wyświetlenia:

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sprzęt fotograficzny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sprzęt fotograficzny. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 grudnia 2020

Panta rhei. Dziwna historia Kodaka.


No więc tak: Jak w XIX wieku robiło się zdjęcia w plenerze? Trzeba było wziąć ze sobą ciemnię. Bez tego ani rusz. 

Do lat osiemdziesiątych tegoż XIX wieku robiło się zdjęcia na mokrym kolodionie. Mokrym, bo on był mokry. Musiał być, jeśli chcieliśmy mieć zdjęcie. Tuż przed otworzeniem migawki trzeba było w ciemni stworzyć sobie materiał na jakim miała powstać fotka. Robiło się to pokrywając szklane płyty kolodionem. Co to jest kolodion? To nitroceluloza rozcieńczona eterem etylowym plus alkohol etylowy, ewentualnie w połączeniu z acetonem i izopropanolem. Znaczy się i napić się przy okazji można było, o ile wzięło się właściwy rozcieńczalnik i mieszało wszystko na miejscu (tylko nie próbujcie robić tego z acetonem. W ogóle lepiej nie próbujcie). Po eterze też można mieć porządny odjazd, był to od połowy XIX wieku często używany środek odurzający, dość ryzykowny w użyciu, ale tani i powszechny. W dwudziestoleciu międzywojennym eteromania była dość poważnym problemem na polskiej prowincji.

 Nic dziwnego, że te podejrzane miszkulancje wzmagały twórczą kreatywność pierwszych fotografów. Kolodion do fotografii musiał zawierać związki srebra, żeby coś tam się naświetliło, oraz parę innych jeszcze substancji dodawanych dla stabilizacji i wzmocnienia efektu. Teraz - uwaga, uwaga! - żeby obraz mógł powstać na naszej szklanej płycie należało zdążyć ze wszystkim, włącznie z wywołaniem go, zanim nasz kolodion zastygł i stężał na szkle!

Wyobraźcie sobie to poświęcenie fotografów. A przy okazji zważcie ile fantastycznych estetycznie i technicznie zdjęć zostało zrobionych do lat 80. XIX wieku. Zapewniam, że mnóstwo. Weźmy na przykład takiego Nadara, o którym pisało się na Fotodinozie TUTAJ., albo wspaniali bracia Alinari, o których jest wpis TUTAJ. Każdy z owych starych mistrzów musiał uwijać się jak w ukropie, całkiem po ciemku i w okropnych oparach chemikaliów, żeby osiągnąć ten efekt. Szacunek.

Jechalibyśmy na tych szklanych mokrych płytach do dziś, gdyby nie pan doktor medycyny Richard Leach Maddox, który lubił się bawić chemikaliami i materiałami i wynalazł suchą płytę, opartą na żelatynie. Sucha płyta rozpoczęła epokę powszechnej komercyjności w fotografii (nie wiadomo, czy się cieszyć, czy płakać). Sucha płyta bromowo-żelatynowo-srebrowa była pierwszym materiałem, który nie wymagał przygotowania na miejscu, a więc nie dość, że można było go przechowywać to jeszcze z powodzeniem produkować i sprzedawać. To spowodowało, że do fotografii przystąpili amatorzy, bogaci co prawda, ale amatorzy. A nie ino wariaci odurzeni alkoholem i eterem naraz, fanatycy i maniacy uzyskiwania obrazu za wszelką cenę. Może i szkoda.

Sucha płyta weszła do sprzedaży, produkowana i konfekcjonowana przez firmy, najpierw brytyjskie, a trochę później amerykańskie. Jedną z nich założył niejaki George Eeastman w 1881 roku. Nie był pierwszy, ale działał prężnie i z rozmachem. Urodził się w okolicach Nowego Jorku w 1854 roku, niedługo później rodzina przeniosła się do Rochester w stanie Nowy Jork, gdzie mały George chodził na nauki, a jego tata założył szkołę biznesu. Niestety po śmierci ojca rodzinie nie wiodło się zbyt dobrze. Młody Eeastman wychowywany przez matkę musiał porzucić szkołę na rzecz pracy, żeby pomagać finansowo. Był gońcem, potem dostał lepiej płatną pracę jako urzędnik w banku. W 1877 zakupił zestaw do fotografii na mokrych płytach, żeby spróbować go na wycieczce na Santo Domingo. Podróż nie doszła w ogóle do skutku, ale Eastman, zainspirowany, zajął się opracowywaniem łatwiejszych metod fotograficznych i emulsjami światłoczułymi. Dwa lata później opracował specjalną maszynę do pokrywania powierzchni emulsją światłoczułą i uzyskał na nią patent. A w 1884 zastąpił szkło specjalnie spreparowanym papierem z dwuwarstwowym pokryciem żelatynowym tzw stripping filmem. Patent na ten wynalazek uzyskał wraz ze wspólnikiem, potem, gdy sprzedaż szła w najlepsze, odkupił go na własność za dużą sumę 40 tysięcy dolarów. Wkrótce Eastman zaczął konfekcjonować swój materiał w rolki, gotowe do włożenia do aparatu. Tylko jakiego aparatu?

Firma George Eastman Dry Plate Company, przemieniona na Eastman Dry Plate and Film Company, a potem Eastman American Film Company, w 1886 wypuściła swój pierwszy aparat, zwany Eastman Detective Camera, zbudowany niejako "wokół" swojego patentu na fotograficzną rolkę. Nie odniósł on zbyt wielkiego sukcesu. George Eastman przemyślał sprawę od nowa i dwa lata później wszedł na rynek nie tylko z nowym aparatem, ale i z nową filozofią fotografowania. Filozofią, która zmieniła świat. Jej hasłem reklamowym było sławne "You press the button, we do the rest". Tego wcześniej nie grali w tej branży. Czwartego września 1888 roku rozpoczęła się dzisiejsza era w fotografii - wtedy to Eastman uzyskał patent nr 388.850 na ułatwienie życia fotografującym.

Jak powiedział sam o tym: "Zaczęliśmy od idei uczynienia aparatu codziennym narzędziem. Chcieliśmy, żeby był równie poręczny jak ołówek".

Do nowego otwarcia Eastman wymyślił nową nazwę handlową - Kodak. Była to nazwa bez żadnego źródłosłowu. Miała dwa zadania: wpadać w ucho i odróżniać się od nazw wszystkich szacownych europejskich firm fotograficznych. Aparat nazywał się Kodak No.1 i był skonstruowany przez pana Franka A. Brownella. Tenże pan uznawany jest za jednego z najbardziej wpływowych projektantów w historii, kogoś w rodzaju Ferdynanda Porsche fotografii- jego aparaty nie tylko zrewolucjonizowały rynek, ale także zostały sprzedane nie tyle w milionach, co w setkach milionów egzemplarzy.




Kodak No.1 był drewnianym niewielkim pudełkiem z obiektywem, obciągniętym czarną skórą. Z frontu zamocowano obiektyw firmy Bausch& Lomb (o której pisało się na Fotodinozie - TUTAJ), o ogniskowej 57 mm i jasności f/9. Nie było żadnego wizjera - celowało się kierując w odpowiednią stronę całą skrzynkę aparatu, na wyczucie, żeby się nie pomylić na jego wierzchu wyrysowano dużą strzałkę w kształcie litery "V". Żeby zrobić zdjęcie należało wykonać jedynie trzy czynności - przewinąć film (na wierzchu aparatu licznik pokazywał numer kolejnej klatki), przygotować żaluzje migawki za pomocą pociągnięcia za sznurek, oraz wyzwolić migawkę naciskając przycisk.

Pierwszego Kodaka kupowało się za 25 dolarów (jakieś 1/10 ceny konkurencyjnych aparatów, dzisiejsze 500$) już załadowanego filmem. I teraz uważajcie fotografowie analogowi - można było na nim strzelić sto zdjęć! Wszystkie w formacie okrągłym. Sto zdjęć! Czymże jest, w porównaniu z Kodakiem No.1 nasze, znane większości, trzydzieści sześć klatek filmu! To był nokaut nie tylko dla wszystkich ówczesnych Kodakowi aparatów, ale i dla tych "współczesnych" aparatów, które niektórzy z nas do dziś używają. Okrągły format fotki był także wynalazkiem geniuszu. Dzięki temu wszystkie zdjęcia wychodziły dobre!


Ano tak. Skoro nie było wizjera w aparacie, to nikt nie mógł zagwarantować, że użytkownik będzie go trzymał w odpowiedniej pozycji, a zatem czy nie zrobi zdjęcia krzywo. No, ale skoro zdjęcie jest okrągłe... Sami rozumiecie. Przy okazji załatwiono wspaniale małą niedogodność, w postaci słabszej jakości obrazu w narożnikach jaki dawał obiektyw Bausch&Lomb.

Po zrobieniu następowała druga część fotograficznej roboty. Ta, którą robił Kodak. Odsyłało się do niego cały aparat, bez otwierania. Za 10 dolarów (w 1888 roku) wracał z odbitkami, ponownie załadowany filmem. U schyłku XIX wieku nowy pomysł Kodaka szybko zyskiwał na popularności jako gadżet, choć w tej cenie kosztował więcej, niż sięgały możliwości przeciętnego amerykańskiego robotnika. George Eastman nie powiedział jednak ostatniego słowa. Twórca Kodaka był znany ze swego perfekcjonizmu i woli bycia stuprocentowo solidnym przedsiębiorcą o ustalonej renomie, nawet kosztem zysku. Cena aparatu i jego obsługi wciąż taniała. 

Pan George Eastman ze swoim aparatem.




W 1897 pan Brownell zaprojektował drugie swoje wiekopomne dzieło - składanego

piątek, 7 sierpnia 2020

Jaki aparat analogowy Canon EOS? Top 7


Fotodinozaury wszystkich krajów - łączcie się!
Z mojej strony nastąpił wycof kompletny w materii śledzenia nowości sprzętowych, zająłem się ostatnio głównie śledzeniem XVI wieku w literaturze, a domem mym stało się międzywojnie, gdzie ci wszyscy Witkacowie i Boye Żeleńscy, oraz Luxtorpedy do Zakopanego latali. Niemniej czasem miło tak cofnąć się w przeszłość i odwrócić od przyszłości. Przeszłość jest fajna - stuprocentowo pewna i sprawdzona, w przeciwieństwie do przyszłości.
Może cofnąć się aż tak bardzo, że aż do fotografii analogowej?


Nikt już, zapewne, nie robi zdjęć analogowych, a jak robi, to dość często cofa się w przeszłość aż do aparatów manualnych, żeby było bardziej vintage, cool i retro. Jednakże aparaty Canon EOS, te na film, były od samego zarania bardzo sprawnymi narzędziami dla fotografa. Już nie mosiężno analogowymi, tylko plastikowo elektronicznymi, niemniej ku wybitnej przyjemności fotografowania były tworzone.
Z resztą - kto nam każe robić nimi dzisiaj zdjęcia? Przecie i bez robienia zdjęć można podniecać się tym, że leżą w szafie - kto bogatemu zabroni? Czy znany kolekcjoner Jay Leno, właściciel ponad 400 samochodów, jeździ nimi wszystkimi? Czasem może i jeździ, ale na ogół leżą w szafie stoją w garażu, zupełnie jak moje aparaty analogowe. Mimo to - cieszą, radością posiadacza.

