wyświetlenia:

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SNG Kultura.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SNG Kultura.. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 czerwca 2018

Naciąganie gości na placu Wolności, czyli dlaczego nie kupię (teraz) nowej książki Katarzyny Nosowskiej.




Góry rosną w oczach. Książki, gazety, czasopisma, broszury, foldery, papierowe teczki, jednostronnie zapisane kartki papieru, które szkoda wyrzucić, a od niedawna liczne zgody na wykorzystanie danych osobowych zgodne z RODO. Piętrzą się. Makulatura, segregacja śmieci, antykwariat, ognisko. Nowe regały montowane pod sufit. Ile to roboty!

Na ostatnie święta Bożego Narodzenia poszedłem do księgarni po prezenty. Na wprost wejścia stał regalik TOP TEN.

Fragment nieznanej sztuki Tennesy Williamsa w oryginale:
"Ten pies... i owe forty... a lot much? To handle Buddy! Stale pies, but i brew, stale... Ale, no – stare my windy, fury win...
One – to ten sam stale pies! Wanna? Piece? A top ten list, pal go! I won!”
                              Stanisław Barańczak.
Stał sobie ten kuszący regalik TOP TEN, a na nim kuszące książki. Niedługo przed świętami zmarł Wojciech Młynarski i książka z jego nazwiskiem stała na poczesnym miejscu na tym regaliku. Nie zapamiętałem dokładnie tytułu - "Wspomnienie o Wojciechu Młynarskim", czy coś takiego. Sięgnąłem łapczywie. I trochę mnie zatchnęło. Tekst był napisany czcionką dla trzylatków. Nie znam się na czcionkach drukarskich, ale petit to to nie był. Właściwie nie dla zwykłych trzylatków. Dla trzylatków olbrzymów. Ja rozumiem, że wielu wielbicieli Młynarskiego jest już posuniętych w latach i że mieliby oni marzenie poczytać książkę bez okularów, a wydawca wyszedł im naprzeciw. Mam jednak podejrzenia że intencje były zgoła inne.
Nie oni pierwsi zaczęli. Zaczęli youtuberzy. Każden jeden jutuber, którego oglądała młodzież szkolna i gimnazjalna, kiedy już zmonetaryzował swój kontent i był wielce kontent z licznych subów i lajków, postanawiał dodać sobie prestiżu, oraz kasy i wydawał książkę. Taka książka to świetne posunięcie. Starzy nie oglądają jutuberów, ale jak mają kupić prezent swojej gimbazie, myślą o kupieniu czegoś do czytania (może w końcu coś przeczyta?), idą do księgarni, a tam na półce uśmiecha się Gimper, Mandzio, Niekryty Krytyk, Gonciarz, Cyber Marian, albo Miecio Mietczyński. O! Nasze dziecko to ogląda i się fascynuje. Kupujemy, na pewno się ucieszy!
Ja też pooglądałem te książki, ale żadnej nie kupiłem. Nie ucieszyłem się. Wydawnictwa te były w większości (z wyjątkami) tworzone według następującego schematu: ładnie wydane, duża ilość kartek, tekst o objętości felietonu zajmujący 40% tych kartek, resztę wypełniają zdjęcia i grafiki, możliwie kolorowe i krzyczące, kupione hurtem na Shutterstocku, albo z innego banku zdjęć, oraz złote myśli i memy drukowane czcionką dla trzylatków - gigantów. Świetny plan. Udawana książka za 39,99.
 

