wyświetlenia:

środa, 29 września 2021

Półprzewodnik. Pałac Julianów.



Skąd przyszliśmy, dokąd zmierzamy, kto był przed nami? Dość rzadko mamy czas zadawać sobie takie pytania. No, ale czasem się zdarza, zwłaszcza jak się debiutuje jako przewodnik po mieście Łodzi. Bo z miasta Łodzi się pochodzi. 

No, jako półprzewodnik, powiedzmy. I to po swoich okolicach, po których się ongiś biegało i jeździło na rowerze "Bambino", a potem stjuningowanym "Wigry 3" z przedłużonym siodełkiem. Znaczy się takie półdomowe półprzewodnictwo półterenowe. Namówił mnie przyjaciel - Krzyś Gol - Piotrowski, związany z "Zieloną Łodzią". No bo u nas zielono jest. Na łódzkim Julianowie, Marysinie i Rogach. Przy okazji takiej wycieczki wychodzą różne szydła z worków, które dotąd stały w kącie. Trzeba zriserczować temat. I tak się riserczuje i riserczuje, aż się doriserczowuje do różnych rzeczy nieistniejących w żadnych przewodnikach po mieście. 

Zwłaszcza, że takich przewodników pt. "Julianów, Marysin, Rogi", to nie ma wcale, nie licząc tych po stacjach ŁKA napisanych przez Fotodinozę.

Co ta Łódź ma w ogóle do zaoferowania? - chciało by się zapytać. Co tu może być ciekawego, w porównaniu z takim, dajmy na to Krakowem, w którym gdzie nie wbić łopaty, to średniowiecza, albo jakieś renesansy? Przecie to miasto z XIX wieku i to właściwie w całości. No tak, ale Łódź ma pewne przewagi. Wbijasz tę łopatę w ziemię i dokopujesz się do zaszłości. Może nie takich dawnych, ale to właśnie ich zaleta - są nam bliskie i czasowo i emocjonalnie. A i w jakichś archiwach, a czasem w internecie można natrafić na ich ślady. A w średniowieczu krakowskim, czy gnieźnieńskim to owszem, żyli może jacyś odlegli przodkowie, ale ani nam oni braćmi, ani swać... ani swatami. W przeciwieństwie do naszych XIX wiecznych przodków, którzy mogli oglądać łódzkie artefakty na własne oczy.

Dodać tu należy, że na Julianowie, Marysinie i Rogach żaden Wawel nie stoi, ani Luwr czy Wersal. Jest to tak naprawdę zwiedzanie krzaczorów i wspomnień po przeszłości, z której zostały ledwo ślady. Czy to jest interesujące? Jak dla kogo.

W Krakowie, Gnieźnie, Poznaniu - średniowiecza, romanizmy i renesansy. Wtedy w Łodzi tylko lasy i pola uprawne.

No tak. Ale czy wieś i las nie mają swojej przeszłości?

Mają.

Caluśka północ dzisiejszej Łodzi, mniej więcej 1/4, to XIX wieczne dobra rodziny Heinzel. Mieli oni tereny poczynając od ulicy Zgierskiej, przez Julianów, Marysin, Rogi, Łagiewniki, Arturówek, aż pod Dobieszków. Jest to, pi razy oko, jakieś 15 km w linii prostej, licząc od Zgierskiej w stronę północno-wschodnią. No dość dużo. Było tam przynajmniej 5 tysięcy hektarów lasu, wielkie liczby majątków, folwarków pól uprawnych. 

Nieźle, co?

Ale jak to możliwe, że wszystkie te ziemie, potem powoli rozprzedawane np. gminie żydowskiej na późniejszy największy cmentarz żydowski w Europie, należały do

sobota, 11 września 2021

Tramwaj Tanfaniego - moja debiutancka książka.

Szanowni Czytelnicy, Przyjaciele i Fani Fotodinozy

Co prawda na blogu się trochę obijam, ale za to - łubudu! Napisałem swoją debiutancką książkę pod tytułem "Tramwaj Tanfaniego". Premiera w listopadzie 2021. To klasyczny kryminał, dziejący się - to dało się łatwo przewidzieć - w moim rodzinnym mieście Łodzi. Rzecz inspirowana prawdziwymi wydarzeniami, kiedy to po rewolucji robotniczej zastrzelono w tramwaju łódzkiego milionera - Juliusza Kunitzera. Od tego się zaczyna, a potem trzeba to wszystko rozwikłać...
Książka o mieście próbującym zagoić rany i zbrodni, która może otworzyć je na nowo.

Postępy w pisaniu i wydawaniu "Tramwaju Tanfaniego", autorskie męki oraz ciekawostki związane z akcją książki i miastem Łódź relacjonuję na blogu:

https://tramwajtanfaniego.blogspot.com


Zapraszam także do obserwowania strony facebookowej "Tramwaju", a nic co łódzkie nie będzie Wam obce:

https://www.facebook.com/…/Tramwaj-Tanfani…/100072292126891/

Obserwujcie, udostępniajcie i polecajcie, a autor będzie rozkwitał.

Premiera książki: listopad 2021

Artykuły na Fotodinozie nadal będą się, rzecz jasna, ukazywać od czasu do czasu.Zostańcie nastrojeni na nasze fale.

Fabrykant

czwartek, 22 lipca 2021

Szipka. Przełęcz miłości i śmierci.



Jakiej znowu miłości zapytacie? 
Otóż miłości pomiędzy Bułgarami a Rosjanami. Dla nas kompletnie niezrozumiałej. No, ale czego tu nie rozumieć? Inna geopolityka.

