sobota, 19 sierpnia 2017

Kloaka grafomaniaka (cytat) + Mylne Powidoki.

Dawno na Fotodinozie nie było żadnych grafomańskich i nihilistycznych wierszy. Może nawet bardzo dawno. Może nawet nigdy. No to będą zatem. Twórczość własna (ego! ego!). Użytek własny.




Jestem jak mięso oddzielane mechanicznie z kurcząt
Jestem jak pershing po opuszczeniu wyrzutni
Jestem jak łódeczka z kory na środku Białego Dunajca
Kiedy i tak wiadomo, że to co na końcu- 
                   to co najwyżej Zatoka Gdańska.
















Zjadam świat
A świat zjada mnie.

















I żeby nie zostawiać Was w tym ponurym i grafomańskim nastroju, zostawiam Was z Mylnymi Powidokami:




















I to by było na tyle (cytat)


Fabrykant


P.S. Ze względu na okres wakacyjny, oraz internet który nie działa mogą nastąpić przerwy w dostawie nowych wpisów. Ale może nie nastąpią. Z góry przepraszam.

P.S. II "Kloaka grafomaniaka" to rubryczka z jednoegzemplarzowej gazetki wydanej przez Krzysztofa Gol'a jakieś dwadzieścia lat temu. Czy ileś tam dzieścia. Kradnę ów tytuł, niniejszym.

wtorek, 8 sierpnia 2017

Traktat o lojalności. "Firma" (1993)- recenzja.


Ja tego zupełnie nie wiedziałem, że Sydney Pollack jest jednym z moich ulubionych reżyserów. Dopiero po czasie się o tym dowiedziałem.
"Trzy dni Kondora", kultowa wręcz klasyka, jeden z pierwszych filmów poddających w wątpliwość dobre intencje służb rządowych USA, zamykających słodkie lata niewinności zakończonych zabójstwem Kennedy'ego. A przy tym klasyka trzymająca w napięciu i potrząsająca widzem, który utożsamia się z głównym bohaterem wrzuconym w macki państwowej ośmiornicy wywiadu.
Ech i jeszcze młody, niesamowicie energiczny i przykuwający uwagę Robert Redford, wspaniale wiarygodny i pokonujący trudności za pomocą intelektu. A może i przeczytanych książek. Chciałoby się tak za pomocą lektur pokonywać C.I.A., albo choć Inspekcję Transportu Drogowego.

"Trzy dni Kondora" to uznany klasyk, wiele razy opisywany i nagradzany. Jednak jest pewien inny film, który ostatnio obejrzałem będąc na studiach. Dość dawno to było.

Tam chodziliśmy na sanki
W weekendy i dzień powszedni
Tam gdzie teraz banki i skład mebli.
A było tak wspaniale. Tak tęsknię za tym,
I nawet jak się załamałem na koloniach karate
I jak na imprezie wyrzygałem pierwsze wino
Czas mierzę od tamtych praktyk
Dawno to było.

     Afrokolektyw

Obejrzałem ten film wtedy ze Współfabrykantą i szalenie spodobała nam się muzyka z niego, szukaliśmy jej potem bezskutecznie (na pirackich i legalnych kasetach magnetofonowych, dawno to było, już mówiłem).
Sam film oglądało się bardzo przyjemnie, Tomkruz dawał tam radę i wydał się być ówże film bardzo fajny.
Ale zapomnieliśmy o nim na dwadzieścia lat i przypomnieliśmy sobie niedawno. Obejrzeliśmy. I mówię Wam- to świetna rzecz. Jeszcze lepszy niż za czasów studenckich.

Widać jednak, że do niektórych wątków trzeba dojrzeć.

Co to za film?
"Firma".
Dopiero teraz, przy czołówce, zorientowałem się że nakręcił go Sidney Pollack. I to otworzyło mi porównawcze pola interpretacji z "Trzema dniami Kondora". Oba te filmy mają sporo ze sobą wspólnego.


Czy "Firma" lepsza? Chyba jednak nie. "Trzy dni" są w zasadzie filmem jednowątkowym, co dla wielu filmów byłoby zarzutem. W "Kondorze" jednak, za sprawą świetnego scenariusza, doskonałej wręcz reżyserii i aktorów daje to efekt wyjątkowego skupienia uwagi na głównym bohaterze i ciągle podtrzymywanego napięcia.
"Firma" jest filmem znacznie mniej mrocznym, bardziej rozbudowanym i w pierwszych scenach daje nam fałszywe złudzenie, że będziemy oglądać coś, z czego nasz Tomkruz był wcześniej znany- lekki film o radosnym życiu studenta/ gimnazjalisty, który wpadł co najwyżej w lekko komediowe kłopoty.

