wyświetlenia:

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obiektywy- historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obiektywy- historia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 września 2020

Tajemnice japońskie. Tokina i Angenieux.


 

Pieniądze, jak wiadomo, szczęścia nie dają. Trzeba się ich pozbywać jak najszybciej. Najlepiej na jakieś marzenia.

Napisałem nie tak dawno o kilku marzeniach sprzętowych, a od tamtego czasu jedno udało mi się zrealizować. Trzeba było poszukać, bo w sklepie nie leżało, no i pozbyć się trochę papierków, co to nie dają szczęścia.

Za to obiektyw - daje.

Nawet taki, co ma dwadzieścia siedem lat, przy dobrych wiatrach. To Tokina 17mm f/3,5. 

O nim będzie następnym razem. Tym razem o japońskiej manufakturze z Tokio, która go wyprodukowała.

Tokina zawsze była troszkę lepsza. Solidniejsza. Mowa oczywiście o czasach analogowych, z których pochodzi mój obiektyw, bo dzisiaj różnice pomiędzy producentami mocno się zatarły. W dawnych czasach jednak Tokina wsadzała w swoje produkty znacznie większe ilości metalu niż plastiku i w pewnych niszach rynku na tym wygrywała, bijąc tańszych, ale mniej solidnych Sigmę i Tamrona.

Tokinę założył w 1950 roku pan Kawaguchi Denkichi, jako zakład optyczny zajmujący się polerowaniem soczewek i luster, wytwarzaniem obiektywów do rzutników, na zlecenie firm zewnętrznych. Z początku była znana jako Tokio Koki Seisakusho (Tokijskie Zakłady Optyczne). Do firmy przechodzi kilku inżynierów z Nippon Kogaku, znanego później jako Nikon.

 Wczesne lata 50-te to w Japonii zapaść gospodarcza po hekatombie II wojny światowej. O szaleństwie japońskiej historii tamtego czasu, kiedy to, zaczynając od lat 20-tych XX wieku siła przemysłowa i gospodarcza Japonii rosła wykładniczo, przez II wojnę, kiedy cesarskie imperium za pomocą podbojów zaczęło rządzić niemal połową Azji i Pacyfiku (prawie że mieli Australię, blisko było), poprzez szybki upadek pod ciosami aliantów zakończony spuszczeniem na Japonię bomb atomowych i zniszczeniem wszystkich dużych miast w 40% (łatwo poszło, bo były w większości z drewna i papieru). Potem, aż do 1952 roku okupacja amerykańska tużpowojenna ogólna bieda. Niemniej Amerykanie uznają Japonię za swojego głównego sojusznika w Azji i pompują w nią pieniądze, oraz sprzedają technologię i wspierają wolny rynek. W 1953 roku Japonia, przed chwilą jeszcze na kolanach, osiąga PKB wielkości Włoch. A w 1967 zostaje trzecim najbogatszym państwem świata. Niezła huśtawka, co nie?

Tokina właśnie obchodzi 70 lat istnienia

Rozwój Tokiny wiąże się z tym wszystkim w jeden węzeł. Z początku firma przędzie jako tako, jak wielu producentów optyki w kraju. Ale w międzyczasie w pobliżu dzieje się dogrywka II wojny światowej - wojna w Korei. Amerykanie mają w Japonii spokojną bazę. Przewalają się tu transporty wojsk i cała obsługa koreańskiego konfliktu, między innymi fotoreporterzy, którzy w Tokio znajdują nie tylko świetne warsztaty naprawcze dla swojego steranego sprzętu, ale, o dziwo, i wytwórców obiektywów z mocowaniem pasującym do Leiki czy Zeissa. Próbują. Doznają szoku poznawczego. Te obiektywy, tanie jak barszcz, są lepsze niż wiele niemieckich konstrukcji. Japońska fotooptyka rozwija skrzydła.

piątek, 22 marca 2019

W jeden dzień dookoła Josefa Petzvala.



Pisałem, ale napiszę i setny raz: jak kto chce egzotyki liznąć, doznać szoku kulturowego, to daleko nie musi jechać. 

Kiedyś, dawno temu, chciałem okrążyć Morze Śródziemne. Palmy, wielbłądy, Afryka dzika, chałwa Bosfor. Ale po pierwsze trzeba mieć na to miesiąc urlopu, a po drugie parę wojen wybuchło nad brzegami tego morza w międzyczasie i nie wszędzie się przejedzie. Potem chciałem, skromniej, okrążyć Morze Czarne. To było z dziesięć lat temu. Niestety nasz najukochańszy sąsiad napadł w międzyczasie na parę krajów leżących po drodze i nie mam ochoty ryzykować kulki z kałacha dla tej szczytnej idei. 


Ale za to zaryzykowałem jeden dzień z życia, żeby okrążyć Tatry.
Co? Że egzotyki mało? Oj, nie macie pojęcia jak w niektórych miejscach można zebrać tam szczękę z ziemi.




Wycieczka była szybka, krótka i niezbyt dogłębna. Ale wystarczyło. 
Ongiś, w Liptovskim Janie na Słowacji będąc (co relacjonowałem na Fotodinozie - TUTAJ), zauważyłem w centrum mieściny małą budkę drewnianą ze skromnym napisem "Wino i sery lokalne". Napis był interesujący, tylko jakoś nie zdarzyło mi się tam wtedy, w ongisiu, wstąpić. Natomiast teraz był mus. Zatem skierowaliśmy wierny pojazd fabrykancki w stronę Liptovskiego Jana i jego drewnianego przybytku.
Zaparkowaliśmy na miejscu i ruszyliśmy ku drzwiom. I wtedy!
ŁUP, ŁUP, ŁUP, ŁUBUDU!!!! Trzask! BRZDĘK tłuczonego szkła! A potem zza drzwi rzeczonej budki straszne wrzaski, głównie kobiece, ale też i grubaśne męskie okrzyki. Potem chwila ciszy. Ręka zadrżała Współfabrykantce na klamce tego minisklepu. Idź lepiej przodem - rzekła. Poszedłem, z pewną taką nieśmiałością.
W środku coś na kształt mikroskopijnej gospody. Lada, trzy stoliki z sześcioma nieco ponurymi panami pijakami, o nieco czerwonych gębach i mętnym wzroku. Podłoga w stłuczonym szkle. I żena za pultem naburmuszona strasznie i jeszcze pokrzykująca na groźnie. Stanęliśmy skromnie z boku i czekaliśmy na ostudzenie atmosfery. Najbliższy pan tubylec złapał mnie niespodziewanie za ramię. Ale nie zaczepnie. Krzepiąco mnie złapał. Tu nic! Nie bójcie się! - mówi - to ten głupi, o - pokazuje - kufel zbił. Nic wam się tu nie stanie. A! Polacy? Wchodźcie, wchodźcie, przepraszamy za niego.
Żena za pultem, wciąż wkurzona, wreszcie zwróciła się do nas i obsługiwała nas z marsem na czole. Co tam chcecie? Wina? Którego? Nie wiecie? A dobra, to zaraz wam dam spróbować. Czerwone i białe polało się do plastikowych kubeczków z kraników zamontowanych w ścianie. Chwilę nam zajęła degustacja (cztery kraniki!) i decyzja, trwało to z siedem minut jakie spędziliśmy przy ladzie. Podczas tych siedmiu minut po kolei wszyscy panowie pijacy podchodzili do nas i po kolei wszyscy solennie nas przepraszali za zamieszanie.

Pokażcie mi taki bar w Polsce, w którym rozrabiający pijacy przyjdą cię przepraszać! Tylko u nas tabliczki w barach: "Mistrzów świata uprasza się o zachowanie spokoju".


Zaopatrzeni w czerwone wino porzeczkowe, a przede wszystkim w nowe egzotyczne doświadczenia z ludnością tubylczą, ruszyliśmy zwiedzać dalej słowacką egzotykę. Liznąć. Liznąć przez szybkę, bo co można w jeden dzień. 





W drodze dookoła Tatr nasuwają się następujące obserwacje krajoznawcze: na Słowacji skromniej i z mniejszym zadęciem. Jak kto w Polsce inwstuje w, załóżmy, hotel z basenem, to bierze taaaaaaaki kredyt i zrównuje z ziemią to co było, a potem tam stawia taaaaaaaki wypas, wyłożony kostką, blachą kwasówką, świerkiem syberyjskim i szkłem lustrzanym. Na Słowacji bierze się najpewniej jakiś mały kredycik i stawia skromnie, rozbudowując to co jest. Ma to swoje zalety. Pejzaż jakiś taki więcej spójny.


XIX wieczna huta koło Podbieli.
Pejzaż panie na tej Słowacji jakiś taki inny. Tatry, niby te same co u nas, wyglądają od południowej strony jak z kosmosu. Wielka, przeogromna skośna platforma łąk i hal podchodzi z doliny Popradu tym Tatrom do połowy, a potem wystrzelają one w górę niczym Alpy w miniaturze. Daje to ciekawy efekt - widać je z odległości dziesiątek kilometrów, w przeciwieństwie do naszego Podhala, kiedy to nikną za górkami i dolinami i za chwilę ich już nie dojrzysz. Cały boży dzień w samochodzie mieliśmy Tatry na widoku.



Bobrovec


Bobrovec

Bobrovec

Jalovec

czwartek, 20 kwietnia 2017

Rum-Zeiss w Ray-Banach



Nie jestem gadżeciarzem. Nawet fotograficznym nie jestem. Stylówa- zero. Podniecają mnie co prawda obiektywy, aparaty fotograficzne i samochody, ale od podniety dość daleko do sięgania po portfel. Nawet Google nie wie jakie reklamy mi wyświetlać, choć Google wie wszystko o każdym. Coś tam wyświetla, ale prawie zawsze nietrafione. Lubię też stare rzeczy, nawet lekko zbyt stare, cenię sobie przeszłość. Gdyby tak Google wyświetlił mi czasem jakąś interesującą wiekową Sigmę, w której nie działa autofokus- o to bym kliknął.
Ale nie wyświetla. Same nówki wyświetla.
Bez łaski. Sam sobie znajdę.
Nie mogę też powiedzieć, że nie interesuje mnie popkultura, komercja i jej obiekty. Interesuje jak najbardziej. Zauważam niektóre chodliwe gadżety, zapamiętuję niektóre marki i ciekawi mnie dlaczego ludzie się o nie zabijają, na przykład stojąc w kolejkach przed sklepowymi premierami (biografii Steva Jobsa jednak jeszcze nie przeczytałem).
Niektóre marki zapisały się trwale w umysłach ludzi i istnieją jako ikony- takie rzeczy które były „od zawsze”, jak się zdaje i budziły jakieś dreszcze u publiczności. Zegarki Patek Philippe, zapalniczki Zippo, samochody Ferrari, ciuchy od Prady, motorówki Riva, buty Nike Air, obiektywy Zeiss, dżinsy Levi Strauss. Wszystko z różnych dziedzin i poziomów, ale jakoś tam kojarzone przez każdego Ziemianina.

