środa, 20 czerwca 2018

Unplugged


Hej, gdzież wierzby płaczące? Gdzież oczerety? Gdzież skiby czarnoziemu! Natura prosta, czysta i nieskalana? Przaśność kusząca?
W skansenie, oczywiście. Dawno już w skansenie.
No to siup do tego skansena. Najlepiej jakiegoś starego. Może do najstarszego w Polsce?
Może.

Zorganizowanie skansenu to była rzecz mentalnie złożona. Pierwsi byli Szwedzi w Sztokholmie, gdzie niejaki Artur Hazelius, z zawodu ortograf (jest taki zawód?), zainteresowany etnografią postanowił na  pobliskiej wyspie gromadzić zabytki dokumentujące szwedzką wieś. Zauważył, że tradycje zaczynają zanikać, a rewolucja przemysłowa pożera, oprócz różnych innych rzeczy, także rolniczy tryb życia. Zebrał licznych wspierających, a dołożył się szwedzki król. W 1891 roku to było. Skansen stoi do dzisiaj i ma się dobrze.
Na Kaszubach było trochę bardziej złożenie i skomplikowanie.




W czasach licealnych zostałem wysłany na kurs językowy za granicę. Napotkać tam można było różnych zagranicznych, między innymi Carlosa z Hiszpanii. On sam co prawda twierdził zupełnie inaczej:
I'm not Spanish, I'm CATALONIAN! - podkreślał dobitnie, co w tej przedpotopowej i odległej epoce licealnej (istniała wtedy jeszcze nawet Czechosłowacja, oraz Litewska SSR) bardzo nas śmieszyło. Od czasu spotkania z Carlosem, mój poznany tam kumpel, Piotrek z Lemborka nie przedstawiał się nikomu nigdy inaczej niż: I'm not Polish, I'm KASZUBIAN! Regionalizmy kulturowe w Polsce były wtedy zupełnie egzotyczne. Ale przecież były.












Izydor Gulgowski urodził się właśnie na Kaszubach, miał to szczęście, że w bogatej chłopskiej rodzinie, która promowała wykształcenie. Skończył seminarium nauczycielskie w Tucholi i zaczął uczyć w szkołach powszechnych swojej okolicy. W 1898 roku trafił do zabitej dechami wioski wśród lasów - Wdzydz Kiszewskich. Psy szczekały tu ówcześnie tylną częścią ciała.
Być może Gulgowski zetknął się w czasie edukacji z książkami etnograficznymi o Kaszubach, być może sam zdał sobie sprawę z wyjątkowości swojego regionu na tle Niemieckiej macierzy (Polski oczywiście nie było wtedy na mapie), być może zadziałał na niego nieodparty urok folkloru, ale etnografia stała się jego głównym hobby. Kultura wiejska i jej materialne przejawy to było coś! Młodopolsczyzna, młodoniemczyzna, młodoszwedzczyzna ogarniała w tym czasie Europę, modernizm zapatrzony w ludowe wzorce, praca u podstaw i chłopomania skłaniały do przyglądania się wiejskim tradycjom bliżej niż do tej pory. Przy okazji rozpędzone przemiany, zapoczątkowane wynalazkiem maszyny parowej, kazały myśleć o historycznym przełomie i kazały wyczuwać schyłek dawnych epok. Kontrast pomiędzy wsią a miastem przemysłowym zaczął być pod koniec XIX wieku po prostu jakąś przepaścią. O ile jeszcze z pięćdziesiąt lat wcześniej miasto, to była na ogół taka wieś, tylko że znacznie gęściej i bardziej, o tyle w czasach Gulgowskiego miasto przemysłowe mogło kojarzyć się z czyśćcem, jeżeli nie z piekłem samym, podczas gdy wieś nadal tkwiła w sielskiej i cichej przaśności. Ludzie musieli to wyczuwać. A być może zaczęli za tym tęsknić.

sobota, 16 czerwca 2018

Na niebie muzyki kometa.


Jako niewyrobiony parweniusz nie słucham jazzu. Inne proste gatunki muzyczne – proszę uprzejmie, jakieś rapy czy reggae, coś co buja i wali rytmem po głowie, coś co łupie i basuje pierwotnym łupaniem, oczywiście. Słucha się. Zniosę nawet disco polo, majteczki w kropeczki, jej piękne czarne oczy. Ale jazzu słucham tylko z przypadku, jak go akurat zmieszają z innymi gatunkami, przeznaczonymi dla większych prostaków. Ale za to czytam Magdalenę Grzebałkowską, i to namiętnie.
Magdalena Grzebałkowska – szajning star polskiego reportażu. Patrzę na zdjęcie z tylnej strony okładki, z którego spogląda na nas reporterka, świdrując swym spojrzeniem zza oprawek okularów. Aż strach. Sądząc po jej książkach – prześwidruje na wylot, przewierci, wynicuje i skórę oprawną w ramki powiesi jako trofeum na ścianie. Dotrze do wszystkiego, albo prawie. Wypyta wszystkich o wszystko, a potem nam to opisze. Smacznie i stylowo. Obrazowo.
Grzebałkowska ma swój styl, który wbija się w umysł i zapada w pamięć. Ma ona swój czas ulubiony. Czas teraźniejszy. Wszystkie jej książki dzieją się przed oczami tu i teraz, jakby bliżej nas, inaczej niż gdyby opisywano je jako przeszłe. Nie ma tu nic z historii „dawno, dawno temu”. Emocje buzują. Krótkie, bardzo dobitne zdania, często zestawiane w kontrastowy sposób, miękko, miękko i nagle – buch obuchem w łeb! Czas teraźniejszy. Reporterka bardzo rzadko łamie swoje teksty innym czasem. O tym będzie jeszcze pod koniec.
Tym razem Magdalena Grzebałkowska wzięła na warsztat Krzysztofa Komedę Trzcińskiego. Nie miałem do Komedy żadnego prawie stosunku emocjonalnego, kołysankę do Dziecka Rosemary znałem z filmu i z radia (Czyżbym już słuchał jazzu?! No nie. W epoce pisania kołysanki Komeda był krytykowany właśnie za odejście od jazzu), nazwisko wybitnego muzyka nie było mi obce, a także inne znane nazwiska licznie (bardzo licznie) w tej książce występujące – Polański, Frykowski, Urbaniak, Ptaszyn Wróblewski, Stan Getz, Hłasko, Kostenko, Trzaskowski, Dudziak, Skolimowski, Matuszkiewicz, Grynberg. Jednak nigdy nie szalałem za muzyką z tamtych lat ani za samym  Trzcińskim. Dlaczego zatem kupiłem książkę Komeda. Osobiste życie jazzu?
Skusiło mnie to „osobiste życie” w tytule i nazwisko autorki. Liczyłem na wniknięcie w klimat czasów młodości moich Rodziców, o których to czasach opowiadali oni różne ciekawe wspominki. Bawili się bądź co bądź w tych samych lokalach co wymienieni powyżej gwiazdorzy, a niektórych znali osobiście. Klimat rozrywki na umór i na przekór w dość ponurych czasach PRL. Nie zawiodłem się ani trochę.

