wyświetlenia:

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sony. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sony. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 listopada 2019

Dotknąłem prehistorii. Sony Digital Mavica na dyskietki 3,5 cala


Nadeszła wiekopomna paczka.
Na początku pomyślałem, że to winko. Lubię winko, zwłaszcza primitivo z Salento.



W środku była drugie pudełko. Pomyślałem, że to buty. Lubię chodzić w butach.
Dopiero po otwarciu okazało się, że są to przedpotopowe aparaty fotograficzne. Te to dopiero lubię!




Niektórzy mogą podniecić się przedwojennym Rolleiflexem, albo mieszkowym Kodakiem, niektórzy piszą książki o Systemie Nikon, szacownym, znanym od stu lat przedsiębiorstwie z wielkimi tradycjami. Jak to porównać do aparatu z roku 1997, w którym królował plastik fantastik, a elektronika wypełniała go po brzegi?

A jednak.




Niewątpliwie jest to jeden z wcześniejszych cyfrowych aparatów świata. Jeden z pierwszych sprzedawanych zwykłym ludziom, całkowicie i naprawdę cyfrowych aparatów - zapisujących zdjęcia za pomocą ciągu zer i jedynek, jako jpg, znane nam do dzisiaj i zrozumiałe dla komputera. 
Zapisujące, tylko na czym?
Myśląc o tym aparacie, nie mogę nie myśleć o postępie technicznym i zmianach, jakie obserwowałem w ciągu swej życiowej egzystencji, a umówmy się, dla mojego komfortu - nie jestem jakoś strasznie stary. Jestem młody i wesolutki. Wręcz czuję, że mam nadal to samo podejście do świata, jakie miałem, będąc w wieku 16 lat. Wy też tak macie? 
Niestety trudno mi to wszystko ogarnąć rozumem, patrząc na Sony Mavica MVC-FD5. On zapisuje swoje jpg-i na dyskietkach 3,5 cala. Ostatni komputer czytający takie dyskietki wyrzuciłem z 10 lat temu.

Co tu robią bryczesy wuja Eugeniusza? Ostatni koń, na jakim jeździł wuj Eugeniusz umarł bezpotomnie trzydzieści lat temu! (cytat)


Po drodze, od czasów dyskietek były jeszcze płyty CD, potem płyty DVD-R, potem pen drivy, a potem trzymanie wszystkiego w burzowej chmurze. Na tę ostatnią innowację, przyznaję szczerze, nie załapałem się.

Niemniej, dzięki wiernemu czytelnikowi Fotodinozy - Benny'emu trzymam w rękach ponaddwudziestoletni aparat, będący kamieniem milowym fotografii, który, na pierwszy rzut oka mogę sobie jedynie polizać jak cukierek przez papierek. ZNACZNIE dotkliwiej jest on oddzielony od dzisiejszej współczesności, niż byle przedwojenny Rolleiflex, do którego za rogiem mogę sobie natychmiast kupić film typu 120. Wystarczy mieszkać na odpowiednim rogu - LINK.
Na szczęście Benny dostarczył w komplecie dyskietkę.
Na nieszczęście, nie mam jej na czym odtworzyć.
No cóż, może jakoś się przełamie te problemy techniczne.




Krótka historia cyfrowego paleolitu.


Sony Mavica MVC-FD5 jest jednym z długiej linii aparatów cyfrowych lub quasi-cyfrowych firmy Sony. Powiedzmy aparatów dających zdjęcia elektroniczne. Linii zaczętej w 1981 roku prototypem Mavica, określanym jako pierwszy elektroniczny wideo-aparat świata. W kontekście tego aparatu nie pada jeszcze słowo "cyfrowy" (digital), ponieważ był on de facto kamerą wideo, z umiejętnością rejestrowania zatrzymanego obrazu o jakości zdjęciowej, zapisującego owe obrazy w sposób analogowy (a więc nie jako ciąg zer i jedynek i nie jako jpg) na dyskietkach 2 calowych. Można je było oglądać na ekranie telewizora, tak jak filmy z kamery. Prototypem owej Mavici (Magnetic Video Camera) Sony chwali się niekiedy jako pierwszym aparatem cyfrowym świata, ale chwali się nieco na wyrost.


