czwartek, 18 czerwca 2015

Autentycznie sfałszowane.

foto: Robert Doisneau
Zawsze mnie troszeczkę zastanawia, czy te wszystkie genialne, klasyczne , zapierające dech, reporterskie zdjęcia nie są aby pozowane. Czy ten cały streetfoto Cartier Bressona, czy innych mistrzów reporterskiej fotografii nie jest aby stworzony potajemną ręką sprawczą fotoreportera, który najpierw ustawia rączki, nóżki i oczki, tak żeby ładnie wyszły na zdjęciu, a dopiero potem naciska spust swojej Leiki aby uchwycić scenę w decydującym momencie, który w rzeczywistości trwał pół godziny.
Niby nie. Pewnie nie. Ale...
Znana jest przecież historia pocałunku pod paryskim ratuszem, zdjętego przed wojną przez Roberta Doisneau, o który stoczyły się aż dwie batalie sądowe, całkiem nie tak dawne, podważające jego podchwyconą autentyczność. Znacie tą historię? Zapewne znacie. Zatem posłuchajcie.

Doisneau- znany czeski fotograf. Co prawda urodzony i mieszkający we Francji, z matki i ojca Francuzów i z Czechami nie miał nic wspólnego. Ale to co tworzył niezmiennie mi Bohemią zaciąga. Nie bohemą. Było to czeskie z ducha i klimatu. Pan Robert traktował świat i ludzi z ciepłą ironią, lubił podejrzeć pewne ich niewinne słabości, troszeczkę ich Leiką jak bacikiem po pupce siupnąć. Ale tak delikatnie, żeby dalej było miło. 
foto: Robert Doisneau
Był nieśmiały, niezbyt przebojowy, swą pierwszą pracę fotografa w fabryce Renault stracił przez notoryczne spóźnianie się. Na szczęście zdążył tam zrobić parę prac w latach 1934- 1939. Analizując te fotografie, można znaleźć rodzące się wątki i idee, za jakimi podążał w późniejszej twórczości. Wśród zdjęć z Renault znalazłem też takie, które koncepcją wyprzedza o kilka lat gołą pupkę:
foto: Robert Doisneau, Renault Vivasport w witrynie na Champs Elysees
Doisneau pracował dla Renault w "złotym okresie" przedwojnia, kiedy firma była jeszcze przedsiębiorstwem prywatnym Luisa Renaulta, producentem lususowych limuzyn i kabrioletów, a do tego produkowała w historycznych, nieistniejących dziś zakładach na wyspie Seguin (Ille de Seguin) w zakolu Sekwany na przedmieściach Paryża. Fabryka na wyspie, dokupionej przez Renault'a w 1919 roku do pobliskich zakładów, była samodzielnym miasteczkiem, z własną elektrownią, torem próbnym i innymi udogodnieniami, zatrudniała w najlepszym okresie 30 tysięcy ludzi i była największym zakładem przemysłowym we Francji. 
foto: Robert Doisneau, wyspa Seguin
  W 1992 roku fabryka na wyspie została zamknięta, w latch 2004-2005 zrównana z ziemią, a od 2010 stararchitekt Jean Nouvel projektuje tam biurowce, wśród wiszących ogrodów, oraz wśród licznych protestów mieszkańców Boulogne-Billancourt i ekologów, którzy żądają zmniejszenia wysokości zabudowy (pierwotnie miało być 120 metrów). Ma być gotowe na 2017 rok.
Wróćmy do studia i do przedwojnia.
Doisneau zrobił też kilka fantastycznych, z ducha nowoczesnych zdjęć reklamowych samochodów Renault. Nowoczesnych w stosunku do czasu w jakim zostały zrobione- pięknych kompozycyjnie, w ciekawym otoczeniu, niektóre nieco reporterskie z natury.
foto: Robert Doisneau, Renault Nevasport

foto: Robert Doisneau, Renault Nevasport

foto: Robert Doisneau, Renault Vivaquatre
foto: Robert Doisneau, Renault Vivasport, po lewej- w salonie na Champs Elysee, po prawej w Lasku Bulońskim
 Styl reporterski został całkowicie porzucony w aktualnych folderach, zwłaszcza średniej klasy aut. Dzisiaj(ponarzekajmy trochę) czasem zęby bolą od oglądania niektórych współczesnych folderów samochodowych- fotograficzne spojrzenie odeszło w przeszłość, dobre kompozycyjnie zdjęcia odeszły w przeszłość. Przyszły za to cukierkowe fotomontaże. Na pewno nie wszędzie, ale w większości.

