wyświetlenia:

poniedziałek, 12 sierpnia 2019

Koń jaki jest i Muybridge

Kobieta schodząca po schodach. Fot. Eadweard Muybridge (kolaż ze zdjęć).


Koń jaki jest, każdy widzi.
   (ks. Benedykt Chmielowski, 1745 r)
Niby widzi, ale jak się okazuje - nie bardzo. 
Dość dawno się zaprzyjaźniliśmy z koniem. Nie dość że 3,5 tysiąca lat temu to było, to jeszcze przed naszą erą. Koń był nam wszystkim - siłą pociągową, pojazdem do przemieszczania się, wyścigówką, zwierzem domowym, obiektem statusu, a czasem nawet i przyjacielem, jak się ktoś bliżej zaprzyjaźnił. Jednakoż do XIX wieku, mimo kilku tysięcy lat obcowania z bydlęciem, żaden malarz sztalugowy nie mógł być pewien, czy dobrze maluje konia w pełnym biegu. Sęk w tym, że nogi konia są szybkie, szybsze niż ludzkie oko. Najszybsze konie zasuwają 60km/h i dostrzec właściwy ruch kopyt nie sposób. Szeregowi jeźdźcy konni nie byli tym tematem przez ostatnie pięć tysięcy lat zainteresowani, ale im bardziej malarstwo robiło się realistyczne, im bardziej nauka czyniła postępy, tym bardziej ta kwestia stawała się istotna. Przede wszystkim- czy koń w cwale odrywa wszystkie kopyta od ziemi? Wy już oczywiście to wiecie, bo widzieliście dziesiątki fotografii biegnących zwierząt, niemniej pod koniec XIX wieku nikt ich jeszcze nie widział.


Ciekawe czy ten koń ma anatomiczne ułożenie kopyt... Władysław Podkowiński "Szał uniesień" 1894

Plotka głosi, że Leland Stanford, były gubernator Kaliforni, prezes Central Pacific Railroad, biznesmen i właściciel wielkiej stadniny koni (a później założyciel Uniwersytetu Stanforda) założył się ze znajomym Frederickiem McCrellishem o 25 tysięcy dolarów, że koń w galopie odrywa cztery nogi od ziemi. Być może to tylko malownicze przekłamanie, ale jak ubarwia narrację! 
Jak sprawdzić ów koński fakt? Może zrobić koniowi zdjęcia. Kogo by tu zatrudnić do tego? Może najbardziej wziętego ówcześnie fotografa ameryki - Eadwearda Muybridge'a.

Zarówno Stanford jak i Muybridge byli bardzo malowniczymi postaciami. Ten pierwszy dorobił się majątku wartego w dzisiejszych pieniądzach 1.506.000.000 dolarów oraz określenia stosowanego wobec siebie  przez przeciwników - "baron-rabuś" (robber-baron). Zarządzając przedsiębiorstwami kolejowymi i handlowymi, działając w polityce i stosując wszelkie swoje wpływy by kosić i wykupywać konkurencję, działał przy tym społecznie i był inicjatorem np. spółdzielni pracowniczych w USA. 

Notabene w 1975 roku studenci Uniwersytetu Stanforda zagłosowali za tym, by swoje drużyny sportowe nazwać ksywką "robber-barons", ale władze uczelni sprzeciwiły się temu, jako brakowi szacunku dla założyciela.

Muybridge natomiast... O, dużo by opowiadać. Urodził się w Kingston uppon Thames w Anglii w rodzinie kupieckiej, jako Edward Muggeridge. Nazwisko modyfikował kilka razy w życiu, twierdząc, że pisownia Eadweard Muybridge jest najbardziej zbliżona do staroangielskiego.  Jego dziadek wyuczył go papiernictwa, a w rezultacie młody Edward został pomocnikiem wydawcy i księgarzem w Londynie. W wieku 20 lat wyjechał jednak do Stanów Zjednoczonych, by pracować jako przedstawiciel londyńskiego wydawnictwa i księgarz. Trafił do Kaliforni, od niedawna kolejnego stanu USA. Trwała tam właśnie gorączka złota, a w biznesie kipiało jak w garnku bigosu. 


Samo San Francisco miało ówcześnie 40 księgarni. Muybridge prowadził swój interes z sukcesem. W 1860 roku wyruszył w podróż do Anglii, w celu poszukiwania cennych pozycji antykwarycznych, mając zamiar sprzedawać je w USA. Udał się w tym celu dyliżansem do St.Louis z zamysłem dostania się koleją do Nowego Jorku. Niestety nie dotarł do celu. W środkowym Teksasie konie gwałtownie poniosły pojazd powodując katastrofę - jeden z podróżnych zginął na miejscu, a Muybrigde wypadł z powozu i uderzył głową w kamień. Zabrano go do szpitala znajdującego się 240 mil dalej, w Fort Smith i dopiero stamtąd księgarz miał jakiekolwiek późniejsze wspomnienia po swoim wypadku. Leczył się tam trzy miesiące, cierpiąc na zanik powonienia i smaku, oraz dezorientację i brak skupienia. Leczenie kontynuował jeszcze przez rok w Nowym Jorku. 
Dzisiejsze analizy medyczne twierdzą, że wypadek mógł mieć spory wpływ na charakter i zachowanie Muybridge'a, u którego zauważano później czasami niezrównoważone zachowania. Mógł mieć także wpływ na wyzwolenie kreatywności, z której wcześniej nie był znany.
Księgarz wracał do zdrowia w rodzinnej Anglii, gdzie, według jego własnych słów, lekarz zalecił mu zmianę zainteresowań na świeży wynalazek - fotografię.