piątek, 23 lutego 2018

Konserwa ze Społem


Zaraz, zaraz! Kto powiedział, że człowiek musi się rozwijać, z żywymi naprzód iść, nie ze zdechłymi? Co to za mus jest w ogóle?! A nie można sobie siedzieć cichutko w swojej niszy, nie wychylać się i ino kontemplować? W przeszłość patrzeć? Można. Kto bogatemu zabroni? Kto biednemu zabroni udawać bogatego? Ja tak lubię sobie usiąść i pokontemplować czasy minione. Konserwa ze mnie straszna. Ale otwarta, otwarta…
Albo się człowiek sam kształtuje, albo to jego kształtują, nie wiadomo – już filozofowie antyczni łamali sobie nad tym głowy. Mnie jakoś tak skręciło w stronę fotografii i nie wiem, czemu to zawdzięczam. Może zdjęcia Cartier-Bressona wisiały nad mą kołyską, tuż obok zdjęć Jamesa Bonda przy Astonie Martinie DB5? Taką przebodli mnie ojczyzną i na władzę nie poradzę. Jak wiadomo: nasiąka, nasiąka, nasiąka, nasiąka- a potem trąci.
Jakoś mi te czarno-białe zdjęcia sprzed pięćdziesięciu lat zapadły w pamięć i na studiowaniu sław z Agencji Magnum spędzam najmilsze chwile. Najmilsze pieniądze wydaje mi się na ich na albumy. Gdzie tam przyszłość jakaś niezbadana, jak tu taka piękna przeszłość czeka na eksplorację i kontemplację. I właściwie dlaczego ja tak to Magnum kocham?
W latach dwudziestych i trzydziestych XX wieku przeciętny fotograf gazetowy, fotoreporter z ambicjami czy też mający się za artystę fotografik miał zwykle następujący tryb działania. Redaktor naczelny czasopisma wzywał go do siebie i mówił „Panie Heniu, pojedziesz pan tam i tam, bo chciałbym mieć na okładkę zdjęcie Berbera na koniu. I w ogóle egzotyka dobrze się sprzedaje, a my mamy umowę z biurem Cooka podpisaną – jedziesz pan, strzelasz zdjęcia. Tu jest zaliczka pięćdziesiąt franków (reichsmarek, złotych). Tylko nie przepij pan”. Fotoreporter jechał, tułał się po świecie, taszcząc swój skrzynkowy wielkoformatowiec lub ewentualnie Leikę, biedował razem z Berberami, wkradał się w ich łaski, strzelał portrety, głodował na pustyni, haszysz palił. Następnie dostarczał do redakcji swoje fotografie, otrzymywał za nie (lub nie) zapłatę. Ze swoimi zdjęciami żegnał się na dobre. Nie tylko z negatywem. Również z prawami autorskimi. Wszystko to redakcja gazetowa zabierała sobie na zawsze i mogła zrobić co tylko chciała – obciąć Berberowi nogi albo wstawić w fotomontażu Mussoliniego rozmawiającego z Berberem za plecami Hitlera. Nie zawsze tak to działało, ale często.
Potem nadeszła II wojna i fotoreporterzy co innego mieli na głowie. Wszyscy mieli co innego na głowie. W czasie II wojny niektórzy wcieleni do wojsk fotografowie zrobili na służbie swoje epokowe zdjęcia. I ponieważ zrobili je na służbie, to teraz ku zaskoczeniu wszystkich należą one do domeny publicznej, bo wojskowe archiwa po latach chętnie udostępniły swoje zasoby – tak stało się ze zdjęciem Victora Jorgenssena pocałunku w dniu zwycięstwa (V-Day) strzelonym w Nowym Jorku.

poniedziałek, 6 listopada 2017

Pionier versus pionier




Biedny Henry Fox Talbot. Przegrał z francuskim syndykatem zmowy i własnymi pomysłami na życie. Może i wygrał zza grobu, ale jaka to pociecha? Czy Państwo Szanowni też chcieliby wygrać zza grobu?

Wygrałem zza grobu 2:0!

Co mu tam w tym grobie z tego, że na jego metodzie robi się dziś sentymentalne kokosy. Co mu tam po wieczności, wobec doczesnej klęski. A może nie? Może jednak uśmiecha się pod wąsem?

Nie miał wąsów ani brody, i być może dlatego się spod nich nie uśmiechał.
Kiedy jesteś piękny i młody nie nie nie zapuszczaj wąsów ani brody (cytat).

Nie zaznał biedy, a nawet wręcz przeciwnie- pochodził z warstwy uprzywilejowanej. Jak zresztą wszyscy pionierzy fotografii. Kto walczył o życie- mógł się zajmować co najwyżej malarstwem albo grafiką (Van Gogh i inne liczne przykłady). Dopiero ten kto syty i beztroski mógł się zajmować tak niepotrzebną rzeczą jak fotografia. Fox Talbot zresztą fotografię miał dopiero na tylnym miejscu priorytetów- za matematyką, botaniką, archeologią i lingwistyką i chemią. Zwłaszcza że to on wynalazł fotografię i przed nim jej po prostu nie było na świecie. Co? Że to nie on tylko Daguerre?
No właśnie.

Ukończył Cambridge, pracę magisterską pisał w Paryżu pod okiem Francoisa Arago, a potem zajmował się matematyką i fizyką wysyłając swoje prace do Royal Society. Z fizyki już niedaleko do optyki, a tęż powiązał z eksperymentami chemicznymi. Pierwszym kamieniem węgielnym była solarigrafia. „Photogenic drawing” jak nazwał rzecz sam twórca.

Ja sam byłem solarigrafistą w wieku lat sześciu! Pamiętam to dokładnie jakby było dzisiaj- nogi krzeseł made by Spółdzielnia „Ład” przytrzymują rozłożony przez Mamę na zielonej wykładzinie papier światłoczuły (było coś takiego za komuny, nie wiem gdzie dostępne i po co- muszę popytać) na którym kładę listki, spodek, modelik Fiata 127 i gumowego Misia Fozzie, a za piętnaście minut papier ciemnieje zostawiając pod przedmiotami jasne plamy konturów. Coś pięknego! Szkoda że tak mało trwałe- kontury znikają wkrótce pod wpływem światła.

Fox Talbot wymyślił właśnie sposób ich utrwalania.
Podczas swojej podróży poślubnej do Włoch w 1833 roku wpadł na pomysł rejestrowania obrazów z camera obscura i ich utrwalania. Podczas tych działań, eksperymentując z najróżniejszymi związkami światłoczułymi srebra i utrwalając je tiosiarczanem sodu Talbot stworzył pierwszy na świecie negatyw.
To jest jednak coś, prawda?
Negatywem fotografia stała przez następne sto pięćdziesiąt lat, aż do epoki cyfrówek, kiedy to podniecają się nim już tylko wariaci (to ja, to ja!)
Z negatywu pan William Henry potrafił uzyskiwać obraz pozytywowy, jednym słowem pierwszy raz w historii powielać obraz fotograficzny. Całość tego procesu nazwał on „kalotypią”, dzisiaj używaną równolegle z „talbotypią”

Zainspirowany swoimi postępami Talbot rozkładał po całym swym rodzinnym pałacu małe aparaty typu camera obscura z soczewką, w których godzinami naświetlał się papier fotograficzny, nasycony wcześniej chlorkiem sodu i azotanem srebra. Rodzina nazywała te pudełka "pułapkami na myszy", bo można się było o nie potknąć w każdym pokoju.


Fot. William Henry Fox Talbot, 1835, domena publiczna.


Talbot miał miał wiele naukowych koników jak wiemy, i po pierwszych próbach na kilka lat odłożył nieco na bok sprawy swojego utrwalania światła. Do czasu gdy w 1839 roku dowiedział się niespodziewanie że Louis Daguerre w Paryżu ogłosił się pionierem fotografii. 




Louis Jacques Daguerre

Fox Talbot przysiadł natychmiast fałdów, żeby także opracować naukowo i patentowo swoją technikę, zwłaszcza że była całkowicie różna od dagerotypii i innymi środkami chemicznymi uzyskiwana.
Dagerotypy były jednostkowym obrazem pozytywowym, uzyskiwanym na metalowej płytce, podczas gdy talbotypia posługiwała się papierem i dawała możliwość wielokrotnego powielania. Dagerotypia stwarzała fotografie krócej naświetlane i ostrzejsze, a talbotypia bardziej miękkie i wymagające początkowo bardzo długiego wystawiania na światło. Te wszystkie rzeczy dawały XIX wiecznemu odbiorcy powód do preferowania metody Daguerre’a. Z perspektywy ostatnich stu pięćdziesięciu lat rozwoju możemy dopiero dostrzec że talbotypia była właśnie tym lepszym sposobem- jednostkowość obrazu fotograficznego załatwia się dzisiaj zamaszystym autografem wziętego artysty nabazgranym w prawym dolnym rogu, podczas gdy możliwość wielokrotnego odbijania zdjęć wydaje się bezcenna.

Fot. William Henry Fox Talbot, ok 1845, domena publiczna.
Bulevard du Temple, Fot. Louis Jacques Daguerre, 1838, domena publiczna.
Fot. William Henry Fox Talbot, 1844, domena publiczna.
Fot. Louis Jacques Daguerre, 1837, domena publiczna

W tym samym roku zostały zatem ogłoszone równolegle dwie metody fotografowania. Francuska i angielska.

 Fox Talbot ogłosił swoją, pisząc elaborat do Royal Society, zaprezentowany gremium przez Michaela Faradaya. Tymczasem Daguerre został ogłoszony pionierem we Francuskiej Akademii nauk przez tegoż samego Francoisa Arago, u którego Fox Talbot pisał swą pracę magisterską. Nastąpiło tu zupełnie różne podejście do wynalazku – Daguerre przez Akademię upublicznił światu za friko wyniki swoich badań, podczas gdy William Fox Talbot postanowił opatentować swój wynalazek i udzielać na niego licencji. To podejście spowodowało tak różny odbiór obu technik, że (przynajmniej w naszej części świata) Fox Talbot został niemal zupełnie zapomniany, podczas gdy Daguerre jest uznawany za głównego ojca fotografii, no może z małą pomocą przyjaciela Niciphora Niepce’a.
Rząd francuski rzucił się do promowania dzieła Daguerre’a i wygłaszania z emfazą słów o jego pionierskiej roli. Prasa całego świata podchwyciła to, bo wynalazek fotografii cieszył się wielkim zainteresowaniem. Nawet prasa brytyjska. Dagerotypia stała się wszędzie poza Wielką Brytanią, na którą Daguerre nie dał zgody freeware’owej, techniką powszechnie dostępną, podczas gdy kalotypia/talbotypia wymagała wszędzie opłat licencyjnych. Od razu widać, że gorszy pieniądz wypiera lepszy, że pecunia non olet, że światem rządzi pieniądz i że… Nie no, dość tych głupich przysłów.
Inna zupełnie sprawa to kwestia artystycznej jakości fotografii, którą uprawiali obaj panowie. Może należałoby zrobić kiedyś bitwę pionierów? Temat na osobny wpis. Już sobie go wyobrażam. Tu Fox Talbot lutuje z lewej starą miotłą i poprawia prawym sierpowym stogiem siana! Na to Daguerre prawym prostym Bulwarem de Temple i łup go w słup martwą naturą z atelier!
Talbot wyruszył szybko promować swoją technikę we Francji, ale było już za późno – nie stała się ona powszechna, choć zyskała wąski krąg wyznawców, między innymi Gustave Le Greya. Wyznawcy ci ponieśli wynalazek Talbota w przyszłość, doskonaląc ten proces. Popularność zyskał dopiero po przeniesieniu na inne media – klisze fotograficzne (szklane płytki) i błony filmowe – nadal na zasadzie negatyw-pozytyw, ale z zastosowaniem już innej chemii. Tradycyjnie, tj. zgodnie z patentem Talbota, był wykorzystywany do lat 20. Potem zanikł.
Talbot po przegranych procesach o pierwszeństwo i o wykorzystanie jego prac do stworzenia późniejszej tzw „metody kolodionowej” zniechęcił się do fotografii. Nakłady poniesione na eksperymenty i ochronę patentową nigdy się nie zwróciły, wynalazca żądał na samym początku zbyt wiele za licencję, w czasie gdy użytkowanie metody Daguerre’a było darmowe i rozpowszechniało się coraz bardziej. Potem Fox Talbot obniżał stawki, jednak nic już za jego życia nie spopularyzowało kalotypii. Wynalazca zabrał się więc za inne dziedziny naukowe – może i dobrze, bo zawdzięczamy mu między innymi odczytanie sumeryjskiego pisma klinowego z Niniwy i kilka twierdzeń matematycznych.
Czyli klęska czy zwycięstwo, panie mecenasie? Zwycięstwo idei negatywu. To, co wymyślił William Henry Fox Talbot, okazało się być znacznie bardziej ponadczasowe niż sądzono. I zwycięstwo jeszcze jedno – ostatnimi laty talbotypia znowu zyskuje zwolenników i wyznawców jako sztuka uprawiana dla przyjemności! Co prawda tylko wśród wariatów, ale zawsze. Czyżby 2:1 zza grobu?
Fabrykant
P.S. Polecam Państwu mój klimatyczny kryminał: 

"Deluks" - dziejący się w roku 1976 złożyłem z kilku warstw, począwszy od tematyki automobilowej, poprzez dawne tajemnice Łodzi, kończąc na echach II Wojny Światowej. Aluzyjnie nawiązałem do tzw. kryminału milicyjnego, jednak zdekonstruowałm ten schemat, inaczej rozłożyłem racje i nieco poironizowałem z klimatów PRL. W świat dawnej Łodzi pomaga czytelnikowi przenieść się zespół moich pełnokrwistych bohaterów - od lumpów i milicjantów po profesorów i prywaciarzy. Są także ówczesne konflikty polsko-żydowsko-niemieckie i pościgi samochodowe. Będziecie zaskoczeni!

"Deluks" do nabycia wysyłkowo - TUTAJ 

Źródła i źródełka: