wyświetlenia:

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obiektyw w prześwietleniu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obiektyw w prześwietleniu. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 kwietnia 2019

Luksus kontra grat. Canon EF-S 24 f/2,8 vs Sigma 24 f/2,8 Super Wide Macro.





Dzisiaj będzie test całkowicie w pełni półprofesjonalny. Umiarkowany luksus i umiarkowany grat. Dwa sprzęty w bardzo atrakcyjnych cenach, na które stać nawet amatorów. Podstawowe pytanie testowe brzmi - gdzie jest postęp, panie Mecenasie?
Czy zdołamy dobrnąć do odpowiedzi?

Do każdego z tych obiektywów mam stosunek entuzjastyczny, choć do każdego inny. Boż one są różne jednak, pomimo podobieństw. Najpierw podsumujmy nówkę.

Naleśnik




Canon wypuścił na rynek obiektyw, którego nikt właściwie się nie spodziewał. Nikt się nie spodziewa hiszpańskiej inkwizycji! Nikt na niego nie liczył, ani o nim nie marzył szczególnie. Ba! ten obiektyw dublował wręcz inny model Canona, od lat już istniejący. Jednego z pierwszych stałoogniskowców w systemie EOS - EF 24 mm f/2,8 z 1988 roku, prostego, skutecznego i lubianego, zastąpionego potem znacznie droższą wersją ze stabilizacją obrazu (2012 rok). 
Nowy Canon pojawił się w 2014 i nazywał się niemal identycznie: EF-S 24 mm f/2,8, kluczowa jednak była literka S w nazwie, oznaczająca sprzęt przeznaczony na małą klatkę APS-C, podczas gdy stara, dwudziestopięcioletnia 24-ka EF obsługiwała oczywiście pełną klatkę, bo stworzono ją w czasach filmu analogowego. 


Pierwsze EF 24mm f/2,8 Canona, rok 1988

Drugie EF 24mm f/2,8 IS STM, rok 2012

Trzecie EF-S 24mm f/2,8 STM - naleśnik, rok 2014


To były czasy! Wtedy jeszcze dzisiejszą "pełną klatkę" nazywano filmem małoobrazkowym. Dopiero dzisiaj zyskała status luksusu i nobilitującą nazwę. Wtedy kingsajz był dla każdego.

Wszystko to przez matryce cyfrowe, które zredukowały standardowy rozmiar. Nowy model EF-S oprócz przeznaczenia na amatorskie matryce cyfrowe miał jednak jedną wyróżniającą się wybitnie cechę - był obiektywem typu Pancake. Pierwszego w swej historii naleśnika wypuścił Canon rok wcześniej, był to pełnoklatkowy model EF-S 40 f/2,8 STM. Dwudziestkaczwórka została jego młodszym bratem na małe matryce.
 Wygląda mi też na to, że te dwa obiektywy były w ogóle pierwszymi "naleśnikami", jakie Canon w swojej historii (od 1933 roku) wyprodukował.

Obiektywy typu naleśnik pojawiły się na świecie za sprawą fizyka pana Paula Rudolfa z firmy Zeiss już w 1902 roku. Skonstruował on prosty obiektyw z czterech soczewek o niezwykle małych rozmiarach, bardzo płaski - Zeiss Tessar. Wszystkie późniejsze naleśniki są pochodną tej konstrukcji. Mimo zadziwiająco małej grubości optyka Tessara jest znana z wysokiej jakości obrazu. 
Po osiemdziesięciu latach swojego istnienia zdecydował się na niego i Canon.

Konstrukcja naleśnikowego obiektywu 24mm na małe matryce APS-C miała sens jeszcze większy niż wcześniejsze o rok 40mm na pełną klatkę, bo pasowała niewielkimi rozmiarami do rozmiarów amatorskich aparatów. Zyskiwała go dodatkowo, wobec spodziewanego ataku aparatów bezlusterkowych konkurencji. Canon zawczasu pomyślał o miniaturyzacyjnym orężu, pozwalającym się doczepiać do jego najmniejszej lustrzanki i chwalić się podobną poręcznością co atakujące go Sony czy Olympusy.
Obydwa naleśniki Canona miały dość umiarkowaną cenę, która taką pozostała do dziś - są jednymi z najtańszych jego obiektywów. Czy warto, panie Mecenasie rozważać zakup takiego ledwo odstającego od aparatu gówienka?

Staruszek




Drugi obiektyw jest najpopularniejszą w czasach przedcyfrowych Sigmą. Sigma załatwiła tym sprzętem wielu producentów na cacy. Zabiła nim wiele much za jednym zamachem. Po pierwsze jest to obiektyw - uwaga uwaga, nie uwierzycie - o rok starszy niż cały canonowski system EOS. Wyprodukowano go z myślą o pierwszym autofokusowym aparacie świata sprzedawanym z sukcesem, czyli Minolcie 7000. Sigma zmodernizowała wtedy swój manualny obiektyw 24 mm, konstruując narzędzie do podgryzania dużych graczy rynkowych, którym wtedy w żadnym razie nie była. Zbudowano zatem sprzęt wszystkomający - po pierwsze mocno szerokokątny, po drugie dający rekordowe możliwości zbliżenia makro, po trzecie niewielki, a po czwarte prawie o połowę tańszy niż wszystkie podobne obiektywy konkurencji.

niedziela, 20 stycznia 2019

Luksus contra Grat. Canon 100 f/2,8 Macro L USM vs Sigma 90 f/2,8 Macro



Właściwie to cały ten blog powinien mieć taki tytuł. Już nawet parę tego typu wpisów było - na przykład Canon 70-200 f/2,8 L contra trzydziestopięciolatek 70-210 f/4 - LINK. Może powinno się stworzyć cykl.
No to cykl (cytat).

Nowe kontra stare

Dostał się był w nasze (w pluralis majestatis) fotodinozowe ręce obiektyw, jakiego byśmy sobie najpewniej nigdy nie kupili. I to zupełnie nie dlatego, że jest niedobry. Wręcz przeciwnie, wedle wszelkich znaków, bardzo dobry. Przeciwko niemu przemawiają dwie następujące przemowy - jest dość drogi i druga przemowa - że nie potrafilibyśmy go właściwie wykorzystać. 
Ta druga przemowa świadczy przede wszystkim przeciwko Fotodinozie, a nie przeciwko obiektywowi. Ale co zrobić. Nie jestem makrowcem. Nie fotografuję na ogół żadnych żyjątek mniejszych niż kot sąsiadów, nie robię zbliżeń łebków od szpilki i nie zastanawiam się ile aniołów mieści się na ich powierzchniach. Obiektywy makro oceniam pod kątem ich przydatności do zupełnie innych celów, niż zostały zbudowane.
Porządnego testu tego obiektywu nie będzie. I kto się go spodziewał, ten może przestać już czytać. Będzie test nieporządny.
Będzie test dający (mam nadzieję) niejaką odpowiedź na pytanie - czy nowe i drogie jest rzeczywiście lepsze niż stare strasznie stare i tanie. No bo chyba jest?
Czy jednak nie?


czwartek, 26 lipca 2018

Aspirant Vojtek. Voigtländer Cosina 28-105/ 2,8-4 vs Canon 28-105/3,5-4,5 test review












Aspirant Vojtek.

Ambicje i aspiracje - to to co porusza postęp do przodu. Każdy ma, mniejsze lub większe. Czasem sił starczy na doścignięcie i prześcignięcie, a czasem nie.
A tym razem starczy?
Zobaczymy.
Aspirowanie było od zawsze w modzie i dawało dobre rezultaty. Dzisiaj w branży obiektywów aspirują Yongnuo, Samyang i Laowa usiłując urwać parę kęsów z tortu wielkich graczy optycznych. Z różnymi skutkami, co sprawdziło się na Fotodinozie w teście – LINK. Ale dzisiaj nie będzie o tym co dzisiaj, ale o tym co było w latach 90-tych.
O markach Cosina i Voigtländer pisało się już także – LINK, LINK. Hmm. Właściwie na tym blogu to już się pisało o wszystkim. Pora umierać. No dobra. Jeszcze trochę pociągniemy.

W skrócie japońska marka Cosina najpierw została międzyocenanicznym poddostawcą obiektywów dla Amerykanów z Ponder&Best (późniejszego Vivitara) , a potem na ich bazie (najprawdopodobniej) stworzyła w latach 90-tych obiektywy z autofokusem. Cosina była bardzo chętna do sprzedawania swoich konstrukcji pod dowolną marką, jaka akurat chciała je sprzedawać, dzięki czemu jest to dziś przykład maksymalnie szerokiego rebrandingu. Obiektywy Cosiny sprzedawane były pod markami: Exakta, Phoenix, Promaster, Quantaray, Soligor, Vitacon, Vivitar, Voigtländer, Walimex, oraz po przekonstruowaniu mechaniki jako Tamron i Tokina. Było kilka modeli. Najbardziej znane to superszeroki kąt dla ubogich 19-35/3,5-4,5, tele-makro dla ubogich 100/3,5, oraz amatorskie zoomy 28-80 i 70-210. Cosina miała też dwa znane na całym świecie obiektywy kuszące mniej ubogich i ambitnych. Kuszące że hej.

Pełny półprofesjonalizm

Czym tu skusić amatora? Tym, żeby za małą kasę został zawodowcem, oczywiście! Duże firmy typu Canon czy Minolta skutecznie oddzielały zawodowców od amatorów, za pomocą cen. Kto chce sprzęt o zawodowych parametrach, ten musi bulić i to słono. W latach 90-tych zoomy ze światłem f/2,8 nie były przeznaczone dla zwykłych śmiertelników, do dzisiaj zresztą są zwykle wielokrotnie droższe niż obiektywy ciemniejsze. Firmy główne oferowały też sprzęty niejako pośrednie, trochę jaśniejsze i solidniejsze konstrukcyjnie, ale światło f/2,8 w zoomach u takiego Canona było zarezerwowane zawsze dla obiektywów serii „Luxury” i stałoogniskowców.
Firmy trzecie, czyli Sigma, Tamron czy Tokina podgryzały głównych graczy takimi jasnymi zoomami o profesjonalnej jasności, które były zwykle sporo tańsze. Niestety nie można o nich powiedzieć, że były tanie. Optyka jest rzeczą drogą w produkcji, opracowanie obiektywu o dobrym świetle i wysokiej jakości optycznej jest poważnym przedsięwzięciem i za pół darmo nie da się tego zrobić. Oszczędności jakie czynili producenci niezależni były widoczne gołym okiem w konstrukcji zewnętrznej obiektywów, czy też sprawności ich autofokusa, ale wiele osób i tak je kupowało, bo optykę miały przyzwoitą, a to było kluczowe.
Cosina tymczasem (a wraz z nią Exakta, Phoenix, Promaster, Quantaray, Soligor, Vitacon, Vivitar, Voightländer i Walimex) wymyśliła kuszenie. Kuszenie amatorów. Czy nie dałoby się zrobić czegoś pół na pół? Dałoby się. Jeżeli zawrzeć parę kompromisów...
Najważniejsze było jednak kusząca jasność. Kuszące światełko w ciemnościach.
Tak powstały dwa obiektywy Cosiny: AF 28- 105 f/ 2,8-3,8 oraz AF 70-210 f/2,8-4. Obydwa miały jedną rzecz cenną dla producenta i jego działu marketingu – magiczną jasność „f/2,8” w nazwie. Zatem to profesjonalne zoomy? Amatorzy pędźcie do sklepów! Profesjonalne zoomy w cenie canonowskiej średniej półki. Darmo! Nic tylko brać.

Z dłuższym z tych obiektywów nie miałem wiele do czynienia, choć bardzo bym chciał, ale ten krótszy nabyłem kiedyś drogą kupna, w ramach podążania za ideałami Marylin Monroe („Pieniądze szczęścia nie dają, dopiero zakupy”), co lepsza był to zakup okazyjny, pakietowy i śmiesznie tani (razem z innym sprzętem). A ponieważ posiadam już Canona 28-105/3,5- 4,5, ową średnią canonowską półkę, będzie można sprawdzić, jak bardzo profesjonalny w porównaniu z nim jest Voigtlander/ Cosina.

Obejrzyjmy je sobie.

Pokaż no się pan, panie aspirancie. Pokażcie Szwejku co tam macie (cytat).








Obydwa obiektywy Cosiny miały dość staromodną konstrukcję „push'n pull”, czyli konstrukcję pompki, gdzie zoom zmieniało się rozsuwając i zsuwając przedni i tylny tubus obiektywu. Canon, wypuszczony w roku 1992, cztery lata przed Cosinami miał klasyczny układ z pierścieniami zooma i ostrości. Jakie wrażenia? Dość porównywalne. Cosina / Voigtländer  wydaje się być zrobiony z troszkę gorszego plastiku, ale jest leciutko cięższy, trochę większy i ma znacznie większą przednią soczewkę. Canon jest za to ładniej wykończony napisami i złotym paseczkiem symbolizującym napęd ultradźwiękowy. Wysuwany tubus Voigtländera wygląda solidnie, nie kolebie się i ma odpowiednio wyprofilowaną, szeroką gumę pod uchwytem ręki.







Obydwa obiektywy zmieniają długość podczas zoomowania i w obydwu tylna soczewka wjeżdża do środka tubusu. (Zupełnie inaczej niż było to w innym wiekowym obiektywie - pompce 70-210 f/4 Canona, przetestowanym TUTAJ). Zapoznając się jednak bliżej z obydwoma szkłami można zauważyć pewne oszczędności poczynione w fabrykach Cosiny. Są to oszczędności inżynierskie. Nasz wysuwany zoom podczas ostrzenia kręci przednią soczewką, a Canon nie. Zmartwi to użytkowników filtrów polaryzacyjnych.




Kuszące światło

To co, może weźmiemy na warsztat sprawdzenie jak jest z tą jasnością? Wartości są podawane według światłomierza aparatu, ale ten oczywiście podaje je w przybliżeniu:

Canon f/3,5 od 28 do 40mm 
Canon f/4,0 od 40 do 70mm
Canon f/4,5 od 70 do 105mm

Voigtländer f/2,8 od 28 do 33mm
Voigtländer f/3,2 od 33 do 43mm
Voigtländer f/3,5 od 43 do 81mm
Voigtländer f/4 od 81 do 105 mm

Czyli jest nie najgorzej. W Vojtku jasność spada szybciej, ale i tak jest zawsze od 2/3 do 1/3 działki jaśniejszy niż Canon. Profesjonalne f/28 mamy co prawda raptem przez 5 pierwszych milimetrów zooma, ale zawsze. W Canonie nie mamy jej nigdy.