Jak kto ma ochotę zobaczyć jakie świetne prospekty kiedyś się robiło, to polecam cofnięcie się do lat 70-tych  na Autoarchiwum o na przykład tutaj:
i wyszukanie w tym artykule genialnego wręcz folderu Trumpha Stag (fotoreportaż z wycieczki GB-, Paryż, w którym auto jest motywem głównym), usiłowałem się dowiedzieć kto był autorem tych zdjęć, ale się na razie nie udało.
Innym przykładem są te foldery brytyjskiego Chrysler Rootes Group- zwiedzanie hrabstw wielkobrytyjskich- gratis:

Znowu wróćmy jednak do studia i do Roberta Doisneau w czasie pracy dla Usines Renault.
Robił zdjęcia korporacyjne, fotografował prace przy liniach montażowych i wielkie prasy w halach Ille de Seguin. Najbardziej pociągała go jednak ulica, czy też fabryczna uliczka i tak zwane "samo życie", co zostało mu na zawsze. Z zamiłowaniem fotografował robotników podczas przerw na papierosa i podchwytywał pewne znudzenie w czasie wykonywania przydzielonych im zadań służbowych, czym być może (spekuluję) zapracował sobie także na zwolnienie.
foto: Robert Doisneau, transport opon do fabryki Renault
foto: Robert Doisneau
foto: Robert Doisneau, Przerwa (fabryka Renault)
 
To wszystko- robotnicze życie, proste przyjemności, rozmowy po bistrach i barach Paryża, zabawy dzieci na ulicach miasta, przechodnie- stało się znakiem firmowym Doisneau na zawsze. Miał w tym bardzo wiele wspólnego z fotografami agencji Magnum, ale mimo namów swojego kolegi Cartier- Bressona nigdy się nie zdecydował na zmianę swojej agencji Rapho, której pozostał wierny do końca życia zawodowego.
foto: Robert Doisneau, Bolidy
foto: Robert Doisneau

foto: Robert Doisneau

foto: Robert Doisneau

foto: Robert Doisneau

foto: Robert Doisneau
foto: Robert Doisneau
foto: Robert Doisneau
foto: Robert Doisneau
foto: Robert Doisneau
foto: Robert Doisneau

W 1948 roku Doisneau podpisał kontrakt z "Vogue'm" na sesje modowe. Sporą część z nich zrealizował na ulicach miasta, z tłumem za plecami modelek, oraz w anturażach z samochodami, zatem w środowisku dla siebie naturalnym.

W 1950 agencja Rapho otrzymała zlecenie od prestiżowego "Life'u" na zdjęcia z Europy, na których miały być przedstawione całujące się pary. Doisneau zrealizował tę serię fotografii i przy okazji strzelił najbardziej znane swoje zdjęcie:
foto: Robert Doisneau, Pocałunek przed Ratuszem
Zdjęcie to było opublikowane w Life i kiku francuskich magazynach, a przypomniane po kilkudziesięciu latach w 1986 roku sprzedało się jako romantyczny plakat i pocztówka w jakiejś gigantycznej ilości egzemplarzy. Co prawda w kategorii "pocałunek na ulicy" zostało pobite wcześniej przez Alfreda Eisenstaedta pocałunkiem na ulicy Nowego Jorku z okazji zwycięstwa w II wojnie. No ale to zrozumiałe- dzień victorii, dień pabiedy, wszyscy się cieszą, feta, euforia i sława.
Zdjęcie Doisneau było bez okazji, bardziej romantyczne, intymna chwila czułości pary samotnej wśród tłumu. Ale też stało się, dzięki scenerii Hotel'u de Ville małą ikoną Paryża. Podobało się.
W latach 80-tych zgłosiła się do fotografa para Jean i Denise Lavergne , która stwierdziła że jest tą właśnie, uchwyconą przez niego na ulicznym zdjęciu trzydzieści lat temu. Kontakt był miły, para zjadła obiad z fotografem, który nie dementował ich twierdzeń. "Nie chciałem psuć im marzeń"- powiedział później. Niestety stosunki popsuły się, kiedy po jakimś czasie państwo Lavergne zażądali przed sądem 18 tysięcy dolarów odszkodowania, za bezprawne wykorzystanie wizerunku. To zmusiło Doisneau do przedstawienia dowodów, że zdjęcie nie było podchwycone przypadkiem, tylko wyreżyserowane- pozowali do niego przypadkowo napotkani studenci aktorstwa Françoise Delbart i Jacques Carteaud, których fotograf spotkał całujących na ulicy Paryża. Poprosił ich o powtórzenie pocałunku na potrzebę zdjęcia, a oni chętnie zgodzili się. Zrobił trzy kadry na różnych tłach ulicznych, ostatnie przed paryskim ratuszem. "Nie odważyłbym się zrobić im podchwyconego zdjęcia, pary całujące się na ulicy są na specjalnych prawach"- powiedział Doisneau. Jako zapłatę fotograf sprezentował swym czułym modelom dużą odbitkę, sygnowaną podpisem i stemplem agencji Rapho.
"Zdjęcie było pozowane, ale pocałunek nie- wspominała Françoise Bonet- Delbart- Pan Doisneau był czarujący, bardzo wyciszony, i spokojny"
Cóż z tego, że wspominała, skoro w 1993 roku wytoczyła następną sprawę naszemu fotografowi- tym razem o zapłatę za pozowanie i udział w zyskach ze sprzedaży bardzo popularnego wówczas zdjęcia.
Sąd odrzucił jej pozew- po pierwsze na zdjęciu nie można rozpoznać twarzy kobiety, po drugie- za pozowanie już zapłacono- właśnie wspomnianą odbitką.
I było to słuszne, jak się okazało. W 2005 roku, pani Bornet- Delbart sprzedała swoją odbitkę z sygnaturą autora za 155 tysięcy euro szwajcarskiemu kolekcjonerowi.
Sprawa sądowa zwróciła uwagę odbiorców na kwestię autentyczności zdjęć Doisneau. Fotograf przyznał, że wiele z nich było pozowanych, aczkolwiek na podstawie historii z pocałunkiem spod ratusza widać, że ciężko zarzucać mu jakąś ewidentną sztuczność fotografowanej sytuacji. Sądząc po jego innych portretowych zdjęciach mógłbym go nazwać inspiratorem dla pozujących, który wyzwala w nich pewne aktorskie nutki, zgodne z jego intencjami- ciężko to określić jako sfotografowaną nieprawdę.
Gdzie leży granica? Nie ma jej najprawdopodobniej. Czy gdy fotografowani znajomi zastygają z uśmiechami przytuleni do siebie i spoglądający w obiektyw, są mniej autentyczni niż uchwyceni z krzaków po drugiej stronie parku? (Jak mówią nam pewne filmy- lepiej nie fotografować zakochanych z krzaków w parkach. A może mi się tak tylko zdaje?).
Chris Niedenthal opowiadał że zrobił tylko jedno fotoreportażowe zdjęcie inscenizowane- potrzebne było zdjęcie z wyborów w Polsce, zamówione w ostatniej chwili- Niedenthal miał pomysł na zdjęcie plakatowania obok siebie dwóch konkurencyjnych kandydatów (nie pamiętam czy był to Wałęsa i Kwaśniewski, czy też były to wcześniejsze wybory), spóźnił się, ekipy plakatujące już zwijały się do domu, ale zdołał wytłumaczyć swoją sytuację i namówić robotników do ponowienia wejścia na drabinę.
Czy zatem kłamał? Chyba nie.
Autentyczność w fotografii oczywiście istnieje, ale nie jest stuprocentową miarą dobrego zdjęcia. Największą miarą są chyba intencje fotografa.
Dość niewinne z ducha ustawki przed obiektywem wiążą się jednak z manipulacjami jakimi możemy poddać każdą fotografię, przed czy po jej zrobieniu. Od rzemyczka do koziczka, jak mówi przysłowie pszczół. Od pocałunku przed ratuszem do inwazji na Irak.
Wiarygodność fotografii może się dziś mieć coraz gorzej. (Ale nie musi). Photoshop daje możliwość stworzenia rzeczywistości zgodnej z życzeniem fotografa, jednak mało związanej z prawdą o świecie. Co jakiś czas pojawiają się różne kontrowersje na temat nagradzanych, czy publikowanych zdjęć, tutaj na przykład o nagrodzie World Press Photo:
Zdjęcie z artykułu okazało się być obrobione jedynie, a nie zafałszowane, ale zdarzają się znacznie grubsze sprawy, manipulujące opinią publiczną, wręcz propagandowe. Zapamiętałem taką z Los Angeles Times, gdzie niejaki Brian Walski w 2003 roku wystawił laurkę US Army działającej w Iraku, kosztowało go to posadę:
foto: Brian Walski, Los Angeles Times
U góry dwa kadry z których fotograf zmontował ten na dole.