środa, 13 czerwca 2018

Ranking Książek Przeczytanych V (kwiecień - maj)



Idziemy na rekord czytelniczy. A co tam. Przynajmniej nie ma wyrzutów sumienia, takich gdyby szło się na przykład na rekord cukierniczy, albo alkoholiczy. Czy to wpływa pozytywnie? Czy gust się sublimuje, wiedza wzrasta, skorupka nasiąka? Eeee, to wszystko dla przyjemności przecież. Same przyjemne próbujemy czytać. Ale od czasu do czasu piasek zgrzytnie w zębach.

Skala sześciogwiazdkowa:

****** – Tusku, musisz!
***** – bardzo dobra, wysoka satysfakcja.
**** – dobra, warta przeczytania.
*** – może być, ale może też nie być.
** – słabo, jest słabo.
* – w ogóle nic ni ma.

 "Berlin miasto kamieni"  Jason Luton (komiks)****
Jest w tym coś, choć trzeba się w czytaniu rozpędzić. Z początku kreska wydaje się taka...hm... socrealistyczna, uładzona i bez wyrazu. Im głębiej w las, tym zaczynamy coraz bardziej doceniać inwencję autora. Inwencja ta poszła w psychologię i wierne oddanie uczuć bohaterów. Rzecz jest o Berlinie lat 1927-29, kiedy to miasto kipiało i bulgotało od wewnętrznych napięć - niedługo po I wojnie, ale jeszcze przed Hitlerem. Wiele wątków jest tu skłębionych i zazębionych, oglądamy dzień powszedni i problemy kilku postaci. Socjaliści i narodowcy, dziennikarze i szupo (Schutzpolizei- policja porządkowa), niedoszli artyści, robotnicy i przyszli wywrotowcy. Nie ma tu szaleństw i nagłych zwrotów, a najważniejszą intencją autora- oddanie ducha czasów, idei i utopii w jakie wierzono, choć utopię komunistyczną traktuje się tu z niewątpliwą sympatią. Dobry ten komiks, wieloaspektowy. Rzadko też zdarzają mi się komiksy, które powodują, że łza się kręci w oku. Może to tylko ja jestem zbyt sentymentalny.


"Miejsce za miejscem. Podróże małe i duże" Michał Szulim ** i pół
Główny zarzut - banalne. Autor, który jest muzykiem, założycielem  zespołu Plateau, a jego pasją - podróże po świecie, prowadzi bloga podróżniczego. Był w wielu ciekawych miejscach, jednak refleksje jakie serwuje w książce nie powalają na kolana. Mało jest tam opisanych rzeczy, o których bym wcześniej nie wiedział. Gruzja? Gościnność i nadmiar alkoholu. Maroko? Nachalni sprzedawcy, gotowi cię zamęczyć. Tajlandia? Uliczne jedzenie w pięciuset smakach. O jedzeniu jest w tej książce naprawdę dużo, są polecane miejsca jedzeniowe w Azji, Europie i Polsce. Ja jednak jakoś nie traktuję jedzenia jako celu wycieczki, i stąd książka ta nie wprawiła mnie w specjalny rezonans. Najciekawsze wydały mi się opisy Polski i Warszawy (w której autor mieszka), dosyć obszernie jest też przedstawiony Madagaskar, reszta to co najwyżej króciutkie zajawki. Niestety język autora także nie jest moim ulubionym. Określenia takie jak "bogdanka", "chmurnooka gazela", mimo że użyte ironicznie, a także cały rozdział, będący listem do ministra transportu, opiewający dominikańskie taksówki Guagua - trącą niestety kiczem i szkolnymi pamiętniczkami.


 "Fabrykantka aniołków" Camilla Läckberg ***
Może być, za wyjątkiem zakończenia, co jak wiemy trochę dyskwalifikuje kryminał. Z jednej strony intryga ciekawa, trzyma w napięciu, z drugiej strony przesadzona. Obserwacje psychologiczne nie są już tak dogłębne i rzetelne jak w debiucie Läckberg, a to za sprawą tłumu bohaterów jaki zaludnia tę książkę. Muszę sprawdzić z inych opinii co tam dobrego napisała, bo kupowanie jej kryminałów z przypadku nie jest jednak dobrym planem.


"Szkoła filmowa. Rozmowy" Kinga Burzyńska ****
Fajnie, że ludzie są tak różni. Każdy jakoś inaczej odbiera ten świat i swoje w nim miejsce. Także aktorzy. Co dała im szkoła, jak zaczynali, dokąd doszli? To wywiady odpowiadające na te pytania. Mówią między innymi Andrzej Grabowski, Piotr Adamczyk, Agata Kulesza, Borys Szyc, Maja Ostaszewska, Wojciech Malajkat, Arkadiusz Jakubik, Anna Dymna. Prowadząca rozmowy autorka pozwala im się wygadać. Dobrze się czyta.



"1945. Wojna i pokój" Magdalena Grzebałkowska ******
Niby tam się wie. Coś tam się wie. Babcia mówiła, Tata wspominał rosyjskie czołgi i rozstrzelanych Niemców. Czytało się. Ale jednak wstrząsa ta książka. Grzebałkowska nadgryza tu i tam, zahacza o festung Breslau, sieroty w domach dziecka, mieszkania w ruinach Warszawy, szykanowanych Kaszubów, statek Wilhelm Gustloff, wyjazdy na szaber, nędzę i nową nadzieję. Czas przesilenia, kiedy zło jeszcze nie odeszło, a dobro miało się nie zdarzyć. Ludzi, którzy przeżyli eksplozję świata, umarli za życia i zmartwychwstali. Toczą swą egzystencję wśród innych, podobnych sobie zombies. Ale też wśród nagle wyzwolonych, cieszących się życiem, wychyniętych zza szaf, wreszcie nie gnębionych. Brutalność, brak zasad, życie nic nie warte. Ale też bezinteresowna dobroć i przychylność obcych sobie ludzi. Mimo że książka pokazuje wyrywki - jest tam obraz tych strasznych czasów, wyrazisty i dobitny.

poniedziałek, 11 czerwca 2018

Kraj w ruinie




Wszystko zrujnowane. Czy jest jakieś inne miasto, w którym 30% ścisłego centrum jest jedną wielką ruiną? Wielki ocean ruder i resztek. No, jeszcze do niedawna podobnie wyglądał Elbląg, ale już dzisiaj nie bardzo, bo go odbudowali. Tutaj nic nie odbudowali. Są  bardzo zadowoleni ze swych ruin. A turyści są jeszcze bardziej zadowoleni. Są tak zadowoleni, że pod Coloseum na chodniku trzeba się przepychać jak na imprezie w knajpie. Autokary stoją rzędami. Mówią, że w Rzymie nie ma gdzie zaparkować. Na szczęście zupełnie się mylą. Poszliśmy pod prąd wszelkim opiniom, które mówią, że Rzymu nie wolno zwiedzać samochodem, bo się tu nie da jeździć, Boże broń. Zupełnie się mylą. Da się. mając raptem dwa razy po cztery godziny, w przerwie meczy na Foro Italico opisanych już wcześniej- LINK - postanowiliśmy nakłuć Rzym od przedmieści. Raz z tej, raz z tamtej. Udało się. Rzymskie korki to lajt i pikuś, w porównaniu z warszawskimi na przykład. Tutaj przynajmniej wszystko porusza się powoli do przodu i współdziała, żeby ruch płynął. Wszyscy się wpychają, wszyscy wszystkich wpuszczają, pomiędzy rzędami meandrują tysiące skuterów. Na trzech pasach ustawiają się cztery rzędy aut. Parkowanie i manewrowanie doprowadzono tu do prawdziwej finezji, którą wykazują wszyscy uczestnicy ruchu (za wyjątkiem turystów), również staruszki w stuletnich Fiatach Panda, oraz licealistki i licealiści w pojazdach z silnikami od kosiarki. Dla samej przyjemności uczestniczenia w tym, jakże różnym od naszej rzeczywistości spektaklu warto wypożyczyć coś jeżdżącego. Stoisz w korkach, owszem, ale za to w platanowej alei nad Tybrem. 



Tylko nie wiadomo gdzie tu nakłuć.
W tym mieście jest tyle nawarstwień i spiętrzeń...

Otwórzmy więc ich drzwi
Zajrzyjmy im do wnętrza
Gdzie tyle różnych warstw
Nawarstwia się i spiętrza.

Starzyzna. To jednak najbardziej nas pociąga. Zaczęliśmy od południowego wschodu. Jak wiadomo każdy cesarz chciał się czymś wykazać. Choćby drogą.

By rzecz ująć z detalami
Temat tak rozpocząć mogę:
Budowaliśmy z kumplami coś płaskiego.
Jakby drogę.

Z Rzymu wylatują na wszystkie strony Rzymskiego Imperium drogi imperialne. Via Flaminia, Via Cassia, Via Aurelia, via Salaria. A primus inter pares jest Via Appia, nazywana królową dróg. Była pierwsza, do czasu - najdłuższa i łącząca Rzym z południem półwyspu aż do Brundisium (Brindisi), a przez ten port - z Grecją. Zbudowano ją tak- najpierw podkład z drobnego tłucznia, potem kamienie spojone zaprawą wapienną, potem ponownie drobny tłuczeń i na wierzchu wielkie, ściśle łączone bloki kamienne (krzemień lub kamień wulkaniczny). Zaczęli budować w 312-tym, a skończyli w 225-tym. Znaczy się nie w naszej erze to było, nie w naszej. Znaczy się 2330 lat ma to dzieło. Nieźle, co?

Dwadzieścia pięć lat! Będzie się ciungłooo! Jak lazanie. (cytat).

Vię Appię ledwo liznęliśmy i nie w tę stronę w którą ją zwykle zwiedzają. Za to piechotą przekroczyliśmy mury Rzymu i przez Porta Capena (dziś porta San Sebastiano) poszliśmy w stronę miasta.

Rzym zaskakuje co krok.

Pragnę powiedzieć, że przybysze wchodzący do Rzymu w dawnych wiekach musieli niewątpliwie zbierać szczęki z ziemi. Archeologowie z pewnością wykopują duże ilości szczęk. Same mury rzymskie to jest coś, na co można by przeznaczyć tydzień zwiedzania. Ogrom tej budowli powala kompletnie, zarówno ogrom w poziomie, jak i w pionie. Nigdzie indziej nie widziałem czegoś tak rozległego, właściwie wszystkie średniowieczne obwarowania wysiadają w przedbiegach, a zważywszy, że mury owe zbudował cesarz Aurelian 1750 lat temu, to już średniowiecze może przed tym murem tylko leżeć i przebierać nieporadnie nóżkami. Mur wokół Rzymu ma 19 kilometrów długości!
Wchodzimy przez największą z jego bram, od samego wejścia jakieś rudery.
Kraj w ruinie!



