piątek, 16 lutego 2018

Centrum feudalizmu. Liptovský Ján.


A może lepsze są Alpy pod Tatrami?
Może i lepsze, ale co to tam za Tatry! Takie niskie!
No bo to Nizkie Tatry.



Znowu się coś tam kliknęło na buking com. Cokolwiek, byle blisko, bez żadnych dodatkowych intencji, byle było miło i niedrogo. Klik i coś tam się zarezerwowało. Potem trzeba było dojechać. Nie tak daleko nawet. Dojechało się po nocy, poszło spać. A rano...
Ratunku! To jest jakieś niewiarygodne miejsce.
Nieoczywiste, ale jednak niewiarygodne.
Wieś, ale taka jakiej w Polsce nie widziałem. Nazywa się Jan Liptowski, tfu... Liptovský Ján.



Ja już kiedyś pisałem, że dla egzotyki to nie trzeba daleko jeździć. Zaskoczenia czekają już za rogiem. Tylko są warunki – nie należy oczekiwać od wszystkiego splendoru Pałacu Buckingham, oraz trzeba się uważnie wpatrywać. Trenuję uważne wpatrywanie, zwłaszcza przez wizjer aparatu. Węszę ślady przeszłości jako ten ogar polski.
Bo ja strasznie lubię wszystkie przeszłe rzeczy, różne zaszłości i anachronizmy. Nie wiem skąd mi się to bierze, ale jak widzę jakąś starą ruderę, to od razu mi się lepiej robi. Czasem wystarczy mi popatrzeć na swój samochód.

Samochód dojechał, tak jak zawsze dojeżdżał. Mówiłem, że co stare to dobre.




Liptowski Jan, u wejścia do Jańskiej Doliny, region Liptów, okręg Liptowski Mikulasz, kraj Żyliński, Słowacja. Miejsce w samym środku niczego. „Na brzegach starych map pisali: dalej mieszkają już tylko smoki”.


Maleńka wieś, na pierwszy rzut oka taka jakie wszystkie na Słowacji, trochę starych domeczków, trochę nowych, strumyk płynie z wolna, rozsiewa śniegi luty, góry dookoła. Ale już z mojego z okna widzę pierwszy... hm..., jakby to stało w Polsce, to by się nazywało, jak bum cyk dana, „kasztel”, a tutaj się nazywa „kuria”, pierwsze quasi - warowne coś. Potem idą dwory. Dworzyszcza. Wśród wiejskich domków stoją sobie wielkie dworskie rezydencje. Jest ich tu siedemnaście. W większości renesansowych! We wsi, którą przeszedłem spacerkiem w dwadzieścia minut! Sporo w stanie „tradizzioni ruderi anticchi”, niektóre świeżutko odrestaurowane i odbiglowane, część, o, proszę bardzo- na sprzedaż.








poniedziałek, 12 lutego 2018

Kate (thriller).

By Deon Maritz (Flickr) [CC BY-SA 2.0 (https://creativecommons.org/licenses/by-sa/2.0)], via Wikimedia Commons.


Ty jesteś taka moja mała Kate Moss
Chude masz ręce, chude nogi a oczy
Oczywiście głębokie, że hej hej hej.
Chude modelki ciągle w modzie są
Ciągle na głodzie chodzą, mało śpią.
Ty jesteś taka moja mała Kate Moss
Kochanie, wytrzyj nos...
              Organek „Kate Moss”




Kate obudziła się jeszcze przed świtem. Niejasne uczucie mówiło że coś jest inaczej niż zwykle. Uniosła głowę z pościeli wielkiego łóżka i rozejrzała się po białych ścianach sypialni. Na jednej z nich czerwieniał w milczeniu wściekle kontrastowy Warhol, promieniejący kolorem nawet w półmroku przedświtu. Kate, przymrużyła oczy i prześlizgnęła się wzrokiem po obrazie. Kieliszek niedopitego wina, rozrzucone w lekkim nieładzie ubrania, białe szpilki pod fotelem. Chwilkę wsłuchiwała się w ciemność za oknami, ale szum miasta był ledwie dostrzegalny. Wielka, samotna, obła lampa milczała na suficie. Zza drzwi garderoby sączyła się słaba poświata. Ach, to to. Zapomniała zgasić tam światło. Mrużąc oczy żeby się nie rozbudzić, wysunęła swe szczupłe ciało spod prześcieradła. Biały dywan miło i miękko dotykał jej stóp. Uchyliła drzwi od szafy, gdzie wielkimi stertami leżały jedne na drugich pudła z butami, przesunęła nogą pod ścianę srebrną torbę od Hermesa, potem machinalnie podniosła czerwone czółenko, które spadło z półki i wcisnęła je obok nierozpakowanego, czarno żółtego pudła z aparatem. Nie miała dotąd czasu żeby do niego zajrzeć od świąt. Może się kiedyś przyda. Kliknęła przełącznik i domknęła drzwi i wróciła do łóżka. Gdy zasypiała ponownie, Londyn powoli otwierał oczy.

Słońce przebijało się przez zasłony. Kate usiadła na łóżku i przeciągnęła się. Mmmm, przyjemnie. 
Musiała być już dziesiąta. Na razie nie sprawdzała godziny. Zrzucając prześcieradło na podłogę ruszyła do łazienki, gdzie jasne światło odbijające się od bieli i kontrast antracytowej ściany rozbudzał ją do reszty. Weszła za wielką szybę i odkręciła krany.

Wycierała się grubym ręcznikiem, który powodował przyjemne mrowienie. Zerknęła w lustro- nie jest źle, nawet bez makijażu… W tym momencie przypomniała sobie że nie wzięła z garderoby ubrań. Naga, z ręcznikiem na włosach wróciła do sypialni. Mijając łóżko, jakiś mocny czerwony kształt przyciągnął jej wzrok.

Róża na stoliku nocnym.

Skręciła gwałtownie. Przecież jej tu wczoraj nie przyniosła?! No chyba że nie pamiętała… Pochyliła się nad stolikiem. Niepokój uderzył falą gorąca. Do łodyżki przymocowany był bilecik:

Tak rzadko o mnie myślisz. Tęsknię. Nie mogę bez Ciebie żyć.”

Kate aż zatkało ze zdziwienia. Nie dotykając róży usiadła na łóżku oniemiała. O co tu chodzi? Krople wody kapały z włosów na biały dywan. Ktoś tu był?! Ona sama przecież nie przyniosła tej róży wczoraj w nocy. Była pewna. Prawie.
Zamyśliła się i spróbowała przypomnieć sobie wydarzenia poprzedniego wieczoru, ale nie do końca mogła być pewna swoich wspomnień. Prawdę powiedziawszy nawet nie pamiętała jak otwierała drzwi. W każdym razie wróciła sama. Tak. Tego swojego odbicia w lustrze kiedy winda wiozła ją wczoraj z parkingu na górę mogła być pewna. Pożegnała się z Jamiem pod domem. Odjechał taksówką. Skąd zatem ta róża? Może włożył ją do kieszeni jej płaszcza, a ona go wyjęła? Pamiętała by przecież. Chyba.

niedziela, 4 lutego 2018

Shitstorm o literaturę. "Król" Szczepana Twardocha.


O tę książkę odbyło się pierwsze w polskim internecie literackie obrzucanie błotem. Albo i inną substancją. Obrzucali się pisarz Jacek Dehnel z jej autorem. Co prawda publiczne obrzucanie się substancjami odbywało się już wcześniej wśród polskich literatów – Ignacego Karpowicza i Kingę Dunin, ale było to obrzucanie się obyczajowe, nie na temat sztuki i kultury. Tym razem poszło o wartości wyższe. Przeczytałem najpierw zarzuty Jacka Dehnela, potem ciętą ripostę Szczepana Twardocha, a na samym końcu rzeczoną książkę.
Jeśli chodzi o sprawy osobistej sympatii, to przyznam szczerze, że bliżej mi do Jacka Dehnela niż do Szczepana Twardocha. Twardocha felietony na Onecie czytam namiętnie, bo świetnie pisze, ciętym, bardzo żywym językiem i bez specjalnych skrupułów. Niemniej drażni mnie on. Nie tyle swoimi poglądami, co swoją postawą. Deklaruje się jako nie-Polak, tylko Ślązak, z polskością niemający nic wspólnego. Jest to według mnie wielce wygodna postawa – pozwalająca z pozycji outsidera krytykować polskie wady i winy i nie przyjmować ich do siebie, pomimo że autor krytyki, o dziwo, urodził się w Polsce i językiem polskim w swych książkach operuje. Świetnie zresztą. Co złego, to nie my – mówi Twardoch i odcina się od szmalcowników, narodowej małostkowości, różnych historycznych polskich błędów i wypaczeń. Nawet od symbolicznych syren, które na Śląsku wyją co roku w dniu rozpoczęcia Powstania Warszawskiego , uznając je za obce i narzucone. Twardoch to kuszący prowokator, uwielbiający wsadzać kije w mrowiska i obserwować z lupą, jak to też mrówki się oburzają.
Sympatie do postaci to jedno, a krytyka literacka – zupełnie co innego. Po przeczytaniu książki uznaję, że zarzuty Dehnela do „Króla” są nie tyle chybione, co wręcz małostkowe. Może i po części słuszne, ale małostkowe. Dehnel zarzucał Twardochowi nietrzymanie się w powieści realiów historycznych – wyciągając, że w 1937 roku jakiś budynek nie mógł być miejscem akcji, bo akurat był w remoncie, a pewne wydarzenia zdarzyły się rok wcześniej czy rok później. Po drugie, zarzucał mu opisanie przesadnej separacji  żydowskiej i polskiej społeczności, które były znacznie bardziej zglajszachtowane, zwłaszcza w biednych dzielnicach Warszawy. Po trzecie, zarzuca Twardochowi opisywanie znanych historycznych postaci w sposób niezgodny z ich wyglądem i zachowaniem – chodzi głównie o Pantaleona Karpińskiego, prawą rękę głównego kryminalnego króla dzielnic, niejakiego Taty Tasiemki. Po czwarte, ku mojej uciesze związanej z sympatiami personalnymi, atakuje Twardocha, że ten szarogęsi się w warszawskich realiach, kradnąc znawcom i opisywaczom Warszawy ich historyczną tożsamość – w kontekście deklarowanej śląskości i niepolskości Twardocha jest to nawet zarzut dość smaczny.
Zarzuty Jacka Dehnela są niestety marne. Jakże to zarzucać fikcji literackiej, że jest fikcją? Jakże to zarzucać używanie historycznych postaci? Toż każda niemal książka historyczna ich używa! Czy Sienkiewicz nie miał prawa opisywać Jana Kazimierza i księcia Radziwiłła, a Umberto Eco Benito Mussoliniego tak, jak mu się to zgrabnie widziało? Czy też Stanisław Lem nie mógł w Katarze użyć sobie do opowiadania Neapolu, a w Śledztwie Londynu takich, jakimi sobie je wyobraził, nigdy tam nawet nie będąc? Czy dla jakości powieści ma znaczenie, że u Lema w Londynie jeżdżą tramwaje i liczne amerykańskie samochody? Licentia poetica, proszę państwa, a spiritus pije, kto chce.

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Bezpieczeństwo czyha



Bezpieczeństwo jest dzisiaj odmieniane przez wszystkie przypadki. Mianownik, dopełniacz, celownik. Jest na celowniku wszystkich. O bezpieczeństwo! - wołają wszyscy w wołaczu.
Reklama Lexusa w telewizji – wielkimi wołami krzyczy, jako pierwsze, słowo „bezpieczeństwo!”, pomimo że samochód pędzi po krawędzi. I to po zaśnieżonej. Aż boję się otworzyć lodówkę żeby to bezpieczeństwo na mnie z zamrażalnika nie wyskoczyło. Wszyscy muszą być bezpieczni i pozabezpieczani, wszystko akuratne, zgodne z prawem i na pewno nie szaleńczo swobodne, tylko utrzymane w rygorze, systemie i przepisach.

Nasze dzieci już nie chodzą po drzewach. To na pewno dobrze robi drzewom, ale raczej nie dzieciom.

Nasi znajomi już nie piszą kontrowersyjnych wpisów na Facebooku. A jak piszą – to ryzykują. Nawet ci co nie piszą kontrowersyjnie – też ryzykują. Kilka tygodni temu motoryzacyjna strona facebookowa Złomnik, o strasznie starych i nic nie wartych zardzewiałych gratach zniknęła nagle z eteru. Ja Oka, ja Oka, Grab Jeden zgłoś się! Niestety nic nie pomogło. Strona ta miała 44 tysiące fanów i tylko to ją uratowało – fani zaczęli pisać odwoławcze pytania do Facebooka i Złomnik został przywrócony.

Dlaczego został usunięty – nie wiadomo. Nie pisał nic złego, gołych bab tam nie było, jeżeli ktoś był tam postponowany – to co najwyżej producenci nowych samochodów, jako sprzedawcy złudzeń o prestiżu opakowanych w złote papierki. Może za dużo pisał o czarnych pedałach. Sprzęgła, hamulca i gazu. A może to donos jakiejś Mazdy czy BMW, choć wierzyć się nie chce.

Kto go usunął – też nie wiadomo. Nie ma osoby która jest Facebookiem, albo byłaby chętna go reprezentować. Można tylko słać maile na anonimowy adres firmowy. Nie jest to mail Marka Zuckerberga. Przypuszczalnie to automatyczne algorytmy, boż dwóch miliardów facebookowiczów żadna armia ludzi nie jest w stanie skontrolować. Automatic for the people.

Zatem bądźmy gotowi, że w ramach bezpieczeństwa zostaniemy zabezpieczeni na amen poprzez likwidację.

Dwóch moich znajomych w ostatnim miesiącu zostało przez Facebooka zbanowanych na kilka dni. Jeden za zamieszczenie Mikołaja/ Śnieżynki w postaci baby z gołym cyckiem (jednym), a drugi za przytoczenie dowcipu, w którym mężczyźni rozpoznają tylko trzy kolory. Albo nagle ci wszyscy znajomi tacy się wulgarni i obrazoburczy stali, albo to Facebook zaostrzył kryteria i przykręcił kurek. Wszystko wskazuje jednak na to drugie – właśnie w Niemczech weszło w życie tzw. prawo „NetzDG” (zacytuję to słowo całkowicie bez zrozumienia, bo nie znam niemieckiego, przypomina ono słynnego „kapitana statku żeglugi rzecznej na dunaju”: Netzwerkdurchsetzungsgesetz). Prawo to daje możliwość obciążenia Facebooka czy inne medium społecznościowe kwotą 50 milionów euro za zezwalanie na mowę nienawiści, lub publikowanie fałszywych faktów. Media te mają 24 godziny na usunięcie niepoprawnych politycznie wpisów. Zrozumiałe zatem, że starają się być gorliwe. Na stronach niemieckiego ministerstwa sprawiedliwości wisi formularz w którym każdy może zgłosić przypadki kryminalnych wypowiedzi.

Zastanawiam się... Czy ja już kiedyś o tym nie słyszałem??? Kiedy to mogło być?
Już wiem!, w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym czwartym.


Złomnik, ze swoją rzeszą wielbicieli miał niejaką siłę przebicia, znacznie gorzej ma człek prywatny z dwustoma (powiedzmy) facebookowymi znajomkami. Oni po pierwsze nie zauważą w ogóle waszego zniknięcia, zanurzeni w podsuwane przez portal kotki, pieski, kawy ze starbunia i polityczne nawalanki. Czy wy zauważylibyście przymusowe zniknięcie jednego z waszych znajomych? Był człowiek – nie ma człowieka. Pewnie odpoczywa od internetu.

Żeby wydobyć się, tak jak Złomnik z facebookowych kazamatów, zawinionych lub pomyłkowych, musielibyście choćby zmobilizować do protestu wszystkich swoich społecznościowych znajomych. Myślicie że to możliwe? A macie do nich wszystkich numery telefonów, albo chociaż maile?

piątek, 26 stycznia 2018

Meksykańska walizka.



Tym razem krótki niecenzuralny niecenzurowany felieton gościnny legendarnego Wója Fotodinozy. Wój Lech Trzęsowski, filmowiec (był operatorem Kieślowskiego), fotograf zamiłowany i zawodowy, a przy tym kombatant - przemycił na Zachód (do Radia Wolna Europa) jedyny film z tzw. "Wypadków Grudniowych 1970", który nakręcił był na wybrzeżu jako operator telewizji. Przy okazji zdecydował się na dodzisiejszą emigrację i został redaktorem RWE. Mam nadzieję że kiedyś jeszcze napisze jakąś autobiografię. Tym razem o znalezisku z hiszpańskiej wojny domowej:

Fabrykant był niedawno fotografując w zapadłej Hiszpanii ale nie odkrył, tak jak ja, "Meksykańskiej Walizki" . Z negatywami Roberta Capy oraz jego damy serca Gerdy Taro (jak wielu Żydów wybrała sobie udane nazwisko, pasujące zarówno do rzeki portugalskiej jak i włoskiej Taro, którą mijam wiele razy udając się do prowincji La Specja). Oboje fotografowali hiszpańską wojnę domową (1936-39) - ale czy po właściwej stronie? Historia im wybaczyła bo zginęli marnie a nawet bohatersko, choć przy(wy)padkowo.

4500 negatywów! Uważanych za zaginione w owej wojnie. A w zeszłym roku wystawione w hiszpańskiej Kordobie w ramach Biennale Fotograficznego. Organizatorzy chcą te historyczne zbiory udostępnić szerszej publiczności:

The Mexican Suitcase is available for tour. If you are interested in hosting the exhibition at your museum, or to reserve a slot on a tour, please contact us at travelingexhibitions@icp.org or 212.857.9738.

Exhibition Specs
Content: 100 contact sheets, 70 framed photographs, 60 periodicals, 2 films

Approximate running length: 300 feet/90 metrów

Jeśli dobrze pamiętam do Fabrykant ma do dyspozycji te 90 metrów bieżących - jak nie na Julianowie to na Mazurach. Więc niech coś wystawnie zaaranżuje. Nie może być wszak gorszy niż węgierskie bratanki, które w roku 2016 wystawiły tę "Hiszpańską Walizkę" w Budapeszcie na specjalnej Exhibition.



Ale ad rem czyli do spółki (nie mylić ze spółkowaniem) Gerda - Capa.
Taro wzięła sobie za bardzo do serca maksymę swego abszytfikanta Capy - "Jeśli twe zdjęcia nie są wystarczająco dobre to znaczy nie byłaś wystarczająco blisko do fotografowanego motywu" - zbliżyła się do przyjaznego czołgu a ten ją przejechał, na plasterek, jak w "Skórze" Curzio Malapartego. A gdyby słuchała uważnie Capy, to powinna się zająć czymś bardzo bliskim , np. foto- endoskopią (np. przewodu pokarmowego) - dużo bezpieczniejsze niż fotoreporterstwo na wojnie domowej. Gerda, jak to kobieta, bardziej ulegała dyktatom mody - fotografowała Leicą, nie nadającą się do endoskopowej fotografii z bliska a nawet wewnątrz. Co można zobaczyć przez ten głupi wizjerek klasycznej Leici? Nawet paralaksy nie wyrówna (ważnej do fotografii z bliska) a już na pewno nie pokaże nadjeżdżającego czołgu. Jej mistrz i kochanek Capa zdecydował się na nowocześniejszego bo lustrzanego Contaxa 2, którego nawet ja miałem w rękach (nie mówiąc o sowieckiej FEDowej podróbce/plagiacie, którą też fotografowałem za /bardzo/ młodu.) Używałem też tego samego filmu negatywowego "Isopan F" , może nawet przedatowanego po tych wszystkich wojnach.

niedziela, 21 stycznia 2018

Kim chcesz być, Herculesie? „Morderstwo w Orient Expressie” (2017)- recenzja




Jakże niesamowicie trudno jest interpretować klasykę! Strasznie ciężkie zadanie. Bo zgodzimy się przecież wszyscy, że Agahta Christie to klasyka, prawda? Mam jej prawie wszystkie siedemdziesiąt dwie książki i wszystkie przeczytałem. Większość „kto zabił” zdążyłem już zapomnieć. Ale tych najważniejszych zapomnieć się nie da - „Dziesięciu Murzynków” (tytuł już dziś niepoprawny politycznie, zmieniony na „I nie było już nikogo”), „Kot wśród gołębi”, moje ulubione „Pięć małych świnek”, „Rendez vous ze śmiercią”- zaczytywane w dzieciństwie do fizycznej śmierci tomiku – rozpadł się po prostu, no i wieczne „Morderstwo w Orient Expresie”. Ta wieczność jest szczególnie niebezpieczna – zwłaszcza dla filmowców.
Kenneth Branagh postanowił się z nią zmierzyć.
Nie dbał o bagaż, nie dbał o bilet, nie dbał o ryzyko. Wsiadł do Orient Expressu.

Ryzyko straszne. Przede wszystkim to jest jak „Antygona” - wszyscy znają od wieków. Wszyscy już widzieli jakąś wcześniejszą interpretację, wszyscy już przeczytali książkę, wyobrazili ją sobie, umiejscowili bohaterów w umyśle i pamięci. Czy był na to jakiś sposób?
Kenneth Brannagh aby uzyskać sukces musiał nakręcić coś zupełnie innego niż wszyscy, powalić swoim przemyśleniem tematu i wywrócić na nice pamięć wszystkich czytelników. Olśnić, żeby wszyscy na kolana padli.
Czy jest sukces?
Nie za bardzo.

Ciężko napisać że ten film jest zły. Ale napisać o nim że „jest niezły” to właśnie znaczy ogłosić jego klęskę.
Apetyt był wielki. Dawno już nie widziałem takiej obsady! Z plakatu filmowego spoglądają na nas Judy Dench, Johny Depp, Michelle Pfeiffer, Penelope Cruz, Willem Defoe ze swoją mroczną gębą, Daisy Ridley (prosto z „Przebudzenia Mocy”) i sam Kennet Branagh. Zaraz, zaraz... ten Branagh na plakacie ma jakieś strasznie duże wąsy! Czyżby to on był w „Expressie” Herkulesem Poirot?! Hm...

Było cymbalistów wielu. Było wielu Herkulesów Poirotów, najsłynniejszych detektywów świata. Żaden co prawda (według mnie) nie śmiał zagrać przy Davidzie Suchet'cie, który zagrał po prostu to co w duszy mi grało, gdy czytałem owe tomy z moich półek. Był Peter Ustinov, był Albert Finney... Ale Branagh?
Wiadomo że bardzo jest ciekawe, gdy aktora obsadzają niezgodnie z jego emploi, oraz w kontrze do ról, które dotychczas zagrał – pozwala to zabłysnąć wielu niedocenianym odtwórcom. I to się w „Morderstwie w Orient Expressie” udało.

Niestety nie w roli Herkulesa Poirot, granej przez Branagha, tylko w zupełnie innej roli.

Branagh reżyserując „Morderstwo” i obsadzając siebie w roli Herkulesa liczył na zwycięstwo w postaci efektu przełamania. Przełamania postaci wbrew opisom twórczyni – Agaty Christie. Otóż Brannagh nie jest „małym”, nie jest „okrągłym”, nie jest „łysym”, najzupełniej nie jest „pociesznym z wyglądu” i co gorsza jego wąsy nie są czarne za pomocą czerniącej pomady, jak w powieściach. Całość postaci należało wykreować zatem grą aktorską i reżyserią wbrew jej dotychczasowemu image'owi. Brannagh próbuje – kieruje Poirota w stronę neurotycznego, nieco śmiesznego, kostycznego egotyka o przesadnie pokazywanej na filmie przenikliwości.

W pierwszych scenach filmu ta przenikliwość niebezpiecznie pędzi, goni jedną sceną drugą scenę, zahaczając o zdolności niemal Davida Copperfielda, czego jakoś u Christie się nie czytało. Chodziło zapewne by dobitnie zaprezentować postać tej publiczności, która o Herkulesie Poirot nigdy nie słyszała. Daj pan spokój, panie Brannagh, są jeszcze tacy?!


Czytaj całość na SNG Kultura- LINK

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Niezbadane są uroki łódzkie.





Niezbadane są uroki łódzkie.

Ostatnio, jak wiecie, latam po śródmieściu z aparatem analogowym, a po opłotkach Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej - z cyfrowym. Ale to ciągle mało, ciągle mało!

Przeszedłem się ostatnio trasą mglistych wspomnień sprzed kilku lat, kiedy to na przykład przechodziłem sobie koło jakiejś bramy lub podwórka i zapamiętałem że jest tam, dajmy na to, fabryczka ze schodami na elewacji, albo jakieś fajne drewniane komórki, albo ładne barierki od balkonów z zarwanym podestem. Zapamiętałem i tyle z tego mam. Myślałem że teraz połapię te wszystkie rzeczy, jakby to był znów 2007 rok, albo okolice.
Ale nie. Jest 2017.
Jadę na Curie- Skłodowskiej, niedaleko Kościoła Środowisk Twórczych (do którego nigdy nie zajrzałem, bo jestem mało twórczy, raczej odtwórczy. Po-twornie po-tworzę. Cytat). Zapamiętałem tam mikro fabryczkę, manufakturkę ze stalowymi, przeciwpożarowymi schodami, całą z pociemniałej cegły, po prawej stronie od kościoła. Może ocalały tam te schody jeszcze, coraz rzadsze na elewacjach łódzkich? Gdzie tam, panie kochany! Jakie schody! Nawet fabryczki nie ma- puste pole za stodołą. Chłop zaprawia. Ale dżez. Pole gruzu, a obok nowy apartamentowiec.


Z włosem zjeżonym od obaw i rozwianym jesiennym wiatrem pędem lecimy na Tuwima, naprzeciw świeżo odnowionej i odbiglowanej EC1- do starych familoków z cegły. Tam na podwórku stoją najbardziej wypasione drewniane komórki jakie widziałem w mieście Juliana poety. Ufff! W ostatniej chwili! Jeszcze stoją, ale daje im jakiś rok- dwa. Już się częściowo zawaliły. Niech konserwator zabytków ma je w swojej opiece! Może i ma, ale co z tego.
Krzysztof Gradowski nakręcił tu pierwszą scenę „ Akademii pana Kleksa”, Adaś Niezgódka siedział na tych komórkowych schodach (znaczy się grający go Sławomir Wronka, który dzisiaj jest – tadam! - znanym fizykiem). Pamiętam że w kinie, jako dziecięciu z Julianowa, anturaż tej sceny wydawał się jakąś kompletną egzotyką, myślałem że to w innym kraju jest nakręcone, albo co najmniej w innym mieście.







Niedaleko na Dowborczyków także dogorywa jeden lokal z epoki. Pałac z frontu? Jest. Fabryka z tyłu? Jeszcze jest. Reklama nowych biurowców? Jest. Znaczy - będzie nowe. W ostatnich chwilach łapiemy stare. Fabryka Meyerhoffa/ Triebe/ braci Zapp/ Bolesława Kotkowskiego, za socjalizmu - Łódzkie Zakłady Graficzne.

Łódź, piątek 26 grudnia 1926 roku.

Wczoraj o godzinie 6.30 nad miastem naszym ukazała się 
krwawa łuna pożaru
Jednocześnie z różnych dzielnic miasta odezwały się trąbki straży ogniowej spieszącej na pożar, który wybuchł w przędzalni braci Zapp, przy ulicy Juljusza nr 18.
W chwili gdy przybywamy na miejsce pożaru, znajduje się już tam kilkanaście oddziałów straży.
Obszerny gmach fabryczny, znajdujący się w podwórku posesji
ogarnięty jest całkowicie płomieniami.
Pozostały zeń tylko mury, objęte ognistemi językami i okna z wygiętemi kratami. Sufity wszystkich hal fabrycznych zawaliły się. Pożar rozszerzył się z gwałtowną szybkością.
(...) Uratowany został zupełnie
pałacyk właścicieli fabryki
gdyż wiatr dął w przeciwną stronę.
(...)
Straty spowodowane pożarem są ogromne. Jak nas informują przekraczają one 
ćwierć miljona dolarów.
Fabryka była ubezpieczona na mniejszą sumę, niż wyniosły straty spowodowane pożarem.
Jak się dowiadujemy fabryka zatrudniała ponad 400 robotników i czynna była na dwie zmiany.
Jeden z jej właścicieli jest od dłuższego czasu nieobecny i bawi w Berlinie.
      Ilustrowana Republika, wydanie poranne.





Pędzimy dalej zobaczyć co ocalało. Pamięta kto sławny klub „Fabryka”?
Pamięta kto.
Władysław Pasikowski na pewno pamięta, bo tam przesiadywał. „Fabryka” istniała od 1994-go do 2006-go w dawnej przedwojennej wytwórni wódek i likierów „Bachus” Henryka Hercberga (wiem z internetu, nie myślcie że znam każdą fabryczkę w każdym kącie miasta. Chociaż znam takich, co znają). Wchodziło się do „Fabryki” przez podwórza od bramy na Piotrkowskiej 80. Ale nie tylko.
Otóż owa wytwórnia wódek i likierów stała w samym środku kwartału pomiędzy ulicami Sienkiewicza, Piotrkowską, Moniuszki i Tuwima. Jeszcze do niedawna był to najprawdopodobniej największy kwartał zabudowy w Europie! Mniej więcej 300 na 280 metrów ścisłej kamienicznej i fabrycznej zabudowy. Dostęp do budynków wewnątrz zapewniały tylko bramy kamienic i labirynt połączonych podwórek. Niedawno miasto zaczęło przebudowę tego kuriozalnego acz unikatowego terenu, dokonało kilku wyburzeń i dobudowało sięgacz od strony Tuwima.A za niedługo przebiją ulicę w poprzek tego kwartału i z urbanistycznego rekordu wielkości- nici! Lećmy pędem tam robić zdjęcia!

środa, 3 stycznia 2018

Mosty Łódź? Raczej barykady!

Na SNG Kultura ukazał się mój felieton niefotograficzny. Ale prawie polityczny:


1 stycznia obudziliśmy się w trochę innym mieście. Niby takie samo, ale trochę inaczej się nazywa. Znaczy się – niektóre ulice zmieniły nazwy i przynależność ideologiczną. Taki lajf. Tak to już jest u McDonalda (cytat). I wygląda na to, że tylko Piotr Grobliński chce budować mosty - LINK, wszyscy inni chcą natychmiast budować barykady z tych ulic. To znaczy z nazw.
Takiego bigosu na Facebooku dawno nie oglądałem. Okazała się ta zmiana ulic doskonałą okazją do tego, żeby się powyzywać (niezależnie od argumentów merytorycznych), naubliżać sobie od komuchów, ubeków, faszystów, barbarzyńców, nieuków i Putinów. I to w wykonaniu różnych szacownych osób, które bym o takie słowa nie podejrzewał.
W ogniu tej dyskusji zapaliło się trochę rzeczy, miedzy innymi sporo mostów. Straż pożarna nie dojechała, bo jej się nazwy ulic pomyliły.
Nadmienię tu, że sam nie jestem przeciwnikiem tych zmian nazewniczych, a nawet uważam, że można by je posunąć jeszcze dalej. Wszyscy usuwają z nazw ulic i placów komunistów, utrwalaczy i wywoływaczy władzy ludowej, a taki Franklin Delano Roosevelt, ja się pytam? Co on takiego dobrego nam zrobił, że ulicę ma w samym centrum i to taką, która malowniczo do ładnego neogotyku prowadzi? Ja tam pamiętam, że sprzedał nas Stalinowi za trzy złote, nic więcej. No, pamiętam jeszcze że Jana Karskiego grzecznie wysłuchał i prawie mu nie przerywał.

Tak. Bo rzecz się o pamięć rozbija. Nie o fakty właściwie. O 700 tysięcy różnych pamięci, czy ile tam Łódź ma jeszcze mieszkańców. Każdy pamięta inaczej i co innego. Pamięć wywołuje emocje, a emocje wiodą lud na barykady z nazw.

czwartek, 28 grudnia 2017

Rasa Pirelli

Fot. Helmut Newton. Kalendarz Pirelli 1986. Perwersyjne połączenie.

Niestety. To będzie mizoginiczny, seksistowski, rasistowski, okropny wpis i to do tego jeszcze z pozycji marudzących. Tak że lepiej przerwijcie czytanie, zanim zaczniecie się denerwować. Ale będzie dotyczył fotografii.
Już nie ma dzikich plaż.
Już nie ma gołych bab w kalendarzu Pirelli. Gołe baby już nie wrócą (chyba). Ale widać czas prezesów chętnych powiesić sobie akt na ścianie gabinetu już przeminął. Teraz akty traktowane są chyba gremialnie jako instrumentalne traktowanie kobiet i seksizm do kwadratu.

Ja nie sprzeciwiam się zmianom tego świata, bo dzięki tym zmianom jest ów świat pod wieloma względami znacznie lepszy niż był wcześniej. Świat niewątpliwie złagodniał i stał się przyjaźniejszy dla dawniej krzywdzonych i pogardzanych. Mniej agresywny. Ale sprzeciwiam się jednak wszelkiej przesadzie i wylewaniu wszystkich dzieci razem z kąpielą. Zakręcić krany! Stop! Gdzie mi tu! Nie wylewać! Bo to po prostu źle robi prawdziwej, wolnej sztuce i równocześnie zmniejsza tego świata barwność, glajszachtuje go do jednolitej i monokulturowej masy. A kto kiedyś, za czasów młodych zmieszał wszystkie pojemniczki z pudełka napisem „Farby Plakatowe”, ten wie jaki kolor z tego wychodzi. Można ten odcień odczytywać wieloznacznie.

Jakoś ten wcześniejszy seksizm nie przeszkadzał przez ostatnie czterdzieści lat szacownej królowej Elżbiecie – była ona tradycyjnie pierwszym adresatem każdego nowego kalendarza Pirelli.
Wyszedł właśnie nowy, na rok 2018-ty. Zdaje się, że świetność tego wydawnictwa przeminęła już co nieco. Nikt nie ekscytuje się kalendarzem Pirelli w takim stopniu jak to było w latach 90-tych, kiedy występowały tam supermodelki, choćby zdjęcia do niego strzelały dziś nie wiadomo jakie sławy. Niedługo pewnie będą zmuszeni rozdawać go zamiast gazetki w supermarketach. No dobra, może jeszcze nie jest tak źle.

Fot. Helmut Newton

Kalendarz Pirelli to przedsięwzięcie włoskiego koncernu oponiarskiego, które postanowiło w 1963 roku, że chce się kojarzyć nieco lepiej niż z pin-up-girl wieszaną z ich logo nad warsztatem u Cytryna i Gumiaka. Zabrali się do tego prosto – zatrudniając dobrych fotografów i rozdając swoje kalendarze w niewielkiej ilości swoim najważniejszym prominentnym kontrahentom. Fajnie wyglądały i, przez swoją unikatowość i elitarność zaczęły wzbudzać zainteresowanie, a nawet pożądanie. I to nie seksualne pożądanie, tylko to z faktorem „chcę mieć”.




Fot. Helmut Newton

Pierwsze kalendarze fotografowali Terence Donovan – fotograf mody i Robert Freeman – autor okładek dla Beatlesów. Z każdym rokiem do kolejnych kalendarzy zapraszano też coraz większe sławy, zarówno z jednej jak i drugiej strony obiektywu. W późniejszych latach dla Pirelli pracowali Richard Avedon, Annie Leibovitz, Steve McCurry, Helmut Newton, Peter Lindbergh, a z przeciwnej strony sprzętu Iman, Naomi Campbel, Cindy Crawford, Kate Moss, Mila Jovovich, Patricia Arquette, Nicole Kidman, Penelope Cruz, Kate Winslet, a nawet Helen Mirren.

Kate Moss, fot. Herb Ritz

Dość często to były akty. Zwykle – piękne. Często nieoczywiste, enigmatyczne, skupione na portrecie, w zaskakującym otoczeniu. Strzelane na sesjach na całym świecie. Wielka ilość czarno-białych. Robili je najwięksi mistrzowie fotografii, którzy dla Pirelli nie obijali się, tylko wznosili na wyżyny aktu i portretu.
Były akty, ale nie zawsze. Annie Leibovitz zrobiła na przykład stonowane i wyciszone portrety siedzących i stojącyh pań.

Pattie Smith, Fot. Anne Leibovitz

Od jakichś dwóch – trzech lat w kalendarzach Pirelli nastąpił zupełny wycof. To już nie akty, nie gołe ciała, choć nadal portrety sław. Ostatnie wydanie zrobił, fantastycznie, Peter Lindbergh – w 2017-ym fotografował znane aktorki na czarno-białych zdjęciach całkowicie bez makijażu. To miało w sobie świeżość, moim zdaniem i spory pozytywny przekaz, nie mówiąc już, że zdjęcia były wprost świetne i portretowały interesujące twarze.

sobota, 23 grudnia 2017

Ogląd świąteczny 2017




Coś mi pękło
Robię ogląd
A to pękł mi światopogląd
Światopogląd rzecz nabyta
Się załata go, i kwita
Wezmę tylko grubych nici
I już się jak nowy świci.
            Stanisław Klawe



Jak by tu podsumować…

Jest nieźle, a będzie jeszcze nieźlej. Kiedyś.
Dobrze jest czasem obejrzeć siebie i zbadać stan własny. Kim się jest, kim się czuje, czy to już depresja, czy też może jeszcze euforia. Przeliczyć stan posiadany i stan przeszły. Porównywać się raczej do Małego Kazia, czy też do Kazimierza Wielkiego? Czy sukces drewniany, czy też może murowany? A może porażka, panie kolego?

To będzie wpis o Fotodinozie w czwartym roku działalności.
Czuję poniekąd pewną satysfakcję z rozwoju własnego, choć rozwój Fotodinozy rozwija się bardzo powoli. Postępuje do przodu. Po prostu odczuwam przyjemność nie stania w miejscu – wszystko dzięki propozycji Piotra Groblińskiego, który wciągnął mnie do SNG Kultura. Do tego artykuły gościnne na Automobilowni – dzięki nieocenionemu Szczepanowi Kolaczkowi – tematyka zatem mocno się poszerzyła, od Renault Twingo po wystawy fotograficzne.

Nie łudzę się że Fotodinoza zdobędzie jakieś gigantycznie szerokie grono czytelnicze. Nie zdobędzie, z prostej przyczyny że nie jest tematyczna. Piszę co mi tam akurat do głowy przyjdzie, co daje ten efekt, że nie jest równomiernie, że jest dość różnorodnie i mało przewidywalnie. Co gorsza nie zawsze jest o fotografii, dlatego Fotodinozy jako bloga fotograficznego mało kto poleca. Jako bloga ogólnego też nie, bo za dużo tu o sprzęcie fotograficznym. Taki lajf.
Cztery i pół tysiąca kliknięć miesięcznie to i tak jest bardzo dużo.
Pisze się dla Przyjaciół, Krewnych i Znajomych Królika. Nie za bardzo do masowej czytelni. Przyjaciół i znajomych ma się za to wspaniałych i cennych, kilku poznało się za pomocą Fotodinozy właśnie i to pewnie jest największy zysk z pisania każdego bloga. Różne ciekawe kontakty.

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Ranking książek przeczytanych. Wrzesień - grudzień 2017



Tuż przed świętami serwuję ranking książek ostatnio przeczytanych. No bo wszyscy tak robią- w zamyśle zarobienia na klikalności. My nic nie zarabiamy, a tylko wszystko wydajemy (Pieniądze szczęścia nie dają, dopiero zakupy- cytat Marylin Monroe), ale wpiszemy się w ten trend. Czy może trynd.  Może się komu przyda na prezenty, albo do celów spuszczenia w wychodku.
Żeby zwiększyć pulę zakupową - mój poprzedni ranking książek jest tutaj- LINK.

Skala sześciogwiazdkowa:
****** - wybitna. Tusku, musisz!
***** - bardzo dobra. Wysoka satysfakcja.
**** - dobra. Warta przeczytania.
*** - może być, ale może też nie być.
** - słabo, jest słabo.
* - w ogóle nic nima.

Ze zrozumiałych względów ostatnie dwie oceny raczej są rzadko wykorzystywane. Staramy się nie czytać takich książek.



"Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz" Anna Kamińska ****
Solidna, bardzo rzetelna biografia ciekawej postaci. Rutkiewicz była interesująca i wyjątkowe nie tylko ze względu na wyczyny himalaistyczne, ale i z racji skomplikowanego charakteru, co książka bardzo wielostronnie eksploatuje. Ciekawe dla mnie jest też szeroko opisany anturaż- okupacyjne dzieciństwo na Litwie, repatriacja, powojenny Wrocław- ciekawe czasy. Wnika się też co nieco za kulisy taternicko- alpinistyczne i stosunki (oraz motywacje) w tymże środowisku. Dla wtajemniczonych cytat: "Wspinał się jak Sprężyna, szkoda, nic mu się już nie zgina"

Camilla Lackberg "Kaznodzieja" ***
Na tle debiutanckiej "Księżniczki z lodu" książka wyraźnie słabsza, choć nadal dobra. Nie ma niestety tego uderzenia i świeżości. Niestety ma też słabości kompozycyjne- wątków obyczajowych jest zbyt wiele i nieco zbyt powierzchownych, autorka jakby chciała zrekompensować nam to że głównych bohaterów już dobrze znamy i skomplikowała im życie ponad miarę wiarygodności. Drugim, fatalnym błędem jest tytuł książki. To błąd tego samego rodzaju co obsadzenie Skelena Skarsgarda w filmie "Dziewczyna z tatuażem", albo Colina Firtha w "Szpiegu". Kto przeczyta ten zrozumie te aluzje.

Piotr Gociek "Czerwone bataliony" ***
Opowiadania science-fiction. Część z nich zapada w pamięć- mają dobry, zaskakujący pomysł fabularny i nawiązania historyczne np. o "superbohaterach Związku Radzieckiego", czy o "przemianie duchowej doktora Kluczyka, najbogatszego Polaka". Jednak spora część jest przeszarżowana, nieco na siłę zbyt dowcipna. Trochę szkolna, jeśli wiesz co mam na myśli Prosiaczku. Wzięcie w cudzysłów goni następne wzięcie. Być może autora zmartwiłoby, że za najlepsze opowiadanie uważam to, które dowcipu nie zawiera wcale.

Marek Krajewski "Mock. Ludzkie zoo" ****
To być może najlepsza książka tego autora. Jest jego pierwszą do której nie mam żadnych, ale to żadnych zastrzeżeń fabularnych. Akcja dotyczy przede wszystkim bardzo ciekawych rzeczy- bo historycznych, mało znanych i kontrowersyjnych. Risercz do niej musiał autora zająć na długo. Ma też bardzo dobrą równowagę, a może i nawet szlachetną prostotę w porównaniu z kilkoma przekombinowanymi książkami o Eberhardzie Mocku. Nie ma aż tak przesadnego okrucieństwa, nie ma bombastycznego finału. Końcówka książki zadziwia kompletną zmianą miejsca akcji, a też i wiarygodnością i szczegółowością opisu. Niezła robota!

Mieczysław Wlekły "Tu byłem Tony Halik" ****
Nie mogłem przeoczyć pozycji o tytule jakim taguję swoje wpisy podróżnicze. Tony Halik to legenda. A jeszcze ciekawiej się robi kiedy człowiek się dowiaduje że poza Polską był legendą jeszcze większą, choć już nieco zapomnianą. Z Fotodinozowych zainteresowań wymienię tylko że Tony Halik był jedynym znanym mi Polakiem (z paszportem Argentyńskim) jaki publikował w słynnym "Life" kilkustronicowe reportaże. Biografia ma dobrą konstrukcję- achronologiczną, od Halika najbardziej znanego do tego odkrywanego po raz pierwszy, która powoduje że z każdą przeczytaną stroną oczy otwierają się coraz szerzej. A na końcu są jak spodki. Czy ta książka ma wady? Właściwie nie. Autor włożył w nią mnóstwo pracy, dotarł do świadków z epoki i to na całym świecie. Ale nie jest napisana porywająco. Troszkę może zbyt wiele jest w niej Elżbiety Dzikowskiej, wieloletniej partnerki Halika.

Roger Moore "Nazywam się Moore. Roger Moore" ***
Autobiografia najmniej poważnego z Bondów. Życie brał lekko, łatwo i przyjemnie, z nizin trafił na szczyty. Najciekawsze z książki znów są wczesne lata. Moore urodził się w tak szczęśliwym czasie, że do wojska go wzięli tuż po zakończeniu II Wojny- budżet Wielkiej Brytanii był wtedy skierowany nadal w całości na armię. Tylko nie wydawano go na zbrojenie- wystawne obiady w wojskowych kantynach wspomina do dzisiaj z sentymentem. Różne sympatyczne ploteczki sprzed pół wieku mieszają się w tej książce z miłymi banałami. Sympatyczny człowiek był ten Moore. Świeć Panie nad jego duszą.

Antoni Kroh "Za tamtą górą" *****
Jeśli miałbym wymienić ulubionego tworzącego dzisiaj polskiego pisarza- to byłby to Antoni Kroh właśnie. Nie znacie? Błąd! Człowiek barwny to łagodne określenie. Jeżeli ktoś kontynuuje dzieło Sabały, który, jak wiadomo z zakopiańskiego pomnika, jedną ręką trzyma krzypecki, a drugą ręką gawędzi- to właśnie ów zasłużony etnograf, muzealnik, leksykoznawca, który pióro ma tak lekkie, że pochłaniam jego książki jak Rafaello- ledwo się zacznie a tu całe pudełko poszło. "Za tamtą górą" także jest swobodną gawędą, czasem szpileczka gdzieś wetknięta, czasem w śmiech obrócone poważne rzeczy, ale zawsze widać że autor ma dużo wyrozumiałości dla opisywanych ludzi, nawet wtedy gdy błądzą. Rzecz jest o Łemkach. Jest to autorska opowieść o osobistym odkrywaniu kultury i historii łemkowszczyzny (Kroh był pierwszym po wojnie kuratorem, który zorganizował wystawę o Łemkach), wewnętrznych konfliktach wśród współczesnych i wśród ich przodków. Temat z pogranicza geograficznego, kulturowego i ustrojowego- bardzo ciekawe i z niezwykłym wyczuciem. Potocznie, ironicznie. Dużo o stosunkach różnych narodów do innych narodów. Dużo o zwyczajnych stosunkach międzyludzkich.
I dłuższy czas mija od przeczytania tej książki, tym więcj o niej myślę...