O tych i o innych manipulacjach montażowych na przestrzeni kawałka historii można poczytać w bardzo ciekawej pracy licencjackiej fotoreportera Roberta Kwiatka:

Nawet zatem nasz miły Doisneau nie powstrzymywał się przed drobną, niewinną zbrodnią, jaką może popełnić każdy fotograf, ale czy ją popełni- musi rozważyć sam w swoim sumieniu.
Miałem zakonczyć artykuł o autentyczności w fotografii pewnym pocieszeniem, że wiarygodność znajdziemy najłatwiej w zdjęciach dzikiej przyrody, boż przecież nie powiemy lwu na sawannie: "ustaw się"- zje on nas niechybnie, oburzony taką manipulacją. 
Wildlife Photography of the Year 2009, foto: José Luis Rodriguez
Już miałem tak pocieszająco zakończyć, dając jakieś ładne zdjęcie z konkursu Wildlife Photography of the Year, ale wczytując się w pracę Roberta Kwiatka okazało się że zwierzęta też kłamią. Tfu, wróć, okazało się że fotografowie zwierząt też kłamią jak najęci- zdjęcie zwycięskie Wildlife Photography of The Year 2009 jest fałszywką. Wilk był oswojony.
Wszystko to iluzja. Jak w "Powiększeniu".

Fabrykant

Źródła:
Robert Doisneau photography- Taschen

Strona z fotografią Roberta Doisneau:
http://www.robert-doisneau.com/fr/portfolios/



Fajny wywiad z panem specjalistą od wykrywania manipulacji w fotografii:

















7 komentarzy:

  1. Znajduję ten wpis bardzo ciekawym.

    BTW Jest na tubie super firm o zakładach Renaulta i jego wielkiej rywalizacji z Andrzejem Cytryną. Polecam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję Szanownemu Znanemu Blogerowi. Cieszę się że dogodziłem. Film widziałem, owszem, bodaj na Discovery- fajny, syntetyczny w sensie historycznej syntezy i ładnie udramatyzowany.

    OdpowiedzUsuń
  3. Z innej beczki - ciekaw jestem co Szanowny Kolega sądzi o nowych bezlusterkowych quasi-lustrzankach - OM-D M-5, Fujifilm X-t10. Wyglądają niezwykle apetycznie, obiektywy ciekawe, ale jak to wychodzi w praktyce? Autofokus, EVF, zdanża to?

    OdpowiedzUsuń
  4. Małą miałem styczność z bezlusterkowcami, zatem nie wypowiem się (muszę się rozejrzeć w temacie). A najlepiej wydębić od kogoś na parę dni, test drajw znaczy. Jako wielbiciela nic nie wartych staroci odstraszają mnie tylko ceny. Obejrzałem sobie dziś nowe obiektywy w sklepie. No fajne. Nie przeczę, Taki Tamron 15-30/2,8 na przykład. Tylko dlaczego po cztery tysiące? Jestem przyzwyczajony do dwudziestopięcioletnich obiektywów po trzysta złotych. Do bezlusterkowców nie będzie niestety ani jednego obiektywu w tej cenie. Trzeba będzie poczekać na to dwadzieścia pięć lat.

    OdpowiedzUsuń
  5. c.d. mego treningu memoryzacyjnego wymuszonego przez Cukrową Górę i jej niechęcią do mych wypocin.Uf! Trzecie podejście do mego komentarza. Robię "save" za każdym napisanym zdaniem. Na wypadek gdyby Zuckerberg był innego zdania. Najpierw na temat: "Doisneau- znany czeski fotograf" dlaczego czeski? Czy może udawał Greka?
    Fotografia dokumentalna w świetle doświadczeń tego Roberta jest ryzykownym przedsięwzięciem. Chyba , że robi się serię zdjęć "okolicznych" aby w razie procesu o forsę można było udowodnić, że było trochę inaczej niż twierdzi "podpatrzony" osobnik. Albo chyba , że fotograf nosi przy sobie plik prawnie zobowiązujących formularzy "Model Release" który podpatrzony osobnik podpisze a fotograf wręczy mu za to 1 dolara jako honorarium za pozowanie.Mam plik takich formularzyków, mało używany i mam jeszcze, jako obywatel amerykański, 1 dolara. Mogę przystępnie udostępnić Fabrykantowi, gdyby odważył się rozpocząć ryzykowną działalność "reporterskiej" fotografii. Ostatnio byłem świadkiem takiej sceny nad rzeką. Mój przyjaciel , fotograf zaryzykował. Reportersko sfotografował rzekę alpejską w pobliżu której bawiłem z dwoma damami.Przyjaciel fotografował.Używając Sigmy 400 mm/f.5.6 albo jeszcze dłuższego objektywu. Po zabawie skierowałem się ku przyjacielowi, którego obległo dwóch typów, w rodzaju Terminatora. Okazało się, że po drugiej stronie rzeki ci terminatorzy bawili z damami i psami. Uznali są, że przy tym procederze sfotografowani przez przyjaciela, który miał, wzbudzającą zaniepokojenie , długą rurę.. Zupełnie nie po przyjacielsku terminatorzy zażądali od przyjaciela terminacji fotografii reporterskiej. Psy (a może suki) czatowały w gotowości. Zmusili fotografa reporterskiego do deletacji cyfrowo zarejestrowanych fotografii reporterskich. Jako terminatorzy nie mieli kwalifikacji fotografa reporterskiego. Bo nowoczesny fotograf reporterski nastawia w "set- up" aparatu sposób cyfrowego rejestrowania zdjęć i zapisuje jednocześnie dwa pliki obrazkowe - jeden do użytku ignorantów , w formacie .jpg i drugi raz w profesjonalnym formacie "raw" lub TIF. Skasowanie ignoranckiego obrazka .jpg robi się dla picu aby uniknąć procesów sądowych o naruszanie godności osobistej, niezbytych praw ludzkich , praw własności do własnej podobizny itp. Obrazek w formacie "raw" pozostaje aby móc opublikować go na profesjonalnym fotoblogu.(recommanded FOTODINOZA). To znaczy sztuka! Bo wszak fotografia sztuką jest i basta. Jest sztuką ale tylko wtedy kiedy uprawia ją sztukmistrz. Prestidigitator. Presto. Do Photoshopu.
    Sztukę, jak malarstwo, może znudzić wierne, reporterskie fotografowanie rzeczywistości. Malarstwo odeszło od tego w XX wieku. Czas na fotografię. Charakteryzacja, Transformacja, Manipulacja - to są nasze wyzwania. (challenges).Czemu podołałem. Pokazać?

    OdpowiedzUsuń
  6. Oczywiście. Pokażcie Szwejku co tam macie (cytat, o ile się Wuj nie obrazi).

    OdpowiedzUsuń
  7. zasadniczo sę nie obrażam bo mam " wiższyje obrazowanije"

    OdpowiedzUsuń

Drogi czytelniku! Pragnę ostrzec, że wredny portal blogowy na jakim piszę bardzo lubi zjadać bez ostrzeżenia wpisy czytelników podczas ich zamieszczania. BARDZO PROSZĘ PO NAPISANIU KOMENTARZA SKOPIOWAĆ GO i w razie czego wstawić ponownie, na pohybel Google Blogger. Fabrykant.