poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Półprofesjonalista musi odejść.

Tokio. "Shin 1111" fot. Ichtrinken, Wikimedia Commons

Ruch gęstniał. Samochody hamowały na pięciopasmówce, potok czerwonego światła rozlewał się po całej szerokości arterii. Razem z tysiącem innych aut hamował potężny czarny Nissan President z przyciemnionymi szybami. Wieżowce dzielnicy biurowej Tokio górowały nad trasą jak himalajskie szczyty ze szkła i aluminium nad błyszczącą rzeką z lakierowanej stali. Korek sunął powolutku naprzód po estakadzie. Wewnątrz auta nie czuć było ani upału, ani nie słychać dźwięków ulicy. Pachniało skórą i dobrą wodą kolońską Dwóch dobrze ubranych panów na tylnym siedzeniu siedziało w milczeniu. Starszy zamyślał się, młodszy nie śmiał przerywać ciszy.

-Dojedziemy na piętnastą, Toichi?

-Na pewno, panie dyrektorze.

Dyrektor Maimoto pochylił się nieco z zaciekawieniem, żeby zerknąć na stojące na pasie obok, nieco obtłuczone, zielone Suzuki Carry. Jakiś duży okularnik nie marnował czasu w korku i czytał w nim gazetę rozpostartą na kierownicy. Wzrok dyrektora pobiegł machinalnie w górę, gdzie lśniły szczyty budynków, nieco dalej między szklanymi elewacjami prześwitywały dźwigi potężnej budowy. To był chyba ten nowy biurowiec Acty Shiodome, niedaleko ich kwatery. Mieli go otworzyć za dwa tygodnie.

Dyrektor milczał jeszcze przez chwilę, potem splótł ręce i odwrócił się do swojego asystenta.

-Tak, Toichi. Uważam, że musimy kontynuować politykę Minolty. Ich przejęcie to będzie dobry ruch dla naszej firmy. Niewiele trzeba zainwestować, żeby wyjść na prowadzenie przed konkurencję. Niedługo powinni zacząć się bać. Mamy już gotową technologię stabilizacji matrycy, sądzę, że sprzedaż szybko nam wzrośnie.

-Też tak sądzę, panie dyrektorze.

-Mam już gotowy plan zwiększenia produkcji obiektywów. Musimy mocniej postawić na sektor półprofesjonalny. Odróżnimy się tym od Canona i Nikona. Obiektywy semi-pro to będzie nasza droga. Bardzo dobra jakość, za nieco wyższą cenę. Uważam, że ta część rynku jest bardzo obiecująca. Dzisiaj przedstawię scenariusz inwestycji prezesowi. Fabrykę w Osace będziemy musieli rozbudować.

-Zgadzam się, Panie dyrektorze. Przygotuję analizę finansową.

Korek posuwał się wolno naprzód. Auta stały niemal dotykając się zderzakami. Kierowca czarnej limuzyny wrzucił migacz i z trudem wepchnął się na lewy pas zjazdowy przed białą Mazdę 323P załadowaną po dach sprzętem muzycznym. Na samej górze wystawała gitara basowa. Jeżdżenie po Tokio nie jest lekkie- pomyślał dyrektor Maimoto. Na szczęście już od paru lat nie musiał tego robic własnoręcznie.


***


Hakuro Mifune nie czuł się najlepiej. Na odprawie przed dniem pracy starał się wyglądać prężnie jak zwykle i gorliwie przytakiwał kierownikowi budowy Asakiemu, tłumiąc chęć ziewania. Głowa ćmiła go nieco. Dzisiaj na szczęście szła już wykończeniówka, praca trochę prostsza niż wcześniejsze, precyzyjne etapy. Odprawa skończyła się. Kilkudziesięciu ubranych w identyczne białe kombinezony pracowników ruszyło do przydzielonych zadań. Hakuro z westchnieniem wziął z regału termos i baniak z wodą i pakiet z jedzeniem. Wyszedł z biura na słońce, które poraziło go ostrym światłem, wzmacniając głuche łupanie w głowie. Przystanął na chwilę, żeby przyzwyczaić oczy. Nasunął kask mocniej na czoło i ruszył zdecydowanym krokiem do swojego celu. Wczorajsze siedzenie z Hanadu i Kaimo w Kabuki-cho, w barze ze striptizem do czwartej rano, to nie był najlepszy pomysł. Wypił trochę za dużo, trochę zbyt długo zajął mu powrót do domu. Dzielnica, która nigdy nie śpi...- uśmiechnął się pod wąsem na wspomnienie. Ale nie można powiedzieć, ta mała przebrana za Pikachu, z wymalowanymi na policzkach rumieńcami strasznie mu się podobała. Zamarzył się erotycznie przez chwilę, przypominając sobie jak kręciła... No dobra. Hakuro westchnął ciężko, poprawił rękawiczki i zaczął się wspinać na drabinkę niebosiężnego dźwigu, celującego kratownicą w błękit.


***


-Musimy zlikwidować ten cały półprofesjonalizm- dyrektor Yashido rozparł się w potężnym, czarnym fotelu za biurkiem ze stali i szkła.

-Tak jest, panie dyrektorze.- kierownik fotooptyki zgiął się w posłusznym ukłonie- wie pan, że jako pracownicy- jesteśmy gotowi na wszystko.

-Taak...- dyrektor odchylił się w fotelu z zamyśleniem, a jego wzrok pobiegł ku rozsłonecznionym dachom niższych wieżowców, niedalekim dźwigom i mieniącej się rzece samochodów, stojących na odległej estakadzie, przypominających z tej odległości grube sznury pereł.

Kierownik Masada trwał w dyskretnym oczekiwaniu.

- To przejęcie Minolty, to będzie dobry ruch. Myślę, że niedługo zamieszamy na rynku. Tylko ci wredni półprofesjonaliści, oni stanowią nasz problem, rozumiecie kierowniku. Konkurencja ogranicza ofertę dla nich- my też będziemy musieli iść w tę stronę...- dyrektor przekładał papiery na biurku.

Kierownik fotooptyki czekał na dalszy ciąg. Przestronnie tutaj- pomyślał prześlizgując wzrokiem po storczykach w kwietniku i wielkim napisie SONY wytłoczonym na ścianie biura- pokój przekraczał rozmiar jego całego trzyosobowego mieszkania na przedmieściach. Klimatyzator szumiał cicho.

-Tak, kierowniku Masada. Półprofesjonaliści są do niczego. Ani nie wydadzą dużo kasy na sprzęt, ani nie aspirują do najwyższej półki. Tylko wymagają. I żeby tanio było i żeby jakość wysoka. Według mnie ten target nie rokuje. Musimy zlikwidować półprofesjonalistów, a zyski naszej Minolty wzrosną. Dzisiaj o piętnastej przedstawię prezesowi plan likwidacji półprofesjonalistów z targetu. Ma pan jakieś sugestie, kierowniku Masada?

-Hm. Panie dyrektorze, mam znajomego w Yakuzie, myślę, że mógłby pomóc. Oprócz tego kolega ze studiów należy podobno do sekty Aum Shinkyo, wie pan, ci od zamachu w metrze, dziewięć lat temu. Możnaby coś podobnego... Nie wiem tylko jak zwabić półprofesjonalnych fotografów do metra, może jakiś konkurs ogłosimy z nagrodami, czy co? Tylko Sarin będzie potrzebny...

- Kierowniku Masada! Źle mnie pan zrozumiał! Doceniam pana zaangażowanie, naprawdę doceniam. Ale chodzi tylko o plan usunięcia z oferty sprzętu semi- pro!

-Aaaa. Oczywiście dyrektorze.

-Przygotujcie mi na piętnastą pełną listę obiektywów z tej półki i plan przesunięcia produkcji wyłącznie na zakres amatorski i profesjonalny... Yakuza, powiada pan. Hm... Może się kiedyś przyda... Jak pomyślę jakie głupoty wygaduje dyrektor Maimoto, to czasami mam ochotę go zlikwidować...


***


W kabinie na szczycie dźwigu, sto metrów nad ziemią, widok był powalający. Dalekie statki stały na zatoce, niżej wiły się ulice Tokio, zajmujące panoramę po horyzont, a tuż obok rósł las wieżowców, na którym refleksy odbijały się lustrzanie. Lekka mgiełka smogu pokrywała miasto, a nad wszystkim stała kopuła bezchmurnego błękitu.

Mifune, przyzwyczajony, nie zwracał na to uwagi. Patrzył przez szyby w dół, na plac budowy pod nim.

Krótkofalówka szczęknęła.

-Mifune, tutaj zero. Kabel na dół, na C3, będziemy podczepiać kontener z klimatyzatprami. Numer 97, waga 3450, poziom 56.

-Zrozumiałem, kabel na C3, kontener 3450 kg, na 56.

Mifune czuł lekki szum w głowie. Powiódł wzrokiem po dźwigniach i kontrolkach. Upił duży łyk kawy z termosu i obniżył klimatyzację o dwa stopnie. Potem zerknął przez szybę pod stopami, przesunął przeciwwagę i chwycił za drążki manewrując kratownicą w lewo. Konstrukcja drgała lekko i kiwała się razem z kabiną. Był do tego przyzwyczajony. Lina odwinęła się z bębna schodząc powoli w dół, w cień między wieżowcami, gdzie stała lora z kontenerem, maleńka niczym detal kolejowej makiety.


***


Czarna limuzyna powolutku przesuwała się w tokijskim korku. Dyrektor Maimoto przeglądał katalog obiektywów Minolty. Asystent notował pilnie na rozkładanym stoliczku.

- Koniecznie musimy rozbudować serię teleobiektywów ze światłem o działkę słabszym niż profesjonalne. Może nawet wznowimy 70-210/4 na przykład. Konieczne też nowe półprofesjonalne stałki makro. 50/3,5 już mamy, to może 100/3,5? Ciemniejsza czterysetka zostaje w ofercie, ciemniejsze 300 milimetrów też. Myślę że powinniśmy popracować nad obiektywami lustrzanymi- w końcu mamy jedyny na rynku lustrzany autofokus- i to rozsądny cenowo. Dobrze byłoby przerobić ten lustrzany 400mm, który mieliśmy dla APS-C. No i na pewno postawimy na umiarkowane stałoogniskowe szerokokątne. Takie nie najdroższe, ale dobre...

Auta wokół toczyły się wolniutko. Dyrektor Maimoto, który lubił europejskie samochody, przerwał na chwię i zapatrzył się na błyszczącego Mercedesa CLK na sąsiednim pasie- takie auta nie były codziennością w Tokio.


***


Mifune trzepnął się po twarzy, żeby pobudzić krew i otrzeźwić się nieco. Skupił wzrok na kontenerze, przyciągnął dźwignie. Cała konstrukcja zadrgała i lekko zakołysała się wraz z kabiną, gdy ładunek powoli zaczął sunąć do góry, mijając kolejne piętra nowo budowanego wieżowca. Masada podniósł rękę do ludzi na dachu, żeby dać znak że towar nadjeżdża. Krótkofalówka szczęknęła

-Tu poziom 56. Jedź wolniej, przygotowujemy się.

-Dobra. Zrozumiałem. Wolniej.- Mifune odpuścił dźwignię podnoszenia. Potrząsnął głową i zamrugał oczami dla koncentracji. Trudno mu było się skupić. Kontener dojeżdżał wolniutko do kratownicy. W odpowiednim momencie zatrzymał go nieruchomo na wysokości dachu. Na szczycie budynku trwała krzątanina. Chyba za wcześnie kazano podnieść ładunek. Był tam jakiś problem.

-56, czy mam dalej czekać?- zapytał przez radio.

-Tu 56. Czekać. Jeszcze minuta. Instalacja nam się przesunęła. Za chwilę damy znak.

-Ok. zrozumiałem. Czekam.

Kontener wisiał dziesięć metrów przed jego oczami. Spokojny wiatr od morza kołysał lekko konstrukcją dźwigu. Mifune zapatrzył się na łagodny łuk horyzontu nad zatoką z Jokohamą po prawej a Futtsu po lewej stronie, z tankowcami na redzie. Słońce, mimo klimatyzacji grzało delikatnie przez przyciemniane szyby. Mifune czekał cierpliwie wpatrzony w przestrzeń. Ludzie na dachu wieżowca wciąż przesuwali przewody, kłębiące się na dachu. W dalekiej perspektywie, z lotniska Haneda startował jakiś duży samolot. Jumbo Jet. Mifune rozpoznawał z daleka niebieskie znaki Pan-Am. Pan-Am? Przecież oni już nie istnieją...

Radio szczęknęło ponownie.

- Tu poziom 56. Możesz opuszczać powoli.

Niestety Mifune nie słyszał. Oczy zamknęły mu się same, a głowa poleciała na drążki sterownicze. Dźwig zakołysał się potężnie.


***


- Co to za huk?! Znowu trzęsienie ziemi?- Dyrektor Yashido aż poderwał się z fotela wyglądając za okno. Obydwaj panowie w gabinecie na 60-tym piętrze przyskoczyli do przeszklonej ściany. Kilkadziesiąt metrów niżej podnosiła się ogromna szara chmura pyłu w okolicach wiaduktu z pięciopasmówką.

-Jakaś katastrofa budowlana- odezwał się niepewnie kierownik.

Chwilę obserwowali w milczeniu dziwne zjawisko u podnóża stojących nad trasą dźwigów.

-Muszę zadzwonić do dyrektora Maimoto. Myślę że będzie niezły zator- stwierdził dyrektor Yashido z westchnieniem- być może trzeba będzie opóźnić nasze spotkanie u prezesa, może minąć godzina zanim dotrą...- sięgnął po leżącego na szklanym blacie dużego Sony- Ericssona.

Ale dyrektor Maimoto nie odbierał.

Chmura pyłu powoli opadała, ukazując potężną wyrwę w wiadukcie. Tuż za uszkodzeniem wyłaniała się z kurzawy obsypana kawałkami betonu biała Mazda.


***


Chętni na półprofesjonalizm byli zmuszeni odejść z kwitkiem.



Fabrykant



Źródła inspiracji:

"System Minolta Dynax"- Paweł Baldwin 2000.

"Obiektywy i akcesoria- Sony alfa. Katalog" 2014










wtorek, 21 kwietnia 2015

Poeta z Magnum

Gueorghuij Pinkhassov, Sevilla, Hiszpania, 1993

Poezja to to co znika w tłumaczeniu. Może nie warto tego tłumaczyć, ale fotografia pod względem semantyki leży całkiem blisko literatury. I w tym i w tym medium można zdobyć się na dosłowność, stoczyć w banał, ale też odpowiednie dać rzeczy słowo, używając właściwych środków. Można też opowiadać obrazem reporaże i historie realne, ale jak kto zapragnie -można śnić na jawie i odlatywać w kosmos. Można walić bez ogródek przez ogródek, ale można też dyskretnie słać przed widzem znaczone karty aluzji. Równie trudno w literaturze jak i w fotografii wspiąć się na wyżyny warsztatu, żeby bez wysiłku, jedną ręką i od niechcenia szarpać struny emocji. Chociaż w fotografii scenariusze pisze życie, a literatura wymaga pod tym względem więcej inwencji. Jednak bez czerpania z wzorów z doświadczeń rzadko zdarza się literacki scenariusz na miarę epoki.
Mimo wszystko cała literatura jest o człowieku, i fotografia właściwie też, choćby fotografować kosmos. Choćby fotografować przekładnie planetarne Forda model T, człowiek gdzieś tam zawsze jest- z przodu czy z tyłu aparatu.
Przydługim, oraz nieco banalnym wstępem dojeżdżam do Gueorghija Pinkhassova. Poety. Poety koloru.
Gueorghuij Pinkhassov, Izrael, Dzielnica muzułmańska

Ze względu na używane medium na szczęście nie wymaga on tłumaczenia. Pinkhassov trafia do mnie celnie i bez gadulstwa. Nie słyszę powodzi słów. Cisza dzwoni w uszach. Ale rozumiem, wiem. Czuję.
Gueorghuij Pinkhassov, Lisbona, 1998


Może to jakieś kulturowe pokrewieństwo. Kto wie?
Pinkhassov daje widzowi nastrojowe haiku. Jednozdaniowe wrażenie. "A glympse" jak mawiają angole. Skupia się na chwili, która opisuje, ale jest daleki od słynnej teorii kluczowego momentu, jaką głosił Bresson. Chwile Pinkhassova mogą dziać się w tej czy innej chwili za inną chwilę, ale dają, mimo tego, jakieś wyjątkowe wyczucie miejsca, czasu, temperatury, przestrzeni. Są wieloznaczne jak poezja.
Pinkhassov jest dla mnie takim anarchistą w Agencji Magnum, skupionej na ogół na wydarzeniu, relacjach między ludźmi, opisie, złapaniu rzeczywistości w potrzask. Pinkhassov jedzie do Sevilli, Tokio, Kazachstanu i zamiast tego przywozi jednozdaniowe wspomnienie, jeden wers napisany w kadrze, który tą rzeczywistość co prawda opisuje, ale inaczej niż byśmy się spodziewali.
Gueorghuij Pinkhassov, Sewilla, 1993
Sewilla. Kto był (ja nie) może rozpoznać pewnie nawet jakieś charakterystyczne budynki. Dla mnie jednak tematem zdjęcia nie jest Sewilla. Tematem jest Upał w Sewilli. Tak go sobie wyobrażam, a Gueorghuij Pinkhassov go po prostu zobrazował. W ten sam sposób działa na mnie palma, zamieszczona jako czołowe zdjęcie. To jest bez wątpienia (mojego wątpienia) pierwsze wrażenie z Sewilli po zalokowaniu się w pokoju hotelowym. To prawie ja leżę na hotelowym łóżku i prawie ja zauwżam palmę skadrowaną oknem i prawie ja sięgam po aparat.
Pinkhassov jak radar nastrojony na kolor zamiast fotoreportażu daje poemat ze spojrzeń, mgnień, odbić. Czy tak wolno? Czy tak można? Kto mu pozwolił być poetą?

