piątek, 18 listopada 2016

Projekt okrążenia. Vol 11a. Stacja Łódź Arturówek- część zachodnia. Królestwo Heinzla

Sigma 24/2,8 Macro + Canon 5D @ f/10, filtr pomarańczowy, -0,67EV



Wysiadając na stacji Arturówek z początku człowiek może nie wiedzieć gdzie się znajduje.

Ale może się dowiedzieć.

Każde miejsce na ziemi składa się z warstw, jak w Photoshopie. Staje sobie człowiek w jakimś pustkowiu i nagle okazuje się że stoi akurat w pradolinie Warszawsko- Berlińskiej, albo w zlewni wód Bałtyku, albo na terenach dawnego zaboru rosyjskiego, albo na obszarze wpływów lądolodu, albo w dawnej Generalnej Guberni . Albo w czymkolwiek innym.

Wysiadając w Arturówku także nie mamy świadomości, że wysiedliśmy w samym środku królestwa. Najpierw królestwa Zawiszów, a potem królestwa fabrykanta Heinzla. Niewiele na to wskazuje. Przed nami las, a za plecami ktoś myje zabytkowego Mercedesa na samoobsługowej myjni samochodowej. Co? Że jak wysiedliście to nie myje? No już trudno.

Czy coś tu w ogóle jest?


Owszem, ale przyda się rower, lub czas na długi spacer, żeby dotrzeć choćby do miejsca od którego nazwę wzięła stacja. Za to będzie całkiem przyjemnie, leśno, parkowo i wypoczynkowo (z małymi wyjątkami na historię II Wojny Światowej).

Raduje się serce
Raduje się dusza
Gdy nasza drużyna
Na wypoczyn rusza (cytat).

To najbardziej relaksacyjna stacja w obrębie ŁKA- płuca miasta, prawdopodobnie największy miejski obszar leśny w Europie- 1205 hektarów- Las Łagiewnicki.


Na niektórych zwiedzanych stacjach w naszym Projekcie Okrążenia trzeba mocno wysilić wyobraźnię, żeby móc zwizualizować sobie jak tam kiedyś było. W Lesie Łagiewnickim, który zaczyna się właśnie przed stacją nic nie trzeba sobie wizualizować- tu jest w kilku miejscach mniej więcej tak, jak było i 1000 lat temu- to pozostałość puszczy jaka porastała tereny łódzkie, zanim sprowadzili się tu rzemieślnicy i tkacze.

Nawet rzeczki i mokradła są pewnie całkiem podobne i przypominają czasy, gdy warto było tu zamieszkać, z powodu licznych rzek i obfitego dostępu do wody.
Rzeczka Sokołówka, przed Parkiem Julianowskim. Sigma 90/2,8 Macro @ f/2,8 -0,67EV

Tylko dziki nie są już tak dzikie- oswoiły się i latają po okolicznych śmietnikach, wybierając co bardziej wypasione śmieci. Bo wokół raczej bardziej wypasione dzielnice willowe.

Najpierw puszcza. Potem osadnicy, pola uprawne i łąki. Potem folwarki. Wszystko jak w piosence:
Then came the churches, then came the schools
Then came the lawyers, then came the rules
Then came the trains and the trucks with their loads
And the dirty old track was the telegraph road.


Właścicielem terenów w których centrum wysiedliśmy, byli w XVIII wieku Zawiszowie. Trzeba powiedzieć, że nie byle jaki majątek to był. Tak z grubsza obejmował prawą górną ćwiartkę późniejszego miasta Łodzi. Zawiszom, a zwłaszcza Augustowi Zawiszy zawdzięczamy miejsca i ich nazwy- wieś Łagiewniki Nowe, folwarki Marysin (nazwany na cześć mamy- Marii Zawiszy z Karnkowskich), oraz Arturówek.

Nazwa tego ostatniego miejsca zatarła się już w historii, a jest hołdem dla brata- Artura Zawiszy, powstańca listopadowego, walczącego do ostatnich chwil z rosyjskim zaborcą, uczestnikiem kilku bitew, konspiratorem organizującym opór, który niestety został schwytany przez Rosjan i stracony w publicznej egzekucji w Warszawie. Dwudziestoczteroletni Artur Zawisza po odczytaniu wyroku zakrzyknął do zgromadzonego tłumu: „Gdybym mógł sto lat żyć, wszystkie ofiarowałbym mojej Ojczyźnie!”. Słowa te stały się na kilkanaście lat symbolem oporu i bohaterskiej postawy patriotycznej.

