wyświetlenia:

środa, 28 października 2020

Wywiad z Fotodinozą



Wywiad z Fotodinozą na temat Projektu Okrążenia Łodzi został przeprowadzony w Radio Łódź przez Annę Groblińską. Podcast do posłuchania pod linkiem: https://www.radiolodz.pl/broadcast_posts/64379-fotografie-dworcow-lka-strefa-publiczna-podcast

Projekt okrążenia Łodzi:

Łódź Marysinhttps://fotodinoza.blogspot.com/2016/09/projekt-okrazenia-vol-1-stacja-odz.html

Łódź Stokihttps://fotodinoza.blogspot.com/2016/09/projekt-okrazenia-vol-1-stacja-odz.html

Łódź Widzewhttps://fotodinoza.blogspot.com/2016/12/projekt-okrazenia-vol-3a-odz-widzew.html

Łódź Arturówek cz.1:

https://fotodinoza.blogspot.com/2016/11/projekt-okrazenia-vol-11a-stacja.html

Łódź Arturówek cz.2:

https://fotodinoza.blogspot.com/2017/02/projekt-okrazenia-vol-11b-stacja-odz.html

Łódź Radogoszcz Zachód cz.1 https://fotodinoza.blogspot.com/2017/06/projekt-okrazenia-odzi-vol-9a-stacja.html

Łódź Radogoszcz Zachód cz 2:  https://fotodinoza.blogspot.com/2017/06/projekt-okrazenia-odzi-vol-9b-stacja.html

Łódź Żabieniec: https://fotodinoza.blogspot.com/2017/03/projekt-okrazenia-vol-8-stacja-odz.html

Łódź Karolew: https://fotodinoza.blogspot.com/2017/10/projekt-okrazenia-odzi-vol-0-dworzec.html

Łódź Olechów: https://fotodinoza.blogspot.com/2020/05/projekt-okrazenia-odzi-odz-olechow.html

poniedziałek, 26 października 2020

Za kulisami u Scheiblera.





Wchodzimy na strych jednej z najstarszych elektrowni w Łodzi. Scheiblerowskiej elektrowni, zbudowanej w 1910 roku. Pierwszego żelbetowego budynku przemysłowego w dawnym Królestwie Polskim. Głowę trzeba schylić, bo przejście na strych niskie jak cholera, kask szoruje o powałę, którą jest połać dachu. Latarki świecą, pchamy się pomiędzy konstrukcję kratownic. Tutaj trochę jaśniej, bo światło dają małe owalne okna w szczytach, z witrażowym szkłem. Przed nami rząd słupów. Ta żelbetowa pierwocina jest dla mnie wzruszająca w swej naiwności. Jeszcze takiej nie widziałem (ale ja mało widziałem). Otóż kompletnie inaczej, niż we współczesnych konstrukcjach żelbetowych scheiblerowski dach jest idealnie wzorowany na układzie drewnianym - to jakby przeskalowana wszerz, grubaśna tradycyjna więżba.. Słupy, zastrzały jak się patrzy. Tyle, że trzy razy grubsze, z betonu zbrojonego stalą. Pierwotne, ale zmyślne. Najlepszy dowód, że stoi do tej pory, pomimo stu dziesięciu lat na karku.











Ciekawy jestem, ile osób tu w międzyczasie zaglądało. Chyba niezbyt wielu. Posadzkę zalega kurz - zmieszane pierze gołębi z kłębkami bawełny. Te kłębki bawełny spotkam jeszcze raz w jednej z fabrycznych hal. Mam to szczęście, że pamiętam je jeszcze, unoszące się w powietrzu na łódzkich ulicach. A konkretnie na Ogrodowej, obok wielkiej przędzalni największego konkurenta Scheiblerów - Poznańskiego. Pamiętam: przez otwarte okna słychać monotonny szum maszyn, zwielokrotniony szelest miliona wrzecion, a w powietrzu unoszą się małe białe pyłki. 

Latarki omiatają strych elektrowni, w pewnym momencie - odkrycie!

czwartek, 15 października 2020

W pędzie na południe.


Hajda na południe, hajda! Jak hajduk jaki z węgierskiej puszty! Niby nic, a cieszy. Tydzień na południowym wschodzie, na międzymorzu. Sentymentalnym nieco śladem, bo się przecie już tam bywało. Taki Dunaj na przykład, to płynie sobie z zachodu na wschód. Natomiast Turcy zawsze odwrotnie. Bierzemy przykład z Dunaju i prawie pod turecką granicę nas zawiewa, na koronawiruz nie zważając. 

Lecz gdybyś zechciał w inną jechać stronę,
od wilka bieżaj, na radość nie zważaj,
lecz obróć się na dąb czołem.
Klon znajdziesz za dębem i za dołem.


Beskid Niski.



Beskid Niski, strona słowacka.

Furda tam wiruz korona! Wiruz przeminie, a Dunaj będzie płynąć przełomem przez Karpaty wiecznie, do końca świata i o jeden dzień dłużej. Trzeba to zobaczyć!

Testament

Rumunia







Rakija

Czy coś daje taka wycieczka?

Tak. Daje. Rozeznanie w geografii daje. Takie tysiąc siedemset kilometrów, to nawet na globusie widać. Tylko globus płaski, jak pupka niemowlaka. Kłamie. Kłamie ten globus. Jeden Węgier ma płasko. Wszyscy inni muszą

sobota, 19 września 2020

Urbex. Łódź.


No bo gdzie jest ta prawda o Łodzi? No przecież, że nie w tych wszystkich odpicowanych miejscówkach z wyczyszczoną cegłą. Nie w biurowcach, ze stali szkła i aluminium. Nie w Bramie Miasta, co trochę jest gówniasta. Swoją drogą, proponowałbym nazwać "bramą miasta" po prostu coś innego niż dwa przeciętne biurowce. One po prostu mają złą nazwę, która się przykleiła do tego miejsca z poprzednich koncepcji. Koncepcje uleciały i teraz te biedne dwa budynki muszą świecić oczami za wcześniejsze projekty (jeżeli chcecie zobaczyć Bramę Miasta, musicie przewinąć na koniec wpisu).

Otóż nie w nowości jest prawda. Nie i nie. Prawda jest w starości. Ja oczywiście lubię starości, ale nie każdy lubi takie rzeczy, dlatego nie każdy musi lubić Łódź. Możecie sobie nie lubić, pozwalam wam. 

Wólczańska. Fabryka Schmitz i Van Endert.



Ostrzegę również, że miasto Łódź jest największym w Polsce zlepkiem chaosu i łaciatości. Napisałem kiedyś, że Ciechocinek (LINK) jest symbolem polskiej łaciatości, tego konglomeratu szlachetnej patyny, blichtru nowoczesności, pięknej i wygodnej solidności, oraz okropieństwa i syfu nie do opisania, kotłującej się brzydoty i maksymalnego zaniedbania. Napisałem tak, ale przeszedłem się w ostatni weekend po mojej Łodzi i odwołuję, odszczekuję ten Ciechocinek.

No, Ciechocinek też, też oczywiście. Ale nie w takiej skali! Jak człowiek jedzie do jakiegoś Paryża, czy Londynu, to z grubsza od razu wie gdzie jedzie. Wie co i jak. Wie, gdzie ścisłe centrum, błysk i luksus, zabytki i nęcenie turystów, wie gdzie dobre dystrykty, gdzie przedmieścia, gdzie dzielnice przemysłowe, gdzie zakazane miejsca. Gdzie głowa, a gdzie nogi.

Przyjeżdżając do Łodzi niczego takiego się nie dowie. Szans nie ma. No taką przebodli nas ojczyzną i nie da się poradzić.

Wólczańska. Fabryka Ludwika Hentschla.






Po pierwsze to miasto jest jak nie z Polski - zaplanowane przez planistów i zbudowane niemal w całości w ciągu kilkudziesięciu lat. Nie tak jak Kraków, co nie od razu go zbudowano. Ni cholery. Łodź od razu! Po drugie wszystkie te plany ścisłe i wspaniałe wzięły podczas budowy w łeb. Zaczęło się bezhołowie, które jest do dzisiaj. Władze nigdy nie wiedziały, czy cieszyć się tą samowolą, czy może martwić. Z początku

piątek, 4 września 2020

Tajemnice japońskie. Tokina i Angenieux.


 

Pieniądze, jak wiadomo, szczęścia nie dają. Trzeba się ich pozbywać jak najszybciej. Najlepiej na jakieś marzenia.

Napisałem nie tak dawno o kilku marzeniach sprzętowych, a od tamtego czasu jedno udało mi się zrealizować. Trzeba było poszukać, bo w sklepie nie leżało, no i pozbyć się trochę papierków, co to nie dają szczęścia.

Za to obiektyw - daje.

Nawet taki, co ma dwadzieścia siedem lat, przy dobrych wiatrach. To Tokina 17mm f/3,5. 

O nim będzie następnym razem. Tym razem o japońskiej manufakturze z Tokio, która go wyprodukowała.

Tokina zawsze była troszkę lepsza. Solidniejsza. Mowa oczywiście o czasach analogowych, z których pochodzi mój obiektyw, bo dzisiaj różnice pomiędzy producentami mocno się zatarły. W dawnych czasach jednak Tokina wsadzała w swoje produkty znacznie większe ilości metalu niż plastiku i w pewnych niszach rynku na tym wygrywała, bijąc tańszych, ale mniej solidnych Sigmę i Tamrona.

Tokinę założył w 1950 roku pan Kawaguchi Denkichi, jako zakład optyczny zajmujący się polerowaniem soczewek i luster, wytwarzaniem obiektywów do rzutników, na zlecenie firm zewnętrznych. Z początku była znana jako Tokio Koki Seisakusho (Tokijskie Zakłady Optyczne). Do firmy przechodzi kilku inżynierów z Nippon Kogaku, znanego później jako Nikon.

 Wczesne lata 50-te to w Japonii zapaść gospodarcza po hekatombie II wojny światowej. O szaleństwie japońskiej historii tamtego czasu, kiedy to, zaczynając od lat 20-tych XX wieku siła przemysłowa i gospodarcza Japonii rosła wykładniczo, przez II wojnę, kiedy cesarskie imperium za pomocą podbojów zaczęło rządzić niemal połową Azji i Pacyfiku (prawie że mieli Australię, blisko było), poprzez szybki upadek pod ciosami aliantów zakończony spuszczeniem na Japonię bomb atomowych i zniszczeniem wszystkich dużych miast w 40% (łatwo poszło, bo były w większości z drewna i papieru). Potem, aż do 1952 roku okupacja amerykańska tużpowojenna ogólna bieda. Niemniej Amerykanie uznają Japonię za swojego głównego sojusznika w Azji i pompują w nią pieniądze, oraz sprzedają technologię i wspierają wolny rynek. W 1953 roku Japonia, przed chwilą jeszcze na kolanach, osiąga PKB wielkości Włoch. A w 1967 zostaje trzecim najbogatszym państwem świata. Niezła huśtawka, co nie?

Tokina właśnie obchodzi 70 lat istnienia

Rozwój Tokiny wiąże się z tym wszystkim w jeden węzeł. Z początku firma przędzie jako tako, jak wielu producentów optyki w kraju. Ale w międzyczasie w pobliżu dzieje się dogrywka II wojny światowej - wojna w Korei. Amerykanie mają w Japonii spokojną bazę. Przewalają się tu transporty wojsk i cała obsługa koreańskiego konfliktu, między innymi fotoreporterzy, którzy w Tokio znajdują nie tylko świetne warsztaty naprawcze dla swojego steranego sprzętu, ale, o dziwo, i wytwórców obiektywów z mocowaniem pasującym do Leiki czy Zeissa. Próbują. Doznają szoku poznawczego. Te obiektywy, tanie jak barszcz, są lepsze niż wiele niemieckich konstrukcji. Japońska fotooptyka rozwija skrzydła.

piątek, 28 sierpnia 2020

Radziecki konstruktywizm... A nie, to amerykański! Robert Yarnall Richie


 Nie każdy dobry fotograf będzie sławny. A nawet - mało który. Ale każdy może być świadkiem epoki. A jak trafi na jakąś fajną epokę, i jeszcze do tego potrafi się zakręcić, to już w ogóle.

Na przykład Robert Yarnall Richie. Nie wymieniają go w w wielu zestawieniach i książkach o największych fotografach XX wieku. A przynajmniej ja go tam nie widziałem. A jeśli wymieniają, to nie w pierwszym szeregu. Podejrzewam, że z zazdrości albo z pogardy go tam nie umieścili. Robił zdjęcia reklamowe i kosił kasę.

Epoka natomiast! Czasy w których pracował i które dokumentował to wielki rozwój amerykańskiego przemysłu, napędzany koniunkturą, potem dołowany przez kryzys finansowy (tego na reklamowych zdjęciach Richiego oczywiście nie ma), odzyskujący siły i rosnący w największą potęgę światową podczas II wojny. Dość przypomnieć że w 1943 roku w USA wodowano jeden statek tygodniowo. A seryjna produkcja powodowała, że transportowiec o długości 134 metrów i wyporności 14500 ton budowano od podstaw aż do wypuszczenia z portu przez niewiarygodne 4 dni 15 godzin i 29 minut.

Richie był dokumentalistą tego przemysłu. Urodził się w 1908. Niewiele znalazłem o jego młodości i korzeniach. Oprócz kilku banalnych danych i jednego cytatu jego biografia jest opisywana dość okrągłymi ogólnikami. Postawiłem zatem na jego dzieło. Niech dzieło opowie historię fotografa. A można obejrzeć właściwie cały dorobek Roberta Yarnall Richiego na stronie Southern Methodist University w Teksasie - LINK. Zgromadzono tam 4608 zeskanowanych zdjęć, z lat 1932 - 1975. Obejrzałem je wszystkie dla Was, zatem nie musicie się już męczyć, tylko siadajcie wygodnie i czytajcie. A ja opowiem wam biografię Richiego skonstruowaną za pomocą reverse-engineeringu.

To co najwcześniej fascynowało Richiego, to z całą pewnością samoloty. Był jednym z prekursorów cywilnej, komercyjnej fotografii lotniczej, bo owszem, zdjęcia lotnicze wykonywano wcześniej, ale głownie po to, żeby zbombardować obiekty na tych zdjęciach. Richie zrobił patent pilota w młodym wieku - miał 24 lata, kiedy zaczął latać nad wschodnim wybrzeżem i robić przy tym zdjęcia. W USA lotnictwo od zarania było znacznie bardziej demokratyczne niż w Europie, w której lataniem zajmowali się na ogół hrabiowie i synowie burżuazji. Łatwiej też było zdobyć licencję lotniczą (skończyło się to bodaj dopiero po 11 września 2001). Richie wymyślił świetny patent na zarabianie - fotografował z nieba pałace i wille stojące na wybrzeżu w New Jersey, Wirginii, wśród palm na Florydzie i sprzedawał je właścicielom. Mogę podejrzewać, że większość tych zdjęć, zwłaszcza tych pierwszych, powstawało bez żadnego zamówienia. Tak jak fotograf na statku wycieczkowym robi zdjęcia każdemu kto wchodzi na trap, w nadziei, że potem kupi odbitkę, tak Richie robił zapewne zdjęcia tych rezydencji jak leci, a potem oferował fotografię owym bogaczom z willi nad oceanem. Kto by nie kupił takich zdjęć? Każdy kupi.

Takich zdjęć zrobił tysiące, o ile nie dziesiątki tysięcy.

Clinton Ledyard Blair's Blairsden Estate, Peapack, New Jersey, 1933,  fot. Robert Yarnall Richie

Posiadłość Jamesa A. Hammonda, Miami, Floryda, 1934, fot. Robert Yarnall Richie


Bailey's Beach, Newport, Richmond, 1934, fot. Robert Yarnall Richie

Smack Silhouette ok. 1932, fot. Robert Yarnall Richie

Z czasem zyskiwał zapewne sławę, bo był pionierem, a zdjęcia były dobre. Świadczą o tym coraz częstsze w kolekcji fotografie rezydencji robione "z ziemi". W tym - uwaga uwaga - jedno zdjęcie kolorowe z okolic roku 1933! Tutaj Richie wyprzedzał całą konkurencję stosując nowatorskie techniki. Film jest wczesny, zaledwie dwukolorowy - najpewniej to Kodak sprzed epoki Kodachrome (o Kodachrome się pisało ostatnio - LINK ), a zdjęcie - takie sobie. Jednak wrażenie na kliencie musiało robić.

ok. 1933 r. fot. Robert Yarnall Richie

Richie doskonalił warsztat i zaczynał być znany wśród krezusów wschodniego wybrzeża, ale co skierowało go w stronę fotografii przemysłowej? Nie wiem na pewno, ale kolekcja Uniwersytetu Metodystów zawiera kilka charakterystycznych i znaczących zdjęć. Pierwszym jest fotografia Chrysler Building odbitego w deklu zaparkowanego auta. W tym obrazku widać całą skłonność Roberta Yarnall Richiego do eksperymentowania i szukania geometrycznych form i ujęć. Szedł z duchem epoki modernizmu, zderzał struktury. Szukał graficznych kolaży jakie stwarzała rzeczywistość miasta, budynków, pojazdów. Czy udało mu się sprzedać to zdjęcie Chryslerowi? Nie mam pojęcia. Ale być może to zdjęcie uświadomiło mu jego własne możliwości i wytyczyło dalszą drogę.

Chrysler Building odbijający się w deklu samochodu 1933, fot. Robert Yarnall Richie

Ale jest jeszcze jedno zdjęcie. Sądząc po tytule - przypadkowo uchwycone. "Wings over gas house". Robert Richie sfotografował z awionetki cień samolotu na tle geometrycznych przemysłowych struktur. Czemuż by nie sprzedawać zdjęć właścicielom zakładów przemysłowych? Następne dziesięciolecia upłynęły mu na tym właśnie.

Skrzydła nad gazownią 1934, fot. Robert Yarnall Richie

Zaczął od niemal studyjnych fotografii dla producenta łożysk S.K.F. Wkrótce pracował dla

czwartek, 13 sierpnia 2020

Kodachrome.


1939 r. Mężczyzna przy Lockheedzie A12 Electra Junior, fot. Robert Yarnall Richie (Kodachrome). 

Jednak niektóre rzeczy specyficznie niszowe włażą do mainstrimu, a nawet zostają symbolami. 
A, zaraz zaraz, na wstępie chciałbym ostrzec z góry, że nie tylko o legendarnym wśród fotografów filmie diapozytywowym  będzie to wpis. Z resztą, nie wiem o czym będzie, bo dopiero zaczynam pisać, chwilowo nasycony "Kodachromem".
Jakim "Kodachromem" zapytacie?
No bo były przynajmniej trzy zapisane jakkolwiek w kulturze "Kodachromy". Pierwszy to oczywiście produkt Kodaka, drugi to produkt Paula Simona, a trzeci to produkt Netflixa.

Kodak

Pierwszy był film diapozytywowy, oczywiście. Fotografia kolorowa od czasu wynalezienia samej fotografii stanowiła marzenie, realizowane z początku za pomocą podmalowywania zdjęć. Potem jednak udawało się uzyskiwać kolorowe obrazki fotograficzne za sprawą stosowania filtrów i nakładania widoczków na siebie. Sęk w tym - jakim kosztem i nakładem sił się to odbywało. Podsumujmy jednym słowem - dużym.
Parę firm pracowało w międzywojniu nad kwestią uproszczenia, między innymi niemiecka Agfa, wspierana i dopingowana przez hitlerowski reżim, ale na czoło wysforował się w latach 30. Kodak. A wysforował się, bo dwóch panów muzyków Leopoldów, jeden o swojskim nazwisku Leopold Godowsky, a drugi Leopold Mannes zajęło się eksperymentowaniem z kolorową błoną filmową. Dodajmy, że oprócz wyższego wykształcenia muzycznego pierwszy był także chemikiem, a drugi fizykiem.
Ich inspiracją była wizyta w kinie, gdzie obejrzeli film "Our Navy" reklamowany jako film kolorowy i stwierdzili że kolory na ekranie są kompletnie do niczego. Eksperymentowali z początku, tak jak wielu ich poprzedników, nad metodą addytywną uzyskiwania kolorowego obrazu, która polega na dodawaniu do siebie różnych barw światła widzialnego, de facto - nakładania się różnych kolorów światła by uzyskać finalny efekt, tak jak dzieje się to dziś w monitorach (między innymi tym przed wami). Kolor biały uzyskiwany jest przez równoczesne maksymalne natężenie światła  czerwony zielonego i niebieskiego. A kolor czarny to brak naświetlenia. Te metody wymagały użycia kilku osobnych obiektywów z filtrami odpowiedniego koloru, odpowiednio zgranych by uzyskać nałożony jednolity obraz i były niezwykle żmudne.

Fot. Robert Yarnell Richie, 1939. (Kodachrome)

 Panowie dowiedzieli się jednak o metodach substratywnych uzyskiwanych na taśmie filmowej, pokrytej wieloma warstwami substancji, które odkrył Niemiec Robert Fischer w 1912 roku. Metoda substratywna uzyskiwania kolorowego obrazu polega na odejmowaniu części spektrum światła za pomocą filtrowania wiązki świetlnej, gdzie część długości fal jest niwelowana przez nakładające się różne barwy filtrów, dając obraz - tak jak to dzieje się w slajdach właśnie, albo w mieszaniu kolorów na palecie.
Robert Fischer eksperymentował z najróżniejszymi warstwami nakładanymi na folię kliszy, które były uczulone na różne kolory światła i w procesie wywoływania tworzyły odpowiednie barwy. Nie był jednak w stanie uzyskać stabilnych i trwałych efektów - kolory rozpływały się pomiędzy warstwami i rozmazywały.

Fot. Thistle33, lic. C.C.

Mannes i Godowsky wzięli się za to, uzyskując wkrótce lepsze efekty. Firma Kodak, jak na razie, nie miała z tymi działaniami nic a nic wspólnego, ale przyjaciel Mannesa, Robert Wood napisał w 1922 roku list do głównego szefa rozwoju u Kodaka, brytyjskiego naukowca Kenetha Meesa, że ma tu takich dwóch gości, co to potrafią dużo. I czy może Kodak nie pomógłby im w eksperymentach udostępniając swoje laboratoria. Mees po spotkaniu z Mannesem i Godowskim natychmiast zgodził się na to, proponując stworzenie eksperymentalnych klisz, według ich życzeń i pomysłów. Tymczasem panowie uzyskali jeszcze własnym sumptem pożyczkę od funduszu inwestycyjnego w wysokości 20 tysięcy dolarów. Potem wzięli się do roboty.
Do 1929 roku opanowali cześć dawnych problemów Fishera i uzyskali kliszę dwubarwną, choć nadal nie do końca stabilną. Wszystkie poprzednie komercyjne kolorowe materiały sprzedawane przez Kodaka także były dwubarwne, tyle że dużo bardziej kosztowne i pracochłonne w wytworzeniu - np składane w jeden "materiał" z dwóch szklanych płytek. 
Eksperymenty i próby trwały i trwały.
Pieniądze niestety po zaczęły się kończyć, ale Keneth Mees  był cierpliwy i zaproponował spłatę owego prywatnego kredytu wynalazców oraz wzięcie obu panów bezpośrednio pod skrzydła Kodaka. Ustalono kontrakt, którego finalnym efektem miał być produkt sprzedawany komercyjnie.
Terminy trzeba było przesuwać dwukrotnie, ale wreszcie w 1935 panowie Mannes i Godowski uzyskali kliszę trójbarwną, stosunkowo pracochłonną przy wywoływaniu i wymagającą bardzo ścisłego reżimu chemicznego i temperaturowego, ale mającą podstawową zaletę - wiernie i trwale oddawała kolory.

Obrona przeciwlotnicza Puerto Rico, rok 1939. Fot. Robert Yarnell Richie.

Ogólny opis działania kliszy kolorowej jest taki:
Na ogół znajdują się na niej,

piątek, 7 sierpnia 2020

Jaki aparat analogowy Canon EOS? Top 7


Fotodinozaury wszystkich krajów - łączcie się!
Z mojej strony nastąpił wycof kompletny w materii śledzenia nowości sprzętowych, zająłem się ostatnio głównie śledzeniem XVI wieku w literaturze, a domem mym stało się międzywojnie, gdzie ci wszyscy Witkacowie i Boye Żeleńscy, oraz Luxtorpedy do Zakopanego latali. Niemniej czasem miło tak cofnąć się w przeszłość i odwrócić od przyszłości. Przeszłość jest fajna - stuprocentowo pewna i sprawdzona, w przeciwieństwie do przyszłości.
Może cofnąć się aż tak bardzo, że aż do fotografii analogowej?


Nikt już, zapewne, nie robi zdjęć analogowych, a jak robi, to dość często cofa się w przeszłość aż do aparatów manualnych, żeby było bardziej vintage, cool i retro. Jednakże aparaty Canon EOS, te na film, były od samego zarania bardzo sprawnymi narzędziami dla fotografa. Już nie mosiężno analogowymi, tylko plastikowo elektronicznymi, niemniej ku wybitnej przyjemności fotografowania były tworzone.
Z resztą - kto nam każe robić nimi dzisiaj zdjęcia? Przecie i bez robienia zdjęć można podniecać się tym, że leżą w szafie - kto bogatemu zabroni? Czy znany kolekcjoner Jay Leno, właściciel ponad 400 samochodów, jeździ nimi wszystkimi? Czasem może i jeździ, ale na ogół leżą w szafie stoją w garażu, zupełnie jak moje aparaty analogowe. Mimo to - cieszą, radością posiadacza.

Zbiór będzie subiektywny. To jasne. No obiektywny, to ja nie jestem.




Okres analogowych aparatów EOS to spory okres, od 1987 do 2004 roku, czyli siedemnaście lat, podczas których firma Canon wyprodukowała olbrzymie rzesze aparatów wszystkich poziomów zaawansowania, od pstrykadeł dla fotoamatorów po karabiny maszynowe dla fotoreporterów. Nie tylko karabiny maszynowe są interesujące.

Mój Top Analogów Canona nie jest ustawiony jako ranking. Czyli wcale nie od najgorszego do najlepszego. Każdy z tych sprzętów jest w pewien sposób interesujący i fajnie nim robić zdjęcia.


EOS IX - ozdoba na półkę




Na początek coś poza konkursem. Aparat który ma jedną podstawową wadę - nie można nim dziś robić zdjęć. Prawie. To znaczy, jak ze wszystkim, jak ktoś się bardzo uprze, to można. Ale jest ryzyko i drogo. Problem w tym, że EOS IX to aparat nie na "zwykłe" filmy 35mm, tylko na nieprodukowane już od lat filmy APS (Advanced Photo System). Można je kupić np. na Ebay, ale kosztują dużo, a ich ewentualna pełna sprawność może być wątpliwa, ze względu na ich wiek. Zatem - tylko dla ryzykantów.

Ale dlaczego na inne filmy?
A bo seria IX Canona miała być rewolucją, wraz z nowo opracowanym systemem filmów, współzaprojektowanych przez Kodaka i czołowych producentów aparatów. Filmy owe, posiadające pasek magnetyczny pozwalały nie tylko na naświetlenie emulsji, ale i na zapisanie danych. Dzięki temu można było: wyciągnąć nieskończoną rolkę filmu i bezpiecznie wstawić ją z powrotem, a aparat sam ustawiał ją na pierwszej wolnej klatce, ustalić inny niż standardowy format zdjęcia, np. panoramiczne, wstawić na fotkę jeden z kilkudziesięciu predefiniowanych napisów, albo już w aparacie ustawić liczbę żądanych odbitek. Nowoczesność w domu i zagrodzie to była! I realizowała marzenia paru pokoleń fotografów o swobodnym żonglowaniu filmami o różnych czułościach, albo zmianach z koloru na czarno- białe klisze i z powrotem.
EOS IX z otwartym pojemnikiem na film APS - tu bardzo się różnił od innych lustrzanek.

Niestety system APS nie realizował innych marzeń tych fotografów, mianowicie marzeń o jakości zdjęć, bo klatka APS była mniejsza niż klatka filmu 35mm. To, oraz nagły atak fotografii cyfrowej zwaliły z nóg system APS, który umarł cichutko w kąciku. Można poczytać o nim na Fotodinozie - TUTAJ

Pozostały po nim aparaty, w tym pierwszy najważniejszy EOS IX.
Czemuż najważniejszy?
Bo śliczny.
To najładniejszy aparat serii EOS, modernistyczny, najmniejszy w historii tego systemu, a do tego jeden z nielicznych pokryty metalową obudową. Wzornictwo tego sprzętu dało inspiracje dla paru innych, zupełnie niecanonowskich aparatów m. in. kompaktów Sony.

Parametry miał niezłe, jak na model amatorski, część wnętrzności wzięto prawdopodobnie ze średniej półki Canona, dedykowanej entuzjastom. Ale nie ma się co nad parametrami rozwodzić, skoro nie kupuje się go dzisiaj dla robienia zdjęć. Więcej o aparacie poczytacie TUTAJ


Dla amatorów              0/10                

Dla entuzjastów           1/10
Dla wariatów sprzętowych  8/10
Wygoda użytkowania        5/10
Trwałość                  8/10
Parametry techniczne      5/10
Rok premiery              1996

Co można rozważać zamiast? Wyciskacz do cytryn Starcka.

Opisywany szerzej na Fotodinozie:


EOS 650. Blisko klasyki.

Najstarszy i najmłodszy Canon EOS na film (650 i 300x).

To pierwszy aparat systemu EOS. Czy to coś znaczy? 
Znaczy.
Najprawdopodobniej najbardziej "vintage" z wszystkich aparatów Electro Optical System. Dość powiedzieć, że w pewnej części jest metalowy. Osiągami nie zachwyca, są na poziomie późniejszych amatorskich modeli. Zachwyca dwoma rzeczami - wizjerem, o wielkim powiększeniu i pokazującym pełny kadr, jakby był przystosowany do ręcznego ostrzenia (bo tak było w istocie). Prostotą i intuicyjnością obsługi - jest tam mało przycisków i pokręteł, bo też funkcji jest mało. Ten aparat mówi całym sobą - służę do zdjęć, a mój główny bajer to autofokus. Rzeczywiście - w czasie premiery był to nie lada cymes. Canon 650 ma pewne