poniedziałek, 12 listopada 2018

Top 10 +++ Nie najtańsze tylko NAJDROŻSZE obiektywy do Canona EOS, które mają coś w sobie.

Zbudowałbym ja dom najwyższy na świecie
W samym by sercu miasta stał.
A schodów by bez liku było w domu tym,
Okropnie dużo w górę w dół ciut-ciut
I donikąd schody też bym miał,
Bo sobie tak akurat życzyłbym.


W podwórku to ja chcę dorodny mieć drób
Co krok "gul, gul", "kwa, kwa", "gę, gę"
Taki koncert - ojojoj! - jak ze snu,
Tu indyk, tam znów gęś, coś z kaczek i coś z kur
I już każdy w krąg połapie się,
Że właśnie ja, milioner, mieszkam tu.

Gdybym był bogaczem
Dejdel didel dejdel
Digu digu didel, dejdel dum...



Zrobiło się już Top Ten dziesięciu NAJTAŃSZYCH obiektywów do Canona EOS - LINK, to teraz trzeba zrobić Top Ten najdroższych. Taki dream team, bez ograniczeń. Na wszelki wypadek jednak - przymrużcie jedno oko. Do rzeczy zatem:

10+. Canon 1200 f/5,6 L USM  ostatnia polska cena 402.900,- zł


Jeden z niewielu solidnych testów Canona 1200mm : https://www.the-digital-picture.com/Reviews/Canon-EF-1200mm-f-5.6-L-USM-Lens-Review.aspx

Jeżeli interesujecie się sprzętem fotograficznym, albo chociaż czytacie Fotodinozę, to musieliście o nim słyszeć. To najdłuższy kiedykolwiek produkowany obiektyw autofokus działający z Canonem EOS. Niech was nie zmyli przesłona f/5,6 - jak na tę długość może uchodzić za superjasne szkło. Nie produkują go już, a nawet wtedy kiedy go produkowali powstawał na indywidualne zamówienie. Dzisiaj występuje tylko w jednym miejscu - raz na parę lat na Ebay'u. Wtedy robi się mały szum i piszą o tym wydarzeniu portale fotograficzne.
Ostatnia cena nowego obiektywu w Polsce to właśnie wspomniane czterysta tysięcy złotych. Dzisiaj nie wiadomo, bo zmieniła się relacja do dolara, a Canony 1200 f/5,6 robią się coraz bardziej egzotyczne. Sprzęt był zaprojektowany do poprzedniego mocowania Canon FD z lat 80-tych, ale z tym bagnetem nigdy nie był sprzedawany. Na igrzyska w Los Angeles w 1984 roku Canon, celem szumu i promocji, dostarczył fotoreporterom do użytkowania pięć sztuk tego szkła, ale potem wszystkie wróciły do producenta, by zostać pod koniec lat 80-tych przerobione na autofokus i mocowanie EF. Nieznana jest ilość wyprodukowanych w sumie egzemplarzy, podejrzewa się, że zostało wypuszczone około 20 sztuk. Z wyjątkiem wspomnianych pięciu sztuk żaden obiektyw nie wszedł do produkcji przed tym, zanim za niego nie zapłacił klient. Było to zrozumiałe, bo do jego stworzenia potrzeba było dwóch ogromnych soczewek z fluorytu, powstających metodą hodowania kryształów (nie licząc jedenastu pozostałych ze zwykłego szkła). Wytworzenie soczewki fluorytowej trwało minimum 18 miesięcy.





Nie jest to obiektyw bez wad. Pierwsza to rozmiar, przekraczający 83 centymetry i waga 16,5 kilograma. No ale, jak się ma kasę na ten obiektyw, to i na tragarza wystarczy. Druga "wada" to brak stabilizacji ostrości, ale ten obiektyw powstał przed jego wprowadzeniem na rynek. W zestawie sprzedawano Canona po prostu wraz z dedykowanym statywem w odpowiedniej walizce. 
Minimalna odległość ostrzenia to - tadam! - 14 metrów.
Za to sprzęt jest kompatybilny z konwerterem x 1,4 i x 2, po założeniu tego ostatniego otrzymujemy 2400 mm ze światłem f/11. Nie każdy apatat będzie zdolny do wyostrzenia przy takiej ciemnicy, ale jak już wyostrzy, to można zobaczyć przez niego sznurówkę, którą zgubił Neil Armstrong na księżycu.


Zdjęcie porównawcze - Londyn obiektywem 50mm. Fot https://www.mpb.com/en-uk/

Zdjęcie porównawcze - Londyn obiektywem 1200mm, z tego samego miejsca. Fot https://www.mpb.com/en-uk/ - ten sklep z używanym sprzętem sprzedawał Canona 1200mm w 2014 roku.

Legendy głoszą, że obiektyw ten powstał by umożliwić zrobienie zbliżenia twarzy japońskich zawodników baseballa, stojących na bazie na największym azjatyckim stadionie Koishen w Nishinomiya (118 metrów boiska, 80 tysięcy widzów, zbudowany w 1924 r).
Trzeba powiedzieć, że to dość egzotyczny obiektyw, jak na masowego producenta znanego z drukarek i faksów. Mówi się, że kilka egzemplarzy zostało zamówione przez służby specjalne paru krajów.
My name is Bond. James Bond.

Rozważałbym:
Sigmę 1000 f/8, którą Fotodinoza testowała - TUTAJ. Ciemniejszy, ale znacznie bardziej dostępny obiektyw ekstremalny. Dużo wad, ale za to cena używki zaledwie 3500,-


10. Canon 600 f/4 L IS USM III 48.800,- zł 
 







No, jak tanio od razu się zrobiło! Cena spadła dziesięciokrotnie w porównaniu z numerem 10+. A i tak jest to jeden z dwóch najdłuższych dzisiaj oferowanych przez Canona obiektywów, a przy tym w swoich parametrach nie ma żadnej konkurencji. żadna Sigma, Tokina czy Tamron nie produkują podobnie jasnych stabilizowanych stałooogniskowców, wielkości czteroletniego dziecka (po założeniu osłony). Nie ma też żadnych zoomów o tym zasięgu, które zachowują jasność f/4. Zatem w swej klasie - jedyny i najlepszy przedstawiciel dla aparatów Canon EOS. Ale nie tylko najlepszy, bo jedyny. Szkło cechuje całkowity brak dystorsji geometrycznych, praktycznie żadne aberracje chromatyczne, rewelacyjna ostrość i kontrast. Ma stabilizację obrazu zbliżającą się skutecznością do pięciu działek przesłony. Da się z tego obiektywu, ważącego 3,920 kg robić nieporuszone zdjęcia z ręki z czasem 1/25 - 1/15 sekundy! Rzecz wręcz niewiarygodna, ale potwierdzona.
Do tego w najnowszych wersjach tego garłacza wprowadzono dodatkowy tryb stabilizacji - włącza się dopiero po dociśnięciu spustu do końca i nie powoduje "pływania obrazu w wizjerze" kiedy ostrzymy na cel, znanego z tańszych obiektywów. Działa równie skutecznie. Stabilizacja wyczuwa również automatycznie, kiedy zamocujemy naszą lufę na statywie.
Ostrzenie manualne także wyposażono w dwa tryby - z przełożeniem szybkim i wolnym. Co kto lubi. Ja lubię.
Narzędzie idealne do strzelania dzikich i baaardzo dzikich zwierząt, z odległości gwarantującej przeżycie. Na oko połowa ze zdjęć konkursu "Wildlife Photographer of the Year" jest strzelana tym obiektywem. Większość strzelających Formułę 1 także go używa.


Canon 600 f/4 L IS USM. Fot. materiały producenta.


poniedziałek, 5 listopada 2018

Obscurnie. Magia solarygrafii. 170 zdjęć na raz. (Wywiad)


Fot. Obscurnie. Warsaw spire.


Na jakim najdłuższym czasie można zrobić zdjęcie?
Aparat jakim dysponuję, jak większość lustrzanek, ma możliwość strzelenia zdjęcia w trybie "B", czyli robi zdjęcie tak długo, jak długo naciskamy spust migawki palcem (lub zdalnie). A czy ktoś jest chętny na naciskanie spustu migawki przez DWANAŚCIE MIESIĘCY? Na szczęście są inne sposoby na taką sztukę.

Jak wiemy Facebook ma dużo wad. Ale jak się przyjrzeć, to ma też trochę zalet. Pewnego dnia zobaczyłem na fejsiku zdjęcia użytkownika Obscurnie -
LINK i to dało mi do myślenia. Damian Kępiński je robi. Ale JAK robi?
Wkłada papier fotograficzny do camera obscura w postaci puszki po herbatnikach, po kawie, albo kawałka rury kanalizacyjnej z wykonaną dziurką. Montuje je na kilka miesięcy. To tak mnie zainteresowało, że postanowiłem podrążyć temat i autora. Oto wynik wiercenia dziury w brzuchu Damiana Kępińskiego z Obscurnie:

Fabrykant: Masz Pan cierpliwość! Ile trzeba czekać, zanim takie solarne zdjęcie się zrobi? Jakie są minimalne i maksymalne wymagania czasowe? Czy im dłużej tym lepiej?
Damian Kępiński - Obscurnie: Minimalny czas to tak naprawdę jeden dzień, ale wtedy na negatywie zarejestruje nam się jedynie ślad Słońca i kontury obiektów które znalazły się w kadrze. Według mnie sensownym minimum są 3 miesiące, a optymalny czas, po którym zdjęcie powinno wyglądać bardzo dobrze to pół roku. Mówię "powinno", bo warunek jest taki, że zdjęcie nie zostanie w międzyczasie przez kogoś zerwane, zniszczone przez wilgoć lub inne nie do końca przewidywalne czynniki. Maksymalna granica czasu w zasadzie nie istnieje, bo można naświetlać zdjęcia nawet latami. Według mnie jednak tak długie ekspozycje trochę mijają się z celem, bo po jakimś czasie papier może stracić swoją czułość i przestać reagować. Inna sprawa, że na wieloletnim zdjęciu nie zauważymy wyraźnie więcej szczegółów, niż na zdjęciu rocznym czy nawet półrocznym. Spośród zdjęć które już zrealizowałem rekordowym jest zdjęcie remontu na Jasnej Górze - naświetlane prawie dwa lata. Widać na nim jednocześnie "duchy" armat, które usunięte zostały z tego miejsca po kilku miesiącach od rozpoczęcia przeze mnie ekspozycji, ale jednocześnie drewnianą konstrukcję, którą zbudowano długo PO usunięciu armat. Z tego powodu wszystkie te obiekty zapisały się jako przezroczyste - oczywiście w przeciwieństwie do budynku sanktuarium, który ze względu na ciągłą obecność w kadrze wyszedł bardzo wyraziście. Mam również kilka kamer zamontowanych w pobliżu zapory solińskiej, które wiszą tam od prawie 3 lat, bo jak do tej pory nie jest mi po drodze po nie jechać i przynajmniej do najbliższego lata licznik ich czasu będzie ciągle tykał, bo tylko wtedy możliwe jest wejście tam, gdzie wiszą.


Fot. Obscurnie. Park Helenowski. Widać jak rosną liście na drzewach.


Fot. Obscurnie. Kościół św. Teresy w Łodzi. Ciemniejszy ślad w prawym rogu to samochody zatrzymujące się na światłach.


poniedziałek, 29 października 2018

W Sorencie (vol 2). Podglądanie przodka.



Umrzeć z wrażeń estetycznych niewątpliwie można pod Neapolem, co opisałem w poprzedniej części - LINK. Na szczęście w pobliżu półwyspu Sorrento można oglądać też życie przodków, bo inaczej człowiek by nie wytrzymał takiego natężenia pięknych widoków. Jakieś granice muszą być.
Pojechaliśmy pod wulkan obejrzeć przodka. Od tyłka.

O roku ów! Siedemdziesiąty dziewiąty!
Wtedy to, piętnastego lutego nastąpił wybuch gazu w rotundzie PKO w Warszawie... A nie! Wróć! To było prawie dwa tysiące lat później! 
Prawie dwa tysiące lat wcześniej 24 sierpnia Wezuwiusz, milczący od trzydziestu wieków i uznawany przez starożytnych za zwyczajną górę nagle eksplodował. Były co prawda liczne symptomy o kilka dni wcześniejsze - wstrząsy tektoniczne, znane od dawna pod Neapolis, ale tym razem znacznie mocniejsze. Wyschły też wszystkie okoliczne źródła. Nad wulkanem wzniosła się  kolumna eksplodujących pyłów, sięgająca stratosfery, na górze rozczapierzająca się w grzyb, niczym od bomby nuklearnej. Pliniusz Młodszy, który obserwował to zjawisko z odległości kilkunastu kilometrów, opisał że słup dymu przypominał drzewo piniowe. Potem od szczytu wulkanu, a także z góry, z nieba zaczął padać na ziemię rozżarzony popiół i kamienie wulkaniczne, nawalając we wszystko co było w pobliżu, a dymy które zasnuły niebo sprawiły że nie było ciemno jak w nocy, tylko tak ciemno, jak w zamkniętym, nieoświetlonym niczym pomieszczeniu. Ludzie z miast pod wulkanem zaczęli w panice uciekać tuż po eksplozji, ale ciemności i straszliwe gorąco uniemożliwiły większości te zamiary. Kiedy później z góry nadeszły spływające fale piroklastyczne, niosące gorące gazy zmieszane z pyłem, z prędkością 160 kilometrów na godzinę los wszystkich pozostających pod Wezuwiuszem ludzi był już w jednej chwili przesądzony. Warstwa pyłów i lawy pokryła kilkunastometrową warstwą trzy miasta - Pompeje, Stabię i Herkulanum. Zniknęły jak sen jaki złoty.
Po kilkuset latach tereny zabudowano ponownie. Najmniej Pompeje, bo tam pylisty grunt był bardzo niestabilny. Jednak Herkulanum zalał potok lawy, zmieszany z błotem, na który następnie spadł gorący deszcz kondensacyjny, tworząc gigantyczną, trwałą skalistą skorupę.
O pogrzebanych miastach i historii wybuchu wulkanu zapomniano na szesnaście wieków na dobre.







poniedziałek, 22 października 2018

Skarb kibica fotografii. "1001 fotografii, które musisz zobaczyć" red. Paul Lowe






Wpadła mi w ręce książka, którą sam bym chętnie napisał. Gdybym tylko jakąś napisał. Musiałbym tylko trochę więcej wiedzieć i więcej fotografii obejrzeć. No i mieć nieskończone pokłady czasu. Ale na szczęście książka już jest, zatem czuję się zwolniony z tych obowiązków i teraz mogę spokojnie leżeć na kanapie i czytać. Co za ulga.
Czy to łatwo wybrać 1001 istotnych fotografii ze zbioru wszystkich istniejących? Dla uświadomienia książka donosi w przedmowie, że w samym 2017 roku szacunkowo powstało ich 1,3 biliona, a co dwie minuty powstaje dziś więcej zdjęć niż w całym XIX wieku. Niewątpliwie niełatwo. Ciężka sprawa. Jakie kryterium przyjąć? Estetyczne? A czy pierwsza fotografia pana Niepce’a - LINK była estetyczna? No, nie do końca. Raczej nikt nie jest gotów wieszać ją sobie w dużym formacie na ścianie nad kanapą. Mimo tego trudno nie zamieścić jej w książce o tysiącu i jednej najważniejszych fotografii.
Autorzy książki zdecydowali się, jak najsłuszniej, na kryteria kulturowe i historyczne. Powstała księga, która najlepiej z dotąd przeze mnie czytanych obrazuje całą historię fotografii, jej ewolucję, wpływ na świat, na rzeczywistość zarówno zwykłych zjadaczy chleba, jak i na kierunek w którym szły całe państwa. Bo fotografia miała taką siłę, a nawet ma do tej pory, jeśli tylko przypomnimy sobie zdjęcie Nick’a Ut, które przyczyniło się do zakończenia wojny w Wietnamie, albo zdjęcie zakładnika z Guantanamo zrobione przez Jeana Marca Bouju, które wzmogło dyskusję na temat traktowania islamskich terrorystów w USA. W książce znajdziemy też wielką ilość starszych dowodów na siłę fotografii - choćby zdjęcie blizn od bata na plecach niewolnika, dzieło panów McPhersona i Oliviera. Ważny głos w sprawie zniesienia niewolnictwa.



Te istotne fotografie można w „1001 fotografii” zobaczyć. Ale można tam zobaczyć tak naprawdę niemal wszystko. Jest ta książka, przy okazji także wielkim zapisem historii naszej kultury, zaczynając od XIX wieku, a kończąc na dzisiejszym „teraz”. Jest tam wielka ilość pięknych, świetnie zrobionych fotografii, ale też tych, które walor dokumentacyjny mają na pierwszym planie. No ale jak tu nie zamieścić ich w zestawie, skoro widnieją na nich Elvis Presley, mierzony lekarską wagą podczas rekrutacji do wojska, Buzz Aldrin spacerujący w podskokach po księżycu, Henri de Toulouse Lautrec malujący "Taniec z Moulin Rouge", albo Ronald Regan właśnie postrzeliwany u drzwi limuzyny. Siłą rzeczy oglądamy kadr za kadrem skomplikowaną historię XX i XXI wieku.


Demoniczne spojrzenie Goebbelsa na Alfreda Eisenstaedta. I na nas.

poniedziałek, 15 października 2018

W Sorencie (vol. 1)




-Co tam słychać u mamy?
- W Toroncie jest.
            "Vinci" Juliusz Machulski

Samolot nadleciał znad morza i przechylił się łagodnie na skrzydło. W okienkach pokazał się Neapol. Wytężyliśmy wzrok. A było na co wytężać! Nigdy jeszcze nie lądowałem w tak idealnych warunkach pogody. W krystalicznie czystym powietrzu wyraźnie rysowały się łańcuchy Apeninów, odległych o pięćdziesiąt kilometrów. I miasto, widoczne z góry niczym na Google Street View, z każdym detalem i szczegółem. Lecieliśmy wzdłuż wybrzeża przez dobre dziesięć minut, nie sądzę by wolniej niż 300 km/h, a za oknami przesuwało się nie kończące się miasto. Urbanizacja tego kawałka świata jest wprost niesamowita. To jest gigantycznie rozwleczony na wzgórzach i wzgórkach moloch. Potem obniżyliśmy się bardziej i oczom naszym ukazały się liczne kratery. Jak na filmie "Marsjanin" można było zobaczyć liczne przejawy życia na dnie tych kraterów - całe osiedla blokowe leżące w kalderach wygasłych wulkanów, parki, stadiony i jeziorka. Potem obniżyliśmy się jeszcze bardziej. I jeszcze bardziej. I w pewnej chwili można było zaglądać w okna budynków i wypatrywać co też ci Neapolitańczycy jedzą na obiad (zwłaszcza prześliczna Neapolitańczykowianeczka), oraz zerkać w górę na kościółki na wzgórzach POD którymi przelatywał samolot. Lotnisko w Neapolu jest stare, a ze względu na ukształtowanie terenu - jedyne, w związku z czym miasto zdążyło je obrosnąć z wszystkich stron. Jednym słowem ląduje się na Marszałkowskiej Neapolu. Jeszcze przez chwilę mignął z góry po prawej port i Castel del Uovo, a potem podwozie łomotnęło o stałą włoską ziemię.
Znów wcale nie zamierzaliśmy zwiedzać Neapolu. Chcieliśmy go ominąć sprytnie, żeby spędzić czas na sielskiej prowincji, a nie w porażającym rozmiarem mieście, znanym z zabytków, syfu, gilu i kamieni kupy, oraz camorry i strajków śmieciarzy.
No i nie dało się. No i zapomniałem z wrażenia skasować w nawigacji opcji "omijaj drogi płatne".
Z poprzedniej wizyty wiedzieliśmy już, że wszystkie normalne szybkie drogi w mieście są płatne. Co nam zatem zostało?

"Mamma Mia! Pan Bóg skierował mnie drogą jednokierunkową pod prąd!"
                  Roberto Begninni w filmie "Noc na ziemi"




Mrok i gęstość pochłonęły nas niczym magma z Wezuwiusza. I gorączka. Gorączka miejskiej nocy. Wszystko tam jest takie intensywne i gęste, obszargane osiemnastowieczne kamienice na przedmieściach, gęsty włoski ruch, który albo się uwielbia (to mój przypadek), albo nienawidzi. Piesi, auta, skutery, autobusy mijające się na żyletki w płynnym, niezależnym zupełnie od przepisów drogowych ruchu, niezależnie od pierwszeństwa, zakazów i istnienia migaczy. Płynny ruch, każdy się zmieści, każdy wymusi pierwszeństwo i każdy zostanie wpuszczony. Wszystko w nieustannym kołowrocie, Wielkiej Kołomyi Elementarnej. W czeluściach zniszczonego miasta i cieple październikowej nocy. 
Te bruki! Ach, jak mi się przypomniał Lwów! Zjechane niczym bura suka, złachane, dziurawe bruki sprzed stu, czy iluś tam lat, kilometry bruków, wygniecione milionem kół. Ciasno. Ulica z niewiadomych historycznych przyczyn raz zwęża się, raz poszerza, kamienice ściskają ją w talii, potem odpuszczają na chwilę. Skutery z dzikim bzyczeniem wyprzedzają wszystko z każdej strony, muskają lusterkami, uchodzą z życiem przed autobusami. Wytęż wzrok i znajdź w nocnym Neapolu drogowskazy kierujące na właściwą drogę. Myślisz że to proste? Że najszersze ulice wyprowadzą cię z miasta? Skądże, stają się nagle w przeciwnym kierunku jednokierunkowe, a strzałka "Senso unico" wskazuje że masz wspiąć się w górę jakimś zaułkiem szerokości jednego samochodu, albo na łeb na szyję zjechać ślimacznicą, szorując lusterkami o mury podupadłych kamienic. Dzikie. Piękne. Inne.
Nie wolno mieć w Neapolu dużego samochodu. I nikt nie ma.


Dwa kabriolety.

Po drodze zachodzimy do sklepiku na rogu, zatrzymując się, tak jak wszyscy w niedozwolonym miejscu. Wnętrze nie różni się ani trochę od zewnętrza. Ciasne regały i mały tłumek o dziewiątej wieczorem wymija się z trudem wąskimi korytarzami pomiędzy stosami kartonów mleka Parmalat ("napis Parmalat na kieszeniu - yeah") a pudełkami z makaronem. I szybka konstatacja - ci Włosi nie przestają gadać ani na chwilę! W tym sklepiku jest po prostu cały czas głośno! Śmiechy, okrzyki, nawoływania. Podobno Polacy to Włosi północy. Wejdźcie sobie do Biedry o dowolnej porze, a usłyszycie tylko ciche szelesty świeżaków i pikanie kas. Wszyscy milczą jak grób, rozmyślając pewnie o "Klerze" Smarzowskiego.

wtorek, 9 października 2018

Mistrz empatii. "Życie przed sobą" Romain Gary


Na SNG Kultura moja recenzja książki:

Dzięki Bogu za tłumaczy! Oni z pewnością czasem dają tyłów, ale jednak w większości przypadków biorą nas za rączkę i wprowadzają w literaturę jak w masełko. Przekształcają francuski w polski, a Francuza w Polaka. Zrozumiałego i wyrazistego odpowiednio. I tak jest też z tłumaczami "Życia przed sobą" Romaina Gary'ego - Krystyną i Krzysztofem Pruskimi. Uchwycić jej język i tonację, spolszczyć odpowiednio musiało być bardzo trudno. Musieli się namęczyć, ale efekt wibruje i iskrzy. Bo to świetna książka. Piękna i wyrazista. Opowiada Momo, chłopak z najniższych nizin. Jest dzieckiem, ale jakim dzieckiem! Najbystrzejszym obserwatorem świata, naiwnym filozofem, dziesięciolatkiem, który zna życie na wskroś, pozbył się złudzeń i opowiada jak jest. A nie jest najlepiej.

Momo to dziecko prostytutki, wychowywane w nielegalnym sierocińcu. Prowadzony jest on przez madamme Rozę, także byłą kobietę lekkich obyczajów, żyjącą z wcześniejszym bagażem wojennych doświadczeń z Auschwitz. Momo w swym wywodzie nie do końca rozumie ten bagaż, ale to zupełnie nie szkodzi, bo on doskonale wyczuwa czym jest dla pani Rozy przeszłość. Momo to mistrz empatii.
Wie jak myślą sąsiedzi z pobliża i o czym marzą zakazane gęby z jego marnej dzielnicy, wyczuwa wszystkie obawy doktora Katza. Relacjonuje rozbiegane myśli swojego mentora Muzułmanina pana Hamila. Momo nie ma złudzeń, nie ma może pełnej wiedzy, ale ma doskonałe wyczucie - jak myślą ludzie i jak działają.

Tłumacze musieli oddać ten ciekawy język - dziecięcy i wtrącający śmieszne błędy, ale przenikliwy i weredyczny, nie cofający się przed opisaniem i ocenieniem czegokolwiek, traktujący wszystko z pogodnym, ironicznym stoicyzmem. Śmieszne i wspaniałe jednocześnie.

Ona miała system coraz bardziej nerwowy.

Tyle wiedziałem, że na pewno miałem ojca i matkę, bo pod tym względem natura jest nieubłagana.

Miałem pietra, ale dobrze się bać, wiedząc dlaczego, bo zwykle mam dzikiego cykora bez żadnego powodu, zupełnie odruchowo.

Zasnęliśmy snem sprawiedliwego. Dużo się zastanawiałem i teraz myślę, że pan Hamil nie ma racji, kiedy tak mówi. Uważam, że właśnie niesprawiedliwi najlepiej sypiają, oni olewają wszystko, a tymczasem sprawiedliwi nie mogą zmrużyć oka, ponieważ wszystkim się przejmują. Inaczej nie byliby sprawiedliwi.

Czytaj całość na SNG Kultura - LINK

czwartek, 4 października 2018

Co się kryje za dworcem Saint-Lazare.

"Za dworcem Saint-Lazare" 1932, fot. Henri Cartier Bresson


Jedno jest pewne. No, nie jestem pierwszym, który zastanawia się nad tym zdjęciem. Oj nie. Już szybciej ostatnim. Nie mnie pierwszego zauroczyło. Gdzieś na tyłach paryskiego dworca siedemdziesiąt lat temu fotograf strzelił zdjęcie, a rzesza krytyków przygląda mu się z otwartą gębą.
Zdjęcie to z pewnością widzieliście, bo jest ono ilustracją wszystkich monografii biografii i poligrafii poświęconych Henriemu Cartier-Bressonowi. Ojcu i matce dzisiejszej fotografii reportażowej i streetfoto. Każda książka o nim zaczyna się tym zdjęciem, zawiera to zdjęcie, albo je omawia. Najpewniej rzesze studentów fotografii zrobiły na tym zdjęciu dyplomy, albo prace semestralne przynajmniej.
Słusznie.
Albowiem jest ono żywą emanacją Cartier-bressonowskiej idei decydującego momentu w fotografii. Zatem nadaje się świetnie.
Inne zdjęcia Cartier-Bressona także się świetnie nadają. Stwierdzam autorytatywnie i z pełnym przekonaniem o własnej nieomylności, że był to najprawdopodobniej najzdolniejszy fotograf świata i drugiego takiego już nie było.
A skąd wiem, że on był najlepszy?

-Jak odróżnić dobre zdjęcie od złego?
-Musisz obejrzeć milion zdjęć. Potem już nigdy się nie pomylisz.
(cytat strawestowany)

Taka masa genialnych zdjęć jakie po Bressonie została, to po nikim innym nie została. Same dobre. Mówi się, że Bresson niszczył swoje nieudane negatywy. To nie zbrodnia, to zaleta. Jak się już napisało kiedyś: fotograf który zrobił w życiu tylko jedno genialne zdjęcie, ale za to potrafił je wybrać spośród innych - godzien jest pomnika. Selekcja zdjęć należy do najważniejszych elementów fotografowania, kto o tym nie pamięta, ten zostaje z dyskami komputerowymi zapełnionymi chłamem po brzegi.

piątek, 28 września 2018

Rozdziobią nas kruki, drony. Czy będą aparaty autonomiczne?




Fot. John McDougal, AFP

Samochody już niedługo mają jeździć same. Chociaż niektórzy mówią że jednak długo, długo, długo. Kilkadziesiąt sztuk już autonomicznie jeździ w każdym razie, a czy będzie ich więcej to czas i inżynierowie pokażą. Rzecz cała na razie się rozbija o to, że takie pojazdy są dość drogie, a bardzo, niezwykle wręcz autonomiczny pan Henio z prawem jazdy kategorii C+E jest w porównaniu z nimi stosunkowo tani. A zwłaszcza jego kolega, pan Ho w Azji. Aparaty autonomicznie robiące zdjęcia być może też będą. Prawie są (a „prawie” robi pewną różnicę). Zapowiadają je od piętnastu lat co najmniej i choć są, na oko oceniając, sto razy łatwiejsze w produkcji niż samochody – nadal w tej kwestii niewiele się dzieje.

Sam pamiętam wywiad z edytorem " Przeglądu Sportowego", publikowany niegdyś w "Foto", wywiad o sprzęcie, w którym prorokowano o automatycznych aparatach kręcących filmy z meczy i edytorach, którzy w redakcjach będą wybierać z tych filmów klatki do publikacji. Fotografowie będą zupełnie zbędni. Minęło piętnaście lat. Tymczasem gazety powoli odchodzą w przeszłość, ale zdjęcia nadal strzelają ludzie z krwi i kości.
To właściwie dziwne. Przy dzisiejszych możliwościach obróbki dużej ilości danych, przy dzisiejszym zaawansowaniu oprogramowania zdawałoby się to najzupełniej wykonalne. Zlikwidować fotografów, zostawić same aparaty.

Część roboty jest i tak wykonywana dzisiaj zdalnie, dzięki możliwości radiowego wyzwalania migawki. Widać na przekazach telewizyjnych stojące na pajęczych nogach samotne statywy ze sprzętem w różnych newralgicznych miejscach, które ktoś obsługuje z oddalenia. Kamerzyści (filmowcy) ślubni i i imprezowi stosują od lat dodatkowy sprzęt, stojący samotnie w kącie i robiący za zbieracz materiału. Ba, każdy kto ma trochę gotówki może sobie kupić gotowego drona śledzącego, w celu wykonania selfie-filmiku. Podąża ci taki dron nad delikwentem filmując jego wyczyny sportowe, albo wyczyny innego dowolnego autoramentu, można sobie sfilmować na przykład eksplorację ulicy Włókienniczej w Łodzi, albo warszawskiej Pragi i zarejestrować z powietrza jak się dostaje w mordę za posiadanie portfela, albo kosę pod żebro za ajfona. Co za atrakcje wizualne!

Notabene na niedawnej wyprawie narciarskiej znajomych studentów okazało się że w posiadaniu siedmiu osób jest dziewięć kamer GoPro i trzy drony śledzące. Katastrofa lotnicza murowana.

środa, 26 września 2018

Ranking książek przeczytanych VII (sierpień- wrzesień)



W autobusie, w łóżku zanim zadzwoni budzik, w parku, przy śniadaniu, dorywczo i odrywczo. Czytamy, czytamy.

Czas biegnie
Ma tempo szalone
Walczę żeby mu wyrwać moment
I fakt, że kawałek mu chlasnę czasem
Wtedy siadam na ławce
Czytam prasę
       Łona i Webber

Czytamy, a potem sobie autorytatywnie oceniamy.

Skala sześciogwiazdkowa:
****** – Tusku, musisz!
***** – bardzo dobra, wysoka satysfakcja.
**** – dobra, warta przeczytania.
*** – może być, ale może też nie być.
** – słabo, jest słabo.
* – w ogóle nic ni ma. 

"Przystanek Dakar, rajd okiem fotografa" Jacek Bonecki ****


Album fotograficzno- tekstowy, kupiony w Biedronce za 4,99. Ale wart prawie 54,99, (czyli swą pierwotną cenę). Stojąc przed stosem książek w spożywczaku oko me przykuło natychmiast nazwisko znanego fotografa. Bonecki, obieżyświat, wspinacz, profesjonał, jeździł na rajd Dakar (przed laty "Paris-Dakar", ale rajd przeniósł się z Europy i Afryki do Ameryki Południowej zachowując nazwę) wielokrotnie. Zaprzyjaźnił się z wieloma kierowcami, teamami, organizatorami, zwiedził kawał kontynentu. Wielkim atutem jego zdjęć jest wspaniała różnorodność. Nie tylko automobile i samotni herosi w swych fantastycznych maszynach (Dakar jest niemal ostatnim przejawem długodystansowego maratonu, w którym sportowcy walczą w starym dobrym stylu, występują tam też "samotne białe żagle", którzy sami sobie w pojedynkę zespołem, mechanikami, organizatorami i wsparciem medycznym), na zdjęciach Boneckiego nie tylko zatem samochody i quady, ale także krowy, wołowina, księżycowe pejzaże, tłumy kibiców, walka mechaników z materią, oraz wszechobecne helikoptery. Bardzo to malownicze i wielobarwne. Świetne zdjęcia, tekst ze sporą ilością ciekawostek i detali.


"Inni ludzie" Dorota Masłowska ***** i pół

To taki "Pan Tadeusz" na dziko i brutalnie. Brawurowa powieść napisana rapowym wersem z rymami. Wniknięcie w strumień świadomości ludzi skupionych głównie na sobie, przyjemnym życiu i doczesnych uciechach, a przy tym zagubionych na maksa, uwiązanych w codzienność i samotnych w tłumie. Ludzi, którzy z fałszywą samooceną brną w błędy i bagno komercji, folgując sobie do woli. Straszne co nieco. Smutne. Można dostać doła. Ale opisane z wielkim wyczuciem i zjadliwą, zabójczą ironią. Nie nadaje się dla każdego, ale jest dowodem fantastycznego talentu i wyczucia autorki. Dużą recenzję tej książki napisałem na SNG Kultura - http://sngkultura.pl/2018/08/pan-tadeusz-ze-srodmiescia/

"Niemiecki bękart" Camilla Läckberg ***

Niestety z każdą kolejną książką autorki kryminałów doznaję coraz większego zawodu. Błaho. Coraz błaszej. Coraz mniej dogłębnej psychologii. Jedyny zysk z przeczytania, to liczne retrospekcje do czasów wojny, z których można się przekonać, że II Wojna Światowa w niektórych krajach oznaczała coś zupełnie innego niż w naszym. Ale w sumie to już wiedziałem.

poniedziałek, 17 września 2018

Gorszy sort Greków



Najpierw trzeba było stanąć na golasa. 
Wcześniej zaś należało wypisać swe pytania o własną lub cudzą przyszłość na tabliczkach i wpłacić solidną kwotę. Źródło w świątyni Apollina pełniło rolę wyroczni, a fama głosiła o jej wielkiej nieomylności. Olbrzymie rzesze ludzi ciągnęły żeby stojąc nago zadać pytanie.
A Wy o co byście dzisiaj spytali?

Byłem w Rio, byłem w bajo, miałem bilet na hawajo, byłem na wsi, byłem w mieście, byłem nawet w Budapeszcie, ale takiej Grecji jaką widziałem w Turcji, to jeszcze nie widziałem. Nawet w Grecji. Choć oczywiście widziałem w ogóle ledwo promil tego co powinno się obejrzeć. A my nawet nie polizaliśmy największych cymesów, które czekają w Efezie, tylko same prowincjonalne dziury. Jakąś Didymę, jakiś Milet, nie zaznaczony nawet w przewodnikach, w którym Tales wymyślał jak przeciąć kąt dwoma równoległymi prostymi. Jakiś drugi, gorszy sort Greków.

Dwupasmowa szosa ze szarzałego, chropawego i szumiącego asfaltu zawiodła nas przez nadmorskie góry i kręte sploty, pełne autobusów turystycznych i busików międzymiastowych. Potem weszła w większe pustkowia i przylgnęła do brzegów gigantycznego jeziora Bafa (Bafa Gölü), leżącego pomiędzy suchymi żółtawymi górami i połaciami oliwek. Potężna woda. Lekko jeszcze słona.
Kiedyś była to zatoka Latmijska, nad którą leżały liczne miasta portowe. 
Kiedyś. Dawno temu.
Ale do jeziora wpływa rzeka Menderes. Dawno temu nazywała się Meander. Od niej wziął się rzeczownik. W ogóle dużo wzięło się stąd rzeczowników i czasowników i przymiotników. Wody Meandru niosły muł, który tamował i spłycał z każdym rokiem zatokę. Porty robiły się coraz marniejsze i marniejsze, a zatoka oddzielała się od morza. Pod koniec panowania Rzymian zaczęły upadać i wyludniać się jeden po drugim. W średniowieczu dawna zatoka stała się słonym jeziorem, które z każdym rokiem dosładzają wody dzisiejszego Menderesu.
W okolicach jeziora Bafa także jest dużo zwiedzania, ale odetchnęliśmy tylko jeziornym powietrzem i pomknęliśmy dalej chropawym szarym asfaltem.


Dwa tysiące osiemset lat temu przyszli tutaj Grecy. Już wtedy w Didymie biło ponoć otoczone kultem święte źródło. Nowi przybysze przejęli ten kult, tak jak to czynili i w innych częściach wybrzeża Egejskiego i zaadaptowali na swoje potrzeby duchowe. Zbudowali pierwszą świątynie Apollina, przez stulecia opiekował się nią  kapłański ród Branchidów. Do fundacji przyłożył się znany skądinąd król Krezus. Wieszczka u świętego źródła, wysłuchiwana przez kapłanów, wróżyła przyszłość i odpowiadała na pytania. Ciągnęli tutaj pielgrzymi z całej Azji Mniejszej, bo miała widać kobieta talent. Świątynia w Didymie przyćmiła sławą wróżbicką niedaleki Artemizjon w Efezie i była uznawana za drugą najlepszą w Grecji po  świątyni wyroczni delfickiej.
Ta pierwotna budowla sprzed trzech tysiącleci nie przetrwała na widoku do naszych czasów. Jej fundamenty są gdzieś tam pod dzisiejszymi ruinami świątyni didymskiej. Persowie w 493 roku przed naszą erą najechali Didymnion, zburzyli, splądrowali i wywieźli posąg Apollina. Święte źródło wyschło. Przez blisko dwieście lat sanktuarium było opuszczone i zapomniane.
Za czasów Aleksandra Wielkiego postanowiono odbudować świątynię. Legenda mówi, że po odwiedzinach Aleksandra źródło znów zaczęło płynąć i to dało impuls do odnowy. Odnowy z rozmachem. Postanowiono zbudować największe w starożytnej Grecji miejsce kultu. Zatrudniono dwóch architektów, panów Pajoniosa i Daphnisa, znanych wcześniej z budowli w Efezie.
To co zbudowali w Didymie ci dwaj panowie, bez dyplomu magistra inżyniera, to klękajcie narody!
Ja na kolana padłszy zaraz tyż prędko poszedłem (cytat).



Krótko mówiąc - to jest monstrum. Człowiek jest przy tym maluńki. Obiekt miał rozmiary 110 na 55 metrów, w konstrukcji wykorzystano 124 kolumny wysokości 20 metrów (to 7 dzisiejszych pięter). Wstępowało się  najpierw po potężnych schodach do przedsionka sanktuarium, w którym natykało się na las kolumn o średnicy nie mniejszej niż 2 metry. Dalsze wejście mieli tylko kapłani, którzy dwoma pochyłymi korytarzami schodzili na wewnętrzny podworzec - adyton, gdzie biło źródło i gdzie stał posąg Apolla. 
Panowie architekci nie doczekali skończenia, bo budowa ciągnęła się trzy stulecia. Tak naprawdę nikt nie doczekał skończenia świątyni Apollina.

piątek, 14 września 2018

Czy jesteśmy na bieżąco?



Świat zmierza ku destrukcji. Ale za to duch dąży dokąd chce.

Zmiany, zmiany, zmiany. W ostatnim miesiącu wszyscy producenci się wściekli i jak wściekli zaprezentowali swoje najnowsze bezlusterkowce z pełną klatką. Wszyscy za późno, ale co tam. Canon i Nikon, dwa zasłużone brontozaury rozpoczęły pościg za Sony. Podobno w tej samej lidze wystartować ma też Panasonic.

Sony było pierwsze, najpierw powoli, jak żółw ociężale wprowadziło pełnoklatkowe bezlusterkowe aparaty na rynek. Potem zadudniło, zaturkotało, przyspieszyło i popędziło z licznymi ich odmianami. I zaczęło kosić kasę i gnać coraz prędzej. Dwa brontozaury natężyły się, natężyły, ale przez długi czas nie udźwignęły, taki był ciężar. I ryzyko.
Dopiero teraz.
Nowe systemy mocowań bagnetowych obiektywów. "Canon RF" oraz "Nikon Z". Obydwa o znacznie większej średnicy niż znane od zarania mocowania lustrzankowe. Obiecuje to możliwości produkowania jaśniejszych obiektywów. Nikon ma już w planach obiektyw 58mm f/0,95, zatem wygląda to obiecująco.
Ale co to znaczy dla Fotodinozy? Co oznacza dla małej Fotodinozy i jej czytelników ten wielki krok dla ludzkości? Czy trzeba będzie się przebranżowić, przezbroić, wyrzucić do śmieci posiadane sprzęty, odłożyć do lamusa?
Ale ja nie mam nawet lamusa...

Sam jesteś lamus!




Obydwa systemy i aparaty wyglądają smacznie i zraźnie. Mają wielkie matryce, czułości podkręcone do wartości niebotycznych, szybkie migawki, odchylane ekrany, autofokus wyrafinowany maksymalnie. Do tego Canon EOS R ostrzy automatycznie od -6EV, co oznacza mniej więcej, że ostrzy w niemal całkowitej ciemności. Do tego Canon zaprezentował ciekawe jasne obiektywy, jakich nie ma konkurencja na przykład 28-70 ze światłem f/2 i 50 f/1,2. Niemniej Canon jak dla mnie wygląda o ton słabiej niż Nikon.
Nikon schwycił się brzytwy. Nie jest to dziwne, skoro tonął. Aparaty ten nowej serii Z mają zapewne w założeniu postawić słaniającego się Nikona na nogi. A jeżeli nie postawią... Nikon schwycił się więc brzytwy i wpakował w swoje aparaty Z6 i Z7 po prostu wszystko co mógł. A okazało się że mógł stabilizowaną matrycę. Canonowi aż tak nie zależało i stabilizacji nie ma w korpusie. 




Jak wiadomo - zając ucieka szybciej, niż goni go lis, bo zającowi chodzi o życie, a lisowi tylko o obiad.

wtorek, 4 września 2018

Sturczyć się.



Muezin zaśpiewał w czerni nocy i wytrąceni z głębokiego snu mogliśmy zacząć się zastanawiać: gdzie my właściwie jesteśmy? 

W obcym kraju, zapewne. Nie wąsaci Janusze z Podkarpacia, tylko wąsaci Mustafowie z Egejszczyzny czyhali na nas po wstaniu z łóżka.
Jest tu bardzo ciekawie i bardzo swojsko. I egzotycznie. I swojsko. A czasem egzotycznie. Nie wiadomo co myśleć. Zupełnie jak o Polsce, która też jest swojska, a przy tym wionie egzotyką i łaciatością (pisło się o łaciatości Ciechocinka - LINK). 
Wychodzimy raz na ulicę wieczorem, a tu pomiędzy samochodami spacerują łaciate krowy. Jeden pan to się nawet zdenerwował, szzzu! wołał i machał rękami, bo mu kwiatki zjadały z żywopłotu.




Egzotyka to podobno wytarte do niemożliwości słowo. Ale jeżeli coś jest różne od doświadczeń nacodziennych, to siłą rzeczy jest egzotyką. Jeżeli coś jest różne od jednolitego rytmu, to trzeba to egzotyką nazwać. No bo jak inaczej? Anomalią? Ewenementem? To chyba obraźliwe. "Egzotyka" ma w sobie coś podziwu. Z zachwytu. Dzięki Bogu cały świat się z egzotyki składa, bo inaczej byłoby nudno.

Można się tu zachwycić. Niektóre narody w różnych bardzo ładnych miejscach się osiedliły. Niektóre się osiedliły i wkrótce ładne miejsca przerobiły na blokowiska, albo wieżowce hotelowe. Ale nie Turcy na półwyspie Bodrum. Bardzo dobra urbanistyka! Pejzaż niezepsuty blokhauzem. Wszystkie budynki niskie, białe, może nie wszystkie porywające architekturą, ale niewątpliwie stonowane i nie krzyczące. Łagodne białe kwadraciki wiosek i osiedli rozłożone na wzgórzach spadających do morza. Lazur. Palmy. Jachty, statki wycieczkowe, luksusowe motorowce. Prawie same nowe samochody. Bogato. Przyjemnie, estetycznie, na pierwszy rzut oka bardzo europejsko.





Ale gdy usiąść sobie w spokoju na krzesełku obserwatora, to od razu widać, że Turcy mają inne problemy niż inni. Powierzchownie sądząc i bez dogłębnej znajomości rzeczy (nie znam się, to się wypowiem) mają oni problemy ze sobą.

poniedziałek, 3 września 2018

Mototürk

Na Automobilowni ukazał się mój gościnny artykuł na temat tureckiej motoryzacji. Artykuł na temat tureckiej niemotoryzacji ukaże się na Fotodinozie wkrótce. A tymczasem Mototürk:




Mój znajomy wypożyczył auto w Turcji na dwa dni. Po powrocie zakrzyknął - nigdy więcej takiej traumy!!! Ja jednak, zupełnie odwrotnie krzyczę - więcej, więcej! Więcej takich przełamujących doznań!
Turcja jest strasznie wielka. Przerażająco wielka, prawie dwa i pół raza większa od Polski, a jeśli jedzie się przez nią samochodem, to wydaje się kontynentem prawie. Bo się dość wolno jedzie. To kraj górzysty wielce.
Liznąwszy 5% terytorium Turcji spieszę z reportażem. Nie znam się, to się wypowiem. Co też tam jeździ? A jeszcze bardziej - co też tam gnije po krzakach? 

Nic co zgnite nie jest nam obce. Rozpad formy to rzecz malownicza i ukochana.

A oto forma
Kwadratowa, potworna.
Tak jak lubię - rozpada się.
Rozpada się i cześć.

O, moja formo!
Moja ty Kalifornio!
Nie bądź plastik i nie bądź żel.
Unikaj się, unikaj się
Omijaj tlen i azot też.
A oczka niech już śpią,
Weź je sobie zmruż.
I nigdy więcej barbecue z szefem służb.

Zaznaczmy tu, że zdjęcia pochodzą z najbardziej zachodniej części Turcji, tej egejskiej, turystycznej i europejskiej na wskroś. Na pierwszy rzut oka europejsko tu jak nie wiem co. Palmy, jachty, dolce vita i Dolce Gabana, lazur i piękne góry schodzące do morza. Bardzo ładna urbanistyka, bez wielkich hoteli i molochów dominujących krajobraz. Naprawdę jestem pełen uznania dla tureckich planistów i władz miejskich.
Samochody same nowe.
Nowsze niż w Polsce i to wyraźnie, tak o pięć - sześć lat. Prawie żadnych Pasatów B5 w tedeiku, żadnych Mercedesów W210, Golfów II jak na lekarstwo, żadnej Astry A, bardzo mało czegoś starszego niż 15 lat - wszystko nówki. Głównie Renault Clio, Meganki, Fiaty Linea i Egea (nasze Tipo sedan), Volkswageny i Citroeny. Ale luksus nie gorszy niż w Polsce - sporo Cayenne, dużych BMW i suv'ów Audi. Wypas.
Ale jak się tak wpatrzeć dokładniej...
Cały wyjazd spędziłem na wpatrywaniu się dokładniej i rzucaniu spojrzeń za ucho (celując w krzaki), podczas prowadzenia samochodu. Pragnę tu podziękować Współfabrykantce, która na moje paniczne wrzaski: "TEGO STRZELAJ! TEGO CZERWONEGO ZA TYM BIAŁYM!!!" nie wahała się pociągać za spust aparatu. Spora część fotek jest jej autorstwa.




Czytaj całość na Automobilowni - LINK