piątek, 15 grudnia 2017

Elettrica Italiana vol. 2. Trullo.


Alberobello

Z Wikipedii: „Pochodzenie i wiek tych budynków są NIEWYJAŚNIONE. Nigdzie indziej w całej Europie tego typu budynki nie są spotykane. Jest o tyle dziwne, że w klimacie śródziemnomorskim charakterystycznym przecież nie tylko dla tego niewielkiego obszaru południowych Włoch mają takie właściwości, iż dają pożądane ciepło zimą i chłód latem. Nieznane jest również znaczenie niektórych kamiennych symboli będących zakończeniem części dachów, większość z nich jest zwieńczona krzyżem. Także na niektórych dachach budynków namalowane są znaki hieroglificzne o NIEWIADOMYM ZNACZENIU.” (podkreślenia moje).

Wyobrażacie to sobie?
Pół Apulii jest zastawione obiektami spadłymi z kosmosu, co do których nie wiadomo skąd się wzięły! To znaczy- wiadomo kto je zbudował- tutejsi chłopi i pasterze, ale nie wiadomo Dlaczego i Kto Ich Namówił.
Jedna z teorii mówi że były to włoskie odmiany Domów Drzymały- król Aragonii, Sycylii, Sardynii i Korsyki niejaki Ferdynand I Aragoński zakazał Apuliańczykom budowy stałych domostw, z intencją że w razie potrzeby przesiedli się ich w pięć minut gdzie indziej. Trullo, zbudowane z surowego kamienia bez zaprawy nadawało się do obejścia tego przepisu doskonale- w razie czego się je częściowo rozbierało, a gdy milicjanci odjechali już swoim Dużym Fiatem- znowu się je składało. Praktyczne. I ponadczasowe.



To w XV wieku było. Z tym że przeczą tej teorii szacunki, że najstarsze stojące do dziś trulli pochodzą z XIII wieku. Znaczy się jakoś inaczej to było. Niektórzy mówią że to przez podatki. I że trulli pełniły taką samą rolę jak w krajach arabskich druty zbrojeniowe wystające z parterowych domków- udawały że nie są skończonymi budynkami.

Niektórzy mówią, że trullo jest formą wziętą jeszcze sprzed naszej ery. Że to budowla z pochodzenia megalityczna. W sumie to dokładnie na taką ona wygląda.
Trulli są na ogół dwóch rodzajów- na planie koła, z ewentualnymi wykusikami- to typ wiejski, stojący zwykle samotnie na środku nicości w otoczeniu oliwek i białych murków z kamienia, albo na planie prostokąta- nadający się do ustawienia w rządek- takie Trulli budowano w miasteczkach środkowej Apulii.




Nie wiadomo skąd się wzięło trullo. Ale wiadomo, że w obrębie miasta Alberobello stoi około 1500 sztuk takich domeczków. To, trzeba powiedzieć sobie szczerze, robi wrażenie.
Nie tylko na mnie, ale i na dzikim tłumie turystów, którzy- teoretycznie- dawno już po sezonie oblegają Alberobello i tłoczą się na wąskich uliczkach. Nie wyobrażam sobie co się tu dzieje w sierpniu- najprawdopodobniej następuje stan jakiego doznają po życiu marokańskie sardynki.


Alberobello

Alberobello

Znaki hieroglificzne na dachach- występują. Znowu sprzeczne interpretacje- albo są to znaki rodowe tych którzy w owych trulli mieszkali, albo są to znaki mające zapewnić szczęście budynkom- zupełnie jak na Karolewie w Łodzi- LINK. Sprzedają liczne widokówki z tymi znakami, nie wiadomo czy dobrze zinterpretowanymi.
Trulli w Alberobello są późne- XVII i XVIII wieczne, chociaż nie można powiedzieć że najpóźniejsze. Najpóźniejsze to są te dzisiejsze, nadal stawiane z żelbetu i udające retro i tradycję pod niektórymi hotelami i pensjonatami.
Zastawiają całe stare miasto, spływając ze wzgórza krętymi uliczkami jak rzędy czapeczek krasnoludków. Jest w nich wszystko co jest zawsze na starym mieście- sklepy, kafejki, małe zakładziki rzemieślnicze, ale i mieszkania. Wszystko jakby w skali 1 do 2 w porównaniu ze zwyczajnym miastem- ciasne i malutkie. Jakby dla zabawy.


Alberobello

Alberobello

Alberobello

Mówią, że trullo jest świetne jak na włoski klimat- chłodne w lecie, ciepłe w zimie. Jednak jak posłucha się niektórych, którzy w trullo mieszkali to naprawdę jest jednak trochę inaczej- są one doskonale chłodne w lecie i doskonale zimne w zimie.
Nie omieszkało się odwiedzić paru trullo. Jest to tak łatwe jakby odwiedzenie paru banków w Szwajcarii, paru alkoholików w Rosji, albo paru agentów Stasi w NRD.
Nie wiecie co to było NRD? To co wy tu robicie?



Albero. Bello.


Jacy są ci południowi Włosi? Ci potomkowie Messapiów przez Rzym podbitych?
Szeleszczą.
Na stacji benzynowej dwóch panów rozmawiało przy mnie głośno lejąc paliwo do auta. Nie zrozumiałem ani jednego słowa z ich dictum. Ani jedniusieńkiego, nawet „si” i „no”. To nie było po włosku.
Nieduzi.

Więc nim spojrzysz na panów, ty się najpierw zastanów
I od wzrostu po prostu zacznijże.
Nadmiar mięśni i kości
Czyż nie spłyci miłości?
Czy do chuci
Uczuć ci
Nie zniży?
Odrobina mężczyzny na co dzień
Mały męski akcencik czy ton.
Odrobina mężczyzny na co dzień
Od przesytu ochroni złych stron.
Przenocujesz w niedużej go wnęce –
Dniem on w biurze będzie tkwił.
Odrobina mężczyzny, nic więcej,
którą strzepniesz - gdy znudzi - jak pył.
                   Jeremi Przybora

Nie spotkasz Sporych u Messapiów.


Superstrada z Lecce w kierunku na północ mija Brindisi. My też je minęliśmy, przypominając sobie jak to stąd właśnie latały Liberatory na pomoc Powstaniu Warszawskiemu. Google mapa podaje jak to daleko- 2207 kilometrów. I pomyśleć że jeszcze trzeba było jakoś wrócić. Dzielne chłopaki byli!
My jednak wysuwamy podwozie i lądujemy w Ostuni. Widać je z daleka zza stuletnich oliwek. Potem człowiek się zbliża, zbliża i zbliża, a szczęka mu opada, opada i opada. A jak jest już w samym środku to już ani ręką ani nogą z zachwytu.

Ostuni

poniedziałek, 11 grudnia 2017

„Zdobyć zdjęcie”. Stopniowanie przymiotników.

Dupka Ernesta Hemingwaya. Fot. Robert Capa.

Czy to możliwe że przez ręce jednego faceta przeszły wszystkie najważniejsze zdjęcia przedostatniego (czyli tego najbardziej interesującego, he he) półwiecza?! Chyba niemożliwe. Chyba na pewno. Ale jednak, choć się wierzyć nie chce.

Był sobie taki pan- John G. Morris. Ten pan był wszędzie tam gdzie było interesująco i należał do wszystkich tych organizacji do których i ja marzyłbym należeć. I nie jestem odosobniony w tych marzeniach. Ten pan powinien był pisać mojego bloga zamiast mnie, tylko on pisałby wszystko z autopsji- w przeciwieństwie do mnie oglądał to na własne oczy. Nie wierzycie? Ja też nieomal nie uwierzyłem. Ale John G. Morris, zamiast bloga, napisał autobiografię i właśnie ją przeczytałem, za radą szanownego czytelnika Konrada J. Tytuł „Zdobyć zdjęcie”, podtytuł „Moja historia fotografii prasowej”. Brzmi to jakby pan Morris był jakimś historykiem, ale on po prostu tworzył tę historię tymi ręcami i temi palcyma (cytat). I jego biografia rzeczywiście świetnie rymuje się z wpisem o marnych dolach selektorów.
Marna dola selektora - pana od płyt,
Nikt na niego nigdy nie patrzy, każdy słucha bit.
Marna dola selektora - pana od płyt,
Mało kto ceni jego robotę, każdy czeka na hit.



No właśnie. Patrzy kto na Johna G. Morrisa? Zna go ktoś? Ktoś słyszał o nim?

Wymieńmy pokrótce gdzież to pracował nasz pan selektor Morris, rocznik 1916-ty. Otóż po studiach na uniwersytecie w Chicago załapał się jako edytor depesz w magazynie „Life”, gdy trochę okrzepł został korespondentem „Time- Life” w Hollywood.


Biografia pana Morrisa. Polecam!
Już kiedyś się pisało, czym był „Life” tuż przed wojną, i czym się stał w trakcie wojny- LINK. Dla przeciętnego Amerykanina był właściwie jedynym większym oknem na świat- liczyły się wtedy wyłącznie kinowe „kroniki tygodnia” i fotoreportaże w „Life. W tamtym czasie był prawdopodobnie najsławniejszą gazetą, był takim CNN-em swoich czasów, a może i internetem przedwojnia- to z niego przeciętny widz/ czytelnik czerpał wiedzę o świecie dalszym niż trzy przecznice. Wiele gazet późniejszych miało ambicję „bycia jak „Life”. Gazeta drukowała fotoreportaże na wszystkich swoich stronach. Tekst był zaledwie podpisem pod zdjęciami, czasami te teksty tworzyli dziennikarze i pisarze z pierwszych stron gazet- na przykład John Steinbeck i Ernest Hemingway.
Pozycja niemal monopolistyczna dawała gazecie wielkie możliwości sterowania opinią publiczną. Wręcz wywoływania, lub gaszenia wojennych nastrojów- z czego „Life” i jego właściciel i twórca Henry Luce czasami korzystał.

W trakcie II Wojny Światowej mianowano Morrisa na stanowisko fotoedytora „Time- Life” w Londynie. Gazety ilustrowane były wtedy niewątpliwie najważniejszym źródłem informacji o wydarzeniach wojennych. Co oznaczało, że przez biurko Morrisa przeszły wszystkie najważniejsze i najbardziej sławne zdjęcia wojenne w ogóle. Inwazję w Normandii obserwował na swoim pięćdziesięciodwugodzinnym dyżurze bez snu, w Londynie- pędził tylko co chwila do brytyjskiej cenzury i z powrotem, żeby pozwoliła mu słać kolejne nadchodzące zdjęcia transatlantyckimi lotami do redakcji. To w jego siedzibie właśnie nastąpiła najsłynniejsza kasacja i spalenie najsłynniejszego fotoreportażu świata- zdjęć Roberta Capy robionych na plażach podczas desantu w Normandii. Laborant przewalił odczynniki, z kilkunastu filmów udało się uratować 12 klatek- i ratował je właśnie Morris.
Cieszmy się że to zrobił, bo dzisiaj wszyscy je znamy. No i cieszmy się że Capa go potem nie zabił. Autobiografii by nie było.

Tuż po wyzwoleniu Paryża nasz edytor udał się tam czym prędzej. W powojennym Paryżu poznał następujące persony: Henriego Cartier- Bressona, Davida Seymoura Chima (Szymina). Innych- Roberta Capę i George’a Rodgersa- znał wcześniej, bo obaj byli amerykańskimi fotoreporterami. Jednym słowem poznał przyszłych założycieli najsławniejszej agencji fotograficznej- Magnum.

Zauważam że dość trudno mi nie używać co chwila licznych przymiotników w stopniu maksymalnie najwyższym. No co ja poradzę?

W Paryżu balował pan Morris ze znanymi niektórym personami- Ernestem Hemingwayem, Marleną Dietrich, Pablem Picassem, a także prawdziwą rzeszą słynnych fotografików i fotoreporterów wojennych- przez Cartier- Bressona poznał Roberta Doisneau i innych Francuzów, kupując dla „Life” ich archiwa z czasów okupacji.

