czwartek, 26 lipca 2018

Aspirant Vojtek. Voigtländer Cosina 28-105/ 2,8-4 vs Canon 28-105/3,5-4,5 test review









 


Aspirant Vojtek.

Ambicje i aspiracje - to to co porusza postęp do przodu. Każdy ma, mniejsze lub większe. Czasem sił starczy na doścignięcie i prześcignięcie, a czasem nie.
A tym razem starczy?
Zobaczymy.
Aspirowanie było od zawsze w modzie i dawało dobre rezultaty. Dzisiaj w branży obiektywów aspirują Yongnuo, Samyang i Laowa usiłując urwać parę kęsów z tortu wielkich graczy optycznych. Z różnymi skutkami, co sprawdziło się na Fotodinozie w teście – LINK. Ale dzisiaj nie będzie o tym co dzisiaj, ale o tym co było w latach 90-tych.
O markach Cosina i Voigtländer pisało się już także – LINK, LINK. Hmm. Właściwie na tym blogu to już się pisało o wszystkim. Pora umierać. No dobra. Jeszcze trochę pociągniemy.

W skrócie japońska marka Cosina najpierw została międzyocenanicznym poddostawcą obiektywów dla Amerykanów z Ponder&Best (późniejszego Vivitara) , a potem na ich bazie (najprawdopodobniej) stworzyła w latach 90-tych obiektywy z autofokusem. Cosina była bardzo chętna do sprzedawania swoich konstrukcji pod dowolną marką, jaka akurat chciała je sprzedawać, dzięki czemu jest to dziś przykład maksymalnie szerokiego rebrandingu. Obiektywy Cosiny sprzedawane były pod markami: Exakta, Phoenix, Promaster, Quantaray, Soligor, Vitacon, Vivitar, Voigtländer, Walimex, oraz po przekonstruowaniu mechaniki jako Tamron i Tokina. Było kilka modeli. Najbardziej znane to superszeroki kąt dla ubogich 19-35/3,5-4,5, tele-makro dla ubogich 100/3,5, oraz amatorskie zoomy 28-80 i 70-210. Cosina miała też dwa znane na całym świecie obiektywy kuszące mniej ubogich i ambitnych. Kuszące że hej.

Pełny półprofesjonalizm

Czym tu skusić amatora? Tym, żeby za małą kasę został zawodowcem, oczywiście! Duże firmy typu Canon czy Minolta skutecznie oddzielały zawodowców od amatorów, za pomocą cen. Kto chce sprzęt o zawodowych parametrach, ten musi bulić i to słono. W latach 90-tych zoomy ze światłem f/2,8 nie były przeznaczone dla zwykłych śmiertelników, do dzisiaj zresztą są zwykle wielokrotnie droższe niż obiektywy ciemniejsze. Firmy główne oferowały też sprzęty niejako pośrednie, trochę jaśniejsze i solidniejsze konstrukcyjnie, ale światło f/2,8 w zoomach u takiego Canona było zarezerwowane zawsze dla obiektywów serii „Luxury” i stałoogniskowców.
Firmy trzecie, czyli Sigma, Tamron czy Tokina podgryzały głównych graczy takimi jasnymi zoomami o profesjonalnej jasności, które były zwykle sporo tańsze. Niestety nie można o nich powiedzieć, że były tanie. Optyka jest rzeczą drogą w produkcji, opracowanie obiektywu o dobrym świetle i wysokiej jakości optycznej jest poważnym przedsięwzięciem i za pół darmo nie da się tego zrobić. Oszczędności jakie czynili producenci niezależni były widoczne gołym okiem w konstrukcji zewnętrznej obiektywów, czy też sprawności ich autofokusa, ale wiele osób i tak je kupowało, bo optykę miały przyzwoitą, a to było kluczowe.
Cosina tymczasem (a wraz z nią Exakta, Phoenix, Promaster, Quantaray, Soligor, Vitacon, Vivitar, Voightländer i Walimex) wymyśliła kuszenie. Kuszenie amatorów. Czy nie dałoby się zrobić czegoś pół na pół? Dałoby się. Jeżeli zawrzeć parę kompromisów...
Najważniejsze było jednak kusząca jasność. Kuszące światełko w ciemnościach.
Tak powstały dwa obiektywy Cosiny: AF 28- 105 f/ 2,8-3,8 oraz AF 70-210 f/2,8-4. Obydwa miały jedną rzecz cenną dla producenta i jego działu marketingu – magiczną jasność „f/2,8” w nazwie. Zatem to profesjonalne zoomy? Amatorzy pędźcie do sklepów! Profesjonalne zoomy w cenie canonowskiej średniej półki. Darmo! Nic tylko brać.