Niektóre są niezmienne, niektóre odchodzą w przeszłość. Na przykład aparaty Kodak. Niektóre wydają się istnieć od stu dwudziestu lat, a mają tylko siedemdziesiąt- na przykład Ferrari (O Ferrari poczytajcie na Automobilowni TUTAJ).

A bo ja byłem akurat dzisiaj w aptece. I tam widziałem plakat reklamujący soczewki kontaktowe Bausch & Lomb. Stąd wziął się dzisiejszy wpis. Bausch & Lomb z pewnością nie należy do tej ligi marek, którą rozpoznawałoby się na pierwszy rzut oka. Ale mnie zastanowiło to, że już gdzieś o tej firmie słyszałem i to w zupełnie, zupełnie innym kontekście. Nie pamiętałem jakim. Ale od czego jest wujek Google, który żywi, broni, informuje i śledzi.

Jeśli nie nosicie soczewek kontaktowych, to może nigdy nie słyszeliście o Bausch & Lomb. Ale zapewne słyszeliście coś o okularach Ray- Ban, prawdaż?
Nie znacie okularów Ray Ban? Nigdy ich nie widzieliście na oczy? Wystarczy że gdzieś widzieliście zdjęcie następujących person: Audrey Hepburn, Michaela Jacksona, Marylin Monroe, Jacka Nicholsona, Toma Cruse, Bono, Carego Granta, George Michaela, Blues Brothers, czyli Dana Aykroyda i Johna Belushiego, mających na sobie okulary.
I to nie jest żaden przypadek. To strategia marketingowa.

A nawet jak nie śledzicie pop kultury, tylko wchodzicie na Fotodinozę jak na elitarny blog o klasycznej fotografii, to zapewne znacie jedną z klasycznych fotografii generała Douglasa Mc Arthura wkraczającego na wyspę Leyte (Filipiny), po dwóch latach od wycofania się Amerykanów z Filipin po tym jak ich Japończycy pobili. Jest setka zdjęć z generałem, bo to było wydarzenie stricte propagandowe.

By U.S. Army Signal Corps officer Gaetano Faillace [1] - This media is available in the holdings of the National Archives and Records Administration, cataloged under the National Archives Identifier (NAID) 531424. Wikipedia.

poniedziałek, 13 marca 2017

Top 5 dziwnych obiektywów do których Canon nie przyzna się na 30 lecie systemu EOS


Są różne rzeczy pamiętane i różne zapomniane. Cała polityka polega ostatnio na robieniu wrzutek, które przykryją wczorajsze sensacje. Wszyscy tak robią. Znana sprawa. To zwykle działa. Ale nie, nie damy sobie zamydlić oczu na Fotodinozie. Nie wszystko było takie piękne jak twierdzi marketing.

Canon właśnie będzie otwierał szampany i przeżywał uniesienia związane z okrągłą rocznicą systemu EOS, któremu stuknęła trzydziestka. Znaczy się już od pięciu lat może jeździć na żółtych tablicach. A ponieważ nieliczne z jego obiektywów wydają się być tworzone na żółtych papierach należy je zebrać i przypomnieć, bo jak pamiętacie sam Canon cierpi na Alzheimera- LINK.

Nie tylko chodzi tu o obiektywy najtańsze i projektowane tak aby tylko istniały- w rodzaju słynnego 38-76 f/4,5-5,6 o którym się kiedyś pisało jako o rzekomym denku od słoika-LINK, albo 18-55?3,5-5,6, który wszyscy dostawali zupełnie gratis za dwieście złotych do swojego nowego aparatu i prawie dawało się nim robić zdjęcia. Chodzi tu o różne rzeczy.

Ludzie najbardziej nie lubią
różnych rzeczy
        Krzysztof Gol

Każdy z tych obiektywów jest jakąś zadrą na gładkim szkle historii Canonów EOS z tego czy innego powodu. Niektóre wcale nie były tanie. Dwa z nich noszą na sobie dumny czerwony pasek i czerwoną literkę „L” oznaczającą „Luxury”.

No to do roboty.

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Amerykanin z Yokohamy.


John Weine nacisnął hamulec i potężny kanciasty Cadillac zakołysał się zatrzymując przy krawężniku. Weine machinalnie przestawił drążek na „Parking” rozglądając się po ulicy miasteczka. Wysiadł z auta zawadzając o dach obszernym rondem kapelusza.
Stara Becky kosiła trawnik przed swoim sklepem hałasując równie wiekową kosiarką. W warsztacie „U Mike'a” błyskał z garażu automat spawalniczy.
John skinął głową Becky, wykonując coś w rodzaju salutu do swojego nakrycia głowy i pozdrowił listonosza, który niósł sporą paczkę po drugiej stronie ulicy.
Upał wisiał w powietrzu. Dochodziło południe.
Weine sięgnął po aparat z tylnego siedzenia i nie trudząc się zamykaniem auta skierował swą potężną postać w stronę sklepiku fotograficznego, oklejonego gęsto reklamami.
Ulicą przejechała jakaś mała Toyota. Weine długo odprowadzał ją wzrokiem, splunął z niechęcią i pchnął drzwi do sklepu, na których zakołysał się plakat z wyraźnie czegoś bardzo szczęśliwą posiadaczką Minolty 7xi. John nie zwracał uwagi na jej ponętnie kusy strój. Dźwięknął potrącony dzwonek.
-John, stary byku!- sprzedawca zza lady, pochylony nad jakimś magazynem przesunął okulary na łysinę i podszedł przywitać się z klientem. Uścisnęli dłonie i klepnęli się po ramionach.
Wewnątrz nie było specjalnie chłodniej niż na dworze, pomimo brzęczącego w rogu klimatyzatora. Wiatrak na suficie mielił miarowo powietrze kołysząc reklamami Kodaka.
-Coś taki skwaszony?
-Ech, mówię ci Ron, wkurza mnie to wszystko.
-Hm?- sprzedawca spojrzał pytająco
-Ci Japończycy są już wszędzie- Weine trącił ręką plakat Nikona zwisający przy regale- Nie tak miało być, Ron. Na ulicy, w sklepie. Wszędzie!
-No co zrobisz. Sam wiesz, że robią dobre rzeczy- Ron wskazał palcem futerał, który dyndał Weinowi na szyi- Sam wiesz...
-Namówiłeś mnie na to. Używam, ale...
-I co? Jesteś niezadowolony?
-Nie Ron, nie zrozum mnie źle. Kupuję u ciebie aparaty, odkąd otworzyłeś ten sklepik w pięćdziesiątym pierwszym, nigdy się nie zawiodłem na twoich radach. Aparat jest w porządku. Ale gdybyśmy tylko produkowali takie lustrzanki z autofokusem, to zaraz bym to wywalił do śmieci. To jest po prostu nie do pojęcia. Pamiętasz Ron, jak lataliśmy nad Yokohamę? W naszej „Małej Bee”? Ledwo wylądowaliśmy wtedy na Iwo Jimie, na oparach paliwa... Ledwo ledwo... Pamiętasz...- John zamyślił się na chwilę do swoich wspomnień- Ale nieźle im dowaliliśmy. Wtedy wydawało się że jesteśmy górą. Oni byli na kolanach...
-Stare czasy John. Enola Gay to przeszłość- Ron poklepał Weine'a po plecach- Chesz im wypowiedzieć następną wojnę za Nikona?


piątek, 14 października 2016

Taniej już było.

To była miłość czysto platoniczna. Na oczy nigdy nie widziałem przedmiotu tej miłości. Jest nim obiektyw, oczywiście.
Ta miłość, to także wyraz pewnego szacunku, czy nawet podziwu- jak dzielnie firma Sigma radziła sobie na rynku obiektywów do lustrzanek.
Ale każda miłość może się kiedyś skończyć (???). A ta kończy się symbolicznie.
Sigma 500 f/4,5 EX HSM odeszła ode mnie.

"Kochanie wróć, bo odejszłeś"
(tytuł poematu Krzysztofa Gol'a i Magdy Marciniak, którego nie mogę się doszukać w moich annałach. Może ktoś ze znajomych go pamięta? Druga część tego poematu nosiła tytuł "Kochanie, odejdź, bo przyjszłeś")

W latach 90-tych i 2000-ch nie było zbyt wiele szkieł, które nie miały bezpośredniej konkurencji, a ten właśnie obiektyw- Sigma 500mm f/4,5 do nich należał. Został stworzony kompromisowo, by walczyć o klienta z najlepszymi i podgryzać Canona, Nikona, Pentaxa i Minoltę. A może i świętej pamięci niemieckiego Contaxa? Bo w dawnych czasach wychodził także z tym mocowaniem.

Była to ukryta opcja japońska, tajny partyzant wśród żołnierzy regularnej armii. Kąsał z zaskoczenia po kostkach i zdobywał pole.

czwartek, 26 listopada 2015

Great pretender. Kuszenie wielopiętrowe, a potem von.



Żądza posiadania napędza świat. Nespa? Wystarczy odpowiednio zanęcić, a żądze zrobią swoje.

Prestiż, elitarny nimb, dotknięcie wielowiekowego dziedzictwa- to kusi i nęci.



Troszkę mi ten wpis wyszedł inny niż miał być. Miał być o obiektywie, ale zamiast tego składa się z samych dygresji.



Mam prawdziwego jasnego Voigtländera! Obiektyw tej najstarszej marki fotograficznej świata do dziś istniejącej. Ufundowanej w Wiedniu przez Johanna Christopha Voightländera w roku 1763, potem przejętej przez jego potomka Petera Wilhelma Friedricha von Voigtländera, firmy produkującej z początku aparaty systemu Daguerre'a, a od 1840 roku najjaśniejszy ówcześnie obiektyw świata, konstrukcji Józsefa Petzvala. Pierwszy na świecie obiektyw zaprojektowany z użyciem obliczeń matematycznych. Dwieście sześćdziesiąt lat tradycji!

Johann Christoph urodził się w Lipsku jako syn mistrza stolarskiego, przybył do Pragi w 1757 roku i jeszcze w tym samym roku znalazł się w Wiedniu, gdzie znalazł pracę w warsztacie Meinicke przy produkcji instrumentów matematycznych i pomiarowych. Wkrótce jego talent został zauważony, zyskał przychylność cesarskiego dworu i Maria Teresa dała mu w 1763 roku "Dekret ochrony handlowej na produkcję instrumentów matematycznych przy użyciu dowolnej ilości pracowników", pozwalających założyć własny warsztat.

Był zdolnym i płodnym wynalazcą, który opracowywał przyrządy do precyzyjnych pomiarów kształtów, nowe typy tokarek do metali, maszyny dla przemysłu jedwabniczego i papierniczego. Po kilku latach otrzymał za swe prace i zasługi tytuł: "Landesfabriksbefugnis mit allen Vorzügen und Begünstigungen"

Jego świetnie prosperująca firma była rozwijana przez wdowę i dwóch synów- Siegmunda i Wilhelma, produkując przyrządy optyczne i pomiarowe. Do dalszych sukcesów firmy Voightländer najbardziej przyłożył rękę wnuk- wspomniany Peter Wilhelm
 urodzony w 1812 roku, który skupił się na rozwijaniu optyki i dagerotypii i w 1840 roku wprowadził do produkcji przełomowy obiektyw zaprojektowany przez profesora Uniwersytetu Wiedeńskiego- Józsefa Petzvala.


Petzval był człowiekiem z naszej części świata. Był z Europy Środkowej. Urodził się w Białej Spiskiej na Morawach i do dziś nie wiadomo czy był Węgrem, Niemcem czy Słowakiem. Jak wskazuje doświadczenie- najprawdopodobniej był Tutejszy. Uczył się w miejscach swojskich- w szkole ludowej przy kościele św Krzyża w Kieżmarku, potem w szkołach w Podolińcu, Lewoczy i Koszycach. Tu byłem- Tony Halik (cytat).

Potem zaczął robić błyskotliwą karierę w Instytucie Geometrycznym w Peszcie gdzie w 1835 został profesorem wyższej matematyki, a potem przeniósł się do Wiednia na takie samo stanowisko. Został członkiem Wiedeńskiej Akademii Nauk.

Niech żyją Austro- Węgry! Niech żyje Najjaśniejszy Pan!

Właściwie Petzval był jednym z pierwszych, który naukowo zabrał się do optyki i opracowania jej matematycznego, żeby ta optyka jakkowiek działała. Jego odkryciem jest krzywizna pola obrazowego które dają soczewki- po przejściu promieni świetlnych przez soczewkę nie uzyskuje się automatycznie płaskiego obrazu, tylko obraz na powierzchni paraboidalnej. Żeby obraz był płaski (na filmie czy matrycy) należy użyć co najmniej dwóch soczewek o odpowiednich ogniskowych i współczynnikach załamania światła- i to jest także odkrycie Petzvala, wraz ze wzorem określającym te zasady. Dzięki niemu zdjęcia robimy obiektywami, a nie lupką filatelistyczną do znaczków pocztowych.

W 1840 roku skonstruował obiektyw swego imienia.

Jego teoretyczne założenia Petzval wyliczył,pracując na wspomnianym Uniwersytecie Wiedeńskim pod patronatem Arcyksięcia Ludwika.



Societé d'Encouragement pour l'industrie Nationale rozpisało w tym czasie konkurs na zaprojektowanie użytecznego jasnego obiektywu przeznaczonego do aparatów Daguerre'a, które wówczas, ze względu na niską czułość nośnika i bardzo ciemną optykę wymagały bardzo długiego naświetlania zdjęć. 32- letni Petzval postanowił przystąpić do rywalizacji, korzystając ze swej wiedzy i wsparcia protektorów- przyznano mu do pomocy „kaprali Löschnera i Haima oraz ośmiu bombardierów z Korpusu Inżynieryjnego".

Ponownie niech żyją Austro- Węgry! Niech żyje Najjaśniejszy Pan!



Jego obiektyw był optyką o jasności f/3,7 i ogniskowej około 100mm, podczas gdy dotychczas stosowane miały światło rzędu f/8- f/16.

Niestety Petzval nie wygrał konkursu. Wygrał go Francuz- Charles Chevalier.



Za to obiektyw Petzvala zyskał dużą popularność. Jest spore prawdopodobieństwo, że macie dziś tę konstrukcję w swoim rzutniku w korpo.

Produkcji podjął się Peter Wilhelm Friedrich von Voigtländer i w ciągu dziesięciu lat wyprodukowano 8 tysięcy egzemplarzy (w latch 40-tych XIX wieku!). Niestety bez specjalnych zysków dla twórcy- Józsefa Petzvala. Umowa z Voigtländerem nie była sformalizowana, a patent na obiektyw obowiązywał tylko w Austrowęgrzech- poza ich granicami szybko go skopiowano. Do tego Voigtländer bez porozumienia z konstruktorem wykorzystał jego założenia do produkcji obiektywów szerokokątnych, które zaczęły stanowić konkurencję dla tych opracowanych przez samego Petzvala i produkowanych przez inną firmę- Dietzler.

Petzval próbował dochodzić swego, ale bez sukcesu, co naznaczyło go pewną traumą. W tym samym czasie w jego domu, podczas włamania zniszczono jego wieloletnie notatki, co przepełniło czarę goryczy. Matematyk porzucił całkowicie swoją dotychczasową ulubioną dziedzinę i zajął się akustyką.

