wyświetlenia:

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą aparat w prześwietleniu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą aparat w prześwietleniu. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 listopada 2019

Dotknąłem prehistorii. Sony Digital Mavica na dyskietki 3,5 cala


Nadeszła wiekopomna paczka.
Na początku pomyślałem, że to winko. Lubię winko, zwłaszcza primitivo z Salento.



W środku była drugie pudełko. Pomyślałem, że to buty. Lubię chodzić w butach.
Dopiero po otwarciu okazało się, że są to przedpotopowe aparaty fotograficzne. Te to dopiero lubię!




Niektórzy mogą podniecić się przedwojennym Rolleiflexem, albo mieszkowym Kodakiem, niektórzy piszą książki o Systemie Nikon, szacownym, znanym od stu lat przedsiębiorstwie z wielkimi tradycjami. Jak to porównać do aparatu z roku 1997, w którym królował plastik fantastik, a elektronika wypełniała go po brzegi?

A jednak.




Niewątpliwie jest to jeden z wcześniejszych cyfrowych aparatów świata. Jeden z pierwszych sprzedawanych zwykłym ludziom, całkowicie i naprawdę cyfrowych aparatów - zapisujących zdjęcia za pomocą ciągu zer i jedynek, jako jpg, znane nam do dzisiaj i zrozumiałe dla komputera. 
Zapisujące, tylko na czym?
Myśląc o tym aparacie, nie mogę nie myśleć o postępie technicznym i zmianach, jakie obserwowałem w ciągu swej życiowej egzystencji, a umówmy się, dla mojego komfortu - nie jestem jakoś strasznie stary. Jestem młody i wesolutki. Wręcz czuję, że mam nadal to samo podejście do świata, jakie miałem, będąc w wieku 16 lat. Wy też tak macie? 
Niestety trudno mi to wszystko ogarnąć rozumem, patrząc na Sony Mavica MVC-FD5. On zapisuje swoje jpg-i na dyskietkach 3,5 cala. Ostatni komputer czytający takie dyskietki wyrzuciłem z 10 lat temu.

Co tu robią bryczesy wuja Eugeniusza? Ostatni koń, na jakim jeździł wuj Eugeniusz umarł bezpotomnie trzydzieści lat temu! (cytat)


Po drodze, od czasów dyskietek były jeszcze płyty CD, potem płyty DVD-R, potem pen drivy, a potem trzymanie wszystkiego w burzowej chmurze. Na tę ostatnią innowację, przyznaję szczerze, nie załapałem się.

Niemniej, dzięki wiernemu czytelnikowi Fotodinozy - Benny'emu trzymam w rękach ponaddwudziestoletni aparat, będący kamieniem milowym fotografii, który, na pierwszy rzut oka mogę sobie jedynie polizać jak cukierek przez papierek. ZNACZNIE dotkliwiej jest on oddzielony od dzisiejszej współczesności, niż byle przedwojenny Rolleiflex, do którego za rogiem mogę sobie natychmiast kupić film typu 120. Wystarczy mieszkać na odpowiednim rogu - LINK.
Na szczęście Benny dostarczył w komplecie dyskietkę.
Na nieszczęście, nie mam jej na czym odtworzyć.
No cóż, może jakoś się przełamie te problemy techniczne.




Krótka historia cyfrowego paleolitu.


Sony Mavica MVC-FD5 jest jednym z długiej linii aparatów cyfrowych lub quasi-cyfrowych firmy Sony. Powiedzmy aparatów dających zdjęcia elektroniczne. Linii zaczętej w 1981 roku prototypem Mavica, określanym jako pierwszy elektroniczny wideo-aparat świata. W kontekście tego aparatu nie pada jeszcze słowo "cyfrowy" (digital), ponieważ był on de facto kamerą wideo, z umiejętnością rejestrowania zatrzymanego obrazu o jakości zdjęciowej, zapisującego owe obrazy w sposób analogowy (a więc nie jako ciąg zer i jedynek i nie jako jpg) na dyskietkach 2 calowych. Można je było oglądać na ekranie telewizora, tak jak filmy z kamery. Prototypem owej Mavici (Magnetic Video Camera) Sony chwali się niekiedy jako pierwszym aparatem cyfrowym świata, ale chwali się nieco na wyrost.


Prototyp ów, z 1981 roku, nie był sprzedawany, a jedynie zademonstrowany na targach Photokina. Nie był też aparatem cyfrowym w dzisiejszym rozumieniu. Niemniej ów słynny prototyp z 1981 roku był ostrogą w bok, ciosem znienacka i pałką w łeb dla wszystkich konkurentów firmy Sony. Dzięki temu prototypowi zaczął się szaleńczy wyścig wszystkich producentów elektroniki o to, kto zaproponuje pierwszy SPRZEDAWALNY masowo aparat.

Sprzedawalne jednostkowo były już wcześniej, sprzedawalne rządom Stanów Zjednoczonych, CIA lub innej NASA, budowane na uczelniach aparaty eksperymentalne też już były wcześniej. Chodziło o Produkt. Produkt do sklepów, i to taki, żeby na nim nie wtopić.

Najpierw na rynku pojawiły się still-video camery, oparte na konstrukcji wideo i zapisujące zdjęcia analogowo. Sony Maviki razem z Casio i Canonem były jedne z pierwszych, pod koniec lat 80-tych. Wszystkie przeznaczone do użytku domowego, jako aparaty współdziałające nie z komputerem, tylko z telewizorem. Tymczasem następowała szybka i postępująca szeroką falą komputeryzacja społeczeństwa, wszystkie te Amigi, Commodore i wczesne IBM-y schodziły do ludu. Kodak w tym czasie zaczął już robić coraz tańsze (co oznaczało, że nie trzeba było sprzedawać dwóch nerek, tylko jedną), w pełni cyfrowe i produkujące komputerowe pliki lustrzanki. 

Komputery i zdjęcia cyfrowe okazały się lepszą, bardziej nośną ścieżką od eksploatowania techniki wideo - telewizyjnej. W tę stronę skręcili wszyscy producenci. W tym Sony.

Przyjrzyjmy się bliżej artefaktowi.


Otóż Mavica MVC-FD5, którą trzymam w łapkach jest pierwszym u firmy Sony w pełni cyfrowym aparatem. Sygnał z matrycy CCD jest zamieniany w nim na ciąg zer i jedynek i tworzy pliki komputerowe, które można zrzucić na twardy dysk.

Jak się ma napęd dyskietek, oczywiście.

Cofnijmy się zatem do roku 1997 i zobaczmy, jak się wtedy robiło cyfrowe zdjęcia. A robiło się ciekawie.







Pierwsze pytanie: jak pozycjonowany był ów aparat, bo w tym samym roku 1997 Kodak sprzedawał swoją lustrzankę cyfrową DCS 520 za 15 tysięcy dolarów, a sześciomegapikselową DCS560 za 30 tysięcy. Były to ceny, które zdolne były płacić duże redakcje gazetowe i wzięci profesjonaliści, ale z pewnością nie przeciętny fotograf. Gdzie zatem w tym wszystkim Sony Mavica?

Mavica była przy Koadakach aparatem dla amatora. Kosztowała

piątek, 31 maja 2019

Top 9 najmniejszych aparatów na film 35mm (i najciekawszych)



Mam jeszcze w pamięci ten widok, zatrzymaną w czasie chwilę. Słoneczny dzień, statek wycieczkowy przepływa Tamizą pod Tower Bridge. Żółcieją neogotyckie sterczyny Parlamentu, górą czerwone piętrusy. Na chwilę ogarnia nas cień mostu. Ja, świeży licealista, w pełnym zachwycie podnoszę do oka przyjemnie obły czarny kształt aparatu Lomo i kiedy słońce znów oświetla nas blaskiem celuję przez wizjer w górę. Ponad nami wielkie wieże i łuki mostowych kabli. Naciskam spust i robię dwa genialne (w ówczesnym swoim przekonaniu) zdjęcia.
Niestety nie zamieszczę ich tutaj. Kiedy w domu wywołano już film okazało się że jest całkowicie prześwietlony. Migawka padła. Na mej pierwszej w życiu, samodzielnej wycieczce zagranicznej. 
Ech, jakie zdjęcia były na tym filmie...

No, Lomo LC-A (Łomo ŁK-A) to nie był najbardziej solidny aparat na świecie. Ale był wręcz niesłychanie przyjemny w użytkowaniu i robił naprawdę fajne zdjęcia. Wzornictwo radzieckie (udawane) wspięło się w tym aparacie na wyżyny. Miły, lekko zaokorąglony pudełkowaty kształt i dwie dźwigienki po obu stronach obiektywu załatwiały całą ergonomię.


Ogarnęła mnie nostalgia za maluńkim aparatem na film. Maksymalnym kieszonkowcem. Rozważam, czy sobie czegoś podobnego nie kupić. Po napisaniu artykułu o historii firmy Rollei zacząłem rozmyślać nad mikroskopijnym Rollei 35S. Radzieckie Lomo też jest świetne, ale chyba dość ryzykowne. Ale musiało przecież być więcej takich aparatów?

Było.

Historia fotografii notuje setki małych aparatów, najróżniejszych firm, znanych i nieznanych, z różnymi pomysłami na konstrukcję. Nie miałem z nimi do czynienia do tej pory. Zacząłem to zgłębiać. I oto zestaw, znaleziony zgodnie z kryterium "fajne, chcę to". Ustawienie w rankingu jest bałaganiarskie. Nie znam się, zatem się wypowiem.


Wymagania są takie:

- żeby był jak najmniejszy
- żeby wyglądał ładnie (nie podobają mi się czarne gładkie i okrągławe plastiki aparatów autofokus z lat 90-tych, były z resztą zwykle nienajmniejsze)
- żeby działał na standardowe kasety z filmem
- żeby miał w sobie coś.

Jak stara jest idea włożenia filmu 35mm do jak najmniejszego aparatu? Jak się okazuje - strasznie stara. Tak samo stara jak ów format filmu. Należy przypomnieć, że małoobrazkowy format filmu fotograficznego został wymyślony przez Oskara Baranacka z  Leiki w 1914 roku.

Było więcej mikroskopijnych aparatów u zarania jego kariery, ale też są one teraz rzadkimi rarytasami, a nie funkcjonalnymi, codziennymi narzędziami .
Niemniej, poza konkursem zaczynamy od czegoś wielce wiekowego:

Ensign Midget (1934)





Nie jest to aparat na film 35mm, ale prawie. Oryginalny format nazywał się E10 i był nieco większy niż rozmiar małoobrazkowy (30x40 mm, zamiast 24x36mm). Ale różnica była tak niewielka, że kiedy przestano po II Wojnie produkować odpowiednie filmy do tych aparatów użytkownicy radzili sobie zwijając tradycyjną, znaną nam kliszę 35mm wraz z nieco szerszą rolką papieru i w takim zwoju pakowali ją do Ensign Midget'a. I jakoś to działało.
Ensign powstał w Wielkiej Brytanii w 1934 roku, zaprojektowany przez szwedzkiego inżyniera Magnusa Neilla. Ideą było zbudowanie jak najmniejszego i składającego się w jak najgładsze zewnętrznie pudełko aparatu. W pozycji spoczynkowej miał on rozmiary 90 x 40 x 15 mm. Żeby robić zdjęcia, należało wysunąć do przodu obiektyw na mieszkowym mocowaniu, z tyłu wysunąć do góry ramkę celownika, oraz postawić bardzo ciekawą drugą ramkę celowniczą nad obiektywem. Zatem dysponowało się "muszką i szczerbinką"
Aparat dawał czasy od 1/25 do 1/100 sekundy + czas B (migawka otwarta póki naciskamy spust) i miał obiektyw o jasności f/ 6,3 i nieznanej bliżej ogniskowej. Sterowanie czasem i przesłoną odbywało się dwoma dźwigniami przy obiektywie. Rok później wprowadzono wersję uproszczoną, ze stałą przesłoną, zmiennym wyłącznie czasem migawki i pojedynczą ramką celowniczą.




Aparat zrobił karierę w Anglii, wiele osób użytkowało go do fotografii rodzinnej, sporo archiwalnych zdjęć Wielkiej Brytanii z czasów wojny pochodzi właśnie z tych aparatów. Produkcja Ensignów została wstrzymana w 1940 roku, kiedy to nalot bombowy zniszczył siedzibę firmy. Nigdy jej nie wznowiono.


Olympus Pen / Pen D (1959)




John Nuttall from Hampshire, United Kingdom [CC BY 2.0 (https://creativecommons.org/licenses/by/2.0)]

Olympus ma doprawdy długą tradycję w produkowaniu niesamowicie praktycznych i niewielkich aparatów. Ojcem i matką wszystkich analogowych Olympusów był pan Maitani Yoshihisa, konstruktor który de facto zbudował markę tego producenta. W 1959 roku zaprojektował Olympusa Pen, bardzo niewielki legendarny aparat - pierwszy japoński sprzęt robiący zdjęcia "połówkowe" tj na tradycyjnym filmie 35mm strzelający fotki 18x24mm zamiast 24x36mm. Dzięki temu na kliszy mamy 72 klatki, a nie 36. Również dzięki temu natywny kadr w tym aparacie to kadr pionowy. Ten fakt umożliwiał także miniaturyzację migawki i obiektywu  Układ poziomy uzyskujemy gdy przekręcimy aparat o 90 stopni. Ówczesna jakość filmów pozwalała na całkiem dobre powiększenia odbitek z tak małej klatki, ale dodatkowym bonusem była świetna jakość obiektywów Olympusa.


Pierwotny, elegancki Olympus Pen
By Ashley Pomeroy - Own work, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=46768299


Od niedawna zatrudniony w Olympusie Yoshihisa postawił sobie za cel zbudowanie sprzętu o cenie nie przekraczającej 6000 jenów, czyli za 1/4 ceny najtańszego na ówczesnym japońskim rynku aparatu. Udało się. Szefostwo firmy nie wierzyło w sukces, ale już po pierwszych miesiącach produkcję Pen'a zwiększono do 5000 sztuk miesięcznie!

 Aparat sfotografizował Japonię, w takim samym stopniu jak Fiat 500 zmotoryzował Włochy. Doczekał się wkrótce licznej konkurencji od Minolty i Canona.

Pierwsze Pen-y były małymi aparatami, mniej więcej wielkości mojego Lomo LC-A. Produkowano je w wielu wersjach, między innymi zautomatyzowanej i uproszczonej Pen E -  był to jeden z pierwszych świetnie działających aparatów point'n shoot, w którym użytkownik nie nastawiał właściwie niczego. Ja jednak szedłbym w mych poszukiwaniach w inną stronę - najbardziej pociąga mnie wersja "wzmocniona" Pen D, choć jest większa niż pierwowzór. Albowiem rozmiar poszedł w obiektyw - pierwsze Pen'y miały płaskie obiektywy o jasności f/3,5 i f/2,8, wersja Pen D ma wystający obiektyw 32mm o jasności f/1,9. Wyposażono ją także w selenowy miernik światła, dużo szybszą migawkę o osiągach 1/500. Fantastycznym pomysłem jest jednak sterowanie przesłoną i czasem - odbywało się za pomocą dwóch pierścieni umiejscowionych współosiowo na obiektywie - można było nimi poruszać pojedynczo, lub jednocześnie.





Idea tego aparatu bardzo mi się podoba - prostymi i skutecznymi działaniami inżynierskimi skonstruowano świetnie działającą maszynę, dużo tańszą w użytkowaniu niż konkurencja. 
Olympus chwali się, że sprzedał 17 milionów analogowych modeli Pen, ale wlicza w to również system małych lustrzanek Pen F. Zatem jest to fakt nieco naciągany, tak jak 40 milionów wyprodukowanych egzemplarzy Toyoty Corolli.


Canon Dial 35 (1963)







Jest to aparat dość niesamowity. Canon w 1963 roku postanowił stworzyć własną interpretację mini aparatu strzelającego zdjęcia "półramkowe", czyli w formacie 24x18mm. W projekcie tym przefasonowano znane dotychczas pomysły i wprowadzono kilka rewolucyjnych rozwiązań. 

wtorek, 1 stycznia 2019

Aparat Start B. Zwiedzanie z półprzewodnikiem.



Dzień dobry.
Działa się impulsowo. 
Nic. Nic. Nic. Nic. Potem impuls. Potem działanie.
Impulsem do działania było tym razem napisanie ostatniego artykułu o Rolleiflexie. Bo ja sobie dopiero potem przypomniałem, że w szafie, w piwnicy, na górze, leży kopia Rolleiflexa, w postaci polskiego aparatu Start B. Dostałem go kiedyś od inżyniera Krzysztofa Gol'a. Schowałem w szafie i zapomniałem o nim.
Jak można zapomnieć o aparacie?
Można. Ja mam dużą szafę.

Wyciągnęło się go na światło dzienne i starannie obejrzało. Jestem debiutantem we wszystkim co dotyczy tego aparatu - w średnim  formacie, w lustrzankach dwuobiektywowych i w ogóle w aparatach manualnych. Choć dawno temu się takimi fotografowało. Ale, panie! Kiedy to było!

Po obejrzeniu aparatu Start B postanowiłem zostać przewodnikiem i po tym aparacie was oprowadzić. No, półprzewodnikiem. Nigdy nie strzeliłem z niego ani zdjęcia. Za to jestem nim zafascynowany maksymalnie i to musi wam na razie wystarczyć. Oto on.









Aparat Start B, to najprostsza wersja polskiego dwuobiektywowca. Produkowano ją między 1960 a 1967 rokiem. Ma jeszcze pierwotne, oldskulowe wzornictwo z korzeniami przedwojennymi. Jest - jak to się elegancko ujmuje - aparatem "typu Rolleicord", czyli uproszczonym Rolleiflexem, zaprojektowanym przed wojną przez pana Reinholda Heidecke. Zatem to co mamy przed sobą, to uproszczona wersja uproszczonej wersji.
Prościej już nie można. I to jest absolutnie fascynujące.


wtorek, 27 listopada 2018

Tesla Motors fotografii. Zręczny iluzjonsta Light L16.



Chciałoby się być Tesla Motors w dowolnej dziedzinie. Tworzyć trendy. Trendy i owędy.
No, z Teslami jest trochę kłopotów. Niektórzy narzekają na pomysły inżynierskie (bardzo trudno otworzyć auto po wypadku, bo ma elektrycznie wysuwane klamki). Niektórzy narzekają na duże opóźnienie dostaw. Niektórzy narzekają na mały zasięg. Niektórzy narzekają, że to samochód zaprojektowany przez komputerowców, a nie miłośników fajnych aut. Ale jednak rozpalają wyobraźnię, jako jedne z nielicznych aut elektrycznych.
I jest od niedawna na rynku coś, co jest taką Teslą fotografii.

Produkcja matryc cyfrowych do aparatów jest droga. Im większy sensor, tym drożej. Według kilku opinii 1/2 ceny aparatów średnioformatowych to koszt samej matrycy (pewnie przesadzają). Co w takim razie, jeżeli w aparacie zamontujemy zamiast jednej wielkiej matrycy kilka małych, znacznie tańszych w produkcji i połączymy obraz jaki dają?

Dzisiejsze aparaty mają zwykle także jeden obiektyw (z małym wyjątkiem telefonów komórkowych, które coraz częściej dostają dwa, na ogół o różnych ogniskowych). Jeden obiektyw, z jedną przesłoną i modułem autofokusa. A co jeśli dalibyśmy w aparacie nie tylko kilka matryc, ale i kilka obiektywów? Daje to niespodziewane nowe możliwości:

- na bazie obrazu łączonego z kilku na raz zespołów aparatowych, które celują w ten sam motyw, możemy znacznie łatwiej odfiltrować cyfrowy szum, wady geometryczne obiektywów i winietowanie, zostawiając czysty motyw zdjęcia.
- możemy jednocześnie ustawić w obiektywach kilka różnych przesłon i kilka punktów ostrzenia, po czym łącząc dane otrzymać zdjęcie z możliwością DOWOLNEGO manewrowania punktem ostrzenia i głębią ostrości JUŻ PO jego zrobieniu, w postprodukcji.
-możemy ustawić punkt ostrości na cel z większą dokładnością, korzystając z paralaksy (przesunięcia punktu widzenia obiektywów).
- w zależności od ilości użytych obiektywów i matryc możemy uzyskać obraz o bardzo dużej rozdzielczości.
- na bazie kilku obrazów złożonych w jeden, uzyskujemy automatyczne znaczne poszerzenie zakresu dynamiki (możliwości rejestracji detali zarówno w jasnych, jak i ciemnych partiach zdjęcia), w ten przecież sposób powstają tzw. zdjęcia HDR.



No jest już w sprzedaży aparat oparty na tych założeniach. Ma SZESNAŚCIE obiektywów i tyle samo matryc. Nazywa się Light L16.

czwartek, 10 maja 2018

Spiżowy król. Canon EOS 5 (ten bez „D”)

Fot. Håkan Dahlström, Wikipedia

Wszystkie mężatki w Kromeryżu
miewają często bóle w krzyżu,
Dlatego na wypadek wszelki
noszą ze sobą trzy uszczelki:
z tektury, z gumy i ze spiżu
Wisława Szymborska, Zbigniew Machej
(zacytowane bez sensu, ale ze spiżem)

Czasami nie wiadomo dlaczego niektóre produkty stają się kultowe. To znaczy można łatwo określić ich pozytywne cechy, ale trudno dokładnie wyjaśnić ich olbrzymie powodzenie wśród odbiorców. Po prostu mają w sobie coś. A inne nie, pomimo wielu starań. Taki Volkswagen Garbus, na przykład. Ani on był szybki, ani praktyczny. Już po dziesięciu latach produkcji nie był nowoczesny. Ale mimo tego rzesze ludzi kupowały go przez 65 lat, czyniąc najpopularniejszym autem w dziejach. Niektóre produkty, pomimo nieosiągania ideału trafiają w swój czas i ich solidne zalety wystarczają większości ludzi.

Rok 1992. Kiedy oglądaliśmy w kinach „Milczenie Owiec”, zadowoleni że prezydent Wałęsa podpisał umowę o dobrosąsiedzkich stosunkach z Jelcynem, a Rosjanie przekazali nam dokumenty z Katynia, Serbowie właśnie oblegali i ostrzeliwali Sarajewo, a na sycylijskiej autostradzie eksplodowała bomba, podłożona pod samochód sędziego Falcone. W Europie Środkowej i Wschodniej emancypowały się kolejne kraje po upadłym Związku Radzieckim, podczas gdy na południu następował gwałtowny rozpad Jugosławii.
Na Dalekim Wschodzie cesarz Akihito, jako pierwszy w historii japoński władca odwiedził Chiny.
Japońska firma Canon, pod panowaniem szanownego cesarza, miała się dobrze. A nawet bardzo dobrze. Była na fali wznoszącej. Miała aparaty rozmieszczone na każdej półce cenowej i choć miała marketingowe wpadki, w postaci aparatu analogowego EF-M, do którego można było podłączyć wyłącznie obiektywy autofokus (pisało się o tym Buntowniku Z Wyrobu – LINK), to jednak sukcesy w postaci masowego używania jej produktów przez fotoreporterów na wszystkich wydarzeniach sportowych (w 1992 odbyła się olimpiada w Barcelonie, zapamiętana przez pierwszy wspólny występ zjednoczonych Niemiec, oraz pierwszy raz Litwy, Łotwy, Estonii i Chorwacji) przykrywały wszelkie pionierskie niedociągnięcia. Długie, białe obiektywy Canona celowały w sport i wydarzenia na całym świecie. Sukces, panie szanowny, na całego. Sukces i sława.




W 1992 roku Canon słusznie stwierdził, że najstarszy z gamy model semi-profesjonalny Canon EOS 10 mocno odstaje od poziomu profesjonalnych aparatów 1 i 1HS używanych przez reporterów. Reporterzy zawsze lubili mieć oprócz flagowego sprzętu także coś lżejszego jako drugie body. Starego EOSa 10 nie kupowali, bo rozbudowane bajery jakie zastosowano w tym aparacie były z ducha amatorskie i wodotryskowe, a i minimalny czas migawki, czy synchronizacji błysku nie był już rewelacyjny.