Z dłuższym z tych obiektywów nie miałem wiele do czynienia, choć bardzo bym chciał, ale ten krótszy nabyłem kiedyś drogą kupna, w ramach podążania za ideałami Marylin Monroe („Pieniądze szczęścia nie dają, dopiero zakupy”), co lepsza był to zakup okazyjny, pakietowy i śmiesznie tani (razem z innym sprzętem). A ponieważ posiadam już Canona 28-105/3,5- 4,5, ową średnią canonowską półkę, będzie można sprawdzić, jak bardzo profesjonalny w porównaniu z nim jest Voigtlander/ Cosina.

Obejrzyjmy je sobie.

Pokaż no się pan, panie aspirancie. Pokażcie Szwejku co tam macie (cytat).








Obydwa obiektywy Cosiny miały dość staromodną konstrukcję „push'n pull”, czyli konstrukcję pompki, gdzie zoom zmieniało się rozsuwając i zsuwając przedni i tylny tubus obiektywu. Canon, wypuszczony w roku 1992, cztery lata przed Cosinami miał klasyczny układ z pierścieniami zooma i ostrości. Jakie wrażenia? Dość porównywalne. Cosina / Voigtländer  wydaje się być zrobiony z troszkę gorszego plastiku, ale jest leciutko cięższy, trochę większy i ma znacznie większą przednią soczewkę. Canon jest za to ładniej wykończony napisami i złotym paseczkiem symbolizującym napęd ultradźwiękowy. Wysuwany tubus Voigtländera wygląda solidnie, nie kolebie się i ma odpowiednio wyprofilowaną, szeroką gumę pod uchwytem ręki.







Obydwa obiektywy zmieniają długość podczas zoomowania i w obydwu tylna soczewka wjeżdża do środka tubusu. (Zupełnie inaczej niż było to w innym wiekowym obiektywie - pompce 70-210 f/4 Canona, przetestowanym TUTAJ). Zapoznając się jednak bliżej z obydwoma szkłami można zauważyć pewne oszczędności poczynione w fabrykach Cosiny. Są to oszczędności inżynierskie. Nasz wysuwany zoom podczas ostrzenia kręci przednią soczewką, a Canon nie. Zmartwi to użytkowników filtrów polaryzacyjnych.




Kuszące światło

To co, może weźmiemy na warsztat sprawdzenie jak jest z tą jasnością? Wartości są podawane według światłomierza aparatu, ale ten oczywiście podaje je w przybliżeniu:

Canon f/3,5 od 28 do 40mm 
Canon f/4,0 od 40 do 70mm
Canon f/4,5 od 70 do 105mm

Voigtländer f/2,8 od 28 do 33mm
Voigtländer f/3,2 od 33 do 43mm
Voigtländer f/3,5 od 43 do 81mm
Voigtländer f/4 od 81 do 105 mm

Czyli jest nie najgorzej. W Vojtku jasność spada szybciej, ale i tak jest zawsze od 2/3 do 1/3 działki jaśniejszy niż Canon. Profesjonalne f/28 mamy co prawda raptem przez 5 pierwszych milimetrów zooma, ale zawsze. W Canonie nie mamy jej nigdy.

No i co? Profeska? Na razie nadal nie bardzo. Voigtländer sprawia wrażenie nieco solidniejsze niż najtańsze amatorskie zoomy, ale do poziomu canonowskich "L-ek", czy też Minoltowskich "G" to ma dwa dni drogi piechotą przez las.