"Myślę... że to od Boga"
Josip Brodski na swoim procesie w ZSRR na pytanie "a kto wam pozwolił być poetą?"
Gueorghuij Pinkhassov, Tunis, Club Med, 1998

Te zdjęcia to orgia koloru. Jakaś soczystość życia z nich bije. Czy to Paryż, czy Lizbona, jedno oka mgnienie, jeden promień słońca i już rozkwitają wrażenia, zmysły się budzą.
Gueorghuij Pinkhassov, Oxford
Gueorghuij Pinkhassov, Japonia

Gueorghuij Pinkhassov, Maroko, Agadir, 2000

Gueorghuij Pinkhassov, Marakesz, 1998
Gueorghuij Pinkhassov, nie podpisuję.

Gueorghuij Pinkhassov, Norwegia, Ocean Arktyczny, 2005

Fotografie te są jak impresjoniści z muzeum D`Orsay- nie jest to zwykle kompzycja lini, krawędzi i proporcji- są jakby na drugim planie. To kompozycja z plam koloru, które , tak jak obrazy Gaugina, wiele stracą przy zamianie na czerń i biel. Kompozycje malarskie pełną gębą, jak płótna chlapane farbą w odpowiednio doskonałych miejscach.
Gueorghuij Pinkhassov, Wenecja, Pl. Św Marka, 2002
Gueorghuij Pinkhassov, Lazurowe Wybrzeże, 2000

Gueorghuij Pinkhassov, Wenecja, 1997

Można dostrzec w niektórych pracach pewne analogie z paroma zdjęciami Cartier-Bressona, jednak Bresson był rejestratorem bardziej niż malarzem- te błyśnięcia wrażeń nie były u niego dominujące. Pan Gueorguij robi z nich swój znak firmowy. On nawet z dramatycznych, reporterskich wydarzeń- Majdan, Pucz Moskiewski- wyciąga kadry w swoim stylu, odrealnione, choć obrazowe. Niedosłowne i chwytające niespodziewane piękno naszego brudnego świata.
Niedopowiedziane, ale znaczące.
Gueorghuij Pinkhassov, Pucz Moskiewski, 1991
Gueorghuij Pinkhassov, Ukraina, Majdan, 2014
Pinkhassov, dzisiejszy obywatel Francji, urodzony w Moskwie i w Związku Radzieckim zdobywający pierwsze szlify artystyczne, między innymi przy "Stalkerze" Andrieja Tarkowskiego, bardzo często zwraca obiektyw ku Wschodowi, dawnym republikom ZSRR i stronom rodzinnym. Tam jego spojrzenie jeszcze mocniej nasyca abstrakcja i kolor. To jedne z bardziej zmysłowych zdjęć Rosji i okolic jakie widziałem. 
Gueorghuij Pinkhassov, Moskwa, 2001
Gueorghuij Pinkhassov, Moskwa, 1990, to trochę enigmatyczne zdjęcie, ale bardzo znaczące.
Gueorghuij Pinkhassov, Moskwa, 2004
Gueorghuij Pinkhassov, Kazań, 1995
Gueorghuij Pinkhassov, Mołdawska SSR, 1990
Gueorghuij Pinkhassov, Uzbekistan, Taszkient, 1992
To zdjęcie zaczęło moje głębokie uczucie do Pana Gueorguija. Zobaczyłem je kiedyś, bodajże w "Pozytywie" i jakby kto zaczadził mnie nim i zatruł.

Zatruj mnie
Zatruj ciastem puszystym
Zatruj mnie
Zatruj głosem niskim
Zatruj mnie
Zatruj czystą pościelą
Zatruj mnie
Zatruj ciepłą kąpielą

Zatruj jak Ślązaka jodem
Gdy z Chorzowa
Samochodem jedzie latem do Darłowa.
             Biff "Ślązak"

Pan Gueorguij jest moją miłością ukrytą, w całej atencji jaką otaczam Magnum Photographers, Bressona i spółkę. Sądząc po ilości czasu jaki im poświęciłem zakrawa to na kult. Oni wszyscy są wspaniali. Ale to Gueoruij Pinkhassov jest poetą. I pisze wierszem swoje zdjęcia. I Pinkhassov, niczym poeta z Magnum, a nawet niczym Poeta z malarskim Magnum 44 w oku, łapie świat za gardło, a widza za serce.

Fabrykant 

Instagram p. Pinkhassova:
https://instagram.com/pinkhassov/


piątek, 17 kwietnia 2015

Kupić nie kupić- potarmosić warto.

- Krasiwaja pogoda!

- Eee, ja nie taka krasiwa, ale pogadać mogę.



"Czterej Pancerni" Janusz P. (niesławnej pamięci)



Kupić to niekoniecznie. Ale potarmosić można. Są różne ładne sprzęty do kupienia na aukcjach. Ślinka czasami cieknie, no ale jednak człowiek musi się hamować i za portfel trzymać. Ja nie kupię. Ale pogadać mogę.

Pogadam pogadam, zareklamuję, ukradnę zdjęcie z aukcji w ramach kontrybucji. Po to żeby mój wpis nie okazał się bez sensu po tym jak aukcje znikną. Jakby kto z właścicieli zdjęć miał pretensje- proszę dać znać- zdjęcie i link zostaną natychmiast usunięte.

Tak sobie tylko troszkę potarmoszę. Takie gawędy z mchu i paproci.
1.






Akuratnie wystawiana jest na Allegro ta Sigma AF 24/2,8, której test zrobiło się swego czasu- tutaj. Cena nie jest zbyt niska, niestety, aczkolwiek egzemplarz ten ma coś co widzę po raz pierwszy- mianowicie osłonę przeciwsłoneczną w kształcie uroczego tulipanka mocowaną, bodajże na uchwyty sprężynowe niczym dekielek.

Całkiem to jest zraźne szkiełko. Dobre na pełnym otworze (choć nie na poziomie "super") i z dobrym zbliżeniem- można udawać makro. Nie będzie co prawda współpracować inaczej niż na pełnej przesłonie z najnowszymi cyfrówkami Canona, ani z najmłodszymi analogami (typu 300v), ale za to będzie z każdym starszym analogiem i cyfrowymi Canonem D30 i D60 (nie mylić z30D i 60D) robić ładne, ostre zdjęcia na wszystkich przesłonach i współpracować bez problemu.



Zwierzę się też jak zwierzę, że ostatnie imprezy fotoreportażowe także strzelałem ową 24/2,8 podłączoną do pełnoklatkowego 6D- jadąc wyłącznie na pełnym otworze. Z wielką satysfakcją podłączyłem nówkę ze starówką 20- letnią i jest to bardzo przyjemne połączenie- obiektyw trafia tam gdzie trzeba i daje ładne obrazki. Nie będzie to sprzęt do wszystkiego- czasem wypadałoby przymknąć przesłonę, ale na imprezach dyskotekowych w ciemnościach- niekoniecznie. 
Także ten... rzecz nadaje się szczególnie dla analogowców, a dla cyfrowych pełnoklatkowców do zastosowań jaskiniowych. Znaczy tam gdzie ciemno i gdzie i tak przesłonę trzeba otworzyć. No i tam gdzie nie trzeba być cicho- bo Sigma 24/2,8 nie jest pod względem dźwięku zbyt grzeczna. 
 Do jakiego samochodu by ją porównać, dla zobrazowania? Hm. Do Hondy Civic CRX. Ale nie tej co myślicie. Do pierwszej serii.
Czy mam to skomentować? Proszę bardzo. Niegdyś popularny, ciekawy, sportowy, mały hot- hatch/ coupe. Trochę już wiekowy i ma niewielu entuzjastów. Ci którzy już są entuzjastami- chwalą.I pomyślcie tylko- 125 koni przy 800 kilogramach...


2.



Dłuższy czas na Allegrze wisi także Sigma 18-35/3,5-4,5.
Kojarzy mi się z następującym autem:
Znowu muszę coś skomentować? Proszę bardzo: Ciekawe, niegdyś wyjątkowe, ale dziś owiane nimbem pewnych kłopotów. Coś dla zapaleńców. Nie dla profanów.
Niektórzy z czytelników Fotodinozy mogą mieć do niego niejaki sentyment. Jeździły takie po świecie. A my w środku (na tylnym siedzeniu).

Dla cyfrówkowców APS-C 18-35/3,5-4,5 to nie jest wielki cymes, całkiem podobny do obiektywu kit'owego, ale dla pełnoklatkowych filmowców analogowych- owszem. Nawet dla tych pełnoklatkowych cyfrówkowców jest to kąsek łasy. Superszeroki sprzęcior, który swego czasu był najszerszym zoomem szerokokątnym świata. A było to w roku 1996. Sprzedawany egzemplarz pochodzi jednak z czasów nieco nowszych- znakiem jest złoty napis Aspherical na pobocznicach. (Opisało się w teście jego poprzednika- Sigmę21-35/3,5-4,5). 
Obiektyw ten ma tę świetną zaletę, że nie jest specjalnie jasny. Paradoksik taki- zwykle wszyscy się cieszą jak obiektyw jest jasny, ale nie w wypadku, gdy można go używać z cyfrówką Canona wyłącznie na otwartej przesłonie. Jeżeli nie posiadacie D30 lub D60- właśnie tak będzie. Sigma ma umiarkowaną jasność i dzięki temu sporą użyteczność na pełnym otworze- nawet do krajobrazów, gdy odpowiednio ustawimy ostrość- głębia ostrości na 18mm przy f/3,5 jest całkiem spora. 
Można się jednak przyczepić do wystawianej ceny, bo dorównuje cenie takiej np. Cosinie, Soligorowi, Vivitarowi 19-35/3,5-4,5 (testowanej przez Fotodinozę tutaj), która to Cosina w przeciwieństwie jednakże współpracuje z dowolnym aparatem Canona, na wszystkich przesłonach i nie robi awantur. Może jednak warto śledzić aukcje tej Sigmy- być może właściciel będzie skłonny do zniżek.

Należy tu uświadomić publiczności, że aparaty analogowe Canona, współpracujące z nią doskonale, swobodnie i bez fochów można kupić nawet za kilkanaście złotych na Allegro. Dla kogoś żądnego bez miary superszerokiego kadru jest to niezły pomysł, tylko będzie musiał zainwestować w filmy i wywołanie- dla niektórych użytkowników smartfonów może być to wyzwaniem. Ale jakże to oldskulowe i stylowe i czarowne. Tylko ta cena Sigmy trochę nieadekwatna, zwłaszcza że trwa właśnie wyścig do innej aukcji:

3.

Tamrona 17-35/2,8-4. Sporo osób się o niego bije i myślę że cena nie będzie niska. To potwierdza moją teorię, ujętą w artykule o Tamronach, że na rynku brakuje wyraźnie niedrogiego superszerokiego szkła do aparatów pełnoklatkowych. Producenci wypuszczają już tylko drogasy, zapominając że stare, używane aparaty pełnoklatkowe są już całkiem tanie i ich właściciele nie muszą być krezusami. Tamron zdecydowanie powinien wznowić produkcję takiego umiarkowanego szkła jakim był nieprodukowany już Tamron 17-35/2,8-4, a Sigma wskrzesić swój odpowiednik o tych parametrach. Myślę że szybciej jednak zrobią to za nich Chińczycy, bo oni tacy już są.

Sam Tamronik jest zacnym szkłem, o dobrej optyce, można się doczepiać ino do słabszych osiągów na brzegach pełnej klatki, napisało o tym Optyczne.pl w teście- tutaj.

Dużą zaletą (dziś rzadko spotykaną) jest bardzo przyjemna uniwersalność obiektywu, który nadaje się i do APS-C, gdzie stanowi atrakcję jako jasny obiektyw całkiem szeroko standardowy (o ile wiesz co mam na myśli, Puchatku), oraz jako superszeroki do pełnej klaty.

Tamronik, oczywiście, nie będzie robił fochów z żadnym Canonem, bo one się lubią, te firmy.
Jaki samochód przypomina ów Tamron? Już kiedyś się zwierzałem w Spisie Smacznych Nieprodukowanych Tamronów, że Tamron jako marka przypomina mi Opla. Ten Tamron 17-35, to byłby Opel Calibra. Tu będzie bez komentarza- każdy musi sam zgłębić swój, skomplikowany lub prosty, stosunek do Opla Calibry.



4.
Z drugiej strony długości ogniskowych leży sobie takaż na przykład Tokina AT-X 80-200/2,8:


I choć jest to sprzęt dość wiekowy, to oprócz wyraźnie słabszego kontrastu i nieco niższych osiągów na 200mm i wolniejszego autofokusa niż współczesne reporterskie tele- jest zacnym obiektywem, z metalu i szkła.
Jak miałbym porównywać go do samochodu- to byłby to Ford Capri 3.0. Komentarz? Porsche to to nie jest, ale charyzmę ma. Porządne żelazo. 

 I choć cena najtańszych 70-200/4L Canona jest dość niedaleko (o pjeńcet złoty wyżej- cytując klasyków reklamy)i choć Canony 70-200 mają cichutki i szybszy autofokus- tu jednak, w Tokinie, mamy o jedną działkę jaśniejszy sprzęcior, co nie brzmi tak ładnie jak to, że jest dwukrotnie jaśniejszy. Kto nie spodziewa się himalajów ostrości i szybkości- może o nim myśleć.
Chwilowo jest to najtańszy jasny autofokus w tym zakresie.



No chyba że weźmiemy jeszcze pod uwagę ten oto ciekawy oldskul:
5.


Canon EF 70-210/4- obiektyw z początków systemu Canon EOS, tj. z lat 1987-1990, całkiem poszukiwane szkiełko, ale jednak nie tej ostrości i nie tego kontrastu co późniejsza L-ka 70-200/4.

Ma za to tryb makro- pozwalający na zbliżenie trzeciego stopnia z obiektem fotografowanym, dając powiększenie 1:4,2 i ostrząc od 120 cm. W latach 80-tych było to wyczynem, w późniejszych czasach- weszło do kanonu.

A nawet do Canonu 70-200/4L. Ten ostatni też ostrzy od 120 cm, ale ma krótszą ogniskową, więc w efekcie pomniejsza słabiej.

Ten obiektyw należy do niemal całkowicie wymarłego gatunku obiektywów- pompek, w którym ogniskową zmienia się za pomocą ruchu posuwisto- zwrotnego. Znowu się Wam kojarzy, świntuchy. Ten sposób zoomowania ma swoje wady, w postaci zasysania i wydmuchiwania powietrza z wnętrza obiektywu, co zwiększa ryzyko zapylenia optyki, ale też nie znam szybszego sposobu na przejechanie zakresu od 70 do 210.
Oprócz tego obiektyw ten należy do innego wymarłego gatunku- rozsądnych jasnością, dobrych szkieł firmowych w niewysokiej cenie. Tego już dzisiaj prawie nie ma (Tego co pan chciał- to nie ma. Wódka może być?- cytat)

Do jakiego samochodu możnaby go porównać? Przychodzi mi na myśl Datsun 180 B SSS. Co? Nie słyszeliście o Datsunie 180B SSS? Proszę uprzejmie:

Czyż nie ciekawy? Czyż nie stylowy, choć nieco z minionej epoki? Czy ktokolwiek w ogóle go pamięta? A przecież w 1973 zajął 2-gie, 4-te i 12-te miejsce w East African Safari,a z samym Rauno Aaeeltonenem- 6 miejsce w 1974. Może powinien napisać o nim Autobezsens, albo Automobilownia...
Niektórzy z czytelników Fotodinozy mogą mieć niejaki sentyment do tego auta. Jeździło takie po naszym pięknym mieście. A my w środku (na tylnym siedzeniu).

Nie wiem tylko czy zdjęcia EF 70-210/4 przedstawiają wyłącznie sprzedawany egzemplarz, bo złota nalepka kontroli jakości Canona ("passed") raz jest, a raz znika z kolejnych ujęć, ale o to mniejsza. Zadziwiająco sporo takich nalepek przetrwało na obiektywach i aparatach Canona- mam je na trzech swoich sprzętach, które dzięki Bogu mają po 25 lat.

W każdym razie miło że takie znaki czasu jak 70-210 są jeszcze nadal do kupienia w dobrym stanie. Czy warto? Należy rozważyć samemu. Bardzo dobrą podstawę do rozważań dał znany Ken Rockwell:




Ken Rockwell nie umrze. Kopnie w kalendarz z półobrotu.

Ken Rockwell doliczył do nieskończoności. Dwa razy.

Sklepy przyjmują nawet kasę z "Monopolly", gdy Kenn Rockwel idzie kupić Nikona.



Na razie to by było na tyle. W razie chęci linczu- poproszę o komentarze.

W razie braku linczu- od czasu do czasu napiszę jeszcze z tej serii.



Fabrykant

dyrektor kreatywny walnięty o sprzęty.

P.S.
Wszystkie zdjęcia zupełnie nie są autorstwa Fotodinozy.
(Prawo cytatu – dopuszczalna prawem możliwość przytoczenia w tworzonym przez siebie dziele urywków rozpowszechnionych utworów lub drobnych utworów w całości bez zgody ich twórcy i bez uiszczania na jego rzecz wynagrodzenia. Prawo cytatu dotyczy twórczości chronionej majątkowymi prawami autorskimi i stanowi ich ograniczenie na rzecz dozwolonego użytku.
art. 29 ust. 1 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych: Wolno przytaczać w utworach stanowiących samoistną całość urywki rozpowszechnionych utworów lub drobne utwory w całości, w zakresie uzasadnionym wyjaśnianiem, analizą krytyczną, nauczaniem lub prawami gatunku twórczości.
)

Podchodzi pod nauczanie. 






poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Przewief. Łódź jako Sanfrancisko. 400mm

Sigma 120-400,400mm f/8, Łódź- ul. Zgierska w kierunku północnym.


Lecąc tropem starego sprzętu co nieco zaniedbuje się nowy. Dość wygodnie rozsiadło się, w niszy lat 80-tych i 90-tych, siedzi się po cichutku w tej norce, jedząc kanapki, a świat ucieka- coraz trudniej go dogonić, materialny ten, nadprzyrodzony. A pościgu nie ułatwia ta ułańska czapka z pomponem (cytat).

Zaniedbawszy tak współczesność, jakbyśmy wciąż udawanym Ferrari jeździli z Donem Johnsonem po ulicach Miami, i to ubrani w marynarkę na T-shirt, nagle mieliśmy okazję zetknąć się i zderzyć z nówką sztuką.