Brat straconego- August, na cześć powstańca nazwał swój folwark Arturowem.

Po powstaniu styczniowym, w którym August Zawisza wziął udział, władze carskie nałożyły na majątek potężne kontrybucje, zmuszając rodzinę Zawiszów do zaciągnięcia kredytów i wyciśnięcia ze swoich lasów większego dochodu. Niestety nic z tego nie wyszło i Towarzystwo Kredytowe Ziemskie wystawiło majątek łagiewnicki na licytację.

W 1885 roku nabył Łagiewniki, a niedługo później Marysin oraz Arturówek, łódzki potentat bawełniany- Juliusz Heinzel (o którym wzmianki napisało się/ pisze się przy okazji Stacji Łódź Stoki i Łódź Dąbrowa).

Juliusz Heinzel, urodzony w Łodzi w niemieckiej rodzinie, późniejszy baron von Hohenfels, a początkowo zwyczajny majster fabryczny był człowiekiem bardzo ambitnym, sądząc po jego czynach i zachowanych wspomnieniach. Praktykował po szkole średniej w tkalniach Karola Scheiblera, jednego z twórców włókienniczej potęgi Łodzi.

Potem otworzył w 1864 roku własną przędzalnię wełny na Piotrkowskiej 104. Stoi do dziś, ale nie wygląda na fabrykę. Jeśli nie jesteście łodzianami, to jak wyguglacie sobie ten adres – możecie się zdziwić- to dzisiejszy Urząd Miasta Łodzi. Z frontu to pałac- kamienica- niegdyś rezydencja fabrykanta. Ale kiedyś w budynkach na tyle pracowały liczne maszyny Heinzla.

Z wełną związał swoje główne interesy, wkrótce został określony „królem wełny”, bo jego fabryka była największą w Królestwie Polskim. Niemniej dywersyfikował swój biznes i wkrótce założył z Juliuszem Kunitzerem olbrzymie zakłady Widzewskiej Manufaktury (o której było/ będzie we wpisie o Stokach i Dąbrowie), de facto nową dzielnicę miasta. W spółce Kunitzer zajmował się produkcją, a Heinzel handlem wyrobami.

Jako potentat przemysłowy wykupił olbrzymie tereny podłódzkie od Zawiszów. Na tym kilkusethektarowym terenie zbudował swój Luwr, a może i Schönbrunn, który wydawał się być ewidentnie jego oczkiem w głowie. Jemu zawdzięczamy jedne z najładniejszych obszarów zielonych w Łodzi. Przede wszystkim Park Julianowski, w którym na zielonej połaci nad stawami stanął wielki biały pałac. Dziś już nieistniejący. Ale to było coś!

Kilka kilometrów dalej, w Łagiewnikach, których nie obejmie ten wpis, bo musielibyśmy pisać go do emerytury, Juliusz Heinzel wystawił swój Wersal nad kolejnymi jeziorkami. Równie okazały i ze stadniną koni (i gorzelnią)- ten istnieje i można go oglądać zza płotu. Od wielu lat jego dzisiejszy właściciel- Miasto Łódź usiłuje sprzedać ten obiekt za marne miliony peelenów, ale nabywca się nie znajduje. Za to w stadninie koni może sobie dzisiaj pojeździć każdy kto chce- nie tylko potentat przemysłowy.

Heinzel musiał być gościem przywiązanym co nieco do blichtru i wystawności. W 1891 roku nabył w Hohenfels w księstwie Sachsen- Coburg- Gotha zamek i posiadłość, z którą był związany tytuł barona. Został jedynym w mieście fabrykantem ze szlacheckim papierem. Władze carskie oskarżyły go o bezprawne używanie tytułu, ale przegrały rozprawę przed sądem.

