sobota, 18 sierpnia 2018

Aparat, który zmieni historię.



8 czerwca 1924 roku o świcie George Leigh Mallory i jego towarzysz Andrew Irvine, ubrani w grube swetry z szetlandzkiej wełny, wiatroodporne kurtki Burberry i motocyklowe czapki uszanki podbite króliczym futrem, oraz gogle z maskami zakrywającymi twarz aż po brodę ruszyli z obozu na wysokości 7020 metrów zdobywać Mount Everest północno wschodnią granią. Wyposażeni w czekany, wysokościomierz, latarki i ciężkie butle z tlenem spodziewali się wrócić późną nocą jako pierwsi zdobywcy najwyższego szczytu świata. W kieszeni Irvine'a spoczywał prawdopodobnie mały składany Kodak Vest Pocket z załadowanym filmem.

Dzień wcześniej Mallory przez tragarzy wysłał wiadomość napisaną na kartce do Noela Odella czekającego w obozie IV, że zamierza ruszać następnego dnia wczesnym rankiem i spodziewa się, że w okolicach 8 rano dotrze pod tzw "drugi stopień", formację skalną markującą wejście na północno wschodniej grani. Było to zalecenie do obserwacji ich wspinaczki, a obserwacja miała stanowić potwierdzenie sukcesu.

*****

Everest stał się świętym gralem wspinaczy, od początku XX wieku, kiedy to rozpoczęły się pierwsze wyprawy himalajskie. Już 50 lat wcześniej teodolitem z odległości 150 km zmierzono jego wysokość, ustalając, że jest najwyższą górą świata. Brytyjczycy, naród który oprócz krajów alpejskich chyba najbardziej przyczynili się do rozwoju wspinaczki wysokogórskiej, mieli tę przewagę, że Czomolungma, jak wtedy zwano najwyższy szczyt, leżała w granicach ich posiadłości kolonialnych. W latach dwudziestych Everst stał się jednym z celów najbardziej zdeterminowanych odkrywców, uznawano go za "trzeci biegun ziemi", i rozpoczęto szeroko zakrojone wyprawy mające zdobyć ów mityczny wierzchołek. Pierwsza zorganizowana ekspedycja ruszyła w 1921 roku, dotarła na wysokość 6990 metrów. Kolejna w 1922 (aż do 8300m) i następna, opisywana tu - w 1924 roku. Wszystkie te wyprawy okupione były śmiertelnymi ofiarami ze względu na olbrzymią wysokość oraz lawiny. I we wszystkich nich brał udział George Leigh Mallory.

Pierwsza wyprawa z 1921 roku. George Mallory siedzi pierwszy od lewej


Do lat nam współczesnych wyprawy himalajskie odbywały się zawsze w stylu oblężniczym, wynajmowano szerpów, przenoszono w góry masy towarów i stawiano namioty w bazie i wysuniętych obozach. Brytyjczycy zorganizowali to w sposób wojskowy i traktowali zdobycie szczytu (oprócz równie istotnej warstwy mistycznej) tak jak cel wojenny. Nie było to wcale osobliwe, zważywszy, że wielu z uczestników wypraw zdobywało swoje szlify w okopach I wojny światowej. Ten sposób działania utrwalił się na kilkadziesiąt lat.

Niemniej, himalaizm, choć zorganizowany wojskowo, zawsze opierał się na barkach pojedynczych osób, zależał od ich determinacji, doświadczenia, umiejętności wspinaczkowych i umiejętności oceny ryzyka. W 1924 roku na wysuniętej szpicy obozu V liczyli na sukces dwaj wyjątkowi wspinacze - Mallory i Irvine.



Mallory był z zawodu nauczycielem historii, po studiach na Cambridge, synem duchownego anglikańskiego. Zaczynał swoje wspinaczki w Alpach, początkowo bez wielkich sukcesów, ale zdobywając coraz więcej doświadczenia w 1911 roku pokonał Mont Blanc. W 1913 wytyczył bez asekuracji drogę na Pilar Rocks, znaną jako Droga Mallory'ego, która jest uznawana do dziś za najtrudniejsze przejście wspinaczkowe w Wielkiej Brytanii. 
W 1915 roku został powołany do wojska i wziął udział w bitwie pod Sommą, jako podporucznik. Po wojnie zaangażował się w wyprawy na Everest, zrezygnował z pracy z zamiarem dołączenia do pierwszej ekspedycji i utrzymywania się z artykułów i korespondencji, co mu się w dużym stopniu udało.
Pierwsza wyprawa odbywszy szereg rekonesansów sporządziła mapy terenu i odkryła najdogodniejszą drogę pod Everest od strony tybetańskiej, przez lodowiec Rongbuk i płaską dolinę zwaną Zachodnim Cwm (tak nazwał ją z walijska Mallory). Kolejna wyprawa z 1922 roku dotarła do samej grani góry, a Mallory wraz z dwoma towarzyszami osiagnęli bez użycia butli tlenowych (wtedy uznawanych za mało elegancki doping) aż na 8225 metrów, zapadający zmrok zmusił ich do odwrotu. Co lepsza, drugi rzut wspinaczy, tym razem wyposażony w butle osiągnął jeszcze sto metrów więcej, do tego zrobił to w znacznie szybszym tempie, co skłoniło Malloryego do zrewidowania poglądów na użycie tlenu.
W 1923 roku udzielał wywiadu dziennikarzowi New York Timesa, który zapytał go po co w ogóle chce wspiąć się na Mount Everest. Jego odpowiedź przeszła do historii, jako najważniejsze słowa w dziejach alpinizmu: "Bo on tam jest" ("Because it is there").

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Pędem przeleciawszy etnologa.



Pędem zwiedzając skansen we Wdzydzach - LINK, w pewnym momencie coś złapało mnie za kołnierz i nie chciało puścić.
To były zdjęcia.
Po dobrej półgodzinie oglądania trzeba mnie było końmi z tej wystawy wyciągać, co było o tyle łatwe, że zwiedzanie odbywało się w warunkach wiejskich. Nawet kuźnia tam była, żeby podkuć, w razie czego.
Tam wisiały zdjęcia, których trudno było oczekiwać, a nawet trudno było w nie uwierzyć. Krótko mówiąc - były to reporterskie zdjęcia z Kaszub anno domini 1900. Jakie widzieliście dotąd reporterskie zdjęcia z przełomu wieków z zabitej dechami wsi na polskich terenach? Wsi znanej z tego, że psy szczekają tam tylną częścią ciała? Z Afryki - no to może i owszem. Z miasta przemysłowego, jak najbardziej - sam o nich pisałem swego czasu - LINK. Ale nie z wiochy. Jedyne zdjęcia z wiochy jakie się na wsi oglądało na przełomie wieków, to były ślubne monidła na których para młoda siedząc jak w szkółce niedzielnej pozowała fotografowi. Jedyne zdjęcie robione w życiu.
Zdjęcia reporterskie ze wsi, a tak, owszem. Zofia Chomętowska, jej jeziorowo szuwarowe Polesie (opisywane już TUTAJ), Louise Arner Boyd ze swoimi aparatami przemierzająca polskie tereny. Tak. Ale to było dwadzieścia - trzydzieści lat później, kiedy w powszechnym użyciu była już nie tylko taśma filmowa, ale i aparaty, które dało się schować do kieszeni.

Weszliśmy we Wdzydzach do stodoły, a tam fantastyczne zdjęcia. Naprawdę fantastyczne, kompozycyjnie, tematycznie i jakościowo. Mogę Wam je w pokazać w zaledwie mikroskopijnej części, sporo można obejrzeć sobie w Instytucie Herdera– TUTAJ. Zdjęcia przedstawiają życie i pracę w majątku Alexandra Treichela, zostały zrobione na jego zlecenie, przez zięcia - Bernharda Hagena. Hagen w ogóle nie był i nie jest znany jako fotograf. Był z wykształcenia lekarzem, z zamiłowania zajmował się antropologią. Nauczył się robić zdjęcia jako ceniony naukowiec, wieloletni badacz Sumatry i Nowej Gwinei. Czytając nawet jego biogram w niemieckiej Wikipedii nie dowiemy się niczego o jego fotografiach. Tymczasem w okolicach 1900 roku został zaproszony do teścia na Kaszuby, by wioskę Hoch Paleschken (dziś Wilcze Błota, ale po 1945 miejscowość nazywała się Wysokie Polaszki) potraktować jako obiekt egzotyczny niczym Nową Gwineę i sfotografować w detalach.
Fotografie zostały wykonane na szklanych płytach, zatem jakimś potężnym wielkoformatowcem. Chwała Hagenowi za to, że chciało mu się go nosić.
Pomysł wyszedł od Alexandra Treichela. Był to chłop nieprzeciętny. Widać to nawet ze zdjęć. Malownicza i fotogeniczna brodata i siwa gęba, o wnikliwym spojrzeniu, ubrany w coś w rodzaju chałatu, a czasami z fezem - toczkiem na turecką modłę na głowie. Od razu widać, że był to niezły gość.




poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Narzędzia ekstremalne




Wszystko niby to idzie swoim utartym torem, ale jednak ludzie nie ustają w dążeniu do zadziwienia świata. To fajnie. Jest rozrywka, jest co oglądać.

Co prawda może nie we wszystkich częściach świata równie mocno dążą. Przeczytałem ostatnio artykuł w „Tygodniku Powszechnym”, dotyczący spadających w Polsce statystyk religijności. Autor ze smutkiem zauważa, że religię i wiarę jako jeden ze swoich życiowych celów w ankietach deklaruje zaledwie 1% Polaków (Na pierwszym miejscu jest „praca” – 30% i „odpowiednie warunki materialne” - 26%). Ja ze smutkiem i przerażeniem zauważam coś zupełnie innego w tej ankiecie – jako jeden z celów życiowych „własna działalność gospodarcza” jest deklarowana przez, uwaga uwaga – 3% respondentów.

No fakt. Nie znam zbyt wielu ludzi, którzy marzą o prowadzeniu własnego przedsiębiorstwa. Co więcej – znam wielu takich co prowadzą, a wielce marzą o tym, żeby nie prowadzić. Wot, takaja specifika.

W innych częściach świata chyba bardziej się starają. Mają silniejszą wolę, czy co? Etos jakiś? A może mniej kasy? 

Ale my tu gadu gadu, a ja chciałem o obiektywach. Jest jedna nacja, która bardzo się stara. Ja już myślałem, że niewiele mnie zaskoczy. Konstruuje się już obiektywy o przebijających wszystko co było do tej pory parametrach. O parametrach rodem z marzeń dyletanta – już się o tym pisało. Dreams come truth. Po latach. Nikon, Canon zadziwiały publikę parę – paręnaście lat temu, osiągały różne ekstrema.

Nieśmiały cybernetyk potężne ekstrema
Poznawał, kiedy grupy unimodularne
Cyberiady całował w popołudnie parne
Nie wiedząc, Czy jest miłość,czy jeszcze jej nie ma?
(…)
O, wielopowłokowa uczuć komitanto,
Wiele cię trzeba cenić, ten się dowie tylko,
Kto takich parametrów przeczuwając fantom,
Ginie w nanosekundach, płonąc każdą chwilką!
Jak punkt, wchodzący w układ holonomiczności,
Pozbawiony współrzędnych zera asymptotą,
Tak w ostatniej projekcji, ostatnią pieszczotą
Żegnany – cybernetyk umiera z miłości.

                              Stanisław Lem „Cyberiada”
Na przykład krótko produkowany, legendarny Canon 50mm ze światłem f/1,0, w swoim czasie reklamowany jako „jaśniejszy niż ludzkie oko”. Na przykład dwustumilimetrowe lufy dla fotografów mody, z przesłoną f/2,0, ekstremalną, jak na ten rozmiar. Na przykład obiektyw Nikkor 12-24, o średnicy małego wiadra, swego czasu najszerzej widzący zoom świata.

środa, 1 sierpnia 2018

Ranking książek przeczytanych VI (czerwiec- lipiec)





Nie będziemy gadać niepotrzebnych rzeczy, hej! (cytat). Parę książek się ostatnio przeczytało:


Skala sześciogwiazdkowa:

****** – Tusku, musisz!

***** – bardzo dobra, wysoka satysfakcja.

**** – dobra, warta przeczytania.

*** – może być, ale może też nie być.

** – słabo, jest słabo.
* – w ogóle nic ni ma.


"Warunek" Eustachy Rylski ***** i pół 
Zaskakująca lektura. Niektórzy krytycy (Krzysztof Masłoń) uważają tę książkę za arcydzieło. Czy to jest arcydzieło? Na pewno książka, która wyróżnia się wyjątkowo na tle innej współczesnej prozy i porusza wiele czułych strun. Oryginalna. Jak łatwo zgadnąć po moich rankingach/ indeksach, mało czytam literackich powieści. Ta jednak niesamowicie zapada w pamięć, ryje bruzdy i wykuwa skały wyobraźni, pomimo tego, że wydaje się na pierwszy rzut oka dość niewielka i tycząca (niby to) tematów odległych i oderwanych. To powieść historyczna, ale niech was nazwa nie zwiedzie. Kipi ona od emocji, psychologii i konfliktu. Wszystko jest w niej niby takie spokojne, soczyste, linearne, ale zaskakujące zwroty, tej spokojnej akcji, uczucia targające bohaterami, opisane celnie i expressis verbis zaskakują co kilka stron. Są na wskroś współczesne, a może i bardziej. Wspaniały jest język tej powieści, lakoniczny a bogaty, w trzech słowach łapiący obraz rzeczy. To jest po prostu smaczne. Mlask! Nasycone polską kulturą i tradycjami literackimi na wskroś. To jest coś takiego, jakby zsyntetyzować tę literaturę z wielkim talentem, a przy tym doprawić życiem i żywymi emocjami, skrócić jej archaiczny styl. Wreszcie w połowie czytania "Warunku" wykrzyknąłem do siebie odkrywczo - toż to jest Gombrowicz! Tylko bez wariactwa i udziwnień, ale z wieloma nawiązaniami do oryginału, aluzjami, celnością spostrzeżeń, zrozumieniem bohaterów, acz przy tym bezceremonialnością ich opisów.
Główną osią jest u Rylskiego konflikt a i mimowolny przyjacielski związek dwóch oficerów armii Bonapartego, wracających w klęsce spod Moskwy. Ale ich wracanie nie jest takie banalne, jak powrót całej reszty armii - mają wiele na sumieniu i są charakterami wywiedzionymi z innych środowisk ideałów, o innym temperamencie, innym bagażem napakowani. Inaczej podchodzący do życia. Choć niespodziewanie wspólne cechy można w nich spostrzec.
O czym jest ta książka? Jest bardzo bogata w znaczenia. Ja odczytuję ją jako zmaganie się z losem i z własną formą człowieczą, gombrowiczowską formą, ale wiele innych odczytań jest możliwych. Sprawdźcie sami. Warto!


"Geniusz Żydów na polski rozum" Krzysztof Kłopotowski ****


Jesteście może antysemitami? Nie? Znany krytyk filmowy Krzysztof Kłopotowski, bystry i analityczny umysł, także nim nie jest. Waży na chłodno wszystkie argumenty przewag, wad, win i zalet tradycji kulturowych, które w dyskursie powszechnym są przyjmowane zwykle straszliwie emocjonalnie i z wrzaskami. Przewaga ludzi pochodzenia żydowskiego w dziedzinach naukowych (olbrzymia - 23% noblistów, 20% profesorów najważniejszych uniwersytetów), biznesu i giełdy (25% z pięćdziesiątki najbogatszych ludzi świata), technologii internetowych. Jak to jest możliwe, skoro Żydzi stanowią zaledwie niecałe 2% globalnej populacji? Kłopotowski, przede wszystkim na bazie socjologicznych i kulturoznawczych książek żydowskich autorów, wyjaśnia to historią, religią, tradycją i kodem kulturowym. Przy okazji (acz z żalem) nie mając zbyt dużo litości dla polskiego i chrześcijańskiego kodu kulturowego.

Nie lubimy pamiętać, lub nie wiemy, jak wiele im [Żydom] zawdzięczamy. To krótka lista: równość wobec prawa boskiego i ludzkiego, świętość życia, godność osoby ludzkiej, sumienie indywidualne, odpowiedzialność społeczną, miłość jako podstawę sprawiedliwości i nade wszystko, jak obejmować rozumem nieznane, czego skutkiem był monoteizm (...) Zawdzięczamy im też ideę postępu.

Jest to książka ciekawa, a przy tym odważna, w duchu żydowskiej "chutzpach", która nie boi się stawiać odważnych, niepoprawnych politycznie i niewygodnych tez, których wcześniej nie stawiano. Autor opisuje po kolei istotę i sposób działania lobbingu żydowskiego w USA, awans cywilizacyjny jaki na Bliskim Wschodzie zapewnił Izrael (Palestyńczycy pod okupacją izraelską żyją materialnie wielokrotnie lepiej, niż pod własnymi rządami), idee i przesłanie jakim kieruje się New York Times, a w ślad za nim Gazeta Wyborcza (czym Kłopotowski naraził się oczywiście jej redaktorom), analizuje historię powstania i rozwoju Hollywood (przy czym, nieco przesadnie, dosiada swego ulubionego konika - analizy filmów), opisuje dokładnie sposób i ducha wychowania w tradycyjnych i nowoczesnych żydowskich rodzinach, niezwykłe korelacje pomiędzy współczesnym prawem, nauką i biznesem, a ideową formacją żydowskich dzieci. Nie omija tematów polsko - żydowskich obopólnych win, a także zaangażowania (wykorzenionych) Żydów w tworzenie bolszewizmu.

Kłopotowski, wieloletni mieszkaniec USA w pewnym sensie oderwał się od standardowego podejścia, z jakim traktowani są Żydzi w Polsce, to oderwanie bardzo sprzyja analizie i dociekaniom. A jak są traktowani Żydzi w Polsce? Tak: https://www.youtube.com/watch?reload=9&v=PV7B_xfOn3k&feature=share

Kłopotowski wielokrotnie nawołuje do naśladowania kodu kulturowego judaizmu, czerpania wzorców i łapania idei. Zwłaszcza do idei kultu wiedzy, stawianego na równi, lub przed przed religią. Idei poddawania w wątpliwość wszelkich dogmatów i tradycji i dyskutowania. Bo stąd się bierze postęp cywilizacyjny, w którego awangardzie stoi naród wybrany.


Bardzo ciekawe są tezy, powtarzane za socjologami i historykami żydowskimi, że kultura judaistyczna rozwijała się najprężniej wyłącznie jako diaspora, w reakcji z innymi kulturami, często im wrogimi. Drugie ciekawe, choć w sumie oczywiste stwierdzenie, to to, że Żydzi znaleźli swój idealny eden w USA, wcale nie w Izraelu. Nie tylko oni, z resztą.

To co można zarzucić tej książce, to niejaką patchworkowość, stworzona była na bazie artykułów, jakie Kłopotowski publikował wcześniej, a końcowa część jest opisem osobistych zmagań autora z kwestią polsko - żydowskich stosunków i zmagań z krytykami. Powoduje to niepotrzebne powtórzenia niektórych myśli autora i pewną niespójnosć. Niemniej - warto. Książka fermentu i analizy, których w Polsce, moim zdaniem, brakuje. Antysemici, filosemici, obojętni, Polacy, Żydzi i inni - do lektury i dyskusji!

czwartek, 26 lipca 2018

Aspirant Vojtek. Voigtländer Cosina 28-105/ 2,8-4 vs Canon 28-105/3,5-4,5 test review









 


Aspirant Vojtek.

Ambicje i aspiracje - to to co porusza postęp do przodu. Każdy ma, mniejsze lub większe. Czasem sił starczy na doścignięcie i prześcignięcie, a czasem nie.
A tym razem starczy?
Zobaczymy.
Aspirowanie było od zawsze w modzie i dawało dobre rezultaty. Dzisiaj w branży obiektywów aspirują Yongnuo, Samyang i Laowa usiłując urwać parę kęsów z tortu wielkich graczy optycznych. Z różnymi skutkami, co sprawdziło się na Fotodinozie w teście – LINK. Ale dzisiaj nie będzie o tym co dzisiaj, ale o tym co było w latach 90-tych.
O markach Cosina i Voigtländer pisało się już także – LINK, LINK. Hmm. Właściwie na tym blogu to już się pisało o wszystkim. Pora umierać. No dobra. Jeszcze trochę pociągniemy.

W skrócie japońska marka Cosina najpierw została międzyocenanicznym poddostawcą obiektywów dla Amerykanów z Ponder&Best (późniejszego Vivitara) , a potem na ich bazie (najprawdopodobniej) stworzyła w latach 90-tych obiektywy z autofokusem. Cosina była bardzo chętna do sprzedawania swoich konstrukcji pod dowolną marką, jaka akurat chciała je sprzedawać, dzięki czemu jest to dziś przykład maksymalnie szerokiego rebrandingu. Obiektywy Cosiny sprzedawane były pod markami: Exakta, Phoenix, Promaster, Quantaray, Soligor, Vitacon, Vivitar, Voigtländer, Walimex, oraz po przekonstruowaniu mechaniki jako Tamron i Tokina. Było kilka modeli. Najbardziej znane to superszeroki kąt dla ubogich 19-35/3,5-4,5, tele-makro dla ubogich 100/3,5, oraz amatorskie zoomy 28-80 i 70-210. Cosina miała też dwa znane na całym świecie obiektywy kuszące mniej ubogich i ambitnych. Kuszące że hej.

Pełny półprofesjonalizm

Czym tu skusić amatora? Tym, żeby za małą kasę został zawodowcem, oczywiście! Duże firmy typu Canon czy Minolta skutecznie oddzielały zawodowców od amatorów, za pomocą cen. Kto chce sprzęt o zawodowych parametrach, ten musi bulić i to słono. W latach 90-tych zoomy ze światłem f/2,8 nie były przeznaczone dla zwykłych śmiertelników, do dzisiaj zresztą są zwykle wielokrotnie droższe niż obiektywy ciemniejsze. Firmy główne oferowały też sprzęty niejako pośrednie, trochę jaśniejsze i solidniejsze konstrukcyjnie, ale światło f/2,8 w zoomach u takiego Canona było zarezerwowane zawsze dla obiektywów serii „Luxury” i stałoogniskowców.
Firmy trzecie, czyli Sigma, Tamron czy Tokina podgryzały głównych graczy takimi jasnymi zoomami o profesjonalnej jasności, które były zwykle sporo tańsze. Niestety nie można o nich powiedzieć, że były tanie. Optyka jest rzeczą drogą w produkcji, opracowanie obiektywu o dobrym świetle i wysokiej jakości optycznej jest poważnym przedsięwzięciem i za pół darmo nie da się tego zrobić. Oszczędności jakie czynili producenci niezależni były widoczne gołym okiem w konstrukcji zewnętrznej obiektywów, czy też sprawności ich autofokusa, ale wiele osób i tak je kupowało, bo optykę miały przyzwoitą, a to było kluczowe.
Cosina tymczasem (a wraz z nią Exakta, Phoenix, Promaster, Quantaray, Soligor, Vitacon, Vivitar, Voightländer i Walimex) wymyśliła kuszenie. Kuszenie amatorów. Czy nie dałoby się zrobić czegoś pół na pół? Dałoby się. Jeżeli zawrzeć parę kompromisów...
Najważniejsze było jednak kusząca jasność. Kuszące światełko w ciemnościach.
Tak powstały dwa obiektywy Cosiny: AF 28- 105 f/ 2,8-3,8 oraz AF 70-210 f/2,8-4. Obydwa miały jedną rzecz cenną dla producenta i jego działu marketingu – magiczną jasność „f/2,8” w nazwie. Zatem to profesjonalne zoomy? Amatorzy pędźcie do sklepów! Profesjonalne zoomy w cenie canonowskiej średniej półki. Darmo! Nic tylko brać.

Z dłuższym z tych obiektywów nie miałem wiele do czynienia, choć bardzo bym chciał, ale ten krótszy nabyłem kiedyś drogą kupna, w ramach podążania za ideałami Marylin Monroe („Pieniądze szczęścia nie dają, dopiero zakupy”), co lepsza był to zakup okazyjny, pakietowy i śmiesznie tani (razem z innym sprzętem). A ponieważ posiadam już Canona 28-105/3,5- 4,5, ową średnią canonowską półkę, będzie można sprawdzić, jak bardzo profesjonalny w porównaniu z nim jest Voigtlander/ Cosina.

Obejrzyjmy je sobie.

Pokaż no się pan, panie aspirancie. Pokażcie Szwejku co tam macie (cytat).








Obydwa obiektywy Cosiny miały dość staromodną konstrukcję „push'n pull”, czyli konstrukcję pompki, gdzie zoom zmieniało się rozsuwając i zsuwając przedni i tylny tubus obiektywu. Canon, wypuszczony w roku 1992, cztery lata przed Cosinami miał klasyczny układ z pierścieniami zooma i ostrości. Jakie wrażenia? Dość porównywalne. Cosina / Voigtländer  wydaje się być zrobiony z troszkę gorszego plastiku, ale jest leciutko cięższy, trochę większy i ma znacznie większą przednią soczewkę. Canon jest za to ładniej wykończony napisami i złotym paseczkiem symbolizującym napęd ultradźwiękowy. Wysuwany tubus Voigtländera wygląda solidnie, nie kolebie się i ma odpowiednio wyprofilowaną, szeroką gumę pod uchwytem ręki.







Obydwa obiektywy zmieniają długość podczas zoomowania i w obydwu tylna soczewka wjeżdża do środka tubusu. (Zupełnie inaczej niż było to w innym wiekowym obiektywie - pompce 70-210 f/4 Canona, przetestowanym TUTAJ). Zapoznając się jednak bliżej z obydwoma szkłami można zauważyć pewne oszczędności poczynione w fabrykach Cosiny. Są to oszczędności inżynierskie. Nasz wysuwany zoom podczas ostrzenia kręci przednią soczewką, a Canon nie. Zmartwi to użytkowników filtrów polaryzacyjnych.




Kuszące światło

To co, może weźmiemy na warsztat sprawdzenie jak jest z tą jasnością? Wartości są podawane według światłomierza aparatu, ale ten oczywiście podaje je w przybliżeniu:

Canon f/3,5 od 28 do 40mm 
Canon f/4,0 od 40 do 70mm
Canon f/4,5 od 70 do 105mm

Voigtländer f/2,8 od 28 do 33mm
Voigtländer f/3,2 od 33 do 43mm
Voigtländer f/3,5 od 43 do 81mm
Voigtländer f/4 od 81 do 105 mm

Czyli jest nie najgorzej. W Vojtku jasność spada szybciej, ale i tak jest zawsze od 2/3 do 1/3 działki jaśniejszy niż Canon. Profesjonalne f/28 mamy co prawda raptem przez 5 pierwszych milimetrów zooma, ale zawsze. W Canonie nie mamy jej nigdy.

No i co? Profeska? Na razie nadal nie bardzo. Voigtländer sprawia wrażenie nieco solidniejsze niż najtańsze amatorskie zoomy, ale do poziomu canonowskich "L-ek", czy też Minoltowskich "G" to ma dwa dni drogi piechotą przez las.

Zróbmy zdjęcia.

Zakres 28-105 to bardzo dobry zakres na pełną klatkę. Obiektyw do wszystkiego. Mając jeszcze do tego jasne światło można się spodziewać krojenia masełka gorącym nożem. Ale nie jest tak dobrze. Albo to masło zmrożone, albo ten nóż nie taki gorący. Główny zawód nadchodzi już przy pierwszym zdjęciu jakiegoś bliskiego motywu. Nie da się. Nie da się na szerokim kącie. Minimalna odległość ostrzenia tego sprzętu to... ta dam! półtora metra. Jest to wartość co nieco dyskwalifikująca przy szerokim kącie, kiedy najbliższa rzecz na którą możesz wyostrzyć musi być aż tak oddalona. Dla porównania Canon 28-105 ostrzy od 0,5 metra. Oznacza to, że duża część zdjęć "towarzyskich", czy też ciekawe przerysowane fotografie szerokokątne są w pewnej części przypadków poza naszym zasięgiem. Po prostu obiekty w które celujemy w wielu przypadkach będą się znajdować zbyt blisko, żeby można było je sfotografować. Dlatego nie do końca cieszy jasna przesłona f/2,8 przy 28 milimetrach, bo z powodu oddalenia od celu i tak nie uzyskamy małej głębi ostrości i zdjęcia te nie będą się wiele różnić od zdjęć na wyższych przesłonach. Na szczęście dla Voigtländera jasna przesłona od biedy przyda nam się może w gorszych warunkach oświetlenia, choć przepaści w porównaniu z ciemniejszym Canonem nie odczujemy.

Najbliższa odległość ostrzenia na 28mm. Skandal, panie aspirancie! 3/4 sylwetki człowieka to bardzo marne zbliżenie.

Najbliższa odległość ostrzenia na 105 mm. Znośnie.
Na szczęście także, im dłuższa ogniskowa tym lepiej. Coraz lepiej. Jest nieźle, a będzie jeszcze nieźlej (cytat). Co prawda nadal nie możemy się przybliżyć do obiektu, ale za to zoom go do nas przybliża, a dzięki wyższej jasności różnice w stosunku do ciemniejszych obiektywów zaczynają być widoczne.

Niestety nie można powiedzieć, żeby ten obiektyw był na pełnym otwarciu mistrzem jakości - na maksymalnej przesłonie widać nawet w centrum lekkie mydełko i wyraźnie wchodzące w paradę wady chromatyczne widoczne na pierwszy rzut oka. Jakość raczej średnio - słaba. Ale ma ten sprzęt nawet jakiś pazur i chęci - wystarczy przymknąć go o działkę i jak za dotknięciem różdżki magicznego optyka, obraz klaruje się i wyostrza. No tak. Ale nie po to kupuje się jasne szkło, żeby nie móc korzystać z pełnego otworu przesłony... Ogólnie mówiąc dostajemy sprzęt wyraźnie gorszy od markowego Canona, z bonusem strzelania słabych ostrością zdjęć na jaśniejszej o pół działki przesłonie. Opłaca się?
Hm. 
Sprawdźmy to. Baczność! Aspirancie, do miksu roślinno samochodowego przystąp!:



Zmurszała cegła.
Zmurszała i ...

czwartek, 19 lipca 2018

Niemcy





Opowieść z głębi zimy:

Myjnię mam niedaleczko. Rano wyglądam za okno, ostre słońce prześwietla śniegi, myślę sobie – umyję, jest okazja. Odwalam poranne obowiązki, wsiadam do samochodu czarnego jak Święta Ziemia (tak mawiał chyba mój Tata), ubrudzonego jeszcze od wyjazdów słowacko – bukowińskich (ho ho, bywało się - LINK LINK), jadę umyć.
Niestety – kolejka. Pięć aut czeka w rządku na wyszorowanie. Mam trochę czasu, decyduję się zostawić. Kiedy przyjść? Za godzinę.
No dobra. Mam godzinę na nicrobienie. Do domu za daleko, dzielnica antyrozrywkowa, taka dzielnica zepsutych latarni, żadnej knajpy ani sklepu w pobliżu, tylko chaszcze i stare domy jednorodzinne. Idę zatem. Co będę siedział. Nie raz już tu się wałęsałem.
Najpierw do rzeczki i „Użytku ekologicznego” oznaczonego czerwoną, urzędową tablicą zabraniającą tego i owego, krzaczory i zarośnięty staw skuty lodem. Zimno. Wszystko na tyłach nowo postawionej i straszliwie nowobogackiej mieszkaniówki udającej pałace. Pałace z chaszczami na tyłach. Idę. Ale nudno idę. Bywałem tu już wiele razy. Wiele razy myłem samochód. Obfotografowałem już te stawy, nowe pałace i stare wille, znam je na wylot.
Myślę – co by tu? Gazety w poczekalni myjniowej przeczytałem już trzy razy. Przecież nie pójdę siedzieć godzinę w pobliskiej Biedronce w otoczeniu świeżaków.
Ale myślę i wizualizuję sobie w pamięci dzielnicę - jest przecież muzeum. Lepiej w muzeum niż w Biedronce! Dobra nasza.

Kilka minut piechotą. Po drodze przypominam sobie historię, którą już kiedyś opisywałem. Historię więzienia - obozu na Radogoszczu. Historię wojny. Wojna, obóz, Niemcy...

Tuż po wkroczeniu do Łodzi Niemcy wyciągnęli swoje przygotowane zawczasu listy proskrypcyjne. Gestapo zgarnęło wszystkich z tych list. Nauczycieli, księży, działaczy organizacji polskich i żydowskich, społeczników. Trzeba było ich gdzieś trzymać. Z początku zorganizowany obóz w zrujnowanej fabryce Glazera szybko musiał przenieść się do potężniejszego obiektu – dawnej fabryki rodziny Abbe przy Zgierskiej. Stefan Abbe i jego rodzina zostali już wcześniej aresztowani i wysłani do Auschwitz. Tak się dogodnie złożyło. W fabryce zorganizowano tak zwany policyjny obóz przejściowy i więzienie. Obóz przejściowy służący jako przystanek do przymusowych wysiedleń, a potem przystanek do obozów zagłady. A więzienie – jak to więzienie. Więziło się tam przestępców którzy popełnili zbrodnie handlu mięsem, nielegalnego uboju, albo szmuglowali żywność, no i wszystkich którzy mogli być potencjalnymi wrogami Rzeszy Niemieckiej. Harcerzy, przedwojennych urzędników, lekarzy i ludzi kultury. Dużo ich było. Przez więzienie przewinęło się czterdzieści tysięcy osób. Radogoszcz był szeroko znany ze znęcania się nad więźniami i trzymania w nieludzkich warunkach. Wiadomo – wrogom Rzeszy należy się co najgorsze.
Byłem nie tak dawno na zewnętrzu muzeum Radogoszcz, ale bardzo dawno na wystawie w środku muzeum. Idę zatem przez mróz, śnieg skrzypi pod butami. Z daleka widzę czerwone mury tej potężnej ruiny i wieżyczkę strażniczą, która oglądana w dzieciństwie jednocześnie pociągała i przerażała. Chciało się mieć wtedy taki domek na drzewie, ale dorośli mówili, że działy się tu straszne rzeczy...

Mury ruiny. Spalonej ruiny.
Przed wkroczeniem Rosjan do Łodzi, co nastąpiło 18 stycznia 1945 roku, Niemcy w osobie dowódcy policji i SS Wilhelma Koppego, wydali rozkaz dotyczący Generalnej Guberni (a przypuszcza się że i Kraju Warty do którego należała Łódź) mówiący o tym, że żaden więzień niemiecki nie może zostać wyzwolony.
Hitlerowcy z obozu radogoskiego zastosowali się do niego sumiennie, postanawiając wymordować tysiąc pięciuset więźniów, jacy tuż przed wyzwoleniem Łodzi zapełniali więzienie. Karabinami i pistoletami poszło słabo, bo więźniowie stawili opór, więc zamknięto bramy i drzwi i podpalono budynek.
Z tysiąca pięciuset osób uratowało się trzydziestu, ukrywając się cudem w zbiorniku ciśnieniowym wody, oraz wśród trupów w jednej ze wspomnianych wieżyczek strażniczych. Była to największa niemiecka zbrodnia w Polsce dokonana podczas działań frontowych.


Ta tragedia, dokonana dzień przed wkroczeniem Rosjan, tak wstrząsnęła łodzianami, że fabryka – Pomnik Radogoszcz została pierwszym muzeum w Polsce stworzonym oddolnie – na żądanie mieszkańców.
Mną też wstrząsa.

poniedziałek, 9 lipca 2018

Top 10 +. Najtańsze NOWE obiektywy do Canona EOS, które mają coś w sobie



Napisało się już Top Ten o ciekawych starych obiektywach- LINK, to może czas napisać o nowych?
Drogi użytkowniku systemu Canon, stojący na rozdrożu - na co też wydać pieniądz? Jest wiele opcji

-To co będziemy robili?
- Nooo.... jest wiele możliwości. 
                   (cytat) 

Co oprócz / zamiast kit'a?

Jeżeli, drogi użytkowniku, nie jesteś specjalnym znawcą i posiadasz amatorski aparat z małą matrycą i standardowym obiektywem (kit'owym jak mawiają Angole), oraz duże chęci pakowania się w fotografię, to możliwości rozwoju obiektywowego masz następujące:

- jaśniej
- dłużej
- szerzej
- bardziej uniwersalnie 
- z większym zbliżeniem
- lepiej optycznie(ostrzej)

Jasność i jakość najtaniej realizują obiektywy stałoogniskowe, ale oczywiście nie zapewniają takiej łatwej i prostej uniwersalności jak zoomy ze swoim szerokim zakresem. Należy o nich myśleć jako o dodatkach do obiektywu kit'owego.

Jak się już pewnie zorientowaliście - fotografia jest kosztowna, jeżeli się w nią zagłębiać. To co zostanie przedstawione w naszym toptenie jest najtańszą według subiektywnej opinii Fotodinozy sensowną opcją złożoną z nowych sprzętów w 2018 roku.

A czy Fotodinoza jest aby obiektywna w swoim subiektywnym wyborze? No jasne że tak! 
Nikt nam (w pluralis majestatis) nie płaci! Nikt nie sponsoruje, ani nie spąsoruje. Nic nie zarabiamy! Wszystko wydajemy! Jak wiadomo - pieniądze szczęścia nie dają, dopiero zakupy (Marylin Monroe).
Wszystkie obiektywy wyrywam z gardła różnym pobliskim sklepom, znajduję się więc w mniej więcej podobnej sytuacji co Czytelnik Szanowny, pomimo że od pięciu lat pisze się, w miarę poczytnego fotograficznego bloga.
W zestawieniu wziąłem pod uwagę raczej potrzeby użytkowników aparatów z małą matrycą APS-C, bo użytkownicy pełnych klatek zapewne sami wiedzą co sobie kupić, żeby było fajnie.
Sprzęty są ustawione według subiektywnego faktora "chcę to", po wcieleniu się autora w sytuację amatora z aparatem i kitowym obiektywem - od najmniej, do najbardziej "chcę to".


Za powstałe niedogodności, niezgodności i zawiedzione nadzieje z góry przepraszamy, pisało się ze swej najlepszej wiedzy, ale może nie była ona pełna. Wszystkie wymienione poniżej obiektywy NIE SĄ absolutnymi ideałami. W pewnej części są kompromisami. Na pewno jest sporo obiektywów od nich lepszych, ale niestety - trzeba za nie zapłacić znacznie drożej. 
Sami posprawdzajcie co dla Was dobre! Bo może nie to samo co dla mnie.

Hej chłopcy, bagnet na broń! Tfu... znaczy się obiektyw na bagnet!


UWAGA: Zdjęcia samplowe obiektywów, te pochodzące z Fotodinozy, są prosto z aparatu (Canon 40D, Canon 400D), jedynie zmniejszone bez podostrzania.


10+. Canon EF-S 24mm f/2,8 STM

(ok. 680,- zł)





czym się różni wróbelek: JAŚNIEJ, LEPIEJ OPTYCZNIE 
jak posiadać: OPRÓCZ KIT'A

  To jest obiektyw dla trochę bardziej zaawansowanych. Może propozycja raczej na trzeci obiektyw, niż na drugi. Jego zalety nie będą bardzo kuszące amatorów, ale są wyjątkowe w systemie Canona. Jest to ewidentnie najmniejszy obiektyw, jaki można dopiąć do aparatu EOS, prawie jakby go nie było- będzie dużą zaletą dla minimalistów, podróżników z bagażem podręcznym i hipsterów. Bardzo dobra jakość obrazu i jasność większa niż w obiektywie kitowym będą jego zaletami. Wadą natomiast - mała uniwersalność w stosunku do obiektywu kitowego i powtarzanie jego ogniskowej. Jest on rodzajem pewnego samoograniczenia się fotografa, które wymusza myślenie o komponowaniu kadrów i zastanawianie się nad swoimi zdjęciami. W pewien sposób to super poręczne narzędzie do doskonalenia umiejętności. Żeby tego posmakować, ustawcie zooma w swoim obiektywie na 24mm i róbcie tak zdjęcia przez miesiąc. Jeżeli wyjdziecie z tej próby zwycięsko - myślcie o zakupie 24/2,8, a będziecie zachwyceni jakością jego obrazu i mikroskopijnym rozmiarem. Obiektyw dla zdecydowanych i wytrwałych w fotograficznej robocie. 24mm (odpowiednik 35mm na pełnej klatce) to blisko tego, co ogarnia spojrzeniem ludzkie oko. Zatem obiektyw do wszystkiego, ale nie dający automatycznie spektakularnych efektów "wow". 

Zalety: niezwykle mały, dobry optycznie
Wady: ogniskowa dość uniwersalna, ale mało spektakularna.

Porządny test na Optyczne.pl:
https://www.optyczne.pl/354.1-Test_obiektywu-Canon_EF-S_24_mm_f_2.8_STM_.html

Sample:

Canon 24/2,8 na f/2,8. Ładne rozmycie tła i dobre możliwości zbliżenia do obiektu. (fot. Fotodinoza)




Canon 24/2,8 na f/2,8. Znów dobre możliwości zbliżenia do obiektu i ładna, niewielka głębia ostrości. (fot. Fotodinoza)

 

 

10. Sigma C 17-70mm f/2,8-4 DC Macro OS HSM (ok.1450,-zł)





czym się różni wróbelek: JAŚNIEJ, BARDZIEJ UNIWERSALNIE , LEPIEJ OPTYCZNIE
jak posiadać: ZAMIAST KIT'A

Można się zastanawiać, czy nie zamieniać swojego obiektywu kit'owego na coś o stopień lepszego. To jest właśnie o stopień lepsze, a nawet o spory stopień. Od pół do całej działki jaśniejsze, zatem zwiększa znacznie możliwość strzelania zdjęć w ciemniejszych warunkach bez lampy. O dwadzieścia milimetrów dłuższe, a przy tym na zakresie tele (70mm) znacznie jaśniejsze od kit'a. Sporo ładniejsze wyjdą z tego obiektywu portrety z rozmytym tłem. Szersze o 1mm na dole, co wbrew pozorom czyni wyraźną różnicę w szerokości widzenia - wyraźnie lepsze do architektury, wnętrz, reportaży wakacyjnych i nie tylko.  Na pokładzie dodatkowo stabilizacja. Solidna budowa, z metalowym mocowaniem bagnetowym. Zatem wszystko nieco lepsze, bardziej uniwersalne i uprzyjemniające życie. Jedynie cena nie jest "nieco" lepsza.

Zalety: stopień jaśniej, stopień szerzej, stopień bardziej uniwersalnie, sporo solidniej.
Wady: cena mogła by być stopień niższa 

Porządny test na Optyczne.pl:
https://www.optyczne.pl/288.1-Test_obiektywu-Sigma_C_17-70_mm_f_2.8-4.0_DC_Macro_OS_HSM.html

Sample: 


Sigma na 17mm i przesłonie f/4. Fajnie niewielka odległość minimalnego ostrzenia. (fot. Fotodinoza)






Sigma 17-70 na 55mm i minimalnej przesłonie f/4. Dobra jakość od brzegu do brzegu. (fot. Fotodinoza)




9. Samyang 85mm f/1,4 Aspherical IF (ok. 970,- zł)






czym się różni wróbelek: JAŚNIEJ (dużo!!!), DŁUŻEJ, LEPIEJ OPTYCZNIE
jak posiadać: OPRÓCZ KIT'A

 Jest to prawdopodobnie najtańszy superjasny obiektyw. Jak wpływa to na zdjęcia? Każdy stopień przesłony (stopnie f/1,4, f/2, f/2,8, f/4, f5,6 itd.) oznacza dwukrotnie więcej światła przepływające przez obiektyw. Czyli przez Samyanga 85/1,4 przepływa go ośmiokrotnie więcej, niż przez wasz obiektyw "kit" ustawiony na 50mm. Oznacza to możliwość strzelania zdjęć bez lampy w znacznie ciemniejszych warunkach oświetlenia. Oznacza to także gigantyczną różnicę w rozmyciu tła za fotografowanym obiektem, która nadaje się idealnie do portretów i detali architektury czy krajobrazu. Samyang jest ostry, kontrastowy, super solidny, z wszystkimi cechami obiektywu profesjonalnego. Czy są wady?