wyświetlenia:

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tu byłem- Tony Halik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tu byłem- Tony Halik. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 sierpnia 2026

Quo vadis, Germania?


Jechaliśmy autostradą. I skręciliśmy przed jednym z drogowskazów wskazujących najpopularniejsze niemieckie miasto o nazwie Ausfahrt. (bardzo popularne - wszystkie drogi prowadzą do Ausfahrt). Po skręcie  zatrzymaliśmy się na tradycyjnej germańskiej stacji benzynowej, w tradycyjnym germańskim gasthofie. Deszczyk siąpił, na parkingu było pustawo. Nie wysiedliśmy jeszcze z auta gdy zauważyliśmy, że wielki znak drogowy jest z frontu pomazany sprayem. To nas troszeczkę zaniepokoiło, ale jeszcze jak gdyby nigdy nic. Następnie, w drugim rzucie oka, dostrzegliśmy, że reklamy restauracji nieco spłowiały i litery niegdyś ciemnozielone i czerwone miejscami nieco zbladły i uzyskały tu i ówdzie kolor trawiasty i rudopomarańczowy. Spojrzeliśmy po sobie niemo i z przerażeniem. Potem popatrzyliśmy na dach parterowej rozłożystej restauracji. Wtedy dopiero przeszedł nas dreszcz grozy. Nie uwierzycie – ten dach był w połowie OMSZAŁY!

Nie było wątpliwości – Niemcy upadły. Dawne Niemcy, wypieszczone, wymuskane, maksymalnie dofinansowane, kipiące solidnością i niezachwianym porządkiem idealnym wyczyszczeniem – takie, jak za czasów młodości, kiedy oglądało się je ze szczęką opadniętą z podziwu – już nie istnieją. Przed nami widniały naoczne dowody. Albo coś w tym rodzaju.

Choć były przecież i wcześniejsze symptomy. Niedokończony przez dziewięć lat dworzec lotniczy Berlin-Brandenburg imienia Willego Brandta, w którym wykryto 11 tysięcy usterek budowlanych i którego koszt wzrósł w trakcie budowy z dwóch miliardów do siedmiu i pół miliarda euro. (ja bym chyba umarł na serce przy takim wzroście kosztów). Symbol najgorzej prowadzonej inwestycji świata.

Fregaty Deutsche Marine F126 projektowane bezskutecznie od 2020 do 2026 roku. Właśnie niedawno zdecydowano o całkowitym skasowaniu tego programu dla niemieckiej marynarki, który miał przynieść wielkie, nowoczesne okręty bojowe ale w międzyczasie zdołał już sobie podrożeć z 10 miliardów do 18 miliardów euro za sześć sztuk jednostek pływających. Zrezygnowano z nich w końcu.

Wreszcie znana wszystkim sprawa: imigranci, mniejszości narodowe, gastarbaiterzy, spowolnienie gospodarcze, zwolnienia w przemyśle, wzrost kosztów surowców, odwrót chińskiego rynku od niemieckich produktów, Volkswagen zamyka fabryki (o tym wszystkim opowie wam AfD). Jeden wielki upadek.

Ale czy na pewno? Zwiedzając Hamburg można nabrać wątpliwości.





Hamburg! Nie wiedziałem, czego się spodziewać po tym mieście. Czy ono spodoba mi się aby? Czy teutoński duch tam przeważa, czy może otwarty Atlantyk? Czy ta krótka żołnierska nazwa „Hamburg”, wyglądająca na pierwszy rzut polskiego oka jak rozkaz poddania się, zawiera w sobie coś więcej niż tylko suchy germański ordnung? Gdzie sedno i genius loci tego miejsca? Same znaki zapytania i to jeszcze przed przyjazdem. Otóż jest tam pięknie! Podoba się, potwierdzam. Charakterek to miasto ma niezły. Nie są to ciepłe kluchy, oj nie! Nie jest to germańska ciężkość, grubiański dowcip, pruski dryl. Jest tam jakiś taki

czwartek, 12 czerwca 2025

Modus operandi i dupa nie Schengen.


Jak już się te dwadzieścia lat jeździ w jednym kierunku, to już sobie człowiek wyrabia jakieś modus operandi. Człowiek, znaczy się ja. Na Słowacji na przykład nie należy zważać na sugestie map Google - w ustawieniu "unikaj dróg płatnych" Google bez żenady prowadzi cię płatnymi autostradami. Zapewne po to, by dostać prowizję od twoich mandatów (teoria spiskowa). Zatem albo należy jednak kupić winietkę, albo samemu wyznaczyć sobie trasę pozaautostradową. Na Węgrzech można za to zaufać Googlowi w pełni - prowadzi przez najzabitsze nawiększymi dechami zadupia omijając autostrady - co jest wielce interesujące, bo w zadupiach Węgry są mistrzami świata. Kiedyś nie lubiłem pejzażu Węgier, płaskiego w większości jak stół, nudnego jak Ziemia Łódzka. Te wioski, nieomal jednakowe, te miasteczka przypominające wioski, ten klasycyzm i barok pozbawiony niemal strzelistego średniowiecza. Dzisiaj, po wyrobieniu sobie wspomnianego modusu, unikaniu autostrad, które zwiększają tę nudę oraz długotrwałym pałętania się po obrzeżach węgierskiej puszty stwierdzam, że płaskie Węgry mają swój urok i atrakcje. Po pierwsze - rezydencje magnackie rozsiane po całej połaci. Są takie. Po drugie - obrzeża węgierskiej pustaci od strony słowackiej opierają się na górskich pasmach, w których stoją zamki. Liczne i wypaśne, pięknie położone. Po trzecie - austrowęgierskie kurorty. Bo ziemia płaska, ale pod ziemią buzują, jak wiadomo, gorące wody. O Budapeszcie nie wspominam, bo wszyscy wiedzą, że jest fajny. 

Boldogkő

Gyula

Gyula


Boldogkővara

Węgry z każdym rokiem coraz bardziej przypominają mi muzeum. Muzeum staroci. Ja bardzo lubię starocie. Węgrzy też lubią. Nigdzie w Europie nie spotka się już Trabanta użytkowanego jako normalne auto. A na Węgrzech - proszę bardzo. Użytkuje się tam też sprzęty, które w ościennych krajach zostały już dawno wyrzucone na śmietnik i zastąpione Ikeą, Cersanitem albo Amicą. Na Węgrzech sześćdziesięcioletnie łóżka, pięćdziesięcioletnie stoliki oraz szafki wzięte z mieszkania po babci są na każdej kwaterze. Można się

czwartek, 1 lutego 2024

Le Nooooord! Z pamiętnika północnego.


 

Człowiek nic nie wie o świecie, chociaż wydaje mu się, że wie. Że wszystko jasne. Hasła Unia Europejska, wojna Rosji z Ukrainą, NATO, wschodnia flanka brzęczą znajomo i uspokajają, że świat umeblowany we własnej głowie zgadza się co do joty z tym, który na zewnątrz. Pewne wątpliwości co do tej całej zgody nachodzą w trakcie trasy. A trasa na północ, dziką i nieznaną. Mnie nieznaną.

Przesmyk

W styczniu pomiędzy Suwałkami a Kownem nie występuje ruch samochodów osobowych. Tiry suną niekończącymi się ławicami, osobówek nie ma prawie wcale. Prawdę powiedziawszy nie ma ich już od Łomży, odkąd zaczyna się S61. Zdaje się, że to jakiś niemodny kierunek jest. Niemodna droga ekspresowa. Tuż za litewską granicą napada wielka, kilkudziesięciokilometrowa rozgrzebana budowa tonąca w błocie i wodach powierzchniowych. Ludziki w odblaskowych kamizelkach taplają się w bagnach i śniegu. Trochę to przypomina gierkowskie rozpierdolniki, tylko sprzętu mają ze trzy razy więcej. Litwa buduje zimowo swój odcinek Via Carpatia (czyli w tym miejscu Via Baltica). Zdaje się, że obudzili się nieco poniewczasie. To już kiedyś chyba było w historii. Obudzenia poniewczasie są bardzo popularne.

Sielski płaski pejzaż. Mikrodomki. W zupełnej opozycji do buchających willi w każdej wsi po naszej stronie granicy. Radary stoją elektronicznymi lasami wzdłuż drogi, zmniejszając spalanie o litry na sto kilometrów. Wreszcie Kowno i Nad Niemnem! To już czytałem! Kawał rzeki, skubany.

Tallin

Pewien egzotyczny niepokój wkrada się na czterdzieści kilometrów przed estońską stolicą. Już na Łotwie jedzie się często przez lasy, zmrożony Bałtyk miga czasem zza pni. Szosy raczej puste. Ale czterdzieści kilometrów przed Tallinem zaczyna się sosnowy las. Bez jednego domku, jednego światełka przez czterdzieści kilometrów, nie licząc rzadkich skrzyżowań. I on się, proszę państwa, wcale nie kończy, ten las. Idzie aż do samego morza i zatoki Tallińskiej, a szedłby i dalej, gdyby nie słona woda. Estończycy mają go ponad 50% na powierzchni swojego kraju. To znaczy, przepraszam, lasu mają 38% a 20% to bagna i mokradła. Doskonałe tereny dla partyzantki, prawdaż. Co Estończycy udowodnili podczas radzieckiej okupacji – z początku tylko miasta należały do Sowieckiego Sojuza, a całą resztą po wojnie

poniedziałek, 8 sierpnia 2022

Najdziksza Europa - Route 66A

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Te narody to jak ludzie, normalnie.

Taki ludź, to żyje sobie spokojnie, albo niespokojnie, jest milutki, albo agresywny. Rozpycha się łokciami, albo siedzi w kącie. Kompleksy ma. Naród też. 

Niektóre narody jakby milsze niż inne. Każdy to powie. A niektóre z pretensjami. Francuzi, na przykład. Gdzie nie spojrzeć, to pretensje. Nie tracą doskonałych okazji, żeby siedzieć cicho. Co poradzisz? Albo takie narody, co to im w łeb dano i przetrącono kręgosłup i pion. My, na przykład. Tych przykładów jest dużo. Albo takie, co to chciały, chciały, a nie mogły. I teraz, jak już mogą, to się to mści. Słowacy na przykład.

Że co? Że Słowacy spokojni, nie wadzą nikomu? Otóż wadzą. Samym sobie wadzą. Opowiem wam za chwilę.



Sachsiz

Ale są takie państwa i narody, co to mało pretensji mają. Żyją sobie, bo żyją, zadowolone z siebie i ze świata, kompleksów nie widać. Nie mają ani nadmiernego poczucia własnej godności, ani specjalnych ansów. Ani wyżej pupki, ani niżej.  Rumuni i Włosi na ten przykład. Nie wiem, co tam sobie sami o nich myślicie, ale to dla mnie kraje w pewnej równowadze mentalnej. Zupełnie niezależnej od równowagi gospodarczej i politycznej.

Właśnie zrobiliśmy 4200 kilometrów, tam i nazad, w stronę krajów o tańszej benzynie. Dwudziestoletnim pojazdem marki Fiat, bez klimatyzacji. Ostatni raz w takie wykroty jeździłem radzieckim samochodem terenowym Gaz 69. W tym roku były karpackie wykroty. A tu tymczasem Fiat nie klęknął. Dojechał. Dobry piesek! 




Plan był jak zwykle - przelotem Słowacja, Węgry, a docelowo ukochana Rumunia i mniej ukochana, ale też bardzo ciekawa Bułgaria. Tym razem zamierzaliśmy zagłębić się w Karpaty. Ukarpacić się na całego. Ukochać każdą Karpatę, poprzez (kretyńskie logistycznie, ale atrakcyjne turystycznie) przejechanie całych południowych Karpat wzdłuż. Bo jak wiadomo - góry są po to, żeby je przekraczać w poprzek. Wszystkie armie świata tak robiły. A my tu, panie, pod prąd - wzdłuż. Rumunia nadaje się do tego doskonale. Nie dość, że ma potworne ilości malowniczych Karpat, to jeszcze istnieją

czwartek, 24 marca 2022

Wizyta na Titanicu



Stacja benzynowa 1.

Słońce ostrym przedpołudniowym światłem. Mróz trzyma. Stajemy na stacji benzynowej na posthitlerowskiej autostradzie, tej samej na której Sobiesław Zasada bił rekordy prędkości polskim fiatem. Ale kiedy to było? Jakieś trzy epoki temu. Może cztery. Nieważne. Stajemy na ostatniej stacji przed niemiecką granicą, zatankować benzynę. Stoję w mroźnym słońcu i oglądam wolne defilady samochodów pod dystrybutorami. Połowa aut na ukraińskich numerach - biedne stare sedany wypakowane gratami po sufit. Wypasione audi i mercedesy z młodymi mężczyznami ubranymi w markowe ciuchy. Wysiadają, przeciągają się, smyrają w smartfonach. Rozglądają się. Dwie starsze panie, ubrane ze skromną, nieco przedatowaną elegancją wypakowują się ze starego lanosa. Gdzież tu kantor? Odchodzą w tamtą stronę - jedna wspierana przez drugą. Przez czarne węże leci benzyna w horendalnej cenie. Nie martwmy się, dziesięć kilometrów dalej jej cena, z niewiadomych przyczyn, skacze w górę dwukrotnie, pomimo że na drodze nie ma właściwie oznak żadnych granic. Ta sama Europa. Szczupły chłopak oparty o swoje wypasione audi rozmawia po ukraińsku przez komórkę. Słońce świeci ostro, tiry pędzą po posthitlerowskiej autostradzie - na wschód i na zachód. O, przejechała łada z bambetlami na dachu. Wiadomo w którą stronę. Języki mieszają się w mroźnym powietrzu, dzieci jedzą hamburgery przy stolikach. Grzeczne. Bardzo grzeczne, nawet ciche. Starsze panie wracają z kantoru kręcąc głowami. Za drogo.

Stacja benzynowa 2.

Rano wyjeżdżamy z francuskiego Strasbourga, z powrotem przez wielki i ujarzmiony Ren w stronę Niemiec. Mosty, porty przeładunkowe, śluzy. Tramwaje miejskie przelatują na drugą stronę przez te mosty, z dzielnicy do dzielnicy, z kraju do kraju, jakby ten Ren wcale tam nie płynął. Słońce dalej świeci wspaniale, ale tu jest ciepło. Wiosna. Rano, obudziwszy się w tanim hotelu, bardzo tanim hotelu, najtańszym w Strasburgu, stwierdzamy, że na sąsiedniej stacji benzynowej ceny przez noc spadły o czterdzieści eurocentów w dół. Musieli Francuzi obniżyć vat na paliwo, za naszym przewodem. Już wielu mówiło, że Polska kroczy w awangardzie Europy. Vat spadł we Francji. Pewnie w Niemczech też? Jest ósma rano, sobota, Strasburg się dopiero budzi w swoim dostatnim i zorganizowanym układnie życiu, wśród zabytkowych murów, kipiącej w parkach zieleni i pędzących przez to wszystko niebiesko-szklanych tramwajów. Jedziemy zatem w dalszą drogę za Ren, do Niemiec, za granicę, która jest, a jakoby nikogo nie było, przez mosty z szerokimi 

środa, 29 września 2021

Półprzewodnik. Pałac Julianów.



Skąd przyszliśmy, dokąd zmierzamy, kto był przed nami? Dość rzadko mamy czas zadawać sobie takie pytania. No, ale czasem się zdarza, zwłaszcza jak się debiutuje jako przewodnik po mieście Łodzi. Bo z miasta Łodzi się pochodzi. 

No, jako półprzewodnik, powiedzmy. I to po swoich okolicach, po których się ongiś biegało i jeździło na rowerze "Bambino", a potem stjuningowanym "Wigry 3" z przedłużonym siodełkiem. Znaczy się takie półdomowe półprzewodnictwo półterenowe. Namówił mnie przyjaciel - Krzyś Gol - Piotrowski, związany z "Zieloną Łodzią". No bo u nas zielono jest. Na łódzkim Julianowie, Marysinie i Rogach. Przy okazji takiej wycieczki wychodzą różne szydła z worków, które dotąd stały w kącie. Trzeba zriserczować temat. I tak się riserczuje i riserczuje, aż się doriserczowuje do różnych rzeczy nieistniejących w żadnych przewodnikach po mieście. 

Zwłaszcza, że takich przewodników pt. "Julianów, Marysin, Rogi", to nie ma wcale, nie licząc tych po stacjach ŁKA napisanych przez Fotodinozę.

Co ta Łódź ma w ogóle do zaoferowania? - chciało by się zapytać. Co tu może być ciekawego, w porównaniu z takim, dajmy na to Krakowem, w którym gdzie nie wbić łopaty, to średniowiecza, albo jakieś renesansy? Przecie to miasto z XIX wieku i to właściwie w całości. No tak, ale Łódź ma pewne przewagi. Wbijasz tę łopatę w ziemię i dokopujesz się do zaszłości. Może nie takich dawnych, ale to właśnie ich zaleta - są nam bliskie i czasowo i emocjonalnie. A i w jakichś archiwach, a czasem w internecie można natrafić na ich ślady. A w średniowieczu krakowskim, czy gnieźnieńskim to owszem, żyli może jacyś odlegli przodkowie, ale ani nam oni braćmi, ani swać... ani swatami. W przeciwieństwie do naszych XIX wiecznych przodków, którzy mogli oglądać łódzkie artefakty na własne oczy.

Dodać tu należy, że na Julianowie, Marysinie i Rogach żaden Wawel nie stoi, ani Luwr czy Wersal. Jest to tak naprawdę zwiedzanie krzaczorów i wspomnień po przeszłości, z której zostały ledwo ślady. Czy to jest interesujące? Jak dla kogo.

W Krakowie, Gnieźnie, Poznaniu - średniowiecza, romanizmy i renesansy. Wtedy w Łodzi tylko lasy i pola uprawne.

No tak. Ale czy wieś i las nie mają swojej przeszłości?

Mają.

Caluśka północ dzisiejszej Łodzi, mniej więcej 1/4, to XIX wieczne dobra rodziny Heinzel. Mieli oni tereny poczynając od ulicy Zgierskiej, przez Julianów, Marysin, Rogi, Łagiewniki, Arturówek, aż pod Dobieszków. Jest to, pi razy oko, jakieś 15 km w linii prostej, licząc od Zgierskiej w stronę północno-wschodnią. No dość dużo. Było tam przynajmniej 5 tysięcy hektarów lasu, wielkie liczby majątków, folwarków pól uprawnych. 

Nieźle, co?

Ale jak to możliwe, że wszystkie te ziemie, potem powoli rozprzedawane np. gminie żydowskiej na późniejszy największy cmentarz żydowski w Europie, należały do

czwartek, 22 lipca 2021

Szipka. Przełęcz miłości i śmierci.



Jakiej znowu miłości zapytacie? 
Otóż miłości pomiędzy Bułgarami a Rosjanami. Dla nas kompletnie niezrozumiałej. No, ale czego tu nie rozumieć? Inna geopolityka.

