piątek, 30 marca 2018

Życzenia


Poezja potrzebna?



- Baco, potrzebne wam drewno?
- Niiiii.
Rano się baca budzi - nie ma drewna.

Padło pytanie - czy poezja jest jeszcze potrzebna. Padło, no to trzeba odpowiedzieć. Ostrzegę, że będzie to odpowiedź laicka, to znaczy odpowiedź kompletnego laika. Za to szczera. A co tam. No i jeszcze będzie to odpowiedź osobista.

Drzewka nie wziąłem, choć rozdawali do tomików poetyckich. Ale drzewek u mnie nadmiar. Wyrżnąć trzeba, a nie sadzić. Samą poezję wziąłem. Tanio, bo po pięć złotych, sprzedawał poezję Łódzki Dom Kultury w Światowym Dniu Poezji, dodając do każdej książki sadzonki drzewek za darmo. Ale ja lubię przesadzać tylko w felietonach.

Pierwsze pytanie pomocnicze. Czy ta poezja jeszcze w ogóle jest? Odpowiedź pomocnicza - chyba nie ma. Nie ma czegoś takiego jak poezja i rozmyślania o poezji w dyskursie głównego nurtu. Mało kto pisze o poezjach, nikt nie podnieca się i na czynniki pierwsze nie rozkłada, nie analizuje i nie syntetyzuje. Poetów też prawie nie ma. A nie, sorry, jest dwóch - Wojciech Wencel i Jarosław Marek Rymkiewicz. O nich się słyszy czasami. Nawet prezydent do kanonu czytelniczego wstawił. I kto jeszcze jest? Nobliści. Nobliści są. Można się nimi chwalić tu i tam, albo tu i tam ganić. Za to poezji tych poetów nie ma. Ludzie są, poezji brak.
Sądząc po tych symptomach poezji nie ma, bo jest potrzebna do czegoś zupełnie innego niż się powszechnie uważa. A przynajmniej nie do tego, do czego sądzą że jest potrzebna poeci.

A czy kiedyś była potrzebna?
O, kiedyś tak. Kiedyś niosła pod strzechy kaganek oświaty, odpowiednie dawała rzeczy słowo i krzepiła serca, umysły rozpalała. Była cytowana i recytowana. Na samizdatach drukowana, przemycana z zagranic, dzieciom powtarzana. Ale dzisiaj? Dzisiaj kredyt we frankach, "Taniec z gwiazdami", pispeo, mundial, Chmurka się przejęzyczyła, jaja nie do wytrzymania - to są tematy dnia.

A jak się głębiej zastanowić to ta kiedysiejsza potrzebność poezji, to jest przy okazji jej przekleństwo. Bo poezję zwyczajowo używa się do takich rzeczy - jak rozbiory są, okupacja, albo jak trzeba pałką po głowie oponenta walić, to poezja nagle nabiera ona znaczenia. Na pierwszej stronie gazet jest z nienawiścią... tfu, przeciw nienawiści drukowana, albo mówi, że to co się podzieliło to już się nie sklei.
To wszystko przez tych dziewiętnastowiecznych pozytywistów. Poezja nie przebija się  dzisiaj jako dziedzina sztuki, tylko jako propaganda. Nie ma wolnej poezji, tylko ta zaprzężona do zaprzęgu i w obroży. Ta trafia. Może nawet w radiu o niej powiedzą.

To znaczy jest, jest oczywiście i ta wolna, tylko kto jeszcze czyta do poduszki wiersze? Ja nie czytam. No dobra, czytam od przedwczoraj, od Światowego Dnia Poezji. Kiedyś czytałem. Może za dobrze nam dzisiaj? Za wygodnie, żeby poezja się przydawała?

Czy istnieje w ogóle poezja dobrobytu?

Czytaj całość na SNG Kultura - LINK

środa, 21 marca 2018

Poza Magnum. Bogdan Dziworski „f/5,6”




Wszystko przez Cartier- Bressona. Niech go cholera! Wszystko przez to, że Bresson miał oprócz fotografii spore doświadczenia z filmem. W 1936 współreżyserował „Życie należy do nas” („La vie est à nous”), film pod egidą Komunistycznej Partii Francji, później „Hiszpania będzie żyć” o wojnie domowej. Gdyby nie to, pewnie dwadzieścia lat później doradziłby Bogdanowi Dziworskiemu żeby zajął się koniecznie fotografią i, jako jedyny Polak, wstąpił do agencji Magnum.
A tak – napisał mu, że film to też jest świetne medium. Bogdan Dziworski został filmowcem dokumentalistą. I nie żałuje.
Ja żałuję.
Nie widziałem na oczy powyższych filmów Cartier- Bressona. Ale za to widziałem wystawę świetnych zdjęć Bogdana Dziworskiego w łódzkim Muzeum Kinematografii.

Dawno się tyle nie nauśmiechałem do siebie. Na wszystkich tych zdjęciach – Człowiek. Przez duże „C”. Pan fotograf ma wspaniały talent do łapania interakcji międzyludzkich jak motyli w siatkę. A przy tym głaszcze ich z czułością, patrzy na ludzi z sentymentem. Bardzo to bresonowskie, bardzo humanistyczne, pięknie złapane w momencie decydującym. Miłe jest też to, że widać na zdjęciach Dziworskiego taką starą fajną Polskę, której już nie ma, pomimo że wielu nadal ją pamięta.

Co by tu nie mówić – za komuny byłem jednak młodszy.
Krzysztof Gol

Pięknie zanurzyć się nie tylko w świetne zdjęcia, ale i w przeszły czas lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Ze zdjęć Dziworskiego bije taki nieistniejący, przeszły sznyt. Trudno to określić. Na tych fotografiach są, oprócz złapanych momentów kluczowych, także pewne nieistniejące typy, nieistniejące dzisiaj międzyludzkie sytuacje. Zapytany autor mówi o tym tak:
Kiedy patrzę na te fotografie, to nawet jeśli zdjęcie jest niedoskonałe, "robią" je te gęby, te fryzury, te kostiumy. Już w tym jest poezja. Ja nawet starałem się teraz zrobić podobne rzeczy, ale nie wyszło już tak dobrze. Wie pani, kiedyś była inna atmosfera. Jak dawniej szła orkiestra dęta przez dzielnicę, to dla wszystkich było to wydarzenie, wszyscy gromadzili się wokół i to przeżywali. Dziś orkiestra między występami disco polo a plenerowymi koncertami już tak nie działa, jesteśmy zblazowani. Ludzie nawet inaczej się poruszają niż kiedyś, wszystko jest takie wystudiowane, gibają się, naśladując obrazki z teledysków. Dawniej tego nie było, życie biegło wolniej, więcej jakiejś refleksyjności, zadumy w tym było.

Na fotografiach Dziworskiego widać często emocje, interakcje, tu spotykają się tęskniące spojrzenia i wymowne gesty, które rozumiemy bez słów, jak na niemym filmie rysunkowym. Zauważam, że często brakuje tego w dzisiejszym popularnym nurcie streetfoto, gdzie nacisk położony jest na kadr, dziwność, zaskoczenie, a naturalnych odruchów i obserwacji ludzi jest niewiele. Niewiele jest, mimo wszystko, wyczulenia na człowieka.





Myślę, że będzie z tym coraz gorzej. W czasach fotografowanych przez Bogdana Dziworskiego można było co najwyżej po mordzie zarobić, za podglądanie obiektywem postronnych przechodniów. Jak mówi sam fotograf - parę razy po mordzie dostał. Warto było! Dzisiaj niestety, obicie fizjonomii nie będzie najgorszym, co spotka wścibskiego reportera. Grozi mu coś znacznie, znacznie gorszego – proces, za naruszenie tych czy innych praw. Policja, sądy, adwokaci, grzywny, paragrafy, togi i łańcuchy z orłem białym. Palec odruchowo cofa się ze spustu migawki...

piątek, 16 marca 2018

Po co? Molier i Bond w Bukowinie.




Po co się w ogóle pisze? Na pierwszy rzut oka – nie wiadomo. Może i tam niektórzy dla kasy piszą. Niektórzy piszą dla potomności.

Młodzież pobiła w Warszawie człowieka
Miał okulary, kiepsko uciekał.
Poeci piszą dla potomności
Potomność łamie poetom kości.
Krzysztof Gol.

Dla sławy też niektórzy piszą. Dla popularki i fotografowania się na ściankach sponsorskich. Niektórzy piszą dla Sprawy i Idei. Ja jakoś nie. Niektórzy piszą, bo im, na przykład, redaktor naczelny każe. Ale redaktor Grobliński cicho siedzi, nic nie każe. Komfort. A jednak się coś pisze.
Trzeba było dopiero pojechać do Bukowiny Tatrzańskiej żeby ten temat zgłębić.






Bukowinę się zna od dawna. Cała Polska ją zna, jako jedną z najwyżej położonych wsi w kraju. Miłością ślepą (troszkę platoniczną) się pokochało Bukowinę po lekturze książki „Sklep potrzeb kulturalnych” Antoniego Kroha, który warszawiakiem będąc, spędził w Bukownie całe dzieciństwo, a potem mu już tak zostało. Skończył etnografię i został badaczem i zgłębiaczem i wiercicielem na wskroś kultury podhalańskiej. Był dyrektorem Muzeum Tatrzańskiego w Zakopanem i Muzeum Okręgowego w Nowym Sączu. Tak naprawdę to on odkrył dla Polski Łemków, organizując pierwszą wystawę o ich kulturze, sztuce i historii. Nie była to jedyna epokowa wystawa jaką zorganizował, drugą, która odbiła się szerokim echem była „Duchy epoki. Czyli pierwsza wojna światowa trwa do dziś”, ponieważ Antonii Kroh jeździ na różnych konikach, a jednym z nich są Cesarsko Królewskie Austro- Węgry. Napisał o tym całą wspaniałą księgę „O Szwejku i o nas”, samego „Szwejka” także tłumaczył i opatrywał przypisami. Zajmował się sztuką ludową, był kuratorem konkursów, wyszukiwał ludowych twórców jak współczesny Oskar Kolberg.

Ale przede wszystkim – jak ten Antonii Kroh pisze!

To jest wspaniale gawędziarskie, dygresyjne, ironiczne, bystre, czasem złośliwe. Erudycyjne do głębi. Ten pan przegryzł się przez całą historię góralszczyzny na wylot. Dzięki niemu i jego książkom można uświadomić sobie, że kultura podhalańska, jaką dziś oglądamy jest wielkim konglomeratem pełnym paradoksów. Składa się na nią żywa kultura wiejska i pierwotna, ale też dużą jej część stanowi projekcja różnych chciejstw wszelkiej maści XIX i XX wiecznych etnografów, miłośników ludu i wielbicieli „prawdziwej góralszczyzny”, jeszcze prawdziwszej niż ta prawdziwa. Kultura ta, w aktualnej formie i prezencji jest tak naprawdę stosunkowo późna, a na pewno mocno przetworzona w stosunku do tego co się na Podhalu działo jeszcze w XVIII wieku.

W XVIII wieku, proszę państwa, do Bukowiny Tatrzańskiej nie prowadziła nawet ŻADNA droga. Była to górska bieda- wioska pod silnym pańszczyźnianym uciskiem, a jeszcze do swoich panów wyjątkowo nie miała szczęścia. Starosta Michał Komorowski, trzymający w garści całe nowotarskie Podhale wsławił się tym, że łamał prawo, ściągając od chłopów nienależne daniny. Nawet te wskazane prawem nie były lekkie. Proszę bardzo, oto co musiał zapłacić rocznie posiadacz ziemi w Bukowinie:

środa, 14 marca 2018

Zachwyt nie do końca. "Księga zachwytów" Filip Springer



Współczesna architektura w Polsce leży i kwiczy? Dworki polskie, przeplatane zamiennie klocem polskim i blaszakiem marki Biedronka, szczeliny zatkane banerami reklamowymi? Może i tak. Niektórzy tak twierdzą. Ale z pewnością nie cała architektura. Ta książka postawiła za swoje zadanie przekonać nas, że da się w wielu miejscach zachwycić współczesną architekturą. A współczesną, oznacza w ujęciu Filipa Springera – powojenną.