Tak. Jest to film o studencie, który wpada w kłopoty. Ale nie są to kłopoty lekkie, łatwe i przyjemne, ani nie przypominają problemu rozbicia drogiego samochodu tatusia ("Ryzykowny interes").
To są problemy, z jakimi często my musimy się mierzyć- dotrzymania obietnic i przysiąg, nie dania się różnym pokusom i zachowania właściwej linii moralnej. A przy okazji problemy zachowania swojej tożsamości względem nacisków.
Zwłaszcza nacisków pracodawcy.

Kiedy oglądaliśmy go pierwszy raz, pewnie ponad dwadzieścia lat temu- wtedy nawet nigdy nie pracowaliśmy jeszcze zawodowo. Niektóre wątki z "Firmy" nie wydawały nam się bliskie. Można powiedzieć, że były odległe jak amerykańsko- włoska mafia, z którą Tom Cruise musi się zmierzyć, zachowując twarz i szacunek do samego siebie.
Nie odczytywaliśmy podstawowej rzeczy: że ten film to może być metafora.

A w tym jego wartość. Reżysersko "Firma" była filmem znacznie trudniejszym do poprowadzenia. Opowiada bowiem o wielu płaszczyznach lojalności- w związku uczuciowym, wobec współpracownika i względem pracodawcy. Zwłaszcza takiego, który nam się nie podoba. Wszystko to jest fajnie skonstruowane i podtekst uniwersalny musimy sobie z tego filmu wyłuskać- nie jest on podany za pomocą łopaty, a przy tym wieloaspektowo.


Kruczki prawne, które są tak naprawdę marginesem fabuły wydają się na pierwszy rzut oka główną treścią- nasz bohater, świeżo upieczony prawnik zatrudnia się w sporej firmie księgowej, która od samego wstępu zarzuca go luksusem (można sobie przypomnieć jak przyjemne samochody produkował Mercedes w latach 80-tych). Dopiero potem okazuje się że zaprzedał duszę diabłu i odwrotu nie ma. Teoretycznie nie ma.



Jak wyplątać się z matni, nie zdradzić tajemnic powierzonych przez klientów, nie stracić prawa do świeżo zdobytego zawodu. Przy okazji zachować szacunek nie tylko swój do siebie, ale też przede wszystkim żony, która znacznie lepiej niż nasz bohater wyczuwa czyhające rafy i mielizny. Abby Mc Deere (grana przez Jeanne Tripplehorn) reprezentuje tu stabilność i niezłomny pion moralny. Do czasu kiedy nie zdecyduje się go złamać dla...

Ale może obejrzyjcie sobie po prostu ten film.

"Firma" ma świetną, bardzo oryginalną muzykę. To z jednej strony muzyka klasycyzująca, z drugiej robiąca za wielki kontrast do obficie używanych popowych hitów we wszystkich poprzednich filmach, w których grał Cruise. To ni mniej ni więcej tylko ragtime'owy jazzik grany niemal wyłącznie na jednym jedynym instrumencie- fortepianie. Muzykę skomponował i zagrał niejaki Dave Grusin i z pewnością twórcom filmu wyszło to bardzo ekonomicznie- przez 90 procent czasu jeden fortepian zapewnia to wszystko, co zapewnia wielka orkiestra symfoniczna w innych hollywoodzkich hitach. O proszę bardzo- muzyka z "Firmy":


Czujemy sympatię do bohaterów, dzięki dobrym dialogom i solidnemu aktorstwu. No, gra tu, bądź co bądź sam Gene Hackman, rolę równie znaczącą jak nasz Tomkruz- gra bowiem adwokata diabła, wygodnie ustawionego w zawodowej roli. Niemniej widz obdarza go sympatią, bo tlą się w nim jeszcze resztki moralnych odruchów.


Szarpaninę głównego bohatera w mackach uwikłań można traktować jako symbol. Prawie każdy się trochę szarpie. Niemniej zachowanie pionu zdaje się być clou programu. I dobre zachowanie wobec bliźnich zdaje się też być clou. "Firma" wyraziście, ale w równowadze to opisuje.

Z grubsza opisując- ten film to hymn.
Na cześć lojalności.



Fabrykant

niedziela, 6 sierpnia 2017

Województwo niderśleszyńskie.

Lubię pisać artykuły z tezą. Tylko nie wiem czy akurat jestem w stanie znaleźć dobrą tezę. Może: "Zamiana Lwowa i Wilna na Dolny Śląsk nie była taka najgorsza?". Albo: "Człowiek nie musi wyjeżdżać poza swój kraj, żeby poczuć się jak zagranicą". A może i jakaś inna teza.

Tylko teraz trzeba te tezy udowodnić.

To może być trudne w czasie trzech dni pobytu na tej swojskiej obczyźnie. Swojskiej od zawsze. I obcej też od zawsze. Już kiedyś się pisało, że te wszystkie pogranicza są najciekawsze. A tu trójpogranicze polsko- czesko- niemieckie.
Krew chwilowo wsiąkła. Zostały artefakty.