400 milimetrów. To jest jednak coś.

Bardzo to było korzystne zderzenie, nie trzeba było od razu kwitka opłat za OC wyciągać, a wręcz przeciwnie- zderzenie było pod kontrolą, jak w wielkim zderzaczu hadronów. To była taka próba mikrofonu na pożyczonym mikrofonie. Udana próba. Z nadziejami i marzeniami na własny mikrofon. Znaczy własne M400.



Była to pożyczona Sigma 120-400/4,5- 5,6 OS (dzięki Piotrze!). Szkło całkiem niedawne, stabilizowane i słuszne. Takie rozsądne monstum dla zapaleńców- nie kosztujące milionów, nie będące superjasną lunetą kosmiczną, ale zapewniające równie ciekawe wrażenia i robiące swoją robotę.



Czterysta milimetrów to niezłe tele. I chociaż nie tak niezłe jak testowana przez Fotodinozę Sigma1000mm, to i tak przekraczające pewne ramy. Są to umowne ramy dostępności, na które wszyscy producenci obiektywów umówili się bez słów. Gdyby wypowiedzieli jednak te słowa, brzmiałby one tak: "Do 300mm robimy tanio, niech sobie postrzelają, a powyżej 300mm- walimy ceny dla głupków". Po japońsku to mniej więcej tak : "300 Made damī no tame yasuku, 300 ijō no MM - kakaku o MM - hanbai shite imasu", (wg Google translatora).

Różnice cenowe brane z Ceneo: nowe 300mm można kupić za 500 zł. Najtańsze nowe 400mm można kupić za 2870 zł.

Czy ktoś chętny na 100 mm więcej? Zapraszamy serdecznie.



Nie ma wg mnie żadnej obiektywnej przyczyny aż takiej różnicy cenowej. Szkła niewiele więcej, plastiku i elektroniki tyle samo.



Czterysetka to nawet obiektywnie patrząc jest jednak coś. Coke is it. Tylko what is it?



Długa ogniskowa jak prasa spłaszcza plany, kompresuje dal z bliżą i w przeciwieństwie do obiektywów szerokokątnych- nasyca obraz, tak że niewiele trzeba, żeby wydobyć ze zdjęcia urok, klimat, światło. O ile jeszcze superszerokokątne obiektywy mają coś wspólnego z ludzkim postrzeganiem- zastępują niejako kilka spojrzeń człowieka na raz i łączą je w jeden kadr, natomiast tak spojrzeć jak spogląda 400mm bez lornetki- nie sposób. Tak zewrzeć dal z bliżą- nie da się okiem nieuzbrojonym.

Użyło się 400mm na aparacie z małą matrycą APS-C, która wycina z pełnej klatki filmu samą środkową część (rusycyzm), więc liczyliśmy po cichu, że jak nam wytnie, to będziemy hołubce wycinać ze szczęścia. Czy co tam się jeszcze da wycinać. Troszkę bełkoczę, ale to się wytnie.

Zatem tele jest sprzętem dającym jako rezultat coś nieco odhumanizowanego, dalekiego od codzienności.



Rozmiarem takie 120-400 jest dość potężne, zwłaszcza że wysuwane. Wsunięte jest bliskie wielkości 70-200/2,8, ale w wersji maksymalnej ogniskowej- sporo dłuższe. Mimo wszystko niezbyt wysoka jasność pozwoliła na zachowanie dość rozsądnego gabarytu, nie powodującego bulu i nadzieji pleców przy całodziennym noszeniu, oraz przy umiejętnym przewieszeniu przez ramię- nie powodującego ulicznych sensacji wśród przygodnych przechodniów. Ma też skromny kolor czarny, przez co nie jest się branym od razu za Fakt, Superekspres i Przegląd Sportowy, jak to się czasem dzieje przy białych teleobiektywach Canona. Można próbować nawet wtapiać się w tłum, byle nie używając najdłuższej ogniskowej.
Sigma 120-400/4,5-5,6 DG Apo OS HSM


Na temat teleobiektywów można by śpiewać poezję śpiewaną. Ale co tu śpiewać, trzeba patrzeć w wizjer, ustawiać ładne obrazki i naciskać spust. I przerabiać, przerabiać Łódź na Sanfrancisko, tyle że bez mostu. I bez zatoki. Chociaż z Portem.

Sigma 120-400, 400mm f/11, ul. Zgierska- Łódź


Jakie wrażenia? Do użytkowania takiego długasa trzeba się trochę przyzwyczaić. Nie jest to light, przynajmniej dla mnie. Od lat noszę 70-200 i te właśnie, skromniejsze ogniskowe uważam za najbardziej praktyczne- można nie wysilając się strzelać portrety, zbliżać, ale też ogarniać nieco szerszy kadr, robiąc kilka kroków do tyłu.

120-400 nie jest taki zwykły. Raczej nazwałbym go sprzętem do zdjęć specjalnych- to nie jest obiektyw do łapania tej rzeczywistości, jaką na codzień się postrzega, tylko teleskop do podpatrywania innych galaktyk, obrotów gwiazd i mgławic dalekich spirali.


(...)Tak sobie wyobrażam Kielce, symbol, jako szczyt ohydy,
I jako jakieś Paramount najgorszej małomiasteczkowej brzydy.
A może piękne to jest, ach, miasteczko, ach, i nawet miłe
I niełatwo jest w nim złapać nawet kiłę...
W każdym razie tam przyjacielem być i w tych warunkach
Trudniej jest niż w afrykańskich najtropikalniejszych choćby wprost stosunkach.
Gdy człowiek gębą sra,
A tyłkiem podpatruje obroty gwiazd i mgławic dalekich spirale (...)

Witkacy "Do przyjaciół gówniarzy"



To znaczy- jak to w fotografii- trzeba się przyzwyczaić do patrzenia na świat, tak jak robi to obiektyw. Trzeba się zmusić do spojrzenia na rzeczywistość jak przez jego soczewki.

Dlatego przy używaniu szerokiego kąta ma się na ogół oczy dookoła głowy, natomiast już po półgodzinie użytkowania 120-400 mój wzrok błądził błędnie w niezmierzonej oddali i wyłapywał nikłe detale na horyzoncie, pomijając rzeczy bliższe niż 100 metrów.

