wyświetlenia:

piątek, 14 lutego 2020

W królestwie Rdzy i Czerni. Śląsk 2020 - vol.1



No, nie mogłem się doczekać, kiedy wreszcie mi zbudują A1. No i nie doczekałem się. 
Śląsk ciągnie jak magnes, wsysa jak czarna dziura. Niebaczni na ciągłe roboty drogowe na trasie Łódź - Częstochowa (odradzam) ruszyliśmy na południe, jak bohaterowie powieści Mrożka "Na południe". Żeby spotkać Śląsk w kilku postaciach (zalecam).
Śląsk, jak wiadomo, ma wszystkie postaci. Mając do dyspozycji dwa dni weekendu, trzeba było jakieś z tych postaci wybrać. 
Wybraliśmy górnictwo i hutnictwo. A, i konsumpcję spożywczą.
I od obwodnicy Częstochowy - siup, najlepszą autostradą w Polsce - do Ostrawy!
Co? Że to nie Śląsk, tylko Czechy?
Jak to nie Śląsk! Czeski Śląsk! A że z przymiotnikiem - na to już nie poradzisz. Śląsk jest jeden, tylko właścicieli było zawsze wielu.

Potraktowaliśmy Śląsk holistycznie, bez zważania na granice państwowe. Polski Śląsk też będzie. Trzeba było coś wybrać - wybraliśmy zatem najlepsze rodzynki.
Zahaczyliśmy też o Morawy. Bo blisko było. Właściwie w tym samym miejscu - środkiem miasta płynąca rzeka Ostavica oddziela Śląsk od Moraw. No to czemu i Moraw nie spróbować.
Zwłaszcza, że tam samochody produkowali, zaczynając od czasów Franza Josefa.
Ale rozdrabniam się, a tu weekend krótki, trzeba się skupić.



Hutnictwo!
No dobra, czytało się coś tam wcześniej w internecie, oglądało przewodniki i tak dalej i tym podobne. Nawet jakieś fabryki się widziało, bo przecież mieszka się w mieście fabrycznym. Ale powiem wam, że huta Dolni Vitkovice w Ostrawie spowodowała u mnie powalenie. Plackiem padłem prawie, jak tam zajechałem. Bo to jest tak - najpierw miasto Ostrava, dwupasmowe ulice kamienice, dworzec kolejowy, potem coś tam czarnego sterczy na horyzoncie, sterczy i narasta. Potem jesteś już całkiem blisko - zardzewiałe żelastwo, mijamy rządek potężnych cylindrów i wielką krzaczastą konstrukcję, potem trzeba się skupić na zjechaniu z dwupasmówki, ślimakiem podjeżdżamy w górę, a potem ulicą pomiędzy kamienicami, a potem fabrycznymi halami, w dół. I nagle otwiera się widok jesteś w pejzażu księżycowym, wpadasz do brzucha gigantycznego lewiatana. Jesteś mróweczką w morzu rdzy, rurociągów o przekroju jakby słonie nimi prowadzano, plątaniny rur, elementów wielkości bloku mieszkalnego, ale postawionego w pionie. Widziało się fabryki, ale nigdy TAKIEJ.



Pod taśmociągiem - komory do koksowania węgla.


Zbiornik gazu, prawdopodobnie największy, jaki widzieliśmy w życiu.


Wagony do transportu surówki z pieca. Z tyłu wielki piec z dobudowaną wieżą widokową.


Wszystko to można zwiedzać, obejrzeć, wleźć pod, nad i do. Rzecz jest po prostu wspaniała. Zardzewiałe, przegigantyczne monstrum, które zezwala mróweczkom spacerować po swych wężowych splotach. Do tego wszystkiego - spójne. Piękne, pomimo surowości. Jest spójne i piękne, ponieważ architekt przebudowy, Jan Pleskota (chwała mu na wieki!) zdecydował się wyburzyć wszystkie obiekty powstałe po 1945 roku, zostawiając tylko to co pierwotne i stare. Adaptacja zardzewiałego trupa na paneuropejską atrakcję turystyczną jest doprawdy imponująca.
A wiecie jak długo działała Huta Vitkovice? 170 lat. 
Skończyła w 1988 roku. Potem stała zdechła przez kilkanaście lat, aż znaleziono jej nową funkcję.
A wiecie do kogo należała? Do Salomona Rothschilda. To znaczy nie, przepraszam, najpierw należała do arcybiskupstwa morawskiego, a konkretnie do arcybiskupa księcia Rudolfa. Po odkryciu w tym miejscu pokładów węgla, a w pobliskich Beskidach rudy żelaza zdecydował on

wtorek, 4 lutego 2020

Wilno 1944



Mroczne czasy nie przeszkadzają w snuciu brawurowych planów. Nie inaczej myśli "Swojak", młody partyzant z Wilna. Niedługo skończy osiemnaście lat. Razem z dwójką braci - Leonardem i Henrykiem należy do podziemnej 3. Brygady Wileńskiej Armii Krajowej. Bracia nie są jednak wtajemniczeni w jego zamiary. Nikt nie jest wtajemniczony, za wyjątkiem kolegi - Mietka Paszkiewicza,"Kajtka".
Brygada Wileńska liczy około stu ludzi. Ma spore sukcesy w atakach na niemieckie posterunki i litewską policję pomocniczą, współdziałającą z Niemcami. Dowódca - Gracjan Fróg, pseudonim "Szczerbiec" służył przed wojną jako oficer brygady pancernej, stawia na wojsko zmotoryzowane, teraz, pod niemiecką okupacją dba o dobre wyposażenie partyzantów - gromadzi ciężarówki i samochody ukrywane w tajemnicy w różnych punktach miasta. 
Zdobyć samodzielnie taką ciężarówkę, to było by coś!

"Swojak" i "Kajtek" proszą w brygadzie o urlop. Na tydzień zaszywają się w domach i nie kontaktują z nikim poza rodziną. 

