piątek, 13 października 2017

Marna dola selektora.

Muhammad Ali, fot. Thomas Hoepker 1966.

Ktoś kto zrobił w życiu sto tysięcy przeciętnych zdjęć, ale wśród nich trzy genialne, może być uznany za genialnego fotografa. Wystarczy żeby umiał wybrać te właściwe do upublicznienia.

Przeglądając foty na Magnum Photography, dla przyjemności żeglując sobie po oceanie zdjęć różnych, zacząłem zastanawiać się jak wielką rolę pełni działalność edytorska w życiu fotografa. I nie chodzi mi tu o edycję w sensie przemysłowego odchudzania i wygładzania modelek w Photoshopie, a o prosty wybór zdjęć przeznaczanych do ujawnienia światu, zrobiony przez ich autora.

Prawie każdy świadomy esteta, którym ma być w założeniu fotograf, dokonuje selekcji materiału. Od XIX wieku trafiło do kosza niezmierzone morze różnych zdjęć, a inne, znacznie mniejsze morze, takie Morze Bałtyckie, trafiło na salony. Oceniając te proporcje można dojść do wniosku, że rola selekcjonera jest właściwie równie ważna jak rola pana od robienia zdjęć, szczególnie gdy te dwie role gra jedna i ta sama osoba.

Marna dola selektora - pana od płyt,
Nikt na niego nigdy nie patrzy, każdy słucha bit.
Marna dola selektora - pana od płyt,
Mało kto ceni jego robotę, każdy czeka na hit.

Taki nawijacz na przykład nie będzie miał biedy,
Stoi na scenie, a dziewczyny wtedy
Kredyt biorą z jego oczu i głosu,
Będą go potem spłacać w każdy możliwy sposób

On bierze majka i jest już spakowany,
Piękny jak bajka uderza dalej w tany.
Popija drinki i czeka na money
Uwielbiany, ukochany, pożądany, narąbany
Jest rozpieszczany!

Marna dola selektora - pana od płyt,
Nikt na niego nigdy nie patrzy, każdy słucha bit.
Marna dola selektora - pana od płyt,
Mało kto ceni jego robotę, każdy czeka na hit.

A selekta nieboga dźwiga winyli pięć ton,
Wypije piwko za dużo, zniszczy gramofon.
Ma robotę do rana, a rano biedaczek ma zgon,
Od przygięcia nad dj-ką wieczny ma skłon.

Laski nie piszczą, kiedy na scenę wchodzi,
Nie rozpoznają go ludzie młodzi.
Sypia za dnia, nie widzi słońca,
Przerąbana taka selektora robota.

              Pablopavo "Marna dola selektora"

Co ciekawe aspekt wyboru dobrego spośród zrobionych zdjęć jest raczej w edukacji fotograficznej zupełnie pomijany. Duży nacisk kładzie się na to JAK dobre zdjęcie zrobić, jak kadrować, komponować, jak naświetlać, natomiast selekcja zdjęć oparta na tych zasadach jest zamilczana i temat nigdy nie poruszany. Nauczyciele fotografii chcą wychować samych geniuszy, którzy nie wyrzucają do kosza żadnych zdjęć. To oczywiście pokłosie czasów filmów i fotografii analogowej. Na pierwszy rzut oka- nie przystające do epoki słitfoci, selfików i bezkosztowości zapisywania obrazów jako ciągu jednynek i zer.

A przecież chciałoby się, żeby niektórzy ludzie powstrzymali się od upubliczniania niektórych swoich dzieł.

piątek, 6 października 2017

Napięcie wzrosło. Wielkie powroty zombies.



Człowiek człowiekowi wilkiem
A zombie zombie zombie.
               (Cytat)


Oni zawsze wracają. Człowiek już myślał że umarli bez reszty, odeszli i zniknęli z tego świata. Ale nie, oni niespodziewanie z grobu wstają, zamiast w proch się obrócić. Co jest do cholery?!

Kasa misiu, kasa.




Pierwsza była Yashica.
Nie, tfu… oczywiście że nie była pierwsza. Już niejedni wcześniej zmartwychwstawali. Ale ona rzuciła się w oczy w ostatnim czasie. Zasłużony ten niegdyś producent aparatów Contax i świetnych obiektywów, przed którym rzesze fotografów klęczały niegdyś z zachwytem wypuścił w odmęty internetu najpierw tajemniczy filmik, na którym tajemnicza japońska piękność tajemniczo coś fotografowała starym aparatem Yashica. Ciekawość sięgnęła Zenita, tfu… zenitu sięgnęła. Wszystkim tradycjonalistom zadrżały łapki i ślinka pociekła. To ci dopiero- powrót po latach!