Na polu czystej matematyki także osiągnął sporo sukcesów, które jednak nie mogły osłabić jego rozgoryczenia- wynalazł zupełnie niezależnie tzw. Transformaty Laplace'a, ale został uznany za plagiatora i Laplace dostał pierwszeństwo w ich odkryciu.

Biedny Petzval, po odejściu na emeryturę w wieku 70-ciu lat resztę życia spędził jako samotnik unikający ludzi.

Jedyna satysfakcja, że obiektyw który wygrał wtedy konkurs, nazwany "Photographe à verres combinés" skonstruowany przez niejakiego Chevaliera- został całkowicie zapomniany. Jego twórcy, mimo prób, nie udało się nigdy uzyskać odpowiedniej ostrości obrazu.



Wpisuje się doskonale ta powyższa, prawdziwa historia w narracje o genialnych looserach, którzy przegrali swoje życiowe osiągnięcia, a których w Polsce bardzo lubimy. Pisał o nich swego czasu na Automobilowni Szczepan Kolaczek. Historie looserów są fascynujące. Ja też ich lubię, a nawet im współczuję. Zjadają ich na śniadanie bystre i przedsiębiorcze głowy, które nie mają sentymentów. Widać dla postępu świata muszą istnieć i ci i ci.



A więc Voigtländer! Kupiłem taki obiektyw!

Mam jasny obiektyw tej legendarnej firmy robiącej do dzisiaj w Japonii najsolidniejsze metalowe dzieła sztuki optycznej pod marką Voigtländer- Bessa, z którymi może się dziś równać jedynie Zeiss i Leica. Ręcznie szlifowane soczewki wychodzą spod rąk najlepszych fachowców tej sztuki. Genialne manualne konstrukcje kontynuują dzieło twórcy.



Wy też macie Voigtländera? No ale ja mam lepiej- mój wcale nie jest manualny- ma autofokus a połowę konstrukcji z plastiku.



Co? Że nie produkują autofokusów? No nie produkują, bo już przestali. Nie oni jedni (na przykład Samyang też).



Co to za szkło, pytacie? Nie robią już takich dzisiaj. Nie robią już prawie optyki o tej filozofii jaką wyraża mój obiektyw. Filozofii kuszenia wyznawanej w latach 90-tych. O szczegółach tej filozofii trochę dalej. Na razie wyjaśnienia- przyznaję że dość zagmatwane.



Co to za obiektyw? Czy wyprodukował go imć Peter Wilhelm Friedrich von?



W autobusie w godzinach szczytu:

"-Wątpie...

- W co pan wątpi?

- Wont pierdoło z mojej nogi!!!"



No jasne, oczywiście markowy von Voigtländer, jak głoszą napisy na nim. Ale nie do końca.

To znaczy to nie jest tylko Voigtlander. To jest tak naprawdę produkt Cosiny, która w latach 90-tych sprzedawała swoje obiektywy pod markami co najmniej jedenastu producentów, nie licząc własnej : Exakta, Phoenix, Promaster, Quantaray, Soligor, Tamron, Tokina, Vitacon, Vivitar, Voigtländer, Walimex.



Pisało się o tym i o wszystkich tych producentach przy okazji artykułu o obiektywie 19-35/3,5-4,5. Voigtländer jako firma tracił wielokrotnie cnotę z różnymi chętnymi. Najpierw przeszedł w ręce Zeissa, potem Rollei'a który ledwo dychał w końcówce lat 90-tych i dlatego bardzo chętnie udostępnił tę szacowną markę by nią brandować co popadnie. Pan Johann Christoph trochę się w grobie bezowocnie poprzewracał, a późni potomkowie tego szacownego rodu zapewne musieli udawać, że nie poznają znajomych na ulicach.



Cosina zaprojektowała wtedy kilka tanich w produkcji amatorskich szkieł z plastiku, część na bazie swoich manualnych obiektywów, które zupełnie nie licowały konstrukcją z szacowną dwustupięćdziesięcioletnią marką pod jaką były sprzedawane. Mój Voitek to 28-105/2,8-3,8, zoom typu pompa- czyli push- pull. Uniwersalny jasny obiektyw. Nie ma jak pompa! (cytat).

Voigtländer- Cosina 28-105/2,8-3,8 AF


Gałąź amerykańska


Nasz Voigtländer 28-105 mógł być równie dobrze Cosiną, Exaktą, Phoenixem, Soligorem albo Vivitarem . Szczególnie pod tą ostatnią nazwą był szeroko znany po drugiej stronie Atlantyku, bo amerykańska firma Vivitar, pomimo że niewielka, działała jednak prężnie od 1938 roku, zatem miała długie tradycje. Też czerpała pełną garścią ze źródła obiektywów z Japonii, made by Cosina.

28-105 autofokus miał, jak wspomnieliśmy, pierwowzór, w postaci manualnego poprzednika o tych samych parametrach, także produkowanego dla Amerykanów przez Cosinę. w Stanach był dość popularny, niedrogi o dobrej jakości.

http://www.alllenses.org/item/vivitar_series_1_28-105mm_f2-8-3-8.html
Manualny obiektyw Vivitar produkowany przez Cosinę.

No i tu im człowiek więcej poszpera tym więcej się doszperowywuje. Niektóre odkrycia internetowe jeżą ze zdziwienia przerzedzony włos na głowie. Czego ci ludzie już nie wymyślili! No i jakie to rzeczy zdążyły być już zapomniane.



Na przykład jedna z wersji tego 28-105/2,8-3,8. Powstała w 1988 roku na bazie tego cosinowskiego obiektywu manualnego .



Swego czasu pisało się już o pewnych nieudanych próbach zanim wreszcie dopracowano się porządnie działającego autofokusa. Otóż nie tylko Canon, Minolta i Nikoś prowadzili takie próby, w których kosmonauci ginęli jeden po drugim zanim zdołali wydostać się na orbitę. I ku zaskoczeniu publiczności był wśród nich Vivitar. Mała firma ze Stanów Zjednoczonych.

Ta firma postanowiła stworzyć, uwaga- uniwersalny obiektyw wypuszczany z różnymi mocowaniami pasującymi do manualnych aparatów, który "przerabiał je" na aparaty autofokus! Cała elektronika, czujniki, sterowanie i zasilanie (dwie baterie paluszki) były zainstalowane w obiektywie.

Vivitar Autofocus 28-105. 1988 rok.
Niby Canon i Nikon też zrobili coś podobnego w ramach swoich systemów, i to parę lat wcześniej, Vivitar skopiował pomysł Canona z roku 1981-go, o ten pomysł:
Pierwszy obiektyw autofokus Canona, zaprezentowany w 1979 roku, wprowadzony do sprzedaży w 1981. Nie zrobił kariery. Działał z manualnymi aparatami Canon FD. Zdjęcie z: http://photo.net/modern-film-cameras-forum/00bCJB

ALE te obiektywy które produkował Canon czy Nikon w końcówce lat 80-tych, współcześnie z wynalazkiem Vivitara, były szkłami działającymi wyłącznie z konkretnym modelem aparatu do tego dostosowanym, a z innym ani drgnęły. Natomiast dzielny Vivitar zrobił coś dostępnego z wieloma mocowaniami, co zmieniało dowolny najstarszy manualny aparat z mocowaniem Canon FD, M42, Minolta, Nikon, Olympus OM, Pentax K w aparat mogący ostrzyć automatycznie.



Tenże Vivitar wyglądał gargantuicznie i dość okropnie, ale nie ustępował w koszmarności estetycznej i ciężarze analogicznemu, wcześniejszemu Canonowi.



Autofokusowy obiektyw systemu Vivitara przepadł niestety na rynku, wobec konkurencji dopracowującej na maksa swoje systemy ustawiania ostrości. Nowe systemy, które powiązały obiektyw z aparatem elektronicznym węzłem miłości za pomocą styków. Wygrało sensowniejsze umieszczenie czujników w korpusie aparatu z obiektywem pracującym pod ich dyktando.



Vivitar skapitulował i przeszedł na pozycję producenta niezależnego obiektywów współpracujących z systemami. Podobnie jak Sigma, Tamron, czy Tokina.

Nadal brandował swoją marką obiektywy Cosiny na rynek amerykański, ale już nie kombinował z własnymi pomysłami. Być może to przyczyniło się do jego powolnego schyłku. A może po prostu jego schyłek był czymś naturalnym- jak u Złomnika- musiał kiedyś nastąpić.



Vivitara nie ma już wśród nas, ale o dziwo- Voigtländer ma się dobrze, a nawet jeszcze lepiej. Pan Johann Christoph, oraz Peter Wilhelm Friedrich mogą wreszcie przestać się przewracać w swoich grobowcach. O tych grobowcach:


Cosina, prawny właściciel nazwy Voigtländer, nie wypuszcza dziś już żadnych plastików pod tą marką, a jedynie same klasyczne Rolls- Royce'y z metalu i polerowanego szkła. Kosztują też mniej więcej jak Rolls- Royce'y. Plastik w obiektywach Cosiny został zapomniany.



Filozofia i psychologia



Zapomniana została też wcześniej wymieniona filozofia kuszenia, jaką stosowała Cosina w latach 90-tych i 2000-ych.

Wówczas wiele firm niezależnych sprężyło się, by wyprodukować kilka owoców kompromisu- jasnych zoomów, ze zmiennym światłem, zaczynających się na f/2,8, a kończących w okolicach f/4.

Gdy przeglądam katalog "Obiektywy Autofokus" wydany przez miesięcznik "Foto" w okolicach roku 2001 znajduję tam liczne przykłady takich obiektywów- jest ich dwanaście. Olympus w tamtym czasie oparł swoją ofertę niemal wyłącznie o takie szkła.

Na rynku dla ambitnych amatorów królowały Sigmy 28-105/2,8-4, później szerokokątne Sigmy i Tamrony 17-35/2,8-4, a Cosina ze swoimi obiektywami 28-105/2,8-3,8 i 70-210/2,8-4 także wycinała sobie kawałek tego tortu.



Wszystkie te obiektywy f/2,8-4, w czasach gdy fotografia cyfrowa dopiero się rozpędzała, a na wyższych czułościach aparaty szumiały niczym Puszcza Białowieszczańska i jasność optyki była wyraźnie ważniejsza niż dzisiaj- dawały namiastkę rozkoszy- profesjonalne światło f/2,8 na krótkim końcu. Amatorzy o ambicjach wylatujących ponad poziomy łapali się na nie jak muchy na lep- wreszcie jasny niedrogi obiektyw na kieszeń normalnego człowieka. Biorę! Amator o ambicjach (wśród nich- ja) przymykał oczy na fakt że obiektyw był jasny tylko na krótkim końcu, a na długim ciemniał parokrotnie- akurat na tych ogniskowych gdzie jasność przydała by się najbardziej. Ale cóż- praw fizyki pan nie zmienisz i nie bądź pan głąb (cytat).

