sobota, 30 czerwca 2018

Naciąganie gości na placu Wolności, czyli dlaczego nie kupię (teraz) nowej książki Katarzyny Nosowskiej.




Góry rosną w oczach. Książki, gazety, czasopisma, broszury, foldery, papierowe teczki, jednostronnie zapisane kartki papieru, które szkoda wyrzucić, a od niedawna liczne zgody na wykorzystanie danych osobowych zgodne z RODO. Piętrzą się. Makulatura, segregacja śmieci, antykwariat, ognisko. Nowe regały montowane pod sufit. Ile to roboty!

Na ostatnie święta Bożego Narodzenia poszedłem do księgarni po prezenty. Na wprost wejścia stał regalik TOP TEN.

Fragment nieznanej sztuki Tennesy Williamsa w oryginale:
"Ten pies... i owe forty... a lot much? To handle Buddy! Stale pies, but i brew, stale... Ale, no – stare my windy, fury win...
One – to ten sam stale pies! Wanna? Piece? A top ten list, pal go! I won!”
                              Stanisław Barańczak.
Stał sobie ten kuszący regalik TOP TEN, a na nim kuszące książki. Niedługo przed świętami zmarł Wojciech Młynarski i książka z jego nazwiskiem stała na poczesnym miejscu na tym regaliku. Nie zapamiętałem dokładnie tytułu - "Wspomnienie o Wojciechu Młynarskim", czy coś takiego. Sięgnąłem łapczywie. I trochę mnie zatchnęło. Tekst był napisany czcionką dla trzylatków. Nie znam się na czcionkach drukarskich, ale petit to to nie był. Właściwie nie dla zwykłych trzylatków. Dla trzylatków olbrzymów. Ja rozumiem, że wielu wielbicieli Młynarskiego jest już posuniętych w latach i że mieliby oni marzenie poczytać książkę bez okularów, a wydawca wyszedł im naprzeciw. Mam jednak podejrzenia że intencje były zgoła inne.
Nie oni pierwsi zaczęli. Zaczęli youtuberzy. Każden jeden jutuber, którego oglądała młodzież szkolna i gimnazjalna, kiedy już zmonetaryzował swój kontent i był wielce kontent z licznych subów i lajków, postanawiał dodać sobie prestiżu, oraz kasy i wydawał książkę. Taka książka to świetne posunięcie. Starzy nie oglądają jutuberów, ale jak mają kupić prezent swojej gimbazie, myślą o kupieniu czegoś do czytania (może w końcu coś przeczyta?), idą do księgarni, a tam na półce uśmiecha się Gimper, Mandzio, Niekryty Krytyk, Gonciarz, Cyber Marian, albo Miecio Mietczyński. O! Nasze dziecko to ogląda i się fascynuje. Kupujemy, na pewno się ucieszy!
Ja też pooglądałem te książki, ale żadnej nie kupiłem. Nie ucieszyłem się. Wydawnictwa te były w większości (z wyjątkami) tworzone według następującego schematu: ładnie wydane, duża ilość kartek, tekst o objętości felietonu zajmujący 40% tych kartek, resztę wypełniają zdjęcia i grafiki, możliwie kolorowe i krzyczące, kupione hurtem na Shutterstocku, albo z innego banku zdjęć, oraz złote myśli i memy drukowane czcionką dla trzylatków - gigantów. Świetny plan. Udawana książka za 39,99.
 

czwartek, 28 czerwca 2018

Jest metafizyka! Fotofestival 2018 II

Ośrodek Propagandy Sztuki, wystawa "Salony Fotografii"


The truth is out there.
         "Z archiwum X"

Latam po łódzkim Fotofestivalu w poszukiwaniu ciekawych rzeczy. Mogą być przy okazji prawdziwe. Ponieważ robię to dorywczo, w przerwach od zajęć roboczych, pomiędzy koszeniem trawnika, karmieniem psa Suki, gotowaniem obiadu i odbieraniem telefonów, zwykle pozostają mi same wystawy, a wszelkie pokazy i spotkania mnie omijają. Albo to ja je omijam, sam nie wiem. Udało mi się nawet raz trafić na jeden wernisaż, ale wyszedłem z niego. Tego wam jeszcze nie opowiadałem. Wyszedłem z wernisażu z trzech powodów- po pierwsze brakowało tam powietrza do oddychania, takie tłumy tam przybyły, po drugie byłem w nieustannym pośpiechu, a po trzecie - ale najważniejsze - wyszedłem z pewnego niesmaku. Właściwie coś się we mnie zbuntowało i wyszedłem. To może nawet dobrze, że zdjęcia wywołują takie wrażenia i powodują u widza emocje, bo w sumie tego chcielibyśmy od zdjęć. To była wystawa pana Huberta Humki pod tytułem Death Landscapes. Co to takiego? Zrobił pan Humka zdjęcia miejsc zbrodni. Wyspy Utoya na przykład, ale też innych, także polskich miejsc zabójstw. Do tego były robione pod odpowiednimi datami i w odpowiadającym prawdziwym zbrodniom czasie godzinowym.

Otóż nie. Ja mówię tej wystawie - nie. 

Choćby zdjęcia były wspaniałe (są bardzo ładne).
To nie jest fotografia, tylko to jest epatowanie. Mam dwie wiadomości dla autora - dobrą i złą. Dobra jest taka, że tematów do epatowania jest faktycznie mnóstwo. Polecałbym jako następne seryjne zdjęcia z prosektorium, bo to mało wyeksploatowany temat na wystawę. Potem zdjęcia urwanych nóg i rąk z katastrofy smoleńskiej. Też jeszcze nie było.
Zła wiadomość jest taka, że w swej mistyce fotografowania "o czasie" spóźnił się Pan jednak za każdym razem od pięciu do trzydziestu sekund. I co teraz będzie z mistyką?
Może jestem niesprawiedliwy. Może jestem subiektywny. Może jestem zgredem. Sami pójdźcie i oceńcie. Wystawa w Galerii Imaginarium w ŁDK do 7 lipca. (Przy okazji piętro wyżej wspomniane w poprzednim wpisie- LINK wystawy Mateusza Kowalika, Sergey'a Melnitchenko i Terje Abusdala)



Obejrzałem kolejnych kilka wystaw towarzyszących. Zajrzałem w różne dziury, nawet do baru "Anna", gdzie stali bywalcy sączyli od rana swoje kufelki. Też bym posączył, ale byłem samochodem. Po mojej pierwszej recenzji - LINK znajomy fotograf Piotr Dębiński napisał z pretensją o Fotofestivalu 2018 - "A gdzie metafizyka?". Otóż jest! Jest!!! Znalazłem!

niedziela, 24 czerwca 2018

Dół festiwalowy. Fotofestival 2018.

Zdjęcia Witolda Plewińskiego na Rynku Manufaktury

"Każdy mówca dysponował czterema minutami czasu dla wyłożenia swych tez, co i tak było sporo, zważywszy że zgłoszono 198 referatów z 64 państw. Aby przyspieszyć tempo obrad, referaty należało przestudiować na własną rękę, przed posiedzeniem, orator zaś mówił wyłącznie cyframi, określając w ten sposób kluczowe ustępy swej pracy.(...) Stanley Hazelton z delegacji USA zaszokował od razu salę, powtarzając z naciskiem:- 4,6,11, z czego wynika 22; 5, 9 ergo 22; 3, 7 2, 11, skąd wynika znowuż 22!! - Ktoś wstał wołając, że jednak 5, ewentualnie 6, 18 i 4. Hazelton odparował zarzut błyskawicznie, tłumacząc, że tak czy owak 22. Poszukałem w jego referacie klucza numerycznego i dowiedziałem się, że cyfra 22 oznacza katastrofę ostateczną."
                  Stanisław Lem "Kongres Futurologiczny"

Strasznie Państwa Szanownych przepraszam, ale ja bardzo emocjonalny jestem, a mało racjonalny. Dlatego od razu po obejrzeniu łódzkiego Fotofestivalu 2018 dostałem doła. I to po obejrzeniu zaledwie jakiejś 1/4 wystaw. 
Co by tu nie mówić Fotofestival jest przedsięwzięciem z którym można wiązać duże nadzieje - dobrze zorganizowanym, międzynarodowym, żywym i wsiąkniętym w miasto. Dzieje się. Pół mapy Łodzi jest upstrzone festiwalowymi wystawami, zobaczyć je wszystkie pewnie się nie uda. Ale od czegoś trzeba zacząć. Zacząłem od samego centrum na Tymienieckiego, gdzie wystaw najwięcej.
Tegoroczna edycja odbywa się pod hasłem "Ludzka natura". Korelacje człowieka z przyrodą ujęto tu wszelako, detalicznie i perspektywicznie, mikro i makro, synteza i analiza. 
Ale chyba zostaję powoli marudzącym starcem (nie ma wyjścia). Nie zdołałem w rajską dziedzinę ułudy na skrzydłach wzlecieć nad światem. Nic mnie nie porwało. No co ja poradzę. 
To wcale nie było nudne, wręcz przeciwnie - ciekawe. To nie było banalne, wręcz przeciwnie - bardzo istotne. To nie było wtórne, a  przeciwnie - całkiem twórcze. Ale po wyjściu z centrum Fotofestivalu 2018 pomyślałem sobie - gdzie w tym wszystkim fotografia? Na piątym planie tych projektów... Służyła za ilustrację.