Tę geopolitykę niespodziewanie dostrzega się w dalekiej podróży, z centralnej Polski, aż po bliskie Turcji kresy bułgarskie. Otóż w spalaniu paliwa się ją dostrzega. Ono, proszę Państwa niekiedy rośnie, a niekedy maleje, to spalanie. Bo i pejzaż w niektórych miejscach jakby rośnie przed oczami i wypiętrza się górotworem. Łańcuchy górskie. Pierwszy, nasze Tatry własne, choć współdzielone ze Słowacją mija się ze znajomymi widokami, które się już kiedyś opisywało - LINK. Te góry stanowią gruby podział nie tylko pomiędzy narodami, ale i pomiędzy dobrym winkiem, a tym trochę słabszym. No bo nie podskoczysz Tokajowi, choćbyś się natężał i krzaczki po naszej stronie pielęgnował. Potem długo, długo nic - puszta zupełnie pusta zaczyna się już w okolicach Koszyc (co nie podoba się Słowakom, ale podoba się Węgrom). Aż do góreczek Rumunii, zaczynających łagodne falowanie niemal już od granicy. A potem, panie kochany, Karpaty. Tylko dzięki Karpatom Turcy, w postaci Imperium Osmańskiego najczęściej skręcali w lewo na mapie i dochodzili to tu, to tam, a czasem nawet pod Wiedeń via Szekesfe... Sekeszfe.... Székesfehér... Nie no! - via Białograd Królewski, niech cholera weźmie tę wymowę!
Od góry mapy - nasi (na ogół), od dołu mapy - Imperium Osmańskie, a środkiem Karpaty niczym mur.
No, ale to jednak znaczy, że Bułgarzy byli po tamtej stronie. Niestety. Najpierw wspaniałe imperia wczesnośredniowieczne i carstwa, obejmujące nie tylko aktualne wybrzeże Albanii, ale i tereny dzisiejszego Pesztu i Naddniestrza. Normalnie Polska Bułgaria od morza do morza! Niestety potem, w późniejszym średniowieczu, Bizancjum podbijało, a później Imperium Osmańskie. No i na koniec Bułgaria została pod tureckimi zaborami.
Które trwały nieco dłużej, niż te nasze - 500 lat.
Aż dziw, że nie zapomnieli kim są, bo niektórym u nas, po (umownych) 123 latach zdarzało się zapomnieć. Kultura przetrwała jednak w górskich klasztorach, a potem, od końca XVIII wieku udało się jej jakoś emancypować, tworząc szkoły, czasopisma i czytelnie. Przy tym odrodziła się bułgarska cerkiew, po wiekach likwidacji. Udało się to wszystko przy wydatnej pomocy Rosji. Albowiem geopolityka. Tam gdzie Rosji było to na rękę wspierała ruchy narodowowyzwoleńcze (u sąsiadów). Niestety u nas nie było, bośmy siedzieli pod jej własnym butem.
Pewna autonomia i obudzenie bułgarskiej świadomości narodowej to jednak nie prawdziwa wolność. Tę przyniosła dopiero wojna rosyjsko-turecka w 1877.
Rosjanie, wspierani przez narody bałkańskie, dogadali się z Rumunią na przeprowadzenie wojsk przez jej terytorium i wkrótce przeprawili się przez Dunaj.
Potem jednak na przeszkodzie stanęła geologia. Albowiem w Bułgarii mnóstwo ciekawych gór.

Czudnite skali - Tsonewo.

Czudnite skali - Tsonewo. Pojazd fabrykancki.

Twierdza Prowadija



Tak naprawdę przejeżdżając przez ten kraj niemal po przekątnej niewiele widzieliśmy z bułgarskich gór. Bo ich jest strasznie dużo. Niektórzy mówią, że góry, to to co Bułgaria ma najlepszego i to może być prawda. Ruszyliśmy najpierw

poniedziałek, 12 lipca 2021

Ro-mania.


Ech, gdzież jest niegdysiejszy Snowden?
Gdzież łany łąk umiłowane, gdzież owce na halach, gdzież sielskość i anielskość wiejska? Pastuszek i pastereczka? Konie ze spętanymi pęcinami pasące się swobodnie na trawiastych wzgórzach? Pszczółki brzęczące nad polami rzepaku i uwijające się wśród starych lip i jaśminu? Gdzież strzechy słomą kryte? Przeminęły jak sen jaki złoty. Teraz panie ino postpegeery i spółki dwustuhektarowe o nazwie Eko-food, Farm-tech albo Agropol-Polagro. Tam monstrualne traktory, jak czołgi dojrzałego kapitalizmu, rozjeżdżają ugór, opryskują starannie dobranym pestycydem i obsiewają odpowiednio zmodyfikowanym genetycznie siemieniem, zamieniając ów ugór w źródło dochodu i zadowolenia akcjonariuszy, oraz w eksportowy hit wysyłany do krajów pierwszego, drugiego i trzeciego świata.

Ech, gdzież stuningowane Golfy Dwójki, upalane przez rozochoconą młodzież pod wiejską dyskoteką? Gdzież chłop z kłonico, goniący za turystą, który podpieprzył właśnie z pola kartofle na ognisko? Gdzie mleko prosto z kanki?

No nie u nas, nie u nas, oczywiście. Tylko w Rumunii.




Brădeni



Oderwaliśmy się od korzeni, powiem wam. Ludowość uprawiana jest jedynie przez garstkę wariatów. Przeszłość odkreśliliśmy grubą kreską i wstawiliśmy do skansenu. Ktokolwiek u nas ma jakąś starą chałupę, ten pragnie ją natychmiast zburzyć i pobudować coś nowego. Widać ten trend zaledwie po przekroczeniu południowej granicy (wracając do ojczyzny), na Podhalu. Malownicze drewniane wioski zamieniły się już całkiem w megakombinaty do wyciskania pieniędzy z przyjezdnych. Królują pierogi, kebab, pizza, plastikowe ciupagi oraz maskoty. No bo nie maskotki przecież. Widać ten trend w środkowej Polsce, gdzie chałup dawnego stylu prawie nic nie zostało, a wśród wiosek, niegdyś sielskich rozpełza toporny modernizm. Polski pejzaż rozłazi się i rozjeżdża w szwach. Bogaciej i schludniej, ale brzydko.

Seliştat

Apold

Apold

Apold


Apold

Rodbav


Rodbav

Rodbav

Rodbav

Rodbav


W Rumunii biedniej i nieschludnie, ale ładnie. Urbanistyką Rumuni biją nas na głowę i wdeptują w ziemię orną - domy nie rozpełzają się tam bez ładu i składu po wszystkim co widać, tylko skromnie łączą w wioski, zostawiając dla oka trochę pustego pejzażu. Przy okazji słupy elektryczne nie mnożą się po polach jak pleśń, tylko grzecznie stoją wzdłuż dróg. Co za ulga dla fotografa! Zróbcie u nas jakiekolwiek zdjęcie w głębi kraju, na którym nie ma słupa elektrycznego. Wszędzie są.

Zdaje się, że powoli ten wpis zaczyna podpadać pod ojkofobię. A ja chciałem tylko roztoczyć uroki Rumunii. Bo w Rumunii się było i w Bułgarii. I teraz roztoczymy co najlepsze.

wtorek, 15 czerwca 2021

Agro - Urbex. Część 2. Cukrownie, zamki i okręty.


 
No więc tak. Nie mogliśmy zmusić w 1939 roku Szwajcarów do wyprodukowania silnika do naszej łodzi podwodnej ORP "Sęp". Zatem trzeba było go zrobić samemu. Udało się.

Tymczasem nie bardzo się udaje regularne wpisywanie wpisów na Fotodinozę, albowiem piszę książkę. Klasyczny kryminał. Niech to cholera! Ukaże się najpewniej w listopadzie 2021, a z Fotodinozą będzie miał ciut wspólnego - przede wszystkim zanurzenie w historii. Zupełnie jak zanurzenie naszej łodzi podwodnej "Sęp" wyposażonej w silnik elektryczny z fabryki w Żychlinie.

Kontynuuję jednakoż tę istotną relację, która ma odpowiedzieć na następujące kluczowe pytanie: co zwiedzić w centralnej Polsce, w okolicach Piątku, gdy dysponuje się wolną sobotą i niedzielą.

Żychlin! Tam byłem, Tony Halik. Ale zanim do Żychlina dotarliśmy trzeba było minąć liczne cukrownie. Środkowa Polska cukrem i burakiem stoi. Fabryka silników elektrycznych w Żychlinie też była kiedyś cukrownią, wyobraźcie sobie. Cukier krzepi, jak wiadomo, również krzepi finansowo. Zatem i liczne dwory cukrowników stoją pod drodze i kuszą. Najpierwszy wśród nich dwór pod cukrownią w Dobrzelinie. Zakład przerobu buraków postawił w latach 30. XIX wieku Władysław Orsetti, porucznik wojska polskiego i powstaniec listopadowy. Z początku nastawiał się na niemal manufakturową produkcję "metodą maceracyi" buraków, która jednak słabo zdawała egzamin. Interes przejął jego zięć Władysław Łubieński, który zmechanizował i rozbudował go, dokupił pól buraczanych i ogólnie przyczynił się do  rozkwitu Dobrzelina. Potem prowadzenie cukrowni stało się dla rodziny zbyt dużym obciążeniem i postanowiono zamienić ją na spółkę udziałową. I tu miłośnicy Łodzi i Warszawy powinni nadstawić uszu, albowiem do spółki, oprócz Łubieńskich, Stadnickich i Orsettich wszedł również niejaki Jan Gottlieb Bloch.

Był ci to pan wielce obrotny. Gdyby nie on, to z Łodzi do Warszawy chadzano by na piechotę, a tak - możemy sobie jeździć koleją po torze zbudowanym przez Jana Gottlieba Blocha. Warszawiakom natomiast wybudował Bank Handlowy i Warszawskie Towarzystwo Kredytowe, a z innej beczki także pierwszy w kraju Urząd Statystyczny. Był współtwórcą Politechniki Warszawskiej. Jako pacyfista z przekonań pisał przed I wojną profetyczne rozprawy naukowe na temat skutków przyszłych wojen - można taką przeczytać np. w książce "Bezbronne miasto - Łódź"- LINK. Był kandydatem do pokojowej nagrody Nobla w 1901 i współorganizował Międzynarodową Konferencję Rozbrojeniową w Hadze. 

Dobrzelin to nie była jedyna cukrownia jaką pan Bloch posiadał, a ilość zbudowanych przez niego linii kolejowych i towarzystw kolei żelaznej w jakich brał udział przyprawia o zawrót głowy.

Skoro i wypaśna cukrownia, to i wypaśny dwór. Postawił go pan Łubieński, a potem wraz z fabryką cukru przeszedł do majątku spółki. Po śmierci Jana Blocha mieszkała tu jego żona z rodziną. Potem wojna, okupacja, dwadzieścia osiem filmów o tym zrobiłem, zatem nie będę kręcił dwudziestego dziewiątego. W czasie wojny był we dworze szpital polowy, a za PRL szkoła i Rada Gminy. Potem wiele lat stał pusty, pamiętam go z tamtych czasów - smutek i nostalgia. Na szczęście chyba nadeszły lepsze czasy, bo Dobrzelin zyskał światłych prywatnych właścicieli, którzy remontują dwór, a przy tym udzielają się społecznie na rzecz gminy. Jeszcze Polska nie umarła, proszę Państwa!





Z Dobrzelina do Żychlina niedaleczko. Pierwsze na co się natykamy w Żychlinie to artefakt "Zakaz fotografowania". Nie można się powstrzymać, żeby tego nie sfotografować. Wisi na płocie fabryki "EMIT". To właśnie tutaj powstały dwa silniki elektryczne o mocy 550 koni każdy do torpedowej łodzi podwodnej "ORP Sęp", ino fabryka

piątek, 23 kwietnia 2021

Agro - Urbex. Część 1

 

Wstręciuch premier Morawiecki zabronił mi pojechać na Kasprowy Wierch. Świętą górę polskiego narciarstwa. To byłby wpis! Narty, śniegi, zima 1935, minister Bobkowski (wuj ulubionego pisarza Andrzeja Bobkowskiego) wizytuje w zamieci budowę kolejki linowej, ludzie targają piechotą całą konstrukcję górnej stacji na plecach, architekci projektują modernizm,  krytycy krytykują, a luxtorpeda pędzi do Zakopanego.

No ale premier powiedział - hola hola, panie Fabrykancie! Pandemia jest. Szlus. Żadnych luxtorped nie będzie. Została tęsknota za Tatrami i pięć dni zupełnie nikomu niepotrzebnego urlopu.

No i co tu robić z takim urlopem bez Zakopanego? No jak to co? Zwiedzać, zwiedzać, zwiedzać! Postanowiliśmy kolektywnie zrobić sobie turnus urlopowy w domu (pełne wyżywienie!) i zwiedzić niezwiedzalne.

Jak wiadomo w Polsce centralnej nic nie ma. O tym już pisałem. A im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było. Zajrzeliśmy do środka, na tyle na ile można najbardziej.

Gdzieś w środku mego środka
Jest takie dziwne miejsce
Nie daje mi zapomnieć żadnej chwili.

Czy na rolniczych pustkowiach i wygonach centralnej Polski jest w ogóle cokolwiek, oprócz ohydnych i chaotycznych obiektów współczesnej zabudowy, która raz jest klockiem polskim, raz modernistyczną willą, raz starą chałupą, a raz udawanym "dworkiem" o proporcjach wołających o pomstę boską, a raz sklepem GS przystawionym jak pięść do oka? Zdaje się że nie ma.
Przyznajmy to - Polska Centralna na pierwszy rzut oka nie jest jakaś śliczna, tak ogólnie...   No, właściwie, to ja bardzo Szanownych Państwa przepraszam, ale Polska Centralna jest trochę brzydka. To znaczy ona Miejscami jest nawet Coś Tam Jakby. Tak jakby czasem ładnawata, ale tak niezdecydowanie. Bez przekonania. Punktowo. A najfajniej, to jest wtedy, jak żadnych budynków nie widać (są takie miejsca np. objęte Naturą 2000). Wtedy to ładnie jest! Jak współczesny człowiek centralnopolski nic nie zbudował i nie zepsuł.
To Was zachęciłem do zwiedzania, prawda?
Ale nie jest tak do końca.