Zróbmy zdjęcia.

Zakres 28-105 to bardzo dobry zakres na pełną klatkę. Obiektyw do wszystkiego. Mając jeszcze do tego jasne światło można się spodziewać krojenia masełka gorącym nożem. Ale nie jest tak dobrze. Albo to masło zmrożone, albo ten nóż nie taki gorący. Główny zawód nadchodzi już przy pierwszym zdjęciu jakiegoś bliskiego motywu. Nie da się. Nie da się na szerokim kącie. Minimalna odległość ostrzenia tego sprzętu to... ta dam! półtora metra. Jest to wartość co nieco dyskwalifikująca przy szerokim kącie, kiedy najbliższa rzecz na którą możesz wyostrzyć musi być aż tak oddalona. Dla porównania Canon 28-105 ostrzy od 0,5 metra. Oznacza to, że duża część zdjęć "towarzyskich", czy też ciekawe przerysowane fotografie szerokokątne są w pewnej części przypadków poza naszym zasięgiem. Po prostu obiekty w które celujemy w wielu przypadkach będą się znajdować zbyt blisko, żeby można było je sfotografować. Dlatego nie do końca cieszy jasna przesłona f/2,8 przy 28 milimetrach, bo z powodu oddalenia od celu i tak nie uzyskamy małej głębi ostrości i zdjęcia te nie będą się wiele różnić od zdjęć na wyższych przesłonach. Na szczęście dla Voigtländera jasna przesłona od biedy przyda nam się może w gorszych warunkach oświetlenia, choć przepaści w porównaniu z ciemniejszym Canonem nie odczujemy.

Najbliższa odległość ostrzenia na 28mm. Skandal, panie aspirancie! 3/4 sylwetki człowieka to bardzo marne zbliżenie.

Najbliższa odległość ostrzenia na 105 mm. Znośnie.
Na szczęście także, im dłuższa ogniskowa tym lepiej. Coraz lepiej. Jest nieźle, a będzie jeszcze nieźlej (cytat). Co prawda nadal nie możemy się przybliżyć do obiektu, ale za to zoom go do nas przybliża, a dzięki wyższej jasności różnice w stosunku do ciemniejszych obiektywów zaczynają być widoczne.

Niestety nie można powiedzieć, żeby ten obiektyw był na pełnym otwarciu mistrzem jakości - na maksymalnej przesłonie widać nawet w centrum lekkie mydełko i wyraźnie wchodzące w paradę wady chromatyczne widoczne na pierwszy rzut oka. Jakość raczej średnio - słaba. Ale ma ten sprzęt nawet jakiś pazur i chęci - wystarczy przymknąć go o działkę i jak za dotknięciem różdżki magicznego optyka, obraz klaruje się i wyostrza. No tak. Ale nie po to kupuje się jasne szkło, żeby nie móc korzystać z pełnego otworu przesłony... Ogólnie mówiąc dostajemy sprzęt wyraźnie gorszy od markowego Canona, z bonusem strzelania słabych ostrością zdjęć na jaśniejszej o pół działki przesłonie. Opłaca się?
Hm. 
Sprawdźmy to. Baczność! Aspirancie, do miksu roślinno samochodowego przystąp!:



Zmurszała cegła.
Zmurszała i ...

czwartek, 19 lipca 2018

Niemcy





Opowieść z głębi zimy:

Myjnię mam niedaleczko. Rano wyglądam za okno, ostre słońce prześwietla śniegi, myślę sobie – umyję, jest okazja. Odwalam poranne obowiązki, wsiadam do samochodu czarnego jak Święta Ziemia (tak mawiał chyba mój Tata), ubrudzonego jeszcze od wyjazdów słowacko – bukowińskich (ho ho, bywało się - LINK LINK), jadę umyć.
Niestety – kolejka. Pięć aut czeka w rządku na wyszorowanie. Mam trochę czasu, decyduję się zostawić. Kiedy przyjść? Za godzinę.
No dobra. Mam godzinę na nicrobienie. Do domu za daleko, dzielnica antyrozrywkowa, taka dzielnica zepsutych latarni, żadnej knajpy ani sklepu w pobliżu, tylko chaszcze i stare domy jednorodzinne. Idę zatem. Co będę siedział. Nie raz już tu się wałęsałem.
Najpierw do rzeczki i „Użytku ekologicznego” oznaczonego czerwoną, urzędową tablicą zabraniającą tego i owego, krzaczory i zarośnięty staw skuty lodem. Zimno. Wszystko na tyłach nowo postawionej i straszliwie nowobogackiej mieszkaniówki udającej pałace. Pałace z chaszczami na tyłach. Idę. Ale nudno idę. Bywałem tu już wiele razy. Wiele razy myłem samochód. Obfotografowałem już te stawy, nowe pałace i stare wille, znam je na wylot.
Myślę – co by tu? Gazety w poczekalni myjniowej przeczytałem już trzy razy. Przecież nie pójdę siedzieć godzinę w pobliskiej Biedronce w otoczeniu świeżaków.
Ale myślę i wizualizuję sobie w pamięci dzielnicę - jest przecież muzeum. Lepiej w muzeum niż w Biedronce! Dobra nasza.

Kilka minut piechotą. Po drodze przypominam sobie historię, którą już kiedyś opisywałem. Historię więzienia - obozu na Radogoszczu. Historię wojny. Wojna, obóz, Niemcy...

Tuż po wkroczeniu do Łodzi Niemcy wyciągnęli swoje przygotowane zawczasu listy proskrypcyjne. Gestapo zgarnęło wszystkich z tych list. Nauczycieli, księży, działaczy organizacji polskich i żydowskich, społeczników. Trzeba było ich gdzieś trzymać. Z początku zorganizowany obóz w zrujnowanej fabryce Glazera szybko musiał przenieść się do potężniejszego obiektu – dawnej fabryki rodziny Abbe przy Zgierskiej. Stefan Abbe i jego rodzina zostali już wcześniej aresztowani i wysłani do Auschwitz. Tak się dogodnie złożyło. W fabryce zorganizowano tak zwany policyjny obóz przejściowy i więzienie. Obóz przejściowy służący jako przystanek do przymusowych wysiedleń, a potem przystanek do obozów zagłady. A więzienie – jak to więzienie. Więziło się tam przestępców którzy popełnili zbrodnie handlu mięsem, nielegalnego uboju, albo szmuglowali żywność, no i wszystkich którzy mogli być potencjalnymi wrogami Rzeszy Niemieckiej. Harcerzy, przedwojennych urzędników, lekarzy i ludzi kultury. Dużo ich było. Przez więzienie przewinęło się czterdzieści tysięcy osób. Radogoszcz był szeroko znany ze znęcania się nad więźniami i trzymania w nieludzkich warunkach. Wiadomo – wrogom Rzeszy należy się co najgorsze.
Byłem nie tak dawno na zewnętrzu muzeum Radogoszcz, ale bardzo dawno na wystawie w środku muzeum. Idę zatem przez mróz, śnieg skrzypi pod butami. Z daleka widzę czerwone mury tej potężnej ruiny i wieżyczkę strażniczą, która oglądana w dzieciństwie jednocześnie pociągała i przerażała. Chciało się mieć wtedy taki domek na drzewie, ale dorośli mówili, że działy się tu straszne rzeczy...

Mury ruiny. Spalonej ruiny.
Przed wkroczeniem Rosjan do Łodzi, co nastąpiło 18 stycznia 1945 roku, Niemcy w osobie dowódcy policji i SS Wilhelma Koppego, wydali rozkaz dotyczący Generalnej Guberni (a przypuszcza się że i Kraju Warty do którego należała Łódź) mówiący o tym, że żaden więzień niemiecki nie może zostać wyzwolony.
Hitlerowcy z obozu radogoskiego zastosowali się do niego sumiennie, postanawiając wymordować tysiąc pięciuset więźniów, jacy tuż przed wyzwoleniem Łodzi zapełniali więzienie. Karabinami i pistoletami poszło słabo, bo więźniowie stawili opór, więc zamknięto bramy i drzwi i podpalono budynek.
Z tysiąca pięciuset osób uratowało się trzydziestu, ukrywając się cudem w zbiorniku ciśnieniowym wody, oraz wśród trupów w jednej ze wspomnianych wieżyczek strażniczych. Była to największa niemiecka zbrodnia w Polsce dokonana podczas działań frontowych.