Do tego dostałem ekspresowego doła, bowiem każda z tych wystaw dowodziła że jednak 22, jak u Lema. Niewątpliwie dążymy do ekologicznej zagłady, która jest nieunikniona. Serio. Modlę się tylko, by nastąpiła jak najpóźniej, ale na podstawie przedstawionych na Fotofestivalu dowodów, można sądzić, że nawet jak cywilizacja ludzka da "całą wstecz", to i tak nic nam nie pomoże. Przykre.



Z fotografii na wystawie głównej nie było nic, co by mnie urzekło od pierwszego wejrzenia. A ja bym chciał, jako starzec marudzący, żeby mnie urzekało. Weźmy poprzedni Fotofestival, opisywany rok temu- LINK. Prosty auto-test: jakie zdjęcia zapamiętałem z zeszłorocznych wystaw? (Oczywiście oprócz Martina Kollara, bo jego zdjęcia wręcz zaczynały mojego bloga kilka lat temu - LINK). Zapamiętałem z zeszłego roku doskonałe zdjęcia z egipskiego kurortu autorstwa Andrei i Magdy, zapamiętałem sporo zdjęć agencji NOOR. Nie muszę sięgać do źródeł, żeby je sobie zwizualizować w wyobraźni. Otóż z tegorocznej wystawy zapamiętałem doprawdy mało co ze zdjęć. Rzecz jasna nóż mi się w kieszeni otwiera na wspomnienie firmy Monsanto, o której jest duża reportersko - śledcza wystawa Mathieu Asselina. Drżę z gniewu, kiedy sobie przypomnę gigantyczną wyspę śmieci na Pacyfiku, która występuje w detalu na zdjęciach Mandy'ego Barkera i z podziwem patrzę na wielkie dzieło ocalenia genetycznego roślin (Dornith Doherty). Niestety myślę o nich, jako o ideach, a zupełnie nie jak o obrazach. Ideologie i idee zdominowały tegoroczny Fotofestival. Zdjęcia zostały cofnięte do dalszego szeregu. To co dominuje na tych wystawach to publicystyka.


Natan Dvir "Platforms", świetnie podpatrzone zdjęcia z nowojorskiego metra, wystawa w OFF Piotrkowska.

Francois Vermot "Palais des Nations", fajne dokumentalne zdjęcia z Pałacu Narodów w Genewie, do obejrzenia w OFF Piotrkowska

Musiałbym nieco skrytykować Fotofestival, gdyby wystawy główne były jedynym punktem programu. Ale oczywiście - nie są. Jest dość satysfakcjonująca wystawa Grand Prix, odbywająca się w Off Piotrkowska.

środa, 20 czerwca 2018

Unplugged


Hej, gdzież wierzby płaczące? Gdzież oczerety? Gdzież skiby czarnoziemu! Natura prosta, czysta i nieskalana? Przaśność kusząca?
W skansenie, oczywiście. Dawno już w skansenie.
No to siup do tego skansena. Najlepiej jakiegoś starego. Może do najstarszego w Polsce?
Może.

Zorganizowanie skansenu to była rzecz mentalnie złożona. Pierwsi byli Szwedzi w Sztokholmie, gdzie niejaki Artur Hazelius, z zawodu ortograf (jest taki zawód?), zainteresowany etnografią postanowił na  pobliskiej wyspie gromadzić zabytki dokumentujące szwedzką wieś. Zauważył, że tradycje zaczynają zanikać, a rewolucja przemysłowa pożera, oprócz różnych innych rzeczy, także rolniczy tryb życia. Zebrał licznych wspierających, a dołożył się szwedzki król. W 1891 roku to było. Skansen stoi do dzisiaj i ma się dobrze.
Na Kaszubach było trochę bardziej złożenie i skomplikowanie.