To zestaw ciekawych (ciekawych według autora - zauważę z leciutkim przekąsem) obiektów architektury z całej Polski, która inspiruje, zaciekawia i ma coś w sobie. Porządny, cegłowaty almanach o stu dziewięciu budynkach ze wszystkich województw, a o każdym kilkustronowy esej, okraszony dobrym zdjęciem, lub dwoma. Troszkę jest to typ przewodnika, przy tym troszkę zbiór felietonów krytycznych i objaśniających. Niekiedy okraszonych anegdotkami o architektach. Przelatujemy rzutem oka przez całą Polskę, choć jak sam napisał autor "Chcąc zachować przewodnikowy charakter publikacji, starałem się znaleźć ciekawe realizacje we wszystkich województwach. To okazało się najtrudniejsze, architektoniczna mapa Polski odsłania bowiem smutną prawdę o nierównomiernej modernizacji naszego kraju. (...) na uboczu pozostawały Warmia i Mazury, ziemia lubuska, czy Podkarpacie - tutaj wybór był o wiele bardziej ograniczony." Należałoby zatem specjalnie docenić wysiłek autora, który przesiał liczne warszawskie realizacje, ale też wyszperał ciekawe współczesne budynki w mniejszych miejscowościach jak Konin, Rakownia czy Kielce.
Bardzo dobra książka dla miłośników architektury, zwłaszcza modernistycznej, i tych którzy lubią zwiedzać rzeczy nieoczywiste. Czyli dla mnie. Niestety w kilku miejscach nie zgadzam się zachwytami z autorem. A nawet protestuję. Ja protestuję!
Filip Springer wyrósł na najbardziej znanego krytyka architektury w Polsce, dzięki swoim książkom jest tak naprawdę znacznie bardziej znany, niż architekci których dzieła opisuje. Jego "Miedziankę. Historię znikania" i "Wannę z kolumnadą" przeczytałem z uwielbieniem i ukontentowaniem. Niestety, albo zauważam dziś więcej, albo stałem się bardziej zgryźliwy - w "Księdze zachwytów" dostrzegam pewien nowy, niezbyt miły ton Springera. Ton mentorski. Nie jest to już kapuścińskie wycofanie reportera, nie jest to zaciekawienie zjawiskiem, socjologiczne szukanie genezy. To już wykłady prosto z katedry. Oczywiście autor jest prawdziwym specjalistą w swej dziedzinie, dziesięć razy większym niż ja, z wymienionych w "Księdze zachwytów" budynków nie widziałem na żywo nawet 20%. Po prostu wcześniejsze, bardziej nieśmiałe wydanie autora jakoś bardziej mi pasowało.
Springer kocha modernizm. Ja go nie kocham (modernizm, nie Springera), choć szanuję. Dlatego zauważam, że specjalista od czasu do czasu traci głowę dla swojego ulubionego konika i opieprzając jednych za przewiny, nie dostrzega tych przewin u swoich ulubieńców. Krytycznym obiektem w tej książce jest dla mnie akademik „Karolek” w Poznaniu, autorstwa Front Architects. Autor nie szczędzi mu swoich zachwytów, docenia i chwali. Chwali za „zabawę kolorem”.
Może powinienem najpierw pojechać obejrzeć ten budynek na żywo, a potem pisać kontrrecenzje, ale cóż – zrobię to przy najbliższej okazji. A na razie stwierdzę, że ów prosty, graniasty obiekt, z pokolorowanymi międzyokniami, na pierwszy rzut oka jest taką samą „zabawą kolorem” jak gierkowskie termomodernizowane osiedla z wielkiej płyty.
Z pewnością bardziej funkcjonalny. Ale od zewnątrz- nie widać wielkiej różnicy.
Czemu Filip Springer ów budynek chwali i umieszcza w swej „Księdze”, a bloki na Retkini nazywa „pastelozą” i potępia w czambuł? Nie rozumiem. A autor mi tego nie wyjaśnia.
Ten obiekt z almanachu Springera budzi moje największe zwątpienie.  Jest takich kilka. Między innymi Collegium Novum w Poznaniu, projekt z lat 70-tych Sternala, Skupniewicza i Milewskiego, Moderna bo moderna. Ale żeby zaraz się tak na kolanach?

Ja, na kolana padłszy, zaraz tyż prędko poszedłem.

Czytaj całość na SNG Kultura - LINK


poniedziałek, 12 marca 2018

Co nas kręci, co nas podnieca.




Na ławeczce

Na początku podobały mi się wszystkie kobiety: grube, chude, starsze, młodsze, blondynki, brunetki. Potem zacząłem trochę przebierać- raczej młodsze, raczej blondynki niż brunetki, a najlepiej szatynki, szczupłe, ale nie kościste. Jeszcze później zacząłem gustować w przyćmionych lampkach, cichej muzyce, cienkiej bieliźnie i dwóch kieliszkach dobrego wina na stoliku. Myślałem, że mi się smak coraz bardziej sublimuje, a to były początki impotencji…
                     Wisława Szymborska, z serii Podsłuchańce.


A mnie podnieca kafelek od pieca.
Kiedyś podniecało mnie wszystko. Teraz zauważam sublimację. Kiedyś dyszałem na widok dowolnego nowego obiektywu. Teraz poznałem swe gusta do głębi i już wreszcie ustaliłem kryteria wewnętrznego rankingu. Kryteria podniety są następujące:
-to co jasne
-to co szerokie
-to co tanie.
Jak wiadomo wszystkie te kryteria razem są nie do pogodzenia, tak jak samochód dobry, ładny i tani. Trzeba kupić trzy.
A jak już dwa naraz kryteria są spełnione, to już w ogóle ekstaza. Udręka i ekstaza.

Na szczęście i o dziwo wybór w każdej z tych dziedzin się poprawia. Nawet w tej ostatniej, znaczy się taniości. Nie zapomnieli jeszcze producenci o tych najmniej podnieconych, bo mniej zamożnych. Ostatnio pisało się o takim tanim sprzęcie, w postaci Yongnuo 100/2 – LINK. Nie był ci on super, ale też nie był do niczego. Był pośrodku. Za to tani.
Taniość jest rzeczą względną. Dla niektórych tanio, to będzie 5,5 tysiąca za nową Sigmę 14-24/2,8– na przykład dla Foto-Nieobiektywnego. Ja wiem, że to cholernie zaawansowane szkło i że tańsze niż mniej więcej odpowiadające mu sprzęty innych marek. No, ale jakoś tak mi się to drogo widzi. Nie poradzę. Może i dobra cena, ale wysoka. Ja jednak w zaostrzaniu swoich kryteriów doszedłem do ekstremum. Ma być bardzo jasno, ma być bardzo szeroko i ma być bardzo tanio. Ma być podniecająco.

No to teraz o czym myślą kobiety? O czym mówią faceci? O czym szumią wierzby? W kryterium jasności oczywiście o Sigmach, bo Sigma ostatnio bardzo dba o to, żeby być w czołówce wyścigu. Żeby wyprzedzać lewym pasem. Po pierwsze więc primo obiektyw 105mm ze światłem 1,4. No niby nie jest to takie super ekstremum, Nikon ma podobny Canon ma 85/1,4, ale jednak. Sigma jest o pięć milimetrów dłuższa od Nikona, piętnaście dwadzieścia milimetrów dłuższa od Canona i nie ma stabilizacji (którą ma Canon). No i do tego ma coś, co dla obiektywów jest jak potężny spoiler na Subaru Imprezie - mocowanie statywowe. W tej dziedzinie jest najprawdopodobniej najkrótszym teleobiektywem w którym takie coś zastosowano. Brak stabilizacji oznacza też jedno – ma szansę być tańsza niż konkurenci. Patrz – punkt trzeci podniet.


Następny obiektyw łączy aż dwie cechy z tych podniecających. Jest superjasny i superszeroki. To Sigma 14/1,8. W dziedzinie szerokości dość blisko ekstremum, w dziedzinie jasności – ekstremum niepobite. Nigdy nie było tak jasnego obiektywu o takiej ogniskowej. Bije on na głowę wszystko co było do tej pory. Ekstremalnie szerokie szkło, które daje małą głębię ostrości – to jest jednak coś. Trzeba kiedyś tego popróbować.

wtorek, 6 marca 2018

Ranking książek przeczytanych III (grudzień - luty)

Pewne rzeczy się przeczytało. Rzeczy, że nikt nie zaprzeczy. Jak napisał autor jednej z recenzowanych książek: 

- Właściwie po co ci Leskow?
- Naprawdę chcesz wiedzieć?
 Sama nie wiem, ale skoro go dla ciebie wynalazłam i przywiozłam tutaj...
- Okej. Wiesz, większość moich znajomych biega
- Ja też biegam – Znowu się skrzywiła.
- No właśnie, biegają, chodzą na siłownię (…). Uwierzyli że można wypocić te lata. Więc ja też któregoś dnia wstałem, włożyłem specjalne buty i pobiegłem. Po dwudziestu minutach byłem w domu (…) oczywiście miałem zadyszkę, wszystko mnie bolało, ale przede wszystkim czułem się jak kretyn, wiesz, jakbym uwierzył, że każdy kilometr to minus jeden dzień w metryce. Przecież to głupie.
- No dobra. Gdzie tu Leskow?
- No więc niedawno zorientowałem się, że nie będę już sprawniejszy, przystojniejszy, ani młodszy. Mogę tylko więcej wiedzieć. Doczytać to, czego nie doczytałem. Domądrzyć się czymś...”


Skala sześciogwiazdkowa:

****** – Tusku, musisz!
***** – bardzo dobra, wysoka satysfakcja.
**** – dobra, warta przeczytania.
*** – może być, ale może też nie być.
** – słabo, jest słabo.

* – w ogóle nic ni ma.

"Kaprysik" Mariusz Szczygieł ****

Teoretycznie są to reportaże z natury kobiece. Ale to reportaże o człowieku w ogóle. Każdy w bardzo różny sposób ratuje się przed pustką istnienia - o tym jest najwięcej części tej książki. Czasem w sposób twórczy robiąc zdjęcia, czasem księgując całe swoje życie w notatnikach, czasem pisząc listy. Lub listę (na przykład listę przeczytanych książek). Ciekawe, dające do myślenia i jak zwykle u Szczygła - fajnie ujęte. Są tu też trudne kwestie polsko - żydowskie, choć ostatni, najobszerniejszy w książce reportaż o tym temacie jest najbardziej powierzchowny - chciałoby się wniknąć głębiej.
Zarzutem do tej książki może być to, że wszystkie reportaże ukazały się wcześniej w magazynie Gazety Wyborczej - na szczęście nie wszystkie czytałem. Te (smaczne) odgrzewane kotlety ośmielają mnie przy okazji do pomysłu na własną książkę zrobioną z fragmentów Fotodinozy. Jak wszyscy - to wszyscy. Babcia też (cytat).


"Szybciej, wyżej, dalej. Skandale Volkswagena" Jack Ewing **** (dla motoryzacyjnych świrów: *****)

Dziennikarskie śledztwo. Bardzo ciekawe, zwłaszcza dla tych, którzy interesują się motoryzacją i przemysłem, napisane przystępnie, żywo i trzymające w napięciu. Dostajemy też dość szczegółową historię firmy, a zważywszy że jest to firma założona przez dwóch bardzo sławnych ludzi - znanego konstruktora Ferdinanda Porsche i znanego destruktora Adolfa Hitlera - jest tam mnóstwo zwrotów akcji i dość niezwykłych zdarzeń, rzutujących, o dziwo, na dzień dzisiejszy koncernu. 

Afera dieslowska Volkswagena, o której było niedawno głośno, z wielu powodów nie chce się mieścić w głowie. Koncern ów był tym, który nakręcał do maksimum trendy ekologiczne w Stanach (bardziej niż Toyota), promował się jako zbawca środowiska naturalnego, a w tym samym czasie wyprodukował 11 milionów aut, które czterdziestokrotnie przekraczały normy emisji toksycznych tlenków azotu - tyle tylko że na drogach. Bo w testach Volkswagen wypadał świetnie za sprawą oszukującego testerów oprogramowania silnika. Książka ta daje też ciekawy obraz zupełnie różnych systemów prawnych panujących w Europie i USA. I między wierszami zwraca uwagę, że źle napisane, lub nieegzekwowane prawo daje horrendalne efekty w zetknięciu z wielką korporacją. Włos się jeży. Taki na przykład Jeep Cherokee z silnikiem diesla, w Europie poniżej +20 ºC wyłącza W OGÓLE kontrolę emisji spalin. Ów Jeep motywuje to europejskim prawem które mówi, że w niskich temperaturach kontrola emisji może być czasowo wyłączana dla ochrony silnika. Tylko nie mówi w jak niskich.
Po tej książce raczej nie kupię już diesla.


"Łódź 370. Śmierć na Morzu Śródziemnym" Annah Björk, Mattias Beijimo
***

Długo myślałem jak podsumować tę książkę. Przy okazji należałoby podsumować swój stosunek do uchodźców i kryzysu emigracyjnego... Na początek takie streszczenie - "Łódź 370" to głównie wyraz bezradności. Bezradności sytego Europejczyka, który chciałby żeby wszyscy-byli-zawsze-szczęśliwi, ale w zetknięciu z geopolityką nie pozostaje mu nic, poza pisaniem na transparentach "refugees welcome". To reportaż odkrywający prawdy znane. Uchodźcy płyną wszelkimi sposobami do Unii Europejskiej. Przemytnicy zarabiają na tym krocie. Ludzie toną w morzu. Unia, ani Turcja z której wyruszają nie robią zbyt wiele. Cokolwiek zrobisz, szeregowy syty Europejczyku i tak będzie zawracaniem wykałaczką Wisły, kroplą w morzu.
Motywacje emigrantów są znane - chcą do lepszego świata, chcą uciec ode złego. Są gotowi zapłacić za to wysoką, najwyższą cenę. Syty Europejczyk nie może na to patrzeć i robi co może. Ale może niewiele.
Reportaż ten jest po części naiwny, młoda, mało doświadczona dziennikarka ze Szwecji daje co chwila dowody swojej amatorskiej bezmyślności (w moim mniemaniu, np. używając non stop lokalizatora w iphonie i poruszając się w nielegalnych strefach, przechowując wszystkie dane w swej komórce, nie szukając także wcześniej pomocnych kontaktów na miejscu), ale daje to też pewien świeży efekt patrzenia na zdarzenia własnymi oczami czytelnika - amatora.
Czy ta emocjonalno- reporterska książka coś zmieni? Czy mniej ludzi będzie tonąć na Morzu Śródziemnym? Czy pociągający za globalne sznurki zrobią coś z tym?
Nie.





"Obłęd 44" Piotr Zychowicz ******

Zastanawiałem się nad tymi sześcioma gwiazdkami. Ale jednak tak. To bardzo ważna książka. Mimo tabloidowego, obrazoburczego tytułu.
Krytyka Powstania Warszawskiego zaczęła się jeszcze przed samym Powstaniem i trwa do dziś. Wiele powstało już książek na ten temat - sam czytałem kilka - Jana Nowaka Jeziorańskiego, Władysława Andersa, Stanisława Jankowskiego. Niemniej ocena Powstania i końca II Wojny Światowej ukształtowała się przede wszystkim pod wpływem osób które gloryfikują je i usprawiedliwiają. Ksiązka Zychowicza wykazuje jednak, że nie ma usprawiedliwień. Jest to pierwsza logiczna analiza działania Polski przed, w trakcie i po Powstaniu, napisana w sposób popularny, przystępny i bardzo żywy, rozpatrująca wszelkie warianty postępowania, wiedzę jaką mieli dowódcy, sytuację geopolityczną. Czytałem już wiele krytyk tej książki w różnych gazetach, zarzucających Zychowiczowi niekompetencję (nie jest historykiem), oraz dążenie do sensacji. Niestety nigdzie nie spotkałem zarzutów dotyczących logiki jego wywodu. A to jest właśnie główną siłą "Obłędu". Powstania nie dało się nijak wygrać. W imię przegranej z góry walki poświęciliśmy 200 tysięcy ludzi, całą stolicę i masę kulturowego dziedzictwa. Warto się nad tym zastanawiać.


Czytaj całość (15 książek) na SNG Kultura - LINK

poniedziałek, 5 marca 2018

Trabant powrócił!



Zakłady przemysłu motoryzacyjnego VEB Sachsenring Automobilwerke w Zwickau produkowały z duroplastu samochód marki Trabant od lat 50-tych do 90-tych.

Pewien cyklista z Zwickau
Na swej damce chyżo pomykał.
Pod pretekstem przejażdżki na ramie
Robił dziecko kolejnej damie,
Po czym kłaniał się i szybko znikał.

(Bronisław Maj)



Duroplast to polimerowe tworzywo sztuczne, niepalne i o dużej wytrzymałości na zgniatanie i zginanie. Dzięki temu, że było tanie w produkcji Niemiecka Republika Demokratyczna była, o dziwo, najbardziej zmotoryzowanym krajem Demokracji Ludowej – na 1 samochód przypadały tylko 4 osoby (w 1989 roku). Zważywszy, że Trabant był czteroosobowy, całe NRD mogło wsiąść do swoich samochodów i po upadku Muru Berlińskiego popędzić na spotkanie z kapitalizmem w RFN- ie.
Trabant jest jednym z przykładów, że sensowne użycie tworzyw sztucznych może być impulsem do rozwoju.




Tymczasem mamy rok 2018-ty. Wszystko dziś jest wypasione, drogie, multiinterfejsowe, błyszczące metalem, luksusowe i podłączone do internetu. Także aparaty fotograficzne. Enerdowski Trabant jest na tym tle gównianym pudełeczkiem, w którym jedyne co podnieca, to sentyment do starzyzny. To, zdaje się, dzisiaj słabo się sprzedaje. Jak coś nie wygląda na drogie i nowe, to znaczy że należy wyrzucić to natychmiast do śmietnika, wziąć kredyt na dwadzieścia lat i kupić nowe.
Wydawałoby się, że Trabanty nie mają dziś racji bytu.


Ale chyba nie do końca. Przynajmniej nie w dziedzinie sprzętu fotograficznego.
Tutaj ścierają się różne trendy – spadek zainteresowania fotografią jako medium służącym estetyce i wiedzy, wzrost zainteresowania fotografią jako czczą rozrywką i rejestratorem głupot, oraz związany z tym spadek zainteresowania poważniejszym sprzętem fotograficznym (przy powszechności smartfonów) i wzrost cen tegoż zaawansowanego sprzętu. Od kilku lat aparaty typu lustrzanka lekko drożeją, podobnie obiektywy fotograficzne. Bezlusterkowce, stanowiące nikły procent sprzedaży także trzymają cenę, pomimo tego że nowością ich już nazwać nie można.
Większość producentów takich zaawansowanych sprzętów stanowią firmy japońskie. Sprawdziłem sobie kurs jena z ostatnich dwóch lat, i wiecie co? Ten jen od półtora roku cały czas tanieje. Niestety sprzęty fotograficzne nie bardzo. Kolejne generacje albo są droższe od poprzedników, albo przynajmniej nie tańsze. Producenci motywują te ceny coraz większym wypasem i zaawansowaniem sprzętu, pomimo tego że żadnej rewolucji nie widać, co najwyżej dokładanie kolejnego wodotrysku do buchającej fontanny. Mi się wydaje że to tworzy pewne zaklęte koło. Popyt spada, producenci podnoszą ceny żeby sobie to rekompensować, no to popyt spada dalej itd. Tak to intuicyjnie, a nie rozumem i wiedzą wyczuwam.
No i zdaje się, że mój ulubiony Canon też to wyczuł, albo wyrozumował ze swej tajemnej wiedzy. Dość że wrócił do korzeni, jakie był je miał jeszcze w połowie lat dwutysięcznych i jeszcze wcześniej.
No i fajnie. Lubimy korzenie.

sobota, 3 marca 2018

Książka dla Normalsów. "Jak przestałem kochać design" Marcin Wicha

Na SNG Kultura moja recenzja książki:



Ufff – tak się poczułem po przeczytaniu książki Marcina Wichy Jak przestałem kochać design. Autor znany mi był jako rysownik śmieszno-ironicznych obrazków z „Tygodnika Powszechnego”, z rzadka zamieszczał tam jakiś ciekawy artykuł (na przykład o liternictwie, czcionkach, ich genezie i znaczeniu), po którym można było ze zdziwieniem skonstatować, że pan od śmiesznych rysunków jest w tej dziedzinie wielkim erudytą. Było to interesujące, osobiste, pisane przyjemnym, nienachalnym tonem. Z dystansem.
Taka jest też książka „Jak przestałem kochać design”. To troszkę enigma, mieszanka i melanż różnych zaskakujących rzeczy. Nie jest to literatura monotematyczna ani zarys wstępu do historii, już szybciej ironizowanie z historii. Książka z designem w tytule, która w pewnych miejscach wywołuje wzruszenie. Tego byśmy się nie spodziewali, prawda?
Jest to zbiór osobistych, ironicznych i poetyckich esejów, krążących wokół tematu projektowania. Projektowania w ogóle. „Krążenie wokół” mogłoby być mottem tej książki. Mowa jest o wzornictwie przemysłowym, architekturze, urbanistyce, designerskich zagraniach, przestrzeni publicznej, zdjęciach, wymyślaniu reklam i logo. Jednak wszystko to tak naprawdę nie jest o samych tych dziedzinach, tylko o ich odbiorze, wpasowywaniu się w życie, działaniu. A w zasadzie o niedziałaniu.