Ta tragedia, dokonana dzień przed wkroczeniem Rosjan, tak wstrząsnęła łodzianami, że fabryka – Pomnik Radogoszcz została pierwszym muzeum w Polsce stworzonym oddolnie – na żądanie mieszkańców.
Mną też wstrząsa.

poniedziałek, 9 lipca 2018

Top 10 +. Najtańsze NOWE obiektywy do Canona EOS, które mają coś w sobie



Napisało się już Top Ten o ciekawych starych obiektywach- LINK, to może czas napisać o nowych?
Drogi użytkowniku systemu Canon, stojący na rozdrożu - na co też wydać pieniądz? Jest wiele opcji

-To co będziemy robili?
- Nooo.... jest wiele możliwości. 
                   (cytat) 

Co oprócz / zamiast kit'a?

Jeżeli, drogi użytkowniku, nie jesteś specjalnym znawcą i posiadasz amatorski aparat z małą matrycą i standardowym obiektywem (kit'owym jak mawiają Angole), oraz duże chęci pakowania się w fotografię, to możliwości rozwoju obiektywowego masz następujące:

- jaśniej
- dłużej
- szerzej
- bardziej uniwersalnie 
- z większym zbliżeniem
- lepiej optycznie(ostrzej)

Jasność i jakość najtaniej realizują obiektywy stałoogniskowe, ale oczywiście nie zapewniają takiej łatwej i prostej uniwersalności jak zoomy ze swoim szerokim zakresem. Należy o nich myśleć jako o dodatkach do obiektywu kit'owego.

Jak się już pewnie zorientowaliście - fotografia jest kosztowna, jeżeli się w nią zagłębiać. To co zostanie przedstawione w naszym toptenie jest najtańszą według subiektywnej opinii Fotodinozy sensowną opcją złożoną z nowych sprzętów w 2018 roku.

A czy Fotodinoza jest aby obiektywna w swoim subiektywnym wyborze? No jasne że tak! 
Nikt nam (w pluralis majestatis) nie płaci! Nikt nie sponsoruje, ani nie spąsoruje. Nic nie zarabiamy! Wszystko wydajemy! Jak wiadomo - pieniądze szczęścia nie dają, dopiero zakupy (Marylin Monroe).
Wszystkie obiektywy wyrywam z gardła różnym pobliskim sklepom, znajduję się więc w mniej więcej podobnej sytuacji co Czytelnik Szanowny, pomimo że od pięciu lat pisze się, w miarę poczytnego fotograficznego bloga.
W zestawieniu wziąłem pod uwagę raczej potrzeby użytkowników aparatów z małą matrycą APS-C, bo użytkownicy pełnych klatek zapewne sami wiedzą co sobie kupić, żeby było fajnie.
Sprzęty są ustawione według subiektywnego faktora "chcę to", po wcieleniu się autora w sytuację amatora z aparatem i kitowym obiektywem - od najmniej, do najbardziej "chcę to".


Za powstałe niedogodności, niezgodności i zawiedzione nadzieje z góry przepraszamy, pisało się ze swej najlepszej wiedzy, ale może nie była ona pełna. Wszystkie wymienione poniżej obiektywy NIE SĄ absolutnymi ideałami. W pewnej części są kompromisami. Na pewno jest sporo obiektywów od nich lepszych, ale niestety - trzeba za nie zapłacić znacznie drożej. 
Sami posprawdzajcie co dla Was dobre! Bo może nie to samo co dla mnie.

Hej chłopcy, bagnet na broń! Tfu... znaczy się obiektyw na bagnet!


UWAGA: Zdjęcia samplowe obiektywów, te pochodzące z Fotodinozy, są prosto z aparatu (Canon 40D, Canon 400D), jedynie zmniejszone bez podostrzania.


10+. Canon EF-S 24mm f/2,8 STM

(ok. 680,- zł)





czym się różni wróbelek: JAŚNIEJ, LEPIEJ OPTYCZNIE 
jak posiadać: OPRÓCZ KIT'A

  To jest obiektyw dla trochę bardziej zaawansowanych. Może propozycja raczej na trzeci obiektyw, niż na drugi. Jego zalety nie będą bardzo kuszące amatorów, ale są wyjątkowe w systemie Canona. Jest to ewidentnie najmniejszy obiektyw, jaki można dopiąć do aparatu EOS, prawie jakby go nie było- będzie dużą zaletą dla minimalistów, podróżników z bagażem podręcznym i hipsterów. Bardzo dobra jakość obrazu i jasność większa niż w obiektywie kitowym będą jego zaletami. Wadą natomiast - mała uniwersalność w stosunku do obiektywu kitowego i powtarzanie jego ogniskowej. Jest on rodzajem pewnego samoograniczenia się fotografa, które wymusza myślenie o komponowaniu kadrów i zastanawianie się nad swoimi zdjęciami. W pewien sposób to super poręczne narzędzie do doskonalenia umiejętności. Żeby tego posmakować, ustawcie zooma w swoim obiektywie na 24mm i róbcie tak zdjęcia przez miesiąc. Jeżeli wyjdziecie z tej próby zwycięsko - myślcie o zakupie 24/2,8, a będziecie zachwyceni jakością jego obrazu i mikroskopijnym rozmiarem. Obiektyw dla zdecydowanych i wytrwałych w fotograficznej robocie. 24mm (odpowiednik 35mm na pełnej klatce) to blisko tego, co ogarnia spojrzeniem ludzkie oko. Zatem obiektyw do wszystkiego, ale nie dający automatycznie spektakularnych efektów "wow". 

Zalety: niezwykle mały, dobry optycznie
Wady: ogniskowa dość uniwersalna, ale mało spektakularna.

Porządny test na Optyczne.pl:
https://www.optyczne.pl/354.1-Test_obiektywu-Canon_EF-S_24_mm_f_2.8_STM_.html

Sample:

Canon 24/2,8 na f/2,8. Ładne rozmycie tła i dobre możliwości zbliżenia do obiektu. (fot. Fotodinoza)




Canon 24/2,8 na f/2,8. Znów dobre możliwości zbliżenia do obiektu i ładna, niewielka głębia ostrości. (fot. Fotodinoza)

 

 

10. Sigma C 17-70mm f/2,8-4 DC Macro OS HSM (ok.1450,-zł)





czym się różni wróbelek: JAŚNIEJ, BARDZIEJ UNIWERSALNIE , LEPIEJ OPTYCZNIE
jak posiadać: ZAMIAST KIT'A

Można się zastanawiać, czy nie zamieniać swojego obiektywu kit'owego na coś o stopień lepszego. To jest właśnie o stopień lepsze, a nawet o spory stopień. Od pół do całej działki jaśniejsze, zatem zwiększa znacznie możliwość strzelania zdjęć w ciemniejszych warunkach bez lampy. O dwadzieścia milimetrów dłuższe, a przy tym na zakresie tele (70mm) znacznie jaśniejsze od kit'a. Sporo ładniejsze wyjdą z tego obiektywu portrety z rozmytym tłem. Szersze o 1mm na dole, co wbrew pozorom czyni wyraźną różnicę w szerokości widzenia - wyraźnie lepsze do architektury, wnętrz, reportaży wakacyjnych i nie tylko.  Na pokładzie dodatkowo stabilizacja. Solidna budowa, z metalowym mocowaniem bagnetowym. Zatem wszystko nieco lepsze, bardziej uniwersalne i uprzyjemniające życie. Jedynie cena nie jest "nieco" lepsza.