No i co? Profeska? Na razie nadal nie bardzo. Voigtländer sprawia wrażenie nieco solidniejsze niż najtańsze amatorskie zoomy, ale do poziomu canonowskich "L-ek", czy też Minoltowskich "G" to ma dwa dni drogi piechotą przez las.

Zróbmy zdjęcia.

Zakres 28-105 to bardzo dobry zakres na pełną klatkę. Obiektyw do wszystkiego. Mając jeszcze do tego jasne światło można się spodziewać krojenia masełka gorącym nożem. Ale nie jest tak dobrze. Albo to masło zmrożone, albo ten nóż nie taki gorący. Główny zawód nadchodzi już przy pierwszym zdjęciu jakiegoś bliskiego motywu. Nie da się. Nie da się na szerokim kącie. Minimalna odległość ostrzenia tego sprzętu to... ta dam! półtora metra. Jest to wartość co nieco dyskwalifikująca przy szerokim kącie, kiedy najbliższa rzecz na którą możesz wyostrzyć musi być aż tak oddalona. Dla porównania Canon 28-105 ostrzy od 0,5 metra. Oznacza to, że duża część zdjęć "towarzyskich", czy też ciekawe przerysowane fotografie szerokokątne są w pewnej części przypadków poza naszym zasięgiem. Po prostu obiekty w które celujemy w wielu przypadkach będą się znajdować zbyt blisko, żeby można było je sfotografować. Dlatego nie do końca cieszy jasna przesłona f/2,8 przy 28 milimetrach, bo z powodu oddalenia od celu i tak nie uzyskamy małej głębi ostrości i zdjęcia te nie będą się wiele różnić od zdjęć na wyższych przesłonach. Na szczęście dla Voigtländera jasna przesłona od biedy przyda nam się może w gorszych warunkach oświetlenia, choć przepaści w porównaniu z ciemniejszym Canonem nie odczujemy.

Najbliższa odległość ostrzenia na 28mm. Skandal, panie aspirancie! 3/4 sylwetki człowieka to bardzo marne zbliżenie.

Najbliższa odległość ostrzenia na 105 mm. Znośnie.
Na szczęście także, im dłuższa ogniskowa tym lepiej. Coraz lepiej. Jest nieźle, a będzie jeszcze nieźlej (cytat). Co prawda nadal nie możemy się przybliżyć do obiektu, ale za to zoom go do nas przybliża, a dzięki wyższej jasności różnice w stosunku do ciemniejszych obiektywów zaczynają być widoczne.

Niestety nie można powiedzieć, żeby ten obiektyw był na pełnym otwarciu mistrzem jakości - na maksymalnej przesłonie widać nawet w centrum lekkie mydełko i wyraźnie wchodzące w paradę wady chromatyczne widoczne na pierwszy rzut oka. Jakość raczej średnio - słaba. Ale ma ten sprzęt nawet jakiś pazur i chęci - wystarczy przymknąć go o działkę i jak za dotknięciem różdżki magicznego optyka, obraz klaruje się i wyostrza. No tak. Ale nie po to kupuje się jasne szkło, żeby nie móc korzystać z pełnego otworu przesłony... Ogólnie mówiąc dostajemy sprzęt wyraźnie gorszy od markowego Canona, z bonusem strzelania słabych ostrością zdjęć na jaśniejszej o pół działki przesłonie. Opłaca się?
Hm. 
Sprawdźmy to. Baczność! Aspirancie, do miksu roślinno samochodowego przystąp!:



Zmurszała cegła.
Zmurszała i ...

wtorek, 27 lutego 2018

Co kupić oprócz obiektywu kitowego? Yongnuo 100 f/2 test review.

Canon 5D + Yongnuo 100mmm @ f/2,2


No i co ma zrobić ten biedny użytkownik cyfrowego aparatu z kitowym, podstawowym obiektywem? Użytkownik amator, który nie wie co dalej?
No jasne że powinien kupić sobie jakiś fajny obiektyw!
Pieniądze szczęścia nie dają, dopiero zakupy, jak wiadomo.
Wybory są ciężkie, z jednej podstawowej przyczyny- bo drogo. Fotografia to droga zabawa, zwłaszcza jeśli nastawiamy się na nowe sprzęty. Można na to wydać wszystkie oszczędności, bo to podniecające jest. Na ogół trzeba się jednak ograniczać, mierzyć siły na zamiary i rozsądnym być w życiu.
Jakiż to nierozsądnie rozkoszny zakup podsuwa nam rozsądek? Noooo… jest wiele możliwości (cytat). Można sprzedać nerkę, zastawić mieszkanie, wziąć kredyt, zmienić pracę (też cytat). Ale kto tego niechętny- musi kombinować.