Rano wyruszają. Częściowo piechotą, częściowo na chłopskim wozie docierają pod Niemenczyn, kilkanaście kilometrów od miasta.  Młodzieńcy idą po szosie w stronę Wilna. Ruch całkiem duży, głównie chłopskie fury, ale jadą też co jakiś czas szare samochody i motocykle Wehrmachtu, front nieuchronnie zbliża się powoli do miasta. Wiosenny wiatr powiewa. Obserwują uważnie przejeżdżające ciężarówki, w każdej siedzi w szoferce po kilku żołnierzy. Wreszcie na horyzoncie ukazuje się kolejny większy ciemny kształt - zbliża się Opel-Blitz w kolorze feldgrau z czarnymi krzyżami na drzwiach. W środku tylko kierowca. Chłopcy machają na podwózkę. Auto zatrzymuje się, ciemnowłosy dryblas w rozpiętym pod szyją mundurze macha, żeby wsiadali. Do Wilna? Niedaleko, a jeszcze coś zarobić można. "Kajtek" wręcza kierowcy dwadzieścia marek. Ciężarówka rusza po bruku. Rozmowa półsłówkami - on nie mówi po polsku, a chłopcy tylko kilka słów po niemiecku. Częstuje chłopaków papierosami. Palą. Pejzaż przesuwa się spokojnie za oknami - wiejskie łąki i las, auto trzęsie na wybojach. Z tyłu na pace słychać lekkie łomoty towaru. Co to może być? Może jakaś broń?

Auto toczy się spokojnym tempem. Pod kurtką pistolet FN, kaliber 7,62. "Swojak" dostał go od brata.

Nie wiadomo, kiedy powinni się zdecydować.

Widać już przedmieścia Wilna. Droga skręca lekko w lewo, przez Antokol i Gaj Antokolski. Pokazuje się wśród zieleni kopuła kościoła Apostołów, a potem Arsenał, pod którym stoją niemieccy żołnierze i wojskowe samochody. Wreszcie po prawej widok na rzekę Wilię i szpaler drzew na nadbrzeżnej promenadzie. Nieliczni przechodnie. Mijają wzgórze Giedymina i sterczącą znad drzew basztę.
To już środek miasta. Może trzeba było zacząć wcześniej?

Ciężarówka zatrzymuje się przy przystani statków nad rzeką.
Niemiec gasi silnik i zwraca się ku młodzieńcom - wysiadajcie! "Swojak" i "Kajtek" błyskawicznie wyciągają spod kurtek pistolety - Jedź! - krzyczą. Sekunda zaskoczenia.

piątek, 24 stycznia 2020

Zwalniam się z Obowiązku. Bezlusterkowce zwyciężyły.



"W 1989 roku skończył się w Polsce komunizm" - powiedziała Joanna Szczepkowska ku zaskoczeniu publiczności. "W 2019 roku zwyciężyły bezlusterkowce i przegrały wszystkie aparaty fotograficzne" - powiedziałem ja. Bez zaskoczenia.
Dość niesamowite jak zmieniał się rynek. A zmieniał się tak:
W czasie gdy Joanna Szczepkowska w 1989 roku głosiła swe herezje, na świecie sprzedawało się około 20 milionów aparatów fotograficznych. Były to niemal bez wyjątku aparaty analogowe na film.
W 2004 roku, kiedy to kupiłem swój pierwszy aparat cyfrowy (Canon 10D) na świecie sprzedawało się już 50 milionów aparatów, z czego tylko 10% stanowiły aparaty na film, a resztę cyfrówki - niemal wszystkie były cyfrowymi kompaktami.
W 2010 roku na świecie sprzedało się 121 milionów aparatów fotograficznych. Był to rekord wszechczasów. W tym samym czasie kupiono także ponad 420 milionów smartfonów. Jak zapewne się domyślacie "rekord wszechczasów" sprzedaży aparatów oznacza, że już więcej takiej sprzedaży nigdy nie było. Słusznie się domyślacie.
W 2016-tym aparaty fotograficzne znalazły o sto milionów właścicieli mniej (ok. 22 miliony), gdy tymczasem sprzedaż smartfonów przekroczyła 1,5 miliarda (słownie półtora miliarda sztuk).
Ostatnie cztery lata to dalszy zjazd po równi pochyłej ilości sprzedawanych aparatów. Ale! W 2018 nastąpiło w tym spadku jedno przesilenie - bezlusterkowce przebiły sprzedażą lustrzanki. 

Artykuł o tych zmianach można przeczytać na: https://www.statista.com/chart/5782/digital-camera-shipments/



Reklama Canona 100D stworzona w Malezji
Od lat brałem udział w plebiscycie Optyczne.pl na "produkt roku", głosując na lustrzanki i obiektywy do nich. W 2019 niestety nie było na co głosować, chyba że na obiektywy do bezlusterkowca i bezlusterkowce, z którymi mam niemal zerową styczność.
Proporcje są następujące: w zeszłym roku

piątek, 17 stycznia 2020

Top 10+ wiekowych obiektywów Sigmy wartych rechipowania



Bonżur mesje i medame. Że wule wu prezęte le gam de obżektif Sigma de milnef są katrowę-dis truła.
Znaczy się Fotodinoza będzie nieco truła o obiektywach Sigma z roku 1993-go. I o przeszłości też.

Ponieważ przez ostatnie parę lat zajmowaliśmy się wyszukiwaniem wiekowych obiektywów Sigma, które nie współpracują z cyfrowym Canonem, potem wyszukiwaniem cyfrowych Canonów, które jednak współpracują z Sigmami sprzed potopu, a potem zajęliśmy się rechipowaniem tychże obiektywów, tak żeby działały jak nowe- nabrało się troszkę doświadczenia i może się stworzyć coś w rodzaju Top Ten szkieł Sigmy, które warte są rechipowania do Canona EOS. Oraz warte grzechu.

Nabywca tych obiektywów, oprócz default'owego braku współpracy z Canonem za wyjątkiem pełnego otworu przesłony (który można naprawić przez zmianę elektronicznego chipa) musi się liczyć z następującymi mankamentami:

-starość nie radość- one mają 25 lat.
-dają one o wiele gorszy kontrast zdjęć niż współczesne obiektywy i dużo gorzej pracują pod słońce. Powłoki przeciwodblaskowe zrobiły od tamtej pory wielki postęp i pokrywa się nimi soczewki z obu stron, a kiedyś tylko od frontu.
-autofokus na ogół znacznie ustępuje dzisiejszym konstrukcjom. Jest dużo wolniejszy i mniej celny.
-jakość obrazu na brzegach dopiero od niedawna osiąga to czego życzyliby sobie fotografowie. Kiedyś inżynierowie mieli na to wyjechane, chyba że projektowali coś bardzo drogiego. Sigmy były dość tanie.
-podobnie dystorsje (zagięcia linii prostych znajdujących się przy brzegach fotografowanego obrazu). Powiem wam po cichu: one falują.
-winietowanie (ściemnienie brzegów obrazu) w starszych obiektywach na ogół jest większe niż dziś. Dla mnie to zaleta. A nawę duża zaleta.
-wady chromatyczne w niektórych starych obiektywach wołają o pomstę do nieba. A bóg widzi i nie mści. Na zdjęciach strzelanych niegdyś na filmie nie było tego tak widać jak na cyfrówce.
-części zamiennych do tych obiektywów brak. Nul. Zero.

Kto chce jeszcze więcej dowiedzieć się na temat kupowania obiektywów używanych może zerknąć do poradnika Fotodinozy opisującego Czy i Jak kupować- LINK. Kto chce się dowiedzieć na temat kompatybilności Sigmy i Canona- może przeczytać obszerne i przegadane Kompendium Kompatybilności-LINK .

Sigmy dają się dzisiaj rechipować, co nie jest darmowe, ale w miarę niedrogie. Chipy do Canona EOS produkuje manufakturowo pan Jiři Otisk z pobliskich Czech. Kontakt do firmy: https://www.btv.cz/adresa

Zatem ad rem.




1. Sigma AF 70-210mm f/2,8 (najlepiej- APO)

Jeden z pierwszych, obok Tokiny 80-200, konkurentów dla reporterskich zoomów Nikona, Canona i Minolty (kto wie, co to była Minolta - ręka w górę). Zawsze oceniana o stopień niżej niż liderzy, ale też zawsze była dużo tańsza. Solidnie zbudowana, ostrością w centrum kadru nie ustępowała najlepszym, można się było przyczepić co najwyżej do brzegów. W porównaniu do ówczesnych zoomów firm "markowych" Sigma miała dużo wolniejszy i bardziej zawodny autofokus i słabsze zachowanie pod światło. To był taki trochę profesjonalizm dla pełnych półprofesjonalistów. Obiektyw 70-200 u Sigmy był produkowany w licznych kolejnych wersjach - można się doliczyć do dzisiaj aż 9 modeli. Te najstarsze są dzisiaj rzadkością, a im młodsze, tym bardziej zbliżają się jakością do najlepszych zoomów na rynku. Niestety również zbliżają się ceną. Najstarsze 70-200, nie współpracujące z Canonem na pełnej przesłonie są czasem do kupienia za niewielkie kwoty, można się nimi interesować, jeśli mają napis "APO" na obudowie, co oznaczało lepszą jakość obrazu, dzięki soczewce apochromatycznej. 

Nie ma jakiegoś wielkiego sensu kupowanie tego obiektywu, zamiast np. nowszych wersji DG HSM, albo zamiast Tamrona 70-200, chyba że jest bardzo tani, co się czasem zdarza.


Zalety
-dobra jakość obrazu w centrum kadru, przyzwoita na brzegach
-solidna budowa, niemal całkowicie metalowy.
-na ogół znacznie tańszy niż wszystko co podobne.

Wady
-wolny, czasem omylny autofokus, do reporterki w dzisiejszym rozumieniu - słaby.
-kontrast spada mocno pod światło, widać bliki.
-wady chromatyczne wyraźniej widoczne niż we współczesnych konstrukcjach.


Nadaje się: Na pełną klatkę- bardzo dobry
Na małą matrycę APS-C - bardzo dobry.

Z Nikonem, Sony, Pentaxem nie powinien sprawiać kłopotów, tyle tylko że w tych wersjach będzie droższy.

Na Fotodinozie był opis wszystkich wersji 70-200 Sigmy - LINK.
Popularność: W tej wersji bardzo rzadka.

Własności użytkowe w porównaniu do współczesnych
obiektywów o tej ogniskowej: ⬛ ⬛ ⬜ ⬜ ⬜


Czy warto rechipować: ⬛ ⬛ ⬜ ⬜ ⬜






2. Sigma AF 21-35mm f/3,5- 4,2.
Hipsterskie szkło, zarówno pod względem kształtu, dostępności jak i użytkowania. Kloc jakich mało z potężną, niespotykaną w zoomach stałą osłoną przeciwsłoneczną z metalu. Wielki i ciężki, z żelaza, stali (cytat). Lepiej nie dostać nim po głowie. W czasie debiutu najszerszy zoom autofokus świata. 

poniedziałek, 30 grudnia 2019

Polskie losy. "Fotobiografia PRL: opowieści reporterów"

Fot. Bogdan Łopieński. Pozdrowienia z Piwnicznej 1974.
Jak się zapewne zorientowaliście, po sześciu latach czytania tego bloga - Fotodinoza jest na ogół wycelowana w przeszłość. Węszymy przeszłość niby pies gończy i przekopujemy historię fotograficzną łopatką. Książka, jaką ostatnio przeczytałem okazała się być bardzo zgodna z moimi zainteresowaniami. Jest o fotografii i o przeszłości, dość niedalekiej. A przy tym na tyle uniwersalna, że zaciekawi nie tylko fanatyków zdjęć, ale i każdego, kto chciałby poczytać o słusznie minionych czasach. 

"Fotobiografia PRL: opowieści reporterów" Łukasza Modelskiego to wywiady z sześcioma znanymi fotografami pracującymi w Polsce Ludowej. Rozmówcy dobrani są z wielce szerokiego spektrum, co stawia tą książkę na półce nie tylko fotograficznej, ale i dokumentalno - historycznej. To co dowiadujemy się mimochodem, jest swoistym zapisem życia w socjalizmie i stosunku do tego życia. Dzięki odpowiedniemu dobraniu rozmówców "Fotobiografia" może być symbolem epoki.
Modelski rozmawia z sześcioma znanymi fotografami - Romualdem Broniarkiem, Aleksandrem Jałosińskim, Bogdanem Łopieńskim, Janem Morkiem, Wojciechem Plewińskim i Tadeuszem Rolke. Każdy z fotoreporterów z inną historią i pochodzeniem. Każdy z nich - co ciekawe - prezentuje zupełnie odmienny stosunek do swojej pracy w komunizmie, i to całkiem niezależnie od miejsca w jakim pracował. Różne charaktery, różne typy, różne podejścia.
Pokręcone to wszystko. Ale przez to ciekawe niezwykle.


Fot. Romuald Broniarek 1960. (To zdjęcie zostało sparodiowane w 2018 roku na okładce pierwszego numeru magazynu Vogue Polska.)
Oto fotograf redakcji miesięcznika "Przyjaźń" koncesjonowanego przy Towarzystwie Przyjaźni Polsko Radzieckiej - Romuald Broniarek, syn przedwojennego policjanta i AK-owca, wojenny uciekinier zza Buga. Ze względu na niepewne pochodzenie swoją służbę wojskową odbył na karnym zesłaniu do kopalni. Mimo to wdrożył się do roboty w gazecie opisującej z glorią udawaną przyjaźń z Rosjanami. Zachował zdrowy sceptycyzm, ale pracował wiernie w służbie ustroju.

- No właśnie, przychodzi 1956 rok. Przełomowy. Co pan robi?

W czerwcu 1956 pojechałem do Poznania robić zdjęcia z otwarcia Międzynarodowych Targów (...) Kiedy pierwsze oddziały z Cegielskiego weszły na teren Targów, akurat byłem w rosyjskim pawilonie. Usłyszałem krzyki, wyszedłem, zobaczyłem że idzie grupa ludzi z transparentem "Chcemy chleba" czy coś takiego. Ale mnie to w ogóle nie zainteresowało.
- To dziwne, bo takie rzeczy nie wydarzały się codziennie.
- To była mała grupa, niezbyt agresywna...
- I reporter tego nie sfotografował?
- Nie.
- Dziwne.
- No, może i dziwne. Uważałem, że to jest niepotrzebne. Dalej robiłem zdjęcia na Targach. Potem usłyszeliśmy strzały, zaczęło się robić gorąco, widać było jakiś popłoch. Pomyślałem "Zdjęcia zrobione, pora się zwijać do domu". Poszedłem na dworzec, a tam wielkie zamieszanie, pociągi stoją, ludzie gadają, że na peronie zakatrupili jakiegoś ubeka...(...) W końcu pociąg ruszył i przyjechaliśmy do Warszawy.
- Ale dlaczego pan tego nie fotografował? Przecież to wymarzony temat dla fotoreportera.
-Przede wszystkim dopiero zaczynałem pracę jako fotoreporter, ponadto tam było po prostu niebezpiecznie. Jak ktoś fotografuje takie rzeczy, to przez obie strony może być wzięty za wroga. Poza tym ubecy, którzy się tam kręcili po cywilnemu, mogli mnie zwinąć. No trudno, może byłem fajtłapą, ale zwyczajnie chciałem wrócić do domu.


Fidel Castro w czasie pobytu w Polsce. Fot. Jan Morek. Zdjęcie ekwilibrystycznie zrobione Rolleiflexem.

Zima stulecia. Fot. Aleksander Jałosiński.

poniedziałek, 23 grudnia 2019

Życzenia świąteczne

Szanowni Czytelnicy!

Życzę Wam dużo radości z fotografowania. Żeby to co najlepsze samo pchało się wam w obiektyw, a palec na spuście nigdy nie zadrżał. Żeby wam migawka migała jak trzeba, a jeśli nie macie migawki - żeby wam prądy elektryczne nie błądziły. Żeby wam nie wypalało pikseli, żeby wam się karta nie zawieszała, żeby wam lustra nie odpadały, a jeśli macie bezlusterkowca, to żeby nie odpadały wam lustra w łazienkach.  
Życzę także dużo radości z czytania Fotodinozy. 
Oprócz tego, życzę wam świetnych prezentów, zwłaszcza markowych. Na przykład niżej wymienionych znanych marek:










Wesołych Świąt!
Fabrykant





piątek, 13 grudnia 2019

Rejs w XX wiek. Francis Browne.

Fot. Francis Browne

W kwietniu 1912 roku ojca jezuitę Francisa Browne spotkała wielka radość. Od swojego wuja Roberta, biskupa Cloyne, który zajmował się nim od dzieciństwa zastępując zmarłych rodziców, dostał wspaniały prezent - bilet na bardzo atrakcyjną podróż.

Browne, filozof i teolog po studiach w Dublinie, wcześniej uczeń szacownych szkół średnich, był kolegą z roku Jamesa Joyca i został nawet uwieczniony w literaturze, konkretnie w "Finnegans Wake" pod własnym nazwiskiem. Oprócz zainteresowań religijnych i naukowych - od lat młodzieńczych zajmował się także z wielkim zapałem fotografią.

Jego rodzice zmarli wcześnie, osierocając kilkunastoletniego Franciszka wraz z ośmiorgiem rodzeństwa. Ich edukacją i karierą kierował wspomniany wyżej wuj biskup, który po ukończeniu przez Browne'a studiów sprezentował mu pierwszy aparat fotograficzny. Wyposażony weń Francis, wraz z bratem wyruszył w 1897 roku na wycieczkę po Europie - Francji, Włoszech i Szwajcarii, gdzie stawiał pierwsze fotograficzne kroki. Pasja, i to wyjątkowo intensywna została mu do końca życia.
W 1909 roku wraz z wujem i bratem odwiedził Rzym, gdzie Pius X przyjął ich na prywatnej audiencji. Francis wykorzystał okazję i zrobił fotograficzny portret papieżowi. Fotografował w podróżach i w swoim rodzinnym mieście, zdjęcia artystyczne i scenki rodzajowe ze zwykłego życia - przekupki na targu, rybaków i dzieciaki wracające ze szkoły. Pejzaże z odwiedzanych Włoch i alpejskie szczyty. Lubił zwiedzać.
4 kwietnia biskup Robert zrobił swojemu bratankowi nie lada prezent - bilet na najsławniejszy w owym czasie statek, świeżo zwodowany, największy i najbezpieczniejszy na świecie. Dziewiczy, premierowy rejs liniowcem Titanic.
Miała to być weekendowa atrakcja - Browne nie zamierzał wysyłać Francisa aż do Nowego Jorku - za 4 funty w przedstawicielstwie White Star Line w nabył bilet z Southampton przez francuski Cherbourg z powrotem do Irlandii, do portu Queenstown (dzisiejszy Cobh), ostatniego przystanku przed oceanicznym rejsem do Ameryki.
Ściskając w ręku kamyk zielony, oraz bilet pierwszej klasy na najsłynniejszy i najbardziej luksusowy statek świata, podekscytowany Francis Browne wyruszył pociągiem do Southampton, na spotkanie z przygodą.


Droga do Southampton. Fot. Francis Browne.

Titanic w porcie. Na samej górze - kapitan statku Edward Smith. Fot. Francis Browne

piątek, 6 grudnia 2019

Najstarsze obiektywy do Canona EOS. Sentymenty.



Ciekawe rzeczy, nikt nie zaprzeczy. Zanim Canon EOS został tym zawodowym pełnym profesjonalistą, którego białe lufy celują dziś w najważniejsze wydarzenia sportowe i reporterskie, zaczynał jako pełny półprofesjonalista. Taki zaawansowany amator. 
Wcześniej, w czasach manualnych zawsze był troszeczkę numerem dwa, za Nikonami, które ewidentnie były najbardziej wszechstronne ze swoją nieskończoną gamą sprzętów, obiektywów, lamp i akcesoriów. U Canona manualnego też było fajnie, ale nie aż tak jak u Nikona.
Projektując system EOS Canon miał w planach pokonać swojego rywala, zmienić reguły gry i zostać najlepszym.
Reguły gry zostały zmienione poprzez całkowite zerwanie z poprzednim mocowaniem obiektywów, całkowite zerwanie z mechanicznym połączeniem pomiędzy aparatem a obiektywem i zastosowaniem automatycznego ostrzenia. Za tę rewolucję dawni użytkownicy poprzedniego canonowskiego systemu manualnego obrazili się śmiertelnie - ich sprzęty "przestały być wspierane" niczym Windows 7 i na żadne nowe obiektywy i akcesoria firmowe nie można było już liczyć. Był to ewidentny strzał w stopę. Ale strzał oddany po to, żeby odrzutem wypchnąć Canona (z przestrzeloną stopą) do góry.
Dziwię się, że inżynierowie Canona poszli na tak odważny i z początku krytykowany ruch - wierni użytkownicy, wieczni klienci na kolejne produkty, to rzecz niezwykle cenna - a Canon ich olał zupełnie. To, że sprzedając aparat sprzedaje się klientowi również swój system i zyskuje potencjalnego wiernego fana wiadomo nie od dziś - między innymi dlatego najtańsze aparaty systemowe są w tak niewielkiej, w porównaniu do wyższych modeli, cenie. Pomimo, że ich funkcjonalność nie jest w żadnym wypadku dwukrotnie gorsza, jak wskazywałby paragon. 




W 1987 roku Canon jednym ruchem skasował sobie spore źródło dochodu, jakie stanowili posiadacze systemu manualnego. Obiektywy starego typu FD, o ile się orientuję, przestały być produkowane jak ucięte nożem w 1987 roku, a całą parę skierowano na nowe konstrukcje z autofokusem.
Musieli być, ci inżynierowie, zupełnie pewni swojego przyszłego sukcesu.
Pierwsze co wypuszczono na rynek to aparat dla zaawansowanego amatora, Canon EOS 650, już na Fotodinozie opisywany. Zrobił on wspaniałą robotę, ponieważ był wspaniały. Jak wiadomo - tanie wino jest dobre, bo jest tanie i dobre. EOS 650 może nie był bardzo tani, ale był niesamowicie dobry, jak na tło konkurentów w którym to tle startował.

piątek, 29 listopada 2019

Fotodinoza wyprzedaje precjoza. Aukcje Fotodinozy.


A teraz coś z zupełnie innej beczki.
Nie wygrałem aukcji z Allegro. Chociaż dawałem za aparat całe 34 złote, niestety zostałem przebity. I to osinowym kołkiem. Za to wygrałem inny aparat za 25 złotych, który mógł być niedobry (był sprzedawany jako niesprawdzony, bez baterii), ale okazał się dobry, a nawet bardzo dobry. Bo to bardzo dobry aparat przecież jest - pierwszy Canon EOS z roku 1987. Miał być o nim wpis, do kompletu z tym drugim, niewygranym.
W związku z przegraniem niewygraniem powstała jednak pewna idea, żeby przewietrzyć magazyny Fotodinozy, które piętrzą się już warstwowo.
Otwórzmy więc ich drzwi
Zajrzyjmy im do wnętrza
Gdzie wiele różnych spraw
Nawarstwia się i spiętrza
(cytat)
Pozwoli to zebrać fundusik, a nawet kapitalik na jakieś inne głupie zakupy, które będziemy opisywać sukcesywnie.
Bo ja proszę pana zawsze byłam bardzo sukcesywna, we wszystkim co robię. (cytat - Vinci)

Na początek sprzedawane obiektywy, a poniżej ględzenie na tematy sprzętowe, optyczne i psychologiczne.

Sprzedajemy oto:

Voigtlander 28-105mm f/2,8-3,8 do Canona, 347,- zł do negocjacji.
Tutaj link do aukcji - LINK


 Można nim robić takie zdjęcia:



Canon 35-105mm f/3,5-4,5 , 377,- zł do negocjacji
Tutaj link do aukcji - LINK



Można nim robić takie zdjęcia:



Loreo "Lens in a Cap" obiektyw efektowy - pinhole z soczewką do Canona, 87,-zł do negocjacji, ale małej, bo mało.
Tutaj link do aukcji - LINK



Można nim robić takie zdjęcia:



Wężyk spustowy do Canona EOS, dobry na prezent dla fotografa ;) , 24,- zł do negocjacji.
Tutaj link do aukcji- LINK




Wszystkie one działające, sprawne i żywe.

Dlaczego sprzedaję te obiektywy? Oczywiście mam ich za dużo, ogniskowe dublują się (i tęczują w oczach), a przy tym - wszystkie są zoomami. A ja postanowiłem zostać pełnym półprofesjonalistą i w większości robię ostatnio zdjęcia obiektywami stałoogniskowymi. Tę bazę będziemy powiększać, kosztem nadbudowy.

Przydałby się, oczywiście do tego

poniedziałek, 25 listopada 2019

Aleksander Rodczenko, Charles Sheeler, Henry Ford

fot. Charles Sheeler
Wyobraźcie sobie coś takiego: największy kompleks fabryczny świata. Sto dwadzieścia tysięcy pracowników. 2,4 kilometra długości, 1,6 kilometra szerokości. Dziewięćdziesiąt trzy budynki o powierzchni użytkowej 1,5 km2 (słownie: półtora kilometra kwadratowego podłóg!). Sto sześćdziesiąt kilometrów wewnętrznych torów kolejowych, własna elektrownia, oraz własne nadbrzeże nabrzeże portowe z dokami dopełniają obrazu. A doprawiają je własne statki transportowe fabryki cumujące na tym nadbrzeżu. Myślicie zapewne że to Chiny, albo jakiś Ulsan w Korei Południowej, gdzie Hyundai ma największą stocznię? 
Nie.
To pradziadek dzisiejszych giga - fabryk, na niej wzorowano się budując następne w różnych miejscach globu. Fabryka Forda w Dearborn, zwana River Rouge Complex, a w skrócie The Rouge. Rocznik 1917.
Henry Ford i jego firma u szczytu dominacji. Po sukcesie najpopularniejszego samochodu w historii - Forda model T. Do nowo budowanej fabryki i jej własnego nabrzeża przy rzece Rouge przypływały własne statki Forda, z własnym węglem i rudą żelaza Forda na pokładzie, wydobywanych we własnych kopalniach. Samochody były tam budowane ab ovo, z proszku do gotowego wehikułu, w jednej fabryce. 


fot. Charles Sheeler

Większość budynków postawił pan architekt Albert Kahn, ulubiony projektant Henry'ego Forda - zrobił mu ponad 1000 projektów. Chciałoby się mieć takiego klienta. Pan Kahn miał ich wielu, bo był najbardziej płodnym w Ameryce projektantem fabryk - w późniejszym roku 1937 zbudował 19% wszystkich fabryk ówcześnie stawianych w USA. Nie tylko w Stanach projektował. W 1929 roku dla komunistycznego Związku Radzieckiego, za poleceniem amerykańskiego rządu, stawiał fabrykę traktorów w Stalingradzie oraz szkolił radzieckich architektów.


fot. Charles Sheeler

Wszystko za sprawą wielkiej biegłości w konstrukcjach żelbetowych. Pierwsze tego typu budynki biuro Albert Kahn Associates stawiało jeszcze w XIX wieku, a w 1903 roku zbudowało nową fabrykę samochodów Packard, którą zainteresował się Henry Ford. Żelbet pana Kahna, oprócz korzystnej dużej wytrzymałości miał jeszcze jedną wielką zaletę, w stosunku do dawniej stawianych obiektów - nie był palny.
Modernistyczne konstrukcje żelbetowe były jednym z przejawów nowoczesności na początku XX wieku.

Podobnie jak modernistyczna fotografia.
Miasto masa maszyna inspirowały, robiły wrażenie potęgą i niespotykaną wcześniej skalą. Wielu artystów zostało uwiedzionych. Nawet takich, którzy

piątek, 15 listopada 2019

Dotknąłem prehistorii. Sony Digital Mavica na dyskietki 3,5 cala


Nadeszła wiekopomna paczka.
Na początku pomyślałem, że to winko. Lubię winko, zwłaszcza primitivo z Salento.



W środku była drugie pudełko. Pomyślałem, że to buty. Lubię chodzić w butach.
Dopiero po otwarciu okazało się, że są to przedpotopowe aparaty fotograficzne. Te to dopiero lubię!




Niektórzy mogą podniecić się przedwojennym Rolleiflexem, albo mieszkowym Kodakiem, niektórzy piszą książki o Systemie Nikon, szacownym, znanym od stu lat przedsiębiorstwie z wielkimi tradycjami. Jak to porównać do aparatu z roku 1997, w którym królował plastik fantastik, a elektronika wypełniała go po brzegi?

A jednak.




Niewątpliwie jest to jeden z wcześniejszych cyfrowych aparatów świata. Jeden z pierwszych sprzedawanych zwykłym ludziom, całkowicie i naprawdę cyfrowych aparatów - zapisujących zdjęcia za pomocą ciągu zer i jedynek, jako jpg, znane nam do dzisiaj i zrozumiałe dla komputera. 
Zapisujące, tylko na czym?
Myśląc o tym aparacie, nie mogę nie myśleć o postępie technicznym i zmianach, jakie obserwowałem w ciągu swej życiowej egzystencji, a umówmy się, dla mojego komfortu - nie jestem jakoś strasznie stary. Jestem młody i wesolutki. Wręcz czuję, że mam nadal to samo podejście do świata, jakie miałem, będąc w wieku 16 lat. Wy też tak macie? 
Niestety trudno mi to wszystko ogarnąć rozumem, patrząc na Sony Mavica MVC-FD5. On zapisuje swoje jpg-i na dyskietkach 3,5 cala. Ostatni komputer czytający takie dyskietki wyrzuciłem z 10 lat temu.

Co tu robią bryczesy wuja Eugeniusza? Ostatni koń, na jakim jeździł wuj Eugeniusz umarł bezpotomnie trzydzieści lat temu! (cytat)


Po drodze, od czasów dyskietek były jeszcze płyty CD, potem płyty DVD-R, potem pen drivy, a potem trzymanie wszystkiego w burzowej chmurze. Na tę ostatnią innowację, przyznaję szczerze, nie załapałem się.

Niemniej, dzięki wiernemu czytelnikowi Fotodinozy - Benny'emu trzymam w rękach ponaddwudziestoletni aparat, będący kamieniem milowym fotografii, który, na pierwszy rzut oka mogę sobie jedynie polizać jak cukierek przez papierek. ZNACZNIE dotkliwiej jest on oddzielony od dzisiejszej współczesności, niż byle przedwojenny Rolleiflex, do którego za rogiem mogę sobie natychmiast kupić film typu 120. Wystarczy mieszkać na odpowiednim rogu - LINK.
Na szczęście Benny dostarczył w komplecie dyskietkę.
Na nieszczęście, nie mam jej na czym odtworzyć.
No cóż, może jakoś się przełamie te problemy techniczne.




Krótka historia cyfrowego paleolitu.


Sony Mavica MVC-FD5 jest jednym z długiej linii aparatów cyfrowych lub quasi-cyfrowych firmy Sony. Powiedzmy aparatów dających zdjęcia elektroniczne. Linii zaczętej w 1981 roku prototypem Mavica, określanym jako pierwszy elektroniczny wideo-aparat świata. W kontekście tego aparatu nie pada jeszcze słowo "cyfrowy" (digital), ponieważ był on de facto kamerą wideo, z umiejętnością rejestrowania zatrzymanego obrazu o jakości zdjęciowej, zapisującego owe obrazy w sposób analogowy (a więc nie jako ciąg zer i jedynek i nie jako jpg) na dyskietkach 2 calowych. Można je było oglądać na ekranie telewizora, tak jak filmy z kamery. Prototypem owej Mavici (Magnetic Video Camera) Sony chwali się niekiedy jako pierwszym aparatem cyfrowym świata, ale chwali się nieco na wyrost.


Prototyp ów, z 1981 roku, nie był sprzedawany, a jedynie zademonstrowany na targach Photokina. Nie był też aparatem cyfrowym w dzisiejszym rozumieniu. Niemniej ów słynny prototyp z 1981 roku był ostrogą w bok, ciosem znienacka i pałką w łeb dla wszystkich konkurentów firmy Sony. Dzięki temu prototypowi zaczął się szaleńczy wyścig wszystkich producentów elektroniki o to, kto zaproponuje pierwszy SPRZEDAWALNY masowo aparat.

Sprzedawalne jednostkowo były już wcześniej, sprzedawalne rządom Stanów Zjednoczonych, CIA lub innej NASA, budowane na uczelniach aparaty eksperymentalne też już były wcześniej. Chodziło o Produkt. Produkt do sklepów, i to taki, żeby na nim nie wtopić.

Najpierw na rynku pojawiły się still-video camery, oparte na konstrukcji wideo i zapisujące zdjęcia analogowo. Sony Maviki razem z Casio i Canonem były jedne z pierwszych, pod koniec lat 80-tych. Wszystkie przeznaczone do użytku domowego, jako aparaty współdziałające nie z komputerem, tylko z telewizorem. Tymczasem następowała szybka i postępująca szeroką falą komputeryzacja społeczeństwa, wszystkie te Amigi, Commodore i wczesne IBM-y schodziły do ludu. Kodak w tym czasie zaczął już robić coraz tańsze (co oznaczało, że nie trzeba było sprzedawać dwóch nerek, tylko jedną), w pełni cyfrowe i produkujące komputerowe pliki lustrzanki. 

Komputery i zdjęcia cyfrowe okazały się lepszą, bardziej nośną ścieżką od eksploatowania techniki wideo - telewizyjnej. W tę stronę skręcili wszyscy producenci. W tym Sony.

Przyjrzyjmy się bliżej artefaktowi.


Otóż Mavica MVC-FD5, którą trzymam w łapkach jest pierwszym u firmy Sony w pełni cyfrowym aparatem. Sygnał z matrycy CCD jest zamieniany w nim na ciąg zer i jedynek i tworzy pliki komputerowe, które można zrzucić na twardy dysk.

Jak się ma napęd dyskietek, oczywiście.

Cofnijmy się zatem do roku 1997 i zobaczmy, jak się wtedy robiło cyfrowe zdjęcia. A robiło się ciekawie.







Pierwsze pytanie: jak pozycjonowany był ów aparat, bo w tym samym roku 1997 Kodak sprzedawał swoją lustrzankę cyfrową DCS 520 za 15 tysięcy dolarów, a sześciomegapikselową DCS560 za 30 tysięcy. Były to ceny, które zdolne były płacić duże redakcje gazetowe i wzięci profesjonaliści, ale z pewnością nie przeciętny fotograf. Gdzie zatem w tym wszystkim Sony Mavica?

Mavica była przy Koadakach aparatem dla amatora. Kosztowała

piątek, 8 listopada 2019

Najlepsze zdjęcie streetphoto 2019

Fot. Magda Chudzik, finalistka Urban Photo Awards 2019
Nienajgorzej. Niby źle, ale jednak całkiem całkiem. Ze street photo nie jest ostatnio w Polsce zbyt dobrze. W tym roku, z niewiadomych mi przyczyn nie odbył się konkurs Leica Street Photo, który powinien mieć numerek dziewiąty. Przykre. Nie zauważyłem także konkursu Polska Ulicznie, który przyniósł mi dwa lata temu wiele satysfakcji. Wiele satysfakcji, doprawdy, co opisałem TUTAJ. Może organizatorzy pokłócili się na temat tego, co to w ogóle jest street photo? Nikt tego do końca nie wie, nawet najstarsi górale. Ja tylko wiem, że daje mi to dużo radości w oglądaniu. Jest lekko ironiczne, zaskakujące i na ogół bardzo różnorodne, bo nie zdefiniowane. I wydaje się wolne. Trochę takie właśnie polskie, improwizowane, jak to u nas - nie wiadomo czy jeszcze zgodne z prawem, ale się próbuje i jakoś uchodzi. Na czuja.

Street photo to jest coś, co nie próbuje przekazać ci całej prawdy. Przekazuje tylko prawdy chwilowe, skojarzenia, spostrzeżenia, dziwne asocjacje. Raczej nikogo nie nawraca. Pokazuje tylko palcem - o zobacz tam! I za chwilę idziemy dalej. 

Może nawet jest zgodne z dzisiejszym życiem codziennym, w którym nie ma czasu czytać blogów, książek, opinii, ani niczego, co nie jest łatwym do przyswojenia znakiem, najlepiej zgodnym z naszymi poglądami.

W Polsce konkursów nie ma, zatem wiedziony jesienną nostalgią za streetphoto rzuciłem okiem na zagranicę. Na Triest. Na Urban 2019 Photo Awards, w ramach Trieste Photo Days - LINK. Niby zagranica, ale impreza przyjemnie międzynarodowa, wśród współproducentów imprezy dostrzegłem na poczesnym miejscu nie tylko Kraków Photo Fringe, Fotopolis, Raciborskie Centrum Kultury i krakowski "Pierwszy lokal na Stolarskiej po lewej stronie, idąc od Małego Rynku", ale także, ku swemu zaskoczeniu Dom Literatury w Łodzi. Ten Dom Literatury cicho siedzi i w ogóle się tym nie chwali, a tu taką szacowną imprezę wspiera. Oprócz nich także całe rzesze instytucji rodem geograficznym ewidentnie z dawnych Austro - Węgier: Czech, Słowacji, Serbii, Chorwacji, Węgier i okolic. Od razu swojsko się poczułem, jak za miłościwie nam panującego cesarza Franciszka.


Oczywiście też natychmiast doznałem estetycznej satysfakcji, przeglądając wszystkie dwieście dziewięć zdjęć finalistów, dwadzieścia zdjęć nagrodzonych i wyróżnionych, oraz jedno zwycięskie. Sęk w tym, że są powkładane nie do tych przegródek co trzeba. Ja bym to zrobił inaczej.


Spotyka się dwóch architektów na ulicy.

- O cześć! Kopę lat! Wieki się nie widzieliśmy!
- Cześć! Miło widzieć! Poznaj - to jest mój syn.
(krytyczne spojrzenie)
- Ja bym go zrobił inaczej.
              Krzysztof Gol Piotrowski

Prezesem jury w Trieście był pan Martin Parr, członek mej ulubionej agencji Magnum, człowiek legenda. Człowiek, który stworzył właściwie nowy styl w fotografii. Można by ten styl nazwać "na naturszczyka". Jego zdjęcia reportażowe jako pierwsze zwróciły się w stronę kiczu traktowanego dokumentalnie. Na pierwszy rzut oka wyglądają jak zdjęcia z wakacji cioci Wiesi. Jest na nich zwykle ten badziew, tandetny blichtr, jaki cechuje wiele zdjęć wakacyjnych, okropne krzyczące i niedobrane kolory, a także na przeważającej większości potężne doświetlenie lampą błyskową pierwszego planu, zupełnie takie samo jakie serwują amatorom aparaty kompaktowe, kiedy wykryją że robi się zdjęcia pod światło. Martina Parra interesują przede wszystkim plaże, kurorty, wypoczynek zbiorowy i zabytki Które Musisz Odwiedzić, a także stragany wokół tychże zabytków. Celuje swoim obiektywem w amerykańskie kotyliony i flagi, w brytyjskie tatuaże i w chińskie podróbki wieży Eiffla, w supermarketowe zakupy. W skrócie celuje on w takie mniej więcej Mielna - Saint Tropezy polskiego wybrzeża, albo w inne Ibizy - Skorzęciny Morza Śródziemnego.



Fot: Martin Parr, Magnum.



Fot: Martin Parr, Magnum.
Fot. Martin Parr, Magnum.


Jego zdjęcia mają walor magnetycznego kuriozum, tak mocno odróżniają się od artystycznej przeciętnej, oprócz tego są jak wejście z ukrytą kamerą do hermetycznego świata, którego nikt nie zauważa, choć wszyscy widzą. Martin Parr robił takie zdjęcia już we wczesnych latach osiemdziesiątych, ta stylistyka rozpowszechniła się później szeroko, w sporej części dzięki Lomografii. Jednak Martin Parr jest jeden, a reszta to