środa, 7 sierpnia 2019

Sigma autofokus i auto-da-fé



Ogłoszenie parafialne:
Na SNG Kultura ukazał się mój ranking 12 książek ostatnio przeczytanych: kliknij LINK
Na mojej Motodinozie ukazał się test pewnej Lancii, zasłużonej dla polskich przemian ustrojowych: kliknij LINK

****************************************

No i co? Myślicie że wszystkie artykuły na Fotodinozie to będą wpisy epokowe? Nie ma tak dobrze. Tym razem będzie wpis o głupotach. Rzeczach kompletnie nieinteresujących i bez sensu. O kolekcji własnych obiektywów.
Jestem kolekcjonerem. Wielu już było kolekcjonerów. Niektórzy zbierają na przykład odkurzacze. Niektórzy kolekcjonują stare lustrzanki Kodaka - natknąłem się na takich w trakcie pisania artykułu o pierwszych cyfrowych lustrzankach.
- Co robisz chłopczyku?
- Zbieram psie kupki.
- To bardzo ładnie, ale tu jedną zostawiłeś.
- Taką już mam.
              (Marek Raczkowski)
Ja też sześć lat temu zacząłem pisać bloga i zbierać psie kupki... tfu, zbierać stare obiektywy Sigma. No, nie myślcie sobie, że to były jakieś manualne rarytasy błyszczące mosiądzem i szlifowanym ręcznie szkłem, jak obiektywy pana Petzvala z Wiednia. Powiedziałbym że wręcz przeciwnie, zupełnie przeciwstawnie i całkiem odwrotnie. To były rzeczywiście takie fotograficzne psie kupki, których nie chciał nikt. Kryteria były następujące - żeby było maksymalnie tanio, żeby obiektywy miały jakiś drobny nimb profesjonalizmu, no i musiały być autofokus. Ja bez autofokusa nie fokusuję.
Rzecz całą oczywiście ułatwiały to kolekcjonowanie wojny między Canonem a Sigmą, które spowodowały, że stare Sigmy autofokus nagle w końcu lat 90-tych i początkach 2000-ch przestały działać z lustrzankami Canona. Niektórym się wydawało, że zupełnie i bezpowrotnie. Ja jednak zgłębiłem temat i wyszło, że działają, choć tylko troszeczkę. Jak wiadomo tym się różni wróbelek, że ma jedną nóżkę troszeczkę. Działają troszeczkę - wyłącznie na otwartej przesłonie. 
Nie wszyscy przyjęli to do wiadomości, niektórzy stwierdzili, że ich stare obiektywy Sigma są zupełnie do wyrzucenia i nic nie warte. Ja natomiast postanowiłem oprzeć się na tym fakcie i kupować takie obiektywy, które będę mógł użytkować właśnie bez przymykania przesłony, i które dadzą mi przy tym jakąkolwiek atrakcję. To był całkiem dobry plan. 
Zwłaszcza, że po czasie okazało się, że są ludzie, którzy pracują nad tym, żeby stare Sigmy znów uruchomić z Canonami - na przykład pan Jiři Otisk spod czeskiej Ostrawy - pisało się o nim TUTAJ. Ale to się okazało dopiero później. 
Na samym wstępie kupiłem sobie, za bodaj 350 zł obiektyw 28/1,8 High Speed Wide, który ładnie uzupełnił mi zestaw Canonów i pozwolił porobić kilka zdjęć z prześlicznie rozmytym tłem, choć nie zawsze z trafioną ostrością (na ogół co trzeci raz). Potem już poszło. Najtańszą z moich Sigm kupiłem za 90 złotych i był to wyjątkowy rarytas (w moim mniemaniu, oczywiście), tj. bardzo rzadko spotykana superszerokokątna 21-35/ 3,5-4,2, najdroższą, kolejny rarytas, ale tym razem już rzeczywisty - Sigma 400mm f/5,6 AF superteleobiektyw za 450 złotych. Większość pozostałych nie przekroczyła kwoty 200 złotych. Ponieważ zakupy były rozłożone w czasie, za cenę jednego, najtańszego profesjonalnego zooma miałem na raty całą kolekcję obiektywów udających prawie profesjonalne, tyle tylko że nie umiejących przymknąć przesłony. Czy to było sensowne? Pewnie nie bardzo. No ale kolekcjonizm to kolekcjonizm. Zwłaszcza, że po odkryciu możliwości rechipowania tychże obiektywów sensowność raptownie wzrosła.
Mym przewodnikiem po świecie starych Sigm był nie internet, w którym sześć lat temu o starych Sigmach było mało - były to sprzęty z końcówki czasów analogowych i ery przedinternetowej których historia i użytkownicy nie poważali za bardzo - nie internet, ale przede wszystkim katalog obiektywów Sigma rocznik 1993.
Katalog nieco żałośnie śmieszny - co prawda wydany profesjonalnie, z opisami przypominającymi późniejsze sigmowskie katalogi, ale ze zdjęciami wprost amatorskimi na maksa, o lata świetlne do tyłu w porównaniu z dzisiejszymi folderami, pełnymi spektakularnych zdjęć autorstwa różnych "ambasadorów marki Sigma" (między innymi przez kilka lat świetnymi zdjęciami podróżniczymi Jacka Bonieckiego).
Postanowiłem zbierać Sigmy według tego żałosnego katalogu.
Kolekcja jest nadal niepełna, ale nie wiem czy kiedykolwiek będzie pełna, zatem postanowiłem dokonać krótkiego podsumowania.
Czy te obiektywy mają zalety? Sporo.
Czy te obiektywy mają wady? Dużo.

Sigma AF 14mm f/3,5


To nawet nie super, ale wręcz hiperszeroki kąt na pełną klatkę. Po raz pierwszy w życiu mogłem sfotografować całe wnętrze sławojki stojąc w drzwiach, oraz wnętrze bagażnika Lancii Kappa od środka - LINK i to bez wysiłku. Za tę możliwość wybaczam owej Sigmie wszystkie wady. Jest ich dość dużo - wyraźnie widoczne wady chromatyczne (kolorowe obwódki wokół kontrastowych linii), im bliżej brzegu tym gorzej, dramatyczne blikowanie pod słońce i utratę kontrastu - podczas fotografowania muszę pomagać sobie lewą ręką, która rzuca cień na przednią soczewkę, wtedy jakoś idzie.


Sigma AF 14mm f/3,5 na pełnym otworze i pełnej klatce Canona 5D

 We wnętrzach silniejsze żarówki również powodują lśniące "halo" i rozbłyski. Czyli ogólnie - rewelacja skrzyżowana z dramatem. W obiektywie zmieniłem chip, ale nie najgorzej się go używało i na pełnej przesłonie - trzeba się tylko wtedy pogodzić z dużo słabszą ostrością na krawędziach zdjęcia.
A, no i wygląda jak psia kupka, bo lakier zlazł z niego już dwadzieścia lat temu. 
A, no i autofokus jest raczej z tych najwolniejszych.

Jak jest fajny? Jak Ferrari Daytona. Niezbyt łatwy w prowadzeniu, ale satysfakcja gwarantowana.

piątek, 26 lipca 2019

Pan Gęsty, Pan Nieznany i Sufrażystki.



A może wojny nie były takie złe? 
Zwłaszcza Pierwsza Światowa.

I Wojna pozostaje u nas poza głównym nurtem zainteresowania. Była, ale jakby nie u nas. Zupełnie słusznie, bo Polski wtedy nie było na mapach, jedynie Królestwo Polskie, Carstwo Polskoje, Priwislinskij Kraj, przyklejony do Rosji. Polska prawdziwa i jej odrodzenie były tylko w marzeniach przedwojennych pokoleń. A ponieważ I Wojna Światowa, konflikt mocarstw, pozwoliła wreszcie spełnić te marzenia, została niejako przykryta dążeniami niepodległościowymi i odzyskaniem Rzeczypospolitej. Z innej strony biorąc, z nadchodzącą I Wojną wiązano u nas znaczne NADZIEJE a nie obawy. Konflikt umożliwił odtworzenie w różnych postaciach polskich sił zbrojnych, choćby Legionów Piłsudskiego, czy Armii Hallera. Nastąpiły też liczne odpusty i koncesje polityczne na rzecz Polaków - każdy z krajów zaborczych chciał nas jakoś podkupić, choćby na pokaz.

Pierwsza Wojna, burzliwa na naszych terenach, choć spowodowała wykoszenie 14% ludności Polski i zniszczenie 30% majątku (bo wszystkie armie, zwłaszcza rosyjska, stosowały metodę spalonej ziemi) skończyła się dla nas szczęśliwie - mogliśmy po prostu poczuć się zwycięzcami. Wyniszczonymi, zbiedniałymi, ale zwycięzcami.

Dlatego do dzisiaj nie powstało u nas żadne "Muzeum I Wojny Światowej". Na razie jest tylko pomysł jego budowy w Krakowie.

Na Zachodzie widziano to zupełnie inaczej. Należy tu powiedzieć, że I Wojna po zachodniej stronie Europy była ZNACZNIE większą traumą niż Druga. Oczywiście nie dla Żydów, którzy po nastaniu hitleryzmu najpierw musieli emigrować, a potem byli wywożeni do obozów koncentracyjnych. Sęk w tym, że owe obozy akurat Niemcy postanowili budować tylko w Europie Wschodniej. 
U nas zatem obydwie wojny mają niemal przeciwny status niż np we Francji, Austrii czy Belgii, a nawet w Wielkiej Brytanii. 

Potwierdzają to suche liczby statystyk - w I Wojnie zginęło 3,2 miliona brytyjskich obywateli (wliczając kolonie), w II Wojnie - 450 tysięcy. Francja: w I Wojnie - 6,16 miliona zabitych, w II Wojnie - 600 tysięcy (również doliczając kraje kolonialne). Widać różnicę, prawda?

Tam, na Zachodzie przez kilka lat z kolei, dziesiątki, setki tysięcy młodych facetów ginęły masowo w okopach wojny pozycyjnej, każda rodzina wysłała do tych okopów jakiegoś syna, brata, czy krewnego. Tam Wojna Imperialna była wojną osobistą i dotykającą, okupioną wielkimi, niepotrzebnymi stratami i nie przynoszącą oczekiwanych rezultatów. Rozczarowaniem po prostu. 


Francuski 87 Regiment w okopach pod Verdun, 1916. Autor nieznany.


Nie wszyscy mogli brać udział w Wielkiej Wojnie bezpośrednio, ale wspomagali wysiłek wojenny swojego kraju, zachęcani rządową propagandą. Robili zdjęcia na przykład.