Na Dolnym Śląsku nie da się donikąd dojechać. A przynajmniej nie o czasie. Zawsze coś zatrzyma po drodze. Jedzie się jedzie, a tu nagle- WTEM! Wystarczy popatrzeć na mapę. Takiej Jeleniej Góry to nie da się minąć w ogóle. W promieniu dwudziestu kilometrów od miasta znajduje się mniej więcej ze czterdzieści pałaców i zamków, ze wszystkich okresów i w każdym stanie, oraz z dziesięć alpejsko patrzących kurortów ("patrzących", jak pisał Lem). Co prawda ta alpejskość jest tak doprawiona polską miłością do banerów, reklam, elektronicznych tablic, budek z kebabami, straganów, blaszanych bud, drewnianych baraków i wschodniej proweniencji bardaków, że ledwo zza nich wystaje. No ale już trudno, jestem przyzwyczajony że zdjęcia szerokokątne tam nie wyjdą i że trzeba się skupić na teleobiektywie.
Trochę lepiej wyjdą w Szklarskiej Porębie niż Karpaczu, ale niewiele lepiej. Najlepiej jednak szeroki kąt da się uprawiać tam gdzie nie ma kurortów, tylko samotne artefakty sterczą.
Znaczy się wszędzie.

Ci wredni Prusacy to strasznie bogaci byli i wszędzie coś postawili. Czesi też. I nawet my.

Mówili nam Niemce
Żeśmy cudzoziemce.
A myśmy som jacytacy
Chłopcy Austriacy!
     (ludowe, za Antonim Kroh)

Ze dwa lata temu napisało się analizę Dolnego Śląska. A może to synteza była? W każdym razie pod tytułem "Włochy i Grecja są całkowicie niepotrzebne"- LINK.
W tym roku analiz ani syntez nie będzie. Będą nakłucia. Nakłujemy sobie województwo niderśleżyńskie w kilku miejscach. I żeby wprowadzić do tego jakiś porządek, polecimy według klucza historycznego - od najstarszych.

Porządek, porządek to wróg zwierządek (cytat).

Zatem od najstarszego.
Nasz ci on.
Wieża książęca w Siedlęcinie.



Na pierwszy rzut oka za ten zabytek nie dalibyście pięciu złotych. Wchodzi się do niego jak do zrujnowanego PGR-u, którym był przez pewien czas w istocie. Jest skromny, sprawia niezbyt efektowne wrażenie z daleka- to kwestia proporcji.

Ale chodziłem po nim jak oczadzony, zupełnie jakby mnie z mojego świata wyjęli.

Im bliżej podchodzi się do wieży, tym sprawia coraz potężniejsze wrażenie. Z daleka- ukryta w panoramie Siedlęcina, którą dominuje stary protestancki zbór przerobiony na kościół katolicki, oraz kościół katolicki na nic nie przerobiony- niknie wśród drzew, leżąc niżej nad rzeką. Takie coś, co niby nic. Jakiś tam stare coś.

Panorama Siedlęcina z wieży rycerskiej.

A potem wchodzi się do środka. Właściwie prawie nie ma tam nic.
Nie ma tam żadnych zdobień, żadnych baroków, renesansów, gzymsów, mozaik, rzeźb, mebli, posadzek i tego typu rzeczy. To co tam jest to wyłącznie najprawdziwsze średniowiecze jak obuchem w łeb i to tak autentyczne że przenika do szpiku kości.



No i to jest coś. Naprawdę coś.
Nigdzie wcześniej nie doznałem takiego wrażenia autentyczności, jakiegoś cofnięcia się w czasie jak w owym Siedlęcinie. Wszystko co się widziało, wszystkie Wawele, Chocimy, Kamieńce Podolskie, Malborki, normańskie zamki są takie... hmm... takie jakieś grzecznie uczesane, choćby były ruinami. Są obiektami muzealnymi w których genius loci ulociał gdzieś tam wraz z czasem i użytkowaniem przez kolejne pokolenia, które dodawały im ozdób i naprawiały je sobie współczesnymi środkami.
Wieża w Siedlęcinie jest jakimś mało znanym gównozabytkiem, stojącym w jeszcze gówniańszym (prawdę powiedziawszy na pierwszy rzut oka zatrważająco gównianym) otoczeniu, wśród rumoszu rozwalonego żelbetonu, wiat rodem z PGR-u, błotnistego podwórza, otoczonego bajorowatą fosą i krzaczorami.
Ale jak wejdzie się do środka- to rany!, czuć że książę Henryk I całkiem niedawno opuścił to miejsce. A jak wróci z polowania na tury to gotów, wściekły, wygonić nas ze swej siedziby klepiąc po tyłku płazem swego miecza.