Zalety: stopień jaśniej, stopień szerzej, stopień bardziej uniwersalnie, sporo solidniej.
Wady: cena mogła by być stopień niższa 

Porządny test na Optyczne.pl:
https://www.optyczne.pl/288.1-Test_obiektywu-Sigma_C_17-70_mm_f_2.8-4.0_DC_Macro_OS_HSM.html

Sample: 


Sigma na 17mm i przesłonie f/4. Fajnie niewielka odległość minimalnego ostrzenia. (fot. Fotodinoza)






Sigma 17-70 na 55mm i minimalnej przesłonie f/4. Dobra jakość od brzegu do brzegu. (fot. Fotodinoza)




9. Samyang 85mm f/1,4 Aspherical IF (ok. 970,- zł)






czym się różni wróbelek: JAŚNIEJ (dużo!!!), DŁUŻEJ, LEPIEJ OPTYCZNIE
jak posiadać: OPRÓCZ KIT'A

 Jest to prawdopodobnie najtańszy superjasny obiektyw. Jak wpływa to na zdjęcia? Każdy stopień przesłony (stopnie f/1,4, f/2, f/2,8, f/4, f5,6 itd.) oznacza dwukrotnie więcej światła przepływające przez obiektyw. Czyli przez Samyanga 85/1,4 przepływa go ośmiokrotnie więcej, niż przez wasz obiektyw "kit" ustawiony na 50mm. Oznacza to możliwość strzelania zdjęć bez lampy w znacznie ciemniejszych warunkach oświetlenia. Oznacza to także gigantyczną różnicę w rozmyciu tła za fotografowanym obiektem, która nadaje się idealnie do portretów i detali architektury czy krajobrazu. Samyang jest ostry, kontrastowy, super solidny, z wszystkimi cechami obiektywu profesjonalnego. Czy są wady? 

piątek, 6 lipca 2018

Tenisiści rocznik 15


Ignacy Tłoczyński na ramionach kibiców.

Tenisowy Puchar Davisa w 1936 roku w Wiedniu nie poszedł dla Polski zbyt dobrze. Już pierwszego dnia nasz czołowy zawodnik Ignacy Tłoczyński przegrał w kiepskim stylu z hrabią Baworowskim, reprezentującym Austrię. Polegliśmy w deblu i nawet dwa wygrane mecze Józefa Hebdy z Georgem von Metaxa i Baworowskim nie pomogły uratować przed porażką. Austria zwyciężyła.

Tłoczyński, chudzielec i mikrus z Poznańskiego był jednym z chłopaków którym udało się wedrzeć do tenisa nie mając w żyłach błękitnej krwi. Tenis, z jednej strony gra stara jak świat - jeszcze na greckich wazach widać zawodników z rakietami przebijających piłkę - z drugiej elitarna, do jej rozpropagowania przyczyniły się głównie francuskie i angielskie koronowane głowy, Między innymi Ludwik VIII, Henryk VII i Henryk VIII, ten ostatni wymyślił podobno zagranie serwisowe - tusza nie pozwalała mu wyrzucać piłki w górę samemu, robili to za niego służący (ang. servants). Z trzeciej znów strony współczesny, znany nam tenis był grą młodą, kodyfkacji przepisów dokonano w okolicach 1875 roku, ale wówczas nadal był zabawą uprawianą tylko wśród najwyższych elit. Wzmożenie rywalizacji, zwłaszcza międzynarodowej, które się odbywało pod koniec XIX wieku, spowodowało pójście w cenę talentu, a zatem ci, którzy go mieli, mogli wypłynąć, nawet gdy nie zaliczali się do śmietanki. Na nieśmietankowców zaczęto w latach 1900-ych przymykać lekko oko.