Rozsądek mówi, żeby celować w jak największą wydajność z wydanej forsy. Mało wydać z dużym efektem. Do niedawna jeszcze wszyscy radzili następujące kierunki- najtańszy teleobiektyw, najtańszy szeroki kąt, albo najtańszy stałoogniskowy. I są to niezłe opcje, bo zmieniają fotografowi punkty widzenia (zmieniając ogniskowe), albo możliwości strzelania w półmroku.
W większości systemów najtańszym stałoogniskowym i jasnym sprzętem jest jasna 50-tka. Jakie ona da przewagi? Można będzie fotografować bez lampy w czterokrotnie słabszym świetle, można będzie uzyskać bardzo małą głębię ostrości (znaczy się oczy portretowanego ostre, a uszki już rozmyte- mówiąc obrazowo- przydaje się zwłaszcza jak brudne), można będzie, przymykając przesłonę uzyskać ostrzejsze zdjęcia niż z obiektywu kitowego.

Większość doradców doradzała niezdecydowanym amatorom właśnie taką 50-tkę. I ja też ją doradzałem. Nie kłamałem. Sam mam.
Niemniej 50-tka ma jedną wadę główną, choć to jest cecha, a nie wada- dubluje ogniskowe obiektywu standardowego, sprzedawanego w zestawie wraz z aparatem. Uzupełnia go co prawda nieźle, bo tam gdzie on jest najsłabszy jakością i ciemny, to stałoogniskowiec akurat jasny i ostrzejszy. Ale czy na pewno na to należy wydać nasze kilka, ciężko uciułanych stówek?

Każdy musi sobie sam odpowiedzieć na pytanie czego mu potrzeba do szczęśliwego żywota i lepszych zdjęć. Niemniej jeżeli kto chciał poczuć dotknięcia absolutu i posmakować wyraźnej różnicy w porównaniu z tym co ma, to na ogół musiał sięgnąć głębiej po dodatkowe bilety Narodowego Banku Polskiego. Cierpieli zwłaszcza miłośnicy portretów, dla których odpowiednio jasne, porządne jakościowo szkła kosztowały między 1,5 a 2 tysiące owych biletów.
Kosztowały. Bo już, o dziwo, nie kosztują.

Jak wiecie jestem miłośnikiem różnych wynalazków, zwłaszcza tych, które nie demolują budżetu- lubię sprawiać sobie zajechane na śmierć stare Sigmy, które nie działają na wszystkich przesłonach z Canonem, albo inne tego typu rzeczy. Dla amatora jednak, taki zakup jest raczej mało komfortowy, bo chodzi o to żeby mu się fotografowało łatwiej, a nie trudniej, na czym mi akurat nie do końca zależy. Druga rzecz to ewentualność wtopienia w coś używanego, co wiele osób nie zachwyca. I nie dziwię się.
Na tym tle zaistniały ostatnio obiektywy, które teoretycznie rozwiązują wszystkie powyższe problemy:
-kosztują kilkaset złotych, a nie dwa tysie
-używanie ich daje dramatyczną różnicę in plus, wobec obiektywu kitowego
- są stałoogniskowcem i krótkim teleobiektywem w jednym (najlepsza rzecz do portretu, z założenia)
-oraz mają gwarancję, fakturę VAT, instrukcję i pudełko. Bo są nowe.
A imię ich Yongnuo.



Ciekawość mnie zżerała i nie mogłem sobie odmówić zgłębienia tematu. No bo jakieś wady też muszą mieć, prawdaż? Nie ma darmowych obiadów (cytat), już nie mówiąc o deserach.
Niektórzy mówią, że ich wadą jest kraj produkcji. Machina to nadzwyczajna, niestety made in China (rymuje się i po polsku i po angielsku). Ci niektórzy powinni jednak spojrzeć na to co jest napisane drobnym drukiem na ich własnych prześwietnych obiektywach. Z grubsza prawie wszystko co fotograficzne jest produkowane w Chinach. Liczy się głównie kto projektował i jak się do tego przyłożył. Chińczycy ostatnio bardzo idą do przodu w dziedzinie inżynierki, wystarczy wspomnieć Huawei i Lenovo, może znacie takie firmy. Yongnuo nie jest aż takim brandem, ale czemu nie dać mu szansy? Ja chętnie dam.

Yongnuo YN 100mm + Canon 5D


piątek, 28 lipca 2017

Canon EF 70-210 f/4 vs EF 70-200/2,8 L. Wesoły jest sukces staruszka.


Znowu trzeba się cofnąć w przeszłość. Ta teraźniejszość nie jest tak atrakcyjna.

Beverly Hills 70-210

Ogniskowa 70-210 mm nie występuje dzisiaj w ogóle w przyrodzie, z niewiadomych zupełnie względów. Zatem jak usłyszycie o takich ogniskowych, to wiedzcie że sprzęty z nimi związane pochodzą w najlepszym razie z lat 90-tych lub początku 2000-ch.
Canon kiedyś produkował obiektyw o takiej ogniskowej, ale było to tak dawno temu, że najstarsi japońscy samurajowie nie pamiętają.

Człowiek to jednak słaby jest.
No, przyznam się.
Dokonałem ostatnio (słabo) kontrolowanego zakupu obiektywu o takim zakresie. Polowałem długi długi czas na Cosinę 70-210 2,8-4 ale się nie trafiała. A trafił się okazyjnie inny bohater zestawienia 10-ciu tanich i ciekawych obiektywów do Canona- Canon EF 70-210 f/4.

Zabytkowa rzecz.
Jak tu nie kupić, skoro go się samemu polecało.

Canon EF 70-210 f/4

Miejskie legendy krążą. Niektórzy mówią, że jest tak dobry jak nowe L-ki o tym zakresie. Ale ci co tak mówią zwykle chcą go sprzedać.
Zobaczy się czy prawdę mówią. Jest to może techniczny i duchowy poprzednik Canona 70-200 f/4 L, ale poprzednik niebezpośredni, trochę z innej epoki. I innej to jednak nie znaczy gorszej. Była to bądź co bądź epoka, w której wstydem było wypuszczenie obiektywu o konstrukcji całkowicie plastikowej i pozbawionego okienka ze skalą odległości. Niemniej do fotografii cyfrowej to było jeszcze daleko.

Końcówka lat 80-tych. Wszystkie firmy starały się wtedy jak tylko mogły, bo stawką było pozostanie na rynku po autofokusowej rewolucji. Kto się nie starał ten wypadał.

EF 70-210 f/4 był pierwszym telezoomem z autofokusem wyprodukowanym przez Canona. Ukazał się w roku 1987-ym, na samym początku systemu Canon EOS, razem z pierwszą lustrzanką- Canonem 650- LINK. Produkowano go strasznie krótko, bo ledwie do 1990. Co oznacza, niestety niestety, że najmłodsze egzemplarze mają 27 lat. Ja cię przepraszam, jaki on jest stary! No, ale skoro trzydziestoletnie Mercedesy nadal jeżdżą, a czterdziestoletnie Boeingi nadal latają, to czemu nie 27-letni Canony? Musieli ich jednak natłuc wielkie ilości, bo w przeciwieństwie do wielu innych obiektywów- ten jest, o dziwo, nadal bardzo popularny i łatwo dostępny. Na Allegro nadal wiszą ze trzy czy cztery egzemplarze.

Do tego jest to również ostatni TAKI Canon. To jest ostatni w historii canonowski zoom ze stałym światłem, który NIE JEST serią L.
To ciekawe, prawda? Pod swoją serią "Luxury" Canon zgromadził wszystkie zoomy, które nie zmieniały przesłony podczas zmiany ogniskowej, a amatorzy od 1990 roku musieli się zadowolić tymi gorszymi, które ciemniały podczas zoomowania. To ci spryciarz!

70-210 jest jeszcze z innej strony oryginałem na tle dzisiejszej stawki, bo to obiektyw typu pompka (push- pull), konstrukcja od czasów lat cyfrowych już niestosowana. Ogniskową w tym szkle zmienia się pchając tubus do przodu lub ciągnąc do tyłu. Jest w tym pewna zaleta intuicyjnej poręczności i prostoty konstrukcyjnej, ale też pewna wada w postaci zasysania i wydmuchiwania kurzu. O ile w czasach filmów kurz ten nie stanowił wielkiego problemu i przy wywoływaniu zostawał usunięty, o tyle przy nieruchomej matrycy cyfrowej stwarza większe problemy. Nie mówiąc już o elektrostatyczności matrycy, przez którą przecież prądy elektryczne płyną tajemnicze.
Cóż. W najgorszym razie trzeba będzie częściej czyścić- pomyślałem sobie i dokonałem zakupu tej rzekomej pra L-ki bez czerwonego paska.

Intencje i nadzieje

Intencją było sprawienie sobie czegoś mniejszego i lżejszego niż 70-200/ 2,8 L, bo przyznam szczerze- 70-200 L jest wielki. I nie jest lekki. Nie na każdy wyjazd można go ciągać. Czasami też zwyczajnie się nie chce dokładać te kilo sześćset do plecaka. Do tego 70-200 ma potężną wadę, o której nie myślą reporterzy- strasznie rzuca się w oczy. Jest biały. Kto żądny sławy i nachalnych pytań przechodniów- temu w to graj. Ale jak kto chce zniknąć w tłumie, to z 70-200/2.8 L nie da rady. Nie ma go jak ukryć.
Dlatego szczupła czerń leżała mi na myśli. No i żeby nie kosztowała tyle co L-ka.

Canon EF 70-210 f/4 (uwaga- zdjęcia bez ramek są wyłącznie zmniejszane, niepoprawiane i niewyostrzane)
Canon EF 70-210 f/4


Canon EF 70-210 f/4

poniedziałek, 22 maja 2017

Sprzęt, który posuwa fotografię. (Do przodu). Sigma ART 20mm f/1,4 DG HSM + Łódź Fabryczna preview





A czy taki umowny i przysłowiowy Cartier - Bresson to robił takie same zdjęcia jakie robią dzisiejsi reporterzy?

No nie bałdzo.

Robił zdjęcia czarno- białe, jednym obiektywem- 50-tką Leiki i bodaj na ogół jednym aparatem. Zupełnie inaczej, niż dzisiejsi fotografowie prasowi, wyposażeni (też na ogół) w baterie obiektywów i po trzy aparaty, strzelający zdjęcia od superszerokiego kąta po straszliwe tele zdolne ściągnąć kosmonautę lądującego na księżycu i pryszcz na nosie Szarapowej.

Czy wynikało to z braku sprzętu w latach 30-tych i 40-tych?
Nie. To wynikało z samoograniczenia się Cartier- Bressona.

Samoograniczanie się jest dobre, powoduje zwiększenie dyscypliny i uwagi u fotografa, oraz nie odciąga od tematu. Już o tym pisał kiedyś Foto- nieobiektywny LINK. I ja też o tym piszę. Odcięcie marginesów sprzętowych i przesadnych możliwości...

- To co będziemy teraz robić?
- Noo... Jest wiele możliwości.
(cytat)

Odcięcie tych marginesów powoduje, że z fotografii zostaje tzw. samo sedno. Obraz, który ma być istotny.

Czy to jednak znaczy, że owe dalekie marginesy sprzętowe to coś złego? Broń boże! Poszerzanie spektrum możliwości jest także rzeczą która popycha fotografię do przodu. Rzecz jasna, i jak zwykle, zależy kto i jak tego sprzętu używa.

Henry Fox Talbot, czy Nadar, albo inni pionierzy fotografii męczyli się ze szklanymi płytami, pokrytymi emulsją robiąc swoje zdjęcia, a w sumie to ciekawe jakie foty by robili, mając do dyspozycji Leicę Cartier- Bressona. Pewnie trochę inne.
Mieliby w każdym bądź razie szerszy wybór i trochę ułatwienia. Bo tylko o to w sprzęcie chodzi. Od zawsze toczy się ten bieg- i od zawsze w tę samą stronę.

Kiedyś rewolucję stanowił automatyczny pomiar światła, potem autofokus, potem możliwość cyfrowego obrazowania. Za każdym razem taka rewolucja była falą z jaką hurmem ruszali producenci , a wraz z nimi umasowienie tych wynalazków. Ostatnimi czasy ciśnienie przeniosło się mocniej w stronę filmowania, zostawiając fotografii coś na kształt cyzelowania dawniejszych dokonań. Usprawniania, dokładania drobnych funkcji, usoszalmediowania, zmniejszania sprzętu i polepszania jakości obrazu, rozbudowywania możliwości softwareowych. Czy te zmiany posuwają fotografię do przodu? Niewątpliwie, choć jakby mniejszymi niż kiedyś krokami.

Bardzo znaczące zmiany notuje jednak według mnie postęp techniczny w dziedzinie optyki. Nastała ostatnio jakaś nowa era dostępności. Nadejszła wiekopomna chwiła (cytat).

Już kiedyś pisałem o tym, że zrealizowano parę moich marzeń z młodości - obiektywów superjasnych, albo o niezwykłych parametrach- https://fotodinoza.blogspot.com/2014/12/spisek-z-reka-w-nocniku.html .
To jest właściwie niby takie sobie nic, w porównaniu na przykład do programów składających świat w kulkę, albo do dostępności dronów, które pozwalają obejrzeć świat z lotu wróbelka. Niby nic. Ale jednak.
Dla mnie na przykład składanie świata w kulkę nie jest tak atrakcyjne jak to, że za pomocą tych nowych obiektywów można uzyskać takie zdjęcia, jakich wcześniej uzyskać się nie dało. I to w cenie, choć drogiej, to jednak dostępnej dla sporej części sprzętowych wariatów.
Serdecznie witamy nowe smaczne kąski (cytat).


Mam na myśli przede wszystkim małą głębię ostrości przy szerokim kącie. To coś co mnie podnieca. (A mnie podnieca kafelek od pieca- cytat). Szerokie kąty przyzwyczaiły nas od zarania do wielkiej głębi ostrości jaką dawały, wszystko na obrazku było ostre, nawet na pełnym otwarciu przesłony, a tutaj nagle mamy coś co przeczy tym stereotypom.



Sigma A 20mm f/1,4 HSM DG, przesłona f/1,4

piątek, 28 kwietnia 2017

Jak spakować się na dwa tygodnie w bagaż podręczny. Canon 28-105 f/3,5-4,5 jako pomoc dydaktyczna.