Po korkach w centrum i pędzie po obwodnicach miasta, w ciągłym ruchu, gwarze, bzyczeniu skuterów, tłumach przelewających się po chodnikach, kafejkach, barach, bankach i sklepach nagle następuje głucha cisza.





poniedziałek, 28 maja 2018

Fabrykant w gościnie na Szrociakach: "Moto weteran bazar 2018"

Moja relacja z Moto Weteran Bazaru ukazała się na Szrociakach. Głównie dużo zdjęć szrotowozów:

Jak było? Dość fajnie. Fajniej niż do tej pory. Moto Weteran Bazar w Łodzi nigdy nie słynął z jakichś specjalnych atrakcji automobilistycznych, był głównie dla motocyklistów. Nie był też ę-ą imprezą wystawową, tylko zwykłym targowiskiem, na którym się handluje. Niektórzy uznają to za wadę, inni za zaletę. Można tu spotkać każdego – helsendżelsów, dziadków z ogniem w oczach i wałem od Dużego Fiata na grzbiecie, pana z brzuszkiem, który zatrzymuje się przy każdym stoisku i pyta „czy jest przedni błotnik od motorynki?”, gości z napisami przyklejonymi na gołe plecy „sprzedam kurtkę skórzaną”, a także normalsów z dziećmi i laski, które przyszły sobie kupić glany. Mieszają się tu języki – polski, ukraiński, czeski, rosyjski. Wszystko się tu miesza.
Samochody były zwykle marginesem MWB, tak było i tym razem, ale może leciutko ciekawiej. Przedwojenne auta wywiało zupełnie – nie widziałem ani jednego, co jeszcze parę lat temu nie miało miejsca. Zawsze trafił się jakiś dziurawy grat na lawecie. Tym razem nic. Ale za to ceny jakby nieco spadły, a przynajmniej wydają się być nie tak przerażające. Może dlatego, że odwiedziłem bazar w dniu schyłkowym, znaczy się w niedzielę, kiedy to sprzedawcy myślą już o wyjeździe do domu i spyleniu towaru za niższe kwoty.
 
 

piątek, 25 maja 2018

Upadek Rzymu.



Czarne chmury zbierają się nad miastem pełnym ruin. Głowy uniesione w górę obserwują z niepokojem niebo. Czerń nadciąga od północy i niebezpieczeństwo narasta z każdą chwilą, widać w tłumach liczne zatroskane twarze. Co będzie? Wreszcie realizują się niepomyślne prognozy.
Spada deszcz i wieczorne mecze na Italia Open 2018 muszą zostać odwołane. Korty są zbyt mokre.

Ostatnio przeczytałem książkę Bohdana Tomaszewskiego „Romantyczne mecze”. Rzecz jest o sporcie w ogóle, nie tylko o meczach, ale i o walkach, a nawet rajdach Monte Carlo, Sobiesław Zasada tam walczy, za pomocą samochodu marki Rover. Jak spojrzeć na to obiektywnie to ta książka to straszna ramota – nawet marka Rover już nie istnieje, już nie mówiąc o innych przywoływanych realiach. Nestor polskiego dziennikarstwa dywaguje, sprzedaje plotki z epoki i przy tym trochę ględzi i marudzi. Marudzi na przykład na telewizję, że zabija ducha sportu, oddziela od realnych emocji, wygładza, spłaszcza i zniekształca. Przeczytałem. Ale nie uwierzyłem. Wszyscy zawsze narzekają na nowości i zmiany, a w epoce Bohdana Tomaszewskiego telewizja zaczęła dominować nad jego ukochanym, znanym od dzieciństwa radiem. Ciągły rozwój i zmiany drażnią wielu, ale ciężko odmawiać dziś telewizji sportowej tego, że przekazuje zafałszowany i niepełny obraz rzeczywistości. Wydaje się, że jest wręcz przeciwnie – kamery zaglądają w każdy kąt, pokazują z góry, z boku i od dołu, śledzą każdy grymas sportowców, kadrują z bliska oczy, buty, ręce, zwalniają ujęcia, rysują linie pomocnicze, śledzą publiczność i jej wybuchy entuzjazmu.
Ale wiecie co? Bohdan Tomaszewski miał rację.
Piszę to po spędzeniu kilku dni na czymś w rodzaju totalnej orgii tenisowej, fiesty i festiwalu. A właściwie to były - zważywszy na miejsce - bachanalia. Majowe Internazionali BNL d' Italia w Rzymie.


Caroline Garcia

W przewodnikach po Rzymie w ogóle nie zaznaczono tego miejsca. Są rzymskie ruiny, pałace, fora i wzgórza. Ołtarz ojczyźniany, Watykan i zamek Św. Anioła. Piazze i wille...

Doce piace va lei Doczepiacze w alei

Testare obbi bocchi doce piace       Te stare obiboki doczepiacze
- plaga à lei! Ogni tampani          - plaga alei! Oni tam pani
irenze dopp'alta trendo c'è piagli   Irence do palta tren doczepiali
à lemani todo Piero                – ale Mani to dopiero
doce piano! Trento frasca            - doczepiano! Tren to fraszka 
spinace, clammerchi, colcichi (…)    spinacze, klamerki, kolczyki(…)

Smarcata cosa stronza spalta         Smarkata koza strąca z palta
tendàr, mia tepare de bigli:         ten dar, mija tę parę debili:
Tempestàr c'è duracchi! Parca       „Tępe, starcze duraki! Parka
ramogli! Cità vascia ghierca         ramoli! Czy ta wasza gierka
marenze i nogghi? Poggra Nice        ma ręce i nogi? Pogranicze
para noi!” Anato scarzone            paranoi!” A na to skarcone
brutale doce piace domani:           brutale doczepiacze do Mani:
Allegro tesca! Allegro Mi-          „Ale groteska! Ale gromi
nervo vacosa! Oggi casa              nerwowa koza! O dzika za-
bava”                                bawa

                                  Stanisław Barańczak

Są w przewodnikach aleje i inne parcchi de bigli, jest nawet dzielnica EUR jako przykład faszystowskiego modernizmu. Ale korty Foro Italico na przedmieściach Rzymu są w książkach turystycznych pomijane. Zupełnie niesłusznie. Przed wojną nazywały się Foro Mussolini.


Foro Italico od frontu, w tle iglica "Mussolini Dux".

wtorek, 15 maja 2018

Mściciele. Papka bez granic.



Byłem na filmie, którego lista twórców leciała na końcu przez jakieś dwadzieścia minut i zawierała kilka tysięcy nazwisk. Były tam setki osób od wygładzania i inne setki od renderowania, i jeszcze inne od animacji i kolorowania. Budżet opiewał na kwotę zbliżoną do PKB Burkina Faso i pozycjonował ten film w pierwszej piątce najdroższych filmów świata.
Skoro nawet Dwutygodnik.com opublikował recenzję najnowszych "Avengers. Bitwa bez granic", to i chyba mnie wolno? Chyba wolno. Do dzieła zatem, choć z kulturą ten film ma doprawdy bardzo niewiele wspólnego. Tak właściwie, to tylko jedno - aktorów z najwyższej półki. Niestety w tym filmie zostali oni haniebnie przepłaceni. Latać z karabinami i walić po mordzie potrafi byle osiłek i zupełnie nie potrzeba do tego zatrudniać Benedicta Cumberbatcha, Roberta Downeya juniora, ani Scarlet Johanson. Trzeba było jednak ich zatrudnić, żeby saga filmów Marvela trzymała się kupy, oraz została zwieńczona finałem.
W tym mega, hiper, ekstra finale zbiegają się wcześniej rozpoczęte wątki z filmów o Iron Manie, Thorze, Obrońcach Galaktyki, zatem dla fanów był to tak zwany "must see". Nawet jak nie podchodzili pod twe gusta rozrywkowi i wygłupowaci Obrońcy, albo drażnił cię ironicznie dowcipny Chris Hemsworth w roli Thora, to i tak poszedłeś na ten film, żeby zobaczyć jak gadają z Iron Manem, albo Doktorem Strange'm. Jednym słowem automatyczna maszynka do zarabiania pieniędzy. Firma Marvel zrealizowała budowę filmowego imperium, w którym każdy jej komiksowy film łączy się wątkami z innym komiksowym filmem, a zatem trzeba obejrzeć wszystkie. Myślę, że kultura wyższa powinna skopiować ten patent. Niektórzy twórcy z wyższej półki mogliby to z łatwością zrealizować. Woody Allenie! Do dzieła!

W kwestii wieńczenia sagi Avengersi niestety zawodzą. Tak naprawdę dostajemy pół zakończenia, a drugie pół dostaniemy w przyszłym roku, jako sequel. Zatem zgodnie z hollywoodzką sztuką budowania scenariuszy widzowie zostają z niedosytem. I to właściwie było jedynym poważniejszym zaskoczeniem na tym seansie. Nie dość, że urywa się w połowie, to jeszcze jest smutne. Tego jeszcze u Marvela nie grali- smutne zakończenie! Do tej pory wśród gromów bombastycznej muzyki nasi superherosi we wszystkich poprzednich superprodukcjach dokonywali wszystkich niemożliwych superrzeczy i na samym końcu zawsze zwyciężali, wśród łopotu amerykańskich flag. Tutaj nagła odmiana. Jak to? Oddajcie mi moją kasę! A gdzie zwycięstwo? Czy ja poszedłem na kino moralnego niepokoju?


Czytaj całość na SNG Kultura - LINK

czwartek, 10 maja 2018

Spiżowy król. Canon EOS 5 (ten bez „D”)

Fot. Håkan Dahlström, Wikipedia

Wszystkie mężatki w Kromeryżu
miewają często bóle w krzyżu,
Dlatego na wypadek wszelki
noszą ze sobą trzy uszczelki:
z tektury, z gumy i ze spiżu
Wisława Szymborska, Zbigniew Machej
(zacytowane bez sensu, ale ze spiżem)

Czasami nie wiadomo dlaczego niektóre produkty stają się kultowe. To znaczy można łatwo określić ich pozytywne cechy, ale trudno dokładnie wyjaśnić ich olbrzymie powodzenie wśród odbiorców. Po prostu mają w sobie coś. A inne nie, pomimo wielu starań. Taki Volkswagen Garbus, na przykład. Ani on był szybki, ani praktyczny. Już po dziesięciu latach produkcji nie był nowoczesny. Ale mimo tego rzesze ludzi kupowały go przez 65 lat, czyniąc najpopularniejszym autem w dziejach. Niektóre produkty, pomimo nieosiągania ideału trafiają w swój czas i ich solidne zalety wystarczają większości ludzi.

Rok 1992. Kiedy oglądaliśmy w kinach „Milczenie Owiec”, zadowoleni że prezydent Wałęsa podpisał umowę o dobrosąsiedzkich stosunkach z Jelcynem, a Rosjanie przekazali nam dokumenty z Katynia, Serbowie właśnie oblegali i ostrzeliwali Sarajewo, a na sycylijskiej autostradzie eksplodowała bomba, podłożona pod samochód sędziego Falcone. W Europie Środkowej i Wschodniej emancypowały się kolejne kraje po upadłym Związku Radzieckim, podczas gdy na południu następował gwałtowny rozpad Jugosławii.
Na Dalekim Wschodzie cesarz Akihito, jako pierwszy w historii japoński władca odwiedził Chiny.
Japońska firma Canon, pod panowaniem szanownego cesarza, miała się dobrze. A nawet bardzo dobrze. Była na fali wznoszącej. Miała aparaty rozmieszczone na każdej półce cenowej i choć miała marketingowe wpadki, w postaci aparatu analogowego EF-M, do którego można było podłączyć wyłącznie obiektywy autofokus (pisało się o tym Buntowniku Z Wyrobu – LINK), to jednak sukcesy w postaci masowego używania jej produktów przez fotoreporterów na wszystkich wydarzeniach sportowych (w 1992 odbyła się olimpiada w Barcelonie, zapamiętana przez pierwszy wspólny występ zjednoczonych Niemiec, oraz pierwszy raz Litwy, Łotwy, Estonii i Chorwacji) przykrywały wszelkie pionierskie niedociągnięcia. Długie, białe obiektywy Canona celowały w sport i wydarzenia na całym świecie. Sukces, panie szanowny, na całego. Sukces i sława.




W 1992 roku Canon słusznie stwierdził, że najstarszy z gamy model semi-profesjonalny Canon EOS 10 mocno odstaje od poziomu profesjonalnych aparatów 1 i 1HS używanych przez reporterów. Reporterzy zawsze lubili mieć oprócz flagowego sprzętu także coś lżejszego jako drugie body. Starego EOSa 10 nie kupowali, bo rozbudowane bajery jakie zastosowano w tym aparacie były z ducha amatorskie i wodotryskowe, a i minimalny czas migawki, czy synchronizacji błysku nie był już rewelacyjny.