Żeby zobaczyć coś powalającego na równinach i pustkowiach Polski centralnej trzeba mieć Plan. A oprócz tego skłonność do ruin, reliktów, mikrych śladów, krzaczorów, zbyrów i pewną wewnętrzną odporność. Odpornośc na widok marnotrawionego dobra historycznego. Bez tego nic! (jak pisał Lem).

To co da się doskonale zwiedzać na centralnopolskiej prowincji - to dwory. Albo to co pozostało po nich. 

W 1939 roku na ówczesnych ziemiach polskich stało sobie 16 tysięcy dworów. W tym - uwaga - znaczna większość (ok. 12 tysięcy) w dzisiejszych granicach Polski. Szacuje się, że zostało ich dzisiaj 2800, z czego - uwaga uwaga - około 150 sztuk zachowało dobry stan, układ i walor oryginału (znaczy się poniżej 1% przedwojennego stanu posiadania). Około 2000 dworów jest w stanie ruiny, totalnego ogołocenia lub nieodwracalnej przebudowy. Tak piszą internetowe źródła. To ewidentnie wyliczenia szacunkowe, wyglądające dość arbitralnie, ale (wg mnie) bardzo niedokładne. Bardzo. Inne być nie mogą, proszę Państwa. Jak bowiem zakwalifikować fragment muru stojący w krzakach? Jako "istniejący dwór"? Czy też może "nieistniejący"? Przecież istnieje, choć pojutrze może przestać.
 
A jak zakwalifikować stan ogołocenia wraz z przebudową i odróżnić go od stanu oryginalnego? Gdzie jest owa nieprzekraczalna granica, za którą dwór przestaje być dworem, a staje się bohomazem krajobrazowym oszpeconym zmianami? Ino intuicja, wyczucie i dobry gust może nam to powiedzieć. Tabelek w exelu na to nie ma.

W ciągu pięciu dni widzieliśmy już wszystko. Obejrzeliśmy przy tem 41 dworów w stanach wszelkich (wypasiony, zdechły, przebudowany, istniejący ledwo albo wcale), 2 zamki (trzy, jeśli liczyć ten w Łęczycy), jedną fabrykę silników okrętowych do polskich łodzi podwodnych, jedną gorzelnię, dwa młyny elektryczne, jeden wodny i jedną (z najlepszych) stację kolei wąskotorowej pełną reliktów. Kościołów nie zwiedzaliśmy, sorry Winetou, nie było czasu. Pyknęło 1020 kilometrów. 
Te kilometry bardzo odróżniają centralną Polskę od Dolnego Śląska, w którym się ostatnio bywało - LINK. Tam zabytki stoją w każdej wsi stadami, tutaj się trzeba trochę najeździć i być zdeterminowanym, oraz wyczulonym na ślady podworskie, bo większość z nich jest pochowana po krzaczorach i istniejąca tzw. Ledwo. Ledwo ledwo. Jak pisał jednak Vonnegut - wystarczy obejrzeć tysiąc obrazów i już się nie pomylisz, który z nich jest dobry, tak i z dworami: ja, już od czasów studenckich, jako maniakalny wielbiciel zdechłych ruin, bezbłędnie wyłuskuję z pejzażu tzw "starodrzew dworski" i mogę ze 100% dokładnością powiedzieć gdzie powinien stać dwór. Inna rzecz, że w 50% przypadków dworu tam już wcale nie ma. Został sam starodrzew. To jest właśnie te 13 tysięcy nieistniejących dworów których brakuje w bilansie z 1939 roku. 

Dworów i rezydencji w Polsce było strasznie dużo, w porównaniu do Europy Zachodniej. W XVIII wieku odsetek szlachty w społeczeństwie wynosił u nas 10%, podczas gdy we Francji czy Niemczech było to 3-4%. Inna sprawa to zamożność owej szlachty. Szlacheckość często była tylko tytułem nadawanym przez króla albo sejm, a nie majątkiem, niemniej siedzibą rodową trzeba było się pochwalić, nawet gdy dochodzik marny i dupa goła. No to się budowało. 
W wiekach średnich trzeba było zabezpieczać tyły, zatem były to najróżniejsze wieże rycerskie, dwory obronne, przypominające małe zameczki, albo też wersja dla ubogich - dwór na kopcu. Do dziś nie zachował się niestety żaden oryginalny drewniany dwór na kopcu, były ci one otoczone często fosą i palisadą. Za to mamy sporo kopców po nich, rozsianych po całej Polsce, a w sporej części postawiono na nich nowsze budynki dworskie, takie w duchu XVIII czy XIX wieku, stojące na miejscu tych wcześniejszych.
Obronność dworów musiała się poddać na rzecz funkcji reprezentacyjnej, bo, niestety niestety, ubolewamy nad tym, artyleria się tymczasem rozwinęła i choćby najgrubsze mury - dało się harmatą zacną rozwalić. Zatem ich sens znowu wklęsł, jak pisał klasyk.

W jakim stanie są owe zabytkowe dwory? Chcecie prawdy? W większości strasznym. Ale malowniczym. Fotogenicznym wielce. Coś dla mnie. Nie przedstawię wam detalicznie wszystkich czterdziestu jeden dworów, plus kilku fabryk, młynów, bo musielibyście oglądać ten wpis do jutrzejszego wieczora. Przelecimy tylko po łebkach i opiszemy te, które jakkolwiek wyróżniają się spośród ogółu i dają do myślenia.  Na końcu zamieszczę spis, a może i jakie mapki, jak Google pozwoli. Ogólnie rzecz biorąc zwiedzało się te dwory północno - wschodniej części województwa łódzkiego, jakby to obcy kraj był, choć swojski. Po prostu na ogół  poświęca się za mało czasu na to co bliskie. Tym razem się udało. I to jak! Wszystko dzięki premierowi.

Któż to tak śnieżkiem prószy z niebiosów?
Dyć oczywiście pan wojewoda;
módl się, dziecino, z całą krainą -
niech Bóg mu siły doda;
śnieżku naprószył, śnieżek poruszył
dobry pan wojewoda.

A któż na szybach maluje kwiaty,
czy mróz, czy mróz, dziecino?
Nie, to rączuchną dla siebie, żabuchno,
starosta ze starościną;
srebrzyste prążki, listki, gałązki
dla ciebie, dziwna dziecino.

A któż te śliczne zawiesił sople
za oknem u okapu?
Czy może także mróz niedobry
swą fantastyczną łapą?
Nie, moje złoto, to referenci,
podkierownicy, nadasystenci
nocą nie spali, hurra! wołali,
sople poprzyklejali.

               (cytat)

A! No i ja bardzo chciałem przeprosić Szanownych Czytelników, że Fotodinoza a się zamieniła ostatnio w blog krajoznawczy, no ale co ja poradzę, w krzaczory mnie ciągnie i w motoryzację (kto chce, niech zajrzy na fejsbuczka Motodinozy, można oglądać i bez przynależności do socjal-mediowych portali - LINK).

No to wsiadamy i jedziemy.

Na wstępie pierwszy krzaczor, widoczny wprost z drogi krajowej nr 91, czyli "starej jedynki" na obwodnicy Ozorkowa. Zawsze się go mijało mimo i to mimo tego, że jacyś pociotkowie mojego Dziadka kiedyś ten obiekt zdaje się posiadali. Ale kiedy to było, panie dziejku! Sto lat temu, może trochę mniej, bo z dzieciństwa pamiętam. Młyn stoi, choć już ledwo ledwo, nie działa od lat. Rzeka płynie i się marnuje.


Ozorków

Ozorków

Na wyciecze bardzo ciekawe okazały się te obiekty, które się wcale na takie nie zapowiadały. A jednym z najciekawszych była spotkania zupełnie nieplanowanie Kalinowa.

Kalinowa.


Kalinowa.

Czytaj więcej po kliknięciu "czytaj więcej"

niedziela, 14 marca 2021

Nie uwierzyłem w to, co widziałem. Plus obiad.





Szwajcaria! Tu się oddycha! (cytat).
Jak wiadomo - Szwajcaria to kraj szwajcarskich serów, szwajcarskich zegarków, szwajcarskich scyzoryków, banków, templariuszy - LINK i, oczywiście, franka w pełni szwajcarskiego. 
Jak pisał Lem:
Ostatecznie zdecydowałem się na Szwajcarię. Od dawna nosiłem w duszy jej obraz. Ot, wstajesz rano, podchodzisz w bamboszach do okna, a tam alpejskie łąki, liliowe krowy z wielkimi literami MILKA na bokach; słysząc ich pasterskie dzwonki kroczysz do jadalni, gdzie z cienkiej porcelany dymi szwajcarska czekolada, a szwajcarski ser lśni gorliwie, bo prawdziwy ementaler zawsze się troszeczkę poci, zwłaszcza w dziurach, siadasz, grzanki chrupią, miód pachnie alpejskimi ziołami, a błogą ciszę solennie punktuje tykot szwajcarskich zegarków. Rozwijasz świeżutką "Neue Zürcher Zeitung", wprawdzie widzisz na pierwszej stronie wojny, bomby, liczby ofiar, ale takie dalekie to, jakby za pomniejszającym szkłem, bo wokół ład i cisza.
No i postanowiliśmy spróbować tej Szwajcarii. 
Jednym z miast typowo szwajcarskich jest Międzygórze na Dolnym Śląsku.


Ech Dolny Śląsk. Nie da się tam żyć, za jasną cholerę! Ja i Dolny Śląsk. Dolny Śląsk i ja - byty doskonale dopełniające się. Byty zbyt idealnie pasujące. Jak ruszę w ten Dolny Śląsk, to z całą pewnością nie mam szansy zdążyć na żaden obiad. Nie dojadę! Mowy nie ma! Jedziemy na przykład, już spóźnieni, na obiad, trzeci raz już tego dnia drogą nr 392. Trzeci raz już mijamy dwa pałace w Ołdrzychowicach Śląskich, już wcześniej pofotografowane i obejrzane, a tu Współfabrykantka mówi nagle: zobacz, zobacz tam! Zobaczam tam, a tam wznoszą się z krzaków renesansowe szczyty bez żadnego dachu na wzgórku. Już chciałbym tam lecieć, ale przypomina mi się, że zaraz obiad, więc hamuję jeno na poboczu, tylko lufą fotograficzną z daleka strzelam te renesansy zrujnowane. No strzelone, jedyny zysk z renesansów, bo trzeba dalej. Chowam aparat ruszam pędem na stygnący obiad, wzrok mój ześlizguje się mimochodem na przeciwną stronę drogi, w kępę bezlistnych drzew, gdzie - nie uwierzycie! (ja też nie wierzę) - CZWARTY pałac na odcinku ostatnich dwóch kilometrów świeci w krzaczorach zrujnowanymi murami bez dachu! Obiad zwycięża, nie sięgam po aparat, nie będzie zdjęcia i zwiedzania. Nie będzie, kurdebalans, bo choćby nie wiem jak się natężał - to nie udźwignie. Taki to ciężar! Nie ma szansy obejrzenia wszystkiego, co się napatacza po byle dolnośląskiej drodze, bo tego po prostu jest za dużo. Kiedyś trzeba jeść i spać, więc nie da rady. No już trudno.
Na to trzeba poświęcić nie wydłużony weekend (jak my teraz), nie wakacje, ale pół życia trzeba poświęcić, żeby obejrzeć wszystko co tu stoi.
 

 
 
Dolny Śląsk mogę porównać tylko i wyłącznie do dwóch regionów turystycznych - do Włoch południowych (które podobno są światowym rekordzistą w ilości zabytków), oraz do Transylwanii, która też jest, ale nikt o tym nie wie. Trzeci jest Dolny Śląsk. To jest nie do uwierzenia - w KAŻDEJ marnej wsi tego regionu stoi zabytek i to nie byle jaki - przeciętnie barokowy, dość często renesansowy, a najczęściej klasycystyczny. Mają one jedną wadę - najczęściej są to rudery maksymalne, na które przeciętny turysta nie chce rzucać okiem. A zalety? Są zupełnie darmowe, jak piszą sąsiedzi Czesi - je to zdarma, a druga zaleta - trafiają idealnie w moje gusta i zainteresowania.
Trafia się tu, w ziemię Kłodzką jak do jakiego obcego kraju. Wszystko tu jest kompletnie inne, niż w mym miejscu zamieszkania. Drastycznie inne. Zacznijmy od tego, że przeciętne gospodarstwo rolne środkowej Polski wygląda tak: parterowa niska chatka, dość często drewniana, nie więcej niż dwuizbowa, mikroobórka murowana ze stryszkiem, no i stodółka z ciemnych desek - największy obiekt w obejściu, bo bez magazynu siana i zbóż do przednówka się przecie nie dociągnie. 
Przeciętne gospodarstwo na Dolnym Śląsku jest inne zgoła: na wstępie dom mieszkalny typu mastodont - czterkondygnacyjny kilkunastopokojowy, z przegigantycznym poddaszem pod stromymi skosami - w naszej okolicy tej wielkości stawiano wiejskie szkoły. Mury tego domiszcza mają u podstawy z siedemdziesiąt centymetrów grubości. Dalej idzie obora, o objętości takiej jak dom, tyle że dwukondygnacyjna, bo kondygnacje wysokie, a dalej, owszem, stodoła, ale w pełni murowana, też wysoka na dobre osiem metrów. Całość to forteca, kubaturą mniej więcej z sześć razy przewyższającą obejścia rolnicze ziemi łódzkiej i okolic.
Znaczy się bogato było!

Typowy zestaw dolnośląski.





A skąd to, kurdebalans, takie bogate? A z osiemnastego i dziewiętnastego wieku.
Nie dość, że Prusak, Fryderyk II Wielki gwizdnął sobie cały Dolny Śląsk, to jeszcze zlał po łbach Austriaków, na samym początku tego osiemnastego. To może i jeszcze tak bardzo dochodowe by nie było, ale w 1871 Prusy złomotały Francuzów. A Francuzy co? Wiadomo - bogate są, to niech kontrybucję płacą. Pięć miliardów franków w złocie. Już kiedyś, w czasie bytności w Toruniu - LINK , postanowiłem sobie policzyć ile to tak naprawdę było. Otóż było to 1450 ton złota. W dzisiejszych pieniądzach byłoby to 27 miliardów dolarów. Czy to się przełożyło na bogactwo Dolnego Śląska? Poniekąd zapewne, nawet bezpośrednio - Prusy za te pieniądze pobudowały sobie nieziemskie ilości infrastruktury - przede wszystkim koleje, ale też liczne, rozsiane po całym regionie tamy i elektrownie na rzekach - część z nich zwiedziło się już wcześniej TUTAJ. Dotacje dla rolnictwa, niczym w dzisiejszej Unii Europejskiej zapewne nie były wówczas stosowane, ale francuskie kontrybucje musiały przyczynić się do jednego - olbrzymiego wzrostu koniunktury. Dlatego chłopi pod Kłodzkiem mogli budować sobie fortece, podczas gdy ci z Mazowsza i Łowickiego zaledwie kurze chatki. Stać ich było, tych pruskich chłopów i dawali radę utrzymać to wszystko z roli.

To bogactwo jest aktualnie przekleństwem zabytków Dolnego Śląska. A myśląc uniwersalniej - przekleństwem większości budynków Dolnego Śląska w ogóle. Jak trochę podumać, to dawne bogactwo jest także straszliwym brzemieniem wszystkich innych polskich zabytków.

Teraz będzie moja prognoza: pójdą one na rozkurz i nic ich nie uratuje. Ani prywatni inwestorzy, ani państwo polskie. Z kartonu, notabene. Tako rzecze wesoły pesymista. Oglądajcie te zabytki szybko, bo skończą marnie. Jeszcze oczywiście trochę postoją - tak solidne budowle nie zawalają się w pięć minut, szacuję, że jeszcze z pięćdziesiąt lat postoją. Ale potem szlus. Szlus-ende, jak mawiali Prusacy.
Otóż nie ma najmniejszych szans, aby tak intensywna koniunktura powtórzyła się kiedykolwiek w przyszłości na polskiej prowincji. Idzie raczej w drugą stronę - rolnictwo jest opłacalne tylko wtedy, gdy jest na skalę maxi, to na skalę mini ma się coraz gorzej (a byłoby pewnie fatalnie, gdyby nie dopłaty unijne). Miasta, owszem, pewnie będą kwitnąć i produkować PKB. Na wsi będzie w najlepszym wypadku tak jak jest teraz. 
Zmieniły się warunki gospodarcze. Zmieniły się priorytety i stosunki. Nie da się produkować z zyskiem plastikowych budzików ani ciuchów, bo Chińczycy/ Tajwańczycy / Wietnamczycy zawsze będą tańsi - dlatego łódzkie (i inne) fabryki będą stały w ruinie po wsze czasy. Nie da się za wypłatę dzisiejszego rolnika utrzymać pruskiej fortecy wiejskiej w dobrym stanie. Przemysł turystyczny i rozrywkowy nie jest w stanie zastąpić dawnych funkcji - ileż tych galerii handlowych w starych browarach można w końcu stawiać? Ile budynków można przerobić dolnośląską agroturystykę? Wszystkie? Z całą pewnością nie. Zostaliśmy z tymi zabytkami jak Himmilsbach z angielskim. Będą stały i popadały w ruinę, chociaż ich szkoda.
Zatem spieszmy się zwiedzać zabytki, tak szybko się zawalają.
 
 



Dzisiaj zwiedzimy sobie kilka zawalających się zabytków i nieliczne odremontowane, ze cztery renesansy, z pięć baroków, a może i jaki klasyczny klasycyzm. A co. Przy tem, nie zrobimy więcej niż jakie sześćdziesiąt kilometrów. No, może sto. My to zwiedzaliśmy przez dwa dni, ale można w mniej, jak kto nie do obiadu, tylko od rana do wieczora. Ale można też więcej. Ja mógłbym tak całe życie.

Generalnie większą część tego co widzimy na ziemi kłodzkiej zawdzięczamy niejakiej Mariannie Orańskiej (rocznik 1810). To ci była kobieta! Miała dwa miasta, 35 wsi i 16 tysięcy hektarów posiadłości. Do tego była niezłą laską. I to jeszcze z królewskiej rodziny holenderskiej, skoligaconej z Hohenzollernami. Odziedziczyła majątek na Dolnym Śląsku po matce i przez całe życie zajmowała się jego pomnażaniem i ulepszaniem. Nie wyłączając polepszania życia swoich feudalnych poddanych. Została zapamiętana jako "dobra pani", wiele energii poświęciła działalności charytatywnej. Zakładała szkoły rzemiosła, ochronki dla dzieci i szpitale. Przede wszystkim jednak rozkręciła na Dolnym Śląsku taki biznes, że po prostu wszyscy zaczęli kosić niemożebną kasę. Korzystali nie tylko właściciele, ale skapywało i bezrobotnym dotąd chłopom. I babom.
Otóż tak: w kłodzkim jeździmy do dziś po drogach, które zbudowała Marianna. Kąpiemy się w basenach uzdrowisk, które postawiła, chodzimy po lasach na jej polecenie zasadzonych. To jej zawdzięczamy wszystkie billboardy, które stoją przy szosach z Lądku Zdroju do Stronia Śląskiego. Tak jest. Bo wszystkie reklamują wędzone pstrągi. To Marianna sprowadziła te ryby na Dolny Śląsk.



W 1840 roku Marianna Orańska kupiła Wölfelsgrund,czyli dzisiejsze Międzygórze. I postanowiła zrobić tam Alpy. Co prawda nie na wzór szwajcarski, jak usiłowałem to wam wmówić w pierwszym akapicie, tylko na wzór tyrolski. Niewielki ekskluzywny kurort, który powstał w ciasnej dolinie odwiedzały same koronowane głowy. Był w dwudziestoleciu międzywojennym jednym z najdroższych w Niemczech, na tyle wypasionym, że już w 1930 roku trzeba było tu otworzyć warsztat samochodowy. Szukając przeszłości Międzygórza można natknąć się na wiele niedawnych jeszcze artykułów, opisujących tę wioskę jako kurort podupadły, a wręcz opuszczony (to lata 2000). Pocieszę was - dzisiaj zupełnie tak nie jest. Międzygórze kwitnie. Jest to jeden z nielicznych pocieszających przykładów. Niemniej miasto miało szczęście - już od zarania należało do branży rozrywkowo turystycznej, która dziś przeżywa boom.