Horace Nicholls, miał w 1914 roku pod pięćdziesiątkę, nie kwalifikował się zatem na front. Wychował się w rodzinie fotograficznej, nauczył się robić zdjęcia od ojca. Pracował w młodości na wyspie Wight i w Yorkshire, potem wyjechał do brytyjskich kolonii - do Południowej Afryki, gdzie został dziennikarzem prasowym w Johanesburgu. Przesyłał stamtąd zdjęcia z Drugiej Wojny Burskiej do czasopisma w Anglii i nabierał doświadczenia. Wkrótce wrócił do macierzy i jako wolny strzelec zajął się fotografią kotletowo - towarzyską i współpracą z The Ilustrated London News, i The Tatler ("an ilustrated journal of society and the drama" istniejącym od 1903 roku do dziś). Fotografował damy i gentelmanów z towarzystwa, rauty dobroczynne, wyścigi konne w Goodwood, relacjonował plotki i spotkania. Pod tym względem Horace Nicholls był jednym z pionierów fotograficznej freelancerki, jednym z pierwszych fotografów, którzy utrzymywali się z tego rodzaju pracy


Lunch na Derby. Fot. Horace Nichols

Derby, stadion główny, 1909. Fot. Horace Nicholls.


W drodze na Derby. Fot. Horace Nicholls


Był fotografem, który zilustrował  książkę pierwszej brytyjskiej automobilistki wyścigowej - Dorothy Lewitt, wydaną w 1909 roku pod tytułem "The woman and the car" i będącą poradnikiem motoryzacyjnym dla kobiet. (jest to, doprawdy, niezły temat na osobny wpis, ale na wpis raczej dla automobilownia.pl)


Dorothy Lewitt demonstruje jak zalać gaźnik. Fot. Horace Nicholls.

Gdy wybuchła I wojna miał 47 lat. Na front poszedł jego syn, a Nicholls prowadził nadal działalność wolnego strzelca gazetowego, zajmując się jednak, z racji czasów, poważniejszymi tematami reporterskimi. W 1917 roku nadeszła wieść o śmierci syna fotografa, być może w bitwach pod Arras i Verdun, bo Brytyjczycy ponosili tam gigantyczne straty. W tym samym czasie Horace W. Nicholls dostał angaż od nowopowstałego Ministerstwa Informacji na oficjalnego fotografa Home Front (zaplecza wojennego). Takich rządowo - wojennych fotografów zaangażowano szesnastu, między innymi George P. Lewisa (a także kobiety Christinę Broom i Olive Edis, może kiedyś napisze się o tych paniach wpis).

Nicholls rzucił się do robót fotograficznych, obrazujących wysiłek wojenny na tyłach. Ministerstwo informacji angażowało wszelkie środki, żeby pobudzić w społeczeństwie maksymalne zaangażowanie, zobrazować dobitniej sens wojny przeciw Niemcom i zwiększyć pobór do wojska. 


Pracownica  ładuje worki na South Metropolitan Gas Works Old Kent Road w Londynie, Fot. Horace Nicholls



I wojna przeorała brytyjskie społeczeństwo, nieco może delikatniej, niż II Wojna w Środkowej i Wschodniej Europie, ale jednak wyraźnie. Wszyscy młodzi mężczyźni zostali wzięci w kamasze i poszli walczyć i ginąć masowo na Kontynencie, szybko zabrakło rąk do pracy w fabrykach broni, w przemyśle i wszelkich dziedzinach gospodarki. 

piątek, 19 lipca 2019

Pierwsza prawdziwa cyfrowa lustrzanka.



Wiecie jak stare są najstarsze aparaty cyfrowe? Strasznie stare.

Są miejsca i są chwile
W których duch historii żyje
Widzę przeszłość i siebie,
Kiedy czasami mijam je
Te wszystkie miejsca zapomniane przez czas
Ale nie ma ich, kiedy nie ma nas.
Te wszystkie miejsca zapomniane przez czas
Jeszcze raz powtarzam, nie ma ich, kiedy nie ma nas.
(...)
Najpierw kasety prawie jak oryginalne, elegancko poprzegrywane,
Prosto z Ameryki, bo nikt nie wiedział co jest grane,
Ruscy i ich wszystkie tanie wynalazki,
Żaden, co do jednego, nie był warty żadnej kaski,
Kartridże od pegasusa niekoniecznie z USA

Prędzej Chiny czy Rosja. Pierwsza wypożyczalnia.
                Junior Stress "Pani Irenko"
          (poezja to to, co przepada w tłumaczeniu)

Kiedy na Stadionie Dziesięciolecia trwał w najlepsze handel pirackimi kasetami magnetofonowymi i filmami wideo ściąganymi z dalszego i bliższego Wschodu, kiedy nikt w Polsce nie marzył nawet o posiadaniu telefonu komórkowego (bo sieć Centertel miała powstać dopiero kilka lat później), kiedy na targowiskach królowały blaszane szczęki i łóżka polowe, z których sprzedawano kiełbasę, proszki do prania, tureckie swetry i spodnie Piramidy, kiedy trwał okrągły stół, a Mazowiecki pokazywał victorię w Sejmie - w tym samym czasie po drugiej stronie oceanu inżynierowie wymyślali coraz nowsze i bardziej zaawansowane aparaty cyfrowe.


Tak. Trzydzieści pięć lat temu produkowano i sprzedawano zaawansowane aparaty cyfrowe.


Co prawda z początku sprzedawano je za bajońskie kwoty i tylko rządowi, albo US Army, ale jednak. Już w 1989 roku powstały jednak pierwsze aparaty komercyjne dla każdego. Dla każdego, kto miał wagon pieniędzy do wydania.