W listopadzie zaprezentowano Canona EOS 5, maszynę dla zaawansowanych i pro. Nikt nie przypuszczał, że będzie produkowana przez kolejnych osiem lat, przeżywając dwie serie Canonów profesjonalnych (1 i 1N), oraz że następca (Canon EOS 3) nie zdoła jej zdetronizować i będzie wytwarzana jeszcze dwa lata po jego premierze, do roku 2000-go, a sprzedawana jeszcze w 2001-m.
Jaki był ten Canon 5, że tak się spodobał?
Duży był. Porządny kawał aparatu. Miał korpus z poliwęglanu (żywicy poliwęglanowej z włóknem szklanym) bez aluminiowego szkieletu w środku, który kryły w swym wnętrzu flagowe canonowskie EOSy 1. Zatem strukturę miał jak aparaty amatorskie. Użytkownicy twierdzili że Canon 5 trzeszczał pod naciskiem i że dało się go co nieco wyginać. Niemniej zupełnie nie przeszkadzało to temu korpusowi w uchodzeniu z życiem z różnych upadków i uderzeń. Poliwęglan absorbował bardzo dobrze wstrząsy, a elektronika wewnątrz była pancerna, jak Czterej Pancerni i Pies. Był to sprzęt „gniotsa – niełamiotsa”, może z małym wyjątkiem górnego pokrętła programów, w którym wyłamywała się blokada, tak że kręciło się w kółko. Nadal jednak aparat działał. Wytrzymałość Piątek była potwierdzona późniejszymi latami użytkowania.

środa, 2 maja 2018

Zmysłowość mimochodem. Iwo Zaniewski

Stado owiec na Rodos. Fot. Iwo Zaniewski



Jak to dawno, piętnaście lat? No, dość dawno.
No dość dawno to było. Ale pamiętam jak dziś. Weszliśmy ze Współfabrykantką do księgarni na Piotrkowskiej...
Hm... Było to tak dawno, że ta księgarnia już nie istnieje. To była bodajże Księgarnia „Pegaz” na rogu Narutowicza, do czasu istnienia- najstarsza w Łodzi. W 1882 roku założył ją Ludwik Fiszer. To ci dopiero dawno było! Piętnaście lat to pikuś.
W każdym razie wtedy jeszcze książki w niej leżały, po bożemu.
Weszliśmy do księgarni polizać cukierek przez papierek. Chciałoby się, ale pieniędzy nie starczało. Z pensji kasy za dużo nie było, a na wakacje trzeba było wyjechać. Zatem książki były dobrem luksusowym. Ale powąchać i polizać przez papierek zawsze można. Kto ubogiemu zabroni.
Tam leżała jedna książka, która wryła mi się w pamięć. Może i nawet trochę mnie przeorała, jak dzisiaj o tym myślę. Skromny tytuł: Iwo Zaniewski „Fotografie”.
Wtedy dopiero wnikałem w fotografię. Zaczynałem się interesować i zgłębiać. O tyle o ile.

Na studiach to był taki przedmiot nawet, i nawet mógłbym się dziś chwalić, że sam Marek Janiak ze słynnej w niektórych kręgach grupy „Łódź Kaliska” był moim wykładowcą. Niestety nie mogę się za bardzo chwalić, bo ówcześnie miałem na fotografię wyjechane.
Oczywiście fotografie robiły na mnie wrażenie i lubiłem je oglądać, ale żeby ich z własnej woli ich szukać - to nie bardzo. Kiedyś już pisałem- LINK, że w czasach licealnych odwiedziłem wystawę Weegee'gp, która poniekąd też mną wstrząsnęła. Na tyle że zapamiętałem jego nowojorskie kadry na całe życie i z łatwością potrafię je w myślach przywołać. Niemniej obejrzałem tę wystawę zupełnie mimochodem, wcale nie celowo.

Potem jednak fotografia coraz bardziej się rozpanoszała, stworzyliśmy z przyjaciółmi firmę fotograficzną i zajęliśmy rozglądaniem po świecie – jak też tę fotografię można robić, żeby było fajnie. Zaczęło się kupowanie „Pozytywów” i inne rozkminianie. O co w tym wszystkim chodzi.

Tymczasem w księgarni „Pegaz” wlazł mi w ręce album Iwo Zaniewskiego i przeorał. Dzisiaj dopiero zastanawiam się – dlaczego? Tak. Myślę że była to właśnie ta chwila, która zawróciła mnie na głębsze widzenie fotografii. Nie pamiętam co wtedy dokładnie pomyślałem, ale było to coś w rodzaju- „O kurde! Niezłe! To tak można? Też bym tak chciał!”.
Polazłem do tej księgarni, zdaje się nawet drugi raz, żeby sobie ponownie ten album przejrzeć.
Co tam jest w tym albumie, że tak mnie wzięło?
Zaczyna się wstępem. Jest to najmniej egzaltowany wstęp ze wszystkich wstępów do wszystkich albumów fotograficznych jakie oglądałem.

Najwspanialszym sposobem zwiedzania świata jest według mnie podróżowanie z ekipą filmową. Kierownicy produkcji załatwiają wszelkie uciążliwe formalności, a ja mogę się rozglądać na wszystkie strony. Kiedy nie filmujemy, a takich dni zawsze jest trochę, można na przykład w odpowiedniej asyście zwiedzić ubogie dzielnice Johannesburga i nie zostać zamordowanym. Niezwykle miłym uczuciem jest również kompletny brak pojęcia gdzie się człowiek za chwilę znajdzie i jakie widoki się przed nim odsłonią.
(...)
Zauważyłem wtedy, że wystarczy opanować metodę prawidłowego naświetlenia nieba z jednoczesnym nietraceniem detali na dużo ciemniejszej ziemi, żeby uzyskać warte powiększenia zdjęcia.
(...)
Tak generalnie, to fotografuję co popadnie. Właśnie to w fotografii podoba mi się najbardziej, że zdjęcie czyhać może na nas w każdym kącie. Ja tylko specjalnie się nie męcząc chodzę sobie, albo jak już wspomniałem, jestem wożony i po prostu daję mu się uchwycić.

