wtorek, 15 maja 2018

Mściciele. Papka bez granic.



Byłem na filmie, którego lista twórców leciała na końcu przez jakieś dwadzieścia minut i zawierała kilka tysięcy nazwisk. Były tam setki osób od wygładzania i inne setki od renderowania, i jeszcze inne od animacji i kolorowania. Budżet opiewał na kwotę zbliżoną do PKB Burkina Faso i pozycjonował ten film w pierwszej piątce najdroższych filmów świata.
Skoro nawet Dwutygodnik.com opublikował recenzję najnowszych "Avengers. Bitwa bez granic", to i chyba mnie wolno? Chyba wolno. Do dzieła zatem, choć z kulturą ten film ma doprawdy bardzo niewiele wspólnego. Tak właściwie, to tylko jedno - aktorów z najwyższej półki. Niestety w tym filmie zostali oni haniebnie przepłaceni. Latać z karabinami i walić po mordzie potrafi byle osiłek i zupełnie nie potrzeba do tego zatrudniać Benedicta Cumberbatcha, Roberta Downeya juniora, ani Scarlet Johanson. Trzeba było jednak ich zatrudnić, żeby saga filmów Marvela trzymała się kupy, oraz została zwieńczona finałem.
W tym mega, hiper, ekstra finale zbiegają się wcześniej rozpoczęte wątki z filmów o Iron Manie, Thorze, Obrońcach Galaktyki, zatem dla fanów był to tak zwany "must see". Nawet jak nie podchodzili pod twe gusta rozrywkowi i wygłupowaci Obrońcy, albo drażnił cię ironicznie dowcipny Chris Hemsworth w roli Thora, to i tak poszedłeś na ten film, żeby zobaczyć jak gadają z Iron Manem, albo Doktorem Strange'm. Jednym słowem automatyczna maszynka do zarabiania pieniędzy. Firma Marvel zrealizowała budowę filmowego imperium, w którym każdy jej komiksowy film łączy się wątkami z innym komiksowym filmem, a zatem trzeba obejrzeć wszystkie. Myślę, że kultura wyższa powinna skopiować ten patent. Niektórzy twórcy z wyższej półki mogliby to z łatwością zrealizować. Woody Allenie! Do dzieła!

W kwestii wieńczenia sagi Avengersi niestety zawodzą. Tak naprawdę dostajemy pół zakończenia, a drugie pół dostaniemy w przyszłym roku, jako sequel. Zatem zgodnie z hollywoodzką sztuką budowania scenariuszy widzowie zostają z niedosytem. I to właściwie było jedynym poważniejszym zaskoczeniem na tym seansie. Nie dość, że urywa się w połowie, to jeszcze jest smutne. Tego jeszcze u Marvela nie grali- smutne zakończenie! Do tej pory wśród gromów bombastycznej muzyki nasi superherosi we wszystkich poprzednich superprodukcjach dokonywali wszystkich niemożliwych superrzeczy i na samym końcu zawsze zwyciężali, wśród łopotu amerykańskich flag. Tutaj nagła odmiana. Jak to? Oddajcie mi moją kasę! A gdzie zwycięstwo? Czy ja poszedłem na kino moralnego niepokoju?


Czytaj całość na SNG Kultura - LINK

czwartek, 10 maja 2018

Spiżowy król. Canon EOS 5 (ten bez „D”)

Fot. Håkan Dahlström, Wikipedia

Wszystkie mężatki w Kromeryżu
miewają często bóle w krzyżu,
Dlatego na wypadek wszelki
noszą ze sobą trzy uszczelki:
z tektury, z gumy i ze spiżu
Wisława Szymborska, Zbigniew Machej
(zacytowane bez sensu, ale ze spiżem)

Czasami nie wiadomo dlaczego niektóre produkty stają się kultowe. To znaczy można łatwo określić ich pozytywne cechy, ale trudno dokładnie wyjaśnić ich olbrzymie powodzenie wśród odbiorców. Po prostu mają w sobie coś. A inne nie, pomimo wielu starań. Taki Volkswagen Garbus, na przykład. Ani on był szybki, ani praktyczny. Już po dziesięciu latach produkcji nie był nowoczesny. Ale mimo tego rzesze ludzi kupowały go przez 65 lat, czyniąc najpopularniejszym autem w dziejach. Niektóre produkty, pomimo nieosiągania ideału trafiają w swój czas i ich solidne zalety wystarczają większości ludzi.

Rok 1992. Kiedy oglądaliśmy w kinach „Milczenie Owiec”, zadowoleni że prezydent Wałęsa podpisał umowę o dobrosąsiedzkich stosunkach z Jelcynem, a Rosjanie przekazali nam dokumenty z Katynia, Serbowie właśnie oblegali i ostrzeliwali Sarajewo, a na sycylijskiej autostradzie eksplodowała bomba, podłożona pod samochód sędziego Falcone. W Europie Środkowej i Wschodniej emancypowały się kolejne kraje po upadłym Związku Radzieckim, podczas gdy na południu następował gwałtowny rozpad Jugosławii.
Na Dalekim Wschodzie cesarz Akihito, jako pierwszy w historii japoński władca odwiedził Chiny.
Japońska firma Canon, pod panowaniem szanownego cesarza, miała się dobrze. A nawet bardzo dobrze. Była na fali wznoszącej. Miała aparaty rozmieszczone na każdej półce cenowej i choć miała marketingowe wpadki, w postaci aparatu analogowego EF-M, do którego można było podłączyć wyłącznie obiektywy autofokus (pisało się o tym Buntowniku Z Wyrobu – LINK), to jednak sukcesy w postaci masowego używania jej produktów przez fotoreporterów na wszystkich wydarzeniach sportowych (w 1992 odbyła się olimpiada w Barcelonie, zapamiętana przez pierwszy wspólny występ zjednoczonych Niemiec, oraz pierwszy raz Litwy, Łotwy, Estonii i Chorwacji) przykrywały wszelkie pionierskie niedociągnięcia. Długie, białe obiektywy Canona celowały w sport i wydarzenia na całym świecie. Sukces, panie szanowny, na całego. Sukces i sława.




W 1992 roku Canon słusznie stwierdził, że najstarszy z gamy model semi-profesjonalny Canon EOS 10 mocno odstaje od poziomu profesjonalnych aparatów 1 i 1HS używanych przez reporterów. Reporterzy zawsze lubili mieć oprócz flagowego sprzętu także coś lżejszego jako drugie body. Starego EOSa 10 nie kupowali, bo rozbudowane bajery jakie zastosowano w tym aparacie były z ducha amatorskie i wodotryskowe, a i minimalny czas migawki, czy synchronizacji błysku nie był już rewelacyjny.

W listopadzie zaprezentowano Canona EOS 5, maszynę dla zaawansowanych i pro. Nikt nie przypuszczał, że będzie produkowana przez kolejnych osiem lat, przeżywając dwie serie Canonów profesjonalnych (1 i 1N), oraz że następca (Canon EOS 3) nie zdoła jej zdetronizować i będzie wytwarzana jeszcze dwa lata po jego premierze, do roku 2000-go, a sprzedawana jeszcze w 2001-m.
Jaki był ten Canon 5, że tak się spodobał?
Duży był. Porządny kawał aparatu. Miał korpus z poliwęglanu (żywicy poliwęglanowej z włóknem szklanym) bez aluminiowego szkieletu w środku, który kryły w swym wnętrzu flagowe canonowskie EOSy 1. Zatem strukturę miał jak aparaty amatorskie. Użytkownicy twierdzili że Canon 5 trzeszczał pod naciskiem i że dało się go co nieco wyginać. Niemniej zupełnie nie przeszkadzało to temu korpusowi w uchodzeniu z życiem z różnych upadków i uderzeń. Poliwęglan absorbował bardzo dobrze wstrząsy, a elektronika wewnątrz była pancerna, jak Czterej Pancerni i Pies. Był to sprzęt „gniotsa – niełamiotsa”, może z małym wyjątkiem górnego pokrętła programów, w którym wyłamywała się blokada, tak że kręciło się w kółko. Nadal jednak aparat działał. Wytrzymałość Piątek była potwierdzona późniejszymi latami użytkowania.

środa, 2 maja 2018

Zmysłowość mimochodem. Iwo Zaniewski

Stado owiec na Rodos. Fot. Iwo Zaniewski



Jak to dawno, piętnaście lat? No, dość dawno.
No dość dawno to było. Ale pamiętam jak dziś. Weszliśmy ze Współfabrykantką do księgarni na Piotrkowskiej...
Hm... Było to tak dawno, że ta księgarnia już nie istnieje. To była bodajże Księgarnia „Pegaz” na rogu Narutowicza, do czasu istnienia- najstarsza w Łodzi. W 1882 roku założył ją Ludwik Fiszer. To ci dopiero dawno było! Piętnaście lat to pikuś.
W każdym razie wtedy jeszcze książki w niej leżały, po bożemu.
Weszliśmy do księgarni polizać cukierek przez papierek. Chciałoby się, ale pieniędzy nie starczało. Z pensji kasy za dużo nie było, a na wakacje trzeba było wyjechać. Zatem książki były dobrem luksusowym. Ale powąchać i polizać przez papierek zawsze można. Kto ubogiemu zabroni.
Tam leżała jedna książka, która wryła mi się w pamięć. Może i nawet trochę mnie przeorała, jak dzisiaj o tym myślę. Skromny tytuł: Iwo Zaniewski „Fotografie”.
Wtedy dopiero wnikałem w fotografię. Zaczynałem się interesować i zgłębiać. O tyle o ile.

Na studiach to był taki przedmiot nawet, i nawet mógłbym się dziś chwalić, że sam Marek Janiak ze słynnej w niektórych kręgach grupy „Łódź Kaliska” był moim wykładowcą. Niestety nie mogę się za bardzo chwalić, bo ówcześnie miałem na fotografię wyjechane.
Oczywiście fotografie robiły na mnie wrażenie i lubiłem je oglądać, ale żeby ich z własnej woli ich szukać - to nie bardzo. Kiedyś już pisałem- LINK, że w czasach licealnych odwiedziłem wystawę Weegee'gp, która poniekąd też mną wstrząsnęła. Na tyle że zapamiętałem jego nowojorskie kadry na całe życie i z łatwością potrafię je w myślach przywołać. Niemniej obejrzałem tę wystawę zupełnie mimochodem, wcale nie celowo.

Potem jednak fotografia coraz bardziej się rozpanoszała, stworzyliśmy z przyjaciółmi firmę fotograficzną i zajęliśmy rozglądaniem po świecie – jak też tę fotografię można robić, żeby było fajnie. Zaczęło się kupowanie „Pozytywów” i inne rozkminianie. O co w tym wszystkim chodzi.

Tymczasem w księgarni „Pegaz” wlazł mi w ręce album Iwo Zaniewskiego i przeorał. Dzisiaj dopiero zastanawiam się – dlaczego? Tak. Myślę że była to właśnie ta chwila, która zawróciła mnie na głębsze widzenie fotografii. Nie pamiętam co wtedy dokładnie pomyślałem, ale było to coś w rodzaju- „O kurde! Niezłe! To tak można? Też bym tak chciał!”.
Polazłem do tej księgarni, zdaje się nawet drugi raz, żeby sobie ponownie ten album przejrzeć.
Co tam jest w tym albumie, że tak mnie wzięło?
Zaczyna się wstępem. Jest to najmniej egzaltowany wstęp ze wszystkich wstępów do wszystkich albumów fotograficznych jakie oglądałem.

Najwspanialszym sposobem zwiedzania świata jest według mnie podróżowanie z ekipą filmową. Kierownicy produkcji załatwiają wszelkie uciążliwe formalności, a ja mogę się rozglądać na wszystkie strony. Kiedy nie filmujemy, a takich dni zawsze jest trochę, można na przykład w odpowiedniej asyście zwiedzić ubogie dzielnice Johannesburga i nie zostać zamordowanym. Niezwykle miłym uczuciem jest również kompletny brak pojęcia gdzie się człowiek za chwilę znajdzie i jakie widoki się przed nim odsłonią.
(...)
Zauważyłem wtedy, że wystarczy opanować metodę prawidłowego naświetlenia nieba z jednoczesnym nietraceniem detali na dużo ciemniejszej ziemi, żeby uzyskać warte powiększenia zdjęcia.
(...)
Tak generalnie, to fotografuję co popadnie. Właśnie to w fotografii podoba mi się najbardziej, że zdjęcie czyhać może na nas w każdym kącie. Ja tylko specjalnie się nie męcząc chodzę sobie, albo jak już wspomniałem, jestem wożony i po prostu daję mu się uchwycić.

Wyciągi w Val Thorens. Fot. Iwo Zaniewski


Do dzisiaj w pamięci zostały mi te zdjęcia, oglądane w księgarni. Zdjęcia wyciągów w mglisty dzień. Zdjęcia kóz wbijających się klinem w kamienną wioskę. Wyciągi w mglisty dzień dawały mi do myślenia – przecież ja takie wyciągi oglądałem nie raz. Oglądałem – i nie widziałem. To było jednocześnie familiarne i nokautujące. Nigdy nie pomyślałem żeby skierować na nie aparat., żeby z mglistych struktur wydobyć coś ciekawego.
Kozy w greckiej wiosce były jakimś zewem podróży, ale takiej na wyciągnięcie ręki przecież, którą wtedy, w miarę możliwości uprawiałem. Też kiedyś widziałem kozy, ale nic mi z tego dobrego nie przyszło. Żadne fajne zdjęcie.
W każdym razie te zdjęcia wytyczały drogę. Trzeba patrzeć uważnie. Trzeba się zastanawiać nad tym co się widzi.
Tak trzeba żyć!
Statyści. Warszawa. Fot. Iwo Zaniewski

Alpy, Francja. Fot. Iwo Zaniewski

Wybrzeże Atlantyku, Francja. Fot. Iwo Zaniewski

Ogród botaniczny, Powsin. Fot. Iwo Zaniewski

piątek, 27 kwietnia 2018

Ranking książek przeczytanych IV (luty- kwiecień)

Przeczytałem ostatnio artykuł o uzależnieniach. Można się uzależnić nawet od spania, nie mówiąc już o zakupach, czy też bardziej wyrafinowanych podnietach. To mi dało do myślenia. Czy od czytania też się można uzależnić? Pewnie tak. Jak to sprawdzić? Może odstawić? Odstawić?!!! Ale jak to?!!!



Skala sześciogwiazdkowa:

****** – Tusku, musisz!
***** – bardzo dobra, wysoka satysfakcja.
**** – dobra, warta przeczytania.
*** – może być, ale może też nie być.
** – słabo, jest słabo.
* – w ogóle nic ni ma.




"Dwanaście srok za ogon" Stanisław Łubieński ******

Czytałeś "Nad Niemnem"? A opisy przyrody też?- pytał mnie z niewiarą kolega w liceum. "Dwanaście srok" składa się właściwie z samych opisów przyrody. Ma ta książka niesłychany wręcz urok. Płynie piękną polszczyzną i łagodnymi opisami zmieszanymi z ciekawostkami. Ptaki we wszystkich kontekstach, podane z sosem filmowym, literackim, popkulturowym, politycznym, osobistym. Ale podane na żywo. Jest nawet Bond. James Bond. Osobiste fascynacje autora stają się w ciągu czytania pierwszych stron fascynujące dla czytelnika. Stanisław Łubieński potrafi opowiadać, ma wyczucie w przejściu od syntezy do detalu, od nawiązań poważnych do humorystycznych. Każdy skromny wypad obserwacyjny w opisach Łubieńskiego staje się jak wyprawa do amazońskiej dżungli. Każdy ptak jest kimś. Już nie mówiąc o opisywanych wybitnych ornitologach i autorach książek. To wszystko jest ciekawe, ciekawie ujęte i przy tym swobodne. "Swobodne jak ptak na niebie" - chciałoby się napisać frazesem. Świetne.
Wywiad z autorem na SNG Kultura przeprowadził Piotr Grobliński- LINK


"Listy na wyczerpanym papierze" Agnieszka Osiecka, Jeremi Przybora **** i pół

Podglądacz. Tak się właśnie czułem czytając tę książkę. Nie są to przecież listy Tristana do Izoldy, ani Julii do Romea (O Romeo! czy jesteś na dole?), tylko bardzo konkretnych i znanych postaci, o których się dużo wie. A którzy swój związek przez długie lata ukrywali.
Listy są piękne. Skrzą się językowo, słowotwórczo, skojarzeniowo. W co drugim jest wierszyk lub piosenka. Tekst lub tekścik. Widać jednak, że poza literaturą, która pomiędzy kochankami brzmiała jak poetycka lira, byli osobowościami bardzo trudnymi, właściwie niedopasowanymi. Była to w ogóle miłość trudna. Do tego niestety znam biografię obydwojga, i ta biografia przeszkadza mi nieco w odbiorze tej poezji epistolograficznej. O ile twórcami byli na miarę największą, o tyle ludźmi... hm... takimi sobie. Przybora zniszczył życie kilku kobietom, sądząc po jego "Memuarach" nie za bardzo się tym przejmując. Agnieszka Osiecka traktowała życie lekko jak piórko, co na jej bliskich wpływało raczej destruktywnie. Sami z resztą zdają sobie z tego sprawę - piszą o tym do siebie w tych listach. 

"Bardzo Ci jest ładnie w brązowym płaszczu  i szaliku w kratkę, który odebrałeś Marcie. Masz też bardzo ładne usta, i to w tych samych miejscach, które podobają Ci się u mnie. Charakter masz nienadzwyczajny, ale z tego też jesteś do mnie podobny. Tylko że twoje wady biorą się ze słabości, a moje z lenistwa..."

"Najzabawniejsze jest to, że oboje zarzucamy sobie to samo: egoizm (o, bo ja Ciebie uważam za najpaskudniejszego egoistę ze wszystkich, jakich znam).
Kochany mój! Nie przejmuj się tym wszystkim zanadto. Dość jest przecież ważne i to, że się kochamy. A że żyjemy jak pies z kotem - no to trudno. Może to i można porównać do konfliktu mocno uwiązanego psa łańcuchowego z wrednym wędrującym kotem."

Cóż tam jednak w sumie te przeciągania łańcucha, skoro na każdej stronie tej książki piosenki. A wśród nich ta najpierwsza:

Cóż Jeremi, że jest nam tak ładnie,
któż, Jeremi, mój sekret odgadnie,
że od książąt pobladłych
wolę mężczyzn upadłych - 
o, Jeremi, czy jesteś już na dnie?
A ty jeszcze w krawacie, w binoklach,
a ja pytam, czyś kogo już okradł,
nie wymagam, byś nocą się śnił,
ale błagam, byś palił i pił
Może czasem nabierzesz ochoty
do rozróbki, do mokrej roboty?...
Ja opatrzę twe rany,
kiedy będziesz karany,
lecz ty - nosisz kalosze,
choć proszę:
O, Jeremi, rzuć rymy i składnię,
o, Jeremi niech ciebie napadnie
jakaś furia i piekło,
jakaś żądza i wściekłość - 
o, Jeremi,
czy jesteś już na dnie?
(...)

Warto było te listy upublicznić, jako piękną literaturę, ale jakoś swą ogólną wymową kłócą się z moim poglądem na świat. Czy nie za łatwo oceniam? Może to coś ze mną nie tak?


"Księga zachwytów" Filip Springer **** i pół

Obiecałem sobie nie wstawiać do tego rankingu przewodników, które czytam przed większością wyjazdów, ale właśnie łamię tę zasadę. Co prawda ten przewodnik bardziej się nadaje do czytania w domu. To zestaw ciekawych  obiektów powojennej architektury z całej Polski, która inspiruje, zaciekawia i ma coś w sobie. Porządny almanach o stu dziewięciu budynkach ze wszystkich województw, a o każdym kilkustronowy esej, ze zdjęciem zrobionym przez autora. Niestety w kilku miejscach nie zgadzam się zachwytami ze Springerem. A nawet protestuję. Ja protestuję! Moje protesty możecie przeczytać tutaj - LINK.

Książka dobra jako inspiracja, przegląd, i prowokacja do dyskusji, choć w kilku miejscach może zbyt doktrynerska. Ale za to prekursorska w swej popularyzacji współczesnej architektury, zawiera dużo ciekawych i nieznanych budynków, wartych zobaczenia. Warto też mieć ją na półce.



"Mrożek. Striptiz neurotyka" Małgorzata I. Niemczyńska. ****

Waham się. Mrożek też się w życiu wahał. To już jest nas dwóch! Waham się przy ocenie tej książki, bo na okładce obiecuje ona "nieznane oblicze wielkiego pisarza i trudnego człowieka", czego nie spełnia do końca. To oblicze znane. Natomiast sam obiekt tej biografii i jego losy są tak fascynujące, że aż skręca z ciekawości. Złapałem się w połowie książki, że z podnietą wyczekuję "co będzie dalej", jakby to była powieść fabularna, a nie opis życia pisarza. Mimo wszystko kto czytał Mrożka, jego listy do Lema, oraz karmił się choćby artykułami gazetowymi na jego temat, ten nie przeżyje zbyt wielu zaskoczeń w lekturze. Autorka może być doceniona przede wszystkim za pogłębienie wiedzy o relacjach pisarza z najważniejszymi dla niego osobami - pierwszą żoną Marią, Janem Błońskim, Adamem Włodkiem, drugą żoną Susaną. W książkę włączony jest też jeden z ostatnich wywiadów, jakiego autorce udzielił pisarz, oraz przegląd jego teczki z IPN. Obydwa, a zwłaszcza ubeckie papiery - wnoszą doprawdy niezbyt wiele. Solidna biografia. Ponieważ jednak Mrożek doczekał się już za swego życia powstania mrożkologii i mrożkoistyki teoretycznej i stosowanej, de facto większość treści tej książki leżało już na różnych talerzach. Sławomir Mrożek jest to jednak przedziwna i genialna postać, o której mogę czytać zawsze, wszystko i po wsze czasy.


sobota, 21 kwietnia 2018

Dolce vita braci Alinari

Bracia Alinari, schody na wieżę Palazzo Vecchio.


Niektórzy to mają po prostu dobrze w życiu. A jak jeszcze trochę się przyłożą, to w ogóle mają bardzo dobrze. Na przykład mają szczęście urodzić się w kraju, nad którym słońce nie zachodzi, w którym kultura kwitnie, a problemy wydają się jakieś mniejsze. To rzecz jasna iluzja człowieka patrzącego z zewnątrz, ale czymż byłby świat bez iluzji. Wszędzie dobrze gdzie nas nie ma, a stereotypy muszą być. Zwłaszcza, że są prawdziwe - każdy wie.

Niektórzy załapali się jeszcze na epokę, w której owoce wisiały jeszcze na niskich gałęziach i można je było zrywać nawet w pojedynkę, lekko ino podskakując. Nie to co dzisiaj, gdy wszystko obrane i trzeba konstruować wieloosobowo różne podnośniki i drabiny, by tych technologicznych owoców dosięgnąć. Albo programy rządowe ogłaszać, o elektromobilności na przykład. A i tak nie pomaga.
Ta wczesna epoka odkrywców technologicznych, znaczy się wiek XIX, miał coś w sobie. Dosyć fascynująca była to eksplozja innowacyjności. Do tych, którzy się właśnie załapali, należeli niewątpliwie bracia Alinari. Ta firma jest uznawana za pierwszą firmę fotograficzną świata. Fratelli Alinari, Florencja, Włochy... tfu, jakie Włochy! Włoch wtedy nie było! Wielkie Księstwo Toskanii było, pod panowaniem bocznej linii Habsburgów von Österreich-Toskana. Właśnie stłumiono tam pierwsze oznaki włoskiej zjednoczeniowej Wiosny Ludów, gdy Leopoldo Alinari postanowił uniezależnić się od dotychczasowego pracodawcy i otworzyć własny zakład, zajmujący się stricte fotografią. To był rok 1852-gi (lub 1854-ty, jak podają niektóre źródła).
Właściwy człowiek na właściwym miejscu, we właściwym czasie. Leopoldo Alinari żył szybko i umarł młodo, niczym Jimmi Hendrix. Niemniej miał szczęście urodzić się w kraju, w którym było co fotografować i trafić na epokę, która wsparła go mimochodem swą falą i wyniosła wysoko.

Dziwnym trafem wszystkie swoje kroki urlopowe kieruję do Włoch. Nie tylko ja, zapewne. Ten kraj odwiedza rocznie 48 milionów ludzi. Wyobrażacie sobie? Półtorej ludności Polski przyjeżdża tam każdego roku w odwiedziny. Nieźle, co? A połowa XIX-go wieku, to akurat początek masowej turystyki, już nie turystyki wielmożów, ale takiej, na którą załapywała się klasa średnia. Dzięki Bogu wszędzie powstają linie kolejowe, Thomas Cook zakłada swoje szacowne biuro podróży, a pan Karol Benz, zagryzając wąs, konstruuje pracowicie w swej ogródkowej szopie pierwszy samochód. Pojedyncze efekty nie przychodzą może od razu, ale skomasowane - dają gwałtowny przyrost mobilności, a dzięki bogaceniu się społeczeństw, skłaniają do zwiedzania, poznawania świata. No i przywożenia pamiątek z podróży. Pamiątka, koniecznie!


Bracia Alinari, Florencja.

wtorek, 10 kwietnia 2018

Leniwe wstrzymane, Sony się waha.




Lubię sobie od czasu do czasu dostać jakąś darmoszkę. To atawizm z lat dzieciństwa, kiedy to pisało się do jakiegoś producenta samochodów "Aj lajk very much yor products. Please send me some katalogues" i oni przysyłali, dzięki czemu na Wschodzie można było powąchać troszkę Zachodu, za sprawą błyszczących lakierem stron i pięknych zdjęć różnych wypasów. Dzisiaj wypasy na każdej witrynie sklepowej, ale katalogi mają nadal dla mnie wiele uroku. Także  katalogi firm fotograficznych, które zbieram sobie od lat. Mam nawet trochę takich z czasów analogowych. Nie dość tego - mam zachomikowane w piwnicy kilka katalogów takich firm z ery cyfrowej, które już gryzą ziemię i wąchają kwiatki od spodu - Samsunga i Minolty na przykład.

Wychodzę ze słusznej filozofii (moje słuszne poglądy na wszystko- cytat), że jest to najtańszy sposób z obcowaniem z bardzo dobrą reprodukcją fotograficzną. Zawsze w tych katalogach są jakieś efektowne, fajne i wydrukowane na dużym formacie zdjęcia, czasami zdarzają się absolutne perełki, a nawet fotografie autorów z pierwszej ligi, jak Joe McNally (Nikon), Tomasz Tomaszewski (Sony), Tomek Sikora, czy Jacek Bonecki (ex Sigma, dziś Fuji).
Kilka razy zdarzył mi się opad szczęki na widok jakiegoś zdjęcia z katalogu obiektywów, najbardziej zapamiętane to zdjęcie Tim'a Andrew z rybiego oka Nikkora. Dlaboga! Nikt nigdy wcześniej, ani później nie użył rybiego oka do panoramowania! (Panoramowanie- śledzenie ruchem aparatu ruchu fotografowanego obiektu). Co za pomysł!

Fot. Tim Andrew

Canon miał katalogi zwykle przyzwoite, ale marnie dostępne, nawet przy premierach nowości nie pojawiają się w sklepach żadne foldery. Na ogół trochę bardziej wysilają się przy modelach amatorskich. Główny impakt wydawniczy Canon kierował zawsze do wielkiego, w płótno oprawnego albumu "Canon EF lens work", którego kolejne wydania pojawiały się czasem na targach fotograficznych jako dodatek do zakupu aparatu lub obiektywu, a na co dzień był to album sprzedawany za pieniądze. Taka reklamówka za kasę. Chętni byli. Teraz wydają już bodaj XV- tą edycję III wersji tego dzieła. Starsze wydanie jest dostępne jako pdfy kolejnych rozdziałów TUTAJ. Jest to taka biblia canonowca, książka dość kusząca i obszerna, ale ciężko nazwać ją katalogiem reklamowym.

Nikon się starał bardziej - do każdego nowego modelu zawsze były wypuszczane osobne foldery, zawsze też były zbiorcze katalogi obiektywów, O ile się nie mylę, większość z nich opracowywał Marcin Górko, z którym Fotodinoza przeprowadziła kiedyś wywiad - LINK

Od czasów spowszechnienia internetu z katalogami jest coraz cieniej, każdy producent stara się na katalogach trochę oszczędzać, z resztą każdy prowadzi od zawsze swoją polską politykę katalogową - niektórzy z łaski wydrukują trzy stroniczki, a niektórzy co bardziej bibliofilscy, drukują istne biblie i kompendia. Dzisiaj to już rzadkość. Ostatnio najbardziej starają się bezlusterkowi, a lusterkowi jakby odpuszczają. Na tle ogólnego upadku sztuki kuszenia katalogami, jedna firma wyróżnia się bardzo in plus- to Sony.

Sony to ma dobrze. Produkuje telewizory, laptopy, kina domowe i telefony. Aparaty stanowią tylko jedną z części. Może sobie zatem pozwolić na wypasione salony w których leżą garściami różne katalogi. Leżą? No to bierzemy! Już tak od paru lat bierzemy, zatem na podstawie katalogów z roku 2012, 2014, 2015, 2017 możemy snuć analizy. Kim też jest Sony, i jak się czuje? 

piątek, 6 kwietnia 2018

Brzydkie zdjęcia. "Bałuty palimpsest"

fot. Maciej Rawluk. "Bałuty palimpsest"


Coś poruszyło we mnie czułe struny. Nawet nie wiedziałem że takie mam w środku. Dostałem ten album w prezencie, jest to wydawnictwo niszowe i małonakładowe, nawet numer ISBN ciężko na nim znaleźć. Album ze zdjęciami: „Bałuty palimpsest”.
Hm… Bałuty.

Bez noża nie podchodź do bałuciorza.

Czy mogę się poczuwać do bycia Bałuciarzem? Chyba mogę, w końcu całe życie tu spędziłem. Tylko jakoś zawsze się do większej ojczyzny przyznawałem, za Łodzianina się miałem, bardziej niż za mieszkańca jednej z dzielnic. Po tym albumie jakieś lokalne wątki w pamięci zostały poruszone. A jeszcze do tego wątek fotograficzny, zahaczający o filozofię fotografowania. Zasiał wątpliwości.

fot. Maciej Rawluk. "Bałuty palimpsest"

Bo to album ze zdjęciami jest. Na pierwszy rzut oka brzydkimi. Chaotycznymi. Portret dzielnicy Bałuty. Zdjęcia zrobił Maciej Rawluk. Teksty do albumu napisali Aleksandra Sumorok, Bogdan Bujała, Wojciech Wilczyk. Są to eseje i artykuły o historii Bałut, mowa w nich o getcie i powojennych planach przekształcenia dzielnicy, a świetny osobisty tekst wspomnieniowy napisał Bałuciarz Tomasz Stegliński. Opisuje swe dziecinne lata, spędzane na powolnym dążeniu do nieuchronnego upadku, z którego tylko cud mógł autora wyzwolić, ale chyba wyzwolił, skoro dane jest nam to czytać. O dzieciach półdzikich i bandyterce z honorem lub bez, o kradzieżach i niebezpiecznych eskapadach. To właśnie taki bałucki sznyt, podobny do sznytu bardziej znanej warszawskiej Pragi.
Gorsza dzielnica.
Tak tu było od zawsze. Dzielnica gorszego sortu. Najpierw wieś gorszego sortu, która strasznie długo nie była przyłączona do Łodzi, pomimo tego, że mieszkało tu kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Bieda tu mieszkała. Robotnicy, drobni rzemieślnicy, Żydzi, Polacy. W błocie niewybrukowanych ulic, wśród chatynek z drewna, bez kanalizacji i wody. W bieda- kamienicach, w ciasnocie i nieustannym ruchu. Wszystko chaotyczne, samorodne i mało zaplanowane. Tak jak i na warszawskiej Pradze życie toczyło się na ulicach, bo w skromnych mieszkankach ciężko było wytrzymać. Tu był świat pariasów i armatniego mięsa dla fabrycznego miasta.

fot. Maciej Rawluk. "Bałuty palimpsest"

Pradziadkowie od strony Taty mieszkali przy Bałuckim Rynku, w kamienicy w pobliżu kina "Świt". Z opowieści dziadka zapamiętałem obraz żydowskiego wesela, dziejącego się gdzieś obok w sąsiedztwie, którego rozochoceni uczestnicy hurmem wyszli na balkon pierwszego piętra. Niestety balkon nie wytrzymał... Podobno było to przed wojną sławne na Bałutach wydarzenie.

piątek, 30 marca 2018

Życzenia


Poezja potrzebna?



- Baco, potrzebne wam drewno?
- Niiiii.
Rano się baca budzi - nie ma drewna.

Padło pytanie - czy poezja jest jeszcze potrzebna. Padło, no to trzeba odpowiedzieć. Ostrzegę, że będzie to odpowiedź laicka, to znaczy odpowiedź kompletnego laika. Za to szczera. A co tam. No i jeszcze będzie to odpowiedź osobista.

Drzewka nie wziąłem, choć rozdawali do tomików poetyckich. Ale drzewek u mnie nadmiar. Wyrżnąć trzeba, a nie sadzić. Samą poezję wziąłem. Tanio, bo po pięć złotych, sprzedawał poezję Łódzki Dom Kultury w Światowym Dniu Poezji, dodając do każdej książki sadzonki drzewek za darmo. Ale ja lubię przesadzać tylko w felietonach.

Pierwsze pytanie pomocnicze. Czy ta poezja jeszcze w ogóle jest? Odpowiedź pomocnicza - chyba nie ma. Nie ma czegoś takiego jak poezja i rozmyślania o poezji w dyskursie głównego nurtu. Mało kto pisze o poezjach, nikt nie podnieca się i na czynniki pierwsze nie rozkłada, nie analizuje i nie syntetyzuje. Poetów też prawie nie ma. A nie, sorry, jest dwóch - Wojciech Wencel i Jarosław Marek Rymkiewicz. O nich się słyszy czasami. Nawet prezydent do kanonu czytelniczego wstawił. I kto jeszcze jest? Nobliści. Nobliści są. Można się nimi chwalić tu i tam, albo tu i tam ganić. Za to poezji tych poetów nie ma. Ludzie są, poezji brak.
Sądząc po tych symptomach poezji nie ma, bo jest potrzebna do czegoś zupełnie innego niż się powszechnie uważa. A przynajmniej nie do tego, do czego sądzą że jest potrzebna poeci.

A czy kiedyś była potrzebna?
O, kiedyś tak. Kiedyś niosła pod strzechy kaganek oświaty, odpowiednie dawała rzeczy słowo i krzepiła serca, umysły rozpalała. Była cytowana i recytowana. Na samizdatach drukowana, przemycana z zagranic, dzieciom powtarzana. Ale dzisiaj? Dzisiaj kredyt we frankach, "Taniec z gwiazdami", pispeo, mundial, Chmurka się przejęzyczyła, jaja nie do wytrzymania - to są tematy dnia.

A jak się głębiej zastanowić to ta kiedysiejsza potrzebność poezji, to jest przy okazji jej przekleństwo. Bo poezję zwyczajowo używa się do takich rzeczy - jak rozbiory są, okupacja, albo jak trzeba pałką po głowie oponenta walić, to poezja nagle nabiera ona znaczenia. Na pierwszej stronie gazet jest z nienawiścią... tfu, przeciw nienawiści drukowana, albo mówi, że to co się podzieliło to już się nie sklei.
To wszystko przez tych dziewiętnastowiecznych pozytywistów. Poezja nie przebija się  dzisiaj jako dziedzina sztuki, tylko jako propaganda. Nie ma wolnej poezji, tylko ta zaprzężona do zaprzęgu i w obroży. Ta trafia. Może nawet w radiu o niej powiedzą.

To znaczy jest, jest oczywiście i ta wolna, tylko kto jeszcze czyta do poduszki wiersze? Ja nie czytam. No dobra, czytam od przedwczoraj, od Światowego Dnia Poezji. Kiedyś czytałem. Może za dobrze nam dzisiaj? Za wygodnie, żeby poezja się przydawała?

Czy istnieje w ogóle poezja dobrobytu?

Czytaj całość na SNG Kultura - LINK

środa, 21 marca 2018

Poza Magnum. Bogdan Dziworski „f/5,6”




Wszystko przez Cartier- Bressona. Niech go cholera! Wszystko przez to, że Bresson miał oprócz fotografii spore doświadczenia z filmem. W 1936 współreżyserował „Życie należy do nas” („La vie est à nous”), film pod egidą Komunistycznej Partii Francji, później „Hiszpania będzie żyć” o wojnie domowej. Gdyby nie to, pewnie dwadzieścia lat później doradziłby Bogdanowi Dziworskiemu żeby zajął się koniecznie fotografią i, jako jedyny Polak, wstąpił do agencji Magnum.
A tak – napisał mu, że film to też jest świetne medium. Bogdan Dziworski został filmowcem dokumentalistą. I nie żałuje.
Ja żałuję.
Nie widziałem na oczy powyższych filmów Cartier- Bressona. Ale za to widziałem wystawę świetnych zdjęć Bogdana Dziworskiego w łódzkim Muzeum Kinematografii.

Dawno się tyle nie nauśmiechałem do siebie. Na wszystkich tych zdjęciach – Człowiek. Przez duże „C”. Pan fotograf ma wspaniały talent do łapania interakcji międzyludzkich jak motyli w siatkę. A przy tym głaszcze ich z czułością, patrzy na ludzi z sentymentem. Bardzo to bresonowskie, bardzo humanistyczne, pięknie złapane w momencie decydującym. Miłe jest też to, że widać na zdjęciach Dziworskiego taką starą fajną Polskę, której już nie ma, pomimo że wielu nadal ją pamięta.

Co by tu nie mówić – za komuny byłem jednak młodszy.
Krzysztof Gol

Pięknie zanurzyć się nie tylko w świetne zdjęcia, ale i w przeszły czas lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Ze zdjęć Dziworskiego bije taki nieistniejący, przeszły sznyt. Trudno to określić. Na tych fotografiach są, oprócz złapanych momentów kluczowych, także pewne nieistniejące typy, nieistniejące dzisiaj międzyludzkie sytuacje. Zapytany autor mówi o tym tak:
Kiedy patrzę na te fotografie, to nawet jeśli zdjęcie jest niedoskonałe, "robią" je te gęby, te fryzury, te kostiumy. Już w tym jest poezja. Ja nawet starałem się teraz zrobić podobne rzeczy, ale nie wyszło już tak dobrze. Wie pani, kiedyś była inna atmosfera. Jak dawniej szła orkiestra dęta przez dzielnicę, to dla wszystkich było to wydarzenie, wszyscy gromadzili się wokół i to przeżywali. Dziś orkiestra między występami disco polo a plenerowymi koncertami już tak nie działa, jesteśmy zblazowani. Ludzie nawet inaczej się poruszają niż kiedyś, wszystko jest takie wystudiowane, gibają się, naśladując obrazki z teledysków. Dawniej tego nie było, życie biegło wolniej, więcej jakiejś refleksyjności, zadumy w tym było.

Na fotografiach Dziworskiego widać często emocje, interakcje, tu spotykają się tęskniące spojrzenia i wymowne gesty, które rozumiemy bez słów, jak na niemym filmie rysunkowym. Zauważam, że często brakuje tego w dzisiejszym popularnym nurcie streetfoto, gdzie nacisk położony jest na kadr, dziwność, zaskoczenie, a naturalnych odruchów i obserwacji ludzi jest niewiele. Niewiele jest, mimo wszystko, wyczulenia na człowieka.





Myślę, że będzie z tym coraz gorzej. W czasach fotografowanych przez Bogdana Dziworskiego można było co najwyżej po mordzie zarobić, za podglądanie obiektywem postronnych przechodniów. Jak mówi sam fotograf - parę razy po mordzie dostał. Warto było! Dzisiaj niestety, obicie fizjonomii nie będzie najgorszym, co spotka wścibskiego reportera. Grozi mu coś znacznie, znacznie gorszego – proces, za naruszenie tych czy innych praw. Policja, sądy, adwokaci, grzywny, paragrafy, togi i łańcuchy z orłem białym. Palec odruchowo cofa się ze spustu migawki...

piątek, 16 marca 2018

Po co? Molier i Bond w Bukowinie.




Po co się w ogóle pisze? Na pierwszy rzut oka – nie wiadomo. Może i tam niektórzy dla kasy piszą. Niektórzy piszą dla potomności.

Młodzież pobiła w Warszawie człowieka
Miał okulary, kiepsko uciekał.
Poeci piszą dla potomności
Potomność łamie poetom kości.
Krzysztof Gol.

Dla sławy też niektórzy piszą. Dla popularki i fotografowania się na ściankach sponsorskich. Niektórzy piszą dla Sprawy i Idei. Ja jakoś nie. Niektórzy piszą, bo im, na przykład, redaktor naczelny każe. Ale redaktor Grobliński cicho siedzi, nic nie każe. Komfort. A jednak się coś pisze.
Trzeba było dopiero pojechać do Bukowiny Tatrzańskiej żeby ten temat zgłębić.






Bukowinę się zna od dawna. Cała Polska ją zna, jako jedną z najwyżej położonych wsi w kraju. Miłością ślepą (troszkę platoniczną) się pokochało Bukowinę po lekturze książki „Sklep potrzeb kulturalnych” Antoniego Kroha, który warszawiakiem będąc, spędził w Bukownie całe dzieciństwo, a potem mu już tak zostało. Skończył etnografię i został badaczem i zgłębiaczem i wiercicielem na wskroś kultury podhalańskiej. Był dyrektorem Muzeum Tatrzańskiego w Zakopanem i Muzeum Okręgowego w Nowym Sączu. Tak naprawdę to on odkrył dla Polski Łemków, organizując pierwszą wystawę o ich kulturze, sztuce i historii. Nie była to jedyna epokowa wystawa jaką zorganizował, drugą, która odbiła się szerokim echem była „Duchy epoki. Czyli pierwsza wojna światowa trwa do dziś”, ponieważ Antonii Kroh jeździ na różnych konikach, a jednym z nich są Cesarsko Królewskie Austro- Węgry. Napisał o tym całą wspaniałą księgę „O Szwejku i o nas”, samego „Szwejka” także tłumaczył i opatrywał przypisami. Zajmował się sztuką ludową, był kuratorem konkursów, wyszukiwał ludowych twórców jak współczesny Oskar Kolberg.

Ale przede wszystkim – jak ten Antonii Kroh pisze!

To jest wspaniale gawędziarskie, dygresyjne, ironiczne, bystre, czasem złośliwe. Erudycyjne do głębi. Ten pan przegryzł się przez całą historię góralszczyzny na wylot. Dzięki niemu i jego książkom można uświadomić sobie, że kultura podhalańska, jaką dziś oglądamy jest wielkim konglomeratem pełnym paradoksów. Składa się na nią żywa kultura wiejska i pierwotna, ale też dużą jej część stanowi projekcja różnych chciejstw wszelkiej maści XIX i XX wiecznych etnografów, miłośników ludu i wielbicieli „prawdziwej góralszczyzny”, jeszcze prawdziwszej niż ta prawdziwa. Kultura ta, w aktualnej formie i prezencji jest tak naprawdę stosunkowo późna, a na pewno mocno przetworzona w stosunku do tego co się na Podhalu działo jeszcze w XVIII wieku.

W XVIII wieku, proszę państwa, do Bukowiny Tatrzańskiej nie prowadziła nawet ŻADNA droga. Była to górska bieda- wioska pod silnym pańszczyźnianym uciskiem, a jeszcze do swoich panów wyjątkowo nie miała szczęścia. Starosta Michał Komorowski, trzymający w garści całe nowotarskie Podhale wsławił się tym, że łamał prawo, ściągając od chłopów nienależne daniny. Nawet te wskazane prawem nie były lekkie. Proszę bardzo, oto co musiał zapłacić rocznie posiadacz ziemi w Bukowinie:

środa, 14 marca 2018

Zachwyt nie do końca. "Księga zachwytów" Filip Springer



Współczesna architektura w Polsce leży i kwiczy? Dworki polskie, przeplatane zamiennie klocem polskim i blaszakiem marki Biedronka, szczeliny zatkane banerami reklamowymi? Może i tak. Niektórzy tak twierdzą. Ale z pewnością nie cała architektura. Ta książka postawiła za swoje zadanie przekonać nas, że da się w wielu miejscach zachwycić współczesną architekturą. A współczesną, oznacza w ujęciu Filipa Springera – powojenną.

To zestaw ciekawych (ciekawych według autora - zauważę z leciutkim przekąsem) obiektów architektury z całej Polski, która inspiruje, zaciekawia i ma coś w sobie. Porządny, cegłowaty almanach o stu dziewięciu budynkach ze wszystkich województw, a o każdym kilkustronowy esej, okraszony dobrym zdjęciem, lub dwoma. Troszkę jest to typ przewodnika, przy tym troszkę zbiór felietonów krytycznych i objaśniających. Niekiedy okraszonych anegdotkami o architektach. Przelatujemy rzutem oka przez całą Polskę, choć jak sam napisał autor "Chcąc zachować przewodnikowy charakter publikacji, starałem się znaleźć ciekawe realizacje we wszystkich województwach. To okazało się najtrudniejsze, architektoniczna mapa Polski odsłania bowiem smutną prawdę o nierównomiernej modernizacji naszego kraju. (...) na uboczu pozostawały Warmia i Mazury, ziemia lubuska, czy Podkarpacie - tutaj wybór był o wiele bardziej ograniczony." Należałoby zatem specjalnie docenić wysiłek autora, który przesiał liczne warszawskie realizacje, ale też wyszperał ciekawe współczesne budynki w mniejszych miejscowościach jak Konin, Rakownia czy Kielce.
Bardzo dobra książka dla miłośników architektury, zwłaszcza modernistycznej, i tych którzy lubią zwiedzać rzeczy nieoczywiste. Czyli dla mnie. Niestety w kilku miejscach nie zgadzam się zachwytami z autorem. A nawet protestuję. Ja protestuję!
Filip Springer wyrósł na najbardziej znanego krytyka architektury w Polsce, dzięki swoim książkom jest tak naprawdę znacznie bardziej znany, niż architekci których dzieła opisuje. Jego "Miedziankę. Historię znikania" i "Wannę z kolumnadą" przeczytałem z uwielbieniem i ukontentowaniem. Niestety, albo zauważam dziś więcej, albo stałem się bardziej zgryźliwy - w "Księdze zachwytów" dostrzegam pewien nowy, niezbyt miły ton Springera. Ton mentorski. Nie jest to już kapuścińskie wycofanie reportera, nie jest to zaciekawienie zjawiskiem, socjologiczne szukanie genezy. To już wykłady prosto z katedry. Oczywiście autor jest prawdziwym specjalistą w swej dziedzinie, dziesięć razy większym niż ja, z wymienionych w "Księdze zachwytów" budynków nie widziałem na żywo nawet 20%. Po prostu wcześniejsze, bardziej nieśmiałe wydanie autora jakoś bardziej mi pasowało.
Springer kocha modernizm. Ja go nie kocham (modernizm, nie Springera), choć szanuję. Dlatego zauważam, że specjalista od czasu do czasu traci głowę dla swojego ulubionego konika i opieprzając jednych za przewiny, nie dostrzega tych przewin u swoich ulubieńców. Krytycznym obiektem w tej książce jest dla mnie akademik „Karolek” w Poznaniu, autorstwa Front Architects. Autor nie szczędzi mu swoich zachwytów, docenia i chwali. Chwali za „zabawę kolorem”.
Może powinienem najpierw pojechać obejrzeć ten budynek na żywo, a potem pisać kontrrecenzje, ale cóż – zrobię to przy najbliższej okazji. A na razie stwierdzę, że ów prosty, graniasty obiekt, z pokolorowanymi międzyokniami, na pierwszy rzut oka jest taką samą „zabawą kolorem” jak gierkowskie termomodernizowane osiedla z wielkiej płyty.
Z pewnością bardziej funkcjonalny. Ale od zewnątrz- nie widać wielkiej różnicy.
Czemu Filip Springer ów budynek chwali i umieszcza w swej „Księdze”, a bloki na Retkini nazywa „pastelozą” i potępia w czambuł? Nie rozumiem. A autor mi tego nie wyjaśnia.
Ten obiekt z almanachu Springera budzi moje największe zwątpienie.  Jest takich kilka. Między innymi Collegium Novum w Poznaniu, projekt z lat 70-tych Sternala, Skupniewicza i Milewskiego, Moderna bo moderna. Ale żeby zaraz się tak na kolanach?

Ja, na kolana padłszy, zaraz tyż prędko poszedłem.

Czytaj całość na SNG Kultura - LINK


poniedziałek, 12 marca 2018

Co nas kręci, co nas podnieca.




Na ławeczce

Na początku podobały mi się wszystkie kobiety: grube, chude, starsze, młodsze, blondynki, brunetki. Potem zacząłem trochę przebierać- raczej młodsze, raczej blondynki niż brunetki, a najlepiej szatynki, szczupłe, ale nie kościste. Jeszcze później zacząłem gustować w przyćmionych lampkach, cichej muzyce, cienkiej bieliźnie i dwóch kieliszkach dobrego wina na stoliku. Myślałem, że mi się smak coraz bardziej sublimuje, a to były początki impotencji…
                     Wisława Szymborska, z serii Podsłuchańce.


A mnie podnieca kafelek od pieca.
Kiedyś podniecało mnie wszystko. Teraz zauważam sublimację. Kiedyś dyszałem na widok dowolnego nowego obiektywu. Teraz poznałem swe gusta do głębi i już wreszcie ustaliłem kryteria wewnętrznego rankingu. Kryteria podniety są następujące:
-to co jasne
-to co szerokie
-to co tanie.
Jak wiadomo wszystkie te kryteria razem są nie do pogodzenia, tak jak samochód dobry, ładny i tani. Trzeba kupić trzy.
A jak już dwa naraz kryteria są spełnione, to już w ogóle ekstaza. Udręka i ekstaza.

Na szczęście i o dziwo wybór w każdej z tych dziedzin się poprawia. Nawet w tej ostatniej, znaczy się taniości. Nie zapomnieli jeszcze producenci o tych najmniej podnieconych, bo mniej zamożnych. Ostatnio pisało się o takim tanim sprzęcie, w postaci Yongnuo 100/2 – LINK. Nie był ci on super, ale też nie był do niczego. Był pośrodku. Za to tani.
Taniość jest rzeczą względną. Dla niektórych tanio, to będzie 5,5 tysiąca za nową Sigmę 14-24/2,8– na przykład dla Foto-Nieobiektywnego. Ja wiem, że to cholernie zaawansowane szkło i że tańsze niż mniej więcej odpowiadające mu sprzęty innych marek. No, ale jakoś tak mi się to drogo widzi. Nie poradzę. Może i dobra cena, ale wysoka. Ja jednak w zaostrzaniu swoich kryteriów doszedłem do ekstremum. Ma być bardzo jasno, ma być bardzo szeroko i ma być bardzo tanio. Ma być podniecająco.

No to teraz o czym myślą kobiety? O czym mówią faceci? O czym szumią wierzby? W kryterium jasności oczywiście o Sigmach, bo Sigma ostatnio bardzo dba o to, żeby być w czołówce wyścigu. Żeby wyprzedzać lewym pasem. Po pierwsze więc primo obiektyw 105mm ze światłem 1,4. No niby nie jest to takie super ekstremum, Nikon ma podobny Canon ma 85/1,4, ale jednak. Sigma jest o pięć milimetrów dłuższa od Nikona, piętnaście dwadzieścia milimetrów dłuższa od Canona i nie ma stabilizacji (którą ma Canon). No i do tego ma coś, co dla obiektywów jest jak potężny spoiler na Subaru Imprezie - mocowanie statywowe. W tej dziedzinie jest najprawdopodobniej najkrótszym teleobiektywem w którym takie coś zastosowano. Brak stabilizacji oznacza też jedno – ma szansę być tańsza niż konkurenci. Patrz – punkt trzeci podniet.


Następny obiektyw łączy aż dwie cechy z tych podniecających. Jest superjasny i superszeroki. To Sigma 14/1,8. W dziedzinie szerokości dość blisko ekstremum, w dziedzinie jasności – ekstremum niepobite. Nigdy nie było tak jasnego obiektywu o takiej ogniskowej. Bije on na głowę wszystko co było do tej pory. Ekstremalnie szerokie szkło, które daje małą głębię ostrości – to jest jednak coś. Trzeba kiedyś tego popróbować.

wtorek, 6 marca 2018

Ranking książek przeczytanych III (grudzień - luty)

Pewne rzeczy się przeczytało. Rzeczy, że nikt nie zaprzeczy. Jak napisał autor jednej z recenzowanych książek: 

- Właściwie po co ci Leskow?
- Naprawdę chcesz wiedzieć?
 Sama nie wiem, ale skoro go dla ciebie wynalazłam i przywiozłam tutaj...
- Okej. Wiesz, większość moich znajomych biega
- Ja też biegam – Znowu się skrzywiła.
- No właśnie, biegają, chodzą na siłownię (…). Uwierzyli że można wypocić te lata. Więc ja też któregoś dnia wstałem, włożyłem specjalne buty i pobiegłem. Po dwudziestu minutach byłem w domu (…) oczywiście miałem zadyszkę, wszystko mnie bolało, ale przede wszystkim czułem się jak kretyn, wiesz, jakbym uwierzył, że każdy kilometr to minus jeden dzień w metryce. Przecież to głupie.
- No dobra. Gdzie tu Leskow?
- No więc niedawno zorientowałem się, że nie będę już sprawniejszy, przystojniejszy, ani młodszy. Mogę tylko więcej wiedzieć. Doczytać to, czego nie doczytałem. Domądrzyć się czymś...”


Skala sześciogwiazdkowa:

****** – Tusku, musisz!
***** – bardzo dobra, wysoka satysfakcja.
**** – dobra, warta przeczytania.
*** – może być, ale może też nie być.
** – słabo, jest słabo.

* – w ogóle nic ni ma.

"Kaprysik" Mariusz Szczygieł ****

Teoretycznie są to reportaże z natury kobiece. Ale to reportaże o człowieku w ogóle. Każdy w bardzo różny sposób ratuje się przed pustką istnienia - o tym jest najwięcej części tej książki. Czasem w sposób twórczy robiąc zdjęcia, czasem księgując całe swoje życie w notatnikach, czasem pisząc listy. Lub listę (na przykład listę przeczytanych książek). Ciekawe, dające do myślenia i jak zwykle u Szczygła - fajnie ujęte. Są tu też trudne kwestie polsko - żydowskie, choć ostatni, najobszerniejszy w książce reportaż o tym temacie jest najbardziej powierzchowny - chciałoby się wniknąć głębiej.
Zarzutem do tej książki może być to, że wszystkie reportaże ukazały się wcześniej w magazynie Gazety Wyborczej - na szczęście nie wszystkie czytałem. Te (smaczne) odgrzewane kotlety ośmielają mnie przy okazji do pomysłu na własną książkę zrobioną z fragmentów Fotodinozy. Jak wszyscy - to wszyscy. Babcia też (cytat).


"Szybciej, wyżej, dalej. Skandale Volkswagena" Jack Ewing **** (dla motoryzacyjnych świrów: *****)

Dziennikarskie śledztwo. Bardzo ciekawe, zwłaszcza dla tych, którzy interesują się motoryzacją i przemysłem, napisane przystępnie, żywo i trzymające w napięciu. Dostajemy też dość szczegółową historię firmy, a zważywszy że jest to firma założona przez dwóch bardzo sławnych ludzi - znanego konstruktora Ferdinanda Porsche i znanego destruktora Adolfa Hitlera - jest tam mnóstwo zwrotów akcji i dość niezwykłych zdarzeń, rzutujących, o dziwo, na dzień dzisiejszy koncernu. 

Afera dieslowska Volkswagena, o której było niedawno głośno, z wielu powodów nie chce się mieścić w głowie. Koncern ów był tym, który nakręcał do maksimum trendy ekologiczne w Stanach (bardziej niż Toyota), promował się jako zbawca środowiska naturalnego, a w tym samym czasie wyprodukował 11 milionów aut, które czterdziestokrotnie przekraczały normy emisji toksycznych tlenków azotu - tyle tylko że na drogach. Bo w testach Volkswagen wypadał świetnie za sprawą oszukującego testerów oprogramowania silnika. Książka ta daje też ciekawy obraz zupełnie różnych systemów prawnych panujących w Europie i USA. I między wierszami zwraca uwagę, że źle napisane, lub nieegzekwowane prawo daje horrendalne efekty w zetknięciu z wielką korporacją. Włos się jeży. Taki na przykład Jeep Cherokee z silnikiem diesla, w Europie poniżej +20 ºC wyłącza W OGÓLE kontrolę emisji spalin. Ów Jeep motywuje to europejskim prawem które mówi, że w niskich temperaturach kontrola emisji może być czasowo wyłączana dla ochrony silnika. Tylko nie mówi w jak niskich.
Po tej książce raczej nie kupię już diesla.


"Łódź 370. Śmierć na Morzu Śródziemnym" Annah Björk, Mattias Beijimo
***

Długo myślałem jak podsumować tę książkę. Przy okazji należałoby podsumować swój stosunek do uchodźców i kryzysu emigracyjnego... Na początek takie streszczenie - "Łódź 370" to głównie wyraz bezradności. Bezradności sytego Europejczyka, który chciałby żeby wszyscy-byli-zawsze-szczęśliwi, ale w zetknięciu z geopolityką nie pozostaje mu nic, poza pisaniem na transparentach "refugees welcome". To reportaż odkrywający prawdy znane. Uchodźcy płyną wszelkimi sposobami do Unii Europejskiej. Przemytnicy zarabiają na tym krocie. Ludzie toną w morzu. Unia, ani Turcja z której wyruszają nie robią zbyt wiele. Cokolwiek zrobisz, szeregowy syty Europejczyku i tak będzie zawracaniem wykałaczką Wisły, kroplą w morzu.
Motywacje emigrantów są znane - chcą do lepszego świata, chcą uciec ode złego. Są gotowi zapłacić za to wysoką, najwyższą cenę. Syty Europejczyk nie może na to patrzeć i robi co może. Ale może niewiele.
Reportaż ten jest po części naiwny, młoda, mało doświadczona dziennikarka ze Szwecji daje co chwila dowody swojej amatorskiej bezmyślności (w moim mniemaniu, np. używając non stop lokalizatora w iphonie i poruszając się w nielegalnych strefach, przechowując wszystkie dane w swej komórce, nie szukając także wcześniej pomocnych kontaktów na miejscu), ale daje to też pewien świeży efekt patrzenia na zdarzenia własnymi oczami czytelnika - amatora.
Czy ta emocjonalno- reporterska książka coś zmieni? Czy mniej ludzi będzie tonąć na Morzu Śródziemnym? Czy pociągający za globalne sznurki zrobią coś z tym?
Nie.





"Obłęd 44" Piotr Zychowicz ******

Zastanawiałem się nad tymi sześcioma gwiazdkami. Ale jednak tak. To bardzo ważna książka. Mimo tabloidowego, obrazoburczego tytułu.
Krytyka Powstania Warszawskiego zaczęła się jeszcze przed samym Powstaniem i trwa do dziś. Wiele powstało już książek na ten temat - sam czytałem kilka - Jana Nowaka Jeziorańskiego, Władysława Andersa, Stanisława Jankowskiego. Niemniej ocena Powstania i końca II Wojny Światowej ukształtowała się przede wszystkim pod wpływem osób które gloryfikują je i usprawiedliwiają. Ksiązka Zychowicza wykazuje jednak, że nie ma usprawiedliwień. Jest to pierwsza logiczna analiza działania Polski przed, w trakcie i po Powstaniu, napisana w sposób popularny, przystępny i bardzo żywy, rozpatrująca wszelkie warianty postępowania, wiedzę jaką mieli dowódcy, sytuację geopolityczną. Czytałem już wiele krytyk tej książki w różnych gazetach, zarzucających Zychowiczowi niekompetencję (nie jest historykiem), oraz dążenie do sensacji. Niestety nigdzie nie spotkałem zarzutów dotyczących logiki jego wywodu. A to jest właśnie główną siłą "Obłędu". Powstania nie dało się nijak wygrać. W imię przegranej z góry walki poświęciliśmy 200 tysięcy ludzi, całą stolicę i masę kulturowego dziedzictwa. Warto się nad tym zastanawiać.


Czytaj całość (15 książek) na SNG Kultura - LINK