Zbiór będzie subiektywny. To jasne. No obiektywny, to ja nie jestem.




Okres analogowych aparatów EOS to spory okres, od 1987 do 2004 roku, czyli siedemnaście lat, podczas których firma Canon wyprodukowała olbrzymie rzesze aparatów wszystkich poziomów zaawansowania, od pstrykadeł dla fotoamatorów po karabiny maszynowe dla fotoreporterów. Nie tylko karabiny maszynowe są interesujące.

Mój Top Analogów Canona nie jest ustawiony jako ranking. Czyli wcale nie od najgorszego do najlepszego. Każdy z tych sprzętów jest w pewien sposób interesujący i fajnie nim robić zdjęcia.


EOS IX - ozdoba na półkę




Na początek coś poza konkursem. Aparat który ma jedną podstawową wadę - nie można nim dziś robić zdjęć. Prawie. To znaczy, jak ze wszystkim, jak ktoś się bardzo uprze, to można. Ale jest ryzyko i drogo. Problem w tym, że EOS IX to aparat nie na "zwykłe" filmy 35mm, tylko na nieprodukowane już od lat filmy APS (Advanced Photo System). Można je kupić np. na Ebay, ale kosztują dużo, a ich ewentualna pełna sprawność może być wątpliwa, ze względu na ich wiek. Zatem - tylko dla ryzykantów.

Ale dlaczego na inne filmy?
A bo seria IX Canona miała być rewolucją, wraz z nowo opracowanym systemem filmów, współzaprojektowanych przez Kodaka i czołowych producentów aparatów. Filmy owe, posiadające pasek magnetyczny pozwalały nie tylko na naświetlenie emulsji, ale i na zapisanie danych. Dzięki temu można było: wyciągnąć nieskończoną rolkę filmu i bezpiecznie wstawić ją z powrotem, a aparat sam ustawiał ją na pierwszej wolnej klatce, ustalić inny niż standardowy format zdjęcia, np. panoramiczne, wstawić na fotkę jeden z kilkudziesięciu predefiniowanych napisów, albo już w aparacie ustawić liczbę żądanych odbitek. Nowoczesność w domu i zagrodzie to była! I realizowała marzenia paru pokoleń fotografów o swobodnym żonglowaniu filmami o różnych czułościach, albo zmianach z koloru na czarno- białe klisze i z powrotem.
EOS IX z otwartym pojemnikiem na film APS - tu bardzo się różnił od innych lustrzanek.

Niestety system APS nie realizował innych marzeń tych fotografów, mianowicie marzeń o jakości zdjęć, bo klatka APS była mniejsza niż klatka filmu 35mm. To, oraz nagły atak fotografii cyfrowej zwaliły z nóg system APS, który umarł cichutko w kąciku. Można poczytać o nim na Fotodinozie - TUTAJ

Pozostały po nim aparaty, w tym pierwszy najważniejszy EOS IX.
Czemuż najważniejszy?
Bo śliczny.
To najładniejszy aparat serii EOS, modernistyczny, najmniejszy w historii tego systemu, a do tego jeden z nielicznych pokryty metalową obudową. Wzornictwo tego sprzętu dało inspiracje dla paru innych, zupełnie niecanonowskich aparatów m. in. kompaktów Sony.

Parametry miał niezłe, jak na model amatorski, część wnętrzności wzięto prawdopodobnie ze średniej półki Canona, dedykowanej entuzjastom. Ale nie ma się co nad parametrami rozwodzić, skoro nie kupuje się go dzisiaj dla robienia zdjęć. Więcej o aparacie poczytacie TUTAJ


Dla amatorów              0/10                

Dla entuzjastów           1/10
Dla wariatów sprzętowych  8/10
Wygoda użytkowania        5/10
Trwałość                  8/10
Parametry techniczne      5/10
Rok premiery              1996

Co można rozważać zamiast? Wyciskacz do cytryn Starcka.

Opisywany szerzej na Fotodinozie:


EOS 650. Blisko klasyki.

Najstarszy i najmłodszy Canon EOS na film (650 i 300x).

To pierwszy aparat systemu EOS. Czy to coś znaczy? 
Znaczy.
Najprawdopodobniej najbardziej "vintage" z wszystkich aparatów Electro Optical System. Dość powiedzieć, że w pewnej części jest metalowy. Osiągami nie zachwyca, są na poziomie późniejszych amatorskich modeli. Zachwyca dwoma rzeczami - wizjerem, o wielkim powiększeniu i pokazującym pełny kadr, jakby był przystosowany do ręcznego ostrzenia (bo tak było w istocie). Prostotą i intuicyjnością obsługi - jest tam mało przycisków i pokręteł, bo też funkcji jest mało. Ten aparat mówi całym sobą - służę do zdjęć, a mój główny bajer to autofokus. Rzeczywiście - w czasie premiery był to nie lada cymes. Canon 650 ma pewne

wtorek, 7 kwietnia 2020

Aparat Colani i jego aparaty.