Niejedyny to kurort w okolicy. Jak wiadomo nie ma takiego miasta "Londyn". Jest inne miasto. Bardzo atrakcyjne zwiedzalniczo, bo różnorodne wielce. Ma i średniowieczną starówkę i zdechły kościół w środku miasta i, na obrzeżach, część kurortową, w której bywały wszystkie króle i cesarze wszystkich naszych zaborców. No normalnie mogli sobie w Lądku Zdroju (Bad Landeck) ustalać jak nas rozkroić, żeby nikt stratny nie był.
 
Bad Landeck... Znaczy się Good Landeck. Chciałem powiedzieć Lądek. Lądek Zdrój.

 
 



 
Sedes pod kolor! Co za wspaniała kompozycja!
 
To są miejscówki ogólnie znane. Fundusz Wczasów Pracowniczych wysyłał tam waszych dziadków. Albo przynajmniej Armia Czerwona. Ale oprócz tych znanych i lubianych jest na ziemi kłodzkiej przepotworna ilość (czy tam liczba) kompletnie nieznanych. Na ziemi łódzkiej przyjęlibyśmy je z otwartymi ramionami i w huku fanfar, tutaj niszczeją sobie po krzakach. W takim na przykład Żelaźnie, wsi którą przelatuje się w trzydzieści sekund pędząc bezrefleksyjnie drogą nr 33 w stronę Czeskiej Republiki istnieją sobie zabytki następujące: jeden pałac znany i reklamowany billboardem (jest w nim restauracja) zbudowany dla Hoffmannów, wielki i klasycystyczny, drugi pałac, niejakich Münhausenów stojący pusty i bezczynny, dość znany, opisany w przewodnikach, jedna mieszkalna wieża obronna, średniowieczna, także znana, bo rzuca się w oczy z szosy, jeden kościół warowny, ale nieszczęśliwie przebudowany w czasach baroku, też dość widoczny, ale oprócz tego: dworzec kolejowy szachulcowy, rocznik 1907 nieznany żadnemu podróżnemu od 1994 roku, bo wtedy zlikwidowano połączenia kolejowe, oraz coś czego nie ma w żadnym książkowym przewodniku - piec wapienniczy przy torach kolejowych. Trzeba dopiero było pójść w krzaki na siku, żeby odnotować ten zabytek. Bez tego nic! (jak pisał Lem).
 
Ołdrzychowice Kłodzkie, fabryka Lindheima.

 

 
 

 
A trzy kilometry dalej za Żelaznem zaczynają się Ołdrzychowice Kłodzkie, gdzie spodziewaliśmy się jednego pałacu, a są dwa. I to jakie! Jedziemy sobie, jedziemy, a tu Łódź na nas napadła, miasto rodzinne. Nagle łup! Wieeeelka zrujnowana fabryka jak, nie przymierzając, Biała Fabryka Geyera przy Piotrkowskiej ulicy. A tuż obok tej kompletnej rudery kompletny wypas - dawny pałac właścicieli, niejakich Oppersdorfów, odnowiony za pomocą jakiejś kaskady pieniędzy. To dzisiaj dobra kościelne - klasztor franciszkanek szpitalnych. Proszę sióstr franciszkanek, teraz może by tak fabrykę kaskadą mamony odrestaurować?
Tylko co potem w niej zrobić? Dylemat jak zwykle.

A trzy kilometry dalej

poniedziałek, 21 grudnia 2020

Panta rhei. Dziwna historia Kodaka.


No więc tak: Jak w XIX wieku robiło się zdjęcia w plenerze? Trzeba było wziąć ze sobą ciemnię. Bez tego ani rusz. 

Do lat osiemdziesiątych tegoż XIX wieku robiło się zdjęcia na mokrym kolodionie. Mokrym, bo on był mokry. Musiał być, jeśli chcieliśmy mieć zdjęcie. Tuż przed otworzeniem migawki trzeba było w ciemni stworzyć sobie materiał na jakim miała powstać fotka. Robiło się to pokrywając szklane płyty kolodionem. Co to jest kolodion? To nitroceluloza rozcieńczona eterem etylowym plus alkohol etylowy, ewentualnie w połączeniu z acetonem i izopropanolem. Znaczy się i napić się przy okazji można było, o ile wzięło się właściwy rozcieńczalnik i mieszało wszystko na miejscu (tylko nie próbujcie robić tego z acetonem. W ogóle lepiej nie próbujcie). Po eterze też można mieć porządny odjazd, był to od połowy XIX wieku często używany środek odurzający, dość ryzykowny w użyciu, ale tani i powszechny. W dwudziestoleciu międzywojennym eteromania była dość poważnym problemem na polskiej prowincji.

 Nic dziwnego, że te podejrzane miszkulancje wzmagały twórczą kreatywność pierwszych fotografów. Kolodion do fotografii musiał zawierać związki srebra, żeby coś tam się naświetliło, oraz parę innych jeszcze substancji dodawanych dla stabilizacji i wzmocnienia efektu. Teraz - uwaga, uwaga! - żeby obraz mógł powstać na naszej szklanej płycie należało zdążyć ze wszystkim, włącznie z wywołaniem go, zanim nasz kolodion zastygł i stężał na szkle!

Wyobraźcie sobie to poświęcenie fotografów. A przy okazji zważcie ile fantastycznych estetycznie i technicznie zdjęć zostało zrobionych do lat 80. XIX wieku. Zapewniam, że mnóstwo. Weźmy na przykład takiego Nadara, o którym pisało się na Fotodinozie TUTAJ., albo wspaniali bracia Alinari, o których jest wpis TUTAJ. Każdy z owych starych mistrzów musiał uwijać się jak w ukropie, całkiem po ciemku i w okropnych oparach chemikaliów, żeby osiągnąć ten efekt. Szacunek.

Jechalibyśmy na tych szklanych mokrych płytach do dziś, gdyby nie pan doktor medycyny Richard Leach Maddox, który lubił się bawić chemikaliami i materiałami i wynalazł suchą płytę, opartą na żelatynie. Sucha płyta rozpoczęła epokę powszechnej komercyjności w fotografii (nie wiadomo, czy się cieszyć, czy płakać). Sucha płyta bromowo-żelatynowo-srebrowa była pierwszym materiałem, który nie wymagał przygotowania na miejscu, a więc nie dość, że można było go przechowywać to jeszcze z powodzeniem produkować i sprzedawać. To spowodowało, że do fotografii przystąpili amatorzy, bogaci co prawda, ale amatorzy. A nie ino wariaci odurzeni alkoholem i eterem naraz, fanatycy i maniacy uzyskiwania obrazu za wszelką cenę. Może i szkoda.