11 sierpnia 2015 roku nastąpiła mała rewolucja: wredny Wizzair zmniejszył wielkość bezpłatnego, nierejestrowanego bagażu z 55x45x25 cm na 42x32x25 cm.
To był cios w podbrzusze.
Był to mały krok dla linii lotniczej, ale wielki krok dla tych, którzy zabierają na wakacje tylko dwie pary majtek, po to by zmieścić więcej obiektywów. Od tego dnia druga para majtek zaczęła nie wchodzić do bagażu podręcznego.

Od tego dnia należało przemyśleć starannie nasze fotograficzne wybory obiektywów, które miały latać wraz z nami jako bagaż podręczny. Ciężki orzech do zgryzienia dla wariatów sprzętowych.

Jednak jakoś udało się osiągnąć kompromis.

W ogóle w pakowaniu się na wyjazdy odkryłem z biegiem ostatnich lat pewne korzystne reguły, których nie uświadamiałem sobie wcześniej. Reguły te zostały odkryte z musu, od czasu gdy pojechaliśmy do Bułgarii w pięć osób z namiotem samochodem Fiat Punto na dwa tygodnie. Trzeba było odkryć jakieś reguły, żeby móc przeżyć.
Reguły te sprawdziły się także w lotach tanimi liniami z bagażem podręcznym. I na potrzeby latania tanimi liniami zostaną tu przytoczone:

1. Tanie linie latają głównie w Europie. Innymi częściami świata nie zawracamy sobie głowy.

2. W cieplejszych krajach możemy ubierać się w znacznie mniej ciuchów. Odpuszczamy zatem wszystkie zimne kraje- Islandię, Skandynawię, Rosję. Racjonalizujemy sobie to w ten sposób, że w Islandii i Skandynawii jest drogo, a w Rosji niezbyt demokratycznie. Fuj. No i poza tym zimno. Brrr.
Poza tym pamiętamy, że po pierwsze cała cywilizacja judeochrześcijańska przyszła z południa. Wszystko staje się jeszcze łatwiejsze. Coś pięknego!

3. Należy wybierać takie kraje w których przepisy są traktowane jako ogólne sugestie. Będzie to dotyczyło także bagażu podręcznego. Nie wolno, ale można (cytat). Dość często samoloty tanich linii latają z załogą pochodzącą z kraju docelowego, która jest odpowiedzialna za sprawdzanie bagażu. Liczmy na to że załoga potwierdzi powyższe stereotypy.

4. Jedna, odpowiednio dobrana para butów zapewnia szczęście przez dwa tygodnie. Na plaży i tak chodzimy boso.

5. W czasie deszczu dzieci się nudzą, a my i tak siedzimy w domu, muzeum albo w samochodzie. Wszystko co przeciwdeszczowe- jest niepotrzebne.

6. Oczywiście znaczną część ubrań można założyć w czasie kontroli lotniczej na siebie. Nikt nie zabroni mi lecieć w sierpniu do Grecji w walonkach, papasze i trzech swetrach. Wolność jest. Grecy zresztą mają duży sentyment do papach i walonek.

piątek, 25 listopada 2016

Hurra! Wrak Race! Podziękował, szerokości. (Same dygresje). Sigma 14/3,5 AF



Kilka lat temu zaczęło się pisać Fotodinozę. Zaczęło się bajdurzyć o starych Sigmach nie współpracujących z Canonem i myśleć o nich bezustannie.

To się nazywa mania.

No i w ramach kryzysu wieku średniego powoli kompletowało się gamę obiektywów Sigma z roku, mniej więcej 1994-go. Kto bogatemu zabroni?

Chodziło oczywiście o fajne obiektywy. Nie o wszystkie z katalogu. Tylko fajne. Stałoogniskowe. Bo są fajne.

No, jeden zoom wiosny nie czyni. Czy drugi.

Jak na kolekcjonera klasycznych szkieł celuję dość nisko, przyznaję. Troszkę się pousprawiedliwiam przed sobą. Życie w zgodzie ze swoimi przekonaniami to ważna rzecz. Były śmiesznie tanie. Koszt ich zakupu nie przekraczał we wszystkich przypadkach 15% ich pierwotnej wartości. Nic tak nie tanieje, jak obiektywy nie działające z Canonem EOS inaczej niż na pełnej przesłonie.

Do tego nie przywiązywałem zbytniej wagi do wyglądu zewnętrznego. Miały działać, ale mogły sobie wyglądać jak złom. I niektóre wyglądają. Niektóre nawet są złomami.

Ostatnio jednak osiągnąłem ekstremum w tej dziedzinie.

Tak wrakowatego obiektywu jeszcze nigdy nie miałem. Ale też nigdy nie miałem tak wyjątkowego.

Sigma AF 14mm f/3,5.