Luigi Colani Canon C.Bio 1982

Było cymbalistów wielu. Ale jak on zagrał - to wszyscy zaraz umilkli zadziwieni... A nie. To chyba umilkli strzelcy i stali szczwacze zadziwieni... Czy jakoś tak.
A imię jego: Luigi Colani.
Nie. To nie był fotograf. To był projektant wzornictwa przemysłowego. Facet który stworzył współczesne wzornictwo większości aparatów fotograficznych typu lustrzanka. Było to dość dawno temu, mianowicie w 1986 roku. Nikon zaczął w latach 80-tych współpracować ze znanym włoskim stylistą Giorgio Giugiaro (tym od Volkswagena Golfa i Fiata Punto), natomiast Canon ułapił na stypendium w szkole designu w Tokio Szwajcara Luigiego Colaniego. 
Można rozważać, jak wyglądałyby dzisiejsze aparaty Canona, gdyby ułapiono kogoś innego. Ale Colani był pod ręką i chętny.
O jego pierwszej, epokowej pracy dla Canona - manualnym modelu T90 pisało się już na Fotodinozie - do dziś z jego pomysłów czerpią projektanci kolejnych generacji canonowskiego sprzętu, zwłaszcza tego najcięższego kalibru - profesjonalnej serii "1".
Co prawda, dzisiaj epoka Colaniego kończy się powoli, wraz z powolnym zmierzchem klasycznego systemu EOS i rozkwitaniem systemu bezlusterkowego EOS-R. Prawdę mówiąc powinni moim zdaniem znowu zatrudnić jakiegoś Włocha czy Szwajcara, albo kogokolwiek ogarniętego, bo wszystkie nowe aparaty systemu EOS-R wydają się niekształtne, brzydkie i bez proporcji. W przeciwieństwie do T90.

Colani był wizjonerem wręcz wariackim, pracując wcześniej (za młodu) w przemyśle lotniczym, oraz zajmując się na co dzień tworzywami sztucznymi i kompozytami był propagatorem maksymalnie obłych, aerodynamicznych kształtów, z tendencją do szokowania.



Krzesło Colaniego 1968

Samochód Colaniego 1970


Luigi Colani i jego ciężarówka. Lata 80-te.

Luigi Colani i jego motocykl.

Od najwcześniejszych lat pracy inspirował się naturą i propagował coś, co dziś zwiemy bio-designem. Stronił od projektowania w komputerach (kiedy było to już możliwe) i stronił od używania linii prostych. "Kiedy projektuję formę przeznaczoną do dużych prędkości zastanawiam się zawsze jak zrobiłaby to natura. Jeśli wymyślam kształt, który ma być hydrodynamiczny - patrzę na rekina. 140 milionów lat rekin pozostawał bez zmian - czy to sukces?" - mówił w wywiadach. "Nie jestem projektantem, jestem rzeźbiarzem" - twierdził. Popularność zdobył w latach 70-tych, kiedy to nawet uzyskał własną kolumnę felietonową w niemieckim "Sternie", gdzie bez pardonu krytykował funkcjonalizm (między innymi Bauhaus) i przedstawiał własne szkice. Sam oczywiście także spotykał się z gruntowną krytyką, co oczywiście wcale nie przeszkadzało Szwajcarowi, ponieważ lubił przedstawiać się jako geniusz zapoznany. Prowadził własne studio projektowe i wypuszczał serie własnych, rozchwytywanych mebli, jednak jego ego, oraz bezkompromisowa i nieco gwiazdorska postawa nie ułatwiały pracy z firmami przemysłowymi. Przez długie lata żaden z jego projektów motoryzacyjnych nie doczekał się realizacji.
Najbliżej realizacji swoich wizji znalazł się, paradoksalnie w Japonii u Canona.
Colani zwykle szedł za głosem instynktu, trenując formy podsuwane przez wyobraźnię, od czasu do czasu poświęcając funkcjonalność na rzecz wyglądu. Tak działał w przypadku swoich prototypów, uzyskując czasami szokująco ciekawe efekty. W projektach produkcyjnych dla Canona musiał powściągać swe zapędy, bo i technika i marketing temperowały nieco jego fantazję - aparat musiał po części trafiać w przyzwyczajenia fotografów i być kuszący, ale nie drastycznie inny od tego co znali.






Egzemplarz ekspozycyjny Canona T90 pokazujący wnętrzności i ich rewolucyjny układ - m.in. baterie w uchwycie pionowym, oraz trzy osobne silniki do obsługi napędu, lustra i migawki.

T90 wyznaczył funkcjonalne ścieżki dla Canona (i innych) na następne 30 lat - postęp elektroniki spowodował też wyraźne zmiany w funkcjonalności sprzętu - to co dawniej musiało być

piątek, 17 stycznia 2020

Top 10+ wiekowych obiektywów Sigmy wartych rechipowania



Bonżur mesje i medame. Że wule wu prezęte le gam de obżektif Sigma de milnef są katrowę-dis truła.
Znaczy się Fotodinoza będzie nieco truła o obiektywach Sigma z roku 1993-go. I o przeszłości też.

Ponieważ przez ostatnie parę lat zajmowaliśmy się wyszukiwaniem wiekowych obiektywów Sigma, które nie współpracują z cyfrowym Canonem, potem wyszukiwaniem cyfrowych Canonów, które jednak współpracują z Sigmami sprzed potopu, a potem zajęliśmy się rechipowaniem tychże obiektywów, tak żeby działały jak nowe- nabrało się troszkę doświadczenia i może się stworzyć coś w rodzaju Top Ten szkieł Sigmy, które warte są rechipowania do Canona EOS. Oraz warte grzechu.

Nabywca tych obiektywów, oprócz default'owego braku współpracy z Canonem za wyjątkiem pełnego otworu przesłony (który można naprawić przez zmianę elektronicznego chipa) musi się liczyć z następującymi mankamentami:

-starość nie radość- one mają 25 lat.
-dają one o wiele gorszy kontrast zdjęć niż współczesne obiektywy i dużo gorzej pracują pod słońce. Powłoki przeciwodblaskowe zrobiły od tamtej pory wielki postęp i pokrywa się nimi soczewki z obu stron, a kiedyś tylko od frontu.
-autofokus na ogół znacznie ustępuje dzisiejszym konstrukcjom. Jest dużo wolniejszy i mniej celny.
-jakość obrazu na brzegach dopiero od niedawna osiąga to czego życzyliby sobie fotografowie. Kiedyś inżynierowie mieli na to wyjechane, chyba że projektowali coś bardzo drogiego. Sigmy były dość tanie.
-podobnie dystorsje (zagięcia linii prostych znajdujących się przy brzegach fotografowanego obrazu). Powiem wam po cichu: one falują.
-winietowanie (ściemnienie brzegów obrazu) w starszych obiektywach na ogół jest większe niż dziś. Dla mnie to zaleta. A nawę duża zaleta.
-wady chromatyczne w niektórych starych obiektywach wołają o pomstę do nieba. A bóg widzi i nie mści. Na zdjęciach strzelanych niegdyś na filmie nie było tego tak widać jak na cyfrówce.
-części zamiennych do tych obiektywów brak. Nul. Zero.