Prototyp ów, z 1981 roku, nie był sprzedawany, a jedynie zademonstrowany na targach Photokina. Nie był też aparatem cyfrowym w dzisiejszym rozumieniu. Niemniej ów słynny prototyp z 1981 roku był ostrogą w bok, ciosem znienacka i pałką w łeb dla wszystkich konkurentów firmy Sony. Dzięki temu prototypowi zaczął się szaleńczy wyścig wszystkich producentów elektroniki o to, kto zaproponuje pierwszy SPRZEDAWALNY masowo aparat.

Sprzedawalne jednostkowo były już wcześniej, sprzedawalne rządom Stanów Zjednoczonych, CIA lub innej NASA, budowane na uczelniach aparaty eksperymentalne też już były wcześniej. Chodziło o Produkt. Produkt do sklepów, i to taki, żeby na nim nie wtopić.

Najpierw na rynku pojawiły się still-video camery, oparte na konstrukcji wideo i zapisujące zdjęcia analogowo. Sony Maviki razem z Casio i Canonem były jedne z pierwszych, pod koniec lat 80-tych. Wszystkie przeznaczone do użytku domowego, jako aparaty współdziałające nie z komputerem, tylko z telewizorem. Tymczasem następowała szybka i postępująca szeroką falą komputeryzacja społeczeństwa, wszystkie te Amigi, Commodore i wczesne IBM-y schodziły do ludu. Kodak w tym czasie zaczął już robić coraz tańsze (co oznaczało, że nie trzeba było sprzedawać dwóch nerek, tylko jedną), w pełni cyfrowe i produkujące komputerowe pliki lustrzanki. 

Komputery i zdjęcia cyfrowe okazały się lepszą, bardziej nośną ścieżką od eksploatowania techniki wideo - telewizyjnej. W tę stronę skręcili wszyscy producenci. W tym Sony.

Przyjrzyjmy się bliżej artefaktowi.


Otóż Mavica MVC-FD5, którą trzymam w łapkach jest pierwszym u firmy Sony w pełni cyfrowym aparatem. Sygnał z matrycy CCD jest zamieniany w nim na ciąg zer i jedynek i tworzy pliki komputerowe, które można zrzucić na twardy dysk.

Jak się ma napęd dyskietek, oczywiście.

Cofnijmy się zatem do roku 1997 i zobaczmy, jak się wtedy robiło cyfrowe zdjęcia. A robiło się ciekawie.







Pierwsze pytanie: jak pozycjonowany był ów aparat, bo w tym samym roku 1997 Kodak sprzedawał swoją lustrzankę cyfrową DCS 520 za 15 tysięcy dolarów, a sześciomegapikselową DCS560 za 30 tysięcy. Były to ceny, które zdolne były płacić duże redakcje gazetowe i wzięci profesjonaliści, ale z pewnością nie przeciętny fotograf. Gdzie zatem w tym wszystkim Sony Mavica?

Mavica była przy Koadakach aparatem dla amatora. Kosztowała

piątek, 25 października 2019

Top 15 najważniejszych aparatów w historii fotografii cyfrowej (część 1)

Wiecie ile lat ma już fotografia cyfrowa? Nie domyślicie się! 
Nie wiadomo ile. 
Ale z pewnością nie mniej niż 44 lata. A raczej więcej. O kłopotach z ustaleniem palmy pierwszeństwa w dziedzinie fotografii możecie poczytać na Fotodinozie - TUTAJ. Była to technika mająca wielu ojców i wiele matek, a z tych ojców i matek narodziło się wiele dzieci. Nie wszystkie są uznane za pochodzące z prawego łoża i nie wszystkie były udane. Niektóre wcale nie istniały, ale nie przeszkadzało im to być kamieniami milowymi cyfrowej fotografii. Takie to paradoksy, proszę Państwa!
Nie ma też światowej zgody co do tego, jakie były najważniejsze aparaty na tej drodze. Nie ma jasności.

Bo nie mam jasności w temacie Marioli
Nie mam jasności - i dość mnie to boli..
Jak ona mówi - Te, nie rób mi wioski!
To daje dowód ironii, czy troski?
(...)
Wyczuj ten klimat, bo z tobą wymięknę!
I niech to dojdzie do ciebie powoli:
Że życie właśnie dlatego jest piękne,
Że nie ma jasności w temacie Marioli!

