wyświetlenia:

piątek, 29 listopada 2019

Fotodinoza wyprzedaje precjoza. Aukcje Fotodinozy.


A teraz coś z zupełnie innej beczki.
Nie wygrałem aukcji z Allegro. Chociaż dawałem za aparat całe 34 złote, niestety zostałem przebity. I to osinowym kołkiem. Za to wygrałem inny aparat za 25 złotych, który mógł być niedobry (był sprzedawany jako niesprawdzony, bez baterii), ale okazał się dobry, a nawet bardzo dobry. Bo to bardzo dobry aparat przecież jest - pierwszy Canon EOS z roku 1987. Miał być o nim wpis, do kompletu z tym drugim, niewygranym.
W związku z przegraniem niewygraniem powstała jednak pewna idea, żeby przewietrzyć magazyny Fotodinozy, które piętrzą się już warstwowo.
Otwórzmy więc ich drzwi
Zajrzyjmy im do wnętrza
Gdzie wiele różnych spraw
Nawarstwia się i spiętrza
(cytat)
Pozwoli to zebrać fundusik, a nawet kapitalik na jakieś inne głupie zakupy, które będziemy opisywać sukcesywnie.
Bo ja proszę pana zawsze byłam bardzo sukcesywna, we wszystkim co robię. (cytat - Vinci)

Na początek sprzedawane obiektywy, a poniżej ględzenie na tematy sprzętowe, optyczne i psychologiczne.

Sprzedajemy oto:

Voigtlander 28-105mm f/2,8-3,8 do Canona, 347,- zł do negocjacji.
Tutaj link do aukcji - LINK


 Można nim robić takie zdjęcia:



Canon 35-105mm f/3,5-4,5 , 377,- zł do negocjacji
Tutaj link do aukcji - LINK



Można nim robić takie zdjęcia:



Loreo "Lens in a Cap" obiektyw efektowy - pinhole z soczewką do Canona, 87,-zł do negocjacji, ale małej, bo mało.
Tutaj link do aukcji - LINK



Można nim robić takie zdjęcia:



Wężyk spustowy do Canona EOS, dobry na prezent dla fotografa ;) , 24,- zł do negocjacji.
Tutaj link do aukcji- LINK




Wszystkie one działające, sprawne i żywe.

Dlaczego sprzedaję te obiektywy? Oczywiście mam ich za dużo, ogniskowe dublują się (i tęczują w oczach), a przy tym - wszystkie są zoomami. A ja postanowiłem zostać pełnym półprofesjonalistą i w większości robię ostatnio zdjęcia obiektywami stałoogniskowymi. Tę bazę będziemy powiększać, kosztem nadbudowy.

Przydałby się, oczywiście do tego

poniedziałek, 25 listopada 2019

Aleksander Rodczenko, Charles Sheeler, Henry Ford

fot. Charles Sheeler
Wyobraźcie sobie coś takiego: największy kompleks fabryczny świata. Sto dwadzieścia tysięcy pracowników. 2,4 kilometra długości, 1,6 kilometra szerokości. Dziewięćdziesiąt trzy budynki o powierzchni użytkowej 1,5 km2 (słownie: półtora kilometra kwadratowego podłóg!). Sto sześćdziesiąt kilometrów wewnętrznych torów kolejowych, własna elektrownia, oraz własne nadbrzeże nabrzeże portowe z dokami dopełniają obrazu. A doprawiają je własne statki transportowe fabryki cumujące na tym nadbrzeżu. Myślicie zapewne że to Chiny, albo jakiś Ulsan w Korei Południowej, gdzie Hyundai ma największą stocznię? 
Nie.
To pradziadek dzisiejszych giga - fabryk, na niej wzorowano się budując następne w różnych miejscach globu. Fabryka Forda w Dearborn, zwana River Rouge Complex, a w skrócie The Rouge. Rocznik 1917.
Henry Ford i jego firma u szczytu dominacji. Po sukcesie najpopularniejszego samochodu w historii - Forda model T. Do nowo budowanej fabryki i jej własnego nabrzeża przy rzece Rouge przypływały własne statki Forda, z własnym węglem i rudą żelaza Forda na pokładzie, wydobywanych we własnych kopalniach. Samochody były tam budowane ab ovo, z proszku do gotowego wehikułu, w jednej fabryce. 


fot. Charles Sheeler

Większość budynków postawił pan architekt Albert Kahn, ulubiony projektant Henry'ego Forda - zrobił mu ponad 1000 projektów. Chciałoby się mieć takiego klienta. Pan Kahn miał ich wielu, bo był najbardziej płodnym w Ameryce projektantem fabryk - w późniejszym roku 1937 zbudował 19% wszystkich fabryk ówcześnie stawianych w USA. Nie tylko w Stanach projektował. W 1929 roku dla komunistycznego Związku Radzieckiego, za poleceniem amerykańskiego rządu, stawiał fabrykę traktorów w Stalingradzie oraz szkolił radzieckich architektów.