Wszystko zaczęło się od inżyniera Kodaka, pana Stevena Sassona (nie mylić ze znanym designerem Hasselbladtów Sixtenem Sasonem). Był on twórcą pierwszego aparatu cyfrowego, o rozdzielczości 0,01 megapixela, zapisującego czarno-białe zdjęcia na taśmie magnetofonowej. Wyświetlanie odbywało się na ekranie telewizora. Teraz powiem Wam rok w którym się to odbyło, a Wy nie uwierzycie: 1975.


Pierwszy na świecie aparat cyfrowy.

Eksperymenty były prowadzone dalej, przez całe lata 80-te, żeby uzyskać coś bardziej mobilnego i dającego lepsze zdjęcia. 
Świętej pamięci zdechły Kodak miał tu, doprawdy, duże zasługi (Co prawda zmarły nadal trochę żyje).
Powstawały w międzyczasie na świecie prototypy aparatów na bazie techniki wideo, zapisujące sygnał na taśmie magnetycznej w sposób analogowy, ich jakość była jednak znacząco słabsza niż aparatów na film. Gra szła o stworzenie cyfrowej matrycy i aparatu z cyfrowym zapisem, zdolnego dorównać klasycznym.

Jestem zaszczycony, że mailowałem właśnie z projektantem pierwszej lustrzanki cyfrowej świata - James'em McGarvey'em, dzięki któremu zamieszczam tu wszystkie unikalne fotografie. Pochodzą z jego strony internetowej: http://eocamera.jemcgarvey.com .

Electro Optical Camera (1987)


Fot. James McGarvey,http://eocamera.jemcgarvey.com
W 1986 roku Kodak stworzył pierwszą matrycę typu CCD o wielkości 1 Megapiksela. Na razie był to sam tylko rejestrator obrazu. Niedługo później rząd USA zwrócił się do Kodaka z zamówieniem na stworzenie przenośnego aparatu cyfrowego, wyposażonego w ten monochromatyczny (czarno-biały) rejestrator. Stworzono niewielki zespół pracowników w Wydziale Systemów Federalnych Kodaka, który zajął się tym zadaniem - Jim McGarvey był głównym inżynierem projektu.

Wkrótce zbudowano prototyp pierwszej lustrzanki, którą można było wynieść z domu i strzelać zdjęcia, choć ciężko było włożyć ją do kieszeni. No chyba że jesteście kangurem. I to kangurem olbrzymim (Macropus giganteus). 

Aparat, kierując się popularnością marki, oparto na Canonie F-1N , super solidnej profesjonalnej lustrzance manualnej. Do korpusu zamiast seryjnej wymiennej tylnej ścianki dobudowano (całkiem niewielki i płaski) moduł z matrycą. Oprócz niej zawierał także małą termoelektryczną chłodziarkę, mającą za zadanie nie dopuścić do przegrzania matrycy i obniżyć szumy obrazu (które wzrastają w każdym aparacie wraz ze wzrostem temperatury). Żeby określić moment otwarcie migawki aparatu, i zsynchronizować z nią moment rejestracji zdjęcia użyto bardzo prostego sposobu - dodatkowy kabel monitorował pobór prądu z aparatowej baterii i na tej podstawie określał moment otwarcia migawki.

Fot. James McGarvey,http://eocamera.jemcgarvey.com

Na korpusie nie było niemal żadnych elementów obsługi owej cyfrowej ścianki, jeśli nie liczyć trzech diod sygnalizujących status działania. Długi kabel wielościeżkowy łączył aparat z właściwym centrum dowodzenia, w postaci wielkiej czarnej skrzynki, którą należało nosić w plecaku. Zawierała 3,5 calowy komputerowy twardy dysk produkcji Intela i akumulator (ołowiowo kwasowy). Do czarnej skrzynki dodano osobną jednostkę rejestrującą w której zdjęcia były kopiowane na taśmę video 8mm przez rejestrator firmy Exabyte. 

Zrobione przez matrycę zdjęcie 1340 x 1035 pikseli trafiało najpierw do bufora pamięci mogącego pomieścić 6 zdjęć, a potem na twardy dysk mieszczący ich 60 sztuk. Stamtąd było zgrywane na rejestrator Exabyte.

Jednostka sterująca zadokowana na rejestratorze. Fot. James McGarvey,http://eocamera.jemcgarvey.com
Rejestrator był jednocześnie modułem dokującym (pierwszym na świecie dla aparatu cyfrowego) pozwalającym ładować akumulator podczas zrzucania zdjęć. 
Oczywiście owe zdjęcia można było obejrzeć dopiero "w domu" wkładając nagraną taśmę do innego komputerowego czytnika Exabyte - żadnego wyświetlacza fotek na owym sprzęcie wcale nie było. 
Nie stanowiło to przecież większego problemu, ani zgrzytu w czasach fotografii analogowej w której zdjęcia tradycyjnie oglądało się przecież dopiero po wywołaniu filmu.

piątek, 28 czerwca 2019

Ewenementy Gdyni



Czy można nie lubić Gdyni? Czy można nie lubić miasta będącego emanacją tego co najbardziej lubi się w swoim kraju? Emanacją konstruktywnego myślenia, celowego działania, dalekosiężnego planu, dość jednak rzadkiego na platformie Bałtycko - Czarnomorskiej. Ja jakoś nie mogę nie lubić. Niezależnie od tego jak wygląda i czym jest dzisiaj. Zbyt duży sentyment. 
W 1921 roku - senna wioska letniskowa, tysiąc dwustu mieszkańców. W 1934 - największy port na Bałtyku pod względem ilości przeładunku.










Ewenement 1
Ukształtowanie terenu.