Tę geopolitykę niespodziewanie dostrzega się w dalekiej podróży, z centralnej Polski, aż po bliskie Turcji kresy bułgarskie. Otóż w spalaniu paliwa się ją dostrzega. Ono, proszę Państwa niekiedy rośnie, a niekedy maleje, to spalanie. Bo i pejzaż w niektórych miejscach jakby rośnie przed oczami i wypiętrza się górotworem. Łańcuchy górskie. Pierwszy, nasze Tatry własne, choć współdzielone ze Słowacją mija się ze znajomymi widokami, które się już kiedyś opisywało - LINK. Te góry stanowią gruby podział nie tylko pomiędzy narodami, ale i pomiędzy dobrym winkiem, a tym trochę słabszym. No bo nie podskoczysz Tokajowi, choćbyś się natężał i krzaczki po naszej stronie pielęgnował. Potem długo, długo nic - puszta zupełnie pusta zaczyna się już w okolicach Koszyc (co nie podoba się Słowakom, ale podoba się Węgrom). Aż do góreczek Rumunii, zaczynających łagodne falowanie niemal już od granicy. A potem, panie kochany, Karpaty. Tylko dzięki Karpatom Turcy, w postaci Imperium Osmańskiego najczęściej skręcali w lewo na mapie i dochodzili to tu, to tam, a czasem nawet pod Wiedeń via Szekesfe... Sekeszfe.... Székesfehér... Nie no! - via Białograd Królewski, niech cholera weźmie tę wymowę!
Od góry mapy - nasi (na ogół), od dołu mapy - Imperium Osmańskie, a środkiem Karpaty niczym mur.
No, ale to jednak znaczy, że Bułgarzy byli po tamtej stronie. Niestety. Najpierw wspaniałe imperia wczesnośredniowieczne i carstwa, obejmujące nie tylko aktualne wybrzeże Albanii, ale i tereny dzisiejszego Pesztu i Naddniestrza. Normalnie Polska Bułgaria od morza do morza! Niestety potem, w późniejszym średniowieczu, Bizancjum podbijało, a później Imperium Osmańskie. No i na koniec Bułgaria została pod tureckimi zaborami.
Które trwały nieco dłużej, niż te nasze - 500 lat.
Aż dziw, że nie zapomnieli kim są, bo niektórym u nas, po (umownych) 123 latach zdarzało się zapomnieć. Kultura przetrwała jednak w górskich klasztorach, a potem, od końca XVIII wieku udało się jej jakoś emancypować, tworząc szkoły, czasopisma i czytelnie. Przy tym odrodziła się bułgarska cerkiew, po wiekach likwidacji. Udało się to wszystko przy wydatnej pomocy Rosji. Albowiem geopolityka. Tam gdzie Rosji było to na rękę wspierała ruchy narodowowyzwoleńcze (u sąsiadów). Niestety u nas nie było, bośmy siedzieli pod jej własnym butem.
Pewna autonomia i obudzenie bułgarskiej świadomości narodowej to jednak nie prawdziwa wolność. Tę przyniosła dopiero wojna rosyjsko-turecka w 1877.
Rosjanie, wspierani przez narody bałkańskie, dogadali się z Rumunią na przeprowadzenie wojsk przez jej terytorium i wkrótce przeprawili się przez Dunaj.
Potem jednak na przeszkodzie stanęła geologia. Albowiem w Bułgarii mnóstwo ciekawych gór.

Czudnite skali - Tsonewo.

Czudnite skali - Tsonewo. Pojazd fabrykancki.

Twierdza Prowadija



Tak naprawdę przejeżdżając przez ten kraj niemal po przekątnej niewiele widzieliśmy z bułgarskich gór. Bo ich jest strasznie dużo. Niektórzy mówią, że góry, to to co Bułgaria ma najlepszego i to może być prawda. Ruszyliśmy najpierw

poniedziałek, 12 lipca 2021

Ro-mania.


Ech, gdzież jest niegdysiejszy Snowden?
Gdzież łany łąk umiłowane, gdzież owce na halach, gdzież sielskość i anielskość wiejska? Pastuszek i pastereczka? Konie ze spętanymi pęcinami pasące się swobodnie na trawiastych wzgórzach? Pszczółki brzęczące nad polami rzepaku i uwijające się wśród starych lip i jaśminu? Gdzież strzechy słomą kryte? Przeminęły jak sen jaki złoty. Teraz panie ino postpegeery i spółki dwustuhektarowe o nazwie Eko-food, Farm-tech albo Agropol-Polagro. Tam monstrualne traktory, jak czołgi dojrzałego kapitalizmu, rozjeżdżają ugór, opryskują starannie dobranym pestycydem i obsiewają odpowiednio zmodyfikowanym genetycznie siemieniem, zamieniając ów ugór w źródło dochodu i zadowolenia akcjonariuszy, oraz w eksportowy hit wysyłany do krajów pierwszego, drugiego i trzeciego świata.

Ech, gdzież stuningowane Golfy Dwójki, upalane przez rozochoconą młodzież pod wiejską dyskoteką? Gdzież chłop z kłonico, goniący za turystą, który podpieprzył właśnie z pola kartofle na ognisko? Gdzie mleko prosto z kanki?

No nie u nas, nie u nas, oczywiście. Tylko w Rumunii.




Brădeni



Oderwaliśmy się od korzeni, powiem wam. Ludowość uprawiana jest jedynie przez garstkę wariatów. Przeszłość odkreśliliśmy grubą kreską i wstawiliśmy do skansenu. Ktokolwiek u nas ma jakąś starą chałupę, ten pragnie ją natychmiast zburzyć i pobudować coś nowego. Widać ten trend zaledwie po przekroczeniu południowej granicy (wracając do ojczyzny), na Podhalu. Malownicze drewniane wioski zamieniły się już całkiem w megakombinaty do wyciskania pieniędzy z przyjezdnych. Królują pierogi, kebab, pizza, plastikowe ciupagi oraz maskoty. No bo nie maskotki przecież. Widać ten trend w środkowej Polsce, gdzie chałup dawnego stylu prawie nic nie zostało, a wśród wiosek, niegdyś sielskich rozpełza toporny modernizm. Polski pejzaż rozłazi się i rozjeżdża w szwach. Bogaciej i schludniej, ale brzydko.

Seliştat

Apold

Apold

Apold


Apold

Rodbav


Rodbav

Rodbav

Rodbav

Rodbav


W Rumunii biedniej i nieschludnie, ale ładnie. Urbanistyką Rumuni biją nas na głowę i wdeptują w ziemię orną - domy nie rozpełzają się tam bez ładu i składu po wszystkim co widać, tylko skromnie łączą w wioski, zostawiając dla oka trochę pustego pejzażu. Przy okazji słupy elektryczne nie mnożą się po polach jak pleśń, tylko grzecznie stoją wzdłuż dróg. Co za ulga dla fotografa! Zróbcie u nas jakiekolwiek zdjęcie w głębi kraju, na którym nie ma słupa elektrycznego. Wszędzie są.

Zdaje się, że powoli ten wpis zaczyna podpadać pod ojkofobię. A ja chciałem tylko roztoczyć uroki Rumunii. Bo w Rumunii się było i w Bułgarii. I teraz roztoczymy co najlepsze.

wtorek, 15 czerwca 2021

Agro - Urbex. Część 2. Cukrownie, zamki i okręty.


 
No więc tak. Nie mogliśmy zmusić w 1939 roku Szwajcarów do wyprodukowania silnika do naszej łodzi podwodnej ORP "Sęp". Zatem trzeba było go zrobić samemu. Udało się.

Tymczasem nie bardzo się udaje regularne wpisywanie wpisów na Fotodinozę, albowiem piszę książkę. Klasyczny kryminał. Niech to cholera! Ukaże się najpewniej w listopadzie 2021, a z Fotodinozą będzie miał ciut wspólnego - przede wszystkim zanurzenie w historii. Zupełnie jak zanurzenie naszej łodzi podwodnej "Sęp" wyposażonej w silnik elektryczny z fabryki w Żychlinie.

Kontynuuję jednakoż tę istotną relację, która ma odpowiedzieć na następujące kluczowe pytanie: co zwiedzić w centralnej Polsce, w okolicach Piątku, gdy dysponuje się wolną sobotą i niedzielą.

Żychlin! Tam byłem, Tony Halik. Ale zanim do Żychlina dotarliśmy trzeba było minąć liczne cukrownie. Środkowa Polska cukrem i burakiem stoi. Fabryka silników elektrycznych w Żychlinie też była kiedyś cukrownią, wyobraźcie sobie. Cukier krzepi, jak wiadomo, również krzepi finansowo. Zatem i liczne dwory cukrowników stoją pod drodze i kuszą. Najpierwszy wśród nich dwór pod cukrownią w Dobrzelinie. Zakład przerobu buraków postawił w latach 30. XIX wieku Władysław Orsetti, porucznik wojska polskiego i powstaniec listopadowy. Z początku nastawiał się na niemal manufakturową produkcję "metodą maceracyi" buraków, która jednak słabo zdawała egzamin. Interes przejął jego zięć Władysław Łubieński, który zmechanizował i rozbudował go, dokupił pól buraczanych i ogólnie przyczynił się do  rozkwitu Dobrzelina. Potem prowadzenie cukrowni stało się dla rodziny zbyt dużym obciążeniem i postanowiono zamienić ją na spółkę udziałową. I tu miłośnicy Łodzi i Warszawy powinni nadstawić uszu, albowiem do spółki, oprócz Łubieńskich, Stadnickich i Orsettich wszedł również niejaki Jan Gottlieb Bloch.

Był ci to pan wielce obrotny. Gdyby nie on, to z Łodzi do Warszawy chadzano by na piechotę, a tak - możemy sobie jeździć koleją po torze zbudowanym przez Jana Gottlieba Blocha. Warszawiakom natomiast wybudował Bank Handlowy i Warszawskie Towarzystwo Kredytowe, a z innej beczki także pierwszy w kraju Urząd Statystyczny. Był współtwórcą Politechniki Warszawskiej. Jako pacyfista z przekonań pisał przed I wojną profetyczne rozprawy naukowe na temat skutków przyszłych wojen - można taką przeczytać np. w książce "Bezbronne miasto - Łódź"- LINK. Był kandydatem do pokojowej nagrody Nobla w 1901 i współorganizował Międzynarodową Konferencję Rozbrojeniową w Hadze. 

Dobrzelin to nie była jedyna cukrownia jaką pan Bloch posiadał, a ilość zbudowanych przez niego linii kolejowych i towarzystw kolei żelaznej w jakich brał udział przyprawia o zawrót głowy.

Skoro i wypaśna cukrownia, to i wypaśny dwór. Postawił go pan Łubieński, a potem wraz z fabryką cukru przeszedł do majątku spółki. Po śmierci Jana Blocha mieszkała tu jego żona z rodziną. Potem wojna, okupacja, dwadzieścia osiem filmów o tym zrobiłem, zatem nie będę kręcił dwudziestego dziewiątego. W czasie wojny był we dworze szpital polowy, a za PRL szkoła i Rada Gminy. Potem wiele lat stał pusty, pamiętam go z tamtych czasów - smutek i nostalgia. Na szczęście chyba nadeszły lepsze czasy, bo Dobrzelin zyskał światłych prywatnych właścicieli, którzy remontują dwór, a przy tym udzielają się społecznie na rzecz gminy. Jeszcze Polska nie umarła, proszę Państwa!





Z Dobrzelina do Żychlina niedaleczko. Pierwsze na co się natykamy w Żychlinie to artefakt "Zakaz fotografowania". Nie można się powstrzymać, żeby tego nie sfotografować. Wisi na płocie fabryki "EMIT". To właśnie tutaj powstały dwa silniki elektryczne o mocy 550 koni każdy do torpedowej łodzi podwodnej "ORP Sęp", ino fabryka

piątek, 23 kwietnia 2021

Agro - Urbex. Część 1

 

Wstręciuch premier Morawiecki zabronił mi pojechać na Kasprowy Wierch. Świętą górę polskiego narciarstwa. To byłby wpis! Narty, śniegi, zima 1935, minister Bobkowski (wuj ulubionego pisarza Andrzeja Bobkowskiego) wizytuje w zamieci budowę kolejki linowej, ludzie targają piechotą całą konstrukcję górnej stacji na plecach, architekci projektują modernizm,  krytycy krytykują, a luxtorpeda pędzi do Zakopanego.

No ale premier powiedział - hola hola, panie Fabrykancie! Pandemia jest. Szlus. Żadnych luxtorped nie będzie. Została tęsknota za Tatrami i pięć dni zupełnie nikomu niepotrzebnego urlopu.

No i co tu robić z takim urlopem bez Zakopanego? No jak to co? Zwiedzać, zwiedzać, zwiedzać! Postanowiliśmy kolektywnie zrobić sobie turnus urlopowy w domu (pełne wyżywienie!) i zwiedzić niezwiedzalne.

Jak wiadomo w Polsce centralnej nic nie ma. O tym już pisałem. A im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było. Zajrzeliśmy do środka, na tyle na ile można najbardziej.

Gdzieś w środku mego środka
Jest takie dziwne miejsce
Nie daje mi zapomnieć żadnej chwili.

Czy na rolniczych pustkowiach i wygonach centralnej Polski jest w ogóle cokolwiek, oprócz ohydnych i chaotycznych obiektów współczesnej zabudowy, która raz jest klockiem polskim, raz modernistyczną willą, raz starą chałupą, a raz udawanym "dworkiem" o proporcjach wołających o pomstę boską, a raz sklepem GS przystawionym jak pięść do oka? Zdaje się że nie ma.
Przyznajmy to - Polska Centralna na pierwszy rzut oka nie jest jakaś śliczna, tak ogólnie...   No, właściwie, to ja bardzo Szanownych Państwa przepraszam, ale Polska Centralna jest trochę brzydka. To znaczy ona Miejscami jest nawet Coś Tam Jakby. Tak jakby czasem ładnawata, ale tak niezdecydowanie. Bez przekonania. Punktowo. A najfajniej, to jest wtedy, jak żadnych budynków nie widać (są takie miejsca np. objęte Naturą 2000). Wtedy to ładnie jest! Jak współczesny człowiek centralnopolski nic nie zbudował i nie zepsuł.
To Was zachęciłem do zwiedzania, prawda?
Ale nie jest tak do końca.

Żeby zobaczyć coś powalającego na równinach i pustkowiach Polski centralnej trzeba mieć Plan. A oprócz tego skłonność do ruin, reliktów, mikrych śladów, krzaczorów, zbyrów i pewną wewnętrzną odporność. Odpornośc na widok marnotrawionego dobra historycznego. Bez tego nic! (jak pisał Lem).

To co da się doskonale zwiedzać na centralnopolskiej prowincji - to dwory. Albo to co pozostało po nich. 

W 1939 roku na ówczesnych ziemiach polskich stało sobie 16 tysięcy dworów. W tym - uwaga - znaczna większość (ok. 12 tysięcy) w dzisiejszych granicach Polski. Szacuje się, że zostało ich dzisiaj 2800, z czego - uwaga uwaga - około 150 sztuk zachowało dobry stan, układ i walor oryginału (znaczy się poniżej 1% przedwojennego stanu posiadania). Około 2000 dworów jest w stanie ruiny, totalnego ogołocenia lub nieodwracalnej przebudowy. Tak piszą internetowe źródła. To ewidentnie wyliczenia szacunkowe, wyglądające dość arbitralnie, ale (wg mnie) bardzo niedokładne. Bardzo. Inne być nie mogą, proszę Państwa. Jak bowiem zakwalifikować fragment muru stojący w krzakach? Jako "istniejący dwór"? Czy też może "nieistniejący"? Przecież istnieje, choć pojutrze może przestać.
 
A jak zakwalifikować stan ogołocenia wraz z przebudową i odróżnić go od stanu oryginalnego? Gdzie jest owa nieprzekraczalna granica, za którą dwór przestaje być dworem, a staje się bohomazem krajobrazowym oszpeconym zmianami? Ino intuicja, wyczucie i dobry gust może nam to powiedzieć. Tabelek w exelu na to nie ma.

W ciągu pięciu dni widzieliśmy już wszystko. Obejrzeliśmy przy tem 41 dworów w stanach wszelkich (wypasiony, zdechły, przebudowany, istniejący ledwo albo wcale), 2 zamki (trzy, jeśli liczyć ten w Łęczycy), jedną fabrykę silników okrętowych do polskich łodzi podwodnych, jedną gorzelnię, dwa młyny elektryczne, jeden wodny i jedną (z najlepszych) stację kolei wąskotorowej pełną reliktów. Kościołów nie zwiedzaliśmy, sorry Winetou, nie było czasu. Pyknęło 1020 kilometrów. 
Te kilometry bardzo odróżniają centralną Polskę od Dolnego Śląska, w którym się ostatnio bywało - LINK. Tam zabytki stoją w każdej wsi stadami, tutaj się trzeba trochę najeździć i być zdeterminowanym, oraz wyczulonym na ślady podworskie, bo większość z nich jest pochowana po krzaczorach i istniejąca tzw. Ledwo. Ledwo ledwo. Jak pisał jednak Vonnegut - wystarczy obejrzeć tysiąc obrazów i już się nie pomylisz, który z nich jest dobry, tak i z dworami: ja, już od czasów studenckich, jako maniakalny wielbiciel zdechłych ruin, bezbłędnie wyłuskuję z pejzażu tzw "starodrzew dworski" i mogę ze 100% dokładnością powiedzieć gdzie powinien stać dwór. Inna rzecz, że w 50% przypadków dworu tam już wcale nie ma. Został sam starodrzew. To jest właśnie te 13 tysięcy nieistniejących dworów których brakuje w bilansie z 1939 roku. 

Dworów i rezydencji w Polsce było strasznie dużo, w porównaniu do Europy Zachodniej. W XVIII wieku odsetek szlachty w społeczeństwie wynosił u nas 10%, podczas gdy we Francji czy Niemczech było to 3-4%. Inna sprawa to zamożność owej szlachty. Szlacheckość często była tylko tytułem nadawanym przez króla albo sejm, a nie majątkiem, niemniej siedzibą rodową trzeba było się pochwalić, nawet gdy dochodzik marny i dupa goła. No to się budowało. 
W wiekach średnich trzeba było zabezpieczać tyły, zatem były to najróżniejsze wieże rycerskie, dwory obronne, przypominające małe zameczki, albo też wersja dla ubogich - dwór na kopcu. Do dziś nie zachował się niestety żaden oryginalny drewniany dwór na kopcu, były ci one otoczone często fosą i palisadą. Za to mamy sporo kopców po nich, rozsianych po całej Polsce, a w sporej części postawiono na nich nowsze budynki dworskie, takie w duchu XVIII czy XIX wieku, stojące na miejscu tych wcześniejszych.
Obronność dworów musiała się poddać na rzecz funkcji reprezentacyjnej, bo, niestety niestety, ubolewamy nad tym, artyleria się tymczasem rozwinęła i choćby najgrubsze mury - dało się harmatą zacną rozwalić. Zatem ich sens znowu wklęsł, jak pisał klasyk.

W jakim stanie są owe zabytkowe dwory? Chcecie prawdy? W większości strasznym. Ale malowniczym. Fotogenicznym wielce. Coś dla mnie. Nie przedstawię wam detalicznie wszystkich czterdziestu jeden dworów, plus kilku fabryk, młynów, bo musielibyście oglądać ten wpis do jutrzejszego wieczora. Przelecimy tylko po łebkach i opiszemy te, które jakkolwiek wyróżniają się spośród ogółu i dają do myślenia.  Na końcu zamieszczę spis, a może i jakie mapki, jak Google pozwoli. Ogólnie rzecz biorąc zwiedzało się te dwory północno - wschodniej części województwa łódzkiego, jakby to obcy kraj był, choć swojski. Po prostu na ogół  poświęca się za mało czasu na to co bliskie. Tym razem się udało. I to jak! Wszystko dzięki premierowi.

Któż to tak śnieżkiem prószy z niebiosów?
Dyć oczywiście pan wojewoda;
módl się, dziecino, z całą krainą -
niech Bóg mu siły doda;
śnieżku naprószył, śnieżek poruszył
dobry pan wojewoda.

A któż na szybach maluje kwiaty,
czy mróz, czy mróz, dziecino?
Nie, to rączuchną dla siebie, żabuchno,
starosta ze starościną;
srebrzyste prążki, listki, gałązki
dla ciebie, dziwna dziecino.

A któż te śliczne zawiesił sople
za oknem u okapu?
Czy może także mróz niedobry
swą fantastyczną łapą?
Nie, moje złoto, to referenci,
podkierownicy, nadasystenci
nocą nie spali, hurra! wołali,
sople poprzyklejali.

               (cytat)

A! No i ja bardzo chciałem przeprosić Szanownych Czytelników, że Fotodinoza a się zamieniła ostatnio w blog krajoznawczy, no ale co ja poradzę, w krzaczory mnie ciągnie i w motoryzację (kto chce, niech zajrzy na fejsbuczka Motodinozy, można oglądać i bez przynależności do socjal-mediowych portali - LINK).

No to wsiadamy i jedziemy.

Na wstępie pierwszy krzaczor, widoczny wprost z drogi krajowej nr 91, czyli "starej jedynki" na obwodnicy Ozorkowa. Zawsze się go mijało mimo i to mimo tego, że jacyś pociotkowie mojego Dziadka kiedyś ten obiekt zdaje się posiadali. Ale kiedy to było, panie dziejku! Sto lat temu, może trochę mniej, bo z dzieciństwa pamiętam. Młyn stoi, choć już ledwo ledwo, nie działa od lat. Rzeka płynie i się marnuje.


Ozorków

Ozorków

Na wyciecze bardzo ciekawe okazały się te obiekty, które się wcale na takie nie zapowiadały. A jednym z najciekawszych była spotkania zupełnie nieplanowanie Kalinowa.

Kalinowa.


Kalinowa.

Czytaj więcej po kliknięciu "czytaj więcej"