Ignacy Tłoczyński pochodził z poznańskiego, jednego z mniej elitarnych i bardziej zdemokratyzowanych regionów kraju. Zaczynał jako nastoletni sparingpartner najlepszych zawodników w Poznaniu. Znany był z bardzo solidnej, regularnej gry z głębi kortu i bardzo solidnego podejścia do tenisa. Ze względu na marną sytuację finansową - grał sparingi zarobkowo, za kasę. Żeby wystąpić na mistrzostwach Polski w 1929 roku musiał otrzymać specjalny certyfikat Polskiego Związku Lawn Tenisowego, uznający że jest on amatorem. Zawodowstwo było w tenisie dżentelmenów niemile widziane, musiał nastać dopiero rok 1968, żeby się to zmieniło.
Tłoczyński w swojej karierze zawodniczej był sześciokrotnie mistrzem Polski singlistów i siedmiokrotnie w deblu i mikście. W międzynarodowych występach szło mu dobrze- zdobył mistrzostwo Nicei, Portugalii, Walii i Południowej Anglii i zdobył także dla Polski mistrzostwo Europy Środkowej. Tuż przed wojną był uznawany przez niektórych dziennikarzy za trzecią rakietę w Europie, choć w Wimbledonie doszedł tylko do trzeciej rundy.

Józef Hebda ze Lwowa, zaczynał późno, nauczył się tenisa w wieku 20 lat, wcześniej był piłkarzem. Piłkarze dość często okazują się dobrymi tenisistami. Znam kilku takich, jeden parę lat temu ograł mnie do zera w amatorskim turnieju. Nie wspominając o Rafie Nadalu, który do wieku nastoletniego nie był zdecydowany w której dziedzinie sportu rozpocząć zawodową karierę. Hebda występował w Lwowskim Klubie Tenisowym, naszym łódzkim ŁKS-ie, potem przeniósł się do Warszawy i Krakowa. W 1930 roku przebił się do polskiej czołówki, a w 1932 zdobył mistrzostwo Polski, pokonując Tłoczyńskiego. Ich kilkuletnia rywalizacja rozpalała głowy kibiców i dziennikarzy sportowych. Walczyli łeb w łeb, o przechodni puchar Millera, prezesa Polskiego Związku Lawn Tenisowego. Hebda uchodził za imprezowicza i gracza nierównego, niezbyt zaangażowanego i potrafił być w jednym meczu świetny, a w kolejnym kiepski. Za to kiedy był świetny wygrywał w pucharze Davisa na przykład osiemnaście gemów z rzędu i wyciągał wynik meczu z Włochem Emanuele Sertorio z 1:5 na 7:5, 6:0, 6:0. "Ledwie się wyrwałem z objęć ludzi. Wreszcie docieram do szatni. Otwieram drzwi i oczom nie wierzę. Ściana zabryzgana krwią. Biedny Sertorio przytrzymywany za ramiona przez kolegów. Straszny szok! - no i włoski temperament. Oni umieją się cieszyć jak nikt i jak nikt przeżywać rozpacz. Tłukł głową o ścianę. Rakietę połamał w drzazgi."

Adam Baworowski
Reprezentant Austrii Adam Baworowski pochodził z polsko- austriackiej rodziny hrabiowskiej. Urodzony w 1913 roku, grał w tenisa w wiedeńskich klubach i reprezentował Austrię w Pucharze Davisa, grupowej rywalizacji międzynarodowej, wymyślonej w 1900 roku przez studentów amerykańskiego Harvardu, którzy chcieli rzucić rękawicę Brytyjczykom zza oceanu. Student Dwight Davis, jeden z pomysłodawców turnieju, za własne pieniądze (skromne) ufundował przechodni puchar dla zwycięzców. Jest to nadal ten sam puchar, używany do dziś, choć nieco wzbogacony o dodatkową podstawkę. Do rywalizacji włączały się od początku kolejne kraje, a zawody wzięła pod skrzydła Międzynarodowa Federacja Tenisowa. W setnej edycji Pucharu Davisa wzięło udział 129 państw. Jest to jedyna okazja, kiedy tenisiści z pierwszych stron gazet biorą udział w rywalizacji grupowej, na rzecz kraju z którego pochodzą, rywalizacji od zawsze prestiżowej i ambicjonalnej. To jedyny turniej męski, w którym tenis niespodziewanie przestaje być sportem tak straszliwie indywidualnym i "krwawym", gdy dwóch kowbojów wyalienowanych z rozentuzjazmowanego tłumu staje naprzeciw siebie w samo południe. W Pucharze Davisa mają za sobą wspierającą narodową drużynę. Z jednej strony co za ulga, z drugiej - co za presja...