"(...) najdogodniejszym miejscem do budowy portu wojennego (jak również w razie potrzeby handlowego) jest Gdynia, a właściwie nizina między Gdynią a Oksywą, położoną w odległości 16 km od Nowego Portu w Gdańsku. Miejscowość ta ma następujące zalety: osłonięta jest przez półwysep Hel nawet od tych wiatrów, od których nie jest wolny Gdańsk, głęboka woda leży blisko od brzegu, a mianowicie linia 6 metrów głębokości w odległości 400 metrów od brzegu, a linia 10 metrów głębokości w odległości od 1300 do 1500 metrów, brzegi są niskie, wzniesione na 1 do 3 metrów nad poziomem morza, jest obfitość wody słodkiej w postaci strumyka "Chylonja", bliskość stacji kolejowej Gdynia (2 km), dobry grunt na rejdzie (...)".

               inż. Tadeusz Wenda, główny projektant Gdyni 

Dla człowieka z niziny mazowieckiej, takiego jak ja, przyzwyczajonego do płaskiego, dość monotonnego krajobrazu (Opisałem rodzynki podłódzkiego krajobrazu tutaj - LINK) Gdynia jest zaskakującym miejscem. Już sam dojazd słynną autostradą Amber Gold One, która przechodzi w obwodnicę Trójmiasta jest jakimś znakiem, ponieważ pod sam koniec obwodnica ta przedziera się przez lesiste wzgórza zanim trafi do Gdyni. Żeby zobaczyć jak leży Gdynia należy wleźć w mapę Googla i włączyć ukształtowanie terenu. Zrobiłem to dla Was:





Dopiero wtedy widać jak na dłoni, że miasto leży jakby w płaskiej delcie rzeki, otoczonej wzgórzami. Nie wiem czy to prawdziwa delta rzeki Redy i Chylonki, czy tylko udawana, ale widać, że nalot poniżej wysokości radaru jest możliwy na Gdynię tylko od strony morza. Rzecz jasna twórcy Gdyni nie wiedzieli o istnieniu radaru, bo go jeszcze wtedy nie wynaleziono. Ale za to sami potrafili wynaleźć piękne otoczone wzgórzami miejsce, dogodne do rozwoju miasta.


Ewenement 2

Wypas projektowy
Rzecz jasna, że Gdynia to zagłębie modernizmu, skoro powstawała zaledwie przez kilkanaście lat w czasach największego rozkwitu moderny. Dworzec Główny, Dom Żeglarza (dzisiaj wydział Nawigacji Akademii Morskiej), Sąd Rejonowy (przy okazji można dostrzec, że współczesny budynek sądu w Łodzi został równo zerżnięty z tego obiektu)- wszystko to ma niesamowitą, elegancką stylówę, jakiś taki nimb szlachetnych proporcji. Większość tych budynków mogłaby być zaprojektowana równie dobrze dzisiaj (patrz - sąd w Łodzi) i nikt by się raczej nie zorientował. Stoi tam setka budynków w których modernizm zmieszano ze stylem klasycznym, albo z dekoracją narodową z ducha, niektóre słabe, sporo dobrych, bardzo dużo świetnych. Jedziemy sobie na przykład, jedziemy, aż tu nagle - buch! Dom Rybaka. Tak mnie ten obiekt wizualnie powalił, zmiażdżył i uwiódł, że zostawiłem samochód krzywo na zakazie i poleciałem go natychmiast fotografować.






Należy tu zauważyć, że Gdynia to nie była taka sobie inwestycja. W ogóle nie była taka sobie. Dość powiedzieć, że prawdopodobnie do tej pory w wolnej Polsce nie przebiliśmy żadną inną inwestycją kosztów budowy Gdyni. Do tego wszystkiego Gdynia była budowana jak nic przedtem, ani potem. Można zaryzykować twierdzenie, że nic takiego już nigdy się nie powtórzy. Otóż po pierwsze Gdynię zbudowano bez żadnych w ogóle analiz. Na czuja ją zbudowano. Na intuicję ministra Kwiatkowskiego i Tadeusza Wendy. Wiedząc, że dzisiejszy gazoport w Szczecinie był analizowany przez kilkanaście lat i o mało co nie poległ na analizach ekologicznych, słuchając o historii Gdyni można się za głowę złapać. Ustawa sejmowa z 1922 roku mówiła expressis verbis, że kredyty na budowę Gdyni będą wstawiane w kolejne budżety krajowe, aż do czasu jej powstania, choćby się waliło i paliło. Wydano z kasy państwowej 240 milionów przedwojennych złotówek, plus 34 miliony prywatnych inwestorów, co odpowiada mniej więcej dzisiejszym 3,8 Mld złotych (gazoport świnoujski kosztował niedawno 1,3 Mld).