Wyciągi w Val Thorens. Fot. Iwo Zaniewski


Do dzisiaj w pamięci zostały mi te zdjęcia, oglądane w księgarni. Zdjęcia wyciągów w mglisty dzień. Zdjęcia kóz wbijających się klinem w kamienną wioskę. Wyciągi w mglisty dzień dawały mi do myślenia – przecież ja takie wyciągi oglądałem nie raz. Oglądałem – i nie widziałem. To było jednocześnie familiarne i nokautujące. Nigdy nie pomyślałem żeby skierować na nie aparat., żeby z mglistych struktur wydobyć coś ciekawego.
Kozy w greckiej wiosce były jakimś zewem podróży, ale takiej na wyciągnięcie ręki przecież, którą wtedy, w miarę możliwości uprawiałem. Też kiedyś widziałem kozy, ale nic mi z tego dobrego nie przyszło. Żadne fajne zdjęcie.
W każdym razie te zdjęcia wytyczały drogę. Trzeba patrzeć uważnie. Trzeba się zastanawiać nad tym co się widzi.
Tak trzeba żyć!
Statyści. Warszawa. Fot. Iwo Zaniewski

Alpy, Francja. Fot. Iwo Zaniewski

Wybrzeże Atlantyku, Francja. Fot. Iwo Zaniewski

Ogród botaniczny, Powsin. Fot. Iwo Zaniewski

piątek, 27 kwietnia 2018

Ranking książek przeczytanych IV (luty- kwiecień)

Przeczytałem ostatnio artykuł o uzależnieniach. Można się uzależnić nawet od spania, nie mówiąc już o zakupach, czy też bardziej wyrafinowanych podnietach. To mi dało do myślenia. Czy od czytania też się można uzależnić? Pewnie tak. Jak to sprawdzić? Może odstawić? Odstawić?!!! Ale jak to?!!!



Skala sześciogwiazdkowa:

****** – Tusku, musisz!
***** – bardzo dobra, wysoka satysfakcja.
**** – dobra, warta przeczytania.
*** – może być, ale może też nie być.
** – słabo, jest słabo.
* – w ogóle nic ni ma.




"Dwanaście srok za ogon" Stanisław Łubieński ******

Czytałeś "Nad Niemnem"? A opisy przyrody też?- pytał mnie z niewiarą kolega w liceum. "Dwanaście srok" składa się właściwie z samych opisów przyrody. Ma ta książka niesłychany wręcz urok. Płynie piękną polszczyzną i łagodnymi opisami zmieszanymi z ciekawostkami. Ptaki we wszystkich kontekstach, podane z sosem filmowym, literackim, popkulturowym, politycznym, osobistym. Ale podane na żywo. Jest nawet Bond. James Bond. Osobiste fascynacje autora stają się w ciągu czytania pierwszych stron fascynujące dla czytelnika. Stanisław Łubieński potrafi opowiadać, ma wyczucie w przejściu od syntezy do detalu, od nawiązań poważnych do humorystycznych. Każdy skromny wypad obserwacyjny w opisach Łubieńskiego staje się jak wyprawa do amazońskiej dżungli. Każdy ptak jest kimś. Już nie mówiąc o opisywanych wybitnych ornitologach i autorach książek. To wszystko jest ciekawe, ciekawie ujęte i przy tym swobodne. "Swobodne jak ptak na niebie" - chciałoby się napisać frazesem. Świetne.
Wywiad z autorem na SNG Kultura przeprowadził Piotr Grobliński- LINK


"Listy na wyczerpanym papierze" Agnieszka Osiecka, Jeremi Przybora **** i pół

Podglądacz. Tak się właśnie czułem czytając tę książkę. Nie są to przecież listy Tristana do Izoldy, ani Julii do Romea (O Romeo! czy jesteś na dole?), tylko bardzo konkretnych i znanych postaci, o których się dużo wie. A którzy swój związek przez długie lata ukrywali.
Listy są piękne. Skrzą się językowo, słowotwórczo, skojarzeniowo. W co drugim jest wierszyk lub piosenka. Tekst lub tekścik. Widać jednak, że poza literaturą, która pomiędzy kochankami brzmiała jak poetycka lira, byli osobowościami bardzo trudnymi, właściwie niedopasowanymi. Była to w ogóle miłość trudna. Do tego niestety znam biografię obydwojga, i ta biografia przeszkadza mi nieco w odbiorze tej poezji epistolograficznej. O ile twórcami byli na miarę największą, o tyle ludźmi... hm... takimi sobie. Przybora zniszczył życie kilku kobietom, sądząc po jego "Memuarach" nie za bardzo się tym przejmując. Agnieszka Osiecka traktowała życie lekko jak piórko, co na jej bliskich wpływało raczej destruktywnie. Sami z resztą zdają sobie z tego sprawę - piszą o tym do siebie w tych listach. 

"Bardzo Ci jest ładnie w brązowym płaszczu  i szaliku w kratkę, który odebrałeś Marcie. Masz też bardzo ładne usta, i to w tych samych miejscach, które podobają Ci się u mnie. Charakter masz nienadzwyczajny, ale z tego też jesteś do mnie podobny. Tylko że twoje wady biorą się ze słabości, a moje z lenistwa..."

"Najzabawniejsze jest to, że oboje zarzucamy sobie to samo: egoizm (o, bo ja Ciebie uważam za najpaskudniejszego egoistę ze wszystkich, jakich znam).
Kochany mój! Nie przejmuj się tym wszystkim zanadto. Dość jest przecież ważne i to, że się kochamy. A że żyjemy jak pies z kotem - no to trudno. Może to i można porównać do konfliktu mocno uwiązanego psa łańcuchowego z wrednym wędrującym kotem."

Cóż tam jednak w sumie te przeciągania łańcucha, skoro na każdej stronie tej książki piosenki. A wśród nich ta najpierwsza:

Cóż Jeremi, że jest nam tak ładnie,
któż, Jeremi, mój sekret odgadnie,
że od książąt pobladłych
wolę mężczyzn upadłych - 
o, Jeremi, czy jesteś już na dnie?
A ty jeszcze w krawacie, w binoklach,
a ja pytam, czyś kogo już okradł,
nie wymagam, byś nocą się śnił,
ale błagam, byś palił i pił
Może czasem nabierzesz ochoty
do rozróbki, do mokrej roboty?...
Ja opatrzę twe rany,
kiedy będziesz karany,
lecz ty - nosisz kalosze,
choć proszę:
O, Jeremi, rzuć rymy i składnię,
o, Jeremi niech ciebie napadnie
jakaś furia i piekło,
jakaś żądza i wściekłość - 
o, Jeremi,
czy jesteś już na dnie?
(...)