W czasach licealnych zostałem wysłany na kurs językowy za granicę. Napotkać tam można było różnych zagranicznych, między innymi Carlosa z Hiszpanii. On sam co prawda twierdził zupełnie inaczej:
I'm not Spanish, I'm CATALONIAN! - podkreślał dobitnie, co w tej przedpotopowej i odległej epoce licealnej (istniała wtedy jeszcze nawet Czechosłowacja, oraz Litewska SSR) bardzo nas śmieszyło. Od czasu spotkania z Carlosem, mój poznany tam kumpel, Piotrek z Lemborka nie przedstawiał się nikomu nigdy inaczej niż: I'm not Polish, I'm KASZUBIAN! Regionalizmy kulturowe w Polsce były wtedy zupełnie egzotyczne. Ale przecież były.












Izydor Gulgowski urodził się właśnie na Kaszubach, miał to szczęście, że w bogatej chłopskiej rodzinie, która promowała wykształcenie. Skończył seminarium nauczycielskie w Tucholi i zaczął uczyć w szkołach powszechnych swojej okolicy. W 1898 roku trafił do zabitej dechami wioski wśród lasów - Wdzydz Kiszewskich. Psy szczekały tu ówcześnie tylną częścią ciała.
Być może Gulgowski zetknął się w czasie edukacji z książkami etnograficznymi o Kaszubach, być może sam zdał sobie sprawę z wyjątkowości swojego regionu na tle Niemieckiej macierzy (Polski oczywiście nie było wtedy na mapie), być może zadziałał na niego nieodparty urok folkloru, ale etnografia stała się jego głównym hobby. Kultura wiejska i jej materialne przejawy to było coś! Młodopolsczyzna, młodoniemczyzna, młodoszwedzczyzna ogarniała w tym czasie Europę, modernizm zapatrzony w ludowe wzorce, praca u podstaw i chłopomania skłaniały do przyglądania się wiejskim tradycjom bliżej niż do tej pory. Przy okazji rozpędzone przemiany, zapoczątkowane wynalazkiem maszyny parowej, kazały myśleć o historycznym przełomie i kazały wyczuwać schyłek dawnych epok. Kontrast pomiędzy wsią a miastem przemysłowym zaczął być pod koniec XIX wieku po prostu jakąś przepaścią. O ile jeszcze z pięćdziesiąt lat wcześniej miasto, to była na ogół taka wieś, tylko że znacznie gęściej i bardziej, o tyle w czasach Gulgowskiego miasto przemysłowe mogło kojarzyć się z czyśćcem, jeżeli nie z piekłem samym, podczas gdy wieś nadal tkwiła w sielskiej i cichej przaśności. Ludzie musieli to wyczuwać. A być może zaczęli za tym tęsknić.

sobota, 16 czerwca 2018

Na niebie muzyki kometa.


Jako niewyrobiony parweniusz nie słucham jazzu. Inne proste gatunki muzyczne – proszę uprzejmie, jakieś rapy czy reggae, coś co buja i wali rytmem po głowie, coś co łupie i basuje pierwotnym łupaniem, oczywiście. Słucha się. Zniosę nawet disco polo, majteczki w kropeczki, jej piękne czarne oczy. Ale jazzu słucham tylko z przypadku, jak go akurat zmieszają z innymi gatunkami, przeznaczonymi dla większych prostaków. Ale za to czytam Magdalenę Grzebałkowską, i to namiętnie.
Magdalena Grzebałkowska – szajning star polskiego reportażu. Patrzę na zdjęcie z tylnej strony okładki, z którego spogląda na nas reporterka, świdrując swym spojrzeniem zza oprawek okularów. Aż strach. Sądząc po jej książkach – prześwidruje na wylot, przewierci, wynicuje i skórę oprawną w ramki powiesi jako trofeum na ścianie. Dotrze do wszystkiego, albo prawie. Wypyta wszystkich o wszystko, a potem nam to opisze. Smacznie i stylowo. Obrazowo.
Grzebałkowska ma swój styl, który wbija się w umysł i zapada w pamięć. Ma ona swój czas ulubiony. Czas teraźniejszy. Wszystkie jej książki dzieją się przed oczami tu i teraz, jakby bliżej nas, inaczej niż gdyby opisywano je jako przeszłe. Nie ma tu nic z historii „dawno, dawno temu”. Emocje buzują. Krótkie, bardzo dobitne zdania, często zestawiane w kontrastowy sposób, miękko, miękko i nagle – buch obuchem w łeb! Czas teraźniejszy. Reporterka bardzo rzadko łamie swoje teksty innym czasem. O tym będzie jeszcze pod koniec.
Tym razem Magdalena Grzebałkowska wzięła na warsztat Krzysztofa Komedę Trzcińskiego. Nie miałem do Komedy żadnego prawie stosunku emocjonalnego, kołysankę do Dziecka Rosemary znałem z filmu i z radia (Czyżbym już słuchał jazzu?! No nie. W epoce pisania kołysanki Komeda był krytykowany właśnie za odejście od jazzu), nazwisko wybitnego muzyka nie było mi obce, a także inne znane nazwiska licznie (bardzo licznie) w tej książce występujące – Polański, Frykowski, Urbaniak, Ptaszyn Wróblewski, Stan Getz, Hłasko, Kostenko, Trzaskowski, Dudziak, Skolimowski, Matuszkiewicz, Grynberg. Jednak nigdy nie szalałem za muzyką z tamtych lat ani za samym  Trzcińskim. Dlaczego zatem kupiłem książkę Komeda. Osobiste życie jazzu?
Skusiło mnie to „osobiste życie” w tytule i nazwisko autorki. Liczyłem na wniknięcie w klimat czasów młodości moich Rodziców, o których to czasach opowiadali oni różne ciekawe wspominki. Bawili się bądź co bądź w tych samych lokalach co wymienieni powyżej gwiazdorzy, a niektórych znali osobiście. Klimat rozrywki na umór i na przekór w dość ponurych czasach PRL. Nie zawiodłem się ani trochę.

środa, 13 czerwca 2018

Ranking Książek Przeczytanych V (kwiecień - maj)



Idziemy na rekord czytelniczy. A co tam. Przynajmniej nie ma wyrzutów sumienia, takich gdyby szło się na przykład na rekord cukierniczy, albo alkoholiczy. Czy to wpływa pozytywnie? Czy gust się sublimuje, wiedza wzrasta, skorupka nasiąka? Eeee, to wszystko dla przyjemności przecież. Same przyjemne próbujemy czytać. Ale od czasu do czasu piasek zgrzytnie w zębach.

Skala sześciogwiazdkowa:

****** – Tusku, musisz!
***** – bardzo dobra, wysoka satysfakcja.
**** – dobra, warta przeczytania.
*** – może być, ale może też nie być.
** – słabo, jest słabo.
* – w ogóle nic ni ma.

 "Berlin miasto kamieni"  Jason Luton (komiks)****
Jest w tym coś, choć trzeba się w czytaniu rozpędzić. Z początku kreska wydaje się taka...hm... socrealistyczna, uładzona i bez wyrazu. Im głębiej w las, tym zaczynamy coraz bardziej doceniać inwencję autora. Inwencja ta poszła w psychologię i wierne oddanie uczuć bohaterów. Rzecz jest o Berlinie lat 1927-29, kiedy to miasto kipiało i bulgotało od wewnętrznych napięć - niedługo po I wojnie, ale jeszcze przed Hitlerem. Wiele wątków jest tu skłębionych i zazębionych, oglądamy dzień powszedni i problemy kilku postaci. Socjaliści i narodowcy, dziennikarze i szupo (Schutzpolizei- policja porządkowa), niedoszli artyści, robotnicy i przyszli wywrotowcy. Nie ma tu szaleństw i nagłych zwrotów, a najważniejszą intencją autora- oddanie ducha czasów, idei i utopii w jakie wierzono, choć utopię komunistyczną traktuje się tu z niewątpliwą sympatią. Dobry ten komiks, wieloaspektowy. Rzadko też zdarzają mi się komiksy, które powodują, że łza się kręci w oku. Może to tylko ja jestem zbyt sentymentalny.


"Miejsce za miejscem. Podróże małe i duże" Michał Szulim ** i pół
Główny zarzut - banalne. Autor, który jest muzykiem, założycielem  zespołu Plateau, a jego pasją - podróże po świecie, prowadzi bloga podróżniczego. Był w wielu ciekawych miejscach, jednak refleksje jakie serwuje w książce nie powalają na kolana. Mało jest tam opisanych rzeczy, o których bym wcześniej nie wiedział. Gruzja? Gościnność i nadmiar alkoholu. Maroko? Nachalni sprzedawcy, gotowi cię zamęczyć. Tajlandia? Uliczne jedzenie w pięciuset smakach. O jedzeniu jest w tej książce naprawdę dużo, są polecane miejsca jedzeniowe w Azji, Europie i Polsce. Ja jednak jakoś nie traktuję jedzenia jako celu wycieczki, i stąd książka ta nie wprawiła mnie w specjalny rezonans. Najciekawsze wydały mi się opisy Polski i Warszawy (w której autor mieszka), dosyć obszernie jest też przedstawiony Madagaskar, reszta to co najwyżej króciutkie zajawki. Niestety język autora także nie jest moim ulubionym. Określenia takie jak "bogdanka", "chmurnooka gazela", mimo że użyte ironicznie, a także cały rozdział, będący listem do ministra transportu, opiewający dominikańskie taksówki Guagua - trącą niestety kiczem i szkolnymi pamiętniczkami.


 "Fabrykantka aniołków" Camilla Läckberg ***
Może być, za wyjątkiem zakończenia, co jak wiemy trochę dyskwalifikuje kryminał. Z jednej strony intryga ciekawa, trzyma w napięciu, z drugiej strony przesadzona. Obserwacje psychologiczne nie są już tak dogłębne i rzetelne jak w debiucie Läckberg, a to za sprawą tłumu bohaterów jaki zaludnia tę książkę. Muszę sprawdzić z inych opinii co tam dobrego napisała, bo kupowanie jej kryminałów z przypadku nie jest jednak dobrym planem.


"Szkoła filmowa. Rozmowy" Kinga Burzyńska ****
Fajnie, że ludzie są tak różni. Każdy jakoś inaczej odbiera ten świat i swoje w nim miejsce. Także aktorzy. Co dała im szkoła, jak zaczynali, dokąd doszli? To wywiady odpowiadające na te pytania. Mówią między innymi Andrzej Grabowski, Piotr Adamczyk, Agata Kulesza, Borys Szyc, Maja Ostaszewska, Wojciech Malajkat, Arkadiusz Jakubik, Anna Dymna. Prowadząca rozmowy autorka pozwala im się wygadać. Dobrze się czyta.



"1945. Wojna i pokój" Magdalena Grzebałkowska ******
Niby tam się wie. Coś tam się wie. Babcia mówiła, Tata wspominał rosyjskie czołgi i rozstrzelanych Niemców. Czytało się. Ale jednak wstrząsa ta książka. Grzebałkowska nadgryza tu i tam, zahacza o festung Breslau, sieroty w domach dziecka, mieszkania w ruinach Warszawy, szykanowanych Kaszubów, statek Wilhelm Gustloff, wyjazdy na szaber, nędzę i nową nadzieję. Czas przesilenia, kiedy zło jeszcze nie odeszło, a dobro miało się nie zdarzyć. Ludzi, którzy przeżyli eksplozję świata, umarli za życia i zmartwychwstali. Toczą swą egzystencję wśród innych, podobnych sobie zombies. Ale też wśród nagle wyzwolonych, cieszących się życiem, wychyniętych zza szaf, wreszcie nie gnębionych. Brutalność, brak zasad, życie nic nie warte. Ale też bezinteresowna dobroć i przychylność obcych sobie ludzi. Mimo że książka pokazuje wyrywki - jest tam obraz tych strasznych czasów, wyrazisty i dobitny.


poniedziałek, 11 czerwca 2018

Kraj w ruinie




Wszystko zrujnowane. Czy jest jakieś inne miasto, w którym 30% ścisłego centrum jest jedną wielką ruiną? Wielki ocean ruder i resztek. No, jeszcze do niedawna podobnie wyglądał Elbląg, ale już dzisiaj nie bardzo, bo go odbudowali. Tutaj nic nie odbudowali. Są  bardzo zadowoleni ze swych ruin. A turyści są jeszcze bardziej zadowoleni. Są tak zadowoleni, że pod Coloseum na chodniku trzeba się przepychać jak na imprezie w knajpie. Autokary stoją rzędami. Mówią, że w Rzymie nie ma gdzie zaparkować. Na szczęście zupełnie się mylą. Poszliśmy pod prąd wszelkim opiniom, które mówią, że Rzymu nie wolno zwiedzać samochodem, bo się tu nie da jeździć, Boże broń. Zupełnie się mylą. Da się. mając raptem dwa razy po cztery godziny, w przerwie meczy na Foro Italico opisanych już wcześniej- LINK - postanowiliśmy nakłuć Rzym od przedmieści. Raz z tej, raz z tamtej. Udało się. Rzymskie korki to lajt i pikuś, w porównaniu z warszawskimi na przykład. Tutaj przynajmniej wszystko porusza się powoli do przodu i współdziała, żeby ruch płynął. Wszyscy się wpychają, wszyscy wszystkich wpuszczają, pomiędzy rzędami meandrują tysiące skuterów. Na trzech pasach ustawiają się cztery rzędy aut. Parkowanie i manewrowanie doprowadzono tu do prawdziwej finezji, którą wykazują wszyscy uczestnicy ruchu (za wyjątkiem turystów), również staruszki w stuletnich Fiatach Panda, oraz licealistki i licealiści w pojazdach z silnikami od kosiarki. Dla samej przyjemności uczestniczenia w tym, jakże różnym od naszej rzeczywistości spektaklu warto wypożyczyć coś jeżdżącego. Stoisz w korkach, owszem, ale za to w platanowej alei nad Tybrem. 



Tylko nie wiadomo gdzie tu nakłuć.
W tym mieście jest tyle nawarstwień i spiętrzeń...

Otwórzmy więc ich drzwi
Zajrzyjmy im do wnętrza
Gdzie tyle różnych warstw
Nawarstwia się i spiętrza.

Starzyzna. To jednak najbardziej nas pociąga. Zaczęliśmy od południowego wschodu. Jak wiadomo każdy cesarz chciał się czymś wykazać. Choćby drogą.

By rzecz ująć z detalami
Temat tak rozpocząć mogę:
Budowaliśmy z kumplami coś płaskiego.
Jakby drogę.

Z Rzymu wylatują na wszystkie strony Rzymskiego Imperium drogi imperialne. Via Flaminia, Via Cassia, Via Aurelia, via Salaria. A primus inter pares jest Via Appia, nazywana królową dróg. Była pierwsza, do czasu - najdłuższa i łącząca Rzym z południem półwyspu aż do Brundisium (Brindisi), a przez ten port - z Grecją. Zbudowano ją tak- najpierw podkład z drobnego tłucznia, potem kamienie spojone zaprawą wapienną, potem ponownie drobny tłuczeń i na wierzchu wielkie, ściśle łączone bloki kamienne (krzemień lub kamień wulkaniczny). Zaczęli budować w 312-tym, a skończyli w 225-tym. Znaczy się nie w naszej erze to było, nie w naszej. Znaczy się 2330 lat ma to dzieło. Nieźle, co?

Dwadzieścia pięć lat! Będzie się ciungłooo! Jak lazanie. (cytat).

Vię Appię ledwo liznęliśmy i nie w tę stronę w którą ją zwykle zwiedzają. Za to piechotą przekroczyliśmy mury Rzymu i przez Porta Capena (dziś porta San Sebastiano) poszliśmy w stronę miasta.

Rzym zaskakuje co krok.

Pragnę powiedzieć, że przybysze wchodzący do Rzymu w dawnych wiekach musieli niewątpliwie zbierać szczęki z ziemi. Archeologowie z pewnością wykopują duże ilości szczęk. Same mury rzymskie to jest coś, na co można by przeznaczyć tydzień zwiedzania. Ogrom tej budowli powala kompletnie, zarówno ogrom w poziomie, jak i w pionie. Nigdzie indziej nie widziałem czegoś tak rozległego, właściwie wszystkie średniowieczne obwarowania wysiadają w przedbiegach, a zważywszy, że mury owe zbudował cesarz Aurelian 1750 lat temu, to już średniowiecze może przed tym murem tylko leżeć i przebierać nieporadnie nóżkami. Mur wokół Rzymu ma 19 kilometrów długości!
Wchodzimy przez największą z jego bram, od samego wejścia jakieś rudery.
Kraj w ruinie!



Po korkach w centrum i pędzie po obwodnicach miasta, w ciągłym ruchu, gwarze, bzyczeniu skuterów, tłumach przelewających się po chodnikach, kafejkach, barach, bankach i sklepach nagle następuje głucha cisza.