Yashica powstała w 1949 roku. Najpierw wsławiła się swoimi aparatami i optyką, a w latach 70-tych zawarła sojusz z Zeissem, z którym produkowała do spółki aparaty z optyką tego ostatniego. Zeiss zły nie jest i legenda jakości rozeszła się szeroko. Działo się to pięknie aż do późnych lat 80-tych, kiedy to Yashikę przejęła Kyocera, a później sama została przejęta przez Minoltę.
Yashika największe rynkowe problemy miała wcześniej właśnie z Minoltą, producentem podobnej wielkości, który podgryzał ją jak tylko się dało. Pierwsze co zdecydowała Minolta po przejęciu Yashiki to oczywiście wstrzymanie produkcji Contaxów, żeby nie było wewnętrznej konkurencji.
Tak z nieba na ziemię zlądował w Jeleniej (cytat). Nimb jakości jednak pozostał i unosił się w eterze.

Sama Minolta, jak wiemy również została zjedzona przez Konicę, a następnie sprzedała dział fotograficzny do Sony. Sony zwycięża wszystkich. Nawet Jamesa Bonda.

Mijały lata, dużo wody upłynęło w instalacjach chłodzących elektrowni Fukushima. A tu nagle japońska piękność na filmiku z Yashiką w ręku. Zapowiedziano tajemniczą elektryzującą nowość. 

Napięcie wzrosło.

A potem ogłoszono że będą to obiektywiki przyczepiane do smartfona.

Noszzzzz… .

Napięcie opadło.


W TAKIM opakowaniu z TAKIM aparatem narysowanym na froncie sprzedawana jest soczewka do smartfona.

środa, 27 września 2017

Czy fotografia ma narodowość. I czy narodowość ma fotografię?

Pytanie tytułowe puknęło mnie lekko w tył głowy podczas zgłębiania zdjęć jednego z ciekawszych konkursów jaki sobie wyszukałem w czeluściach internetu. Już o nim pisałem kiedyś na Twarzoksiągu Fotodinozy (Facebooku znaczy- LINK). Ten konkurs to Eastreet- LINK, w październiku odbędzie się jego czwarta edycja, z siedzibą i wystawami w Lublinie. Gdybym tylko miał czas popędziłbym do Lublina na te wystawy, czego i Wam życzę.
Konkurs fotografii ulicznej Europy Wschodniej.


fot: Dima Talkin. Moskwa. Czy to nie kwintesencja streetfoterki?

Streetfoto jest to w ogóle dziedzina fotografii wymagająca pewnej uwagi. Wymyka się toto z wszelkich określeń, jak tylko spuścić z oczu. Zaraz zwiewa gdzieś na bok i robi jakieś niesformatowane i niegrzeczne rzeczy. Nie wiadomo naprawdę dokładnie co to jest.

Na swój prywatny użytek ukuwam aktualnie taką definicję- streetfoto to fotografia która szuka wartości w rzeczach KOMPLETNIE NIEWAŻNYCH. I tym głównie różni się od fotoreportażu czy portretu. Jest to przekopywanie szarej codzienności w poszukiwaniu chwilowych diamentów.

fot: Ksenya Tsykunova, Mariupol.

Fotografia streetowa jest także z założenia Niepoważna.
Czasem są to zwyczajne śmichy- chichy, a w przypadkach wysublimowanych i szczytowych udaje się osiągnąć coś w rodzaju jednozdaniowej wiwisekcji społeczeństwa. Lub też psychologicznej analizy. Lub też czegoś, co daje do myślenia i zapada w pamięć.

Bawiąc- uczyć, ucząc- bawić. Śmiech dla samego śmiechu to tylko niepotrzebna strata chichotów.
            A'tomek (Papcio Chmiel)

poniedziałek, 25 września 2017

Ranking książek przeczytanych (styczeń- wrzesień 2017).

Stanisław Lem w swojej bibliotece. 1970r. Zdjęcie z archiwum pisarza.

1. Dziś nikt nic nie czyta.
2. Jeśli czyta- nic nie rozumie.
3. Jeśli rozumie- natychmiast zapomina.
                  Prawo Lema

To ja właśnie- żeby nie zapomnieć, bo pamięć już nie ta.

Ranking nie po kolei. Ale za to mniej więcej po kolei czytania.
Skala sześciogwiazdkowa.


"Wspinaczka" Anatolij Bukriejew ****
Największą atrakcję będzie ta książka stanowić dla wcześniejszych czytelników "Wszystko za Everest" Johna Krakauera, bo jest z nią polemiką, ale i inni dowiedzą się wiele o komercyjnych wyprawach w Himalaje i tragicznych skutkach tej komercji. 


"Mock" Marek Krajewski, między *** a ****
Z jednej strony mamy wszystko to, dla czego czyta się serię Krajewskiego- początek wieku we Wrocławiu i mroczny anturaż. Występują osobiście nawet znani architekci. Jednak rozwiązanie intrygi kryminalnej- zawodzi.


"Innowatorzy" Walther Isaacson ****
Historia powstania naszego dzisiejszego środowiska naturalnego. A konkretnie komputera i internetu. Od A (Ady, hrabiny Lovelace, 1843) do W (Wikipedii,2001). Pouczające, jak to wszystko było skomplikowane, poplątane, a czasem przypadkowe. Psychologia także odgegrała dużą rolę.


"Życie to jednak strata jest" Andrzej Stasiuk w rozmowie z Dorotą Wodecką ****
Stasiuk jest fajny i umie gadać. Ogóły o życiu i być może nieco autokreacji, ale dla mnie bardzo przyjemne. Może trochę za bardzo ten wywiad łagodny.


"Przepis na rower" Robert Penn ****
Każdy kto lubi jeździć na rowerze powinien przeczytać tę książkę. Dużo o historii i olbrzymim wpływie socjologicznym roweru, napisane bardzo luźnym i osobistym tonem.


"Lawina i kamienie. Pisarze wobec komunizmu" Anna Bikont, Joanna Szczęsna ****

poniedziałek, 18 września 2017

Los Menelos w Al Andalus vol. 2 (Rozmówki hiszpańskie)

Nie da się kupić herbaty. Ni cholery. W żadnym supermakecie. Współfabrykantka znalazła wreszcie jedną sztukę w Lidlu, na regale z napisem „Kuchnia orientalna”.

Montefrio

Trafiliśmy w fantastyczne miejsce. Wyobraźcie sobie takie zadupie, które ma swoje własne zadupie. To zadupie ma jeszcze jedno własne. I my tam mieszkamy.
Ciężko było w ogóle skręcić z autostrady, a jak już się skręciło, to potem w ciągu godziny jazdy przez oliwkowe wzgórza spotkaliśmy trzy auta. A na samym końcu było Montefrio.
Montefrio nie zaznaczono w żadnym z naszych dwóch przewodników. Turystycznie nie specjalnie istnieje. A jest to jedno z bardziej fotogenicznych miasteczek jakie oglądałem w Hiszpanii.
Wokoło góry i wzgórza w kolorze czerwonawego piasku, na których rośnie miliard drzew oliwkowych. Wróć. W którym rośnie sto miliardów drzew oliwkowych. Pusto.








Montefrio

To daje troszkę obrazu jak duża jest Hiszpania. 504 tys kilometrów kwadratowych, przy ludności 48 milionów. No turyści w to nie są wliczeni, ale turyści rozkładają się głównie na wybrzeżu. I głównie na ręcznikach się rozkładają. Te dane dają 96 osób na kilometr kwadratowy. Do tego Hiszpanie mają sporo dużych miast - taki Madryt ma 3,5 miliona ludzi. Poza nimi zaludnienie jest spore tylko na północy i wybrzeżach.



Andaluzja tak naprawdę jest rolnicza, górzysta i pusta. Wszystkie Mercedesy AMG, torby od Gucciego, kasyna i Dziani Wąsacze zostają w okolicach Marbelli, nad morzem, a tu proste życie w białych chatkach na pustkowiu,rozweselane czasami sangrią.
Teraz Polska (cytat)- 312 tysięcy kilometrów kwadratowych i 123 osoby na kilometr. Do tego raczej prawie o żądnym kawałku naszego kraju nie da się powiedzieć że to pustkowie. Wszędzie gdzie okiem sięgnąć- domki i sioła. Tak to już jest u McDonalda (cytat) i dlatego środek Hiszpanii nie musi dużo robić, żeby wywrzeć na mnie egzotyczne wrażenie.
Jednak robi.

czwartek, 14 września 2017

Koszta muszą być.

Ronda, Hiszpania.

Człowiek się strasznie przyzwyczaja do starych złomów. Znaczy się człowiek- ja.
Do komórki Nokia 6230i. Do Fiata Punto II. Do roweru Wheeler rocznik 1993 kupionego za 80 złotych, a potem przemontowanego z talentem przez komentatora i sojusznika Fotodinozy Krzysztofa Gol'a (Jestem jednym z nielicznych którzy mają rower przerobiony przez architekta na zamówienie! Juhuuu! Dzięki Krzysiu!). Do różnych obiektywów które słabo działają.

Słabo działają, ale i tak robią robotę. Taką robotę robią, że inne nie dają rady.


Sigma AF 14mm f/3,5


Otóż obiektyw 14 mm marki Sigma, który kupiłem swego czasu w stanie wskazującym na tłuczenie nim po głowie reporterów wojennych podczas ostrzału, im dłużej używany tym większej dostarczał euforii. Euforii estetycznej.
Nagle, zupełnie niespodziewanie zauważyłem, że zrobienie dokumentacji wnętrz jakiegoś budynku to kaszka z mleczkiem. I to zupełnie niezależnie od tego JAKIE te wnętrza są. Mogła to być sławojka w polu, a mógł to być skomplikowany biurowiec, a i tak dało się z tego wyciągnąć dobre zdjęcia. Nie było to oczywiście super proste- nie jest to tilt-shift z korekcją perspektywy, niemniej obiektyw o tak ekstremalnie szerokim polu widzenia daje wspaniałe możliwości w porównaniu z czymkolwiek normalnym.







piątek, 8 września 2017

Los Menelos w Al-Andalus.

Już pisałem że podróże kształcą? A! Pisałem w poprzednim wpisie. Dużo się ostatnio dowiedziałem z podróży.
Przede wszystkim widziałem jak gekkon robi kupę.
Oraz tego że małpa makak jest w stanie w pół sekundy odpiąć naraz dwa suwaki plecaka.

Poznałem ludy południa. Widziałem ich miasta na skałach, ich góry i ich selfies robione z kijka w każdej morskiej zatoczce.

Poznałem też miejsca, od których kompletnie idiotycznie nazywają się Seaty. Nie mogę powiedzieć, że Hiszpanom nie wolno tak nazywać sobie swoich Seatów jak chcą. Wolno oczywiście. Ale samochody te pasują do owych nazw geograficznych jak pięść do nosa. Taki Seat Ronda wygląda przy prawdziwej Rondzie jak psi ogon i zapewniam, że wyglądał tak samo w chwili kiedy był nowy.


Ronda. Ale nie Seat Ronda.

Nie wiem czy wiecie, niejaki Złomnik na facebooku wymyślił akcję trollingu doskonałego. Otóż firma Seat ogłosiła z przytupem międzynarodowy konkurs na nazwę swojego nowego modelu auta. Miała to być nazwa wybrana przez internautów spośród nazw południowych hiszpańskich miasteczek "które kojarzą się z najpiękniejszymi chwilami wakacji". Złomnik zaproponował by wpisać w tę ankietę nadmorski kurort o nazwie Cancelada, co podchwycili jego liczni facebookowi fani, w tym niżej podpisany. Jest tylko jeden haczyk- Cancelada oznacza w języku Frederica Garcii Lorki, oraz Francesca Franco- "skasowany/ skasowana". Ze względu na dużą skalę aktywności fanów "Seata Skasowanego" konkurs został wkrótce zawieszony, a raczej przyblokowano w nim możliwość wpisywania tego słowa. Zupełnie nie wiem dlaczego. Mijaliśmy na autostradzie A7 Canceladę- bardzo ładna, spełniała wszystkie kryteria konkursu.
Dlatego postuluję, by ów nowy, nieznany jeszcze model ochrzcić jednak tym przydomkiem, niezależnie od tego jak się będzie nazywał naprawdę.

Hiszpanie mają zresztą wyjechane na samochody, to wiadomo od dawna. To nie Włosi, żeby się byle żelazem podniecali. W przeciwieństwie do mnie. Każdorazowo wracając górską krętą drogą (właściwie w Andaluzji nie ma innych) wyciskałem z wynajętego Fiata Pandy ostatnie soki, w przekonaniu że jestem co najmniej jakimś Hułanem.
(Hułanem Manuelem Fangio, oczywiście, rocznik 1911 kierowca Formuły 1, Argentyńczyk).
I dlatego też gdy w drodze przez suche górskie pustkowia nagle pojawił się mikrodrogowskazik "Ascari" od razu mi się dobrze skojarzyło. Tor wyścigowy Ascari? Tutaj, na tym pustkowiu?!
No tak, właśnie tu.

Wyczytałem, że to jeden z najładniejszych torów wyścigowych w Europie, z tym że dość trudno dostępny. Stworzył go jednak nie hiszpan, a Holender Klaas Zwart, kierowca wyścigowy i właściciel Ascari Cars. Tor jest dostępny dla tych, którzy mają 150 tys. euro rocznie na wpisowe. Zatem ekskluziw do wybrańców. Nie all inkluziw.
Pod Rondą była tylko drewniana zamknięta brama zagradzająca drogę przez kamieniste pustkowie z plantacjami oliwek. Nie było za bardzo co oglądać. Nie zrobiłem nawet zdjęcia toru Ascari i myślałem zatem że nie mam zdjęcia żadnego toru- logiczne. Ale okazało się, że jakiś tor jednak mamy, chociaż nie ten. O proszę bardzo:

Jakiś tor (na pewno nie Ascari).


Sami Hiszpanie nie fascynują się autami. Ale mają inne zalety.
Na przykład Rondę.


Ronda, widok ze Starego na Nowe Miasto.
Ronda

Kratownictwo w Andaluzji jest niesamowicie rozwinięte. Ronda.

Ronda


Ronda, jak prawie wszystko co stare w Andaluzji- jest arabska z urodzenia. Bo Hiszpanie tez mieli zabory. Trwające od VII do XV wieku. 

sobota, 2 września 2017

Dwa portrety


George Carver, Zdzisław Beksiński

Podróże kształcą. Ale lektury jeszcze bardziej. Nawet te internetowe, a może i szczególnie. Zdjęcia niekiedy same przychodzą do człowieka i coś tam w nim poruszają, troszkę wstrząsają, szturchają, za rękaw ciągną.
To co się zobaczyło nie da się już odzobaczyć, jak wiadomo.