W tych dawnych dobrych czasach Sigma produkowała swój wyjątkowy superzoom od szerokiego kąta do sporego tele- 24-135/2,8- 4,5, jedyny tak długi i jedyny tak jasny obiektyw i jedyny o tak użytecznych ogniskowych. Jedyny do dzisiaj. Wiele osób wspomina go miło i jest gotowych płacić za niego dość sporo na aukcjach Allegro- nie pojawia się prawie nigdy. Nie dziwię się. Dlaczego go nie produkują w dzisiejszych czasach? Dziwię się jak cholera. Nawet jeśli nie był demonem ostrości- wiele wad można by mu wybaczyć za jego uniwersalność.

Znowu jakaś luka rynkowa. Chińczycy! Jest luka rynkowa!!!

Napiszmy to we właściwym języku wg google translatora:



中国人!就是在市场上的差距!
Obiektywy zoom z kuszącym światłem w okolicach f/2,8-4 oczywiście były bardzo różne. Nie były jednolitą masą klonów. Były takie, do których producenci przyłożyli się, by dać zaawansowanym amatorom dużo rozrywki- do nich zaliczyłbym na przykład świetnego Nikkora 24-85/2,8-4 D, albo wszystkie szkła Olympusa, ale one nie należały do tych tanich, a na przeciwnym biegunie sytuowały się typowe lepy na muchy- byle tanio i byle na początku było światło f/2,8, reszta nieważna. Tutaj prym wiodła (podobno) 28-70/2,8-4 Sigmy. Nasze wielomarkowe Cosiny- Voigtländery też cieszyły się mieszanymi opiniami.

Voigtländer- Cosina 28-105/2,8-3,8 AF


Dzisiaj w zdychającym systemie Olympusa 4/3 zostały 4 takie szkła. Natomiast w pozostałych systemach- (Canon Nikon, Sony, Pentax, i niezależni:Tamron, Sigma, Tokina) znalazłem dwa: jeden najnowszy Nikon 16-80/2,8-4 wyceniany jakby był szkłem profesjonalnym, pisało się o nim w poprzednim wpisie, Pentax 20-40 również traktowany jak najwyższa półka i ostatni mohikanin dawnej filozofii umiaru- Sigma 17-70/2,8-4.



Czy tylko ja odczuwam jakąkolwiek ekscytację obiektywem umiarkowanym o jasnym świetle na krótkim końcu i nie kosztującym więcej niż pół średniej krajowej (wyliczanej na podstawie bezsensownych danych- o tym w dygresji po artykule)? Wygląda na to, że tak. Firmy które wyznawały tę filozofię albo znikły z rynku autofocus (Cosina), albo zmieniły swoją gamę (Sigma) różnicując mocniej a obiektywy amatorskie- ciemne ze zmiennym światłem i obiektywy jasne ze stałym światłem, ale dwukrotnie droższe.

Widać tak trzeba.



A może wcale nie?

Chińczycy! Do pracy!

中国人!找工作!



Fabrykant

dyrektor kreatywny walnięty o sprzęty



Dygresja po artykule:


Jeśli tego nie wiedzieliście- średnia krajowa jest wyliczana przez GUS na podstawie kompletnie bezsensownych danych (podkreślenia- moje):



"Bierze się pod uwagę tylko pracowników przedsiębiorstw (5,2 mln spośród ok. 10 mln pracujących osób; pomija m. in. zatrudnionych w administracji czy organizacjach pozarządowych). W sumie - jak wylicza Mojapolis.pl - gdyby wziąć dane z całej gospodarki, średnie wynagrodzenie (GUS podaje je co kwartał) byłoby o ok. 200 zł niższe od naszej "średniej krajowej" (kolejny dowód na zawyżenie danych).



GUS bierze pod uwagę tylko zarobki w firmach zatrudniających co najmniej 10 osób. Tymczasem to w najmniejszych firmach (gdzie pracuje aż 1,7 mln osób) zarobki są najniższe (średnio zarabia się tam prawie dwa razy mniej niż w dużych przedsiębiorstwach).



GUS bierze pod uwagę tylko osoby na etacie, pomijając zatrudnionych na umowy śmieciowe (najczęściej słabo opłacanych).



"Średnia krajowa" jest średnią zarobków, a więc obejmuje tylko tych, co pracują, tymczasem mamy 14-procentowe bezrobocie (ci zarabiają zero, co nie jest uwzględnione).
Analitycy mają też pretensję do samej średniej. - Jako miara statystyczna bywa myląca, bo mocno zawyżają ją zarobki wąskiej grupy najbogatszych Można by zastąpić ją medianą, która jest rzetelniejszą miarą. W 2010 r. wynosiła 2,9 tys. zł ("średnia krajowa" wynosiła wtedy 3,2 tys. zł), co oznacza, że połowa pracujących zarabiała kwoty mniejsze od tej wartości - mówi Piotr Teisseyre ze Stowarzyszenia Jawor, który sporządził wyliczenia. "

cytat, za Gazetą Wyborczą: http://metrocafe.pl/metrocafe/1,145523,14256919,Srednia_krajowa_nie_pokazuje_zarobkow_Polakow__Jaka.html



Źródła i źródełka do artykułu: