piątek, 26 września 2014

Mashup: Połączenie świąt Wielkiej Nocy ze świętami Bożego Narodzenia.



Inspiratowrowi- Filipowi Appelowi
Myślałby kto, że era walki fotografii analogowej i cyfrowej jest definitywnie skończona. Że cyfra wygrała na wszystkich polach, pobiła brutalnie, zngębiła, zmiażdżyła film fotograficzny, znokautowała niczym Mike Tyson znokautowałby Ewę Kopacz, niczym Andrzej Gołota bezbronnego przechodnia, niczym Goliat Dawida, a nie, wróć, to odwrotnie było.

Jest jedno pole, na którym cyfra nie pobiła jeszcze fotografii analogowej. I powiem wam, że raczej nigdy nie pobije.

Sentyment.

Za nic ludzkość ma stare cyfrówki. Stara cyfrówka to śmieć. Za to stara Leica, czy też manualny Nikon- to cenny gadżet, rzecz rosnąca w cenie. A do tego- dla wielu- stary, wierny, wypróbowany przyjaciel.

Jak porównać podłączenie kabla USB do komputera z pieczołowitym procesem wywoływania filmu w ciemni, moczeniem papieru w kuwetach i powiększaniem odbitek w tajemniczej czerwonej poświacie fotograficznej żarówki?

Jak tu porównać natychmiastowość cyfrówki, z tajemniczą magią, jaka dzieje się w zamkniętym pudełku analoga, dostępną dopiero po skończeniu filmu i wywołaniu go?

Jak tu porównać stary, ukochany sprzęt, który przeszedł z nami tak wiele i nigdy nie zawiódł, do bezdusznej nówki prosto z Media Markt?

Jak porównać cyfrowy kompakt, który zdycha przy byle upadku ze stołu na dywan, podczas gdy niebacznie upuszczony kompaktowy analog przekoziołkował z wierzchołka Matterhornu aż do centrum Zermatt i nadal działa (dobrze że my nie przebyliśmy z nim tej drogi).

I człowiek chciałby czasem tak połączyć ten sentyment z nowoczesnością w domu i zagrodzie.

I niektórzy łączą.

I to od dawna.



Najciekawszym pomysłem jaki powstał kiedykolwiek, pomysłem wzbudzającym drżączkę pożądania, był pomysł firmy Silicon Film. Idea ta powstała, uwaga uwaga w roku 1998. W roku 2001 zaprezentowano na targach PMA w Las Vegas prototyp:





Wieść gminna, jeszcze dziesięć lat temu, niosła, że patent został natychmiast kupiony przez jakąś dużą firmę fotograficzną, która natychmiast spaliła go i zjadła popiół przed przeczytaniem. To na szczęście nie była prawda. W ciągu ostatnich lat zainteresowanie dziejami Silicon Film (do dziś istniejącego) wzrosło i można poczytać wiadomości z pierwszej ręki.
Zestaw składał się z trzech części- właściwego "Silicon Filmu", kieszeni dokującej i kieszeni na przechowywanie. Zestaw miał symbol EFS-1



Silicon Film EFS-1 narobił wiele szumu, pracowano nad nim parę lat, niestety wiele trudności nie zostało pokonanych. Przede wszystkim osiągi techniczne nie były porażające- sensor był mniejszy o 30% od APS-C i miał 1,3Mpx. Jak na ówczesne czasy Silicon Film był niezwykle trudny w produkcji- czytaj kosztowny. Urządzenie pasowało do kilku jedynie typów lustrzanek- Canona EOS 1, EOS 5, Nikona F3, F5 i F90.


Były pewne problemy z uzyskaniem certyfikatów CE i FCC, niezbędnych, by rozpocząć sprzedaż w USA i Europie. Na to wszystko nałożyły się problemy z zarządzaniem firmą. Wprowadzenie do produkcji przeciągało się, tworzono kolejne prototypy, lecz w końcu zabrakło funduszy. Silicon Film złożył wniosek o upadłość w tym samym tygodniu gdy runęły wieże WTC w 2001 roku. Szacuje się, że do wprowadzenia EFS-1 do produkcji zabrakło 3-ch miesięcy.



Jednak jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy.

Ku naszej nadziei nadal trwają prace po naszej stronie Atlantyku nad podobnym pomysłem. Nazywa się DigiPod i pracuje nad nim pan James Jackson. Na razie w fazie testów i jeszcze daleko do sprzedaży. Ale można wesprzeć donacją crowfundingową:


Szeroki opis z pewnym porównaniem obu projektów jest tutaj. Komentarze też warte przeczytania:






Skoro daleko, to amatorzy musieli sami wziąć sprawy w swoje ręce i chwycić za śrubokręty. Śrubokręt, to jest śruba i okręt. Mówi się wkrętak- jak pouczał nas mój pan od zajęć technicznych w podstawówce.

Pewien pan chwycił za śrubokręt, tfu- wkrętak i wykręcił takiego Frankensteina. Z przodu muzeum, z tyłu liceum.

Z przodu dalmierzowa Konica z obiektywem 38/1,8:



Z tyłu, świetnie wykonana nowa pokrywa z ekranem od Sony NEX:



Szczegóły projektu tutaj: http://frankencamera.wordpress.com/



Właściwie nie ustępuje to wcale firmowemu Nikonowi Df, o którym pisałem tutaj.

Zważywszy, że pan ów ma 18 lat- szacun wielki. To chyba najlepiej wykonany Frankenstein, w skrócie Franek jaki widziałem. Bo już się widywało takie, tylko gorzej zrobione. Na sukces pana Olliego Bakera złożyło się kilka rzeczy, oprócz jego talentu- przede wszystkim nowe technologie druku 3D, które pozwalają dzisiaj rzeźbić w plastiku wedle fantazji, nowe mniejsze aparaty z porządną matrycą, takie jak Sony NEX.
Tylna ścianka z drukarki 3D

Pan Ollie Baker w pięciu słowach rozwiązał moją największą zagadkę dotyczącą zgrania cyfrowego wnętrza z analogowym body- jak sprawić żeby wszystko to zadziałało w tym samym momencie naciśnięcia spustu, i ustawiło odpowiedni czas naświetlenia (w Silicon Filmie, tak jak w kompaktach cyfrowych nie ma migawki i czas naświetlenia jest ustalany dopływem i odcięciem prądu do matrycy, natomiast w analogowym body jest migawka, która ma taką samą rolę- jak je pogodzić i sprawić żeby działały wspólnie?). Okazało się to proste jak drut- wystarczy ustawić w cyfrowych trzewiach na stałe czas BULB, czyli dopływ prądu do matrycy podczas całego naciskania spustu, a resztę pracy wykona mechaniczna migawka z analoga. Ale po pierwsze trzeba było na to wpaść, a po drugie zastosować jako bazę taką cyfrówkę, która ma możliwość ustawienia czasu na BULB. Korzystnym faktem jest pojawienie się w ostatnich latach wielu bezlusterkowców, które mają taki tryb, w przeciwieństwie do kompaktów z lat wcześniejszych.

Równie korzystny jest ten fakt dla sprawy ustawiania ostrości, bo matryca nie leży idealnie w płaszczyźnie w jakiej znajdował się film i ostrość jest „przesunięta”. Nic prostszego- Sony NEX ma programową regulację.

Bebeszki Sony NEX'a

Frankenstein, w skrócie Franek Konica, jest ładny i do tego działa. Używa obiektywu, jakiego nie używa żadna inna cyfrówka, chociaż... Chociaż jakby się uprzeć, to można przerobić podobny obiektyw Konici na gwint do lustrzanek, plus słono płatną redukcję Sony E/ M42 (w języku mechaników- excuses le mot- przepierdolkę) i założyć go do Sony NEX bez żadnego rozbebeszania.

Efekty zdjęciowe, pi razy oko- identyczne. Ale:

a) to ścieżka prosta, a kręta ścieżka Olliego Bakera jest ciekawsza i bardziej chwalebna

b) zestaw nie miałby za grosz hipsterskiego nimbu, tak jak ma go Franek Konica.

c) byłoby to pójście w szpony komercji, a tego byśmy nie chcieli

d) uzyskalibyśmy bezduszną cyfrówkę, a nie uduchowionego analoga.



Widzę tylko jedną ścieżkę bardziej ekstremalną niż Franek Konica. Jeszcze bardziej inżyniersko- hipsterską: przerobienie cyfrówki na aparat na film 35mm.

Nie dość że trudniejsze, to jeszcze większa vintage- ekstrema. Kto chętny?



Fabrykant

z www.fabrykaslubow.pl

piątek, 19 września 2014

Cholernie ponury wpis. Lepiej nie czytajcie.



I Wojna Światowa zdemolowała jak tajfun całą Europę, wykosiła miliony ludzi, jednak nie wszyscy na niej stracili. Producenci broni i chemikaliów urośli w siłę, a właścicielom firm żyło się dostatniej. W pognębionych Niemczech przemysł chemiczny rozwinął się aż miło. Najsilniejsi z producentów postanowili stworzyć kartel chemiczny IG Farben.



Złożyli się pospołu-



Firma Bayer- znany i lubiany producent licznych leków, aspiryny, wynalazca epokowego poliuretanu (1937) , równie epokowej heroiny (Bayer AG registred trade mark, przed II wojną), oraz gazu musztardowego (Iperytu), stosowanego przez niemiecką armię w I W.Ś. I nazwanego, jak wiemy, od chemicznego ataku pod Ypres, gdzie zostało nim zgładzonych 20 tys. żołnierzy. Co ciekawe pochodne Iperytu, są używane do dziś w chemioterapii nowotworów.



(Bayer w brytyjskiej Wikpedii jest opisany, oczywiście z maksymalną polityczną poprawnością. Co złego- to nieistniejące IG Farben, byle tylko nic brzydkiego nie przyczepiło się do nazwy Bayer. Historia firmy zaczyna się w 1863 roku, a potem nagle przeskakujemy do 1918-go, gdzie opisane są konfiskaty znaków towarowych Bayera za sprawą reparacji po I wojnie. Ciekawe dlaczego?)



Badische Anilin und Soda Fabrik, znany dziś pod skrótem BASF, aktualnie największe chemiczne przedsiębiorstwo świata. Wynalazca, uwaga uwaga: magnetofonu (1932), polistyrenu (1930), polipropylenu (1937).

Wcześniej, po długotrwałych próbach, w 1913 firma ta dokonała syntezy amoniaku do produkcji pierwszych nawozów azotowych, (Podczas I W.Ś. używanego także do produkcji saletry- składnika prochu strzelniczego). Produkowała także chlorany i fosgen, w cywilu bardzo przydatne w przemyśle farbiarskim, podczas wojny doskonale sprawdzały się jako gazy bojowe- jedno z pierwszych użyć nastąpiło pod Sochaczewem, niestety (?) wiatr zmienił kierunek i zatruły się oddziały niemieckie.



Hoechst- producent barwników i farmaceutyków. W 1863 roku wyprodukowała jeden z pierwszych sztucznych barwników- fuksję (fuchsia). W 1906 dokonała pierwszej syntezy adrenaliny i w 1926 insuliny.



IG Farben zostało największym z filarów niemieckiej gospodarki przedwojnia. Do 1939 wchłonęło lub miało udziały w 400 firmach niemieckich i 500 zagranicznych, m.in. Dynamit Nobel Aktiengeselschaft. Już wkrótce zostało największym przedsiębiorstwem w Europie i czwartym na świecie, w rozmiarze przewyższały go tylko firmy amerykańskie.


IG Farben, zgodnie ze swoim statusem wybudował sobie w 1930 r największy budynek biurowy w Europie i będący takim do roku 1950, istniejący do dziś. Zaprojektował go Hans Poelzig:

"IG-Farben-Gebaeude Poelzig-Bau" by EvaK - EvaK.
Macki olbrzymiego koncernu sięgnęły obu stron Atlantyku. W USA w 1929 roku otworzono American IG Farben, a wielu wysoko postawionych Amerykanów zostało dyrektorami koncernu w USA, byli nimi w 1930 r. m.in. Edsel Ford (znany automobilistom), czy Paul Warburg członek Federal Reserve Bank of New York i prezes Bank of Manhattan, także Walther Teagle, dyrektor Federal Reserve Bank Of New York i prezes Standard Oil Of New Jersey (później Esso/ Exxon).

(Z Wikipedii, wpisując „American IG Farben” tego się nie dowiemy)

W 1927, nawiązano ścisłą współpracę, czy wręcz rodzaj handlowej zmowy z amerykańskim Standard Oil Rockefellera, Du Pontem, Dow Chemical, co pozwoliło przejąć patenty na syntetyczny kauczuk i benzynę, oraz finansować dalszą ekspansję.



Potem nadeszły czasy Hitlera. W latach dojścia do władzy niemieckich nazistów (1933-34) IG farben wsparło NSDAP kwotą 84,2 mln marek, i dzięki temu uzyskało wysoki wpływ na kierunki rozwoju niemieckiej gospodarki. Wielu z dyrektorów IG Farben zajęło wysokie pozycje w instytucjach państwowych. Dzięki skutecznej polityce koncern osiągnął pozycję monopolisty w dziedzinie przemysłu chemicznego, roczny zysk sięgnął w 1938 2,2 Mld Marek, ale nic nie pomogło mu bardziej niż wojna. W 1943 roku obroty IGFarben osiągnęły 4,2 Mld.

Nazizm wprowadzili także nieco zamieszania do koncernu- otóż sporą część jego twórców i filarów naukowych stanowili Żydzi, którzy znaleźli się na cenzurowanym. IG Farben musiało rozwiązać ten problem przesuwając część personelu do USA, a w 1938 roku wszystkie osoby pochodzenia żydowskiego definitywnie zwalniając.



Amerykańska część firmy zajęła się w tym czasie prowadzeniem prohitlerowskiego PR-u za Atlantykiem i łagodnym tłumaczeniem opinii publicznej antyżydowskiej polityki niemieckich nazistów.



W 1939 roku IG farben zakupiło na kredyt (nigdy nie spłacony) od amerykańskiego Standard Oil najwyższej jakości benzynę lotniczą za 20mln $, a także przejęło wielkie zapasy magnezu od Dow Chemicals; używany był później do produkcji materiałów wybuchowych i zapalników.

Czy to było moralnie naganne? Mniej więcej tak samo, jak sprzedawanie okrętów Mistral Putinowi.



W czasie wojny, która raczej nie udałaby się bez IG Farben, oraz wsparcia zaprzyjaźnionych amerykańskich firm, koncern produkował 100% niemieckiej gumy synetycznej, 90% niemieckich plastików i 95% produkowanych tu trucizn, oraz 84% niemieckiej produkcji materiałów wybuchowych. Niezła pozycja, prawda?




Fabryki były na okupowanych terenach przejmowane przez specjalnych wysłanników koncernu, oraz budowane przez IG Farben, razem z obozami pracy. W okupowanej Polsce, m in. w Policach, Dworach i Monowicach koło Auschwitz-Birkenau, którego 500.000 więźniów pracowało w fabrykach IG Farben, po czym zostało w większości wymordowanych. Auschwitz III (Monowitz) to była inwestycja IG Farben.

Zbudowano także wielką obszarowo fabrykę materiałów wybuchowych i bomb- Dynamit Nobel AG w okolicach dzisiejszych Krzystkowic- budynki fabryki były rozrzucone na kilometrowe odległości, żeby uniknąć katastrofy w razie wybuchu. Zatrudniano tu niemal wyłącznie robotników przymusowych i więźniów.



Należąca do IG F. Firma Degesh dostarczała do obozu Zyklone B- słynną truciznę z cyjanowodorem używaną do masowej eksterminacji ludzi, a firma Bayer- metanol do tego samego celu, umożliwiający także kremację w piecach.

Więźniowie obozów, oprócz niewolniczej pracy służyli za króliki doświadczalne przy testowaniu nowych leków, oraz produktów służących zagładzie.



Na terenie Niemiec pracowało dla IG Farben 103.000 robotników przymusowych sprowadzanych z okupowanej Europy.


Potem karta wojny odwróciła się.



Alianci zajęli Niemcy, Rosjanie zajęli Europę Wschodnią, z fabrykami koncernu i obozami koncentracyjnymi.

A Proces Norymberski zajął się IG Farben:

"Zbrodnie, o które oskarżono te osoby nie zostały popełnione w afekcie, bądź w wyniku nagłego impulsu. Nie konstruuje się przemyślanych machin wojennych wskutek rozbudowanej pasji, tak jak fabryk śmierci w Oświęcimiu w wyniku przelotnych napadów okrucieństwa. Ich celem było przekształcenie narodu niemieckiego w wojskową machinę, aby mogła narzucić własną dominację Europie oraz innym ościennym nacjom. Oni byli początkiem oraz końcem ciemnej opoki śmierci, która okryła Europę".

Telford Taylor - główny amerykański oskarżyciel w procesie norymberskim występujący przede wszystkim przeciw kadrze zarządzającej koncernu chemiczno-farmaceutycznego IG Farben.

 "Farben to był Hitler, and Hitler to było Farben"
Senator Homer T. Bone do Senackiego Komitetu Spraw Wojskowych.



Proces został przeprowadzony następująco: dyrektorzy niemieckiej części IG F. zostali skazani na kilkuletnie wyroki, z dyrekcji amerykańskiej odnogi koncernu skazano jedynie trzech obywateli Niemiec (W.Schmitz, F.T.Meer, M.Ilgner ), ciekawym trafem całkowicie przemilczano udział w koncernie jakichkolwiek Amerykanów, zwłaszcza że sytuację ułatwiało zniszczenie najważniejszych archiwów firmy w 1945 roku.



IG Farben została rozkawałkowana na pierwotne elementy- BASF, Bayer, Hoehst. Część przejęli Francuzi (Rhone-Poulenc, dziś Sanofi-Aventis), instalacje na Wschodzie- Rosjanie.



Z pozostałości po IG Farben utworzono firmę „I.G. Farbenindustrie AG w likwidacji” (I.G.F i L.),. wypłaciła ona 27 milionów marek odszkodowań dla przymusowych robotnikow żydowskich.

I.G. F. I L likwidowano baardzo długo – do 2003 roku, gdy ogłoszono jej bankructwo i wpłacono 500 tys marek na rzecz fundacji dla byłych robotników przymusowych III Rzeszy. W rezerwie pozostawiono 21 milionów marek, ale czas płynie, ludzie wymierają i zapewne nigdy nie zostaną wypłacone.



Minęło kilka lat powojnia. Przemysł chemiczny nadal stanowił strategiczną gałąź gospodarki. Takie były dalsze losy kilku byłych dyrektorów IG Farben:



Fritz Ter Meer, planista i wykonawca fabryk w pobliżu Auschwitz ,członek NSDAP, zbrodniarz wojenny, skazany w Norymberdze na 7 lat, został w 1956 roku ponownie szefem rady nadzorczej firmy BAYER, pełnił funkcję przez 10 lat.



Max Ilgner- główny organizator pozytywnego PR hitlerowców w USA, odpowiedzialny za fabryki chemiczne w Czechosłowacji- został po wojnie lobbystą, a później prezesem fabryki chemicznej w Zug.



Carl Wurster, nadzorujący fabryki w pobliżu Auschwitz został wieloletnim prezesem zarządu BASF. Na emeryturze pracował na wysokich stanowiskach w firmie Bosch i Allianz, oraz został protektorem późniejszego kanclerza Helmuta Kohla.



Georg von Schnitzler- wspierający niemieckich nazistów, odpowiedzialny za przejmowanie przez IG Farben wszelkich fabryk chemicznych na okupowanych terenach- najpierw polskich, później we Francji, przyznał się do „błędów w zarządzaniu”, skazany w Norymberdze na 5 lat, odsiedział rok, później został prezesem Deutsch-Ibero-Amerikanische Gesellschaft.



Hermann Schmitz, zaufany administrator gospodarki wojennej Hitlera (Wehrwirtschaftsführer), w IG Farben odpowiedzialny za kontakty z amerykańskim Standard Oil, skazany na 4 lata w Norymberdze, po wojnie członek rady nadzorczej Deutsche Bank i prezes honorowy Rheinische Stahlwerke AG



Co to ma w ogóle wspólnego z fotografią w ogóle, a Fotodinozą w szczególności? Niewiele. Głównie to:



Agfa- Gevaert wchodziła w skład IG Farben od 1925 roku. W 1936 roku była pionierem filmów kolorowych. To na kliszy Agfacolor Hugo Jaeger wykonał reportaż z 50-tych urodzin Hitlera w 1939 roku, a potem reportaże z okupowanej Polski.

Agfa też wpisywała się w politykę firmy:
Robotnice przymusowe w fabryce Agfa

Po powojennym rozkawałkowaniu koncernu przez Aliantów, fabryka Agfy we wschodnich Niemczech została przemianowana na enerdowskie ORWO. 

Agfa w Niemczech Zachodnich została wskrzeszona w 1952, jako własność koncernu Bayer, produkowała filmy i maszyny do naświetlania odbitek do 2006 roku. Dzisiaj zajmuje się głównie technologiami obrazowymi dla medycyny np. ultrasonografią, choć produkuje nadal filmy na potrzeby fotografii lotniczej:

I tak się ten świat toczy.
Jedyny sensowny wniosek jaki można z tego wyciągnąć: nie wierzcie Wikipedii.



Fabrykant




Napisanie tego artykułu wymagało przekopania się przez źródła:






Spiskowa teoria dziejów:













Jak ktoś chciałby przestać kupować oryginalną aspirynę to może tu poczytać:







Spiskowa teoria dziejów




Historia i teraźniejszość zakładów Dynamit Nobel Aktiengeselshaft w Nowogrodzie Bobrzańskim/ Krzystkowicach:




Tutaj galeria zdjęć z obiektów w Krzystkowicach:

wtorek, 16 września 2014

Wielki Zderzacz Hadronów. Bum!



Bum, krach brzdęk! To Viktor Kolař zderzył rzeczywistość. I to samą ze sobą. Filozoficzne zderzenie leży chyba w jego naturze, choć to chyba niełatwe- tak zderzać.



Bardzo ciężko tak zauważać, jak zauważa Kolař. Człowiek tak idzie i idzie, widzi, ale nie zauważa. A on zauważa. I naciska spust migawki.



Mieszka w Ostravie i fotografuje swoje miasto przez lata całe- lata komunizmu i wolności. Zdjęcia Kolařa są jednak uniwersalne. Nie ogląda się tu samego miasta, a bardziej charaktery, zawody, sytuacje i status społeczny. Pomimo zglajszachtowania ludności pod panowaniem komuny- kontrasty są.



Właściwie jest to klasyczna, najklasyczniejsza street photo, choć jej charakter wywodzi się prosto z czechosłowackiej tradycji fotografii. Nie ma tu brutalności i zadziorności, szydzenia i judzenia, jest ciepłe, wyrozumiałe spojrzenie, abstrakcja
i dowcip. To śmieszne jest. Niektórzy nazwą to spojrzenie szwejkowskim podejściem do fotografii, i będą mieli rację o ile mają na myśli filozofię „róbmy swoje”. Ale, ponieważ właśnie przeczytałem Szwejka, po raz 199, stwierdzam że szeregowiec Szwejk był jednak 10 razy większym cynikiem niż Viktor Kolař. Bo Kolař nie jest cynikiem, ani trochę.



Wszystko to wydaje się głęboko humanistyczne, a nawet współczujące, wręcz czułe. Kolař zagłębia się w psychikę nieznajomych ludzi na ulicy, zbliża ich do nas, sprawia że ich rozumiemy. Może chodzi tu o zarejestrowanie na zdjęciu doświadczeń jakie znamy, pewnych powszednich zdarzeń, które dotykają wszystkich, ale dzięki zdjęciu stają się czymś istotnym, ważnym, zwracającym uwagę.



Na jednym z moich ulubionych zdjęć, tym:

można odgadnąć intencje i uczucia wszystkich występujących tam postaci. A co lepsza- można odgadnąć także intencje i uczucia samego fotografa. Wyłożę je łopatologicznie- przyszedł sfotografować młodzieżowy pokaz taneczny (zlecenie?), ale znacznie bardziej zainteresował się chłopakami, którzy futrowali się na wzgórku i tam skierował swój obiektyw. Było to po prostu ciekawsze, bliższe życiu. Marginesy wydarzeń są zawsze najciekawsze.



Zderzenia Kolařa są jak nagły przebłysk pamięci- syntetyczne i symboliczne. Wzruszające. Uderzające swoją oczywistością. Świat taki jest, tylko my nie zawsze to zauważamy. A dzięki zdjęciom Viktora Kolařa mamy chwilę na zastanowienie się nad tym.



Fabrykant

z www.fabrykaslubow.pl

P.S. Strona Viktora Kolařa: http://www.viktorkolar.com/ 

P.S. II: Poprzedni wpis o absurdalnej czeskiej fotografii: http://fotodinoza.blogspot.com/2014/03/esencja-z-ziemniaka.html

P.S. III: Następny wpis będzie bardzo bardzo ponury. lepiej go nie czytać w najbliższy piątek o 9.00. Strzeżcie się.

piątek, 12 września 2014

Pożegnanie z Sojusznikiem



Przedostatni Mohikanin często zabija ostatniego Mohikanina, żeby nim zostać.

St. J. Lec



Ostatni papieros skazańca. Ostatnie tango w Paryżu. Ostatnich gryzą psy. Ostatni będą pierwszymi. Czasem coś się ostatecznie kończy.



Na dnie szafy znalazłem rolkę. Kodak ProFoto 400BW. Nieprodukowany od 5-ciu czy 6-ciu lat. To ostatnia rolka.



Nie mogę pozować na konesera, który w zaciszu domowej ciemni traci noce na ręczne wywołanie filmu i zastanawia się za dnia nad parametrami naświetlenia odbitek za pomocą powiększalnika. To dawno temu było, ale minęło, jak sen jaki złoty.

Mogę co najwyżej pozować w innych dziedzinach, ale jeśli chodzi o zdjęcia na filmie, to lesersko oddaję je do wywołania i skanowania do laboratorium. I dlatego pokochałem Profoto 400BW szczerym i prostym uczuciem. Bo to film do procesu automatycznego- C41.



W najlepszym okresie kosztował 10 zł.



Zastanawiające, że sam proces C- 41 jest jednym z epokowych wynalazków Kodaka z roku 1935-go, razem z filmem Kodachrome. Od 1935 roku aktualnym do dzisiaj, a nawet do ostatniego istniejącego w niewiadomej przyszłości filmu, póki będzie potrzeba jego wywołania. Już nikt nie wymyśli nic w tej dziedzinie. To już martwy język. Jak łacina.



Ten Kodak to wymyślił właściwie wszystko, co kojarzy się z popularną, tradycyjną fotografią- w 1888 roku stworzył doskonały w swej prostocie wynalazek- giętki i trwały podkład dla emulsji światłoczułej, pozwalający produkować filmy w rolkach, zamiast dotychczasowych „suchych kaset”, proste aparaty dla każdego- Brownie (zaprojektowane przez Franka.A. Brownella w 1900 r)

Pierwszy Brownie 1900 r.
Brownie z 1935



(Wszystkie modele: http://www.brownie.camera/). Do tego genialny system wywołania. „Ty naciśnij przycisk, my zrobimy resztę”. Wysyłało się naświetlony film w aparacie do producenta, a otrzymywało gotowe odbitki i aparat załadowany na nowo.



„Podstawą systemu Kodaka jest oddzielenie w fotografowaniu tego, co może zrobić każdy, od tego, co może zrobić tylko ekspert (...). Dzięki naszemu aparatowi każdy, kto ma dość inteligencji, aby wycelować i nacisnąć przycisk – mężczyzna, kobieta, dziecko – nie musi korzystać ze specjalnych urządzeń lub posiadać wiedzy fachowej z dziedziny fotografii. Z aparatu można korzystać bez uprzedniego przeszkolenia, bez ciemni i chemikaliów

George Eastman, założyciel Kodaka.



Ten Kodak wymyślił nawet pierwszy aparat cyfrowy, z obrazem zapisywanym na taśmę magnetyczną i odtwarzanym na ekranie telewizora- w roku 1975-tym. Stworzył go Steve Sasson, inżynier Kodaka, aparat miał rozdzielczość 0,01 Mpx.

Aparat i jego twórca
Jednostka odtwarzania zdjęć


Ten Kodak później nawet produkował liczne matryce cyfrowe, które kupowali inni duzi producenci do swoich kompaktów, a także same aparaty cyfrowe.


A mimo tego wszystkiego niemal nie wyzionął ducha. Analizy, które czytałem na ten temat są dość pobieżne, pomimo sporej ilości słów, na przykład ta historia upadku Kodaka:


Z pewnością o wiele za mało energii poświęcano samym aparatom cyfrowym, żaden z kompaktowych Kodaków nie zapisał się jakoś szczególnie w annałach, a lustrzanki produkowano tylko dzięki uprzejmej współpracy Canona i Nikona, a potem Sigmy- były dosłownie przeróbkami analogów tych producentów na cyfrowe warianty. 

Co ciekawe, pierwsze eksperymenty budowano jeszcze na Nikonie F3 (rok 1991) i Nikonie F801s (1992).
 
Z lewej jednostka zapisująca, z prawej cyfrowy F3


Ostatnie (np. DCS PRO SLR/n i SLR/c 2002-2005), najbardziej zaawansowane, pełnoklatkowe lustrzanki Kodaka już w czasie premiery były krytykowane za niejaki anachronizm obsługi, bo sam Canon i Nikon wypuszczały już własne cyfrowe modele.
Z lewej Kodak DCS 620x na bazie Nikona F5 z prawej Nikon D1

Tu w krótkich żołnierskich słowach z półobrotu test Kena Rockwella Kodaka DCS 14n. Tutaj, między wierszami podsumowania, można wyczytać dlaczego Kodak zbankrutował:



Tu masywny test DCS PRO SLR/c:




Z pewnością zbyt wiele energii poświęcono filmom i aparatom APS, które okazały się klęską, tuż u progu rozkwitu ery cyfrowej.

Z pewnością rynek filmów przeżył gwałtowne załamanie, które należało przewidzieć.

Ale jednak zastanawia ta prosta droga od milionera do pucybuta.



Może Kodak był już zbyt duży i nieruchawy. (Jakieś mało ruchawe te wasze człowieki?- cytat), bo był blisko pozycji monopolisty w branży, która przeżyła nagły kataklizm.



Tymczasem filmy, zgodnie z przewidywaniem wszystkich stały się z produktu popularnego dobrem luksusowym. Tylko wariaci je jeszcze kupują. Zresztą, to jasne, zupełnie niedobrze robią ci wariaci, skoro mogą kupić sobie cyfrówkę, a kupują jakiś beznadziejny i niewygodny w użyciu relikt. Trzeba ich skasować na kupę szmalu.



Dlatego Kodak wykasował w okolicach 2008- czy 2009 roku Profoto 400BW za 10 zł.

To może nie był jakiś wyjątkowej jakości film. Może nie przypominał ziarna filmów do klasycznego wywoływania, może nie dawał jakichś wyjątkowych kontrastów. Ale komu to przeszkadzało? Był doskonałym koniem roboczym, dla tych którzy go potrzebowali. Siup rolkę do wywołania, a za chwilę skan, lub stykówki i wkładamy następną rolkę.

Właściwie to strzeliłem na nim wszystkie swoje ulubione zdjęcia ery analogowej. Był fajny i niedrogi.

Kodak Profoto 400BW, Tamron 20-40/2,7-3,5
Kodak Profoto 400BW, Tamron 20-40/2,7-3,5
Kodak Profoto 400BW, Tamron 20-40/2,7-3,5


Teraz proszę państwa już nie ma tak dobrze. Jest luksus. Jest Kodak BW400CN- za 25 złotych rolka. Przedostatni Mohikanin. A, przepraszam. Nie ma już BW400CN. Też już przechodzi do historii:




Ten cały luksus wydatnie przyczynia się do poprawy jakości zdjęć.



Nawet jeżeli jeszcze kupimy BW400CN, to trzy razy zastanowimy się czy nacisnąć spust za tą cenę, a jeszcze zawczasu ze dwa razy poprawimy kadrowanie.



Jedyna nadzieja jest taka, że produkcja kliszy nie jest specjalnie skomplikowana, ani kosztowna i zawsze znajdzie się jakiś Chińczyk, Tajwanin czy Tajwańczyk, ewentualnie Wietnamczyk, który zwietrzy w tym interes. Agfa już sprzedała licencje i pozwala ciąć swoje materiały do zdjęć lotniczych (nadal produkowane, po co?) na cienkie taśmy filmu 35mm, pomimo że sama ich nie produkuje.

Ale film, jako taki, z pewnością nie zniknie, bo jest w nim ta osławiona magia, czar tajemnicy i przyjemność. To nie ściema.



A teraz wkładam do aparatu ostatnią rolkę Profoto, pamiętając o wszystkich jego zasługach. Jakoś będzie trzeba sobie dać bez niego radę.



Salut dla Sojusznika!




Fabrykant

z www.fabrykaslubow.pl

P.S: Efekt strzelenia ostatniej rolki Profoto 400BW jest tutaj:
 http://fotodinoza.blogspot.com/2015/02/konkurs-na-blog-roku-2014.html