Wywłaszczenia pod budowę portu prowadzono metodą mniej więcej rabunkową - tj. najpierw wywłaszczano i burzono budynki, a dopiero potem dawni właściciele mogli wystąpić do sądu o odszkodowanie.
Czy było to wszystko celowe i potrzebne? Owszem było. Przez Gdynię przechodziło tuż przed wojną 46% (wagowo) polskiego handlu zagranicznego.

poniedziałek, 17 czerwca 2019

Japonia - Raj Fotogratyczny. Wywiad z Konradem Jęckiem.

fot. Konrad Jęcek www.gunforhire.pl


Pewnego dnia dostałem od kolegi szokujące zdjęcia. To były zdjęcia gratów z Japonii. Przesłał mi je Konrad Jęcek, podróżnik, fotograf, automobilista, informatyk z zawodu, zasłużony dla licznych portali linii lotniczych. Długoletni czytelnik Fotodinozy. Zadzierzgnąłem bliższe więzy z Konradem, który wybierał się do Japonii ponownie i podjął się próby przywiezienia mi jakiegoś szacownego, luksusowego grata. Próba co prawda nie skończyła się sukcesem, ale za to specjalny wysłannik Fotodinozy na Daleki Wschód zwiedził liczne japońskie komisy fotograficzne, a i samą Japonię przewiercił na wskroś. Postanowiłem wypytać go co nieco, w miłych okolicznościach przyrody, wraz z Szanowną Współfabrykantką. Niektóre pytania z wywiadu zadała Współfabrykantka. (My oba to jedna osoba).


fot. Konrad Jęcek www.gunforhire.pl

fot. Konrad Jęcek www.gunforhire.pl


- Co cię najbardziej zdziwiło w Japonii?
- Niesamowite połączenie supernowoczesności z tradycją. Na przykład to, że się tam prawie nie używa kart kredytowych, tylko wszystko leci gotówką.
- ????
- Ale nie tak jak u nas, tylko wszystko jest zautomatyzowane. Nie tak jak u nas, że banknoty zgniatamy w portfelu i dajemy w sklepie pogniecione. Każdy Japończyk ma specjalny pugilares na banknoty, sztywny i odpowiedniej wielkości. Wszystkie banknoty tam leżą płasko i wyglądają, jakby właśnie wyszły z produkcji. Jest tam pełno automatów do przyjmowania gotówki. Jeżeli nie wydają reszty, to obok zawsze wisi automat do rozmieniania. Wrzucasz banknot i dostajesz odpowiedni bilon. Wrzucasz bilon i wypada rozmieniony. W każdym sklepie zamiast czytnika kart są automaty do wydawania reszty. Kasjerka bierze od ciebie banknot i wkłada w ten automat. W ogóle nie patrzy. Reszta wydaje się automatycznie. W niektórych sklepach odchodzisz od lady z zakupami i dopiero potem wskazują ci automat w którym płacisz samodzielnie. W ogóle tego nie kontrolują. Dość to było egzotyczne.


fot. Konrad Jęcek www.gunforhire.pl


 W ogóle obsługa klienta po japońsku, z kilkoma obowiązkowymi ukłonami w twoim kierunku, na które oczywiście powinieneś się odkłonić, była dla mnie dość krępująca z początku. Tutaj kolejka ludzi czeka, ty chcesz jak najszybciej zabrać swoje zakupy z lady, ale nie można, bo się teraz kłaniamy. Kasjerka póki nie skończy twojej obsługi nawet nie spojrzy na kolejnego klienta. Ale wszyscy oczywiście cierpliwie czekają.
Druga rzecz to czystość. Nieskazitelna. W niektórych miejscach jest tam po prostu niewiarygodnie czysto, zwłaszcza w miejscach publicznych. Sam widziałem, jak facet w publicznym kibelku na kolanach czyścił szmatką jakąś nieistniejącą plamkę.
Kolejna sprawa, to różne niezwykle praktyczne funkcjonalne pomysły jakie się spotyka w Japonii. Na przykład taka spłuczka wc. Jest sobie spłuczka, ale nie napełnia się, tak jak u nas, w sposób sekretny rurką do środka, tylko napełnia się górą. Bo na górze spłuczki jest mała umywaleczka, w której możesz sobie ręce umyć, tą samą wodą, która za chwilę będzie już użyta do następnych wiadomych celów.
- W sumie genialne.
- Banalne! Banalnie genialne!

fot. Konrad Jęcek www.gunforhire.pl


- To teraz poprosimy o komisach, o komisach! Czy ty już wcześniej wiedziałeś, że coś takiego tam istnieje?

- Nie, to w ogóle przypadek. Kolega był napalony, żeby kupić sobie tanio jakiś aparat kompaktowy z dużym zoomem. Sony Rx, czy coś w podobie, jest tego mnóstwo modeli. Nie chce mu się targać jakiegoś wielkiego sprzętu w plecaku, więc postanowiliśmy, że poszukamy. Zaczęliśmy chodzić, oglądać ceny.
Co chwila odkrywaliśmy coraz większe złomowiska różnych dziwnych rzeczy. Leżały tam na przykład w wielkiej kupie aparaty, które kiedyś były dla nas czymś niewyobrażalnie nieosiągalnym.
- Tak zwane marzenie bizmesmena.
- Marzenie. Tak. Po prostu leżały tam wrzucone do jakiejś sterty czy koszyka.
- Powstaje pytanie - czy to były dobre, sprawne aparaty?


fot. Konrad Jęcek www.gunforhire.pl

fot. Konrad Jęcek www.gunforhire.pl

- No, tego nie wiadomo. Pewnie były uszkodzone. Podejrzewam, że w tej cenie to można by dziesięć takich kupić i coś by się z tego zmontowało. Co tam się zresztą mogło popsuć? To nie były jakieś super skomplikowane aparaty w typie Canona EOS 1, jakiego dla Ciebie w Japonii szukałem. W takim 50e to podejrzewam dałoby się wszystko prosto wymienić nawet bez specjalnej wiedzy.
(Fakt. Sam wymieniłem temy ręcamy niewprawnemi zamek tylnej klapy w 50e)
To był dla nas szok. Ale przyznam, że nie rozglądałem się jakoś dokładniej za cenami. Rzeczywiście zrobiłem tylko taki pierwszy risercz, wyceniłem swój własny sprzęt według tych cen. Takie ceny wydawało mi się – dość normalne. Ani żeby coś zaraz zastawić, ani żeby coś natychmiast kupić. Ale jak już drugi raz pojechaliśmy do Japonii, to już z takim silniejszym nastawieniem zakupowym i byliśmy w kilku miejscach. Zrobiliśmy rajd dość konkretny. Tych komisów jest tam po prostu bardzo dużo.


fot. Konrad Jęcek www.gunforhire.pl

piątek, 7 czerwca 2019

Fotografia w służbie obalania

Fot. Jerzy Kośnik
No i co? Dobrze wam w tej Polsce? 
Mnie dość dobrze, choć pewnie nigdy ideału nie będzie. Ale na pewno wielu jest źle. Zapewne nienajlepiej było tym, którzy wyjechali na emigrację i teraz pracują na saksach. No i teraz siłą rzeczy musi wzrastać w narodzie znajomość języka ukraińskiego.

O, ponad połowa moich ziomów wyjechała z domu

Nie po to by łapać słońce.
O, ponad połowa moich ziomów wyjechała z domu
Żeby mieć coś na koncie.
O, ponad połowa moich ziomów wyjechała z domu
Żeby nie kraść w Biedronce
O, ponad połowa moich ziomów wyjechała z domu
Żeby przywieźć pieniądze
                    Junior Stress
Ale wcześniej przez czterdzieści cztery lata siedzieliśmy tu skiszeni niby radzieckie ogórki w słoiku. Ciśnienie było takie, że wystarczyło otworzyć trzy granice i ostatni gasi światło (cytat). Może wtedy komuna trwałaby do dzisiaj, tyle że sama.
Przeczytawszy ostatnio książkę Antoniego Dudka "Reglamentowana rewolucja", o tym jak odbywał się upadek komuny oglądany przez pryzmat archiwów PZPR i źródeł służb mogłem nabrać przekonania, że trafił nam się fuks na miarę stulecia. Gdyby nie gwałtowne zdechnięcie Związku Radzieckiego, to jeszcze dłuuugo mogliśmy siedzieć pod bagnetami jaruzelskiego wojska i żadne strajki ani drukowanie bibuły by tego nie mogły zmienić. Niniejszym postuluję wystawienie na kaliningradzkiej granicy z Rosją wielkiego pomnika Gorbaczowa. Może na Mierzei Wiślanej? Z naszej strony byłyby postumenty do składania kwiatów i ofiar dziękczynnych, a od strony rosyjskiej - spluwaczki (Znów wszystko mi się z Lemem kojarzy. On już wymyślił takie pomniki na Encji w "Wizji Lokalnej").

Popełniono sporo błędów i wypaczeń podczas zmiany ustroju, nie doproszono w ogóle bardziej wojującej części opozycji do rozmów oddając ster tylko jednej frakcji, nie dociśnięto zdychającej komuny, wtedy kiedy było wiadomo że zdycha i że naród ją w wyborach wykreślił do fundamentów - wielu ma to działanie za zdradę. No, co tu dużo mówić - zmieniono na korzyść PZPR ordynację wyborczą w trakcie wyborów. Nie postawiono tamy uwłaszczaniu się  dawnej władzy na społecznym i państwowym mieniu. To akurat wydaje mi się dziś  absolutnie nie do zrealizowania, wobec braku realnej władzy i siły zdolnej jej się przeciwstawić - a owa kradzież w biały dzień trwała o wiele dłużej niż wielu sądzi, bo jeszcze sprzed ustawy Wilczka w 1988 roku.

Nie zapobieżono dewastacji archiwów partyjnych i kartotek tajnych służb. Symbolem zmian ustroju może zostać zatem równie dobrze ręka wzniesiona w symbol Victorii, jak i papiernia w Konstancinie - Jeziornie, w której na papier toaletowy poszły cztery tony komunistycznych archiwów.

Zgodzono się, wbrew woli społeczeństwa, na kompletnie udawaną zmianę w służbach specjalnych, polegającą głównie na zmianie szyldów, co powoduje, że do dzisiaj mamy tam polukrowany PRL a nawet ludzi z krwią na rękach. W przeciwieństwie do Czechosłowacji i Węgier nie zrobiono też żadnej dekomunizacji we właściwym czasie, dlatego patrząc na dzisiejsze wybory jakoś dziwnie w oczach mieszają się ustroje. Czy to nie przypadkiem szanowny towarzysz pierwszy sekretarz w ostatnich wyborach, czy mnie wzrok myli?


Książka Dudka daje jednak niezły obraz pożaru w burdelu jaki ogarnął PZPR. W niej, dla odmiany, wszystkie frakcje jednocześnie krzyczały dziesięcioma głosami i ciągnęły w panice sukno do siebie, władza Jaruzelskiego topniała jak śnieg w maju, na tyle, że już wybrany jako prezydent nawet nie piuknął w obronie swoich ludzi, siedział cicho i udawał że go nie ma. PZPR kierująca wojskiem i służbami specjalnymi coraz mniej nimi kierowała, krok po kroku oddając pole samowoli. 

Mimo tych zgrzytów i zafałszowań jest ewidentnie poważny plus tej reglamentowanej rewolucji - obyło się bez mordobicia. Ale skoro nie było mordobicia, to też zmiana była nie-taka-jak-by-wielu-chciało. Boż to nie była rewolucja prawdziwa jak ta z 1917., tylko "dogadanie się", jak słusznie zauważył niedawno towarzysz Czarzasty.