             Wojciech Młynarski

Nie ma jasności, ale są przebłyski w temacie aparatów cyfrowych. Można sobie wybrać po prostu, subiektywnie, własny wybór kamieni milowych, co do których ma się własne, subiektywne przekonanie, że były najistotniejsze. A przynajmniej najbardziej obrazowe.
Dość istotne w tym wszystkim jest określenie, co to jest aparat cyfrowy. Bo zanim były dzisiejsze aparaty cyfrowe, była przecież i telewizja i wideo i zdjęcia elektroniczne i skanowanie telewizji. Za sprawą wiernego czytelnika Benny'ego uznałem, że aparat cyfrowy to urządzenie produkujące pliki, które mogą być odczytane przez komputer. Przy każdym aparacie zaznaczam zatem, czy takowe produkował.
Dość tych wstępów! Oto mój worek kamieni milowych. 
15 najważniejszych aparatów cyfrowych w historii fotografii:




1. Łuna 3, Krasnogorskij Mechaniczeskij Zawod. 1959 rok.
Wczesna fotografia cyfrowa wzięła, tak naprawdę, bardzo dużo z telewizji. Nawet więcej z telewizji, niż z fotografii analogowej na film. A i z techniki skanowania wzięła dużo. Nie obyłoby się bez różnych pomysłów na skanery, które to pomysły sięgają jeszcze czasów międzywojennych. Łuna 3 dość spektakularnie skorzystała z powyższych wynalazków.
Łuna 3 to nie jest nazwa aparatu. To radziecka sonda kosmiczna wysłana w październiku 1959 roku na okrążenie Księżyca. Na pokładzie znajdował się specjalny, ale klasyczny aparat na film 35mm, z podwójnym obiektywem, a raczej z dwoma przemiennymi - 200mm f/5,6 i 500mm f/9,5. Z tego pierwszego dało się uzyskać z Łuny-3 zdjęcia całej tarczy Księżyca, a z drugiego - zbliżenia fragmentów.




 Sonda musiała być stabilizowana silnikami, żeby zatrzymać swój ruch wirowy i móc skierować obiektywy w stronę satelity Ziemi. Aparat strzelił automatycznie 29 klatek, następnie film został przewinięty do automatycznego wywołania, utrwalenia i osuszenia. Był to zapewne pierwszy fotolab, który opuścił planetę Ziemia. Następnie negatyw został naświetlony lampami katodowymi na fotopowielaczu lampowym, który zamienił jasne i ciemne partie zdjęcia na impulsy elektryczne. Te zostały wysłane radiowo na Ziemię, jako sygnał telewizji wąskopasmowej. Aparaturę skonstruował producent aparatów Zenit i Zorka 5 (z której, jak wiadomo, strzeliłem kilka zdjęć) zakłady KMZ z Krasnogorska.





Aparatura odbiorcza do sygnałów z sondy.

 Bez wynalazku telewizji wąskopasmowej, dokonanego w USA dwa lata wcześniej Łuna-3 niewiele by zdziałała. A najlepsze jest to, że użyty w Łunie-3 film był amerykański! Pochodził - ta dam!- z przechwyconych w Sowieckiej Rosjii balonów szpiegowskich USA. Był odporny na temepraturę i promieniowanie. 
Sonda Łuna-3 spaliła się w atmosferze ziemskiej. Ale zanim się spaliła, przekazała na Ziemię 12 lub 17 zdjęć (różne źródła różnie podają) z ciemnej strony Księżyca. Dzięki temu ludzkość zobaczyła ową ciemną stronę po raz pierwszy w swej historii.