fot. Charles Sheeler

Wszystko za sprawą wielkiej biegłości w konstrukcjach żelbetowych. Pierwsze tego typu budynki biuro Albert Kahn Associates stawiało jeszcze w XIX wieku, a w 1903 roku zbudowało nową fabrykę samochodów Packard, którą zainteresował się Henry Ford. Żelbet pana Kahna, oprócz korzystnej dużej wytrzymałości miał jeszcze jedną wielką zaletę, w stosunku do dawniej stawianych obiektów - nie był palny.
Modernistyczne konstrukcje żelbetowe były jednym z przejawów nowoczesności na początku XX wieku.

Podobnie jak modernistyczna fotografia.
Miasto masa maszyna inspirowały, robiły wrażenie potęgą i niespotykaną wcześniej skalą. Wielu artystów zostało uwiedzionych. Nawet takich, którzy

piątek, 15 listopada 2019

Dotknąłem prehistorii. Sony Digital Mavica na dyskietki 3,5 cala


Nadeszła wiekopomna paczka.
Na początku pomyślałem, że to winko. Lubię winko, zwłaszcza primitivo z Salento.



W środku była drugie pudełko. Pomyślałem, że to buty. Lubię chodzić w butach.
Dopiero po otwarciu okazało się, że są to przedpotopowe aparaty fotograficzne. Te to dopiero lubię!




Niektórzy mogą podniecić się przedwojennym Rolleiflexem, albo mieszkowym Kodakiem, niektórzy piszą książki o Systemie Nikon, szacownym, znanym od stu lat przedsiębiorstwie z wielkimi tradycjami. Jak to porównać do aparatu z roku 1997, w którym królował plastik fantastik, a elektronika wypełniała go po brzegi?

A jednak.




Niewątpliwie jest to jeden z wcześniejszych cyfrowych aparatów świata. Jeden z pierwszych sprzedawanych zwykłym ludziom, całkowicie i naprawdę cyfrowych aparatów - zapisujących zdjęcia za pomocą ciągu zer i jedynek, jako jpg, znane nam do dzisiaj i zrozumiałe dla komputera. 
Zapisujące, tylko na czym?
Myśląc o tym aparacie, nie mogę nie myśleć o postępie technicznym i zmianach, jakie obserwowałem w ciągu swej życiowej egzystencji, a umówmy się, dla mojego komfortu - nie jestem jakoś strasznie stary. Jestem młody i wesolutki. Wręcz czuję, że mam nadal to samo podejście do świata, jakie miałem, będąc w wieku 16 lat. Wy też tak macie? 
Niestety trudno mi to wszystko ogarnąć rozumem, patrząc na Sony Mavica MVC-FD5. On zapisuje swoje jpg-i na dyskietkach 3,5 cala. Ostatni komputer czytający takie dyskietki wyrzuciłem z 10 lat temu.

Co tu robią bryczesy wuja Eugeniusza? Ostatni koń, na jakim jeździł wuj Eugeniusz umarł bezpotomnie trzydzieści lat temu! (cytat)


Po drodze, od czasów dyskietek były jeszcze płyty CD, potem płyty DVD-R, potem pen drivy, a potem trzymanie wszystkiego w burzowej chmurze. Na tę ostatnią innowację, przyznaję szczerze, nie załapałem się.

Niemniej, dzięki wiernemu czytelnikowi Fotodinozy - Benny'emu trzymam w rękach ponaddwudziestoletni aparat, będący kamieniem milowym fotografii, który, na pierwszy rzut oka mogę sobie jedynie polizać jak cukierek przez papierek. ZNACZNIE dotkliwiej jest on oddzielony od dzisiejszej współczesności, niż byle przedwojenny Rolleiflex, do którego za rogiem mogę sobie natychmiast kupić film typu 120. Wystarczy mieszkać na odpowiednim rogu - LINK.
Na szczęście Benny dostarczył w komplecie dyskietkę.
Na nieszczęście, nie mam jej na czym odtworzyć.
No cóż, może jakoś się przełamie te problemy techniczne.




Krótka historia cyfrowego paleolitu.


Sony Mavica MVC-FD5 jest jednym z długiej linii aparatów cyfrowych lub quasi-cyfrowych firmy Sony. Powiedzmy aparatów dających zdjęcia elektroniczne. Linii zaczętej w 1981 roku prototypem Mavica, określanym jako pierwszy elektroniczny wideo-aparat świata. W kontekście tego aparatu nie pada jeszcze słowo "cyfrowy" (digital), ponieważ był on de facto kamerą wideo, z umiejętnością rejestrowania zatrzymanego obrazu o jakości zdjęciowej, zapisującego owe obrazy w sposób analogowy (a więc nie jako ciąg zer i jedynek i nie jako jpg) na dyskietkach 2 calowych. Można je było oglądać na ekranie telewizora, tak jak filmy z kamery. Prototypem owej Mavici (Magnetic Video Camera) Sony chwali się niekiedy jako pierwszym aparatem cyfrowym świata, ale chwali się nieco na wyrost.


Prototyp ów, z 1981 roku, nie był sprzedawany, a jedynie zademonstrowany na targach Photokina. Nie był też aparatem cyfrowym w dzisiejszym rozumieniu. Niemniej ów słynny prototyp z 1981 roku był ostrogą w bok, ciosem znienacka i pałką w łeb dla wszystkich konkurentów firmy Sony. Dzięki temu prototypowi zaczął się szaleńczy wyścig wszystkich producentów elektroniki o to, kto zaproponuje pierwszy SPRZEDAWALNY masowo aparat.

Sprzedawalne jednostkowo były już wcześniej, sprzedawalne rządom Stanów Zjednoczonych, CIA lub innej NASA, budowane na uczelniach aparaty eksperymentalne też już były wcześniej. Chodziło o Produkt. Produkt do sklepów, i to taki, żeby na nim nie wtopić.

Najpierw na rynku pojawiły się still-video camery, oparte na konstrukcji wideo i zapisujące zdjęcia analogowo. Sony Maviki razem z Casio i Canonem były jedne z pierwszych, pod koniec lat 80-tych. Wszystkie przeznaczone do użytku domowego, jako aparaty współdziałające nie z komputerem, tylko z telewizorem. Tymczasem następowała szybka i postępująca szeroką falą komputeryzacja społeczeństwa, wszystkie te Amigi, Commodore i wczesne IBM-y schodziły do ludu. Kodak w tym czasie zaczął już robić coraz tańsze (co oznaczało, że nie trzeba było sprzedawać dwóch nerek, tylko jedną), w pełni cyfrowe i produkujące komputerowe pliki lustrzanki. 

Komputery i zdjęcia cyfrowe okazały się lepszą, bardziej nośną ścieżką od eksploatowania techniki wideo - telewizyjnej. W tę stronę skręcili wszyscy producenci. W tym Sony.

Przyjrzyjmy się bliżej artefaktowi.


Otóż Mavica MVC-FD5, którą trzymam w łapkach jest pierwszym u firmy Sony w pełni cyfrowym aparatem. Sygnał z matrycy CCD jest zamieniany w nim na ciąg zer i jedynek i tworzy pliki komputerowe, które można zrzucić na twardy dysk.

Jak się ma napęd dyskietek, oczywiście.

Cofnijmy się zatem do roku 1997 i zobaczmy, jak się wtedy robiło cyfrowe zdjęcia. A robiło się ciekawie.







Pierwsze pytanie: jak pozycjonowany był ów aparat, bo w tym samym roku 1997 Kodak sprzedawał swoją lustrzankę cyfrową DCS 520 za 15 tysięcy dolarów, a sześciomegapikselową DCS560 za 30 tysięcy. Były to ceny, które zdolne były płacić duże redakcje gazetowe i wzięci profesjonaliści, ale z pewnością nie przeciętny fotograf. Gdzie zatem w tym wszystkim Sony Mavica?

Mavica była przy Koadakach aparatem dla amatora. Kosztowała

piątek, 8 listopada 2019

Najlepsze zdjęcie streetphoto 2019

Fot. Magda Chudzik, finalistka Urban Photo Awards 2019
Nienajgorzej. Niby źle, ale jednak całkiem całkiem. Ze street photo nie jest ostatnio w Polsce zbyt dobrze. W tym roku, z niewiadomych mi przyczyn nie odbył się konkurs Leica Street Photo, który powinien mieć numerek dziewiąty. Przykre. Nie zauważyłem także konkursu Polska Ulicznie, który przyniósł mi dwa lata temu wiele satysfakcji. Wiele satysfakcji, doprawdy, co opisałem TUTAJ. Może organizatorzy pokłócili się na temat tego, co to w ogóle jest street photo? Nikt tego do końca nie wie, nawet najstarsi górale. Ja tylko wiem, że daje mi to dużo radości w oglądaniu. Jest lekko ironiczne, zaskakujące i na ogół bardzo różnorodne, bo nie zdefiniowane. I wydaje się wolne. Trochę takie właśnie polskie, improwizowane, jak to u nas - nie wiadomo czy jeszcze zgodne z prawem, ale się próbuje i jakoś uchodzi. Na czuja.

Street photo to jest coś, co nie próbuje przekazać ci całej prawdy. Przekazuje tylko prawdy chwilowe, skojarzenia, spostrzeżenia, dziwne asocjacje. Raczej nikogo nie nawraca. Pokazuje tylko palcem - o zobacz tam! I za chwilę idziemy dalej. 

Może nawet jest zgodne z dzisiejszym życiem codziennym, w którym nie ma czasu czytać blogów, książek, opinii, ani niczego, co nie jest łatwym do przyswojenia znakiem, najlepiej zgodnym z naszymi poglądami.

W Polsce konkursów nie ma, zatem wiedziony jesienną nostalgią za streetphoto rzuciłem okiem na zagranicę. Na Triest. Na Urban 2019 Photo Awards, w ramach Trieste Photo Days - LINK. Niby zagranica, ale impreza przyjemnie międzynarodowa, wśród współproducentów imprezy dostrzegłem na poczesnym miejscu nie tylko Kraków Photo Fringe, Fotopolis, Raciborskie Centrum Kultury i krakowski "Pierwszy lokal na Stolarskiej po lewej stronie, idąc od Małego Rynku", ale także, ku swemu zaskoczeniu Dom Literatury w Łodzi. Ten Dom Literatury cicho siedzi i w ogóle się tym nie chwali, a tu taką szacowną imprezę wspiera. Oprócz nich także całe rzesze instytucji rodem geograficznym ewidentnie z dawnych Austro - Węgier: Czech, Słowacji, Serbii, Chorwacji, Węgier i okolic. Od razu swojsko się poczułem, jak za miłościwie nam panującego cesarza Franciszka.


Oczywiście też natychmiast doznałem estetycznej satysfakcji, przeglądając wszystkie dwieście dziewięć zdjęć finalistów, dwadzieścia zdjęć nagrodzonych i wyróżnionych, oraz jedno zwycięskie. Sęk w tym, że są powkładane nie do tych przegródek co trzeba. Ja bym to zrobił inaczej.


Spotyka się dwóch architektów na ulicy.

- O cześć! Kopę lat! Wieki się nie widzieliśmy!
- Cześć! Miło widzieć! Poznaj - to jest mój syn.
(krytyczne spojrzenie)
- Ja bym go zrobił inaczej.
              Krzysztof Gol Piotrowski

Prezesem jury w Trieście był pan Martin Parr, członek mej ulubionej agencji Magnum, człowiek legenda. Człowiek, który stworzył właściwie nowy styl w fotografii. Można by ten styl nazwać "na naturszczyka". Jego zdjęcia reportażowe jako pierwsze zwróciły się w stronę kiczu traktowanego dokumentalnie. Na pierwszy rzut oka wyglądają jak zdjęcia z wakacji cioci Wiesi. Jest na nich zwykle ten badziew, tandetny blichtr, jaki cechuje wiele zdjęć wakacyjnych, okropne krzyczące i niedobrane kolory, a także na przeważającej większości potężne doświetlenie lampą błyskową pierwszego planu, zupełnie takie samo jakie serwują amatorom aparaty kompaktowe, kiedy wykryją że robi się zdjęcia pod światło. Martina Parra interesują przede wszystkim plaże, kurorty, wypoczynek zbiorowy i zabytki Które Musisz Odwiedzić, a także stragany wokół tychże zabytków. Celuje swoim obiektywem w amerykańskie kotyliony i flagi, w brytyjskie tatuaże i w chińskie podróbki wieży Eiffla, w supermarketowe zakupy. W skrócie celuje on w takie mniej więcej Mielna - Saint Tropezy polskiego wybrzeża, albo w inne Ibizy - Skorzęciny Morza Śródziemnego.



Fot: Martin Parr, Magnum.



Fot: Martin Parr, Magnum.
Fot. Martin Parr, Magnum.


Jego zdjęcia mają walor magnetycznego kuriozum, tak mocno odróżniają się od artystycznej przeciętnej, oprócz tego są jak wejście z ukrytą kamerą do hermetycznego świata, którego nikt nie zauważa, choć wszyscy widzą. Martin Parr robił takie zdjęcia już we wczesnych latach osiemdziesiątych, ta stylistyka rozpowszechniła się później szeroko, w sporej części dzięki Lomografii. Jednak Martin Parr jest jeden, a reszta to

piątek, 25 października 2019

Top 15 najważniejszych aparatów w historii fotografii cyfrowej (część 1)

Wiecie ile lat ma już fotografia cyfrowa? Nie domyślicie się! 
Nie wiadomo ile. 
Ale z pewnością nie mniej niż 44 lata. A raczej więcej. O kłopotach z ustaleniem palmy pierwszeństwa w dziedzinie fotografii możecie poczytać na Fotodinozie - TUTAJ. Była to technika mająca wielu ojców i wiele matek, a z tych ojców i matek narodziło się wiele dzieci. Nie wszystkie są uznane za pochodzące z prawego łoża i nie wszystkie były udane. Niektóre wcale nie istniały, ale nie przeszkadzało im to być kamieniami milowymi cyfrowej fotografii. Takie to paradoksy, proszę Państwa!
Nie ma też światowej zgody co do tego, jakie były najważniejsze aparaty na tej drodze. Nie ma jasności.

Bo nie mam jasności w temacie Marioli
Nie mam jasności - i dość mnie to boli..
Jak ona mówi - Te, nie rób mi wioski!
To daje dowód ironii, czy troski?
(...)
Wyczuj ten klimat, bo z tobą wymięknę!
I niech to dojdzie do ciebie powoli:
Że życie właśnie dlatego jest piękne,
Że nie ma jasności w temacie Marioli!

             Wojciech Młynarski

Nie ma jasności, ale są przebłyski w temacie aparatów cyfrowych. Można sobie wybrać po prostu, subiektywnie, własny wybór kamieni milowych, co do których ma się własne, subiektywne przekonanie, że były najistotniejsze. A przynajmniej najbardziej obrazowe.
Dość istotne w tym wszystkim jest określenie, co to jest aparat cyfrowy. Bo zanim były dzisiejsze aparaty cyfrowe, była przecież i telewizja i wideo i zdjęcia elektroniczne i skanowanie telewizji. Za sprawą wiernego czytelnika Benny'ego uznałem, że aparat cyfrowy to urządzenie produkujące pliki, które mogą być odczytane przez komputer. Przy każdym aparacie zaznaczam zatem, czy takowe produkował.
Dość tych wstępów! Oto mój worek kamieni milowych. 
15 najważniejszych aparatów cyfrowych w historii fotografii:




1. Łuna 3, Krasnogorskij Mechaniczeskij Zawod. 1959 rok.
Wczesna fotografia cyfrowa wzięła, tak naprawdę, bardzo dużo z telewizji. Nawet więcej z telewizji, niż z fotografii analogowej na film. A i z techniki skanowania wzięła dużo. Nie obyłoby się bez różnych pomysłów na skanery, które to pomysły sięgają jeszcze czasów międzywojennych. Łuna 3 dość spektakularnie skorzystała z powyższych wynalazków.
Łuna 3 to nie jest nazwa aparatu. To radziecka sonda kosmiczna wysłana w październiku 1959 roku na okrążenie Księżyca. Na pokładzie znajdował się specjalny, ale klasyczny aparat na film 35mm, z podwójnym obiektywem, a raczej z dwoma przemiennymi - 200mm f/5,6 i 500mm f/9,5. Z tego pierwszego dało się uzyskać z Łuny-3 zdjęcia całej tarczy Księżyca, a z drugiego - zbliżenia fragmentów.




 Sonda musiała być stabilizowana silnikami, żeby zatrzymać swój ruch wirowy i móc skierować obiektywy w stronę satelity Ziemi. Aparat strzelił automatycznie 29 klatek, następnie film został przewinięty do automatycznego wywołania, utrwalenia i osuszenia. Był to zapewne pierwszy fotolab, który opuścił planetę Ziemia. Następnie negatyw został naświetlony lampami katodowymi na fotopowielaczu lampowym, który zamienił jasne i ciemne partie zdjęcia na impulsy elektryczne. Te zostały wysłane radiowo na Ziemię, jako sygnał telewizji wąskopasmowej. Aparaturę skonstruował producent aparatów Zenit i Zorka 5 (z której, jak wiadomo, strzeliłem kilka zdjęć) zakłady KMZ z Krasnogorska.





Aparatura odbiorcza do sygnałów z sondy.

 Bez wynalazku telewizji wąskopasmowej, dokonanego w USA dwa lata wcześniej Łuna-3 niewiele by zdziałała. A najlepsze jest to, że użyty w Łunie-3 film był amerykański! Pochodził - ta dam!- z przechwyconych w Sowieckiej Rosjii balonów szpiegowskich USA. Był odporny na temepraturę i promieniowanie. 
Sonda Łuna-3 spaliła się w atmosferze ziemskiej. Ale zanim się spaliła, przekazała na Ziemię 12 lub 17 zdjęć (różne źródła różnie podają) z ciemnej strony Księżyca. Dzięki temu ludzkość zobaczyła ową ciemną stronę po raz pierwszy w swej historii.

Czy był sprzedawany? - nie
Czy dawał pliki do odczytania na komputerze? - nie




2. Nieistniejący aparat cyfrowy Eugene F. Lally'ego. 1961 rok.
Pan Eugene Lally, to był gość, o którym nikt nie wie, a wszyscy używają jego wynalazków. W latach dziecięcych dostał aparat Kodak Brownie, który spowodował jego zainteresowanie fotografią i techniką. W wieku 14 lat (!!!) wynalazł on metodę korekty czerwonych oczu na zdjęciu, za pomocą błysków stroboskopowych. Mamy ten bajer aktualnie w każdym aparacie, a o tym kto go wynalazł - nie mamy pojęcia. To jednak było nic, wobec jego późniejszych pomysłów.

poniedziałek, 21 października 2019

Polecane blogi. 300.000 wyświetleń.oraz Grat Hazard.

Na zdjęciu: wielka feta z okazji 300 tysięcy wyświetleń, wszyscy się bawią, stroboskopy błyskają. Fotodinoza 2019. (film Revolog Volvox - LINK).

Kochani, miałem już napisać, że postanowiłem zostać hazardzistą, ale przecież hazard to nałóg, więc można powiedzieć, że to hazard zdecydował, że postanowiłem z nim zostać. Wszedłem jak w masło w hazard graciarski.
Bo tymczasem stuknęło trzysta tysięcy wyświetleń, za co Wam Szanownym bardzo dziękuję. Stuknęło, zatem, mówię sobie - trzeba sobie przyznać jakieś nagrody. Nagrodki takie. (Nagrodki - granit, marmur lastrico (autocytat)). Trzeba na coś wydać kasę, bo przez parę lat się na nic nie wydawało. Najlepiej na graty.

Zamienię Syrenę na inny samochód sportowy.

             (cytat z udawanego ogłoszenia)

Bo zemściło się na mnie postępowanie niezgodnie z pierwszym prawem kodeksu graciaraskiego, które brzmi "Co kupiłeś, to już nie sprzedawaj". Niebacznie, klika lat temu, sprzedałem mojego analogowego Canona 650 (za 19 złotych), po tym jak go kupiłem (za 18,50 złotych) i napisałem o nim wpis - LINK. Czynem tym wykluczyłem się z grona Kolekcjonerów Gratów i zostałem prymitywnym Handlarzem. I to za 0,50 srebrnika. (Kwoty te wymyślam ad hoc, ale były zbliżone). 
Postanowiłem zatem odkupić swój błąd i na kolanach udać się do mekki graciarzy, jaką jest Allegro, czołem o podłogę bić i prosić o wybaczenie.
Co z tego będzie, nie wiadomo. Celujemy w graty w cenach 9,90, 3,50, oraz trzeci, najdroższy za 33 złote, wszystkie systemu Canon EOS. Trzymajcie za mnie kciuki, to będą o nich wpisy. Jak możecie się domyślać będą to wpisy o aparatach śmieciowych. Niektórzy podobno nawet takie umowy o pracę mają. Może nawet jakieś porównanie śmieciowe będzie, jak się wygra. I o ile będą chciały w ogóle działać.

Tymczasem stuknęło 300 tysięcy wyświetleń. Jak się z tym czuję? Dzisiaj bardzo dobrze, jutro w ramach programu "od euforii do depresji" zapewne będę miał doła, że jak na sześć lat działalności - to dość niewiele. Uważam jednak, że to piękna okrągła liczba, w przeciwieństwie do Pana Kleksa, który za liczby okrągłe miał 0, 8 i dziewiątkę. 
Czytelnictwo blogów spada, wszyscy o tym mówią. Blogi są zapewne już passe, nie trędy i nieklikalnościowe. Niemniej, skoro ktoś jeszcze czyta, to mu chwała. Ja tymczasem będę pisał, bo mi to przyjemność sprawia (czasami).
Owe 300 tysięcy wyświetleń nie jest wynikiem godnym chwały, ale jak popatrzeć chłodnym okiem - konkurencja jest wręcz wspaniała. Gdybym nie musiał czytać tych wszystkich książek, które recenzuję od czasu do czasu dla SNG Kultury - LINK, to bym czytał cały internet i wszystkie  blogi, jakich jest zatrzęsienie. Ludzie piszą sprawnie, dobrze i na temat.
Na przykład o fotografii, to czytałbym u:

Foto - nieobiektywnego
http://foto-nieobiektywny.blogspot.com , który nadaje o najnowszych nowościach, testuje najróżniejsze nowe sprzęty, w czym mu idzie świetnie, boż to znany sprzed lat dziennikarz "Foto Kuriera" i "Foto" Paweł Baldwin, autor książki "Minolta Dynax system". Artykuły są rzczywiście opisane tekstem mokrym, nie suchym (zgodnie z nazwą bloga), a autor, z wieloletnim doświadczeniem w fotografii, zawsze wie o czym pisze.





Ostatnio odkryłem również blog drugiego autora "Foto Kuriera" Jarosława Brzezińskiego pt. Towarzystwo Nieustraszonych Soczewek
https://towarzystwonieustraszonychsoczewek.blogspot.com
Ostatnio mało aktualizowany, ale artykuły tam zamieszczone są wielce ciekawe i różnorodne, zwłaszcza, że nie dotyczą tylko najnowszych nowości, a są testami także paru kultowych i wiekowych sprzętów. Absolutnie powalający jest tam jednak zbiór wywiadów z najsłynniejszymi polskimi fotografami - m.in. Krzysztofem Gierałtowskim, Tadeuszem Rolke, Tomaszem Sikorą, Edwardem Hartwigiem. Wywiady pochodzą

piątek, 18 października 2019

Światło.



Na szczęście tanio latają. Dzięki temu człowiek może się rozwijać fotograficznie. Nabywać wiedzy. Nie jest to może jakaś wiedza tajemna, ale jest.
Po raz pierwszy w życiu, po raz drugi w tym samym lecie odwiedziło się Włochy. I odczuło się fotograficzną zmianę. Zmieniły się kolory i odcienie.
Niektórzy wstają o czwartej, żeby zdążyć na wschód słońca i złotą magiczną godzinę, niektórzy cytują znany cytat: Amator martwi się o sprzęt, profesjonalista o kasę, a mistrz martwi się o światło. Niektórzy wracają wielokrotnie w to samo miejsce, żeby złapać najlepszy układ oświetlenia. Rozumiem ich. Mają rację. Niemniej nigdy tak wyraźnie świat nie zwrócił mi uwagi na to, że położenie słońca na niebie tak zmienia kolory i natężenie.
Szosy zawiodły nas na półwysep Gargano, przedziwnego wieloryba wyciągniętego na brzeg płaskiej jak stół Apulii. Z monotonnych równin, sadów oliwkowych i salinowych jezior wyrasta nagle łańcuch niskich gór wyciągnięty w morze. Miejsce to jest mniej znane, niż turystyczna mekka wybrzeża Amalfi i Sorento, aczkolwiek Włosi wiedzą o nim doskonale i tutaj właśnie spędzają urlopy. Na szczęście ich plany urlopowe kończą się jak nożem uciął 1-go października, szosy pustoszeją, a sklepiki zamykają się po sezonie.
Gargano wyciągnięte w morze jest na wybrzeżu dość pustawe - niewiele pięknych miasteczek rozsiadło się na jego klifach, a wnętrze zajmuje kuriozum na włoską skalę - park narodowy Foresta Umbra, w którym ino lasy, bory i nieliczne kręte drogi, a poza tym nic. Włoch musi się tam czuć nieswojo. Dla Polaka jest to rzecz dość familiarna, zwłaszcza na Ścianie Wschodniej, albo na Kaszubach całkiem spotykana. W gęsto zaludnionym południu włoskiego buta stanowi niejaki wyjątek. Mroczne, pierwotne lasy, gęsto zarośnięte flankują od strony nielicznych miasteczek pastwiska domowej fauny.
Generalnie malowniczo na zabój.
Przybyliśmy, zobaczyliśmy, sfotografowaliśmy.

















piątek, 11 października 2019

Zakochałem się w Olive Edis.

W zimnym marcu 1919 roku Olive Edis na zlecenie Imperial War Museum w Londynie wsiadła do odkrytego Forda Model T, żeby spędzić ponad miesiąc we Francji i Belgii fotografując pozostałości niedawno odbytej wojny, jako pierwsza kobieta na stanowisku Official War Photographer. Zabrała ze sobą gargantuicznych rozmiarów własny skrzynkowy aparat i dostępne już wówczas w handlu suche płyty żelatynowe. Wraz z nią udała się w podróż lady Norman, szefowa Komitetu Pracy Kobiet w charakterze obserwatorki. Kierowcą był stary doświadczony szofer, pan Blow, wkrótce nazwany przez Olivię "tatusiem Blow", który pomagał paniom w wizytacji terenów, za które przez kilka ostatnich lat ginęły miliony ludzi z obu stron Wielkiej Wojny.


Panie z Voluntary Aid Detachement czyszczą silniki samochodów. 1919. Fot. Olive Edis.
W przeciwieństwie do aparatu zdobywcy Everestu George Leigh Mallory'ego (opisywanego już na Fotodinozie - TUTAJ) aparat Oliwii Edis istniej do dzisiaj i ma się dobrze. Nadal, po 125 latach od jego wyprodukowania i po stu latach od czasu gdy Edis fotografowała nim zrujnowaną Francję można nim strzelać doskonałej jakości zdjęcia (co udowodniło przechowujące go pieczołowicie Muzeum w Norfolk). Zanim fotografka wyruszyła w swą podróż dokumentacyjną zrobiła nim setki niesamowitych klimatycznie portretów, zdjęć o nastroju dzisiaj niespotykanym.
Przyznam, że im więcej czytam o Oliwii Edis, tym bardziej zakochuję się platonicznie w niej i w jej zdjęciach. Była wirtuozem wielkiego formatu. W przenośni i dosłownie.


Olive Edis - autoportret z 1919 roku, czasu w którym wyruszyła do Francji i Flandrii. Fotografka lubiła robić sobie zdjęcia.
Pochodziła z dobrze sytuowanej mieszczańskiej rodziny, była najstarszą z trzech córek londyńskiego lekarza. Od znajomej dostała swój pierwszy aparat - był on kiedyś własnością doktora Johna Murray'a, jednego z pierwszych dokumentalistów - fotografów w Indiach, teraz na nim trenowała umiejętności dwudziestopięcioletnia Olivia. Był to olbrzymi wielkoformatowiec, z drewnianą przednią i tylną ścianką połączoną mieszkiem, przeznaczony na szklane płyty. W ówczesnym czasie czułość materiałów wymagała ustawiania go na statywie i dużej ilości światła. Trzeba też powiedzieć, że z owym przetpotopowym sprzętem było mnóstwo roboty, opisał to kiedyś w artykule gościnnym na Fotodinozie Miłosz Gawroński - TUTAJ (opis działań wielkim formatem jest na samym początku artykułu). Oliwia nie zrażała się tym faktem, a umiejętności nabrane w szybkim czasie pozwoliły jej otworzyć profesjonalne studio w Sheringham na wybrzeżu w Norfolk. Zawiązała spółkę z młodszą siostrą - Katherine, która wraz z nią zgłębiała tajniki łapania światła na szklanych płytach, póki nie wyszła za mąż w 1907 roku. Od tamtej pory Olive Edis sama rozwijała swój biznes.
Pochodzenie z zamożnej rodziny i dobrej klasy społecznej ułatwiało obu siostrom sprawę - studio w Sherihngham zaprojektował im wuj, Robert William Edis, architekt brytyjskiego pawilonu na wystawę światową w Kolumbii. Studio miało, ówczesnym zwyczajem, szklany dach, żeby wykorzystywać maksymalnie dzienne światło, takież studia miał nie tylko sławny Nadar, fotograf - szpieg (LINK do wpisu o nim), ale także i łódzki portrecista z XIX wieku - Dominik Zoner (LINK do wpisu o pierwszych fotografach w mieście).
Oliwia była zdecydowana, odważna i wiedziała czego chce. Miała przy tym wspaniałe, empatyczne podejście do ludzi. W owych czasach, w których przygotowanie do zdjęć zajmowało długie chwile, a samo otwarcie migawki co najmniej kilka sekund, te umiejętności były bardzo istotne. Po fotografiach Edis widać na pierwszy rzut oka jej socjalne talenty. Na mało których zdjęciach z początku XX wieku modele wyglądają tak naturalnie i tak żywo. Te zdjęcia portretowe są wyjątkowe, nie tylko z racji niezwykłej plastyki obrazu - wielkoformatowy aparat daje niedościgle małą głębię ostrości i trudno uchwytny w opisie urok - ale także są wyjątkowe właśnie z racji psychologicznej wyrazistości modeli.


Rybak Lotion Tar-Bishop, fot. Olive Edis.

Rybak Gilbert Lether Rook. Fot. Olive Edis.

Rybak Buck Craske. Fot. Olive Edis.

Fot. Olive Edis.
Sheringham było miastem wypoczynkowym i portem rybackim. Oliwia fotografowała zatem śmietankę towarzyską na wakacjach, oraz... rybaków właśnie. Portrety i pejzaże okolic wydawała na widokówkach, które zdobyły wielką popularność.
Wcale się nie dziwię, wyglądają kusząco i dzisiaj.
W 1912 roku Edis zaczęła robić zdjęcia kolorowe, za sprawą wprowadzonych świeżo na rynek kolorowych autochromów, produkowanych przez braci Lumière i sprowadzanych z Francji. Była w tym jedną z pionierek. Autochromy były pracochłonne w naświetlaniu i wywoływaniu i nie dało się z nich robić z początku odbitek - były rodzajem przezrocza, potrzebującego podświetlenia. Oliwia skonstruowała i opatentowała własny diaskop do ich oglądania. Za swoje kolorowe zdjęcie - autoportret - dostała medal na wystawie Królewskiego Towarzystwa Fotograficznego w 1913-m, a rok później została członkinią tegoż Royal Society.


Fot. Olive Edis.
Aż się wierzyć nie chce - zdjęcia kolorowe sprzed I Wojny! Ale kolorową fotografię uprawiano na różne sposoby i w połowie XIX wieku, początkowo stosując barwne filtry i pracowicie nakładając na siebie kilka powstałych zdjęć, a także, najpowszechniej, po prostu podmalowując fotografię czarno-białą. Autochrom, wynalazek Louisa Ducos du Hauron'a, potem produkowany przez braci Lumière, był w stosunku do poprzednich metod stosunkowo prostym a sprytnym rozwiązaniem.