W listopadzie zaprezentowano Canona EOS 5, maszynę dla zaawansowanych i pro. Nikt nie przypuszczał, że będzie produkowana przez kolejnych osiem lat, przeżywając dwie serie Canonów profesjonalnych (1 i 1N), oraz że następca (Canon EOS 3) nie zdoła jej zdetronizować i będzie wytwarzana jeszcze dwa lata po jego premierze, do roku 2000-go, a sprzedawana jeszcze w 2001-m.
Jaki był ten Canon 5, że tak się spodobał?
Duży był. Porządny kawał aparatu. Miał korpus z poliwęglanu (żywicy poliwęglanowej z włóknem szklanym) bez aluminiowego szkieletu w środku, który kryły w swym wnętrzu flagowe canonowskie EOSy 1. Zatem strukturę miał jak aparaty amatorskie. Użytkownicy twierdzili że Canon 5 trzeszczał pod naciskiem i że dało się go co nieco wyginać. Niemniej zupełnie nie przeszkadzało to temu korpusowi w uchodzeniu z życiem z różnych upadków i uderzeń. Poliwęglan absorbował bardzo dobrze wstrząsy, a elektronika wewnątrz była pancerna, jak Czterej Pancerni i Pies. Był to sprzęt „gniotsa – niełamiotsa”, może z małym wyjątkiem górnego pokrętła programów, w którym wyłamywała się blokada, tak że kręciło się w kółko. Nadal jednak aparat działał. Wytrzymałość Piątek była potwierdzona późniejszymi latami użytkowania.

piątek, 17 listopada 2017

Nareszcie coś!


Dosyć często na crowfundingu zbierają pieniądze na rzeczy zupełnie nikomu niepotrzebne, marne, albo takie którymi jestem zawiedziony. Liczni wynalazcy wynajdują coś w nadziei że publika sfinansuje. Czasami są to takie wynalazki, jakich dokonywali uczeni radzieccy. Na przykład uczony radziecki Łomonosow wynalazł elektryczną maszynkę do golenia. Na śmietniku ambasady amerykańskiej.
Dotyczy to także, a nawet zwłaszcza fotografii. Nie raz już uznane firmy szukały społecznego finansowania na projekty jakichś swoich nowych obiektywów. Co jest chłopaki? Przeinwestowaliście? Stoicie na krawędzi upadku, że kaski na nowy projekt nie starcza? Internauci z dobrawoli mają go zasponsorować?
Z innej strony pewne pomysły poparłbym całym sercem i mocą, ale nic z tego- dotyczy to przede wszystkim cyfrowej ścianki tylnej do starych aparatów analogowych, albo cyfrowej wkładki wsuwanej w miejsce filmu. Od piętnastu lat projektują takie wkładki, projektują, kikstartują i krołfundują, kasę zbierają i nic. Ani ani. Czyżby problem nierozwiązywalny? Ciężko stwierdzić. Już kiedyś było do tego blisko, ale firma Silicon Film zbankrutowała na kilka tygodni przed premierą swojego produktu. Już się o tym kiedyś pisało- TUTAJ.
Zostają marzenia i oczekiwanie.
Produkty fotograficzne na jakie ich twórcy zbierają kasę czasem są nieco żenujące- np. słabo działaja, albo zupełnie banalne, np. kolejny model aparatu do samodzielnego składania.
Kiedy pojawił się projekt Reflex, również nie brałem go na poważnie. Nie skusiło mnie nawet określenie "aparat modułowy". Wszystkie dotychczasowe pomysły na aparat składany z modułowych kawałków albo były dość dziwne i niepraktyczne, albo powalająco drogie i raczej do filmowania, jak np. słynny aparat/ kamera RED za jedyne 65.790,- złotych polskich.
Tymczasem na Kickstarterze pojawił się już jakiś czas temu pomysł modułowego aparatu analogowego. Modułowość jest tym razem opracowana tak jak trzeba i do tego pierwszy raz przy takim projekcie ktoś wymyślił coś, co rozwiązuje kilka problemów sprzętowych naraz. Faktor "chcę to" bucha gejzerem z tego Reflexa- LINK.


Jakie problemy ma przeciętny dzisiejszy użytkownik aparatu analogowego? Po pierwsze- ten sam problem co zawsze- załadowany na stałe film, o niezmiennej czułości. Ja tu panie chcę zdjęcia robić, wiosna wystrzela kolorami, kwiaty kwitną, ptaszki śpiewają, a tu w aparacie założony film czarno- biały. Albo- jesień idzie, mgły snują się na łąkami (wymawiać z akcentem kresowym), półmrok cały dzień, a tu w aparacie pozostały jeszcze z wakacji film 100 ISO. I co wystrzelać go na zmarnowanie i założyć nowy o wyższej czułości? Nie wiadomo. Znaczy się- wiadomo że nie.
Oczywiście są możliwości przypominające karczowanie dżungli za pomocą nożyczek do paznokci- w postaci wymuszenia zwinięcia pozostałego filmu, w nadziei, a nawet w bulu i nadzieji, że się go założy kiedyś z powrotem i przy zakrytym obiektywie naciskając spust przewinie do pierwszej nienaświetlonej klatki żeby go dokończyć. Ale ludzie nie lubią takich rzeczy.

Ludzie najbardziej nie lubią
różnych rzeczy
    Krzysztof Gol

Problem ów został już raz rozwiązany, w późnych latach 80-tych, kiedy to stworzono nowy system filmów i aparatów zwany Advanced Photo System (APS), z elektronicznym odczytem, pozwalający automatycznie cofnąć film do kasetki, a potem równie automatycznie przewinąć go do pierwszej wolnej klatki- już się o nim nie raz pisało- LINK. Ba nie tylko pisało, ale i używało- LINK. System APS ma tylko jedną wadę. Zdechł był. Nie produkują już filmów do niego.
Jest to pewna przeszkoda.

Drugim problemem, przynajmniej dla mnie istotnym, jest pamięć. Pamięć dobra, ale krótka. Moja własna. Gdy strzelam foty na analogu, zwłaszcza z myślą zamieszczenia ich na Fotodinozie prawie ZAWSZE zapominam przy jakich parametrach czasu i przesłony były one robione. Chodzenie z aparatem, kartką papieru i długopisem przekracza moją cierpliwość i dokumentnie psuje przyjemność strzelania fotek. Zawracanie gitary. Ludzie najbardziej nie lubią różnych rzeczy.

Trzecim problemem jaki niektórych nurtuje, jest możliwość używania obiektywów różnych systemów na tym samym aparacie. Na to są już od dawna sposoby w postaci redukcji zakładanych na bagnet aparatu- ostatnio jeszcze bardziej popularne, w czasach bezlusterkowców i ich niezbyt rozbudowanych firmowych baterii obiektywowych. Nie wszystko idzie jednak tak pięknie jakby się chciało.

niedziela, 22 stycznia 2017

Bezlusterkowce. Rzut oka bazyliszka.


-Pierwszy raz widzę coś takiego na oczy. Istne dziwadło, na honor, dziwadło nad dziwadłami. Znaczy się, to jest ten osławiony bazyliszek?
-Nie- Geralt uniósł potwora wyżej, by rycerz mógł się lepiej przyjrzeć- To nie jest bazyliszek. To jest kuroliszek.
-A jaka jest różnica?
-Zasadnicza. Bazyliszek zwany też regulusem, jest gadem, a kuroliszek, zwany też skoffinem albo kokatryksją, jest ornitoreptylem, to znaczy ni to gadem, ni to ptakiem (…)
-A którego z nich, powiedz, można ukatrupić za pomocą zwierciadła?
-Każdego. Jeśli walnąć prosto w łeb.”

                 Andrzej Sapkowski „Wiedźmin”


Nie wiem. No to się wypowiem.

Jestem dinozaurem. To nawet Automobilownia o mnie napisała. Fakt. Lubię rzeczy niezmienne i stałe. A nawet stare. Starzyznę lubię.

Nie przeszkadza mi to lubić też nowiznę. Aczkolwiek podchodzę do niej krytycznie i bez wielkich kredytów zaufania.

Tak to już jest u McDonalda (cytat)

Zaczęło się wszystko od Pani Agnieszki, która robi bardzo fajne zdjęcia z podróży- LINK, w której to podróży jest niemal bezustannie. Też bym tak chciał. Ale nie mogę. Poprzez znajomego nam Grega i dzielącą nas przestrzeń internetu nastąpiło pytanie- co tu kupić do podróży? Bezlusterkowego.

A ja co?
A ja nic.

Trzeba było zgłębić. Mówią że bezlusterkowce to przyszłość fotografii. Przyszłość, nie przyszłość, a może i niecała przyszłość (tak mi się przynajmniej laicko wydaje), ale zbliżyłem się ostatnio do tego gatunku zwanego ornitoreptylem i zrobiłem ogląd.
Coś mi pękło
Robię ogląd
A to pękł mi światopogląd (...)
Światopogląd rzecz nabyta
Się załata go i kwita
Wezmę tylko grubych nici
I już się jak nowy świci.
                Stanisław Klawe

Na początku zgłębiania jęknąłem z przerażenia, choć cichutko. Drogo. No dość drogo. Dla kogoś kto zgłębia na co dzień używane złomy po 250 zł sztuka wszystko wydaje się drogie. Tak jak dla kogoś kto ma w ręku młotek wszystko wygląda na gwóźdź. No ale potem pomyślałem- dawno nie kupowałem nic nowego. 
Życie musi trochę kosztować.


Nie mam normalnego spojrzenia na rynek. Mam nienormalne- wystarczy spojrzeć na mój telefon- LINK. Mogę wam wyjaśniać dlaczego na co dzień nie używam smartfona, choć używam go od święta, ale ponieważ ten wpis ma dotyczyć bezlusterkowców- to się powstrzymam.

Na początek wrażenie ogólne- bezlusterkowcem też się da robić zdjęcia. Nie gorsze niż lustrzanką.(no ale zdjęcia, tak naprawdę daje się robić prawie byle czym). Sporo bezlusterkowców ma takie same lub większe możliwości jak lustrzanki- zależy jaki wypas się kupi. W niektórych aspektach- bardzo kuszących, np. w ostrzeniu autofokusem- najlepsze bezlusterkowce są lepsze niż większość lustrzanek. W przeciwieństwie do sporej ilości lustrzanek dają możliwość natychmiastowego łączenia się z telefonem i wysyłania zdjęć i filmów na fejsika, insta, snapczata, krupczata i inne miejsca sieciowe w jakie chcielibyśmy je wysłać.


Co prawda lustrzanki też się ostatnio uczą i co nowsze modele- dają także zespolenie ze światem wirtualnym.
Jakie są podstawowe różnice, dla dinozaurów mojego pokroju?

Bezlusterkowce są z zasady mniejsze. Większość najtańszych modeli jest w porównaniu z lustrzanką nieco uproszczone- przypomina aparaty kompaktowe z wymiennym obiektywem. Nie. Źle napisałem- spora część bezlusterkowców to SĄ aparaty kompaktowe z wymiennym obiektywem. Nawet wielkość matrycy się zgadza, co gorsza.
Strzeżcie się zatem, Rodacy!

Tu następuje pierwszy opór dinozaura. Atawistyczny, nieprzyjemny opór. Strzelanie zdjęć kompaktami nigdy nie dawało mi zbyt dużo przyjemności. Miałem w życiu dwa cyfrowe kompakty i robienie nimi zdjęć przypominało mi zawsze jeżdżenie Daewoo Matizem. Niby można, niby się do przodu człowiek przemieszcza, ale dreszczu nijakiego nie ma. I do tego to drażniące pyrkotanie trzycylindrówki.


Ja zupełnie nie przypominam tego gościa. Od razu widać, że te kompaktowe bezlusterkowce to są nie dla mnie.


O ja przypominam tego gościa. Też jestem nieogolony, tylko włosków nie mam na żel. 

poniedziałek, 11 lipca 2016

Sex Machine.





Pewnie kiedyś skończą mi się Canony.

Opisałem już prawie wszystkie analogi które miałem i do tego kilka takich, których nie miałem, choć chciałem. Pozostało jeszcze dość sporo takich, których nie miałem, bo nie chciałem, ale wpisy o nich mogą być nie do zniesienia.

Pewnie trzeba będzie zmienić system (fuck the system) na jakiś inny, żeby mieć co opisywać. Były takie przypadki w historii, a najbardziej spektakularny- Sz. P. Jarosław Brzezinski, który najpierw napisał księgę "System Canon EOS", a potem sprzedał wszystko i przeszedł na Nikony.

Zanim jednak przeszedł, opisał w swej książce jednego srebrnego księcia z plastiku, który był znakiem swoich czasów, tych dawno minionych i tego co było w owych czasach śmieszne. Oraz tego co było genialne.

I czego już teraz nie ma.
 
Bo jak wiadomo- kiedyś to były czasy. To już starożytni Rzymianie mówili.

środa, 29 czerwca 2016

Top 5. Najtańsze aparaty Canon, które mają coś w sobie.




Nooo, proszę Państwa- najtańsze, to nie znaczy zupełnie najtańsze. To nie jest top five za pięć złotych, niestety. Taki los. Będzie mowa o taniości relatywnej, nie obiektywnej.
Bo o taniości obiektywnej już było, przy okazji Top Ten najtańszych obiektywów.
Natomiast wszystkie te aparaty są stare i nic nie warte, w porównaniu z tymi, które leżą w sklepach. W ogóle na złom z nimi. Po prostu są do niczego- kupcie koniecznie te nowe, dostaniecie rabat, cashback, fakturę vat i ściereczkę do wycierania soczewek.

A, no i żaden, oj jak nam przykro, nie kręci filmów. Żadnych. Nawet w niehade.

Jak stare są te aparaty? No zależy do czego porównywać. Jak do nowych aparatów- to strasznie stare. Jak do samochodów- to już takie sobie, a jak do Boeingów 747 w czynnej służbie, to są prawie nowe. Elektronika starzeje się najszybciej, a raczej najszybciej się deprecjonuje. Co jest dobrą wiadomością dla niezbyt zamożnych społeczeństw. Jak pisał kiedyś święte słowa Złomnik: Nie trzeba wiele- wystarczy zbierać odpadki spod stołu bogatszych- i można całkiem nieźle żyć.

wtorek, 12 kwietnia 2016

Matka jest tylko jedna, a bramki są dwie. APS.

 


Wszystko nie tak. Wszystko nie tak.
Na wstępie mojego wstępu pragnę oświadczyć, że jest to wpis nieudany. To znaczy w połowie nieudany. Znaczy się w połowie jest dobry. Nie wszystko poszło tak jak by się chciało.

Bo ta fotografia, to jest narzędzie dokumentacyjne.
Najpierw fizyka.
Światło proszę Państwa leci sobie po prostej, napotyka soczewkę, załamuje się z rozpaczy, potem dyfrakcja, refrakcja, odbicie, dobicie i już się rysuje obraz na klatce filmu.

Na klatce filmu powiadam.

Potem fotony, atomy, reakcja, halogenki srebra, wywołanie, utrwalanie, naświetlanie, suszenie.
Chemia jednym słowem.
Potem oglądamy.
O- tak było! Tu stało. A teraz już nie stoi. Tylko autostrada leci po horyzont. A kiedyś stało, to były czasy! Wzruszające...
Znaczy się jednym słowem psychologia.

No i ta fotografia to sztuka, panie, że ho ho. Niezła sztuka.

Kiedy zabrać się do wystrzelenia w kosmos filmu APS, jak dowiedzieliśmy się z ostatniego wywiadu- już niedostępnego na wieki, to ręka drży nad spustem. Żeby drżączkę opanować- to jest niezła sztuka.

I co by tu utrwalić dla potomności? Co by tu uratować na wieki wieków amen. Najlepiej wszystko. Wszystkiego się nie da.

I odkopaliśmy z dna szafy Canona IX7, którego się już kiedyś szczegółowo opisywało- aparat nieistniejącego już systemu, który to system jest językiem martwym fotografii, jak jakaś lingua latina. Bardziej martwym niż wszystkie inne, bardziej nieżywym niż fotografia litowa, bardziej źdechłym niż solaryzacja. (Ale nie martwcie się moje maleństwa. Tatuś wsistkich ich się poźbędzie. I wtedy będą ciałkiem źdechli- cytat.)

Jak mawiają Czesi APS již neexistuje.

poniedziałek, 14 marca 2016

Najlepszy przyjaciel człowieka. Elan.



Gotowi jesteśmy zaprzyjaźnić się z każdym stworem jakiego nosi ziemia. Pamiętacie „Ucieczkę z Alcatraz”- nawet mysz można pokochać odwzajemnioną miłością. Nawet w sztucznej inteligencji można się zakochać. A co dopiero w naturalnej.

Może nawet taki człowiek to do zaprzyjaźniania się ma niejakie skłonności, skoro darzy sentymentem nie tylko żywego stwora, który może i ślini się i pośmierduje od czasu do czasu, ale jednak lubi nas, a przynajmniej lubi nas jak mu dajemy jeść, nie tylko owego stwora, ale i przedmioty.
 
Niekiedy może to być miłość zupełnie pozbawiona racjonalnych podstaw, jak wiemy miłość jest ślepa, na przykład miłość do samochodu Syrena 105 (przejawiał ją mój Dziadek), miłość do siekiery i stosów drewna- ostatni napisał o niej pewien Szwed w „Porąb i spal” (nie czytałem), czy miłość kanoniera Jabourka do swej armaty:

I przy armacie stał!
I łado, łado, łado
I przy armacie stał
I wciąż ją ładował!
(troszkę może zniekształciłem kontekst kanoniera Jabourka, ale cytuję z pamięci).
 
Chociaż, jak się zastanowić, to właściwie wcale nie jest to nieracjonalne. Miłość do często używanego narzędzia, które daje nam chleb, obronę, albo rozrywkę nie jest nieracjonalna. Lubimy myśleć, że coś nam sprzyja, że coś nas wspiera. A gdy opanujemy używanie owego narzędzia do perfekcji może się wydawać, że takie narzędzie działa niejako samo.
 
Pamiętam z dzieciństwa górali, którzy (jak to górale) stawiali więźbę w naszym domu. Pan Stasek swoją siekierecką ociosał był słup tak że miał głądkość dosłownie pupki niemowlaka. Siekierecką! I jak tu nie kochać takiej siekierecki.
 
W badaniu brało udział 500 losowo wytypowanych osób. Grupa składała się z 250 kobiet i z 250 mężczyzn. Badania te przeprowadzone były w kwietniu 2011 roku i wynika z nich, że 83% Polaków biorących udział w ankiecie uważa, że samochody mają swoją duszę i osobowość. Jak widać 4/5 z nas wierzy w to, że samochody, którymi jeździmy mogą stać się nam bardzo bliskie. Z tych samych badań wynika również, że aż 22% kierowców nadaje imiona swoim autom i traktuje je jak prawdziwego przyjaciela”
 
Zmywarki. Zważywszy, że Holendrzy mają wyjątkowy stosunek do poobiedniego zmywania tak więc nowym aparatom w kuchni jakimi były zmywarki szybko nadawano imiona włąsne, jako, że zmywarka zastąpiła gospodynie i stała się "domową niewolnicą" o nazwie Truus, Bep, Moeder, Ijzeren Mien, Henk, Miep, Kees, Turk, Negerslaaf of Palestijn. Czasami także pralki zwane są imionami żeńskimi.”
(http://www.wiatrak.nl/10556/po-obiedzie-zmywamy-razem )

Siekierecka, zmywarka, szabla:
Obmoczyłem mój rapier, Scyzorykiem zwany
(Zapewne Pan o moim słyszał Scyzoryku,
Sławnym na każdym sejmie, targu i sejmiku).
Przysiągłem wyszczerbić go na Sopliców karkach

Zmywarka, szabla, aparat fotograficzny.
No jednak nie nazwałem żadnego swojego aparatu fotograficznego żadnym przydomkiem. Ale jeśli jakiś z aparatów byłby tego bliski, to właśnie ten.
Canon EOS Elan / EOS 100
Elan.
Rok 1991.
Canon wypuszcza swoje nowe dzieło EOS'a 100, zwanego w USA Elan'em. To był pierwszy aparat Canona, który miał inną nazwę na Stany, a inną na resztę świata. Nie mam szczerego pojęcia dlaczego. Być może chodziło o prawa patentowe do numerów i nazw jakimi oznaczano aparaty. Niektórzy twierdzą, że była to kwestia polityki cenowej na różnych rynkach i lekkiego zmylenia klientów w tej kwestii (aparaty w USA są do dziś znacznie tańsze niż w Europie), którzy to klienci nie mogli w 1991 roku, tak jak Wy teraz sięgnąć do Google i znaleźć w nim informacje że Canon 100 to to samo co Elan, tylko opierali się głównie na tym co mówił producent. Trzecia kwestia, jest taka, że aparaty na rynek USA różniły się od tych na Europę. Detalami, ale jednak. (o tym trochę dalej).

Wiele osób twierdzi jednakże, że to tylko korporacyjny marketing.
 
Podobnie wyglądała sytuacja z aparatami EOS 500, które w Ameryce nazywały się „Rebel”.
Jak napisał pewien Brytyjczyk w dyskusji na ten temat:
Wszystko to wiąże się z kulturowymi konotacjami słów. W Stanach „buntownik” („rebel”) od razu sugeruje niezależność, ducha wolności, kogoś kto robi wszystko na swój własny sposób, kto nie jest związany żadnymi konwencjami. Jeździsz swoim Harleyem przez świat, wraz ze swoim aparatem i szukasz prawdy. W Europie „buntownik” to w najlepszym razie ktoś kto sprawia kłopoty, a w najgorszym razie- terrorysta.
 
Nasz pierwszy przejaw canonowskiego nazewniczego marketingu- EOS 100/ Elan pojawił się na świecie, gdy linia aparatów EOS była już ładnie poukładana na półeczkach- profesjonaliści mieli swoją, amatorzy mieli swoją. Canon Elan celował w tę środkową, najbardziej rozdyskutowaną i gadżeciarską półkę zaawansowanych amatorów, która dla większości producentów nie jest najbardziej zyskowna, ale najmocniej tworzy opinię o firmie i jej produktach.

Canon EOS Elan / EOS 100
W swoim najnowszym dziele Canon odszedł od filozofii totalnej celowości i prostoty w stronę wyrafinowania i licznych atrakcji. Zaczęto od dobrego wrażenia- aparat był bardzo cichy. Uzyskano to za pomocą przeniesienia napędu z silnika za pomocą neoprenowych pasków- dotychczas stosowano tryby. Różnica była bardzo wyraźna, zwłaszcza przy powrotnym zwijaniu filmu. Zajęto się także wyciszeniem lustra. Dodatkowo był to pierwszy aparat, w którym klatki filmu były odmierzane za pomocą fotokomórki na podczerwień, a nie trybików zaczepionych o perforację kliszy- dzięki czemu uniknięto kolejnego hałasu.
 
Poziom głośności według Canona obniżył się do 1/4 w porównaniu z konkurencją. Elan/ 100 był uznawany za najcichszy aparat swoich czasów.

Canon EOS Elan / EOS 100
Lampa jaką zamontowano na pokładzie EOSa 100- klękajcie narody!
 
Nie dość że jet to jedna z trzech najsilniejszych lamp jakie wstawiono kiedykolwiek do aparatu (ex equo z Canonem 5 i Minoltą 808 si.)- max liczba przewodnia 17, podczas gdy dzisiejsze nigdy nie przekraczają liczby 13, to jeszcze była to lampa z zoomem o zakresie 28-80mm. Nigdy już później w aparacie dla zaawansowanego amatora nie pojawiła się taka lampa, bo też był to strzał w stopę marketingu- dzięki tej lampie można było darować sobie zakup tańszych modeli lamp zewnętrznych, bo nie oferowały one prawie nic ponadto co dawał w cenie EOS100/ Elan i także miały palnik skierowany na wprost.

Fragment tablicy akcesoriów do Canon EOS Elan / EOS 100. Zaznaczone w kółeczku lampy były dla posiadacza tego aparatu zupełnie zbędne.
Sterowanie maszyną rozwiązano bardzo elegancko i skutecznie- EOS 100/ Elan dostał w prezencie od profesjonalnego brata EOSa1 słynne tylne kółko nastawcze, zwane Quick Control Dial. Wszyscy użytkownicy tego kółka potwierdzą, że jest to cholernie wygodne rozwiązanie, możliwość kręcenia tym kółkiem prawym kciukiem, a palcem wskazującym sterowania kółeczkiem przy spuście migawki właściwie nie ma sobie równych w innych systemach. Inne firmy mają, owszem także dwa kółeczka, ale są one zawsze mniej ergonomicznie rozłożone (Quick Control Dial jest oczywiście opatentowany).
Canon EOS Elan / EOS 100
Quick Control Dial. Canon EOS Elan / EOS 100
 
Dalsze sterowanie to kółko trybów pracy, oraz zaledwie cztery przyciski pozwalające na wybór szybkości robienia zdjęć, działania lampy, pomiaru światła i sposobu działania autofokusa.
 
Kółko trybów pracy zawierało jednak pewne ikonki nieznane w poprzednich modelach. Przede wszystkim CF- Custom Functions, które w latach 90-tych pełniły rolę dzisiejszego ekranowego menu- za ich pomocą można było ustawiać detale funkcjonowania aparatu- błysk na pierwszą lub drugą kurtynę migawki, ustawianie ISO, wstępne podniesienie lustra, czy też świecenie lub nieświecenie podświetlacza autofokusa. Funkcje te ustawiało się manewrując wspomnianymi kółkami sterowniczymi.



Canon EOS Elan / EOS 100
Na kółku nastawczym jest też dziwna ikonka z kreseczkami. To jest clou programu. Programy.

To był niesamowity gadżet dla gadżeciarzy, ale też pewna pomoc dla amatorów. Było to na pierwszy rzut oka niesamowicie wyrafinowane, a okazywało się że działa. Jak oni to zrobili? Pomysł był znany już od kilku miesięcy, bo został wprowadzony w Canonie 10 przeznaczonym dla półprofesjonałów, ale zaimplikowanie go do modelu z półki zaawansowanych amatorów zrobiło niezły szum.

Canon EOS Elan / EOS 100- książki z kodami i czytniki kodów.
Otóż do Canona 100 można było dokupić książeczkę z obrazkami- 101 EOS Barcodes, a wraz z nią czytnik na podczerwień w kształcie pisaka. W książeczce przedstawiono zdjęcia różnych sytuacji i efektów fotograficznych- na przykład fajerwerków, zdjęć u cioci na imieninach, kolacji ze świecami, czy biegnących sportowców. Kto chciał zrobić za pomocą EOSa Elana podobne zdjęcie ten brał do ręki ów pisak- czytnik i skanował kod kreskowy umieszczony obok przykładowego zdjęcia. Następnie należało przyłożyć czytnik do aparatu i ustawić na kółku nastawczym wspomniany symbol z kreseczkami. Kod był sczytywany przez aparat i powodował automatyczną zmianę nastaw przesłony, czasu, trybu autofokusu, lampy, żeby ułatwić zrobienie zdjęcia według wzorca.Niewiarygodne, że to działało, ale działało.
 



Canon EOS Elan / EOS 100 instrukcja obsługi kodów kreskowych.

Gniazdo czytnika podczerwieni na aparacie
W EOSie 100 można było zapisać pięć kodów ustawień i przy pomocy kółka nastawczego i pokręteł przywołać w razie potrzeby odpowiednie do potrzeb „presety”.

Gadżet był gadżetem dość wyrafinowanym w obsłudze i nie przyjął się może w szerokim zastosowaniu, ale na pewno napędził sprzedaż nowego aparatu.

Książka z przykładowymi zdjęciami i kodami oraz czytnik.
Nigdy nie miałem w ręku wspomnianego czytnika i książeczki. Rewolucja kodów kreskowych ominęła mnie bokiem.
 
Aparat EOS Elan przypłynął ze Stanów do Teścia (przyszłego), wraz z dwoma obiektywami. Był to rok 1992. Jeden obiektyw to Sigma 28-200, a drugi to Canon 50/1,8. Ten ostatni, wraz z aparatem mamy do tej pory. Od czasu do czasu pożyczaliśmy ów zestaw na wyjazdy czy do prac studenckich, potem przeszedł na „wieczne wypożyczenie” i stał się filarem naszych działań zarobkowych.

Czas płynął. Lata mijały. Konkretnie 24 lata.

Znaczy się żółte tablice Canonowi się należą już w przyszłym roku.

Tymczasem powstał internet. Tymczasem powstały fora internetowe grupujące różnych maniaków i wariatów. Tymczasem powstał sentyment i moda na lata 80- te, 90-te, różne gadżety, gry komputerowe, stare Amigi i Commodore i ZX Spectrum, emulatory tych gier pod najnowsze Windowsy, fan kluby różnych reliktów z lat minionych.

Kody kreskowe z czytnikiem podczerwieni też trafiły na listę.
 
Otóż proszę państwa, pewien zapaleniec dokonał tzw reverse engineeringu i wybadał jaka kreseczka na kodzie za co odpowiada, po czym stworzył internetową maszynkę do projektowania kodów! Niestety wydaje się, że dzisiaj już niestety nie działa, ale można się zorientować co dało się ustawić za pomocą kodu kreskowego. Właściwie wszystko. O tutaj:

Amerykański EOS Elan różnił się od europejskiego i azjatyckiego EOS'a 100. Europejska instrukcja obsługi o tym nie wspominała, a amerykańska zawierała jeden błąd w opisie. Po pierwsze w Elanie lampa błyskowa nie wyskakiwała w górę automatycznie- w żadnym, nawet amatorskim programie ( w EOSie 100- tak)- zamiast tego w wizjerze mrugało przypomnienie o ręcznym podniesieniu lampy, po drugie w amerykańskim aparacie nie było w ogóle brzęczyka pikającego po ustawieniu ostrości- w menu funkcji indywidualnych Elana nadal była zaś funkcja włączająca i wyłączająca ten brzęczyk, która nie służyła niczemu oprócz zmylenia klienta (nie było wyjaśnień na ten temat w amerykańskiej instrukcji). Wszystko to ze względu na lokalne patenty chroniące owe funkcje, których Canon nie zdecydował się wykupić.
Na rynek japoński wypuszczano jeszcze wersję Canon 100 panorama, która miała specjalne maskownice wysuwane od góry i od dołu kadru, tworzące zdjęcie w bardziej poziomych proporcjach, podobnie jak to było w dużo późniejszych aparatach APS (opisywanych tu)

Jakież to wrażenie nastąpiło gdy spotkałem się z Elanem po raz pierwszy? Znałem już autofokus z kontaktu z Minoltą 7000. Canon jednak, już po niedługim czasie używania sprawiał wrażenie narzędzia idealnego, wchodziło się w jego używanie jak w masełko, wzmocnione doskonałym wrażeniem jego cichego dźwięku. To był wspaniały automat, który podobnie jak modele z niższej półki, które już kiedyśopisywałem prowadził właściciela jak po sznurku od zupełnie zielonej amatorszczyzny do skomplikowania trybów PASM, tfu, przepraszam, w Canonie to PavTvM. Wystarczało troszkę się pointeresować. A kto się interesować nie chciał- mógł jechać na zielonym prostokącie z jego kółeczka nastawczego, licząc na inteligencje jego elektroniki i niespotykaną siłę jego lampy błyskowej.
Canon Elan był jak piesek- współpracował, był miły i posłuszny, no i zawsze wierny, lubił wszystkich domowników, zarówno tych mniej jak i bardziej zaawansowanych. Byliśmy z nim na wszystkich wyjazdach, zrobiliśmy niewiarygodne ilości zdjęć na ślubach, weselach i sesjach zdjęciowych- jak pamiętam- na jedną imprezę zużywało się 7 negatywów (zatem 252 klatki), z czego nieco więcej niż połowa udawała się ładnie na odbitki. Wydaje mi się to całkiem niezłym wynikiem, coś jak „Każdy pocisk- jeden Niemiec” w Powstaniu Warszawskim. Trzeba było oszczędzać amunicję i dobrze celować, żeby się w tych siedmiu filmach zmieścić.


Można w Elanie ustawiać właściwie wszystkie potrzebna do fotografowania rzeczy, tryby pomiaru światła, przesuwu filmu i wyostrzania, nawet jedną z funkcji indywidualnych, słynną wśród canonowców „Custom Function nr 5” oddzielić pracę autofokusu od spustu migawki i przydzielić ją klawiszowi pamięci pomiaru światła pod kciukiem. Wiele osób bardzo lubiło tę funkcję, dającą możliwość niezależnego ciągłego ostrzenia lub jego poniechania, osobnego od naciśnięcia spustu.
 
Kształt tego modelu stał się dla mnie archetypem aparatu- z łagodnie wygiętym grzbietem i prostym uchwytem, który dobrze leży w ręce. Wszystko to wzięte z najpierwszego deignerskiego aparatu Canona, projektu Luigiego Colaniego.
 
Aparat, oprócz niespotykanie dobrej lampy błyskowej, różnił się od dzisiejszych aparatów z tej półki in plus jeszcze jednym akcesorium- to światełko wspomagające autofokus. Nie mam szczerego pojęcia dlaczego zaniechano tej genialnej funkcji w późniejszych modelach, była to wg mnie głupota korporacji- na korpusie w EOSie Elan/100 jest silna czerwona latareczka, która w razie potrzeby rzuca na dobre kilka metrów wzorek skośnych kreseczek. Dzięki temu aparat jest w stanie wyostrzyć na ten wzorek, nawet w całkowitej i nieprzeniknionej ciemności czego nie potrafią późniejsze modele.

W następnych pokoleniach EOSów czerwona latareczka wyleciała z korpusów, zastąpiona (w intencjach projektantów) wspomagającym stroboskopowym światłem z lampy błyskowej.
 
To nie działało dobrze- zapewniam z autopsji.

Nasz Elan ostrzył pewniej w ciemnościach niż dwie kolejne generacje aparatów- EOS 50e i 30, a także pewniej niż cyfrowe 10D i 300D. Trochę wstyd, Canonie.

Stroboskopowe błyski następnych modeli działały marnie, a do tego straszliwie zwracały uwagę na fotografa, który niczym latarnia morska nawalał stroboskopem przy byle ciemniejszych warunkach światła. Do dzisiaj stroboskop z lampy został w cyfrowych Canonach. Jedyny plus, że autofokus się w dzisiejszych czasach zrobił trochę bardziej czuły i lepiej działa.
 
Rezygnacja z czerwonej lampki rzucającej wzorek miała z pewnością na celu zmuszenie rzeszy użytkowników Canona do zakupu zewnętrznych lamp błyskowych- każda z nich taki swoją czerwony reflektorek posiada. Jednak było to rozwiązanie dyskryminujące fotografów, którzy chcieli wykonywać zdjęcia bez błysku lampy, bo w sporej części aparatów nie dało się ustawić działania tylko samego podświetlacza z lampy zewnętrznej, a nie włączać błyskania jej głównego palnika. Do kitu.
 
Zmieniło się to dopiero w bardziej zaawansowanych aparatach cyfrowych, gdzie daje się oddzielić świecenie podświetlacza od błysku samej lampy zewnętrznej, wchodząc pracowicie w menu.
 
W porównaniu z wbudowanym podświetlaczem z EOSa Elana to jest i tak jakieś średniowiecze.
 
Canonie! Lampka czerwonego podświetlacza w każdym aparacie! Żądamy lampki!!!
 
Elan miał co prawda tylko jeden punkt autofokusa, ale za to był to punkt krzyżowy (reagujący na linie poziome i pionowe) i jak na swój czas- bardzo czuły.
 
W porównaniu z wszystkimi poprzednikami z półki zaawansowanej Elan/ 100 był bardziej pamiętliwy- zapamiętywał ustawienia jakie zadaliśmy mu w trybie priorytetu przesłony czy czasu nawet po wyłączeniu aparatu. Same parametry aparatu także były z trochę wyższej półki- najkrótszy czas migawki to 1/4000 sekundy a szybkość to 3 klatki na sekundę.
 
Do wad aparatu należało kółko nastawcze, blokowane środkowym przyciskiem, które lubiło ulegać uszkodzeniom, oraz mocowanie statywowe umieszczone nie w osi obiektywu, które wykluczało Elana/ 100 z niektórych prac profesjonalnych. Aparat nie nadawał się oprócz do używania filmów do światła podczerwonego (infrared), ze względu na wspomniany licznik klatek z podczerwonym światłem. Wizjer Canona 100 także nie należał do największych, dawał około 90% pola widzenia obiektywu i ustępował tym z konkurencyjnych Nikonów. Dowiedziałem się ostatnio, że matówka naszego Elana była współwymienna ze znacznie jaśniejszą matówką opisywanegotu Canona EF-M (manualnego, z przeznaczeniem do ostrzenia ręcznego), na co wiele osób się decydowało, rozkręcając swój aparat.

Migawka EOSa Elan. Strzałką zaznaczono wspomniany czytnik perforacji klatek pracujący w podczerwieni.
W dzisiejszych czasach EOS 100 może sprawić dwa kłopoty- pierwszy jest kłopotem kompatybilności- lampy zewnętrzne „niecanonowskie” czyli firm trzecich są przystosowane tylko do najnowszego systemu błysku E-TTL i z naszym Canonem 100 nie chcą błyskać, bo ma on pierwotny, prostszy system A-TTL. Tak właśnie robi mój Nissin 622, ale wszystkie lampy Canona powinny z Elanem/ EOSem 100 działać bez problemów.
 
Po drugie aparat należy do tych, w których odbojniki migawki wykonane są z gąbkopodobnej gumy. Lubi się ona po latach rozpuszczać i sklejać lamelki migawki dając oleiste ślady- migawka może przestać działać. Zanim się to stanie można ją w razie czego czyścić, tu jest instrukcja- na Szanownych Czytelników ryzyko: http://photonotes.org/articles/oily-shutter/
 
Niemniej 24 lata po wyprodukowaniu nasz Elan działa z powodzeniem. Kocham go miłością ślepą, tą która nie wybiera. Powiem Wam, że to cholernie dobry aparat. Powinienem właściwie nadać mu jakieś imię, ale firma nadała mu w sumie całkiem niezłe.

Elan- zapał, entuzjazm, jak Élan Vital.
 
To by się zgadzało.

Fabrykant
dyrektor kreatywny walnięty o sprzęty

P.S.:

Polecam moje oryginalne kryminały z klimatyczną Łodzią w tle:
 

"Tramwaj Tanfaniego" dziejący się w czasach świetności przemysłowej Łodzi w roku 1905. Rzecz inspirowana prawdziwymi wydarzeniami - zabójstwem Juliusza Kunitzera, twórcy łódzkich tramwajów. Książka nagrodzona Exlibrisem Biblioteki im. Piłsudskiego za najlepszą powieść o Łodzi w 2021 roku. Kryminał poleca Władysław Pasikowski.

"Tramwaj Tanfaniego" jest do kupienia wysyłkowo tutaj: LINK

"Złoty peugeot" - niebanalny kryminał motoryzacyjny z epoki wczesnego Gierka. Tajemnicza zbrodnia, nieudolna milicja, zakulisowe przepychanki z władzą PRL. Skromny mechanik z ulicy Wschodniej chcąc nie chcąc musi zabrać się za dociekanie, dlaczego ktoś musiał zginąć i kto go zabił. Są wciągające tajemnice, splątane wątki, brawurowe pościgi samochodowe. Kryminał zawiera liczne aluzje do literatury popularnej z czasów PRL szczególnie do książek Niziurskiego i Nienackiego. 

Do kupienia wysyłkowo - TUTAJ 

"Deluks" - kryminał dziejący się w roku 1976 złożyłem się z kilku warstw, od tematyki automobilowej, poprzez dawne tajemnice Łodzi, kończąc na echach II Wojny Światowej. Tym razem aluzyjnie nawiązuje do tzw. kryminału milicyjnego, jednak dekonstruuje schemat i ironizuje z klimatów PRL. Mamy zespół pełnokrwistych bohaterów - od lumpów i milicjantów po profesorów i prywaciarzy, a między wierszami ówczesne stosunki polsko-niemiecko-żydowskie. Będziecie zaskoczeni!

"Deluks" do kupienia wysyłkowo - TUTAJ 

"Wariatka ze Spornej" - napisana wspólnie z Tomaszem Włodkowskim -Młoda policjantka, niedawno przybyła do Łodzi ma poprowadzić śledztwo, które będzie wymagało od niej szczególnego zaangażowania, cierpliwości, uwagi i... erudycji. Tytułowa ulica Sporna zdaje się trwać w niezmiennym od stu lat stanie, ale to tylko pozory. Miasto dookoła przekształca się w bólach, jest rok 2003, Polska ma zaraz wejść do Unii Europejskiej, niechciany bagaż PRL jest wciąż obecny, również w policji. Kto i dlaczego zabił znanego wykładowcę filmówki? Co ma wspólnego wielka sztuka i małe morderstwo? 

"Wariatka ze Spornej" do kupienia wysyłkowo TUTAJ 


Źródła i źródełka:
http://photonotes.org/reviews/eos-elan/

http://www2.leeward.hawaii.edu/frary/canon_elan.htm



http://mir.com.my/rb/photography/hardwares/classics/eos/eoscamera/EOS100Elan/s002pbt/intro.html


https://books.google.pl/books?id=nfLx2Fbm0_4C&lpg=RA10-PA31&ots=ty7T60090t&dq=EOS%20Elan%20Popular%20Photography&hl=pl&pg=RA10-PA30#v=onepage&q=EOS%20Elan%20Popular%20Photography&f=false