Majątek fabrykanta był potężny- pięć tysięcy hektarów lasów, kilka folwarków. Od dzisiejszego Julianowa aż do Dobieszkowa- w linii prostej to 15 kilometrów! Przekształcił on okolice rzeki Sokołówki, w jakiej właśnie wylądowaliśmy, w prawdziwy pałacowy park, ze stawami, sztucznymi wyspami, przestrzeniami trawników i charakterystycznymi alejami o podwójnych rzędach. Heinzel zainwestował w swoją siedzibę wprost niewiarygodną kasę. Prawdopodobnie najwięcej z łódzkich fabrykantów. Do parku zostały sprowadzone drzewa w ilości kilkuset sztuk i kilkudziesięciu gatunków, z firmy ogrodniczej Späth z Berlina. Zatem szło na bogato i po całości. Pałac projektował Otto Gehlig, szacowny łódzki architekt.

Park ten jednak, pomimo licznych zmian zachował ów przyjemny, bardzo różnorodny charakter. Południowa część jest bardziej odsłonięta, północna, do której niedługo dotrzemy- bardziej leśna, z pięknymi okazami starodrzewia.



Zanim dojdziemy do Parku Julianowskiego od stacji Arturówek, możemy sobie nieświadomie minąć dwie wille- nie wille, niby podobne do otoczenia, ale jakieś trochę inne. Stoją pod wysokim masztem GSM-u, dzięki któremu działa nasza, testowana niegdyś Nokia 3260i- LINK . Jedna willa- nie willa jest do sprzedania- ogłasza to plakat Urzędu Miasta na ogrodzeniu. Sprzedaje się i sprzedaje dobrych już parę lat.


Wille są reliktem. To miejsce zagłuszarek radiowych z lat 50-tych. Kiedyś się nie wzmacniało sygnału. Tylko zupełnie odwrotnie.

Tu Rozgłośnia Polska Radia Wolna Europa, Bum bum bum tu mówi Londyn. London WC Dwa (cytat)

Trzeba było chronić społeczeństwo przed zgubnym wpływem zachodniej propagandy. Wszystko na nic. I tak się słuchało z uchem przy głośniku.

Szzzzzzzzzzccchhhhhhhhhsszzzzzzzzzszzzzzssszzzzzzzzzzz.
Kevin wychodząc położył pyłek w rogu szuflady.
Gdyby ktokolwiek robił rewizję w jego mieszkaniu- pyłku w rogu- nie będzie.
(Cytowane bezpośrednio z otchłani pamięci. I który to rok, koteczku?)

Co by tu nie mówić- za komuny byłem jednak młodszy.

Przepraszam, nie powstrzymam się przed zauważaniem w tym wpisie znacznie bardziej banalnych detali niż we wszystkich innych częściach przewodnika. Osobisty stosunek autora do opisywanych atrakcji przeważył nad pełnym półprofesjonalizmem dokumentalisty, którym i tak nigdy nie byłem.

Wchodzimy zatem w Julianowski, który wygląda z każdym rokiem lepiej. Co cieszy. Chociaż urok miał od zawsze, od czasu gdy zagospodarował go fabrykant Heinzel.


Od strony Stacji Arturówek wchodzimy w gąszcz młodszego lasu w którym niedawno zbudowano całkiem fajną altanę na polanie, ale ciekawy relikt wskażą nam zarośnięte schody które sprowadzą nas z tejże polany na przedziwną alejkę- rodzaj ronda w środku lasu. Nie jest spektakularne w najmniejszym stopniu, ale ma ciekawe pochodzenie- to betonowy tor do puszczania modeli samolotów na uwięzi z lat 50-tych. Jeszcze mój szanowny Tata widział za młodu jak latały tu samolociki, a pilot stał w środku okręgu i sterował nim na lince. Oczywiście nie było tu wtedy ani jednego drzewa.
Sigma 90/2,8 Macro @ f/2,8, filtr czerwony, -1EV

Teraz można przemieścić się w stronę jednego z licznych folwarków Heinzla, którego resztki ostały się w najstarszym fragmencie parku. XIX wieczny folwark jest dzisiaj placem zabaw w uroczym otoczeniu wiekowych sosen. Zachował się budynek mieszkalny, stojący pod adresem od czapy.


Jest tutaj podobno Zgierska 139a. To najlepszy adres w Łodzi. Nie wierzycie? Ulica Zgierska przebiega prawie kilometr dalej i posesja numer 139a nie ma od niej najmniejszego dostępu- jest oddzielona cmentarzem, parkiem i licznymi ogrodzonymi działkami.


Adres ten jest dziś niestety niezamieszkany. Czego tu nie było! Kiedyś podobno wypożyczalnia rowerów nawet. Ja sam pamiętam krótko działającą salę z automatami, po której został adekwatny do lat 80-tych, nobilitujący napis na szczycie elewacji.

A moi Rodzice pamiętali potańcówki jakie organizowano w zadaszonej, istniejącej do dziś tancbudzie. Zaszyty w gęstym lesie budynek nigdy nie miał zbyt wiele szczęścia do biznesu- latem jest tu spory ruch w niezwykle przyjemnym ogródku jordanowskim w sosnowym lasku, oraz w siłowni na wolnym powietrzu, jaka powstała dzięki budżetowi obywatelskiemu. Późną jesienią i zimą jednak ruch zamiera. Właściciele psów na spacerach nie stanowią wystarczającego targetu, żeby utrzymała się tu jakakolwiek kawiarenka.


Smutek i nostalgia.
I sosny.

Znajdziemy tu za to stupięćdziesięcioletnią studnię, do niedawna czynną.


Sigma 90/2,8 Macro @ f/2,8, filtr zielony

Sigma 90/2,8 Macro @ f/2,8, filtr czerwony, -1 EV

Sigma 90/2,8 Macro @ f/2,8, filtr żółty, -0,67 EV

Własne źródło wody, adres nie do znalezienia, piękny las dookoła- czego chcieć więcej- żadne zabory, ani wojna ewentualnym mieszkańcom Zgierskiej 139a niestraszne. I to w środku miasta. Co najwyżej psie kupki.

Gdzie pan mieszka? A w parku miejskim.

Sigma 24/2,8 Macro @ f/4, filtr żółty, +0,67EV


Sigma 24/2,8 Macro @ f/4,5, filtr żółty, -1EV

Nie jest to jedyny folwark, jaki można obejrzeć w okolicy. O kolejnym jeszcze będzie w następnej części.

Tymczasem z ogródka jordanowskiego w lesie zjeżdżamy wraz ze spadkiem terenu w stronę stawów i angielskiego parku pejzażowego, jaki został po milionerze Heinzlu. Może poprowadzić nas tam artefakt w postaci brukowanej alejki. Mam do niej sentyment- zrobiłem tam swoje najładniejsze zdjęcie ślubne. I to aparatem analogowym. W czasach już cyfrowych. Oldskul jak się patrzy. A jak się nie patrzy- też oldskul.


Jedyne zdjęcie w Projekcie Okrążenia nie zrobione obiektywem Sigma 24 lub 90, tylko z 10 lat temu obiektywem Tamron 20-40/2,8.

Park Julianowski jest bardzo ładny. Nie jestem obiektywny. Ale on jest bardzo ładny. Po wojnie został nieco przebudowany, zmieniono kształt stawów, no i zniknął bezpowrotnie pałac. Był wypasiony, stał na wielkim trawniku nad stawami ze schodami schodzącymi kaskadowo w stronę wody. Na osi pałacu na stawie była wysepka z altaną.

Polana na której stał pałac Heinzlów.





Sigma 90/2,8 Macro @ f/4,5, -1EV





Wypływasz łódeczką,
zanurzasz się w trzcinie,
co brzegi znienacka porasta...
dwa metry po tobą w
bagiennej gęstwinie,
sadyzmy! bandytyzm!
bestialstwa!

Tam szczupak żarłoczny
poluje na lina
i okoń się czai na
żabę.
Węgorz na płotkę
parol zagina,
sandacz się wpija w
doradę.
Tam rak, wodny
żulik, dopadłszy robaka
zamęcza go w
sposób haniebny,
leszcz goni pędraka,
sum gnębi ślimaka,
liczą się tylko zęby!

A w górze słoneczko i miły
zefirek
i zielsko rozrasta się sielsko.
Na zielsku nenufar, a nad nim
motylek
z tą swoją słodyczą anielską.
(cytat)

W Julianowskim rosną wspaniałe okazy przyrody- prosto z Berlina, rocznik 1890, a może i wcześniejszy- z prałódzkiej prapuszczy. Pod jednym z dębów na przykład gromadzili się do boju uczestnicy powstania styczniowego.

Pałac Heinzlów miał bardzo burzliwą historię. Jak wiemy w majątek rodzina wpakowała największą w Łodzi kasę. Podobno na park i pałac poszło 600 tysięcy rubli. Utrzymanie tego wszystkiego musiało nieźle kosztować, choć lasy i folwarki przynosiły także dochody, a przede wszystkim przynosiły dochody liczne fabryki barona Juliusza Heinzla.

Znane są opowieści o tym, jak to baron z lubością przechadzał się z dubeltówką po swoich lasach i strzelał do każdego nieszczęsnego przechodnia, jaki niebacznie do nich wszedł, obsobaczając nieprzystojnymi słowy. Ale może to tylko legenda miejska. A może i wiejska. Wystarczyła jedna taka historia, a stała się podaniem ludowym.

Od mojego Dziadka, który nie był łodzianinem, tylko drogistą (nie drogi budował, tylko miał drogerię) z Ozorkowa, a w Łodzi bywał od czasu do czasu, mam przekaz, że baron Heinzel w którąś niedzielę miesiąca otwierał swój park dla ludu i każdy mógł tam oglądać wszystkie wspaniałości angielskiego pejzażu.

Nie mam gdzie zweryfikować tej opowieści, ale np. w Bawarii, u słynnego Wója Lecha, takie tradycje jednoczenia się z ludem posiadaczy ziemskich widziałem na własne oczy, więc być może nuworysz baron Heinzel na tychże tradycjach się wzorował i snobował. (Juliusz Heinzel był między innymi prezesem Łódzkiego Chrześcijańskiego Towarzystwa Dobroczynności, które opiekowało się najbiedniejszymi- m.in. budowało przytułki dla sierot i kalek, oraz organizowało noclegownie i wyżywienie dla bezdomnych)

Po śmierci założyciela Julianowa w 1895 roku (został pochowany w pięknej kaplicy- grobowcu na Starym Cmentarzu) jego majątek został policzony w celach spadkowych. Kwota wyszła następująca: 5.858.676 rubli i 61 kopiejek. W 1855 roku przyszły fabrykant dysponował majątkiem... 105 rubli. Nieźle mu poszło, prawdaż?

Pałeczkę biznesową przejął syn- Juliusz Teodor- rzutki przedsiębiorca, dbający o dalszy rozwój fabryk ojca.

Wszystko szło pięknie aż do Pierwszej Wojny Światowej. Po pierwsze wojna dokonała wielkiego uszczerbku na majątku wszystkich fabrykantów- niemieckie władze, które wygoniły z Łodzi Rosjan prowadziły politykę rabunku- maszyny fabryczne i w ogóle jakikolwiek majątek i towar był wywożony do Niemiec. Rosyjski rynek zbytu skończył się jak ucięty nożem, produkcja stanęła, a ludzie poszli na bruk. Po drugie- atak artylerii uszkodził poważnie pałac w Julianowie, co już kiedyś zamieszczaliśmy, przy okazji zdjęć Michała Daszewskiego- LINK.

Dawny kraj macierzysty- Rosja, kupująca do niedawna wszystko co w Łodzi produkowano, nie tylko stała się obcym państwem, to jeszcze za chwilę- Związkiem Radzieckim, zagrażającym wolnej Polsce.

Od zagrożenia ze strony ZSRR chronił nas syn Juliusza Teodora- Juliusz Roman Heinzel, który wstąpił na ochotnika do Polskiego Wojska w 1918 roku, ukończył szkoły Podchorążych Piechoty i Podoficerów Jazdy, został dowódcą szwadronu w 16 Pułku Ułanów i tak dzielnie prał bolszewików, że dosłużył Virtuti Militari za wojnę w 1920 roku.

Sam ojciec, Juliusz Teodor również bardzo udzielał się w powojennym dziele odbudowy ojczyzny, organizując liczne aukcje dobroczynne, przewodniczył w komitecie budowy szpitala przy ul Pańskiej (dziś WAM), oraz organizując w Julianowie kwestę na rzecz dzieci. W pałacu bywali także licznie przedwojenni celebryci i notable, m.in. Eugeniusz Bodo (z pochodzenia łodzianin) i kapitan Franciszek Żwirko.

I tak to się toczy ta historia narodowa. Z Niemców- Polacy. Nie oni jedyni.

Interesy przemysłowe nie szły jednak tak dobrze jak pod zaborami. Fabryki były olbrzymie, a rynek zbytu zmalał kilkukrotnie. Heinzlowie byli zmuszeni reorganizować i wyprzedawać swoje ziemskie dobra- teren pod Cmentarz Żydowski, który odwiedziliśmy na stacji Łódź Marysin- LINK został odkupiony właśnie od Heinzlów. W tym czasie powstały również pomysły na podział Lasu Łagiewnickiego pod działki budowlane i przy okazji na sprzedaż pozyskanego drewna. Za sprawą tego powstało osiedle Arturówek.

Mimo tego fortuna Heinzlów stopniała szybko i zmuszeni byli oni finalnie sprzedać swój majątek w Julianowie i Arturówku miastu Łódź, co stało się w 1937 roku. Park pałacowy stał się wtedy parkiem miejskim, a w pałacu umieszczono zbiory Muzeum Archeologicznego, z zamiarem zorganizowania w nim wkrótce dużego muzeum regionalnego.

Niestety. Nie udało się.

Then there was a hard time
Then ther was a war.

Co chwila jakieś wojny, cholerka.

Po ataku Niemiec na Polskę w 1939 roku i sporym, jak na dysproporcje sił polskim oporze

wojska polskie wycofywały się od strony Poznania i linii Warty. Sztab „Armii Łódź”, którego dowódcą był generał Juliusz Rómmel, ulokował się właśnie w pałacu julianowskim. Stąd dowodzono rozpaczliwą obroną przed Wehrmachtem, który niestety w stronę Łodzi skierował swoje główne uderzenie. 6 września pałac został zbombardowany, jako jeden z nielicznych budynków w mieście. Niektórzy mówią, że przyczyniła się do tego piąta kolumna mieszkających tutaj Niemców. Może i tak.

Jak to się mówiło- w Łodzi przed wojną mieszkała połowa Polaków, połowa Niemców i połowa Żydów.

Budynek i sąsiedztwo zostały trafiony kilkoma bombami lotniczymi, które zostawiły potężne leje w ziemi. Pożar strawił dach i wnętrza.

Mówi się, że ruinę pałacu rozebrano podczas niemieckiej okupacji, ale według większości ustaleń prawdopodobnie usunięto gruzy już po wojnie.
Muszla koncertowa z lat 50-tych
 
Kaczki z lat 2010-tych



Została po pałacu olbrzymia łąka. I aleje parkowe. I głaz z napisem, przypominający o żołnierzach Sztabu Armii Łódź.

Piszą w Wikipedii, że Heinzlowie zostawili po sobie tylko trzy wspomniane pałace- Piotrkowską 104, Julianów i Łagiewniki, ale zostawił też czwarty, o którym piszą na Fotodinozie.

Z łąki na której stał główny pałac w różne strony prowadzą wielkie podwójne aleje. Niektóre z nich nieco wirtualne, bo układ ścieżek się zmienił i dziś nie idzie pomiędzy drzewami żadna dróżka
Dawne aleje biegnące od pałacu.

Na osi alei idącej na zachód stoi ostatni, najostatniejszy relikt rodziny Heinzlów w Parku Julianowskim. Ten relikt nie wygląda zanadto od strony od której się go najczęściej ogląda- czyli od strony ulic i osiedla willowego. Powiem szczerze- oglądam go od parudziesięciu lat, ale dopiero teraz, na potrzeby tego opisu, przedarłem się przez krzaki i przyjrzałem mu się dokładniej. Jest bardzo ładny. To pałacyk gościnny Heinzlów, zwany „myśliwskim”



Sigma 24/2,8 Macro @ f/3,2, filtr zielony, -1 EV




Był jeszcze ładniejszy.

Za czasów dzieciństwa miał na graniastej wieży wysoki blaszany chełm. Ale chełm zniknął w otchłani dziejów i pewnie nie wróci zbyt szybko.

Po zubożeniu Heinzlów, a właściwie ich bankructwie, jak wiemy przeszedł na krótko w 1937-mym w ręce miasta Łodzi.

Then there was a hard time
Then ther was a war.

Po wojnie był to, przynajmniej od czasów gierkowskich, nieformalny budynek ubecji. Bardzo dogodna strażnica- bo po drugiej stronie skweru- ronda na skrzyżowaniu Biegańskiego, Przyrodniczej i Alei Róż wybudowano hotel partyjny, w którym wysocy towarzysze zatrzymywali się podczas pobytu w Łodzi. Mieszkała tu cała wierchuszka, wszystkie Gierki i Kanie, oraz Jaruzel, wożący się słynnymi Peugeotami 604. Czarne Wołgi pojawiały się tu kluczami, wzmacniając miejskie legendy. Pamiętam.

Legenda miejska głosi, że pod skwerkiem pomiędzy hotelem partyjnym, a pałacykiem myśliwskim są zakopane wielkie awaryjne zbiorniki z paliwem dla Komitetu Wojewódzkiego PZPR, na czas ruchawek i wojny.

Ale może to tylko kanalizacja była.

Za demokratycznej Polski hotel partyjny przejął IPN.
(W IPN-ie są czasem ciekawe wystawy- sprawdźcie- LINK).

Pałacyk myśliwski Heinzla, dopiero teraz do tego doszedłem, ogląda się od czasu powojnia od strony tyłów. Dopiero wytężywszy wzrok i znalazłszy dziesięć szczegółów majaczących zza drzew możemy ocenić, że bogaty front budynku znajduje się od strony parku. I do tego, że ma ładne proporcje i symetrię. Projektował go prawdopodobnie także Otto Gehlig. Jest w tym budyneczku coś germańskiego...


Front był rzecz jasna od strony parku, bo przecież w parku Heinzlowie mieli swoją kwaterę główną, a osiedle willowe nie istniało. Jedynym dziś śladem łącznika pomiędzy obydwoma pałacami jest wspomniana aleja lip. Drzewo, które wyrosło na jej środku jest być może jakimś znakiem ironii losu.



Dzieci, nie przywiązujcie się za bardzo do rzeczy materialnych. Wszystko zarośnie kiedyś chwastem.

Koniec części pierwszej. Jeszcze będzie
(Chyba, ze czytelnicy nie życzą)

Fabrykant
zanurzony w zwiedzanie


P.S. Wyjaśnienia:

1. Postanowiłem, że stacje Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej nie będą opisywane po kolei. Po kolei PKP. Ale numeracja okrążenia zostaje zachowana- zaczęliśmy od Marysina i numery lecą zgodnie ze wskazówkami zegara- dookoła Łodzi. Kiedyś się to uporządkuje.

2. Tę stację- Arturówek, po uwagach krytycznych od czytelników, postanowiłem podzielić na części. Teraz jest tak więcy internetowo. Znaczy się krótko.

3. Jak zwykle udział w Projekcie Okrążenia Łodzi wzięły dwa dwudziestopięcioletnie obiektywy Sigma 24/2,8 Super Wide Macro, dawno temu przetestowana- LINK i Sigma 90/2,8 Macro, ostatnio przetestowana- LINK

Poprzednie części dostępne są pod tagiem "Projekt Okrążenia Łodzi": LINK

Źródła i źródełka:







„Spacerownik łódzki 2” Marzena Bomanowska, Ryszard Bonisławski, Joanna Podolska

2 komentarze:

  1. Jestem zachwycona, mogę ciekawostke? W Paryżu tyrałam u pewnej łodzianki z ulicy Andrzeja, która opowiadała o extra libacjach w Pałacu, na których młody Heinzl przygrywał na fortepianie. Opowiadała tez o Esplanadzie i niedzielnych porankach tamże . Z widokiem na Pietrynę. Ha!Wejście do Julianowskiego za opłatą, tak było, opowiadał mój Dziadek, który póżniej w ramach solidarności klasowej brał udział w rozbieraniu muru.Ha!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znaczy się to jednak prawda, z tym zwiedzaniem parku przez lud pracujący, a nie iluzje mojej pamięci. Dziękuję!

      Usuń

Drogi czytelniku! Pragnę ostrzec, że wredny portal blogowy na jakim piszę bardzo lubi zjadać bez ostrzeżenia wpisy czytelników podczas ich zamieszczania. BARDZO PROSZĘ PO NAPISANIU KOMENTARZA SKOPIOWAĆ GO i w razie czego wstawić ponownie, na pohybel Google Blogger. Fabrykant.