Obydwa te portrety zobaczyłem w lekturach. I jakoś nie mogę ich odzobaczyć do tej pory.
Pierwszy portret to George Washington Carver, zobaczony na Automobilowni w artykule o ekologicznych samochodach sprzed II Wojny – LINK.

Portret pierwszy.

Był ten pan prawdopodobnie pierwszym afroamerykaninem w USA, który zyskał sławę naukową. Zyskał ją także w sensie ogólnym. Ameryka umieszczała jego podobiznę na znaczkach pocztowych i plakatach, a prezydent Roosevelt ufundował mu pośmiertnie pomnik. Co się do tamtej pory czarnym Amerykanom nie zdarzało.
Jest to ciekawe, zwróciwszy uwagę na to, że George Carver urodził się jako niewolnik, a data jego narodzin jest nieznana. Prawdopodobnie to okolice roku 1860-tego. Miał na szczęście ten fart, że wychowywał się wśród porządnych ludzi.

Tydzień po jego przyjściu na świat Georga, jego matkę, siostrę i jego samego porwali z farmy złodzieje niewolników. Prawowity właściciel, niemiecki imigrant Moses Carver, (który zgodnie z tradycją dał swoim czarnoskórym nazwisko- mały George do wieku gimnazjalnego przedstawiał się jako "Carver's George") wynajął tropiciela- łapacza (slave catcher), któremu po kilku dniach udało się znaleźć niestety tylko niemowlę.
Odtąd George wychowywał się tylko z bratem.

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Złote medale Fotodinozy. Województwo niderśleszyńskie ciąg dalszy.

Trzy dni niby nic. Niby nic- a cieszy. Natłok wrażeń wylał się na głowę niczym wiadro wody sodowej. Takie rzeczy tylko w województwie niderśleszyńskim.

W pierwszej części nakłuliśmy Dolny Śląsk w kilku miejscach- LINK. Teraz po nakłuciu, gdy mimo tego balon wrażeń nie pęka, a nawet przeciwnie - rośnie nadal, rozdamy złote medale w paru kategoriach.

Na początku myślałem żeby zrobić coś w rodzaju Bitwy Złomów, to znaczy Bitwę Ruder. Niegdysiejszy Złomnik robił takie bitwy znajdując w ogłoszeniach najstraszliwsze złomy.
Gdzież jest niegdysiejszy Snowden? (cytat).
Kto się zatem wczyta- zauważy pewną symetrię w tym wpisie. Symetrię ruder.


Złoty medal za największe zgromadzenie niesamowitych ruder w jednym miejscu. Z podwójną pozłotą zupełnego zapoznania. (w znaczeniu że nikt nie zna).


Dwór w Maciejowcu


Kiedy miniemy zaporę Pilchowicką na Bobrze, z prawdopodobnie najpiękniejszą trasę kolejową w Polsce,


Trasa Jelenia Góra- Lwówek. Przystanek Pilchowice Zapora. Taż widziana w tle.

która to trasa biegnie samym brzegiem zalewu, bez most i bez tunel, zatem kiedy miniemy ową zaporę i trasę i ruszymy na zachód niczym Armia Czerwona- wąska prawie na jeden samochód droga zacznie wspinać się na lesiste wzgórze w Maciejowcu.
Wspina się, wspina, silnik rzęzi ostatkiem sił (cytat), i wśród gąszczy zieleni można nie zauważyć paru zabytków.
Ale jednego nie można zauważyć.
Wygląda jakby go przenieśli z Władcy Pierścieni i wstawili na Dolny Śląsk. Co wrażliwsze estetycznie dusze zakrzykną jakieś nieartykułowane okrzyki. Albo co gorsza niecenzuralne.
Dwór, kurdebalans, renesansowy!

Dwór w Maciejowcu

sobota, 19 sierpnia 2017

Kloaka grafomaniaka (cytat) + Mylne Powidoki.

Dawno na Fotodinozie nie było żadnych grafomańskich i nihilistycznych wierszy. Może nawet bardzo dawno. Może nawet nigdy. No to będą zatem. Twórczość własna (ego! ego!). Użytek własny.



Jestem jak mięso oddzielane mechanicznie z kurcząt
Jestem jak pershing po opuszczeniu wyrzutni
Jestem jak łódeczka z kory na środku Białego Dunajca
Kiedy i tak wiadomo, że to co na końcu- 
                   to co najwyżej Zatoka Gdańska.





Zjadam świat
A świat zjada mnie.





I żeby nie zostawiać Was w tym ponurym i grafomańskim nastroju, zostawiam Was z Mylnymi Powidokami:








wtorek, 8 sierpnia 2017

Traktat o lojalności. "Firma" (1993)- recenzja.


Ja tego zupełnie nie wiedziałem, że Sydney Pollack jest jednym z moich ulubionych reżyserów. Dopiero po czasie się o tym dowiedziałem.
"Trzy dni Kondora", kultowa wręcz klasyka, jeden z pierwszych filmów poddających w wątpliwość dobre intencje służb rządowych USA, zamykających słodkie lata niewinności zakończonych zabójstwem Kennedy'ego. A przy tym klasyka trzymająca w napięciu i potrząsająca widzem, który utożsamia się z głównym bohaterem wrzuconym w macki państwowej ośmiornicy wywiadu.
Ech i jeszcze młody, niesamowicie energiczny i przykuwający uwagę Robert Redford, wspaniale wiarygodny i pokonujący trudności za pomocą intelektu. A może i przeczytanych książek. Chciałoby się tak za pomocą lektur pokonywać C.I.A., albo choć Inspekcję Transportu Drogowego.

"Trzy dni Kondora" to uznany klasyk, wiele razy opisywany i nagradzany. Jednak jest pewien inny film, który ostatnio obejrzałem będąc na studiach. Dość dawno to było.

Tam chodziliśmy na sanki
W weekendy i dzień powszedni
Tam gdzie teraz banki i skład mebli.
A było tak wspaniale. Tak tęsknię za tym,
I nawet jak się załamałem na koloniach karate
I jak na imprezie wyrzygałem pierwsze wino
Czas mierzę od tamtych praktyk
Dawno to było.

     Afrokolektyw

Obejrzałem ten film wtedy ze Współfabrykantą i szalenie spodobała nam się muzyka z niego, szukaliśmy jej potem bezskutecznie (na pirackich i legalnych kasetach magnetofonowych, dawno to było, już mówiłem).
Sam film oglądało się bardzo przyjemnie, Tomkruz dawał tam radę i wydał się być ówże film bardzo fajny.
Ale zapomnieliśmy o nim na dwadzieścia lat i przypomnieliśmy sobie niedawno. Obejrzeliśmy. I mówię Wam- to świetna rzecz. Jeszcze lepszy niż za czasów studenckich.

Widać jednak, że do niektórych wątków trzeba dojrzeć.

Co to za film?
"Firma".
Dopiero teraz, przy czołówce, zorientowałem się że nakręcił go Sidney Pollack. I to otworzyło mi porównawcze pola interpretacji z "Trzema dniami Kondora". Oba te filmy mają sporo ze sobą wspólnego.


Czy "Firma" lepsza? Chyba jednak nie. "Trzy dni" są w zasadzie filmem jednowątkowym, co dla wielu filmów byłoby zarzutem. W "Kondorze" jednak, za sprawą świetnego scenariusza, doskonałej wręcz reżyserii i aktorów daje to efekt wyjątkowego skupienia uwagi na głównym bohaterze i ciągle podtrzymywanego napięcia.
"Firma" jest filmem znacznie mniej mrocznym, bardziej rozbudowanym i w pierwszych scenach daje nam fałszywe złudzenie, że będziemy oglądać coś, z czego nasz Tomkruz był wcześniej znany- lekki film o radosnym życiu studenta/ gimnazjalisty, który wpadł co najwyżej w lekko komediowe kłopoty.


niedziela, 6 sierpnia 2017

Województwo niderśleszyńskie.

Lubię pisać artykuły z tezą. Tylko nie wiem czy akurat jestem w stanie znaleźć dobrą tezę. Może: "Zamiana Lwowa i Wilna na Dolny Śląsk nie była taka najgorsza?". Albo: "Człowiek nie musi wyjeżdżać poza swój kraj, żeby poczuć się jak zagranicą". A może i jakaś inna teza.

Tylko teraz trzeba te tezy udowodnić.

To może być trudne w czasie trzech dni pobytu na tej swojskiej obczyźnie. Swojskiej od zawsze. I obcej też od zawsze. Już kiedyś się pisało, że te wszystkie pogranicza są najciekawsze. A tu trójpogranicze polsko- czesko- niemieckie.
Krew chwilowo wsiąkła. Zostały artefakty.

Na Dolnym Śląsku nie da się donikąd dojechać. A przynajmniej nie o czasie. Zawsze coś zatrzyma po drodze. Jedzie się jedzie, a tu nagle- WTEM! Wystarczy popatrzeć na mapę. Takiej Jeleniej Góry to nie da się minąć w ogóle. W promieniu dwudziestu kilometrów od miasta znajduje się mniej więcej ze czterdzieści pałaców i zamków, ze wszystkich okresów i w każdym stanie, oraz z dziesięć alpejsko patrzących kurortów ("patrzących", jak pisał Lem). Co prawda ta alpejskość jest tak doprawiona polską miłością do banerów, reklam, elektronicznych tablic, budek z kebabami, straganów, blaszanych bud, drewnianych baraków i wschodniej proweniencji bardaków, że ledwo zza nich wystaje. No ale już trudno, jestem przyzwyczajony że zdjęcia szerokokątne tam nie wyjdą i że trzeba się skupić na teleobiektywie.
Trochę lepiej wyjdą w Szklarskiej Porębie niż Karpaczu, ale niewiele lepiej. Najlepiej jednak szeroki kąt da się uprawiać tam gdzie nie ma kurortów, tylko samotne artefakty sterczą.
Znaczy się wszędzie.

Ci wredni Prusacy to strasznie bogaci byli i wszędzie coś postawili. Czesi też. I nawet my.

Mówili nam Niemce
Żeśmy cudzoziemce.
A myśmy som jacytacy
Chłopcy Austriacy!
     (ludowe, za Antonim Kroh)

Ze dwa lata temu napisało się analizę Dolnego Śląska. A może to synteza była? W każdym razie pod tytułem "Włochy i Grecja są całkowicie niepotrzebne"- LINK.
W tym roku analiz ani syntez nie będzie. Będą nakłucia. Nakłujemy sobie województwo niderśleżyńskie w kilku miejscach. I żeby wprowadzić do tego jakiś porządek, polecimy według klucza historycznego - od najstarszych.

Porządek, porządek to wróg zwierządek (cytat).

Zatem od najstarszego.
Nasz ci on.
Wieża książęca w Siedlęcinie.



Na pierwszy rzut oka za ten zabytek nie dalibyście pięciu złotych. Wchodzi się do niego jak do zrujnowanego PGR-u, którym był przez pewien czas w istocie. Jest skromny, sprawia niezbyt efektowne wrażenie z daleka- to kwestia proporcji.

Ale chodziłem po nim jak oczadzony, zupełnie jakby mnie z mojego świata wyjęli.

Im bliżej podchodzi się do wieży, tym sprawia coraz potężniejsze wrażenie. Z daleka- ukryta w panoramie Siedlęcina, którą dominuje stary protestancki zbór przerobiony na kościół katolicki, oraz kościół katolicki na nic nie przerobiony- niknie wśród drzew, leżąc niżej nad rzeką. Takie coś, co niby nic. Jakiś tam stare coś.

Panorama Siedlęcina z wieży rycerskiej.

A potem wchodzi się do środka. Właściwie prawie nie ma tam nic.
Nie ma tam żadnych zdobień, żadnych baroków, renesansów, gzymsów, mozaik, rzeźb, mebli, posadzek i tego typu rzeczy. To co tam jest to wyłącznie najprawdziwsze średniowiecze jak obuchem w łeb i to tak autentyczne że przenika do szpiku kości.



No i to jest coś. Naprawdę coś.
Nigdzie wcześniej nie doznałem takiego wrażenia autentyczności, jakiegoś cofnięcia się w czasie jak w owym Siedlęcinie. Wszystko co się widziało, wszystkie Wawele, Chocimy, Kamieńce Podolskie, Malborki, normańskie zamki są takie... hmm... takie jakieś grzecznie uczesane, choćby były ruinami. Są obiektami muzealnymi w których genius loci ulociał gdzieś tam wraz z czasem i użytkowaniem przez kolejne pokolenia, które dodawały im ozdób i naprawiały je sobie współczesnymi środkami.
Wieża w Siedlęcinie jest jakimś mało znanym gównozabytkiem, stojącym w jeszcze gówniańszym (prawdę powiedziawszy na pierwszy rzut oka zatrważająco gównianym) otoczeniu, wśród rumoszu rozwalonego żelbetonu, wiat rodem z PGR-u, błotnistego podwórza, otoczonego bajorowatą fosą i krzaczorami.
Ale jak wejdzie się do środka- to rany!, czuć że książę Henryk I całkiem niedawno opuścił to miejsce. A jak wróci z polowania na tury to gotów, wściekły, wygonić nas ze swej siedziby klepiąc po tyłku płazem swego miecza.


Dziwnym trafem w tym zapomnianym przez ludzi miejscu w zakolu rzeki Bóbr kolejne pokolenia posiadaczy nie zdołały zmienić tego ducha, jaki wbudowali w wieżę ludzie sprzed siedmiuset lat. Przetrwał nawet czasy PGR-u!
Są tutaj, proszę państwa- uwaga uwaga- najstarsze stropy drewniane w Polsce!



Są tutaj również jedyne, chciałem pisać że w Europie, ale nie- jedyne zachowane na świecie freski średniowieczne o tematyce arturiańskiej (znaczy się z legendy o królu Arturze). Co zupełnie kuriozalne- nie mają takich na całych Wyspach Brytyjskich, a są na ścianie zabytku w Polsce o którym mało kto słyszał.


Te stropy drewniane... Wydaje mi się że mało w swym życiu widziałem drzew- kandydatów na siedlęcińskie stropy. To mi się strasznie wręcz podobało.

piątek, 28 lipca 2017

Canon EF 70-210 f/4 vs EF 70-200/2,8 L. Wesoły jest sukces staruszka.


Znowu trzeba się cofnąć w przeszłość. Ta teraźniejszość nie jest tak atrakcyjna.

Beverly Hills 70-210

Ogniskowa 70-210 mm nie występuje dzisiaj w ogóle w przyrodzie, z niewiadomych zupełnie względów. Tak że jak usłyszycie o takich ogniskowych, to wiedzcie że sprzęty z nimi związane pochodzą w najlepszym razie z lat 90-tych lub początku 2000-ch.
Canon kiedyś produkował obiektyw o takiej ogniskowej, ale było to tak dawno temu, że najstarsi japońscy samurajowie nie pamiętają.

Człowiek to jednak słaby jest.
No, przyznam się.
Dokonałem ostatnio (słabo) kontrolowanego zakupu obiektywu o takim zakresie. Polowałem długi długi czas na Cosinę 70-210 2,8-4 ale się nie trafiała. A trafił się okazyjnie inny bohater zestawienia 10-ciu tanich i ciekawych obiektywów do Canona- Canon EF 70-210 f/4.

Zabytkowa rzecz.
Jak tu nie kupić, skoro go się samemu polecało.

Canon EF 70-210 f/4

Miejskie legendy krążą. Niektórzy mówią, że jest tak dobry jak nowe L-ki o tym zakresie. Ale ci co tak mówią zwykle chcą go sprzedać.
Zobaczy się czy prawdę mówią. Jest to może techniczny i duchowy poprzednik Canona 70-200 f/4 L, ale poprzednik niebezpośredni, trochę z innej epoki. I innej to jednak nie znaczy gorszej. Była to bądź co bądź epoka, w której wstydem było wypuszczenie obiektywu o konstrukcji całkowicie plastikowej i pozbawionego okienka ze skalą odległości. Niemniej do fotografii cyfrowej to było jeszcze daleko.

Końcówka lat 80-tych. Wszystkie firmy starały się wtedy jak tylko mogły, bo stawką było pozostanie na rynku po autofokusowej rewolucji. Kto się nie starał ten wypadał.

EF 70-210 f/4 był pierwszym w telezoomem z autofokusem wyprodukowanym przez Canona. Ukazał się w roku 1987-ym, na samym początku systemu Canon EOS, razem z pierwszą lustrzanką- Canonem 650- LINK. Produkowano go strasznie krótko, bo ledwie do 1990. Co oznacza, niestety niestety, że najmłodsze egzemplarze mają 27 lat. Ja cię przepraszam, jaki on jest stary! No, ale skoro trzydziestoletnie Mercedesy nadal jeżdżą, a czterdziestoletnie Boeingi nadal latają, to czemu nie 27-letni Canony? Musieli ich jednak natłuc wielkie ilości, bo w przeciwieństwie do wielu innych obiektywów- ten jest, o dziwo, nadal bardzo popularny i łatwo dostępny. Na Allegro nadal wiszą ze trzy czy cztery egzemplarze.

Do tego jest to również ostatni TAKI Canon. To jest ostatni w historii canonowski zoom ze stałym światłem, który NIE JEST serią L.
To ciekawe, prawda? Pod swoją serią "Luxury" Canon zgromadził wszystkie zoomy, które nie zmieniały przesłony podczas zmiany ogniskowej, a amatorzy od 1990 roku musieli się zadowolić tymi gorszymi, które ciemniały podczas zoomowania. To ci spryciarz!

70-210 jest jeszcze z innej strony oryginałem na tle dzisiejszej stawki, bo to obiektyw typu pompka (push- pull), konstrukcja od czasów lat cyfrowych już niestosowana. Ogniskową w tym szkle zmienia się pchając tubus do przodu lub ciągnąc do tyłu. Jest w tym pewna zaleta intuicyjnej poręczności i prostoty konstrukcyjnej, ale też pewna wada w postaci zasysania i wydmuchiwania kurzu. O ile w czasach filmów kurz ten nie stanowił wielkiego problemu i przy wywoływaniu zostawał usunięty, o tyle przy nieruchomej matrycy cyfrowej stwarza większe problemy. Nie mówiąc już o elektrostatyczności matrycy, przez którą przecież prądy elektryczne płyną tajemnicze.
Cóż. W najgorszym razie trzeba będzie częściej czyścić- pomyślałem sobie i dokonałem zakupu tej rzekomej pra L-ki bez czerwonego paska.

Intencje i nadzieje

Intencją było sprawienie sobie czegoś mniejszego i lżejszego niż 70-200/ 2,8 L, bo przyznam szczerze- 70-200 L jest wielki. I nie jest lekki. Nie na każdy wyjazd można go ciągać. Czasami też zwyczajnie się nie chce dokładać te kilo sześćset do plecaka. Do tego 70-200 ma potężną wadę, o której nie myślą reporterzy- strasznie rzuca się w oczy. Jest biały. Kto żądny sławy i nachalnych pytań przechodniów- temu w to graj. Ale jak kto chce zniknąć w tłumie, to z 70-200/2.8 L nie da rady. Nie ma go jak ukryć.
Dlatego szczupła czerń leżała mi na myśli. No i żeby nie kosztowała tyle co L-ka.

Canon EF 70-210 f/4 (uwaga- zdjęcia bez ramek są wyłącznie zmniejszane, niepoprawiane i niewyostrzane)
Canon EF 70-210 f/4


Canon EF 70-210 f/4