Luneta.

Sigma 120-400, 400 f/10. Łódź- Kościół Św. Teresy, czarny budynek Infosys'u, w tle dawne zakłady Feniks i totem marketu M1 na ul. Brzezińskiej.

Sigma 120-400, 400mm f/9, budowa Dworca Fabrycznego w Nowym Centrum Łodzi
Sigma 120-400, 323mm f/11, budowa Dworca Fabrycznego w Nowym Centrum Łodzi
Sigma 120-400, 400mm f/10, Łódź ul. Zachodnia w kierunku południowym. Jakie to wieloznaczne.
 
Sigma 120-400, 400mm f/5,6, Łódź- Hotel Andels, ex- zakłady im Marchlewskiego, ex- Fabryka Poznańskiego.
Sigma 120-400, 400mm f/5,6, Łódź- Tadeusz Kościuszko spiżowy.
Dzięki tej lunecie świat jest inny. Może nawet i ładniejszy. Taki filmowy. Coraz częściej zauważam w filmach kadry ujęte superteleobiektywami- to piękna rzecz, bo pozwala ograniczyć pole widzenia do tego co potrzebne, i przez nakładające się na siebie plany stworzyć efekt spojrzenia z oddali.


Przyznaję szczerze, że zdjęcia zrobione były niefachowo, tj. w ramach pełnego półprofesjonalizmu- bez osłony przeciwsłonecznej. Na kilku zdjęciach kontrast jest z tego powodu słabszy niż by mógł. Zdjęcia z ramką zostały, tradycyjnie na Fotodinozie- obrobione, a zdjęcia bez ramki są nie tknięte, a jedynie zmniejszone bez wyostrzania. Wszystkie zdjęcia za pomocą Canona EOS 40D.
Sigma 120-400, 400mm f/9, Łódź ul. Piotrkowska w kierunku południowym.

 
Sigma 120-400, 400mm f/10, Łódź ul. Legionów

Sigma 120-400, 400mm f/10, Łódź ul. Narutowicza- po prawej Filharmonia.
Sigma 120-400, 400mm f/11, ul. Sienkiewicza, Łódź

Niekiedy da się uzyskać kompletnie odjechaną kompresję planów- na jednym ujęciu: Hotel Grand, Kościół Garnizonowy na Placu Wolności, Kościuszko na cokole, Kośćiół NMP na pl. Kościelnym, bloki na Bałutach. Dla zobrazowania zamieszczę nawet mapę owych obiektów:
Sigma 120-400, 400mm f/11, Łódź- ul. Piotrkowska w kierunku północnym.


Z telekonwerterem x 1,4 niestety nie działa autofokus- jak to w Canonie, należałoby zakleić styki na obiektywie, żeby człowiek mógł oszukać maszynę. Jednak nie zdecydowałem się przylepiać. Zdjęcie z konwerterem na manualnym fokusie:
Sigma 120-400 + Ext x 1,4, 560mm f/29, Zaćmienie słońca


Sigma 120-400, 400mm f7,1, Łódź- ul. Biegańskiego w kierunku zachodnim.

Sigma 120-400, 400mm f/5,6, Łódź- ul. Zgierska w kierunku południowym.
Sigma 120-400, 273mm f/8, Łódź- pomnik "Radegast" przy torach Łódź- Zgierz

Te tory... ach te tory. One są strasznie pociągające w obiektywie 400mm. Co chwila włażą w kadr jakieś urocze tory. Dobrze że to Łódź jest, jakby był to Kołobrzeg to nie byłoby połowy zdjęć. Jednakże nie tylko tory są fascynujące. Cienie przed bramą na mojej ulicy:
Sigma 120-400, 400mm f/5,6
 No a potem znowu tory:

Sigma 120-400, 400mm f/10, Łódź ul. Zachodnia w kierunku południowym
Sigma 120-400, 273mm f/8, Łódź- elektrownia EC2

Sigma 120-400, 232mm f/9, Łódź- Centrum Kultury EC1, dawna elektrownia.

 Dla równowagi podajemy także krótsze ogniskowe. Na Bugu we Włodawie ubyło dwieście sześćdziesiąt dziewięć: 
Sigma 120-400, 131mm f/9, Łódź- park im. St. Radwana, ex cmentarz protestancki

Sigma 120-400, 131mm f/11, Łódź- park im. St. Radwana, w tle komin- chłodnica elektrowni EC2.


Summa summarum

120-400 zostawił po sobie niezatarte dobre wrażenia, jako pierwszy stosunkowo ciemny teleobiektyw, który się używało. Nic to- że ciemny. Atrakcja jest wyjątkowa- tak spójrz, jak nikt nie spojrzy, łam czego rozum nie złamie! To poważny sprzęt, dający bardzo ładną ostrość, no i mający stabilizację, która ustabilizuje wasze fotograficzne życie i pozwoli używać 400-setki w warunkach światła znacznie gorszych niż byśmy się spodziewali.
Autofokus HSM szybki i cichy, choć czasem trochę nerwowy. Jedyne do czego możnaby się przyczepić to słabszy kontrast pod światło.

Jakby kto chciał na lwyby, lub choćby i na grzyby, albo lubi fotografować pokazy lotnicze, albo jak szanowny właściciel tej Sigmy rajdy samochodowe- jest to bardzo sensowne szkło. W całkiem niezłej cenie.

Kto chce test Sigmy- musi zajrzeć na Optyczne.pl- tutaj.

To co tu zaprezentowaliśmy to jedynie tzw. przewief (ang. preview) obiektywu. I to przewief we własnym interesie- dla czczej ciekawości- jak też się fotografuje takim 400mm



120-400 Sigmy zainteresował Fotodinozę na tyle, że nie przerywając marzeń postanowiliśmy zorientować się czy nie da się czasem znaleźć jakiejś taniej wiekowej Sigmy 400mm, która nie współpracuje z cyfrowymi Canonami inaczej niż na pełnym otworze.

Da się.



Franz, tego bierz!



Co z tego będzie- okaże się. Może się coś napisze.



Fabrykant

dyrektor kreatywny z przewiefem interesu



P.S. Podziękowanie za pożyczkę Sigmy dla Piotrka W.