Po wojnie nasz pan edytor zatrudnił się szczęśliwie w miesięczniku „Ladies’ Home Journal” Czymż było w USA lat czterdziestych i pięćdziesiątych owo pismo? Hm… Takim TVN Style tylko sto razy bardziej. Morris skierował ów miesięcznik na nierozpoznane i pionierskie wody fotografii społecznej. Na początku lat 50-tych wysłał kilkunastu fotoreporterów żeby sfotografowali dwanaście rodzin z dwunastu krajów całego globu- ich codzienne życie, mniej lub bardziej dla Amerykanów egzotyczne. Ukazały się w cyklu „Ludzie są ludźmi”:

Oto osiemdziesięcioro ośmioro z dwóch miliardów ludzi mieszkających na planecie Ziemia. Są to członkowie dwunastu rodzin, reprezentujących dwanaście krajów, trzy rasy i pięć różnych wyznań religijnych. Mówią jedenastoma językami i pozują do zdjęć, wykonanych przez fotografika, będącego wysłannikiem „Ladies' Home Journal”. W ciągu kilku ostatnich miesięcy „Journal” niczym czasopismo z Marsa, wysłało swoich fotoreporterów do różnych krajów, aby przyjrzeli się życiu rodzinnemu na całym świecie. W niniejszym cyklu co miesiąc będziecie poznawać więc kolejne rodziny w takim porządku, w jakim budzi je wschodzące słońce. Najpierw spotkacie państwa Okamotów z miasta Oshika w Japonii- płacą oni co roku dwanaście różnych podatków, w tym podatek od krowy i dodatkowy podatek od krowy. W następującej kolejności pojawią się państwo Ho-fu- juanowie z Kia-ting w Chinach, którzy nie chcieli pozwolić sfotografować na ich małej córeczki w obawie, że złe duchy sprowadzą na nią śmierć. Potem zaprezentujemy pana Mohameda Ushmana i jego żonę, mieszkających w Patni w Pakistanie- choć małżonkowie nie znali się przed ślubem, ich małżeństwo trwa już trzynaście lat. Dalej idą państwo El Gamelowie z Manayel Shebein al Kanater w Egipcie, których osły wywodzą się w prostej linii od osłów biblijnych. Następnie wystąpi rodzina Zamba Alumasów z Lujulu w Afryce Równikowej, gdzie podstawowym, codziennym zajęciem każdej dziewczynki jest zbieranie świeżych liści , z których panny wyplatają dla siebie spódnice. Dalej poznacie rodzinę Baloghów z miejscowości Furolac w Czechosłowacji, gdzie wesela trwają trzy dni, a wilcze mięso uchodzi za przysmak; włoską rodzinę Guercinich z Greve w okolicach Florencji, która pomalowała swój nieskazitelnie czysty dom na żółto, ponieważ domy ich sąsiadów są czerwone; małżeństwo Steglitzów z Wollau w Niemczech, którzy zakochali się w sobie na wiejskiej zabawie i pobrali się w roku, w którym Hitler doszedł do władzy; rodzinę Hiattów z Hook Norton w Anglii, która lubi zachodnią literaturę i pub The Gate Hangs High; małżeństwo Prattów z Gidden w stanie Iowa z USA, których dziewięcioletnia córeczka najbardziej na świecie uwielbia jeździć na oklep na kucyku; i wreszcie rodzinę Gonzalezów z Moravatio w Meksyku, gdzie walki kogutów są legalne i gdzie zwyczaj nakazuje wykraść pannę młodą rodzicom.
Wniosek płynący z tego fotograficznego przeglądu może zaskoczyć wyłącznie dziennikarzy piszących nagłówki w gazetach, a brzmi on po prostu tak: ludzie są po prostu ludźmi, bez względu na to , gdzie żyją i skąd pochodzą.”

To był tematyczny przełom. Ten fotoreportaż zainspirował niejakiego Edwarda Steichena, dyrektora Museum Of Modern Art (o nim było już TUTAJ) do zorganizowania... Hm… znowu jestem zmuszony do używania tych silnie wartościujących przymiotników- do zorganizowania najsłynniejszej wystawy fotograficznej wszechczasów- „Family of the Man”. Wiele zdjęć ze wspomnianych fotoreportaży znalazło się na tej wystawie i wraz z nią okrążyło potem cały świat (były także w Warszawie).

Okładka "Ladies' Home Journal". Fot. Robert Capa.


poniedziałek, 4 grudnia 2017

Bum! Raz na rok.


Ukazały się ostatnio dwa moje felietony. Jeden na tematy motoryzacyjne na Automobilowni, w którym analizuję fenomen jednego z pomników wzornictwa przemysłowego - Renault Twingo - LINK.

A drugi na SNG Kultura. Link na końcu tekstu. Proszę uprzejmie:



Czy to w ogóle jeszcze jest kultura, kurdebalans? Czy to się w ogóle nadaje na SNG Kultura? Nie mam pojęcia. Ale co tam – spróbujemy. Może taka recenzja powinna trafić na portal „SNG Brak Kultury”?
Nie wiem nawet, czy to jest popkultura. Właściwie jest to czcza rozrywka, niektórzy powiedzą, że odmóżdżająca, płaska, dziecinna, bezguście, kicz .No, dziecinna. Z młodzieżą się poszło do kina. Nie pierwszy raz przecież na  produkcję Marvela. Thor. Ragnarok się nazywa ostatni odcinek.
Przez dłuższą chwilę zastanawiałem się, czy poszedłbym na Thora z własnej chęci i inicjatywy. Chyba jednak nie. Odrzuciłby mnie samym tytułem, sugerującym max hard-fantasy oparte na skandynawskich legendach i zamknięte w kosmiczno-nierealnym uniwersum z blondwłosym herosem na froncie. Ale na kolejnego Iron Mana to już bym poszedł, nie powiem. Marvelowski Iron Man, człek nie tylko stalowy, ale i ironiczny, pomimo cudownych supermocy i fantasmagorycznej otoczki trzyma się stosunkowo blisko ziemi, do tego gra go Robert Downey junior. Do tego jeździ Audi R8. Iron Man jest mi chyba z uniwersum Marvela najbliższy – każdy facet chciałby być takim Jamesem Bondem, jakim jest Iron Man. Thor natomiast, który spotyka się z Iron Manem w seryjnie kręconych Avengersach jest bodaj najmniej przeze mnie ulubionym bohaterem tego komiksowego imperium, wraz z Chrisem Hemsworthem, który go gra. Był. Bo poszedłem na Thora.
Jak widzicie dość dobrze pływam w marvelowskich klimatach i nie tonę po wrzuceniu na głębsze wody amerykańskiego kiczu. Ale nie mogę się nazwać jego wielbicielem. Nie mogę też nie docenić akrobatycznych wręcz wygibasów twórców studia Marvel, żeby takiego jak ja sceptyka i niewielbiciela uraczyć i zadowolić. Tak na oko oni przeznaczają na to właśnie jakieś straszliwe miliony dolarów – żeby stara konserwa, idąc na film z młodą awangardą, od czasu do czasu jęknęła w zachwycie na każdym ich seansie. Ja też jęknąłem na Thorze kilka razy.
Pierwszy raz jęknąłem w początkowych scenach filmu – dialogowych. To było śmieszne! I nie koszarowo śmieszne, tylko autoironiczne, zagrane z dystansem i luzem, w kontrze do rodzącego się patosu. Ten patos zaraz też wystraszony zmalał do rozsądnych rozmiarów.
Drugi raz zatchnęło mnie nieco, kiedy z kwadrofonicznych kinowych głośników buchnęło Led Zeppelin w takt filmowej nawalanki Thora. Immigrant Song na pełny regulator! Ja cię przepraszam! Reżyser opowiadał, że spreparował przed nakręceniem Thora pierwsze demo dla producentów Marvela, pod które podłożył właśnie Immigrant Song. Strasznie się spodobało. Jedyny problem, że ŻADEN z producentów wytwórni NIGDY wcześniej o tej piosence nie słyszał. O ratunku! Ale ten świat się zmienił… Immigrant Song” został zatem wykorzystany w filmie, co jest o tyle zadziwiające i chwalebne, że chłopaki z Led Zeppelin raczej nigdy nie zgadzali się na wykorzystywanie ich muzyki. Tu zrobili wyjątek. Miejmy nadzieję, że sporo na tym zarobili, co im się należy jak psu zupa.
Trzeci raz jęknąłem z zachwytu, gdy zobaczyłem na ekranie Benedicta Cumberbatcha, który jako Dr. Strange wysyła naszego Thora z Nowego Jorku w inne zaświaty przez naprędce stworzone portale. Furda tam portale! Furda wszystkie efekty specjalne! Co to za aktor jest z tego Cumberbatcha! To jest gość, który gra epizod, ale przykuwa uwagę i kradnie na pięć minut show głównemu bohaterowi, wystarczy, że wypowie władczo kilka ironicznych zdań, a już pomimo fantastycznego anturażu wracają tony serio, przygotowujące do następnych scen spotkania z wiekowym, odchodzącym ojcem bohatera.
W następnej scenie też westchnąłem sobie cichutko. Anthony’ego Hopkinsa w spokojnej, stonowanej roli, z siwą brodą to się u Marvela nie spodziewałem. O ratunku, ile oni kasy wydali na te wszystkie sławy!
Potem było łubudu i efekty specjalne. Muszę powiedzieć, że z efektami w każdym filmie jest coraz lepiej i że tak mniej więcej połowa tego komputerowego wytworu w ogóle jest nieodróżnialna od rzeczywistości. Drugą połowę można odróżnić po niektórych detalach i światłocieniach oraz po tym, że co chwila coś wybucha i ogniem zieje, a w mojej rzeczywistości, na ogół – nie.
Podnoszę słuchawkę, mówię: halo, słucham
A tu coś nagle wybucha i ogniem zieje.
To Bóg do mnie dzwoni i pyta: Łona, co tam się dzieje?!
                Łona i Webber „Telefon”

czwartek, 30 listopada 2017

Śmierć rzekoma




Życie pozagrobowe.

Cyfrówka rządzi niepodzielnie. Film fotograficzny złożyli już dawno do grobu. Ale ci co chcą przysypać go ziemią i łopatką nagrobek uklepać proszeni są o zachowanie spokoju.

To fakt, że niektóre z najbardziej znanych klisz fotograficznych nie są już produkowane, a niektóre firmy, niegdyś sławne, stanęły na krawędzi przepaści, a potem zrobiły wielki krok naprzód (cytat strawestowany). Z jednej strony było to źródłem smutku i nostalgii dla wielu tradycyjnych fotografów, z drugiej- źródłem inspiracji. Kodak co prawda wycofał z produkcji swojego Kodachrome, ale jednak znany reporter Steve McCurry wykorzystał ten fakt jako impuls do projektu „Last roll of Kodachrome”- otrzymał w 2010 roku od wytwórni ostatnią kliszę i przez rok strzelał na niej zdjęcia ze swoich wypraw. Trzeba powiedzieć, że postarał się pan McCurry żeby żadnej klatki nie zmarnować. Zdjęcia można obejrzeć- TUTAJ. Też by się chciało tak jak i on- pomnikowo epitafium napisać.

Każdy by chciał poudawać Steva, no to i ja niezgorszy znalazłem na dnie szafki ostatnią rolkę. Tylko nie Kodachrome to był, a parweniuszowski ProFoto 400 BW. No i nie ostatni na świecie, tylko ostatni w szafie. I nie na placu Czerwonym tylko na placu Lenina i nie rozdają tylko kradną (cytat).

(...)
Spytałem jak było
Nie ma o czym mówić, podbiłem Nowy Jork
Raz w zimie
Ludzie na Brooklynie
Wynosili mnie na rękach z klubu”
Sprawdziłem
Nie żebym nie wierzył, ale z nudów.
I wiecie, nie kłamał
Nie wątpię, bo przecież
Zgadzało się we wszystkich detalach
Z wyjątkiem kilku znaczących- Jak Cejlon w sporcie
Nie na Brooklynie- tylko Greenpoincie
Nie na rękach- na nogach
Latem, a nie zimą
I nie z klubu- tylko ze sklepu z wędliną.
               Afrokolektyw „Głaz narzutowy”


Trzeba jednak napisać, że nastąpił niejaki schyłek fotografii srebrowej. Fuji pozamykało część swoich fabryk, Agfa zlikwidowała w ogóle dział minilabów i przestała produkować filmy na rynek fotografii konsumenckiej. Wydawało się jakieś dziesięć lat temu, że to koniec pieśni i ostatni gasi światło.

Ale nie.
Nie gasi. Tradycyjna analogowa fotografia odbiła się od dna i przeżywa fale renesansu. Nie to żeby od razu zaczęli z powrotem produkować masowo Kodachrome, choć Kodak przebąknął coś ostatnio na ten temat (co na to Steve McCurry?), ale pałeczkę przejęli poniekąd inni, jakby bardziej entuzjastycznie nastawieni i mniej konwencjonalni producenci.
Przede wszystkim znana i rozreklamowana Lomografia, nie tyle producent co bardziej ruch klubowy, mająca za główny motyw nostalgię za radzieckimi aparatami marki Lomo. Miałem taki aparat swego czasu- zepsuł się na kluczowej, z mego punktu widzenia, wycieczce do Londynu, wszystkie Big Beny i Tałerbridże propały jak sen jaki złoty i nie było co zbierać. Dlatego do aparatów Lomo odczuwam raczej coś w rodzaju antynostalgii.



Niemniej są tacy, którzy odczuwają pociąg. Jest to pociąg szerokotorowy. Radzieckie Lomo były bardzo ciekawym sprzętem- aparatem miniaturowym, kieszonkowym z bardzo jasnym i niezłym obiektywem. Wzornictwo jak na produkt socjalistycznych republik także niezłej próby. Jednak tendencje do rozszczelniania się i zacinania czynią z niego sprzęt wyróżniający się na tle tła. Każda potwora znajdzie swego amatora- dzisiejsi wielbiciele doceniają przede wszystkim aspekt losowy jaki serwują te aparaty, wręcz DOMAGAJĄ się zdjęć lekko uszkodzonych, niezbyt klarownych, przypadkowo dziwnych. Robionych z nieco loteryjną jakością.
I czyż nie jest to przypadkiem esencja fotografii analogowej? A raczej esencja jej przewag?
Tak, bo ona ma przewagi nad fotografią cyfrową. Nie tylko niedostatki. Może raczej jej wady stały się wobec cyfrówek nie tyle zaletami ile cechami (it's not a bug, it's feature - jak mówią niektórzy).

poniedziałek, 27 listopada 2017

Elettrica italiana vol. 1




Są trzy rodzaje wtyczek elektrycznych. Ale to jeszcze nic, zupełnie nic. Bo jest pięć rodzajów gniazdek. Nasza standardowa wtyczka od zasilacza komputerowego nie pasuje do następujących gniazdek- potrójnego cienkiego, potrójnego grubego, potrójnego mieszanego obu rodzajów. Pasuje wyłącznie do potrójnego łączonego z podwójnym. Takie gniazdko, sztuk jeden, znajduje się wyłącznie na blacie w kuchni w dalekiej odległości od stołu. Czytelnicy wybaczą zatem że będę siorbał i mlaskał podczas pisania, oraz czasami jęczał z niewygodnej pozycji. Kak nada ljubit kawo w takoj pozycji?- cytat.
To wszystko elettrica italiana.

Włochy nasuwają tutaj więcej pytań niż odpowiedzi.
Pierwsze pytanie- kim jest właścicielka domu w którym mieszkamy, a której nie widzieliśmy na oczy, za wyjątkiem kontaktu mailowego i telefonicznego? Dom jest wielki i uroczy, przerobiony z, mniej więcej, XVIII wiecznej wiejskiej chałupy, otacza go gigantyczny ogród. Natomiast w środku- książki.
Właściwie można by przyjechać tutaj nie na wywczasy tylko jak do biblioteki. Co prawda wszystko po włosku, ale co tam że po włosku, jak wśród ksiąg wszelakich większość to książki o historii i współczesności architektury, wzornictwa przemysłowego i albumy o sztuce. 
Najbardziej upodobałem sobie trzytomowe dzieło: „Storia del disegno industriale 1750- 1990”. Po prostu orgia dla oczu, Bauhaus, bracia Thonet, Raymond Loewy, który w USA zaprojektował po prostu Wszystko (lokomotywy, samochody, butelkę Coli i zupę Heinza), McIntosh, wspaniały (i nieznany mi z secesji) Peter Behrens, Philipe Starck i Giorgio Giugiaro. Jest też „MoMa highlights” (zdjęcia!) o najlepszych wystawianych w Museum Of Modern Art dziełach sztuki od jego zarania, a także inna książka „Objects of Design from The MoMa”, albumy Taschena o współczesnych architektach europejskich, japońskich i kalifornijskich, projektowaniu, liternictwie, „Storia del architectura di XX seccolo”, oczy latają po półkach, nie wiadomo za co złapać.



Jest też „Perestroyka” Mikchail Gorbaciov („ciov”- bo to po włosku)
Odwiesiłem na kołku przywiezioną biografię Tonego Halika i rzuciłem się oglądać to wszystko, bo z czytaniem po włosku słabo.
Albumy o Lecce i Salento, ich historii i architekturze występują tu w ilościach hurtowych. Bo my na Salento jesteśmy. Nie napisałem jeszcze?
Nie napisałem, podniecony biblioteką.

Salento, obcasik buta znaczy się.


Co do naszej gospodyni to wystarczyło pięć minut riserczu w internecie żeby się dowiedzieć że jest architektem i zajmuje się konserwacją zabytków. Znaczy się- z branży.

Salento to trochę takie inne Włochy. Inne niż inne. Troszkę, można powiedzieć po pierwszych wrażeniach- surowe, nie do samego końca łacińskie. Dość powiedzieć że podstawową formą budowlaną na południu tej prowincji jest coś w rodzaju egipskiej mastaby z piaskowca. Do tego pomiędzy Bari a Brindisi- domki krasnoludków z kamienia, czyli „trulli”, (w liczbie pojedynczej- „trullo”), wzór eksploatowany od prehistorii po czasy dzisiejsze, kiedy to chwalą się nimi turystycznie i budują nowe, udawane, z żelbetonu.





Białe kamienne murki stawiane dosłownie Wszędzie na każdym polu i miedzy oraz obramowujące niemal każdą drogę- także nie kojarzą się z Włochami, tylko jakby z Irlandią, Szkocją i Normanami. Wszystkie te murki postawiono bez ani kawałka zaprawy- są budowane „na styk”. To tradycja, od czasów kiedy to potężne mury chroniły tutejszych tubylców przed Rzymianami. Bo to wcale nie Rzymianie byli tu tubylcami.

Tubylcami byli niejacy Messapiowie, którzy zasiedlili półwysep Salento dwa tysiące lat przed Chrystusem. Skąd oni byli, ci Messapiowie? Nie wiadomo. Przypuszcza się, że mniej więcej z terenów dzisiejszej Albanii. Nie wiadomo też zbyt wiele o nich- przeszkodą są nie tylko duża odległość czasowa, ale także zupełna odmienność języka (używali alfabetu greckiego, ale gramatykę i składnię mieli odmienną od wszystkich, słabo rozpoznaną), oraz to że Rzymianie jak ich podbili, to już na dobre. Kultura się zglajszachtowała i zrzymianiła pozostawiając tylko niektóre tradycje budowlane i rolnicze, nazwy miejscowości, oraz dialekt salentyński.




środa, 22 listopada 2017

Mordobicie gentelmanów



Są pomysły na połączenie boksu z szachami. Nazywa się to „chese- boxing”. Zawodnicy w rundach parzystych nawalają się po mordach, a w nieparzystych stosują rozgrywki szkockie i gambity przy stoliku. Zwyciężyć można poprzez zamatowanie przeciwnika, lub nokaut.
Wszystko to zupełnie niepotrzebnie.
Nie znam lepszego połączenia boksu z szachami niż tenis.
I nie dość, że nie ma on konkurencji, to jeszcze jest koedukacyjny. Zwiewne dziewczątka grają w to mordobicie i nie boją się.

Nie ma konkurencji- jeżeli potraktujemy go ogólnie, jako sporty „okołotenisowe” w których dwóch ludzi na boisku używa rakiet do przebijania jakiegoś przedmiotu. Badminton, squash i tenis stołowy grają w tej samej lidze. Tyle tylko że tenis ziemny jest pewnie najbardziej popularny, najczęściej relacjonowany i najkrwawszy. Krew leje się z ekranu strumieniami, herosi podnoszą się ostatkiem sił i zwyciężają, a silniejsi, ale mniej zebrani psychicznie- odpadają.
W kontekście tych metafor polska ekipa na Puchar Daviesa leży odliczona do dziesięciu i ani ręką, ani nogą.
Pozostałe sporty indywidualne albo są złagodzonym boksem (np. szermierka), albo są walką zawodnika z samym sobą, lub przeciwnościami losu (łucznictwo, jeździectwo, alpinizm). Czasem niektóre sporty motorowe przypominają „chese- boxing”, ale to są raczej wyjątki od reguł.
Te niezwykle śmiałe, obrazoburcze nieco myśli nachodzą mnie wcale nie po obejrzeniu turnieju w Singapurze, tylko po wizycie w kinie. A nawet jeszcze przed wizytą.
„Borg/ Mc Enroe” się obejrzało.
Pierwsze zdania tego tekstu pisałem jeszcze przed zobaczeniem filmu, a już na seansie uzyskały one potwierdzenie i wzmocnienie- tam także tenis został porównany do boksu.

Wyobraźcie sobie, że stajecie zupełnie samotnie przeciwko swemu przeciwnikowi, a ogląda was na żywo dwudziestotysięczny tłum ludzi, nie wspominając o tych przed telewizorami. To jest niewyobrażalna presja. Ja osobiście nigdy nie chciałbym tam stanąć

Wyobraźcie też sobie, że choć prowadzicie cały niemal mecz- macie wielką szansę przegrać w ostatnich piętnastu minutach. Ale też odwrotnie- w tenisie niemal do ostatniej chwili jest szansa przywrócenia stanu remisowego i odrobienia niemal każdych strat. Do tego nie da się utrzymać jednolitej koncentracji przez trzy godziny gry. Dramatyzm wzrasta. Liczy się psychologia. I psychika. A może nawet psychiatria w niektórych przypadkach. Tenis to gra psyche, a dopiero na drugim miejscu fizyczne zmagania.
Wiążą się z tym jeszcze inne psychologiczne uwarunkowania- na przykład stosunkowo możliwe jest w tenisie wedrzeć się do samej czołówki. Bycie beniaminkiem jest znacznie mniej obciążające niż bycie podgryzanym mistrzem. Natomiast utrzymanie się w tej czołówce to jest rzecz tylko na miarę największych herosów. Wytrzymanie presji oczekiwań jest tu prawie ponad ludzką miarę.

Różnie sobie z tym ludzie radzą. Są różne typy. Jest wiele możliwości (cytat). Jedną z nich jest całkowity introwertyzm i kasowanie uczuć zewnętrznych- reprezentowali je właśnie Borg, reprezentują Roger Federer i Karolina Pliškova. Aczkolwiek owi zimni dranie, milczące kamienie niekoniecznie byli tacy zawsze- film pokazuje jakie huśtawki emocji przeżywał młody Bjoern Borg, i choć to upraszcza, daje jednak obraz psychicznego wyczynu. Także i Roger Federer nie był od zawsze nazywany gentelmanem kortu. A jako młodzież był wyrzucany z licznych szkół za gwałtowność i niesubordynację. Trudno sobie to dzisiaj wyobrazić.


Innym typem wojownika jest typ ekstrawertyczny- taki którego stawia do pionu wyłącznie otwarte starcie, który żyje konfliktem i się nim nakręca, którego konflikt uskrzydla- i taki był John McEnroe. Z tym nakręcaniem się konfliktami to na dwoje babka wróżyła, co pokazują liczne przykłady z tenisowego świata- może być to wyższa forma psychologicznej finezji, a może być to jedynie niepohamowanie własnych emocji- prowadzące do dekoncentracji i publicznego rozwalania klawiatur na Youtubie.

piątek, 17 listopada 2017

Nareszcie coś!


Dosyć często na crowfundingu zbierają pieniądze na rzeczy zupełnie nikomu niepotrzebne, marne, albo takie którymi jestem zawiedziony. Liczni wynalazcy wynajdują coś w nadziei że publika sfinansuje. Czasami są to takie wynalazki, jakich dokonywali uczeni radzieccy. Na przykład uczony radziecki Łomonosow wynalazł elektryczną maszynkę do golenia. Na śmietniku ambasady amerykańskiej.
Dotyczy to także, a nawet zwłaszcza fotografii. Nie raz już uznane firmy szukały społecznego finansowania na projekty jakichś swoich nowych obiektywów. Co jest chłopaki? Przeinwestowaliście? Stoicie na krawędzi upadku, że kaski na nowy projekt nie starcza? Internauci z dobrawoli mają go zasponsorować?
Z innej strony pewne pomysły poparłbym całym sercem i mocą, ale nic z tego- dotyczy to przede wszystkim cyfrowej ścianki tylnej do starych aparatów analogowych, albo cyfrowej wkładki wsuwanej w miejsce filmu. Od piętnastu lat projektują takie wkładki, projektują, kikstartują i krołfundują, kasę zbierają i nic. Ani ani. Czyżby problem nierozwiązywalny? Ciężko stwierdzić. Już kiedyś było do tego blisko, ale firma Silicon Film zbankrutowała na kilka tygodni przed premierą swojego produktu. Już się o tym kiedyś pisało- TUTAJ.
Zostają marzenia i oczekiwanie.
Produkty fotograficzne na jakie ich twórcy zbierają kasę czasem są nieco żenujące- np. słabo działaja, albo zupełnie banalne, np. kolejny model aparatu do samodzielnego składania.
Kiedy pojawił się projekt Reflex, również nie brałem go na poważnie. Nie skusiło mnie nawet określenie "aparat modułowy". Wszystkie dotychczasowe pomysły na aparat składany z modułowych kawałków albo były dość dziwne i niepraktyczne, albo powalająco drogie i raczej do filmowania, jak np. słynny aparat/ kamera RED za jedyne 65.790,- złotych polskich.
Tymczasem na Kickstarterze pojawił się już jakiś czas temu pomysł modułowego aparatu analogowego. Modułowość jest tym razem opracowana tak jak trzeba i do tego pierwszy raz przy takim projekcie ktoś wymyślił coś, co rozwiązuje kilka problemów sprzętowych naraz. Faktor "chcę to" bucha gejzerem z tego Reflexa- LINK.


Jakie problemy ma przeciętny dzisiejszy użytkownik aparatu analogowego? Po pierwsze- ten sam problem co zawsze- załadowany na stałe film, o niezmiennej czułości. Ja tu panie chcę zdjęcia robić, wiosna wystrzela kolorami, kwiaty kwitną, ptaszki śpiewają, a tu w aparacie założony film czarno- biały. Albo- jesień idzie, mgły snują się na łąkami (wymawiać z akcentem kresowym), półmrok cały dzień, a tu w aparacie pozostały jeszcze z wakacji film 100 ISO. I co wystrzelać go na zmarnowanie i założyć nowy o wyższej czułości? Nie wiadomo. Znaczy się- wiadomo że nie.
Oczywiście są możliwości przypominające karczowanie dżungli za pomocą nożyczek do paznokci- w postaci wymuszenia zwinięcia pozostałego filmu, w nadziei, a nawet w bulu i nadzieji, że się go założy kiedyś z powrotem i przy zakrytym obiektywie naciskając spust przewinie do pierwszej nienaświetlonej klatki żeby go dokończyć. Ale ludzie nie lubią takich rzeczy.

Ludzie najbardziej nie lubią
różnych rzeczy
    Krzysztof Gol

Problem ów został już raz rozwiązany, w późnych latach 80-tych, kiedy to stworzono nowy system filmów i aparatów zwany Advanced Photo System (APS), z elektronicznym odczytem, pozwalający automatycznie cofnąć film do kasetki, a potem równie automatycznie przewinąć go do pierwszej wolnej klatki- już się o nim nie raz pisało- LINK. Ba nie tylko pisało, ale i używało- LINK. System APS ma tylko jedną wadę. Zdechł był. Nie produkują już filmów do niego.
Jest to pewna przeszkoda.

Drugim problemem, przynajmniej dla mnie istotnym, jest pamięć. Pamięć dobra, ale krótka. Moja własna. Gdy strzelam foty na analogu, zwłaszcza z myślą zamieszczenia ich na Fotodinozie prawie ZAWSZE zapominam przy jakich parametrach czasu i przesłony były one robione. Chodzenie z aparatem, kartką papieru i długopisem przekracza moją cierpliwość i dokumentnie psuje przyjemność strzelania fotek. Zawracanie gitary. Ludzie najbardziej nie lubią różnych rzeczy.

Trzecim problemem jaki niektórych nurtuje, jest możliwość używania obiektywów różnych systemów na tym samym aparacie. Na to są już od dawna sposoby w postaci redukcji zakładanych na bagnet aparatu- ostatnio jeszcze bardziej popularne, w czasach bezlusterkowców i ich niezbyt rozbudowanych firmowych baterii obiektywowych. Nie wszystko idzie jednak tak pięknie jakby się chciało.

poniedziałek, 13 listopada 2017

Trzeba było uważać.

Brian May, fot. Brian Griffin

Łódź kiedyś wydawała się marna i martwa. Taki grajdół. Nic się nie działo.
W niektórych miejscach nadal się nie poprawiło- spróbujcie kupić tu jakiś stary i ciekawy obiektyw, na przykład. Albo, załóżmy, kabrioleta. Wszystkie sprzedają gdzieś indziej.
Ale potem zaczęły się dziać ciekawe festiwale, życie zaczęło tętnić mocniejszym rytmem i coraz bardziej znane persony zaczęły nieśmiało odwiedzać miasto. Potem śmielej. Potem jeszcze śmielej. Potem staliśmy się centrum wszechświata.
W zeszłym tygodniu odeszły kolejne fotograficzne grajdołowe kompleksy- niejaki Brian Griffin postanowił w Łodzi zrobić premierę swojej książki.
W łódzkim ŁTF na Piotrkowskiej jest wystawa zdjęć z okazji tej premiery.

Nie wiecie kto to jest Brian Griffin? Mogę tylko powiedzieć, że jeżeli słuchaliście muzyki z lat 70-tych i 80-tych, zwłaszcza brytyjskiego punka, nowej fali i okolic, ewentualnie popu i mieliście w domu oryginalne płyty- z pewnością znacie zdjęcia Briana Griffina. On fotografował ich wszystkich. Mało kogo nie fotografował. Może wymieńmy tu paru najpopularniejszych: Depeche Mode, Siouxie and the Banshees, Queen, Brian Eno, Peter Gabriel, Billy Idol, Frankie Goes to Hollywood, Kate Bush, The Clash, Iggy Pop, John Cale, Talk Talk, Ultravox, REM, The Stranglers. I jeszcze pięćdziesięciu innych wykonawców. Jego zdjęcia są na okładkach płyt. Z tylnej czy przedniej strony.
Facet przy tym nie robił zdjęć miałkich. To co tworzył można nazwać portretami konceptualnymi, portretami z kluczem.
Nasz rodzimy konceptualny portrecista Krzysztof Gierałtowski- co najmniej równie oryginalny (znane zdjęcie Jacka Kaczmarskiego w bez mózgu w tonacji czerwieni- po tym jak hołdował Aleksandra Kwaśniewskiego)- wyraził kiedyś mieszającą z błotem opinię na temat „zwyczajnych portretów” robionych przez młodą fotografkę, jako czegoś niegodnego w ogóle uwagi, wręcz uwłaczającego widzowi.
To przesada. Ja w żadnym razie nie byłbym aż tak pryncypialny w ocenie klasycznego portretu. Ale zdjęcia postaci, naznaczone jakimś dzikim pomysłem fotografa, niespotykanym podejściem, ujęciem portretowanego od strony cech charakteru czy charakterystycznych wrodzonych gestów niewątpliwie mają w sobie coś. I nie są łatwe, w najmniejszym stopniu.
Środowisko młodych muzyków brytyjskich musiało być w latach 70-tych i 80-tych fajnym polem działań, myślę że niezły ferment tam wtedy fermentował. Można było wiele. Griffin wykorzystał to w różnych swoich działaniach, namawiając do wygłupu, oryginalności i innego spojrzenia, które służyło jego robocie.
Kiedyś to były czasy! Nie to co teraz. Chomiczówka, Chomiczówka... przepraszam uniosłem się (Cytat. Same cytaty).

Fot. Brian Griffin
Ciekawa sprawa na ile dziki da się zrobić portret niektórym osobom, na ile głęboko wejść w relację, omotać i omamić, a może tylko zainspirować i rozbawić, żeby uzyskać zamierzony (a może tylko niespodziewany) efekt. Jak może pamiętacie ikoniczny portret Winstona Churchilla z kwaśno- groźną miną, podpartego pod bok powstał dopiero po tym jak na dłuższy czas fotograf Yousuf Karsh odebrał mu ulubione cygaro. Tymczasem na wystawie Briana Griffina można obejrzeć portret artystów, na którym to portrecie nikogo z nich nie ma. Też ciekawe.
Jest też sporo portretów zupełnie klasycznych, o co można mieć niejakie pretensje do artysty lub kuratorów, bo na stronie internetowej http://www.briangriffin.co.uk portretów konceptualnych jest jakby więcej, tylko być może mniej znane nazwiska są na nich sportretowane. W każdym razie moim zdaniem nie są to wszystkie najlepsze zdjęcia tego fotografa.

fot. Brian Griffin, okładka płyty Depeche Mode

Można mieć zastrzeżenia także do niejakiej skromności tej ekspozycji. ŁTF nigdy nie słynął z hucznych i spektakularnych wystaw, ale przy okazji Briana Griffina, fotografa gwiazd, bardziej bombastyczna oprawa byłaby zupełnie uzasadniona- liczyłbym przede wszystkim na znacznie większe formaty zdjęć- ich skromny rozmiar sprzyja skupieniu oglądania, ale zmniejsza efekt rozgłosu, a też i chęć przypadkowych przechodniów z Piotrkowskiej do jej zobaczenia. A być może widząc w witrynie ŁTF-u jakąś znaną twarz muzyka w formacie 150 x 200 chętniej wpadliby obejrzeć.

Na wystawie jest co najmniej kilka wspaniałych zdjęć. Jedno z nich jest dla mnie po prostu kultowe- to portret Bryana May'a z Queenów. Czuję do niej niewytłumaczalny pociąg, być może spowodowany sentymentem do czasów mło... tfu!, do wcześniejszej części młodości, kiedy to słuchało się „I want it all”, „Under Pressure” i „Innuendo”. Może też widziałem to zdjęcie wcześniej na okładkach, albo w gazetach. Krótko można opisać to zdjęcie- to jest cały Brian May, pomimo tego że nie widać tu ani kawałka jego twarzy- facet z zespołu zapełniającego stutysięczne stadiony, który jeździł starym Volvem kombi. To zdjęcie kradnie jego duszę i fizys jednocześnie.






piątek, 10 listopada 2017

Volvox. Kosmos w ciapki.




Zdaje się jakoby fotografia analogowa nie oferowała już w dzisiejszych czasach szczególnych atrakcji, oprócz chęci wyróżnienia się, hipsterskiego szpanowania, lub też prywatnego powrotu do przeszłości. Każda z tych motywacji jest niszowa, nawet pomimo tego, że hipsteria rozlewa się na wszystkie dziedziny życia szeroką falą, (nawet jeśli nie uprawiają jej hipsterzy).

To z dobrobytu.

Ego! Ego! Ego!

Zajęcia i pretensje do świata osiągają różne szczyty rafinacji, wcześniej niespotykane. Ludzie na przykład mają dość turystów i chcą zabronić uprawiania turystyki w swoim mieście- w Barcelonie są tacy. Turyści im są po prostu niepotrzebni- tylko przeszkadzają, włóczą się, zdjęcia robią, achy i ochy wydają z siebie na każdym kroku. No nie do zniesienia to jest. Barcelonę trzeba zamknąć.

To z dobrobytu i braku wojen to wszystko.

Na takich trza ino Małotsetunga, panie! Ino Małotsetunga! (cytat).

U nas jeszcze nie dochodzi do tego stopnia rafinacji, ale powoli społeczna rafineria sublimuje kolejne frakcje. Nie zanosi się na to że będzie lepiej. Gorzej będzie. Znaczy będzie gorzej, dlatego że będzie lepiej. Ale czy na pewno?
Na pewno.

Dobra, złaźmy z tego wysokiego konia. Podajcie mi moje ego!

Z dnia na dzień żeby wzrok przywykł
Uczę moje dni zmiany perspektywy
Bo wciąż wąsko widzą, mimo tylu przynęt
A tak trudno zwiększyć im horyzont choćby o centymetr
Z dnia na dzień żeby wzrok przywykł
Uczę moje dni zmiany perspektywy
I każdemu z nich co tak pilnie oka strzeże
Mówię: patrz trochę szerzej, patrz trochę szerzej.

Nie jest tak źle! A nawet jest nieźle.Ruszyła maszyna po szynach! Znowu odzyskaliśmy widzenie! Obiektyw Sigma 14/3,5, nieznany nikomu prawie oprócz Fotodinozy, udało się uratować! Kilka wpisów temu relacjonowałem tragedię Zgniecenia Obiektywu Przez Ryanair- LINK, kiedy wydawało się że rozczłonkowany instrument trzeba będzie spisać na straty. Otóż wręcz przeciwnie-odzyskał on świetność po naprawie i to taką świetność, jakiej nie miał przedtem.
Po prawdzie- w ogóle nie trzeba było go naprawiać- wystarczyło go po prostu skręcić! Rozkręcił się, biedaczek, zdarza się to w najlepszej rodzinie. Trzeba było też podłączyć naderwaną taśmę wielościeżkową do miejsca mocowania.
Nie dość, że wrócił do żywych, to wreszcie sprawnie działa autofokus! To znaczy stan adekwatny do wieku- jak piszą sprzedawcy young i oldtimerów. Działa wolno, ale działa bez przerw w dostawie.
Wielka radość w domu Gucia!
Na inaugurację drugiego życia 14-tki postanowiłem trzepnąć trochę zdjęć, w miarę możliwości prowokujących.


Fotografia analogowa jak się napisało- nie wydaje się oferować dzisiaj wielkich atrakcji oprócz sentymentu. Ale pod jednym względem nie jest ona czczą igraszką- nadal świetnie uczy cierpliwości , przewidywalności i oczekiwania nieoczekiwanego.