Sucha płyta weszła do sprzedaży, produkowana i konfekcjonowana przez firmy, najpierw brytyjskie, a trochę później amerykańskie. Jedną z nich założył niejaki George Eeastman w 1881 roku. Nie był pierwszy, ale działał prężnie i z rozmachem. Urodził się w okolicach Nowego Jorku w 1854 roku, niedługo później rodzina przeniosła się do Rochester w stanie Nowy Jork, gdzie mały George chodził na nauki, a jego tata założył szkołę biznesu. Niestety po śmierci ojca rodzinie nie wiodło się zbyt dobrze. Młody Eeastman wychowywany przez matkę musiał porzucić szkołę na rzecz pracy, żeby pomagać finansowo. Był gońcem, potem dostał lepiej płatną pracę jako urzędnik w banku. W 1877 zakupił zestaw do fotografii na mokrych płytach, żeby spróbować go na wycieczce na Santo Domingo. Podróż nie doszła w ogóle do skutku, ale Eastman, zainspirowany, zajął się opracowywaniem łatwiejszych metod fotograficznych i emulsjami światłoczułymi. Dwa lata później opracował specjalną maszynę do pokrywania powierzchni emulsją światłoczułą i uzyskał na nią patent. A w 1884 zastąpił szkło specjalnie spreparowanym papierem z dwuwarstwowym pokryciem żelatynowym tzw stripping filmem. Patent na ten wynalazek uzyskał wraz ze wspólnikiem, potem, gdy sprzedaż szła w najlepsze, odkupił go na własność za dużą sumę 40 tysięcy dolarów. Wkrótce Eastman zaczął konfekcjonować swój materiał w rolki, gotowe do włożenia do aparatu. Tylko jakiego aparatu?

Firma George Eastman Dry Plate Company, przemieniona na Eastman Dry Plate and Film Company, a potem Eastman American Film Company, w 1886 wypuściła swój pierwszy aparat, zwany Eastman Detective Camera, zbudowany niejako "wokół" swojego patentu na fotograficzną rolkę. Nie odniósł on zbyt wielkiego sukcesu. George Eastman przemyślał sprawę od nowa i dwa lata później wszedł na rynek nie tylko z nowym aparatem, ale i z nową filozofią fotografowania. Filozofią, która zmieniła świat. Jej hasłem reklamowym było sławne "You press the button, we do the rest". Tego wcześniej nie grali w tej branży. Czwartego września 1888 roku rozpoczęła się dzisiejsza era w fotografii - wtedy to Eastman uzyskał patent nr 388.850 na ułatwienie życia fotografującym.

Jak powiedział sam o tym: "Zaczęliśmy od idei uczynienia aparatu codziennym narzędziem. Chcieliśmy, żeby był równie poręczny jak ołówek".

Do nowego otwarcia Eastman wymyślił nową nazwę handlową - Kodak. Była to nazwa bez żadnego źródłosłowu. Miała dwa zadania: wpadać w ucho i odróżniać się od nazw wszystkich szacownych europejskich firm fotograficznych. Aparat nazywał się Kodak No.1 i był skonstruowany przez pana Franka A. Brownella. Tenże pan uznawany jest za jednego z najbardziej wpływowych projektantów w historii, kogoś w rodzaju Ferdynanda Porsche fotografii- jego aparaty nie tylko zrewolucjonizowały rynek, ale także zostały sprzedane nie tyle w milionach, co w setkach milionów egzemplarzy.




Kodak No.1 był drewnianym niewielkim pudełkiem z obiektywem, obciągniętym czarną skórą. Z frontu zamocowano obiektyw firmy Bausch& Lomb (o której pisało się na Fotodinozie - TUTAJ), o ogniskowej 57 mm i jasności f/9. Nie było żadnego wizjera - celowało się kierując w odpowiednią stronę całą skrzynkę aparatu, na wyczucie, żeby się nie pomylić na jego wierzchu wyrysowano dużą strzałkę w kształcie litery "V". Żeby zrobić zdjęcie należało wykonać jedynie trzy czynności - przewinąć film (na wierzchu aparatu licznik pokazywał numer kolejnej klatki), przygotować żaluzje migawki za pomocą pociągnięcia za sznurek, oraz wyzwolić migawkę naciskając przycisk.

Pierwszego Kodaka kupowało się za 25 dolarów (jakieś 1/10 ceny konkurencyjnych aparatów, dzisiejsze 500$) już załadowanego filmem. I teraz uważajcie fotografowie analogowi - można było na nim strzelić sto zdjęć! Wszystkie w formacie okrągłym. Sto zdjęć! Czymże jest, w porównaniu z Kodakiem No.1 nasze, znane większości, trzydzieści sześć klatek filmu! To był nokaut nie tylko dla wszystkich ówczesnych Kodakowi aparatów, ale i dla tych "współczesnych" aparatów, które niektórzy z nas do dziś używają. Okrągły format fotki był także wynalazkiem geniuszu. Dzięki temu wszystkie zdjęcia wychodziły dobre!


Ano tak. Skoro nie było wizjera w aparacie, to nikt nie mógł zagwarantować, że użytkownik będzie go trzymał w odpowiedniej pozycji, a zatem czy nie zrobi zdjęcia krzywo. No, ale skoro zdjęcie jest okrągłe... Sami rozumiecie. Przy okazji załatwiono wspaniale małą niedogodność, w postaci słabszej jakości obrazu w narożnikach jaki dawał obiektyw Bausch&Lomb.

Po zrobieniu następowała druga część fotograficznej roboty. Ta, którą robił Kodak. Odsyłało się do niego cały aparat, bez otwierania. Za 10 dolarów (w 1888 roku) wracał z odbitkami, ponownie załadowany filmem. U schyłku XIX wieku nowy pomysł Kodaka szybko zyskiwał na popularności jako gadżet, choć w tej cenie kosztował więcej, niż sięgały możliwości przeciętnego amerykańskiego robotnika. George Eastman nie powiedział jednak ostatniego słowa. Twórca Kodaka był znany ze swego perfekcjonizmu i woli bycia stuprocentowo solidnym przedsiębiorcą o ustalonej renomie, nawet kosztem zysku. Cena aparatu i jego obsługi wciąż taniała. 

Pan George Eastman ze swoim aparatem.




W 1897 pan Brownell zaprojektował drugie swoje wiekopomne dzieło - składanego