sobota, 20 kwietnia 2019

poniedziałek, 15 kwietnia 2019

Polska centralna. Ja wiem co tam jest! Tam nic nie ma.







Podobno geometryczny środek Polski to Piątek. Więc w ostatni piątek ruszyłem w trasę dawno nie odwiedzaną, którą kiedyś przemierzałem wielokrotnie. Trasa była celowa, ale miałem trochę czasu i postanowiłem zatrzymywać się wszędzie tam, gdzie zwietrzę ładne zdjęcie. Nie ograniczać się. No bo co w końcu może mnie zatrzymać w centralnej Polsce, równinnej, monotonnej, zwykłej do niemożliwości? Wiadomo, że tam nic nie ma. Zwłaszcza na trasie Łódź, Kłodawa, Przedecz i z powrotem przez Krośniewice. Jest to kraina pierwotna, dla większości mieszkańców swojska, ale pozbawiona właściwości. 

Kiedyś jeździłem często tą trasą, ale odkąd na północ przepruła autostrada Amber Gold One (A1), odtąd ruch w stronę Torunia i Włocławka poszedł tamtędy, nowym szlakiem. 
Tymczasem postanowiłem odwiedzić stare kąty i boczne drogi, którymi, zanim powstała A1 przeciskało się z Łodzi do Włocławka, omijając kompletnie zatkaną trasę "starej Jedynki" (dziś droga 91). Zdradzę wam tajemnicę. Ona już nie jest zatkana. Właściwie  to nie ma tam nikogo.
To ten sam syndrom, który w Stanach wykończył Route 66 - cały ruch przeniósł się na autoban. A szczytem wykończenia na tej drodze są Krośniewice. Krośniewice są wykończone do cna. O Krośniewicach będzie później.
Kiedyś już zwiedzało się po drodze te tereny. Za pomocą książki "Dwory i pałace okolic Łodzi" ogarnęło się wtedy sporą część północy województwa. Niestety dawno to było.

Poszliśmy na spacer. Usiadłem na ławce,
mówiąc jeZU chrySTE, bo przesunął mi się akcent.
Oczywiście!... To nie woła jeść - co zdechło,
chcę cofnąć się w przeszłość, wiesz. Patrz, tutaj często
chodziliśmy na sanki, w weekendy i dzień powszedni;
tam, gdzie teraz banki i skład mebli.
A było tak wspaniale. Tak tęsknię za tym,
i nawet jak się załamałem na koloniach karate,
i jak na imprezie wyrzygałem pierwsze wino.
Czas mierzę od tamtych praktyk, dawno to było.

                              Afrokolektyw "Paranoja na bloku"

Jaka jest ta centralna Polska, w samym jądrze swej centralności? Wzrok większości przejezdnych prześliźnie się po owym monotonnym krajobrazie, równych szpalerach drzew, rozrzuconych gdzie bądź domkach, skromnych sosnowych laskach i polach ornych. Ale wyczulone oko tropiciela starzyzny i zapyzienia wnet dostrzega tam charakterystyczne punkty, które ciągną jak magnes. Oto jedziemy sobie równiną, pola, łąki, chałupki, kury, kaczki, drób, droga na Ostrołękę Łęczycę. Nic się nie dzieje. Jak w polskim filmie. Droga skręca raz tu, raz tam, po dawnych miedzach, które wytyczono jeszcze w średniowieczu, ale wewnętrzny radar nagle wyczuwa. Jest kępa!
Bo nie wiem czy wiecie, ale kępa jest najważniejsza.
Kępa starodrzewu wyłania się za zakrętem gdzieś wśród wsi. Zawsze charakterystyczna - zawsze liściasta, zwykle samotna drzewiasto wśród równinnych pól, dziko zarośnięta. Hamuje się machinalnie i wytęża wzrok, czy w kępie nie zamajaczy fragment jaśniejszego muru, oberwanych dachówek, krzywych rynien, gzymsów zarośniętych trawą. Czy nie zamajaczy dwór.
A może tylko ruina. Ale jednak.

Barok

Tuż za Zgierzem jest Dzierżązna, ale odkąd Dzierżązną zajęły się fundusze europejskie, nie stanowi ona dla wielbicieli starzyzny i patyny już zbyt wielkiej atrakcji. Wszystko tam nowe i śliczne. A tego byśmy nie chcieli (cytat).
Ale niedaleko w stronę Łęczycy zjawia się Modlna. I pierwszy obiekt, który, choć odnowiony, powoduje machinalne zdjęcie nogi z gazu. Kościół drewniany i to barokowy. Szesnasty wiek. 





Tradizzioni ruderi antichhi

A tuż za nim Skotniki. To nie dwór. To pałac.
Ten pałac działa bardzo pocieszająco. Nie zmienił się od dwudziestu lat. Zawsze wygląda tak samo, co jest bardzo pocieszające nie tylko dla konserwatystów, ale też dla miłośników zabytków. Nie tak łatwo jest zarąbać pałac!




Pałac, szczęść Boże ma na frontonie wypisaną datę 1843. Gdyby nie to, to nic o nim nie byłoby wiadomo, nawet konserwator zabytków jakiś taki małomówny na jego temat. Pewien czas temu był jeszcze otwarty, teraz ogrodzono go płotem. Pyk zdjęcie zza płota.
http://www.polskiezabytki.pl/m/obiekt/2203/Skotniki/

Countrex

Potem jest znowu nicośc pól i łąk. Ale w perspektywie majaczą jakieś ceglane budynki i kominy. Im bliżej tym większe.
Czy zwiedzanie zdechłych budynków pofabrycznych na wsiach to też jest urbex? Bo to przecież od "urban exploration" jest. Może należałoby wymyślić jakąś inną. Na przykład "countrex". Dokonałem wiejsko - rustykalnego countrexu w Leśmierzu. Jednej z najstarszych polskich cukrowni. Działała nieprzerwanie przez 170 lat. Nie wykonczyły jej zabory, pierwsza ani druga wojna, nie wykończyła jej wredna komuna. Dopiero nasz kapitalizm socjalizm korporacyjno - wielkokapitałowy udający kapitalizm ją wykończył. 







Cukrownię w 1838 roku założył Wilhelm Werner, członek zacnej rodziny o niemieckich korzeniach. Była to dla niego nowa branża, bo wcześniej był szeroko znanym fabrykantem farbiarskim, mającym swoje zakłady w Ozorkowie i Zgierzu. W nowy interes zamierzył wciągnąć swojego brata Bogusława. Wysłał go najpierw do Francji na studia cukrownicze, dopiero potem obaj Wernerowie założyli leśmierską cukrownię. Z początku skromną, później coraz bardziej rozrastającą się i przekształcaną w wielki zakład produkcyjny, a z samego majątku Leśmierz czyniący małe robotnicze miasteczko. Spółka Wernerów stała się za jakiś czas spółką akcyjną, a do jej udziałów przystąpili znani łódzcy fabrykanci, skoligaceni rodzinnie z Wernerami - Karol Scheibler (wówczas początkujący), a potem także Karol Geyer (jego Biała Fabryka jest dzisiaj łódzkim Muzeum Włókiennictwa). Zakłady były sukcesywnie modernizowane, wprowadzono maszynę parową "o sile 10 koni mechanicznych", a potem wielokrotnie bardziej wydajny napęd elektryczny. W szczycie swej działalności, w dwudziestoleciu międzywojennym, w cukrowni pracowało około dwustu ludzi, sam zakład zaś dysponował własną siecią kolei wąskotorowej, którą dowożono buraki cukrowe z okolicznych majątków rolniczych i rozwożono gotowe produkty. Zarządcą był wtedy Władysław Boettlicher.

O kolejach wąskotorowych jeszcze tu przeczytacie. O Władysławie Boettlicherze niespodziewanie też.

poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Paweł Bajew. Zdjęcia mentalnego pornografa.

Fot. Paweł Bajew


To jest narkotyczne. Szczerze przyznaję - uzależniłem się. Aż strach pomyśleć, co ten facet jeszcze wymyśli. I sfotografuje.

Portrety stają się niekiedy banalnym tematem. Dużo zależy od portretowanego. Jeżeli jest celebrytą, będzie miał setki podobnych wizerunków, różniących się co najwyżej tylko frzyzurą i zarostem (u niektórych), rzadziej miną (Wyguglajcie sobie na przykład "Angelina Joli portrait"). Rzadko zdarza się coś rzeczywiście wylatującego ponad poziomy, coś co łapie człowieka i jakkolwiek nim wstrząsa, tak że na widok portretu gotów jest zakrzyknąć - co za wspaniałe zdjęcie!


Fot. Paweł Bajew


Fot. Paweł Bajew

Niektóre portrety zapisały się oczywiście w historii fotografii, ale głównie ze względu na reporterski kontekst (np. Margaret Bourke - White ze zdjęciem matki w czasach kryzysu), albo ze względu na osobę fotografowaną (np. portret Churchilla Yosufa Karsha - do którego kazał wyjąc mu cygaro z ust, czym zapewnił sobie kwaśną minę premiera, czy też znane liczne portrety Marylin Monroe). Jednak zwłaszcza ostatnio, w dobie celebryckich gazet i reporterki ustawkowej (nie wspominając o ślubnej) portret został do cna zbanalizowany, a jego miałkość zwielokrotniona. Bierzemy jasny obiektyw, otwieramy przesłonę na maksa i cyk. Jest portret. To nic, że taki sam jak wszystkie.

Z dawnych czasów zapadły mi w pamięć fotografie Krzysztofa Gierałtowskiego, który forsował swój wyrazisty punkt widzenia i nadawał bez pardonu swoje piętno portretowanym. Uciął na przykład czubek głowy Jackowi Kaczmarskiemu, ponieważ krytykował jego voltę światopoglądową w stronę lewicy. Gierałtowski ostro kontrastował, podkoloryzował portrety, wyciągał twarze z czerni. Pamiętam nadal czerwoną gębę i ponure spojrzenie Piotra Fronczewskiego na jednym ze zdjęć. To było wyraziste, zdecydowane i niebanalne.


Fot. Paweł Bajew


Tymczasem Paweł Bajew. Najlepszą rekomendacją dla oryginalności portretów Pawła Bajewa jest to, że Facebook w ogóle nie rozpoznaje żadnych twarzy na tych zdjęciach i nie każe ich oznaczać. Oszukał wredną sztuczną inteligencję! 
Z drugiej strony, zważywszy że na portretach Pawła Bajewa czasami nikogo nie ma... 


Fot. Paweł Bajew

Czasem tak jest - czyta się książkę, która idealnie wpasowuje się w wyobrażenia, albo w potrzeby. Porusza czułe struny, rozbawia, albo wzbudza dreszcze. Ja tak mam z portretami Pawła Bajewa. Te zdjęcia mają przede wszystkim przewrotność. Po drugie mają dużo pomysłów na ucieczkę od wspomnianego banału. Po trzecie mają odwagę. Mają nawet odwagę unieważnić modela i potraktować go pretekstowo. Oczywiście w różnych proporcjach, ale jak widzicie proporcje te dochodzą w niektórych zdjęciach do stuprocentowego unieważnienia.

(Notabene spora część zdjęć to autoportrety. Możemy zatem poznać dogłębnie prawdziwy wizerunek artysty. Tylko który?)


Fot. Paweł Bajew

poniedziałek, 1 kwietnia 2019

Luksus kontra grat. Canon EF-S 24 f/2,8 vs Sigma 24 f/2,8 Super Wide Macro.





Dzisiaj będzie test całkowicie w pełni półprofesjonalny. Umiarkowany luksus i umiarkowany grat. Dwa sprzęty w bardzo atrakcyjnych cenach, na które stać nawet amatorów. Podstawowe pytanie testowe brzmi - gdzie jest postęp, panie Mecenasie?
Czy zdołamy dobrnąć do odpowiedzi?

Do każdego z tych obiektywów mam stosunek entuzjastyczny, choć do każdego inny. Boż one są różne jednak, pomimo podobieństw. Najpierw podsumujmy nówkę.

Naleśnik




Canon wypuścił na rynek obiektyw, którego nikt właściwie się nie spodziewał. Nikt się nie spodziewa hiszpańskiej inkwizycji! Nikt na niego nie liczył, ani o nim nie marzył szczególnie. Ba! ten obiektyw dublował wręcz inny model Canona, od lat już istniejący. Jednego z pierwszych stałoogniskowców w systemie EOS - EF 24 mm f/2,8 z 1988 roku, prostego, skutecznego i lubianego, zastąpionego potem znacznie droższą wersją ze stabilizacją obrazu (2012 rok). 
Nowy Canon pojawił się w 2014 i nazywał się niemal identycznie: EF-S 24 mm f/2,8, kluczowa jednak była literka S w nazwie, oznaczająca sprzęt przeznaczony na małą klatkę APS-C, podczas gdy stara, dwudziestopięcioletnia 24-ka EF obsługiwała oczywiście pełną klatkę, bo stworzono ją w czasach filmu analogowego. 


Pierwsze EF 24mm f/2,8 Canona, rok 1988

Drugie EF 24mm f/2,8 IS STM, rok 2012

Trzecie EF-S 24mm f/2,8 STM - naleśnik, rok 2014


To były czasy! Wtedy jeszcze dzisiejszą "pełną klatkę" nazywano filmem małoobrazkowym. Dopiero dzisiaj zyskała status luksusu i nobilitującą nazwę. Wtedy kingsajz był dla każdego.

Wszystko to przez matryce cyfrowe, które zredukowały standardowy rozmiar. Nowy model EF-S oprócz przeznaczenia na amatorskie matryce cyfrowe miał jednak jedną wyróżniającą się wybitnie cechę - był obiektywem typu Pancake. Pierwszego w swej historii naleśnika wypuścił Canon rok wcześniej, był to pełnoklatkowy model EF-S 40 f/2,8 STM. Dwudziestkaczwórka została jego młodszym bratem na małe matryce.
 Wygląda mi też na to, że te dwa obiektywy były w ogóle pierwszymi "naleśnikami", jakie Canon w swojej historii (od 1933 roku) wyprodukował.

Obiektywy typu naleśnik pojawiły się na świecie za sprawą fizyka pana Paula Rudolfa z firmy Zeiss już w 1902 roku. Skonstruował on prosty obiektyw z czterech soczewek o niezwykle małych rozmiarach, bardzo płaski - Zeiss Tessar. Wszystkie późniejsze naleśniki są pochodną tej konstrukcji. Mimo zadziwiająco małej grubości optyka Tessara jest znana z wysokiej jakości obrazu. 
Po osiemdziesięciu latach swojego istnienia zdecydował się na niego i Canon.

Konstrukcja naleśnikowego obiektywu 24mm na małe matryce APS-C miała sens jeszcze większy niż wcześniejsze o rok 40mm na pełną klatkę, bo pasowała niewielkimi rozmiarami do rozmiarów amatorskich aparatów. Zyskiwała go dodatkowo, wobec spodziewanego ataku aparatów bezlusterkowych konkurencji. Canon zawczasu pomyślał o miniaturyzacyjnym orężu, pozwalającym się doczepiać do jego najmniejszej lustrzanki i chwalić się podobną poręcznością co atakujące go Sony czy Olympusy.
Obydwa naleśniki Canona miały dość umiarkowaną cenę, która taką pozostała do dziś - są jednymi z najtańszych jego obiektywów. Czy warto, panie Mecenasie rozważać zakup takiego ledwo odstającego od aparatu gówienka?

Staruszek




Drugi obiektyw jest najpopularniejszą w czasach przedcyfrowych Sigmą. Sigma załatwiła tym sprzętem wielu producentów na cacy. Zabiła nim wiele much za jednym zamachem. Po pierwsze jest to obiektyw - uwaga uwaga, nie uwierzycie - o rok starszy niż cały canonowski system EOS. Wyprodukowano go z myślą o pierwszym autofokusowym aparacie świata sprzedawanym z sukcesem, czyli Minolcie 7000. Sigma zmodernizowała wtedy swój manualny obiektyw 24 mm, konstruując narzędzie do podgryzania dużych graczy rynkowych, którym wtedy w żadnym razie nie była. Zbudowano zatem sprzęt wszystkomający - po pierwsze mocno szerokokątny, po drugie dający rekordowe możliwości zbliżenia makro, po trzecie niewielki, a po czwarte prawie o połowę tańszy niż wszystkie podobne obiektywy konkurencji.

piątek, 22 marca 2019

W jeden dzień dookoła Josefa Petzvala.



Pisałem, ale napiszę i setny raz: jak kto chce egzotyki liznąć, doznać szoku kulturowego, to daleko nie musi jechać. 

Kiedyś, dawno temu, chciałem okrążyć Morze Śródziemne. Palmy, wielbłądy, Afryka dzika, chałwa Bosfor. Ale po pierwsze trzeba mieć na to miesiąc urlopu, a po drugie parę wojen wybuchło nad brzegami tego morza w międzyczasie i nie wszędzie się przejedzie. Potem chciałem, skromniej, okrążyć Morze Czarne. To było z dziesięć lat temu. Niestety nasz najukochańszy sąsiad napadł w międzyczasie na parę krajów leżących po drodze i nie mam ochoty ryzykować kulki z kałacha dla tej szczytnej idei. 


Ale za to zaryzykowałem jeden dzień z życia, żeby okrążyć Tatry.
Co? Że egzotyki mało? Oj, nie macie pojęcia jak w niektórych miejscach można zebrać tam szczękę z ziemi.




Wycieczka była szybka, krótka i niezbyt dogłębna. Ale wystarczyło. 
Ongiś, w Liptovskim Janie na Słowacji będąc (co relacjonowałem na Fotodinozie - TUTAJ), zauważyłem w centrum mieściny małą budkę drewnianą ze skromnym napisem "Wino i sery lokalne". Napis był interesujący, tylko jakoś nie zdarzyło mi się tam wtedy, w ongisiu, wstąpić. Natomiast teraz był mus. Zatem skierowaliśmy wierny pojazd fabrykancki w stronę Liptovskiego Jana i jego drewnianego przybytku.
Zaparkowaliśmy na miejscu i ruszyliśmy ku drzwiom. I wtedy!
ŁUP, ŁUP, ŁUP, ŁUBUDU!!!! Trzask! BRZDĘK tłuczonego szkła! A potem zza drzwi rzeczonej budki straszne wrzaski, głównie kobiece, ale też i grubaśne męskie okrzyki. Potem chwila ciszy. Ręka zadrżała Współfabrykantce na klamce tego minisklepu. Idź lepiej przodem - rzekła. Poszedłem, z pewną taką nieśmiałością.
W środku coś na kształt mikroskopijnej gospody. Lada, trzy stoliki z sześcioma nieco ponurymi panami pijakami, o nieco czerwonych gębach i mętnym wzroku. Podłoga w stłuczonym szkle. I żena za pultem naburmuszona strasznie i jeszcze pokrzykująca na groźnie. Stanęliśmy skromnie z boku i czekaliśmy na ostudzenie atmosfery. Najbliższy pan tubylec złapał mnie niespodziewanie za ramię. Ale nie zaczepnie. Krzepiąco mnie złapał. Tu nic! Nie bójcie się! - mówi - to ten głupi, o - pokazuje - kufel zbił. Nic wam się tu nie stanie. A! Polacy? Wchodźcie, wchodźcie, przepraszamy za niego.
Żena za pultem, wciąż wkurzona, wreszcie zwróciła się do nas i obsługiwała nas z marsem na czole. Co tam chcecie? Wina? Którego? Nie wiecie? A dobra, to zaraz wam dam spróbować. Czerwone i białe polało się do plastikowych kubeczków z kraników zamontowanych w ścianie. Chwilę nam zajęła degustacja (cztery kraniki!) i decyzja, trwało to z siedem minut jakie spędziliśmy przy ladzie. Podczas tych siedmiu minut po kolei wszyscy panowie pijacy podchodzili do nas i po kolei wszyscy solennie nas przepraszali za zamieszanie.

Pokażcie mi taki bar w Polsce, w którym rozrabiający pijacy przyjdą cię przepraszać! Tylko u nas tabliczki w barach: "Mistrzów świata uprasza się o zachowanie spokoju".


Zaopatrzeni w czerwone wino porzeczkowe, a przede wszystkim w nowe egzotyczne doświadczenia z ludnością tubylczą, ruszyliśmy zwiedzać dalej słowacką egzotykę. Liznąć. Liznąć przez szybkę, bo co można w jeden dzień. 





W drodze dookoła Tatr nasuwają się następujące obserwacje krajoznawcze: na Słowacji skromniej i z mniejszym zadęciem. Jak kto w Polsce inwstuje w, załóżmy, hotel z basenem, to bierze taaaaaaaki kredyt i zrównuje z ziemią to co było, a potem tam stawia taaaaaaaki wypas, wyłożony kostką, blachą kwasówką, świerkiem syberyjskim i szkłem lustrzanym. Na Słowacji bierze się najpewniej jakiś mały kredycik i stawia skromnie, rozbudowując to co jest. Ma to swoje zalety. Pejzaż jakiś taki więcej spójny.


XIX wieczna huta koło Podbieli.
Pejzaż panie na tej Słowacji jakiś taki inny. Tatry, niby te same co u nas, wyglądają od południowej strony jak z kosmosu. Wielka, przeogromna skośna platforma łąk i hal podchodzi z doliny Popradu tym Tatrom do połowy, a potem wystrzelają one w górę niczym Alpy w miniaturze. Daje to ciekawy efekt - widać je z odległości dziesiątek kilometrów, w przeciwieństwie do naszego Podhala, kiedy to nikną za górkami i dolinami i za chwilę ich już nie dojrzysz. Cały boży dzień w samochodzie mieliśmy Tatry na widoku.



Bobrovec


Bobrovec

Bobrovec

Jalovec

poniedziałek, 11 marca 2019

Historia podwodna. Koniec blogów.



Historia podwodna naucza wytrwałych
Jak tu żyć 
żeby zgnić.
Jak zawsze wykwintna, omawia dlaczego
Cały sens
Znowu wklęsł.
         Lech Janerka


No i co?! Facebook zostaje sam jak palec, albo jak ten Himilsbach z angielskim. Google Plus, jego najpoważniejszy konkurent właśnie oznajmił, że wysiada. On już nie może i wychodzi.

Google plus był znacznie mniejszy od Facebooka, udawał tylko większego niż jest. Może nawet i wy byliście nieświadomymi użytkownikami tego portalu, bo profil Google był dodawany automatycznie do zakładanego konta mailowego na Gmail, oraz do kont na Youtube. W rzeczywistości było tam aktywnych 5 - 6 milionów postujących. W porównaniu do 2,27 miliarda ludzi których połknął portal z niebieskim "F" to rzeczywiście nic.
Ale jednak wyobraźcie sobie frustrację, jaka może ogarnąć człowieka, który pracowicie komponował tam swoje teksty, albo wrzucał ciekawe zdjęcia. Na ogół nie były to zdjęcia kotków i kaw ze Starbunia, bo Google Plus trzymał, excuses Facebooku, wyższy znacznie poziom dyskusji.
Zdjęcia i wpisy znikają jak sen jaki złoty. Było i nie ma, jak w ruskim cyrku.
To jeszcze nie koniec historii znikania.

poniedziałek, 4 marca 2019

Jak się robi odbitki. Fotodinoza spąsoruje.



Drogie dzieci! Zdjęcia wyświetlane na ekranikach waszych smartfonów to nie jest coś co istniało zawsze. Dawno dawno temu, myślę że tak z piętnaście lat do tyłu, zdjęcia wyświetlane za pomocą świecących pikselków nie były uznawane za prawdziwe zdjęcia. Zresztą częściowo słusznie- wystarczy że wyświetlicie swoje zdjęcie na smartfonie i komputerze jednocześnie, żeby się przekonać, że to co nieco dwie różne wersje tego samego zdjęcia. Nie mówiąc już o możliwościach technicznych wyświetlania dostępnych dzisiaj i piętnaście lat temu. Nie mówiąc już o przejściach tonalnych od czerni do bieli, które na dowolnym monitorze znacznie różnią się od tego co oferuje papier fotograficzny (przede wszystkim papier fotograficzny nie świeci, czym przypomina raczej czytnik e-booków niż ekran smartfona).

Ponieważ te piętnaście lat temu za prawdziwe zdjęcie uważano coś realnie wydrukowanego, i to uważano od czasów wynalezienia fotografii w ogóle, pojawienie się zdjęć na wyświetlaczach i ekranach uznawano za ersatz i iluzję, niegodną prawdziwego fotografa. Nadal uważam że jest w tym pewna racja. Otóż uważam choćby, że te zdjęcia które dla Was zamieszczam na blogu to nie te same zdjęcia, które wy oglądacie. Wyświetlają się Wam ciemniejsze lub jaśniejsze, mocniej lub słabiej kontrastowe, bardziej lub mniej nasycone. W zależności od tego na czym je oglądacie. I NIE MAM NA TO ŻADNEGO WPŁYWU, pomimo że spędzam nad nimi trochę czasu obrabiając je i zastanawiając się jak jasne/ ciemne powinny być. I to ja- pełny półprofesjonalista. A co dopiero profesjonalny fotograf- purysta!

Dopiero dzisiaj zdjęcia wyświetlane na ekranach są uznawane za te właściwe. Wszystko to wpłynęło na prostotę i łatwość ich oglądania, wygodę ich przechowywania i zmniejszyło ilość ścinanych na papier drzew.
Ale też zmieniło kryteria jakościowe. Na gorsze. Jednak po części na gorsze. Nikt nie zaprzeczy, że ilość oglądanych przez nas zdjęć wzrasta wciąż wykładniczo, a na to czy są lepszej czy gorszej jakości- większość widzów ma najzupełniej wyjechane.
Fotografowie też, zdaje się, przyjęli już ten standard wyjechania. Na podobnej zasadzie zniknęły z rynku także papierowe czasopisma fotograficzne ze zdjęciami, między innymi zasłużone "Foto" i "Popular Photography". Internet i ekrany wyświetlaczy pożarły je w całości.

O odbitkach wywoływanych analogowo napisano już księgi całe i stosy poradników. Ale drukowanie cyfrowe nie doczekało się specjalnych opracowań, oprócz specjalistycznych- dla właścicieli fotolabów. Chyba dość mało jest amatorów, którzy mają w domu fotolab, stojący pomiędzy telewizorem a kanapą w dużym pokoju. A ja, odwiedzając fotolab, od ponad osiemnastu lat lat ten sam - Fokal na Narutowicza w Łodzi - nigdy nie zainteresowałem się nim głębiej, niż tylko na tyle, czy aby zdjęcia są dobre. Zawsze były dobre. Więc ja, jak ten chłopczyk co to się nie odzywał ni słowem do wieku lat dwunastu - bo cukier zawsze był na stole.


Praca wre.



No ale dlaczego te zdjęcia wychodziły dobre?
I tu postanowiłem trochę wniknąć. Zgłębić choć powierzchownie. I podręczyć zatem Jacka Bergmana z Fokalu, żeby mi to wszystko pokazał i objaśnił.




piątek, 22 lutego 2019

Aparaty, kłamstwa i obrazy fotografizne.



Może macie ochotę poczytać sobie coś dobrego o fotografii?
Otóż mam dla Państwa Szanownych bardzo dobrą książkę w prezencie. A raczej to autor ma ją dla nas. "Aparaty i obrazy, w stronę kulturowej historii fotografii". Jest do pobrania za darmo jako PDF - TUTAJ. Przeczytałem z wielką przyjemnością - bardzo pasuje do tematyki mojego bloga
Jakub Dziewit, jej autor, który jest kulturoznawcą, kuratorem wystaw i wykładowcą Uniwersytetu Śląskiego, bierze na warsztat fotografię i jej rezonans społeczny i kulturowy. Książka, pomimo naukowo - filozoficznego wstępu, jest tak naprawdę swobodną gawędą autora na tematy bardzo dla fotografii ważne - porusza kwestię jej "prawdziwości" i kwestię jej mimetyzmu względem rzeczywistości, czyli naśladowania istniejącego świata. Większość eseju jest poświęcona tej kwestii. A temat jest doprawdy kluczowy, bo czy fotografia jest prawdą? Czy mówi prawdę? Albo chociaż do prawdy dąży? Czy też udaje, oszukuje oko widza, kłamie w owe żywe oczy, nagina, montuje i kadruje, upiększa i fotoszopuje?
Rzeczy aktualne (jak się okazuje) od zarania, aż do dzisiaj, kiedy to w atmosferze skandalu zrzucani z podiów są kolejni fotografowie wygrywający konkursy metodą "na klonowanie Photoshopem", a z pomników zrzucani są kolejni nestorzy fotografii, których oskarża się o manipulowanie obrazem - między innymi słynny Steve McCurry - LINK

Dziewit przedstawia początki powstawania fotografii, relacjonuje poważne kłopoty pierwszych fotografów z odwzorowaniem rzeczywistości - zdjęcia musiały być tworzone maksymalnie sztucznym sposobem, żeby dać wrażenie czegoś naturalnego, np. składane z kilku obrazów. Już pionierzy zyskali też świadomość możliwości manipulacji, jakie niesie "obiektywna" na pozór fotografia. Pierwotne było przecież mniemanie publiczności o tym, że fotografowanie to pozbawione wpływu twórcy "malowanie samym światłem", bezpośrednie odwzorowanie widzianego świata:
"Prostem szaleństwem byłoby, gdyby którykolwiek z artystów pomyślał nawet ubiegać się o niedościgłą dla ludzkiej ręki dokładność i doskonałą precyzję, jaką daje sama przyroda, działająca w machinie fotograficznej"
       Tygodnik Ilustrowany 1860 rok.

Fotografia została wynaleziona, a raczej wdrożona w życie w okolicach 1827 roku, a już kilkanaście lat później trzeba było się żegnać z tymi słodko naiwnymi przekonaniami.

No i co teraz, proszę publiczności? Kłamali ci pionierzy fotografii jak z nut, czy może za pomocą ograniczonej ilości dostępnych słów próbowali opisać świat swym fotograficznym poematem?

piątek, 15 lutego 2019

Czym się różni wróbelek? (Redbird)



No oczywiście tym, że ma jedną nóżkę troszeczkę.
Jakiś czas temu załadowałem swój wierny aparat analogowy analogowym filmem Rollei Redbird. Ale nie był to zwykły film, tylko film efektowy, w związku z tym oczekiwałem efektownych efektów. Fajerwerków nawet. 
Ogólnie rzecz biorąc, najprostsze efekty uzyskiwane ze zwykłych filmów, to po prostu wsadzanie ich nie do tych chemikaliów, do których były przeznaczone. To nawet ciekawe, że postępowanie wyglądające na koszmarny błąd daje jakieś dobre efekty. Nazywa się to cross-procesem, w ładnie wyglądającym skrócie angielskim: X-pro.

Jak wiadomo, mamy z grubsza dwa rodzaje filmów - negatywy i slajdy. Te ostatnie zwane są także diapozytywem, filmem odwracalnym, albo potocznie - filmem do przezroczy. No fakt. Jak się schrzani naświetlenie filmu, to czasem wychodzą zupełnie przezroczyste, rzeczywiście. Negatywy wywołuje się dziś na ogół w procesie C41, a slajdy w procesie zwanym E6.

Proces C41 wynalazł Kodak w roku 1972. Co, uwaga, nie oznacza, że wcześniej nie było wcale kolorowych filmów negatywowych, wszyscy siedzieli jeszcze na drzewach, a na dole biegały dinozaury. Filmy kolorowe to wynalazek jeszcze przedwojenny - pisało się o tym ciut we wpisie o IG Farben - TUTAJ. Wcześniej stosowano po prostu nieco inne procesy wywoławcze, o innych numerkach. Ten kodakowski był najnowszy i spełniał wszystkie główne wymagania dotyczące uzyskiwania wywołanego filmu - zwykle sporym problemem było blaknięcie barwników po pewnym czasie od wywołania, chodziło też o łatwość produkcji i przechowywania odczynników. C41 stał się standardem we wszystkich laboratoriach, inni producenci - Fuji, Agfa, Konica, nazwali swoje analogiczne do kodakowego procesy innymi numerkami, ale generalnie wszyscy na swoich filmach negatywowych piszą o możliwości ich wywołania w C41.




Konstrukcja błony filmowej jest, trzeba to uczciwie powiedzieć, dość poważnie skomplikowana. Wbrew wszelkim pozorom. Film kolorowy składa się co najmniej z kilkunastu warstw naniesionych na bazową folię. Przede wszystkim z warstw na bazie związków srebra, uczulonych na konkretną barwę światła - żółtą, niebieską lub czerwoną (barwy podstawowe). Niestety rzecz nie jest tak prosta, jak by się myślało - poszczególne światłoczułe barwniki mają kompletnie różną czułość, dlatego trzeba dodawać do warstw filmu nie tylko neutralne "oddzielacze" poszczególnych barwników, ale także warstwy filtrujące określone barwy światła, żeby tą różną czułość jakoś wyrównać. Co gorsza na światło niebieskie jest uczulony w pewnym stopniu każdy z owych barwników, trzeba i to brać pod uwagę i odpowiednio kompensować.






W zależności od czułości ustawia się też kolejność warstw barwnych, żeby te górne naświetliły się mocniej (barwnik czuły na światło niebieskie, dający żółty zafarb negatywu), a te dolne (czułe na żółć i czerwień) słabiej. Dodatkowo za barwnikiem czułym na niebieskość, a jeszcze przed barwnikami kolejnych kolorów, umieszcza się warstwę "filtra żółtego". Tenże żółty filtr, odcina niebieskiemu światłu dostęp do warstw leżących poniżej. Na dole leży warstwa reagująca na światło czerwone, najszybciej zmieniająca się pod wpływem naświetlenia, zatem schowana za poprzednimi. Pod nią jeszcze dodatkowo - warstwa przeciwodblaskowa, żeby nie dawać wtórnego odbicia światła od folii bazowej, która jak wiadomo jest materiałem błyszczącym.

Żeby dodatkowo zrekompensować wszystkie niedostatki w działaniu barwników, owa bazowa klisza foliowa, na którą naniesione są wszystkie warstwy, jest zwykle z folii pomarańczowej, co poprawia sumaryczny efekt. Prawie każdy film negatywowy jest tego koloru - sami pewno wiecie, o ile tylko mieliście z nim do czynienia. W wyjątkowych przypadkach producent daje / dawał bezbarwny podkład, w filmach przeznaczonych do skanowania. Musi być to jednak kompensowane w ustawieniach skanera, oraz uwzględniane przy naświetlaniu odbitek.




Z wierzchu, jeszcze przed wszystkimi światłoczułymi barwnikami stosuje się warstwę filtrujące ultrafiolet (który jest wszędzie, ale ludzkie oko go nie widzi), a jako pierwszą - warstwę ochronną, która ma zapobiegać porysowaniu kliszy.

Poddane naświetleniu w aparacie, a potem zanurzane w kąpielach chemicznych klisze ukazują swe kolory. Proces przebiega w temperaturze 38 stopni, stosowane są następujące kąpiele: wywoływacz, odbielacz, utrwalacz, woda i stabilizator. W uproszczeniu - wywoływacz ujawnia na kliszy jednocześnie obraz barwny, jak i czarno-biały, srebrowy, uzyskany za pomocą naświetlonych w warstwach kliszy halogenków srebra. Kolejna kąpiel, w odbielaczu, zamienia uzyskane srebro metaliczne w halogenki srebra, pozostawiając na filmie sam obraz barwny. Potem utrwalacz zamienia halogenki srebra w sole srebrowe, a utrwala naświetlone kolorami warstwy. Sole srebra są łatwo rozpuszczalne w wodzie, co dzieje się w następnej kolejności. Na koniec płukanie w stabilizatorze pozwala uniknąć zacieków widocznych na kliszy.






Podczas wywołania bardzo istotne jest utrzymywanie temperatury, i nie tylko określonego stężenia chemikaliów, ale i równomiernego stężenia w pobliżu kliszy. Koniecznie zatem trzeba mieszać, jak Bogdan Smoleń podczas gry w karty.

Filmy diapozytywowe, czyli slajdy, są równie skomplikowane w konstrukcji co negatywy, a ich wywoływanie E6 nieco bardziej żmudne - stosuje się tam podwójny proces wywoływania - raz czarno-białego, drugi raz kolorowych składników filmu. Pomiędzy nimi stosuje się kąpiel w środku chemicznym, który symuluje zaświetlenie filmu dodatkowym światłem (w czasach bardziej zamierzchłych trzeba było film, po prostu realnym światłem błysnąć). Następne działania, czyli odbielanie, utrwalanie, płukanie wodą i stabilizowanie wyglądają podobnie do negatywowych.

No i kto bogatemu zabroni wkładać film negatywowy do odczynników diapozytywowych i odwrotnie? Nikt nie zabroni, wolność jest. Każdy może wkładać tam gdzie chce.
I co się stanie?

niedziela, 10 lutego 2019

Trzydziestka. Demony przeszłości i przyszłości.



Prawie każde zdjęcie w tym albumie coś znaczy. Albo jest znaczące, albo znajduję na nim podteksty i ukryte symbole, albo po prostu znaczy coś dla mnie prywatnie i bezpośrednio. Dobrze wybrane zdjęcia. Trzydzieści lat, panie kochany. Trzydzieści lat od roku nadziei, która, jak wiadomo, umiera ostatnia. Czy już umarła? Czy przeminęła? Czy jeszcze się tli?
Rok 1989. Album fotograficzny Chrisa Niedenthala.
Właściwy człowiek, na właściwym miejscu. Myślę, że oprócz zdolności fotograficznych i wydolności do noszenia toreb z toną aparatów, fotoreporterowi najbardziej przydaje się świadomość. Zrozumienie i empatia dla tego co widzi. Wtedy dopiero dobrze ocenia rzeczy przed obiektywem i wie w co ten obiektyw należy wycelować. Redakcja „Times'a” nie mogła trafić lepiej – w Europie Wschodniej i Bałkanach pracował dla niej potomek polskich imigrantów do Wielkiej Brytanii, Chris (Krzysztof) Niedenthal, urodzony w Londynie, który języka polskiego nauczył się w szkółce sobotniej dla dzieci polonusów, a do kraju rodziców przyjechał na stałe w 1973 roku. Zanurzenie we wschodnioeuropejskim świecie i brytyjski paszport pozwoliły mu patrzeć uważniej, oceniać lepiej i mieć więcej możliwości, niż inni fotoreporterzy zachodni i niż fotoreporterzy polscy. Niedenthal wyrobił sobie renomę, pracując w Polsce jako wolny strzelec dla „Sterna” i „Newsweeka”, między innymi słynnym zdjęciem z wojny polsko – jaruzelskiej spod kina Moskwa, z transporterem opancerzonym na tle reklamy filmu „Czas apokalipsy”.
W 1989 roku był fotoreporterem „Times'a”. W czasie tego roku miał za zadanie towarzyszyć Michaiłowi Gorbaczowowi w jego wizytach w tym regionie i fotografować przemiany, jakie zapowiadały się w Polsce lutowym okrągłym stołem.
Czy ktoś dziś jeszcze świętuje okrągłą lutową rocznicę okrągłego stołu? Dziękuję, nie widzę. Idźmy dalej.
Okrągły stół. Zdjęcia Niedenthala mogą wspaniale ilustrować narrację lewicową, o pokojowym i bezkrwawym przekazaniu władzy w Polsce, zgodzie narodowej i porozumieniu, jak i świetnie ilustrują narrację prawicową, o niegodnym zblatowaniu elit i układach ze zbrodniczymi funkcjonariuszami reżimu. Którą narrację wybieracie? Bijemy się? Wyskakujemy na solo, w temacie albumu fotograficznego Chrisa Niedenthala?
Chris Niedenthal "1989 - rok nadziei"

poniedziałek, 4 lutego 2019

Trzy celowniki (a teraz czwarty). Wpis gościnny


Aparat John Stock na mokre płyty, z 1866 roku.
OppidumNissenae [CC BY-SA 4.0 (https://creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0)], from Wikimedia Commons

Dziś na Fotodinozie artykuł gościnny, napisany przez znanego komentatora bloga - Zorkiego 4, czyli Miłosza Gawrońskiego. Piękny przelot przez historię aparatów, od Adama i Ewy, aż do dzisiejszego poranka. Zapraszam:


Dziękuję Fabrykantowi za propozycję gościnnego wpisu. Chciałbym poruszyć w nim kwestię z dziedziny historii rozwoju techniki fotograficznej. Od zarania dziejów fotografii zmagano się z problemem, jakim było kadrowanie i ustawianie ostrości. We wczesnych aparatach na płyty fotograficzne i wywodzących się z nich konstrukcji na błony cięte, najdoskonalszą metodą ustawiania ostrości i ustalenia kadru było użycie matówki. Jednak był to proces powolny, choć dokładny. Aparat ustawiano na statywie, co było niezbędne ze względu na jego rozmiary, niewielką jasność obiektywów i niską czułość dawnych błon. Błonę, znajdującą się na aparacie w metalowej lub później również plastikowej kasecie, należało zabezpieczyć metalową zasłonką tzw. szyberkiem i całość usunąć, a w to miejsce założyć matówkę czyli równomiernie zmatowioną taflę szklaną. Na tejże matówce można było obserwować obraz obrócony “do góry nogami”, odsłaniając obiektyw i/lub otwierając migawkę. Z powodu ciemnych obiektywów oraz niskiego kontrastu matówki, należało odciąć dopływ bocznego światła - stąd powszechne użycie czarnej gęstej tkaniny narzucanej na tył aparatu i głowę fotografa. Po skadrowaniu zdjęcia i ustawieniu ostrości zamykano migawkę (albo zasłaniano obiektyw) i usuwając matówkę zakładano z powrotem kasetę z materiałem światłoczułym, pamiętając o wyciągnięciu szyberka. Dopiero wówczas można było przystąpić do naświetlania.

Czytało się długo powyższy akapit? Proszę mi uwierzyć, cała procedura trwała jeszcze dłużej. Cały czas trwały prace nad usprawnieniem tego procesu. Po pierwsze, zaczęto montować matówki na stałe, ich sprężynowy docisk powodował że pomiędzy aparat a matówkę można było wsunąć kasetę z błoną. Pojawiły się tzw. kasety podwójne, załadowane dwoma listkami materiału, wystarczyło je tylko obrócić o 180 stopni. Eksperymentowano z celownikami lustrzanymi, które dawały wprawdzie obraz zamieniony stronami, ale już obiekt “stał na nogach” a dzięki kominowym składanym osłonom w większości wypadków nie trzeba było już używać czarnej tkaniny, ponieważ do celownika przykładało się całą twarz. Pojawiały się dodatkowe elementy jak np. celownik ramkowy, mający w najprostszej wersji postać dwóch, często składanych, ramek z drutu lub blaszki pozwalający na szybkie wstępne ustalenie kadru. Wciąż jeszcze kadrowanie i ustawianie ostrości było żmudne, mimo że rosnąca jasność obiektywów i czułość materiałów powoli zaczynały pozwalać na fotografię “migawkową”.

Kodak No. 1 patent
Von George Eastman - U.S. Patent and Trademark Office ( http://pdfpiw.uspto.gov/.piw?docid=00388850&PageNum=1&&IDKey=E9723128398A&HomeUrl=http://pdfpiw.uspto.gov/ ), Gemeinfrei, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=10970675

Nieustający postęp w projektowaniu obiektywów, rozwój prasy, która rezygnowała z technik graficznych na rzecz fotografii, nieuchronnie prowadził do rewolucji na miarę trwającej dziś smartfonowej. W 1888r. Eastman Kodak z Rochester zaoferował za 25$ aparat Kodak No.1 Slogan reklamowy brzmiał: „Naciśnij spust, a my zrobimy resztę!” I było to rzeczywiście nowatorskie podejście do fotografii, dzięki któremu wyszła ona z niszy dla bogatych i wtajemniczonych i stała się dziedziną (względnie) popularną. Kodak No.1 był niebywale prymitywnym aparatem typu box, z wyglądu przypominał skrzynkę pozbawioną jakichkolwiek przyrządów celowniczych oprócz wyciśniętego w skórzanej okleinie “V”, pokazującego kąt widzenia; jeden czas migawki i jedna wartość przysłony i dosyć przyzwoity obiektyw typu aplanat miały wystarczyć amatorom. Jednak to właśnie ten aparat za sprawą użytego materiału fotograficznego przyczynił się do rozpropagowania fotografii. Otóż wewnątrz znajdowała się rolka filmu zwojowego pozwalająca na wykonanie około 100 zdjęć w formacie (okrągłym) ca. 8x8cm. Po skończeniu filmu fotograf odsyłał aparat do producenta i za 10$ dostawał go z powrotem załadowany na nowo z kompletem odbitek. Genialne!

poniedziałek, 28 stycznia 2019

Mityczna Byczyna.



Kupiłoby się wieś
Ale pieniądze - gdzieś.
    Zasłyszane od Mamy

Śnieg padał i padał bez końca. Wycieraczki rozgarniały rytmicznie biały kożuch, a reflektory wyławiały pracowicie kolejne nocne zakręty. Ślisko, droga wąska, jak to na uboczach, w centralnej Polsce. I wszystko byłoby takie jak zwykle, gdyby w światłach nie ukazała się nagle wieżowa, ceglana trafostacja, ze spadzistym dachem z dachówki. Taka sama, jak licznie stoją na Mazurach, Kaszubach, czy Dolnym Śląsku. Zniknęła za zakrętem, ale niepokój pozostał. Franz! To chyba nie nasze! A byliśmy raptem 120 kilometrów od Łodzi. I to wcale nie w stronę Mazur.


O, są w Polsce czarne dziury! Duże! Mam w domu ze trzy przewodniki, typu "Polska, najciekawsze atrakcje", "Polska, 100 najciekawszych wycieczek", "Polska na weekend", albo "Polska na przesadnie długi weekend z urlopami pomostowymi". Wszędzie w tych przewodnikach panują czarne dziury nicości. W każdym z nich okręgi zatoczone wokół miast, nazwane turystycznie "w okolicach Łodzi", "w okolicach Wrocławia", "w okolicach Częstochowy" zadziwiająco nie stykają się wcale brzegami. Pomiędzy nimi panuje przestrzeń kosmosu "w okolicach niczego". Do tego jeszcze główne drogi. Główne drogi A1/ Gierkówka, A2 i S8 starannie omijają swymi widłami owe czarne dziury i jadąc z centrum do Wrocławia, Katowic czy Krakowa nie przyjdzie nam do głowy zboczyć w nicość, o ile nie znajduje się blisko trasy. Tak to czuję, wewnętrznym głosem, który zapewne się myli, ale już trudno - po to są felietony, żeby subiektywnie opisywać świat.

Pięć lat temu kolega Krzysztof Gol opowiedział mi o Byczynie. A ponieważ kolega Krzysztof ma dar wymowy, w głowie mej zrodził się mityczny obraz miasta. Mityczna Byczyna. Po pięciu latach postanowiłem skonfrontować go z rzeczywistością i ruszyć odważnie w czarne dziury okolic niczego. I od razu nadziałem się na pruską trafostację.

Człowiek w głowie kształtuje sobie nieokreślony i subiektywny obraz przeszłości. Dzięki wspólnocie społecznej w której żyje, wszystko wydaje mu się jednolite, ciągłe i liniowe. Zastane. Istniejące od zawsze, bo ogląda to od urodzenia. Wiadomo, że zabory, wojna, okupacja, dwadzieścia osiem filmów o tym zrobiłem, a kręcę dwudziesty dziewiąty (cytat), ale to właściwie dziś tylko konstrukty literackie, gdzie tam o tym myśleć, kiedy tu kredyt, debet, konflikty polityczne i internetowe nawalanki. Dopiero człowiek musi zobaczyć trafostację w świetle reflektorów, żeby się zastanowił jak różna jest nasza aktualna Polska, od tej co była kiedyś.






Otóż pruska trafostacja, z cegły. Sto dwadzieścia kilometrów od domu, na południowy zachód. To dopiero pokazuje, jak bardzo na wschód zwrócona była Polska, raptem 80 lat temu. Z Łodzi, do granicy z Niemcami było nieco ponad sto dziesięć kilometrów. Granica biegła praktycznie po dzisiejszym brzegu województwa łódzkiego. Dla zaspokojenia ciekawości mierzymy sobie teraz odległość z Łodzi do dawnej wschodniej granicy w Zaleszczykach. Mamy - 711 kilometrów. Dziesięć godzin i piętnaście minut drogi samochodem, według mapy Googla. Mapa googla lojalnie uprzedza: "Ta trasa przebiega przez granicę kraju. Miejsce docelowe jest w innej strefie czasowej". Bardzo możliwe, szanowny Guglu, bardzo możliwe...







Tymczasem my przepruliśmy przez śnieżycę na dawnej granicy Polski z Niemcami. A wcześniej z Królestwem Prus. A wcześniej z Królestwem Czech, pod władaniem Habsburgów, a wcześniej z... a nie, to Królestwo Polskie było wcześniej, a jeszcze wcześniej księstwa piastów śląskich. Żeby pozwiedzać Mityczną Byczynę, najpierw trzeba było się zakwaterować w Kluczborku. A może w Cruceburchu? W Chreuczpurgu? Cruceburcku? Crewczburgu? Kluzborgu? Kreuzburgu? Kruciborgu? No jak się przechodzi non stop z rąk do rąk, jako miasto graniczne, to możliwe. Kwaterujemy.
Kluczbork, jak i inne miasteczka dawnych Prus, są niemożebnie pruskie w swym duchu. Są tak pruskie, jakby je od sztampy (stampfe) stawiali, po wygranej wojnie francusko - pruskiej. Niesamowita jest globalna stylistyka, jaką stosowano za sprawą wojennych reparacji (już kiedyś liczyłem te reparacje - TUTAJ), na Dolnym i Górnym Śląsku, Pomorzu, Warmii i Mazurach. Gdyby zawiązali mi oczy i spuścili z kosmosu do Kluczborka na boczną uliczkę, nie wiedziałbym gdzie jestem. W Brodncy? W Chełmnie? W Złotoryi? Tysiąc kilometrów rozpiętości od Bałtyku do Karpat i jedna estetyka. Oczywiście przesadzam co nieco. Artefakty z wcześniejszych wieków odróżniają te miasta wyraźnie.


Kluczbork, kościół ewangelicko-augsburski z XVI-go wieku i Cinquecento Sporting z XX-go.