotyliony i flagi, w brytyjskie tatuaże i w chińskie podróbki wieży Eiffla, w supermarketowe zakupy. W skrócie celuje on w takie mniej więcej Mielna - Saint Tropezy polskiego wybrzeża, albo w inne Ibizy - Skorzęciny Morza Śródziemnego.



Fot: Martin Parr, Magnum.



Fot: Martin Parr, Magnum.
Fot. Martin Parr, Magnum.


Jego zdjęcia mają walor magnetycznego kuriozum, tak mocno odróżniają się od artystycznej przeciętnej, oprócz tego są jak wejście z ukrytą kamerą do hermetycznego świata, którego nikt nie zauważa, choć wszyscy widzą. Martin Parr robił takie zdjęcia już we wczesnych latach osiemdziesiątych, ta stylistyka rozpowszechniła się później szeroko, w sporej części dzięki Lomografii. Jednak Martin Parr jest jeden, a reszta to