Warto było te listy upublicznić, jako piękną literaturę, ale jakoś swą ogólną wymową kłócą się z moim poglądem na świat. Czy nie za łatwo oceniam? Może to coś ze mną nie tak?


"Księga zachwytów" Filip Springer **** i pół

Obiecałem sobie nie wstawiać do tego rankingu przewodników, które czytam przed większością wyjazdów, ale właśnie łamię tę zasadę. Co prawda ten przewodnik bardziej się nadaje do czytania w domu. To zestaw ciekawych  obiektów powojennej architektury z całej Polski, która inspiruje, zaciekawia i ma coś w sobie. Porządny almanach o stu dziewięciu budynkach ze wszystkich województw, a o każdym kilkustronowy esej, ze zdjęciem zrobionym przez autora. Niestety w kilku miejscach nie zgadzam się zachwytami ze Springerem. A nawet protestuję. Ja protestuję! Moje protesty możecie przeczytać tutaj - LINK.

Książka dobra jako inspiracja, przegląd, i prowokacja do dyskusji, choć w kilku miejscach może zbyt doktrynerska. Ale za to prekursorska w swej popularyzacji współczesnej architektury, zawiera dużo ciekawych i nieznanych budynków, wartych zobaczenia. Warto też mieć ją na półce.



"Mrożek. Striptiz neurotyka" Małgorzata I. Niemczyńska. ****

Waham się. Mrożek też się w życiu wahał. To już jest nas dwóch! Waham się przy ocenie tej książki, bo na okładce obiecuje ona "nieznane oblicze wielkiego pisarza i trudnego człowieka", czego nie spełnia do końca. To oblicze znane. Natomiast sam obiekt tej biografii i jego losy są tak fascynujące, że aż skręca z ciekawości. Złapałem się w połowie książki, że z podnietą wyczekuję "co będzie dalej", jakby to była powieść fabularna, a nie opis życia pisarza. Mimo wszystko kto czytał Mrożka, jego listy do Lema, oraz karmił się choćby artykułami gazetowymi na jego temat, ten nie przeżyje zbyt wielu zaskoczeń w lekturze. Autorka może być doceniona przede wszystkim za pogłębienie wiedzy o relacjach pisarza z najważniejszymi dla niego osobami - pierwszą żoną Marią, Janem Błońskim, Adamem Włodkiem, drugą żoną Susaną. W książkę włączony jest też jeden z ostatnich wywiadów, jakiego autorce udzielił pisarz, oraz przegląd jego teczki z IPN. Obydwa, a zwłaszcza ubeckie papiery - wnoszą doprawdy niezbyt wiele. Solidna biografia. Ponieważ jednak Mrożek doczekał się już za swego życia powstania mrożkologii i mrożkoistyki teoretycznej i stosowanej, de facto większość treści tej książki leżało już na różnych talerzach. Sławomir Mrożek jest to jednak przedziwna i genialna postać, o której mogę czytać zawsze, wszystko i po wsze czasy.


sobota, 21 kwietnia 2018

Dolce vita braci Alinari

Bracia Alinari, schody na wieżę Palazzo Vecchio.


Niektórzy to mają po prostu dobrze w życiu. A jak jeszcze trochę się przyłożą, to w ogóle mają bardzo dobrze. Na przykład mają szczęście urodzić się w kraju, nad którym słońce nie zachodzi, w którym kultura kwitnie, a problemy wydają się jakieś mniejsze. To rzecz jasna iluzja człowieka patrzącego z zewnątrz, ale czymż byłby świat bez iluzji. Wszędzie dobrze gdzie nas nie ma, a stereotypy muszą być. Zwłaszcza, że są prawdziwe - każdy wie.

Niektórzy załapali się jeszcze na epokę, w której owoce wisiały jeszcze na niskich gałęziach i można je było zrywać nawet w pojedynkę, lekko ino podskakując. Nie to co dzisiaj, gdy wszystko obrane i trzeba konstruować wieloosobowo różne podnośniki i drabiny, by tych technologicznych owoców dosięgnąć. Albo programy rządowe ogłaszać, o elektromobilności na przykład. A i tak nie pomaga.
Ta wczesna epoka odkrywców technologicznych, znaczy się wiek XIX, miał coś w sobie. Dosyć fascynująca była to eksplozja innowacyjności. Do tych, którzy się właśnie załapali, należeli niewątpliwie bracia Alinari. Ta firma jest uznawana za pierwszą firmę fotograficzną świata. Fratelli Alinari, Florencja, Włochy... tfu, jakie Włochy! Włoch wtedy nie było! Wielkie Księstwo Toskanii było, pod panowaniem bocznej linii Habsburgów von Österreich-Toskana. Właśnie stłumiono tam pierwsze oznaki włoskiej zjednoczeniowej Wiosny Ludów, gdy Leopoldo Alinari postanowił uniezależnić się od dotychczasowego pracodawcy i otworzyć własny zakład, zajmujący się stricte fotografią. To był rok 1852-gi (lub 1854-ty, jak podają niektóre źródła).
Właściwy człowiek na właściwym miejscu, we właściwym czasie. Leopoldo Alinari żył szybko i umarł młodo, niczym Jimmi Hendrix. Niemniej miał szczęście urodzić się w kraju, w którym było co fotografować i trafić na epokę, która wsparła go mimochodem swą falą i wyniosła wysoko.

Dziwnym trafem wszystkie swoje kroki urlopowe kieruję do Włoch. Nie tylko ja, zapewne. Ten kraj odwiedza rocznie 48 milionów ludzi. Wyobrażacie sobie? Półtorej ludności Polski przyjeżdża tam każdego roku w odwiedziny. Nieźle, co? A połowa XIX-go wieku, to akurat początek masowej turystyki, już nie turystyki wielmożów, ale takiej, na którą załapywała się klasa średnia. Dzięki Bogu wszędzie powstają linie kolejowe, Thomas Cook zakłada swoje szacowne biuro podróży, a pan Karol Benz, zagryzając wąs, konstruuje pracowicie w swej ogródkowej szopie pierwszy samochód. Pojedyncze efekty nie przychodzą może od razu, ale skomasowane - dają gwałtowny przyrost mobilności, a dzięki bogaceniu się społeczeństw, skłaniają do zwiedzania, poznawania świata. No i przywożenia pamiątek z podróży. Pamiątka, koniecznie!


Bracia Alinari, Florencja.