Czy był sprzedawany? - nie
Czy dawał pliki do odczytania na komputerze? - nie




2. Nieistniejący aparat cyfrowy Eugene F. Lally'ego. 1961 rok.
Pan Eugene Lally, to był gość, o którym nikt nie wie, a wszyscy używają jego wynalazków. W latach dziecięcych dostał aparat Kodak Brownie, który spowodował jego zainteresowanie fotografią i techniką. W wieku 14 lat (!!!) wynalazł on metodę korekty czerwonych oczu na zdjęciu, za pomocą błysków stroboskopowych. Mamy ten bajer aktualnie w każdym aparacie, a o tym kto go wynalazł - nie mamy pojęcia. To jednak było nic, wobec jego późniejszych pomysłów.

poniedziałek, 23 września 2019

Dlaczego nie istnieje pierwszy cyfrowy aparat na świecie.

Zgłębiam coraz głębiej kwestię prehistorii cyfrowej fotografii. Po całym owym zgłębianiu wydaję się coraz dalszy od prawdy, którą kilku producentów wyrywa sobie z rąk wśród wrzasków i rękoczynów - kto, do diaska, był producentem pierwszego cyfrowego aparatu świata?
Nigdy się tego nie mogłem dowiedzieć.
Podobno pierwszy aparat świata zbudował Steven Sasson z Kodaka, w 1975 roku, ja też rozpowszechniałem tę wiadomość. 
Podobno pierwszym produkcyjnym aparatem była Sony Mavica z 1981 roku, przynajmniej tak głoszą fanboye Sony.


Zdjęcie ciemnej strony księżyca, 1959
No tak, ale w takim razie CO przesłano radiowo na Ziemię z radzieckiej sondy kosmicznej Łuna 3, która po raz pierwszy w historii przekazała zdjęcia ciemnej strony Księżyca?
CO przesłano radiowo na ziemię z sondy kosmicznej Ranger 7, zanim nie roztrzaskała się (programowo) o powierzchnię satelity w 1964 roku? Bo zdaje się, że było to ZDJĘCIE? 




Nie przesłano go pocztą, więc chyba było elektroniczne? Szesnaście i jedenaście lat przed "pierwszym aparatem cyfrowym" Sassona.

Po owym riserczu mogę jednoznacznie stwierdzić: takiego pierwszego producenta NIE MA.
Dlaczego?
Bo go być nie może. Sprawa jest strasznie rozmyta.
Zaczynając od podstaw:
Co to jest fotografia cyfrowa?
Co to jest aparat cyfrowy?
Co to jest cyfrowe zdjęcie?
Otóż te pojęcia, co wydaje się dziwne, ale jest prawdziwe - nie są jednoznaczne.
Proszę bardzo: czy urządzenie, z założenia przeznaczone do celów obliczeniowych, zajmujące trzy pokoje pełne elektroniki lampowej, kręcących się krążków taśm magnetycznych, tysięcy przełączników, które po wysiłkach programistów zdołało wyprodukować trzy zdjęcia, nie na filmie, tylko w postaci elektrycznego zapisu jest APARATEM cyfrowym? Czy może to bardziej komputer z przystawką, nie aparat?

Proszę bardzo: A wasz stuletni odtwarzacz wideo VHS, z późnych lat osiemdziesiątych (pamiętam taki z 1982 z zagranicznej wizyty u mojego Wója Lecha w Monachium)? Otóż czy w tym odtwarzaczu VHS, gdy na filmie "Rambo" Sylwester Stallone lata wśród wybuchów i strzelanin z procy, zatrzymacie nagle stopklatkę, to staje się on , ten odtwarzacz, niespodziewanie APARATEM cyfrowym? Nie? A przecież na ekranie telewizora oglądamy coś w rodzaju kiepskiego i drgającego zdjęcia? No i Sylwester Stallone jak żywy, przecież i rozpoznawalny.




Przy niektórych historycznych aparatach cyfrowych mamy nieco więcej, a przy niektórych nieco mniej wątpliwości. Taki sprzęt inżyniera Stevena Sassona, z roku 1975, wyglądający jak zmota ulepiona w garażu, z doklejoną taśmą klejącą kasetą magnetofonową na froncie niewątpliwie JEST aparatem cyfrowym, bo służy wyłącznie do robienia zdjęć i daje się go przenosić (choć waży 3,6 kg). Nieważne, że wygląda jakby zrobiono go za pomocą szlifierki kątowej (co pewnie jest faktem).



Główny corpus delicti to cyfrowość zapisu zdjęcia.

wtorek, 10 kwietnia 2018

Leniwe wstrzymane, Sony się waha.




Lubię sobie od czasu do czasu dostać jakąś darmoszkę. To atawizm z lat dzieciństwa, kiedy to pisało się do jakiegoś producenta samochodów "Aj lajk very much yor products. Please send me some katalogues" i oni przysyłali, dzięki czemu na Wschodzie można było powąchać troszkę Zachodu, za sprawą błyszczących lakierem stron i pięknych zdjęć różnych wypasów. Dzisiaj wypasy na każdej witrynie sklepowej, ale katalogi mają nadal dla mnie wiele uroku. Także  katalogi firm fotograficznych, które zbieram sobie od lat. Mam nawet trochę takich z czasów analogowych. Nie dość tego - mam zachomikowane w piwnicy kilka katalogów takich firm z ery cyfrowej, które już gryzą ziemię i wąchają kwiatki od spodu - Samsunga i Minolty na przykład.

Wychodzę ze słusznej filozofii (moje słuszne poglądy na wszystko- cytat), że jest to najtańszy sposób z obcowaniem z bardzo dobrą reprodukcją fotograficzną. Zawsze w tych katalogach są jakieś efektowne, fajne i wydrukowane na dużym formacie zdjęcia, czasami zdarzają się absolutne perełki, a nawet fotografie autorów z pierwszej ligi, jak Joe McNally (Nikon), Tomasz Tomaszewski (Sony), Tomek Sikora, czy Jacek Bonecki (ex Sigma, dziś Fuji).
Kilka razy zdarzył mi się opad szczęki na widok jakiegoś zdjęcia z katalogu obiektywów, najbardziej zapamiętane to zdjęcie Tim'a Andrew z rybiego oka Nikkora. Dlaboga! Nikt nigdy wcześniej, ani później nie użył rybiego oka do panoramowania! (Panoramowanie- śledzenie ruchem aparatu ruchu fotografowanego obiektu). Co za pomysł!

Fot. Tim Andrew

Canon miał katalogi zwykle przyzwoite, ale marnie dostępne, nawet przy premierach nowości nie pojawiają się w sklepach żadne foldery. Na ogół trochę bardziej wysilają się przy modelach amatorskich. Główny impakt wydawniczy Canon kierował zawsze do wielkiego, w płótno oprawnego albumu "Canon EF lens work", którego kolejne wydania pojawiały się czasem na targach fotograficznych jako dodatek do zakupu aparatu lub obiektywu, a na co dzień był to album sprzedawany za pieniądze. Taka reklamówka za kasę. Chętni byli. Teraz wydają już bodaj XV- tą edycję III wersji tego dzieła. Starsze wydanie jest dostępne jako pdfy kolejnych rozdziałów TUTAJ. Jest to taka biblia canonowca, książka dość kusząca i obszerna, ale ciężko nazwać ją katalogiem reklamowym.

Nikon się starał bardziej - do każdego nowego modelu zawsze były wypuszczane osobne foldery, zawsze też były zbiorcze katalogi obiektywów, O ile się nie mylę, większość z nich opracowywał Marcin Górko, z którym Fotodinoza przeprowadziła kiedyś wywiad - LINK

Od czasów spowszechnienia internetu z katalogami jest coraz cieniej, każdy producent stara się na katalogach trochę oszczędzać, z resztą każdy prowadzi od zawsze swoją polską politykę katalogową - niektórzy z łaski wydrukują trzy stroniczki, a niektórzy co bardziej bibliofilscy, drukują istne biblie i kompendia. Dzisiaj to już rzadkość. Ostatnio najbardziej starają się bezlusterkowi, a lusterkowi jakby odpuszczają. Na tle ogólnego upadku sztuki kuszenia katalogami, jedna firma wyróżnia się bardzo in plus- to Sony.

Sony to ma dobrze. Produkuje telewizory, laptopy, kina domowe i telefony. Aparaty stanowią tylko jedną z części. Może sobie zatem pozwolić na wypasione salony w których leżą garściami różne katalogi. Leżą? No to bierzemy! Już tak od paru lat bierzemy, zatem na podstawie katalogów z roku 2012, 2014, 2015, 2017 możemy snuć analizy. Kim też jest Sony, i jak się czuje?