Dziwnym trafem w tym zapomnianym przez ludzi miejscu w zakolu rzeki Bóbr kolejne pokolenia posiadaczy nie zdołały zmienić tego ducha, jaki wbudowali w wieżę ludzie sprzed siedmiuset lat. Przetrwał nawet czasy PGR-u!
Są tutaj, proszę państwa- uwaga uwaga- najstarsze stropy drewniane w Polsce!



Są tutaj również jedyne, chciałem pisać że w Europie, ale nie- jedyne zachowane na świecie freski średniowieczne o tematyce arturiańskiej (znaczy się z legendy o królu Arturze). Co zupełnie kuriozalne- nie mają takich na całych Wyspach Brytyjskich, a są na ścianie zabytku w Polsce o którym mało kto słyszał.


Te stropy drewniane... Wydaje mi się że mało w swym życiu widziałem drzew- kandydatów na siedlęcińskie stropy. To mi się strasznie wręcz podobało.
Siedlęcin po okresie śląskich książąt o proweniencji słowiańskiej trafił na kilkaset lat w ręce niemieckich rodów, które przebudowywały pracowicie otoczenie, modyfikowały mury i fosę, dodawały zabudowania gospodarcze. Ale nie zdołały zatrzeć pierwotnej pierwociny. Surowej esencji wieków średnich.


Czy oni nie mogliby tych wsporników tak jedne nad drugimi? Nie mogliby. To były wychodki. Kanalizacja do fosy.


W piwnicach Siedęcina budowniczowie zorganizowali pomieszczenia na lód i mięso. Specjalne korytko obiega tam wokół sali piwnicznej kamienne ławy przeznaczone na składy lodu i kieruje spływającą wodę do specjalnego spustu, zamykanego drewnianą automatyczną zastawką przeciw zwierzętom dzikim i udomowionym.
Jakież to praktyczne. I ma 700 lat.

Czocha dymi.

Ten zabytek nie nasz.
Czeski. A może niemiecki?



Iluzje, to jest jednak przyjemna rzecz, zwłaszcza iluzje materialne. Cieszą człowieka, mimo że trochę sfałszowane. Życie iluzją jest jakieś takie przyjemniejsze.

Do stworzenia iluzji w zamku Czocha przyłożono się wręcz nadzwyczajnie, na tyle się zaangażowano, że jest to pewnikiem najładniejszy zamek jaki widziałem w Polsce (ale w wielu jeszcze nie byłem). W tej roli zdetronizował w moim rankingu zamek w Niedzicy, i jak się za chwilę okaże- to zupełnie nie był przypadek!

Czocha- zamek ikona. Każdy myśli że tak właśnie powinien wyglądać zamek.
Troszkę podmalowana ta ikona, ale za to jaki efekt!

Zawsze mnie zastanawia czy te wszystkie przejścia, galeryjki, schodki, tajemne przesmyki, labiryntowe korytarze średniowiecznych zamków to były przez budowniczych planowane, czy po prostu tak im wyszło.

A czy przyroda kolebka
Myślała kiedyś dokładnie
Po co jej wielkie mamuty?
Ani wygląda to ładnie
Ani z nich skóra na buty

Powiedzmy sobie koledzy:
Robiła i tak jej wyszło
Nikt nie wymyślał specjalnie
Tego w czym żyć nam przyszło.

Pierwszy raz takie myśli przyszły mi w zamku Bran w Rumunii, który też jest co nieco podmalowany i robi za siedzibę Draculi (prawdziwa leży kilkadziesiąt kilometrów dalej i jest stertą ruin). Czocha wzmogła te pytania. Kolejne przebudowy i rozbudowy uczyniły z niej zamek labirynt, zwłaszcza że leży na stromej skale, co powoduje dodatkową różnicę poziomów.



Na początku wielku XIV-go stał tam tylko pojedynczy stołp czeskich książąt, który dzisiaj stanowi bazę dla głównej wieży zamku, potem dobudowywano kolejne podworce, podwóreczka, zabudowania, mury, stajnie, wieże, galerie, zbrojownie i blanki.
Ale tak naprawdę dzisiejszy ikoniczny wygląd jest zasługą gigantycznych milionów zarobionych na produkcji papierosów i cygar, a do tego miliony te poszły całkowicie wniwecz. To znaczy niezupełnie wniwecz- my do dzisiaj mamy przyjemność ich oglądania, za to właściciel i sponsor nie nacieszył się nimi za bardzo.


Po wielu, wielu wiekach, kiedy Czocha przechodziła z rąk do rąk kolejnych niemieckich rodów książęcych i królewskich, podupadała, była rujnowana, łupiona, palona i znów odbudowywana, zamek w 1903 roku nabył drezdeński dyrektor zakładów tytoniowych Ernst von Gutschow za 1,5 miliona marek.

Ernst F. Gutschow, jeszcze wtedy z „F.” zamiast „von” w nazwisku, ale z wielkimi pretensjami do tytułu szlacheckiego kupił nieco nadszarpnięty zębem czasu obiekt. Półtora miliona to była duża kwota, ale przedsiębiorca tytoniowy na zmiany w swojej nowej siedzibie, która miała ułatwić mu dojście do tytułów przeznaczył kolejne cztery miliony. Był to człowiek o wielkiej pasji kolekcjonersko- bibliofilskiej. Do przebudowy Schloss Tzsocha na swoją rodową kwaterę Gutschow zatrudnił największego niemieckiego znawcę od zabytków- profesora architektury Bodo Ebhardta.
W 1899 Ebhardt był założycielem Towarzystwo na Rzecz Zachowania Niemieckich Zamków (niem.Vereinigung zur Erhaltung deutscher Burgen), potem wydawcą pisma o konserwacji zabytków „Burgwart” . Zajmując się od młodości przez całe życie zawodowe przebudową i restaurowaniem zamków i pałaców obracał się w wyższych sferach, zyskując szeroką sławę, a potem i przyjaźń samego cesarza Wilhelma II- wielbiciela jego wykładów. Wkrótce Bodo Heinrich Justus Ebhardt zyskał tytuł tajnego dworskiego radcy budowlanego, a potem tytuł Architekta Cesarza Niemiec i Króla Prus.
Jednym słowem został alfą i omegą niemieckiego konserwatorstwa i ochrony zabytków.

Co nie przeszkadzało mu defasonować te zabytki, kiedy nie pasowały do jego wizji.

Aczkolwiek kierował się słuszną, moim zdaniem ideą, że tylko pełne odrestaurowanie zabytku do spektakularnej, najwyższej formy zapewni mu stosowną ochronę. Ja nawet twierdzę, że jak kto nie ma żadnych zabytków, to powinien je sobie zbudować, bo to pozytywnie wpływa na społeczeństwo (W tym duchu ostatnie deklaracje nadprezesa Kaczyńskiego o odbudowie nie istniejących zamków Kazimierza Wielkiego wcale nie wzbudzają we mnie śmiechu, a wręcz niejaki entuzjazm. Abstrahując od innych deklaracji nadprezesa).


W zamku Czocha te idee zostały zrealizowane z pełną mocą i sprawdzały się w trudnych realiach aż się do tej pory.

Podczas przebudowy warowni Bodo Ebhardt kierował się przede wszystkim ryciną zamku, pochodzącą z 1703 roku, z okresu kiedy dobudowano już lekko barokizujące elementy. W imię odtworzenia tego wyglądu profesor konserwacji zabytków nie wahał się wyburzyć sporej części najstarszych murów Czochy, których elementy zostały później wykorzystane w dobudowanych fragmentach. Ponieważ do dyspozycji były 4 miliony marek cała rekonstrukcja była przeprowadzana w wielce spektakularny sposób- mianowicie profesor Ebhardt projektował na rysunkach nowe detale i obiekty, a potem nakazywał wybudowanie ich makiet w skali 1:1 z drewna i papier-maché, żeby móc ocenić efekt.

No, tak to można projektować!

Powalenie następuje już przy samym wejściu. Ten wykusz to szczyt bezpotrzebnej estetyki.


Efektem tego wszystkiego jest zamek idealny. Jak ze snów miłośnika zabytków. Co prawda nie do końca prawdziwy.
W Czosze jest to wszystko naprawdę fantastycznie wręcz skomponowane. Detale ogrodów i altan, bram, wykuszy, faliste dachy z dachówki, fachwerk na murze frontowym, kolumny przed mostem zamkowym są po prostu kwintesencją romantyzmu i wysublimowanego marzenia skrzyżowanego z rzeczywistością.



No i jak się okazuje profesor Ebhardt nie jeden zamek w dzisiejszej Polsce (dawniej na terenach niemieckich) przebudował. Na przykład mój, wspomniany na początku, zdetronizowany zamek Niedzica. Widać mam skłonności do iluzji historycznej.



Ernst Von Gutschow musiał być zadowolony z efektu.
W dawnej fosie zamkowej urządzono zwierzyniec, wszystkie pomieszczenia zamku odnowiono, wypieszczono i luksusowo wyposażono. Nowy właściciel mógł tu w pełni rozwijać swoją pasję- kolekcjonerstwo sztuki i bibliofilstwo.

-Słuchaj, czy Krzysiek to przypadkiem nie audiofil?
-Audio.. aud... nie... Krzysiek na pewno nie! Krzysiek to przecież zwykły porządny człowiek jest!
(sucharek)

Von Gutschow, dyrektor drezdeńskiej fabryki tytoniowej „Jasmatzi- Werke”, po remoncie swojej siedziby założył w niej bibliotekę w stylu Tudorów na 25 tysięcy woluminów. Były wśród nich podobnież najcenniejsze białe kruki niemieckiej literatury, a na pewno „Czteroksiąg o proporacjach ciała ludzkiego” Albrechta Dürera z 1528 roku.

Można sądzić (i ja właśnie sobie sądzę, a co) po jakości i skali całej tej rodowej siedziby, że musiała to być kolekcja wyjątkowa w skali Niemiec.



Kolekcjoner miał też bardzo dobre stosunki z dworem Romanowów, a potem, po rewolucji pażdziernikowej z wieloma emigrantami i białorosyjskimi uciekinierami. Jako człowiek majętny skupywał od nich najróżniejsze bibeloty i dzieła sztuki, między innymi precjoza koronacyjne Romanowów. Jakie jeszcze inne- nie wiadomo do końca, z racji tego, że Von Gutschow nie ujawniał kolekcji publicznie- sprzed wojny nie zachowały się do dzisiaj prawie żadne zdjęcia wnętrza zamku. No i dalsze losy tego zbioru nie były zbyt szczęśliwe.
Przed drugą wojną pan na zamku Tzsocha, zajęty sprawami zawodowymi, bywał dość rzadko w swojej dolnośląskiej posiadłości. Zmieniło się to, gdy wojna się rozpoczęła. Im dalej w jej czas, tym więcej nalotów bombowych nawiedzało środkowe Niemcy i tym bardziej Dolny Śląsk wydawał się oazą spokoju. Rodzina Von Gutschow przeniosła się tu na stałe z Drezna.
Jaki był stosunek niemieckich arystokratów z Czochy do Hitlera i hitleryzmu? Nie udało mi się tego ustalić ze źródeł internetowych. Ale można przypuszczać że przynajmniej pozytywny.

Koncern tytoniowy „Jasmatzi” założony w latach 20-tych przez greckiego emigranta, producent znanych przedwojennych papierosów „Ramzes”, „Sphinx” i „Juno” (zdaje się że wspominał o nich Marek Krajewski w swoim cyklu kryminałów o Eberhardzie Mocku), potem połączony z firmą Reemtsma, został przez hitlerowców przekształcony podczas okupacji w zakłady metalowo- zbrojeniowe, produkujące pociski. Oddział tej firmy istniał także także w łódzkim getcie. (O fabrykach w getcie przeczytacie na Fotodinozie- TUTAJ).

Przyjmuje się, że zamek Czocha był w czasie wojny szkołą szyfrantów Abwehry, choć nie ma na to jasnych dowodów, a spekulacje toczą się od siedemdziesięciu lat. W każdym razie pod koniec wojny wehrmacht przejął kontrolę nad zamkiem, a ciężarówki wojskowe kursowały non stop. W otoczeniu zainstalowano także gniazda baterii przeciwlotniczych.

Na zamku bywał bez wątpienia wiele razy Wernher von Braun, twórca broni rakietowej V1 i V2, a po wojnie organizator programu kosmicznego USA. Nie wiadomo co prawda po co bywał, ale informacja jest znacząca.

Wobec zbliżającego się frontu Armii Czerwonej Ernst von Gutschow postanowił wraz z rodziną opuścić zamek w styczniu lub marcu 1945 (źródła różnie podają, ja, po przeczytaniu w Wikipedii o operacji dolnośląskiej Armii Czerwionej uciekłbym już w styczniu). Wywiózł ze sobą najcenniejsze precjoza, ale kolekcja była zbyt duża, żeby zabrać ją w całości.

Część dolnego śląska w której stoją opisywane tutaj zabytki nie doznała specjalnie działań wojennych, ponieważ Rosjanie spiesząc się na Berlin przelecieli przez Wrocław jak walec parowy na zachód i polecieli dalej. Różek dzisiejszej Polski, wyznaczony lewą krawędzią walca- mniej więcej w dół mapy od linii Strzegom- Lwówek Śląski- Zgorzelec- został zostawiony sam sobie i poddał się Rosjanom dopiero po kapitulacji Niemiec 8 maja. Dzięki temu, między innymi stoją tu sobie różne wieże rycerskie i zamki Czocha.

Gdy Ernst von Gutschow opuścił swój zamek zaczęła się chwilowa era rozkradania tego co pozostało. Kradli wszyscy- Rosjanie, okoliczni mieszkańcy, szabrownicy przyjezdni i tutejsi. Legenda głosiła, że największej kradzieży dokonał nowo ustanowiony burmistrz miasta Leśna, wraz z bibliotekarką zamkową Cristin von Saruma, która została na włościach i znała tajne skrytki zamku- ciężarówką wywieziono wtedy insygnia Romanowów, porcelanę, 60 popiersi rosyjskich carów i 100 ikon. Legenda nie była do końca prawdziwa, bo przynajmniej- jak sprawdzono- ikony zostały odstawione do składnicy rewindykacyjnej w Jeleniej Górze.
Niemniej- nie jedna ciężarówka z dobrami materialnymi wyjechała wtedy z Czochy. Za kradzieże z zamku trafił np. do więzienia wicestarosta Lubania.
Część dóbr udało się zabezpieczyć i uratować- do Biblioteki Uniwersyteckiej we Wrocławiu trafił zbiór 25 tysięcy książek. Zinwentaryzowano także 84 obrazy olejne i 130 sztuk zabytkowej broni białej i palnej.
Po tej inwentaryzacji dla nowych właścicieli Cristin von Saruma wyjechała bez przeszkód do Niemiec.



Zamek, w znacznej części obrany z bogactwa trafił w zarząd do Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska” i Izby Rolniczej.

Na przełomie lat 40 i 50-tych w zamku Czocha zostali osiedleni greccy emigranci komunistyczni, wraz z dobytkiem. Ci sami greccy emigranci o których pisało się na Fotodinozie we wpisie „Kontrola greckiego kryzysu”- LINK.
Owi emigranci w głównej sali rycerskiej Czochy (boazerie, inkrustacje, galeryjki, kominki) trzymali swoje zwierzęta gospodarskie.
Czocha niszczała przez lata, naprawiana i łatana doraźnie, potem w latach 50-tych trafiła pod skrzydła wojska, które urządziło tam dom wczasowy dla notabli wysokich szarż. Bywał tam i Rokossowski i Jaruzelski- Smok Wawelski (cytat) i Bierut i Spychalski i marszałkowie Żukow i Koniew z bratniej armii trzymającej łapę na Polsce.
Z tej okazji zamek został usunięty z wszystkich map i utajniony. W tym utajnieniu dojechał do 1989 roku, kiedy wreszcie mogli go zwiedzać turyści.

I to my jesteśmy ci turyści.

Queistalsperre

Ale kto zwiedził Czochę, a nie pojechał trzy kilometry dalej nad jezioro- ten stracił. Dziś piękność tego jeziora w całej ozdobie widziawszy- opisuję. I tęsknię do zamieszkania tam nad brzegiem tamy.
Profesor Bodo Ebhardt, jak się właśnie okazało- mój ulubiony rekonstruktor- dekonstruktor miał w niej swój udział.



Uregulowanie rzek na Dolnym Śląsku miało swój złoty okres od końca XIX wieku do I wojny światowej. Pisało się już o skłonności do regulacji wszystkiego w niemieckim żywiole- ci Prusacy to chętnie by wyregulowali wszystko- rzeki, drogi, ścieżki leśne, dróżki polne, długość jelenich poroży i to najlepiej nawet u chrząszczy jelonków. Wszystko to wsparte złotem z francuskich reparacji po wojnie francusko- pruskiej uczyniło że Prusy rosły w siłę, a Prusakom żyło się dostatniej (cytat). Jak się już policzyło we wpisie o Festung Thorn- LINK złota tego było 1450 TON. Czyli miliard ÓWCZESNYCH dolarów. Za tę kwotę można było trochę wybudować.

W poprzedniej wizycie na Dolnym Śląsku zwiedzało się największą łukową tamę w Polsce- Pilchowice. To jest jednak coś!- jak mawiał mój znajomy. Ale mówię wam- Pilchowice to jeszcze nic.
Tym razem intuicja pociągnęła nas do jeziora Leśniańskiego i jego zapory na rzece Kwisie (niem. Queis)- cztery kilometry od zamku Czocha. Na mapie krajoznawczej poświęcono temu jezioru i tamie zaledwie dwa słowa, no ale tamy z początku XX wieku to coś co tygrysy Fotodinozy lubią najbardziej. Ach, pomyśleliśmy sobie- blisko, trzeba podjechać, może tam coś będzie.
No i było.



Być może tama na jeziorze Leśniańskim ustępuje innym tamom w kraju pod wieloma względami. Ale pod dwoma im nie ustępuje- to najpiękniejsza tama w Polsce.
Do tego jest to najstarsza tama w Polsce. Z 1901 roku.

Wobec ciągłego niepokoju wywołanego gwałtownymi powodziami górskich rzek Bóbr i Kwisa pruskie władze postanowiły załatwić sprawę raz na zawsze. A jak wiemy- miały na to trochę pieniędzy.

-Pół... tony... dolarów?! I co my teraz zrobimy?
-Nie martw się Ewuniu. Jakoś to będzie.
(cytat)

W październku 1901 roku kamień węgielny pod budowę położył nadprezydent nieder-schlessii Herman von Hatzfeld, wraz z pruskim ministrem rolnictwa. Do budowy zatrudniono robotników z Austrii i Włoch. Ci już niejedną tamę u siebie postawili.
Dlatego też pierwsza myśl jaka przychodzi do głowy, gdy z korony tamy spogląda się na pejzaż u jej stóp- „chyba jestem w jakichś Alpach”.