Kto chce jeszcze więcej dowiedzieć się na temat kupowania obiektywów używanych może zerknąć do poradnika Fotodinozy opisującego Czy i Jak kupować- LINK. Kto chce się dowiedzieć na temat kompatybilności Sigmy i Canona- może przeczytać obszerne i przegadane Kompendium Kompatybilności-LINK .

Sigmy dają się dzisiaj rechipować, co nie jest darmowe, ale w miarę niedrogie. Chipy do Canona EOS produkuje manufakturowo pan Jiři Otisk z pobliskich Czech. Kontakt do firmy: https://www.btv.cz/adresa

Zatem ad rem.




1. Sigma AF 70-210mm f/2,8 (najlepiej- APO)

Jeden z pierwszych, obok Tokiny 80-200, konkurentów dla reporterskich zoomów Nikona, Canona i Minolty (kto wie, co to była Minolta - ręka w górę). Zawsze oceniana o stopień niżej niż liderzy, ale też zawsze była dużo tańsza. Solidnie zbudowana, ostrością w centrum kadru nie ustępowała najlepszym, można się było przyczepić co najwyżej do brzegów. W porównaniu do ówczesnych zoomów firm "markowych" Sigma miała dużo wolniejszy i bardziej zawodny autofokus i słabsze zachowanie pod światło. To był taki trochę profesjonalizm dla pełnych półprofesjonalistów. Obiektyw 70-200 u Sigmy był produkowany w licznych kolejnych wersjach - można się doliczyć do dzisiaj aż 9 modeli. Te najstarsze są dzisiaj rzadkością, a im młodsze, tym bardziej zbliżają się jakością do najlepszych zoomów na rynku. Niestety również zbliżają się ceną. Najstarsze 70-200, nie współpracujące z Canonem na pełnej przesłonie są czasem do kupienia za niewielkie kwoty, można się nimi interesować, jeśli mają napis "APO" na obudowie, co oznaczało lepszą jakość obrazu, dzięki soczewce apochromatycznej. 

Nie ma jakiegoś wielkiego sensu kupowanie tego obiektywu, zamiast np. nowszych wersji DG HSM, albo zamiast Tamrona 70-200, chyba że jest bardzo tani, co się czasem zdarza.


Zalety
-dobra jakość obrazu w centrum kadru, przyzwoita na brzegach
-solidna budowa, niemal całkowicie metalowy.
-na ogół znacznie tańszy niż wszystko co podobne.

Wady
-wolny, czasem omylny autofokus, do reporterki w dzisiejszym rozumieniu - słaby.
-kontrast spada mocno pod światło, widać bliki.
-wady chromatyczne wyraźniej widoczne niż we współczesnych konstrukcjach.


Nadaje się: Na pełną klatkę- bardzo dobry
Na małą matrycę APS-C - bardzo dobry.

Z Nikonem, Sony, Pentaxem nie powinien sprawiać kłopotów, tyle tylko że w tych wersjach będzie droższy.

Na Fotodinozie był opis wszystkich wersji 70-200 Sigmy - LINK.
Popularność: W tej wersji bardzo rzadka.

Własności użytkowe w porównaniu do współczesnych
obiektywów o tej ogniskowej: ⬛ ⬛ ⬜ ⬜ ⬜


Czy warto rechipować: ⬛ ⬛ ⬜ ⬜ ⬜






2. Sigma AF 21-35mm f/3,5- 4,2.
Hipsterskie szkło, zarówno pod względem kształtu, dostępności jak i użytkowania. Kloc jakich mało z potężną, niespotykaną w zoomach stałą osłoną przeciwsłoneczną z metalu. Wielki i ciężki, z żelaza, stali (cytat). Lepiej nie dostać nim po głowie. W czasie debiutu najszerszy zoom autofokus świata. 

piątek, 6 grudnia 2019

Najstarsze obiektywy do Canona EOS. Sentymenty.



Ciekawe rzeczy, nikt nie zaprzeczy. Zanim Canon EOS został tym zawodowym pełnym profesjonalistą, którego białe lufy celują dziś w najważniejsze wydarzenia sportowe i reporterskie, zaczynał jako pełny półprofesjonalista. Taki zaawansowany amator. 
Wcześniej, w czasach manualnych zawsze był troszeczkę numerem dwa, za Nikonami, które ewidentnie były najbardziej wszechstronne ze swoją nieskończoną gamą sprzętów, obiektywów, lamp i akcesoriów. U Canona manualnego też było fajnie, ale nie aż tak jak u Nikona.
Projektując system EOS Canon miał w planach pokonać swojego rywala, zmienić reguły gry i zostać najlepszym.
Reguły gry zostały zmienione poprzez całkowite zerwanie z poprzednim mocowaniem obiektywów, całkowite zerwanie z mechanicznym połączeniem pomiędzy aparatem a obiektywem i zastosowaniem automatycznego ostrzenia. Za tę rewolucję dawni użytkownicy poprzedniego canonowskiego systemu manualnego obrazili się śmiertelnie - ich sprzęty "przestały być wspierane" niczym Windows 7 i na żadne nowe obiektywy i akcesoria firmowe nie można było już liczyć. Był to ewidentny strzał w stopę. Ale strzał oddany po to, żeby odrzutem wypchnąć Canona (z przestrzeloną stopą) do góry.
Dziwię się, że inżynierowie Canona poszli na tak odważny i z początku krytykowany ruch - wierni użytkownicy, wieczni klienci na kolejne produkty, to rzecz niezwykle cenna - a Canon ich olał zupełnie. To, że sprzedając aparat sprzedaje się klientowi również swój system i zyskuje potencjalnego wiernego fana wiadomo nie od dziś - między innymi dlatego najtańsze aparaty systemowe są w tak niewielkiej, w porównaniu do wyższych modeli, cenie. Pomimo, że ich funkcjonalność nie jest w żadnym wypadku dwukrotnie gorsza, jak wskazywałby paragon. 




W 1987 roku Canon jednym ruchem skasował sobie spore źródło dochodu, jakie stanowili posiadacze systemu manualnego. Obiektywy starego typu FD, o ile się orientuję, przestały być produkowane jak ucięte nożem w 1987 roku, a całą parę skierowano na nowe konstrukcje z autofokusem.
Musieli być, ci inżynierowie, zupełnie pewni swojego przyszłego sukcesu.
Pierwsze co wypuszczono na rynek to aparat dla zaawansowanego amatora, Canon EOS 650, już na Fotodinozie opisywany. Zrobił on wspaniałą robotę, ponieważ był wspaniały. Jak wiadomo - tanie wino jest dobre, bo jest tanie i dobre. EOS 650 może nie był bardzo tani, ale był niesamowicie dobry, jak na tło konkurentów w którym to tle startował.

piątek, 29 listopada 2019

Fotodinoza wyprzedaje precjoza. Aukcje Fotodinozy.


A teraz coś z zupełnie innej beczki.
Nie wygrałem aukcji z Allegro. Chociaż dawałem za aparat całe 34 złote, niestety zostałem przebity. I to osinowym kołkiem. Za to wygrałem inny aparat za 25 złotych, który mógł być niedobry (był sprzedawany jako niesprawdzony, bez baterii), ale okazał się dobry, a nawet bardzo dobry. Bo to bardzo dobry aparat przecież jest - pierwszy Canon EOS z roku 1987. Miał być o nim wpis, do kompletu z tym drugim, niewygranym.
W związku z przegraniem niewygraniem powstała jednak pewna idea, żeby przewietrzyć magazyny Fotodinozy, które piętrzą się już warstwowo.
Otwórzmy więc ich drzwi
Zajrzyjmy im do wnętrza
Gdzie wiele różnych spraw
Nawarstwia się i spiętrza
(cytat)
Pozwoli to zebrać fundusik, a nawet kapitalik na jakieś inne głupie zakupy, które będziemy opisywać sukcesywnie.
Bo ja proszę pana zawsze byłam bardzo sukcesywna, we wszystkim co robię. (cytat - Vinci)

Na początek sprzedawane obiektywy, a poniżej ględzenie na tematy sprzętowe, optyczne i psychologiczne.

Sprzedajemy oto:

Voigtlander 28-105mm f/2,8-3,8 do Canona, 347,- zł do negocjacji.
Tutaj link do aukcji - LINK


 Można nim robić takie zdjęcia:



Canon 35-105mm f/3,5-4,5 , 377,- zł do negocjacji
Tutaj link do aukcji - LINK



Można nim robić takie zdjęcia:



Loreo "Lens in a Cap" obiektyw efektowy - pinhole z soczewką do Canona, 87,-zł do negocjacji, ale małej, bo mało.
Tutaj link do aukcji - LINK



Można nim robić takie zdjęcia:



Wężyk spustowy do Canona EOS, dobry na prezent dla fotografa ;) , 24,- zł do negocjacji.
Tutaj link do aukcji- LINK




Wszystkie one działające, sprawne i żywe.

Dlaczego sprzedaję te obiektywy? Oczywiście mam ich za dużo, ogniskowe dublują się (i tęczują w oczach), a przy tym - wszystkie są zoomami. A ja postanowiłem zostać pełnym półprofesjonalistą i w większości robię ostatnio zdjęcia obiektywami stałoogniskowymi. Tę bazę będziemy powiększać, kosztem nadbudowy.

Przydałby się, oczywiście do tego

piątek, 15 listopada 2019

Dotknąłem prehistorii. Sony Digital Mavica na dyskietki 3,5 cala


Nadeszła wiekopomna paczka.
Na początku pomyślałem, że to winko. Lubię winko, zwłaszcza primitivo z Salento.



W środku była drugie pudełko. Pomyślałem, że to buty. Lubię chodzić w butach.
Dopiero po otwarciu okazało się, że są to przedpotopowe aparaty fotograficzne. Te to dopiero lubię!




Niektórzy mogą podniecić się przedwojennym Rolleiflexem, albo mieszkowym Kodakiem, niektórzy piszą książki o Systemie Nikon, szacownym, znanym od stu lat przedsiębiorstwie z wielkimi tradycjami. Jak to porównać do aparatu z roku 1997, w którym królował plastik fantastik, a elektronika wypełniała go po brzegi?

A jednak.




Niewątpliwie jest to jeden z wcześniejszych cyfrowych aparatów świata. Jeden z pierwszych sprzedawanych zwykłym ludziom, całkowicie i naprawdę cyfrowych aparatów - zapisujących zdjęcia za pomocą ciągu zer i jedynek, jako jpg, znane nam do dzisiaj i zrozumiałe dla komputera. 
Zapisujące, tylko na czym?
Myśląc o tym aparacie, nie mogę nie myśleć o postępie technicznym i zmianach, jakie obserwowałem w ciągu swej życiowej egzystencji, a umówmy się, dla mojego komfortu - nie jestem jakoś strasznie stary. Jestem młody i wesolutki. Wręcz czuję, że mam nadal to samo podejście do świata, jakie miałem, będąc w wieku 16 lat. Wy też tak macie? 
Niestety trudno mi to wszystko ogarnąć rozumem, patrząc na Sony Mavica MVC-FD5. On zapisuje swoje jpg-i na dyskietkach 3,5 cala. Ostatni komputer czytający takie dyskietki wyrzuciłem z 10 lat temu.

Co tu robią bryczesy wuja Eugeniusza? Ostatni koń, na jakim jeździł wuj Eugeniusz umarł bezpotomnie trzydzieści lat temu! (cytat)


Po drodze, od czasów dyskietek były jeszcze płyty CD, potem płyty DVD-R, potem pen drivy, a potem trzymanie wszystkiego w burzowej chmurze. Na tę ostatnią innowację, przyznaję szczerze, nie załapałem się.

Niemniej, dzięki wiernemu czytelnikowi Fotodinozy - Benny'emu trzymam w rękach ponaddwudziestoletni aparat, będący kamieniem milowym fotografii, który, na pierwszy rzut oka mogę sobie jedynie polizać jak cukierek przez papierek. ZNACZNIE dotkliwiej jest on oddzielony od dzisiejszej współczesności, niż byle przedwojenny Rolleiflex, do którego za rogiem mogę sobie natychmiast kupić film typu 120. Wystarczy mieszkać na odpowiednim rogu - LINK.
Na szczęście Benny dostarczył w komplecie dyskietkę.
Na nieszczęście, nie mam jej na czym odtworzyć.
No cóż, może jakoś się przełamie te problemy techniczne.




Krótka historia cyfrowego paleolitu.


Sony Mavica MVC-FD5 jest jednym z długiej linii aparatów cyfrowych lub quasi-cyfrowych firmy Sony. Powiedzmy aparatów dających zdjęcia elektroniczne. Linii zaczętej w 1981 roku prototypem Mavica, określanym jako pierwszy elektroniczny wideo-aparat świata. W kontekście tego aparatu nie pada jeszcze słowo "cyfrowy" (digital), ponieważ był on de facto kamerą wideo, z umiejętnością rejestrowania zatrzymanego obrazu o jakości zdjęciowej, zapisującego owe obrazy w sposób analogowy (a więc nie jako ciąg zer i jedynek i nie jako jpg) na dyskietkach 2 calowych. Można je było oglądać na ekranie telewizora, tak jak filmy z kamery. Prototypem owej Mavici (Magnetic Video Camera) Sony chwali się niekiedy jako pierwszym aparatem cyfrowym świata, ale chwali się nieco na wyrost.


Prototyp ów, z 1981 roku, nie był sprzedawany, a jedynie zademonstrowany na targach Photokina. Nie był też aparatem cyfrowym w dzisiejszym rozumieniu. Niemniej ów słynny prototyp z 1981 roku był ostrogą w bok, ciosem znienacka i pałką w łeb dla wszystkich konkurentów firmy Sony. Dzięki temu prototypowi zaczął się szaleńczy wyścig wszystkich producentów elektroniki o to, kto zaproponuje pierwszy SPRZEDAWALNY masowo aparat.

Sprzedawalne jednostkowo były już wcześniej, sprzedawalne rządom Stanów Zjednoczonych, CIA lub innej NASA, budowane na uczelniach aparaty eksperymentalne też już były wcześniej. Chodziło o Produkt. Produkt do sklepów, i to taki, żeby na nim nie wtopić.

Najpierw na rynku pojawiły się still-video camery, oparte na konstrukcji wideo i zapisujące zdjęcia analogowo. Sony Maviki razem z Casio i Canonem były jedne z pierwszych, pod koniec lat 80-tych. Wszystkie przeznaczone do użytku domowego, jako aparaty współdziałające nie z komputerem, tylko z telewizorem. Tymczasem następowała szybka i postępująca szeroką falą komputeryzacja społeczeństwa, wszystkie te Amigi, Commodore i wczesne IBM-y schodziły do ludu. Kodak w tym czasie zaczął już robić coraz tańsze (co oznaczało, że nie trzeba było sprzedawać dwóch nerek, tylko jedną), w pełni cyfrowe i produkujące komputerowe pliki lustrzanki. 

Komputery i zdjęcia cyfrowe okazały się lepszą, bardziej nośną ścieżką od eksploatowania techniki wideo - telewizyjnej. W tę stronę skręcili wszyscy producenci. W tym Sony.

Przyjrzyjmy się bliżej artefaktowi.


Otóż Mavica MVC-FD5, którą trzymam w łapkach jest pierwszym u firmy Sony w pełni cyfrowym aparatem. Sygnał z matrycy CCD jest zamieniany w nim na ciąg zer i jedynek i tworzy pliki komputerowe, które można zrzucić na twardy dysk.

Jak się ma napęd dyskietek, oczywiście.

Cofnijmy się zatem do roku 1997 i zobaczmy, jak się wtedy robiło cyfrowe zdjęcia. A robiło się ciekawie.







Pierwsze pytanie: jak pozycjonowany był ów aparat, bo w tym samym roku 1997 Kodak sprzedawał swoją lustrzankę cyfrową DCS 520 za 15 tysięcy dolarów, a sześciomegapikselową DCS560 za 30 tysięcy. Były to ceny, które zdolne były płacić duże redakcje gazetowe i wzięci profesjonaliści, ale z pewnością nie przeciętny fotograf. Gdzie zatem w tym wszystkim Sony Mavica?

Mavica była przy Koadakach aparatem dla amatora. Kosztowała

niedziela, 29 września 2019

Jak się zostaje nałogowym Nikonowcem

Otóż znany nestor fotograficzny, autor książki "Tradycyjny i cyfrowy Nikon system", pierwszej w Polsce książki - monografii fotograficznego producenta - Marcin Górko napisał na Fotodinozę wpis gościnny. I to wpis osobisty. Szanowny Pan Marcin jest najprawdopodobniej największym w Polsce znawcą nikonowego sprzętu, a przy tym obywatelem opanowanym manią kolekcjonerską. To cenne. Zgubne, ale chwalebne.
Wywiad z Marcinem, na temat jego książki i pracy dziennikarskiej w latach dziewięćdziesiątych w "Foto-Kurierze" przeprowadziłem jakiś czas temu na Fotodinozie - LINK.  Teraz oddaję pole relacji autora:

Jak się zostaje nałogowym nikonowcem, czyli uzależnienie od nikotyny to nic, w porównaniu z uzależnieniem od Nikona.
.




 Będzie to historia wesoła i smutna. Wesoła, bo nikt nie zginął a i rodzina powiększała się sukcesywnie; smutna, bo pokazuje samotną walkę naszego bohatera z przeciwnościami losu, pokazuje jego dążenie do celu, które – aż konsekwentne – nie było wcale proste ani łatwe. 
To był deszczowy dzień na początku marca. Pisząc dokładnie, był to 8 marca, jeszcze dość głęboko w poprzednim tysiącleciu. Tego dnia w jedynym słusznym komisie fotograficznym w Łodzi byłem umówiony na odbiór Nikona FM-2n. Wówczas definitywnie zakończyłem epokę systemu Praktica PB i – jak to się teraz mówi i pisze – „przesiadłem się” na Nikona. Gdy lekko drżącymi rękoma pakowałem korpus „eFem-dwójki” do torby, sprzedający życzył mi abym poniżej Ilforda nie schodził oraz abym jak najszybciej kupił sobie „stopiątkę dwa i pół”. Hm, łatwo powiedzieć: „kup sobie 105/2,5!”. To z pewnością było szczere życzenie i poparte dobrą znajomością tego obiektywu, ale w roku 1993, gdy nie istniały fora internetowe, google, ebay i inne współczesne temu podobne dobrodziejstwa, nie tak łatwo było dowiedzieć się czegoś o tym obiektywie. Ponieważ możliwości finansowe nie były szczególnie sprzyjające, nie zastosowałem się do dobrej rady „wujka Darka”, przynajmniej nie od razu… Kilka miesięcy później, już latem, wraz z moim FM-2n, Nikkorem 50/1,4 i Sigmą 24/2,8 którą Jego Ekscelencja Fabrykant raczył już opisać, pojechałem na praktyki studenckie do Szwajcarii. I postanowiłem sobie, że tam zastawię sidła na owego Nikkora 105/2,5. 
Jak myślałem tak zrobiłem – regularnie patrolowałem komisy foto w Zurychu i pewnego dnia w jednym z nich zobaczyłem stojące obok siebie dwa niepozorne Nikkory: 105/2,5 i 135/3,5. Czas więc na bliższe poznanie ich - po kilkunastu minutach „degustacji” postanowiłem kupić…tego niewłaściwego, czyli 135/3,5. O tym wyborze zdecydowała wcześniejsza sympatia do ogniskowej 135mm (jeszcze z czasów Zenita i Prakticy), nieco dłuższa ogniskowa no i co tu ukrywać: niższa cena…. Ową stotrzydziestkąpiątką zrobiłem sporo dobrych – tak mi się przynajmniej kiedyś wydawało - zdjęć i nie było powodu, by na nią narzekać. Mityczna stopiątka dwa i pół pozostała gdzieś tam w głowie, cichutko szepcząc do ucha: „i tak mnie kiedyś kupisz”, a ja zakupowi stawiałem zacięty opór i byłem szczęśliwy z  triem stałek 24+50+135, do których dołączył też zoom 28-85, żeby było śmieszniej w wersji AF….. Ale ten cudowny stan równowagi nie trwał niestety długo: trafiła się okazja kupić Nikkora 200/4 i okazało się, że 135/3,5 jest trochę za długi i trochę za ciemny. Nie musiałem długo myśleć czym go zastąpić… Postanowiłem pojawić się na giełdzie fotograficznej w „Stodole” i zamienić siekierkę na kijek. Ku mojej radości okazało się, że na jednym ze stołów leniwie wyleguje się obiekt moich westchnień, jeszcze bardziej ucieszyłem się, że sprzedający był skłonny w rozliczeniu przyjąć mojego 135/3,5. Trochę mniej mi się podobało, że to ja musiałem dopłacić, no bo gdzie tu logika: płacić więcej za mniejszą ogniskową? Sprzedający – stary wyjadacz –  uświadomił mnie, że właśnie zamieniam zwykły amatorski ciemny teleobiektyw na legendarną portretówkę Nikona.
.


Tak więc targu dobiliśmy a ja miałem świadomość, że zastosowałem się do sugestii otrzymanej w dniu zakupu FM-2n. Z moim 105/2,5 – którego nota bene mam do dzisiaj – polubiliśmy się bardzo: ja o niego dbałem i czytałem mu bajki przed snem, a on pokazywał mi, że równie dobrze sprawuje się w fotografii ogólnej, portrecie, że z pierścieniami pośrednimi daje świetne rezultaty w makrofotografii a i nocne niebo na odpowiednim montażu też da się nim z dobrymi rezultatami zrobić. I sądziłem, że osiągnąłem optyczne ZEN, ale niestety nie było mi dane zaznać spokoju.