Zakupiono grunty za 670 tysięcy marek. A potem zaczęto gromadzić materiały. Do budowy tamy zużyto- uwaga uwaga- 23 TONY dynamitu! Alfred Nobel miał używanie! Oprócz tego 150 tysięcy worków cementu, 20 tysięcy metrów sześciennych piasku i 460 ton stali zbrojeniowej. Budowa trwała 4 i pół roku i nie był to lajt- życie straciło kilku robotników. Wybudowano zaporę łukową o wysokości 45 metrów, długą na 130, o grubości u podstawy 38 metrów, a 8 metrów w koronie. Przytrzymuje ona ogrom 15 milionów metrów sześciennych wody z rzeki Kwisy i jej ewentualne skłonności do powodzi.
Koszt budowy to 1 270 tys. marek.

Na kamieniu węgielnym umieszczono napis:"Dolinom na ochronę, odmętom na przekór, wszystkim na pożytek!"

Elektrownię dobudowano do tamy w 1907 roku (kolejne 800 tys marek) i jest to najstarsza czynna elektrownia w Polsce, w której nadal pracuje 6 turbozespołów firmy Voith typu „Francis” z roku jej powstania.

Informację o tym, że profesor architektury Bodo Ebhardt miał coś wspólnego z tamą na Kwisie znalazłem jedynie w jego biogramie i nigdzie więcej, pomimo przeszukiwania translatorem googla pruskojęzycznych stron internetowych. Niemniej wystarczy się trochę rozejrzeć po tamie, żeby dojść do wniosku, że musiał coś mieć.
Tama jest zbudowana niewątpliwie w pełnej architektonicznej harmonii z zamkiem Czocha.



Podjechaliśmy na zaporę w powoli zapadającym mroku i dźwiękach z sali weselnej z hotelu stojącego powyżej zapory, gdzie swojskie umpa-umpa towarzyszyło pijackim ekscesom wyrzucania panny młodej przez barierkę tarasu do jeziora Leśniańskiego (ekscesom niedoszłym). Wszędzie wokół zapory poustawiano swojskie tabliczki „Zakaz wstępu- urządzenie elektryczne”, ale my potraktowaliśmy je zgodnie ze swojską szwejkowską zasadą „Nie wolno, ale można”.
Niemal na koronie zapory stoi willa. Można ją określić przymiotnikiem- „przepyszna”. Wspaniała eklektyczno- romantyczna, w stylu alpejskich kurortów. Willa stoi tak, że nie do uwierzenia- tuż za płotem jej ogródka spada w dół niebosiężna przepaść do podstawy tamy. Efekt tego wszystkiego jak z rycin do „Cierpień młodego Werthera”- co wrażliwszych wrażliwców uprasza się o odejście od krawędzi i nie spożywanie alkoholu.
Po prostu boskie!



Tama ma też wszystko co potrzebne by wzmagać dreszcze romantyzmu i alpejskiej grozy. Takich wpustów przelewowych jak na leśniańskiej tamie nie widziałem nigdzie indziej i mogą one śnić się w nocy jak obrazy Beksińskiego, albo Gigera- to obramowane litą stalą potworne dziury do środka ziemi, zbrojne wierzchem w okrągłe klatki, mające zatrzymać „fusy” niesione przez wodę. Przez te tunele zdolna byłaby przelecieć nie dotykając jej ścian ciężarówka z naczepą. Najlepiej oczywiście ciężarówka Magirus-Deutz z zaślepionymi reflektorami- tak podpowiada wyobraźnia.



Wyloty owych tuneli u podnóża tamy, do których można wygodnie zejść po stustopniowych schodach z korony („Zakaz wstępu, urządzenia elektryczne”/ Szwejk) zdradzają wiele neobarokowych podobieństw do detali zamku Czocha- i noszą daty kolejnych lat budowy.



Elektrownia stoli dobre kilkadziesiąt metrów od tamy podkreślając oryginalność trawiastej łąki u jej podstawy. Nad koroną wznosi się alpejska willa dopełniając obrazu przeniesienia widza w czasie i przestrzeni.
A przecież tego oczekujemy od zabytku.

No i powiem wam, że cały ten Dolny Śląsk taki jest.

Są to jedynie trzy zabytki, jakie widziało się w czasie zaledwie trzydniowego pobytu w województwie niderśleżyńskim. Cieszcie się, że tam nie mieszkam, bo inaczej musiałbym pisać tylko i wyłącznie o tym co tam widziałem. A wy musielibyście to czytać.

Jeżeli jednak chcielibyście więcej zabytków z owego trzydniowego pobytu- piszcie w komentarzach, zostało mi ich jeszcze trochę w zanadrzu. Najwyżej dopisze się część drugą.

Do wszystkiego można dopisać część drugą.

Fabrykant


Źródła i źródełka: