wyświetlenia:

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Canon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Canon. Pokaż wszystkie posty

piątek, 7 sierpnia 2020

Jaki aparat analogowy Canon EOS? Top 7


Fotodinozaury wszystkich krajów - łączcie się!
Z mojej strony nastąpił wycof kompletny w materii śledzenia nowości sprzętowych, zająłem się ostatnio głównie śledzeniem XVI wieku w literaturze, a domem mym stało się międzywojnie, gdzie ci wszyscy Witkacowie i Boye Żeleńscy, oraz Luxtorpedy do Zakopanego latali. Niemniej czasem miło tak cofnąć się w przeszłość i odwrócić od przyszłości. Przeszłość jest fajna - stuprocentowo pewna i sprawdzona, w przeciwieństwie do przyszłości.
Może cofnąć się aż tak bardzo, że aż do fotografii analogowej?


Nikt już, zapewne, nie robi zdjęć analogowych, a jak robi, to dość często cofa się w przeszłość aż do aparatów manualnych, żeby było bardziej vintage, cool i retro. Jednakże aparaty Canon EOS, te na film, były od samego zarania bardzo sprawnymi narzędziami dla fotografa. Już nie mosiężno analogowymi, tylko plastikowo elektronicznymi, niemniej ku wybitnej przyjemności fotografowania były tworzone.
Z resztą - kto nam każe robić nimi dzisiaj zdjęcia? Przecie i bez robienia zdjęć można podniecać się tym, że leżą w szafie - kto bogatemu zabroni? Czy znany kolekcjoner Jay Leno, właściciel ponad 400 samochodów, jeździ nimi wszystkimi? Czasem może i jeździ, ale na ogół leżą w szafie stoją w garażu, zupełnie jak moje aparaty analogowe. Mimo to - cieszą, radością posiadacza.

Zbiór będzie subiektywny. To jasne. No obiektywny, to ja nie jestem.




Okres analogowych aparatów EOS to spory okres, od 1987 do 2004 roku, czyli siedemnaście lat, podczas których firma Canon wyprodukowała olbrzymie rzesze aparatów wszystkich poziomów zaawansowania, od pstrykadeł dla fotoamatorów po karabiny maszynowe dla fotoreporterów. Nie tylko karabiny maszynowe są interesujące.

Mój Top Analogów Canona nie jest ustawiony jako ranking. Czyli wcale nie od najgorszego do najlepszego. Każdy z tych sprzętów jest w pewien sposób interesujący i fajnie nim robić zdjęcia.


EOS IX - ozdoba na półkę




Na początek coś poza konkursem. Aparat który ma jedną podstawową wadę - nie można nim dziś robić zdjęć. Prawie. To znaczy, jak ze wszystkim, jak ktoś się bardzo uprze, to można. Ale jest ryzyko i drogo. Problem w tym, że EOS IX to aparat nie na "zwykłe" filmy 35mm, tylko na nieprodukowane już od lat filmy APS (Advanced Photo System). Można je kupić np. na Ebay, ale kosztują dużo, a ich ewentualna pełna sprawność może być wątpliwa, ze względu na ich wiek. Zatem - tylko dla ryzykantów.

Ale dlaczego na inne filmy?
A bo seria IX Canona miała być rewolucją, wraz z nowo opracowanym systemem filmów, współzaprojektowanych przez Kodaka i czołowych producentów aparatów. Filmy owe, posiadające pasek magnetyczny pozwalały nie tylko na naświetlenie emulsji, ale i na zapisanie danych. Dzięki temu można było: wyciągnąć nieskończoną rolkę filmu i bezpiecznie wstawić ją z powrotem, a aparat sam ustawiał ją na pierwszej wolnej klatce, ustalić inny niż standardowy format zdjęcia, np. panoramiczne, wstawić na fotkę jeden z kilkudziesięciu predefiniowanych napisów, albo już w aparacie ustawić liczbę żądanych odbitek. Nowoczesność w domu i zagrodzie to była! I realizowała marzenia paru pokoleń fotografów o swobodnym żonglowaniu filmami o różnych czułościach, albo zmianach z koloru na czarno- białe klisze i z powrotem.
EOS IX z otwartym pojemnikiem na film APS - tu bardzo się różnił od innych lustrzanek.

Niestety system APS nie realizował innych marzeń tych fotografów, mianowicie marzeń o jakości zdjęć, bo klatka APS była mniejsza niż klatka filmu 35mm. To, oraz nagły atak fotografii cyfrowej zwaliły z nóg system APS, który umarł cichutko w kąciku. Można poczytać o nim na Fotodinozie - TUTAJ

Pozostały po nim aparaty, w tym pierwszy najważniejszy EOS IX.
Czemuż najważniejszy?
Bo śliczny.
To najładniejszy aparat serii EOS, modernistyczny, najmniejszy w historii tego systemu, a do tego jeden z nielicznych pokryty metalową obudową. Wzornictwo tego sprzętu dało inspiracje dla paru innych, zupełnie niecanonowskich aparatów m. in. kompaktów Sony.

Parametry miał niezłe, jak na model amatorski, część wnętrzności wzięto prawdopodobnie ze średniej półki Canona, dedykowanej entuzjastom. Ale nie ma się co nad parametrami rozwodzić, skoro nie kupuje się go dzisiaj dla robienia zdjęć. Więcej o aparacie poczytacie TUTAJ


Dla amatorów              0/10                

Dla entuzjastów           1/10
Dla wariatów sprzętowych  8/10
Wygoda użytkowania        5/10
Trwałość                  8/10
Parametry techniczne      5/10
Rok premiery              1996

Co można rozważać zamiast? Wyciskacz do cytryn Starcka.

Opisywany szerzej na Fotodinozie:


EOS 650. Blisko klasyki.

Najstarszy i najmłodszy Canon EOS na film (650 i 300x).

To pierwszy aparat systemu EOS. Czy to coś znaczy? 
Znaczy.
Najprawdopodobniej najbardziej "vintage" z wszystkich aparatów Electro Optical System. Dość powiedzieć, że w pewnej części jest metalowy. Osiągami nie zachwyca, są na poziomie późniejszych amatorskich modeli. Zachwyca dwoma rzeczami - wizjerem, o wielkim powiększeniu i pokazującym pełny kadr, jakby był przystosowany do ręcznego ostrzenia (bo tak było w istocie). Prostotą i intuicyjnością obsługi - jest tam mało przycisków i pokręteł, bo też funkcji jest mało. Ten aparat mówi całym sobą - służę do zdjęć, a mój główny bajer to autofokus. Rzeczywiście - w czasie premiery był to nie lada cymes. Canon 650 ma pewne

wtorek, 7 kwietnia 2020

Aparat Colani i jego aparaty.



Luigi Colani Canon C.Bio 1982

Było cymbalistów wielu. Ale jak on zagrał - to wszyscy zaraz umilkli zadziwieni... A nie. To chyba umilkli strzelcy i stali szczwacze zadziwieni... Czy jakoś tak.
A imię jego: Luigi Colani.
Nie. To nie był fotograf. To był projektant wzornictwa przemysłowego. Facet który stworzył współczesne wzornictwo większości aparatów fotograficznych typu lustrzanka. Było to dość dawno temu, mianowicie w 1986 roku. Nikon zaczął w latach 80-tych współpracować ze znanym włoskim stylistą Giorgio Giugiaro (tym od Volkswagena Golfa i Fiata Punto), natomiast Canon ułapił na stypendium w szkole designu w Tokio Szwajcara Luigiego Colaniego. 
Można rozważać, jak wyglądałyby dzisiejsze aparaty Canona, gdyby ułapiono kogoś innego. Ale Colani był pod ręką i chętny.
O jego pierwszej, epokowej pracy dla Canona - manualnym modelu T90 pisało się już na Fotodinozie - do dziś z jego pomysłów czerpią projektanci kolejnych generacji canonowskiego sprzętu, zwłaszcza tego najcięższego kalibru - profesjonalnej serii "1".
Co prawda, dzisiaj epoka Colaniego kończy się powoli, wraz z powolnym zmierzchem klasycznego systemu EOS i rozkwitaniem systemu bezlusterkowego EOS-R. Prawdę mówiąc powinni moim zdaniem znowu zatrudnić jakiegoś Włocha czy Szwajcara, albo kogokolwiek ogarniętego, bo wszystkie nowe aparaty systemu EOS-R wydają się niekształtne, brzydkie i bez proporcji. W przeciwieństwie do T90.

Colani był wizjonerem wręcz wariackim, pracując wcześniej (za młodu) w przemyśle lotniczym, oraz zajmując się na co dzień tworzywami sztucznymi i kompozytami był propagatorem maksymalnie obłych, aerodynamicznych kształtów, z tendencją do szokowania.



Krzesło Colaniego 1968

Samochód Colaniego 1970


Luigi Colani i jego ciężarówka. Lata 80-te.

Luigi Colani i jego motocykl.

Od najwcześniejszych lat pracy inspirował się naturą i propagował coś, co dziś zwiemy bio-designem. Stronił od projektowania w komputerach (kiedy było to już możliwe) i stronił od używania linii prostych. "Kiedy projektuję formę przeznaczoną do dużych prędkości zastanawiam się zawsze jak zrobiłaby to natura. Jeśli wymyślam kształt, który ma być hydrodynamiczny - patrzę na rekina. 140 milionów lat rekin pozostawał bez zmian - czy to sukces?" - mówił w wywiadach. "Nie jestem projektantem, jestem rzeźbiarzem" - twierdził. Popularność zdobył w latach 70-tych, kiedy to nawet uzyskał własną kolumnę felietonową w niemieckim "Sternie", gdzie bez pardonu krytykował funkcjonalizm (między innymi Bauhaus) i przedstawiał własne szkice. Sam oczywiście także spotykał się z gruntowną krytyką, co oczywiście wcale nie przeszkadzało Szwajcarowi, ponieważ lubił przedstawiać się jako geniusz zapoznany. Prowadził własne studio projektowe i wypuszczał serie własnych, rozchwytywanych mebli, jednak jego ego, oraz bezkompromisowa i nieco gwiazdorska postawa nie ułatwiały pracy z firmami przemysłowymi. Przez długie lata żaden z jego projektów motoryzacyjnych nie doczekał się realizacji.
Najbliżej realizacji swoich wizji znalazł się, paradoksalnie w Japonii u Canona.
Colani zwykle szedł za głosem instynktu, trenując formy podsuwane przez wyobraźnię, od czasu do czasu poświęcając funkcjonalność na rzecz wyglądu. Tak działał w przypadku swoich prototypów, uzyskując czasami szokująco ciekawe efekty. W projektach produkcyjnych dla Canona musiał powściągać swe zapędy, bo i technika i marketing temperowały nieco jego fantazję - aparat musiał po części trafiać w przyzwyczajenia fotografów i być kuszący, ale nie drastycznie inny od tego co znali.






Egzemplarz ekspozycyjny Canona T90 pokazujący wnętrzności i ich rewolucyjny układ - m.in. baterie w uchwycie pionowym, oraz trzy osobne silniki do obsługi napędu, lustra i migawki.

T90 wyznaczył funkcjonalne ścieżki dla Canona (i innych) na następne 30 lat - postęp elektroniki spowodował też wyraźne zmiany w funkcjonalności sprzętu - to co dawniej musiało być

piątek, 25 października 2019

Top 15 najważniejszych aparatów w historii fotografii cyfrowej (część 1)

Wiecie ile lat ma już fotografia cyfrowa? Nie domyślicie się! 
Nie wiadomo ile. 
Ale z pewnością nie mniej niż 44 lata. A raczej więcej. O kłopotach z ustaleniem palmy pierwszeństwa w dziedzinie fotografii możecie poczytać na Fotodinozie - TUTAJ. Była to technika mająca wielu ojców i wiele matek, a z tych ojców i matek narodziło się wiele dzieci. Nie wszystkie są uznane za pochodzące z prawego łoża i nie wszystkie były udane. Niektóre wcale nie istniały, ale nie przeszkadzało im to być kamieniami milowymi cyfrowej fotografii. Takie to paradoksy, proszę Państwa!
Nie ma też światowej zgody co do tego, jakie były najważniejsze aparaty na tej drodze. Nie ma jasności.

Bo nie mam jasności w temacie Marioli
Nie mam jasności - i dość mnie to boli..
Jak ona mówi - Te, nie rób mi wioski!
To daje dowód ironii, czy troski?
(...)
Wyczuj ten klimat, bo z tobą wymięknę!
I niech to dojdzie do ciebie powoli:
Że życie właśnie dlatego jest piękne,
Że nie ma jasności w temacie Marioli!

             Wojciech Młynarski

Nie ma jasności, ale są przebłyski w temacie aparatów cyfrowych. Można sobie wybrać po prostu, subiektywnie, własny wybór kamieni milowych, co do których ma się własne, subiektywne przekonanie, że były najistotniejsze. A przynajmniej najbardziej obrazowe.
Dość istotne w tym wszystkim jest określenie, co to jest aparat cyfrowy. Bo zanim były dzisiejsze aparaty cyfrowe, była przecież i telewizja i wideo i zdjęcia elektroniczne i skanowanie telewizji. Za sprawą wiernego czytelnika Benny'ego uznałem, że aparat cyfrowy to urządzenie produkujące pliki, które mogą być odczytane przez komputer. Przy każdym aparacie zaznaczam zatem, czy takowe produkował.
Dość tych wstępów! Oto mój worek kamieni milowych. 
15 najważniejszych aparatów cyfrowych w historii fotografii:




1. Łuna 3, Krasnogorskij Mechaniczeskij Zawod. 1959 rok.
Wczesna fotografia cyfrowa wzięła, tak naprawdę, bardzo dużo z telewizji. Nawet więcej z telewizji, niż z fotografii analogowej na film. A i z techniki skanowania wzięła dużo. Nie obyłoby się bez różnych pomysłów na skanery, które to pomysły sięgają jeszcze czasów międzywojennych. Łuna 3 dość spektakularnie skorzystała z powyższych wynalazków.
Łuna 3 to nie jest nazwa aparatu. To radziecka sonda kosmiczna wysłana w październiku 1959 roku na okrążenie Księżyca. Na pokładzie znajdował się specjalny, ale klasyczny aparat na film 35mm, z podwójnym obiektywem, a raczej z dwoma przemiennymi - 200mm f/5,6 i 500mm f/9,5. Z tego pierwszego dało się uzyskać z Łuny-3 zdjęcia całej tarczy Księżyca, a z drugiego - zbliżenia fragmentów.




 Sonda musiała być stabilizowana silnikami, żeby zatrzymać swój ruch wirowy i móc skierować obiektywy w stronę satelity Ziemi. Aparat strzelił automatycznie 29 klatek, następnie film został przewinięty do automatycznego wywołania, utrwalenia i osuszenia. Był to zapewne pierwszy fotolab, który opuścił planetę Ziemia. Następnie negatyw został naświetlony lampami katodowymi na fotopowielaczu lampowym, który zamienił jasne i ciemne partie zdjęcia na impulsy elektryczne. Te zostały wysłane radiowo na Ziemię, jako sygnał telewizji wąskopasmowej. Aparaturę skonstruował producent aparatów Zenit i Zorka 5 (z której, jak wiadomo, strzeliłem kilka zdjęć) zakłady KMZ z Krasnogorska.





Aparatura odbiorcza do sygnałów z sondy.

 Bez wynalazku telewizji wąskopasmowej, dokonanego w USA dwa lata wcześniej Łuna-3 niewiele by zdziałała. A najlepsze jest to, że użyty w Łunie-3 film był amerykański! Pochodził - ta dam!- z przechwyconych w Sowieckiej Rosjii balonów szpiegowskich USA. Był odporny na temepraturę i promieniowanie. 
Sonda Łuna-3 spaliła się w atmosferze ziemskiej. Ale zanim się spaliła, przekazała na Ziemię 12 lub 17 zdjęć (różne źródła różnie podają) z ciemnej strony Księżyca. Dzięki temu ludzkość zobaczyła ową ciemną stronę po raz pierwszy w swej historii.

Czy był sprzedawany? - nie
Czy dawał pliki do odczytania na komputerze? - nie




2. Nieistniejący aparat cyfrowy Eugene F. Lally'ego. 1961 rok.
Pan Eugene Lally, to był gość, o którym nikt nie wie, a wszyscy używają jego wynalazków. W latach dziecięcych dostał aparat Kodak Brownie, który spowodował jego zainteresowanie fotografią i techniką. W wieku 14 lat (!!!) wynalazł on metodę korekty czerwonych oczu na zdjęciu, za pomocą błysków stroboskopowych. Mamy ten bajer aktualnie w każdym aparacie, a o tym kto go wynalazł - nie mamy pojęcia. To jednak było nic, wobec jego późniejszych pomysłów.

poniedziałek, 26 sierpnia 2019

Canon D2000 . Czy Canon 2000D ? A może Kodak? Bo mi się to miesza.

Rok temu fotografowie amatorzy zadrżeli z wrażenia - Canon wypuścił na rynek niezwykle tanią lustrzankę cyfrową EOS 2000D.
Ale ja nie o tym.
Dwadzieścia jeden lat temu profesjonaliści zadrżeli z wrażenia - Canon wypuścił na rynek niezwykle drogą lustrzankę cyfrową EOS D2000.
A właściwie to nie Canon go wypuścił, tylko Kodak.
Zaraz... To o którym Canonie wolicie? Nowym i tanim? Nie, niestety, będzie o starym i drogim.
Halo halo, tu Fotodinoza. Dinozaury fotografii, nic mniej!


Canon EOS D2000. Fot. Morio, licencja C.C.
Jeżeli miałbym wymienić pierwszy cyfrowy aparat fotograficzny, który działał właściwie równie dobre jak dzisiejsze, to byłby właśnie ten. Że co?... Nie, nie ma wifi. Bluetooth też nie. Filmy? A to ktoś kręci filmy lustrzanką? Wszyscy? A to przepraszam, może przesadziłem z tą współczesnością Canona D2000.
Niemniej był to aparat wyposażony całkowicie współcześnie, pod względem funkcji fotograficznych, a wiele późniejszych aparatów przerastał o głowę. Nie. Mało. O dwie do trzech głów. Co wydaje się niewiarygodne w tak zamierzchłych czasach, ale jednak. Pod wieloma, doprawdy, względami przerasta sporo dzisiejszych cyfrowych lustrzanek. Nie przerasta ich jednak pod dwoma aspektami - rozdzielczości i ceny.
Miał jedynie 2 Megapiksele. W dzisiejszych czasach wydaje się to śmiechu warte, ale, jak wtajemniczeni wiedzą - nie tylko rozdzielczość się liczy, ale i jakość owych pikseli ma spore znaczenie. Istniała jeszcze wersja z 6 Megapikselami, dla tych, którym standardowe dwa nie starczały. Droższa wersja.

W swej karierze cyfrowego fotografa używałem przez parę lat aparatu o sześciu megapikselach (Canona 10D) i zapewniam, że owa niewielka (jak na dzisiejsze czasy) rozdzielczość nie stanowiła najmniejszego problemu. Jedyną niedogodnością był brak możliwości wykadrowania poziomego kadru z pionowego zdjęcia i odwrotnie. Znaczy się - można było, tylko że nie do dużych powiększeń. W sam raz na zdjęcia do internetu, tyle, że, niestety, nie miałem wtedy nawet swojego internetu. Kopałem go łopatką u kolegi, albo zgrywałem w pracy na pen drive dyskietki i płyty CD.
Dzięki brakowi możliwości solidnego przycinania zdjęć nauczyłem się starannie kadrować (co mi zostało do tej pory - 99% zdjęć na Fotodinozie stanowi pełen kadr, bez żadnego obcinania).

2 miliony pikseli w Canonie D2000 również nie było dla użytkowników specjalnym problemem, aparat ten i tak bił na głowę wszystko co miało większy pikselaż.

Trochę większym problemem mogła być cena. Kosztował 15000 dolarów. Przypominamy, że był wtedy rok 1998, a dolary trochę więcej warte. Jego sześciomegapikselowa wersja Canon D6000/ Kodak DCS 560 kosztowała równo dwa razy tyle tj. 30000 baksów, zatem był to dość słono płatny upgrade. Zważywszy, że poza tym aparaty te były właściwie identyczne.


Fot. Ashley Pomeroy, licencja C.C.
To w końcu Canon, czy Kodak? Bo mi się to miesza. A tego byśmy nie chcieli (cytat z Jamesa Bonda).

Kodak, jako pionier cyfrowych lustrzanek, zadebiutował aparatami DCS, opartymi na Nikonie. Nikon, notabene, nie był w ogóle świadomy tego faktu i niewiele wiedział o tym, że jego analogowa lustrzanka staje się właśnie, za sprawą Kodaka, lustrzanką cyfrową. Dowiedział się dopiero na konferencji prasowej podczas premiery w 1991 roku. 

Współpraca Kodaka i Nikona nie szła nigdy gładkim torem, bo Nikon pracował równolegle (choć powoli) nad swoimi lustrzankami cyfrowymi. Kodak od początku lat 90-tych budował swoje aparaty nie w oparciu o najwyższe, profesjonalne modele Nikona, typu F4, czy F5, tylko o tańsze modele amatorskie. Prawdopodobnie za sprawą braku zgody Nikona na

piątek, 26 kwietnia 2019

Jaki aparat Canon dla amatora. 2019


Gdybym był amatorem (a nie pełnym półprofesjonalistą, którym jestem) to bym chyba zwariował usiłując znaleźć na rynku jakiś aparat Canona dla siebie.

Canon sprzedaje w sklepach z siedem modeli amatorskich, pochodzących z różnych generacji i ponazywanych tak, żeby maksymalnie zmylić przeciwnika. Znaczy się klienta.

I już Zupełnie Zmylony, powiedział prędziutko i piskliwie:
-To jest pułapka na Misie i ja czekam, żeby w nią wpaść, ho-ho! Co to wszystko znaczy, i potem ja powiem jeszcze ho-ho jeszcze raz! (cytat)


Ponieważ od czasu do czasu ktoś ze znajomych pyta mnie jaki aparat kupić, postanowiłem nie być już Zupełnie Zmylonym, tylko na chłodno przeanalizować co z tej masy Canonów można brać, a co nie.


Jaki system?

Na wstępie takie uwagi: na rynku praktycznie nie ma dziś aparatów kiepskich. Wszystkie są przynajmniej dobre. Można jako pierwszy aparat dla zainteresowanego fotografią kupić bezlusterkowca, można kupić  lustrzankę. Bezlusterkowce uważa się dość powszechnie za przyszłość fotografii, ale póki co, ponieważ nadal jesteśmy w teraźniejszości, jeszcze rynku fotografii nie opanowały. Lustrzanki nadal trzymają się mocno. 


Kupując jakiś aparat z wymiennym obiektywem użytkownik zostaje wkręcony w cały system akcesoriów danego producenta. Jeżeli jeszcze nie wiecie, czy fotografia będzie was podniecać, chcecie tego dopiero spróbować - niemal każdy z systemów (Nikon, Canon, Minolta, Sony, Olympus, Panasonic itd.) ma jakieś w miarę niedrogie amatorskie zestawy aparatu z obiektywem, lub dwoma. Nie ma większego znaczenia co wybierzecie, w ostateczności możecie to za jakiś czas sprzedać, lub wręczyć chrześniakowi w prezencie. 

Natomiast gdy każdą chwilę poświęcacie na kadrowanie zdjęć smartfonem, czy kompaktem, a waszym hobby jest poszukiwanie pięknych widoków czy fajnych ujęć i potrzebujecie do owego hobby lepszego narzędzia - tutaj wybór systemu będzie dość istotny, bo fajnie jest kupić aparat, który da możliwość późniejszego dalszego wyboru w zakupach obiektywów, lamp błyskowych w rozsądnych cenach. Choćby używanych.

Bezlusterkowce mają pewne zalety, ale mają też wady. Są zwykle mniejsze, bez wyjątku wyposażone w wyświetlacze zamiast wizjerów i komunikację typu wi-fi lub bluetooth (co będzie atrakcyjne dla osób przywiązanych do smartfonów i mediów społecznościowych). Jednakże na ogół są nieco droższe (co jest nieuzasadnione, bo są tańsze w produkcji niż lustrzanki), zużywają szybciej baterie, a przede wszystkim są produktem dość młodym. Powoduje to, że gama obiektywów i akcesoriów do nich jest zwykle uboższa niż w lustrzankach. Do tego większość obiektywów dostępnych na rynku jest nowa, a używanych sprzętów jest do nich bardzo mało. Kupując bezlusterkowca skazujemy się raczej na późniejsze dość drogie zakupy nowych obiektywów. 

Są na to oczywiście pewne rady - przejściówki umożliwiające podłączenie do bezlusterkowca obiektywów z innego systemu - ale sposoby te niwelują nieco jedną z zalet bezlusterkowców, jaką są niewielkie wymiary sprzętu, do tego nie zawsze działają idealnie.

Ja na razie jestem za lustrzankami, no chyba że pieniądze nie mieszczą się wam w banku.

Wybierając lustrzankę skupiałbym się najbardziej na dwóch systemach, najszacowniejszych na rynku - Canonie i Nikonie. Istnieją jeszcze Pentaxy, Olympusy czy wymierające lustrzanki Sony z bagnetem A, ale żaden z tych systemów nie da wam takiej ilości akcesoriów i obiektywów, jak wspomniane dwa powyżej. Zajrzyjcie na Allegro czy Ceneo, a szybko się o tym przekonacie.
Skupię się tu na Canonach, bo znam je najlepiej i od kołyski.

Canony 2019

Najtańsze aparaty Canona to aktualnie (2019):

EOS 4000D - nowy
EOS 2000D - nowy
EOS 1300D - nowy, ale już mało dostępny
EOS 750D - nowy
EOS 760D - nowy
EOS 800D - nowy
EOS 200D - nowy




Prawie wszystkie powyższe nowe aparaty mieszczą się w granicach 2000,- złotych, a najtańszy kosztuje niecałe 900,- (bez obiektywu).

do tego należy rozważać niedawne modele używane:
EOS 1200D
EOS 650D
EOS 700D
EOS 100D




Wszystkie powyższe Canony są, o dziwo, tylko trochę od siebie różne, natomiast w swych podstawowych mechanicznych komponentach - całkiem podobne. Wszystkie używają tej samej migawki, i wszystkie tego samego rodzaju wizjera.

Jakie są między nimi realne różnice, a co najważniejsze - czy amator w ogóle odczuje te różnice?


poniedziałek, 1 kwietnia 2019

Luksus kontra grat. Canon EF-S 24 f/2,8 vs Sigma 24 f/2,8 Super Wide Macro.





Dzisiaj będzie test całkowicie w pełni półprofesjonalny. Umiarkowany luksus i umiarkowany grat. Dwa sprzęty w bardzo atrakcyjnych cenach, na które stać nawet amatorów. Podstawowe pytanie testowe brzmi - gdzie jest postęp, panie Mecenasie?
Czy zdołamy dobrnąć do odpowiedzi?

Do każdego z tych obiektywów mam stosunek entuzjastyczny, choć do każdego inny. Boż one są różne jednak, pomimo podobieństw. Najpierw podsumujmy nówkę.

Naleśnik




Canon wypuścił na rynek obiektyw, którego nikt właściwie się nie spodziewał. Nikt się nie spodziewa hiszpańskiej inkwizycji! Nikt na niego nie liczył, ani o nim nie marzył szczególnie. Ba! ten obiektyw dublował wręcz inny model Canona, od lat już istniejący. Jednego z pierwszych stałoogniskowców w systemie EOS - EF 24 mm f/2,8 z 1988 roku, prostego, skutecznego i lubianego, zastąpionego potem znacznie droższą wersją ze stabilizacją obrazu (2012 rok). 
Nowy Canon pojawił się w 2014 i nazywał się niemal identycznie: EF-S 24 mm f/2,8, kluczowa jednak była literka S w nazwie, oznaczająca sprzęt przeznaczony na małą klatkę APS-C, podczas gdy stara, dwudziestopięcioletnia 24-ka EF obsługiwała oczywiście pełną klatkę, bo stworzono ją w czasach filmu analogowego. 


Pierwsze EF 24mm f/2,8 Canona, rok 1988

Drugie EF 24mm f/2,8 IS STM, rok 2012

Trzecie EF-S 24mm f/2,8 STM - naleśnik, rok 2014


To były czasy! Wtedy jeszcze dzisiejszą "pełną klatkę" nazywano filmem małoobrazkowym. Dopiero dzisiaj zyskała status luksusu i nobilitującą nazwę. Wtedy kingsajz był dla każdego.

Wszystko to przez matryce cyfrowe, które zredukowały standardowy rozmiar. Nowy model EF-S oprócz przeznaczenia na amatorskie matryce cyfrowe miał jednak jedną wyróżniającą się wybitnie cechę - był obiektywem typu Pancake. Pierwszego w swej historii naleśnika wypuścił Canon rok wcześniej, był to pełnoklatkowy model EF-S 40 f/2,8 STM. Dwudziestkaczwórka została jego młodszym bratem na małe matryce.
 Wygląda mi też na to, że te dwa obiektywy były w ogóle pierwszymi "naleśnikami", jakie Canon w swojej historii (od 1933 roku) wyprodukował.

Obiektywy typu naleśnik pojawiły się na świecie za sprawą fizyka pana Paula Rudolfa z firmy Zeiss już w 1902 roku. Skonstruował on prosty obiektyw z czterech soczewek o niezwykle małych rozmiarach, bardzo płaski - Zeiss Tessar. Wszystkie późniejsze naleśniki są pochodną tej konstrukcji. Mimo zadziwiająco małej grubości optyka Tessara jest znana z wysokiej jakości obrazu. 
Po osiemdziesięciu latach swojego istnienia zdecydował się na niego i Canon.

Konstrukcja naleśnikowego obiektywu 24mm na małe matryce APS-C miała sens jeszcze większy niż wcześniejsze o rok 40mm na pełną klatkę, bo pasowała niewielkimi rozmiarami do rozmiarów amatorskich aparatów. Zyskiwała go dodatkowo, wobec spodziewanego ataku aparatów bezlusterkowych konkurencji. Canon zawczasu pomyślał o miniaturyzacyjnym orężu, pozwalającym się doczepiać do jego najmniejszej lustrzanki i chwalić się podobną poręcznością co atakujące go Sony czy Olympusy.
Obydwa naleśniki Canona miały dość umiarkowaną cenę, która taką pozostała do dziś - są jednymi z najtańszych jego obiektywów. Czy warto, panie Mecenasie rozważać zakup takiego ledwo odstającego od aparatu gówienka?

Staruszek




Drugi obiektyw jest najpopularniejszą w czasach przedcyfrowych Sigmą. Sigma załatwiła tym sprzętem wielu producentów na cacy. Zabiła nim wiele much za jednym zamachem. Po pierwsze jest to obiektyw - uwaga uwaga, nie uwierzycie - o rok starszy niż cały canonowski system EOS. Wyprodukowano go z myślą o pierwszym autofokusowym aparacie świata sprzedawanym z sukcesem, czyli Minolcie 7000. Sigma zmodernizowała wtedy swój manualny obiektyw 24 mm, konstruując narzędzie do podgryzania dużych graczy rynkowych, którym wtedy w żadnym razie nie była. Zbudowano zatem sprzęt wszystkomający - po pierwsze mocno szerokokątny, po drugie dający rekordowe możliwości zbliżenia makro, po trzecie niewielki, a po czwarte prawie o połowę tańszy niż wszystkie podobne obiektywy konkurencji.

niedziela, 20 stycznia 2019

Luksus contra Grat. Canon 100 f/2,8 Macro L USM vs Sigma 90 f/2,8 Macro



Właściwie to cały ten blog powinien mieć taki tytuł. Już nawet parę tego typu wpisów było - na przykład Canon 70-200 f/2,8 L contra trzydziestopięciolatek 70-210 f/4 - LINK. Może powinno się stworzyć cykl.
No to cykl (cytat).

Nowe kontra stare

Dostał się był w nasze (w pluralis majestatis) fotodinozowe ręce obiektyw, jakiego byśmy sobie najpewniej nigdy nie kupili. I to zupełnie nie dlatego, że jest niedobry. Wręcz przeciwnie, wedle wszelkich znaków, bardzo dobry. Przeciwko niemu przemawiają dwie następujące przemowy - jest dość drogi i druga przemowa - że nie potrafilibyśmy go właściwie wykorzystać. 
Ta druga przemowa świadczy przede wszystkim przeciwko Fotodinozie, a nie przeciwko obiektywowi. Ale co zrobić. Nie jestem makrowcem. Nie fotografuję na ogół żadnych żyjątek mniejszych niż kot sąsiadów, nie robię zbliżeń łebków od szpilki i nie zastanawiam się ile aniołów mieści się na ich powierzchniach. Obiektywy makro oceniam pod kątem ich przydatności do zupełnie innych celów, niż zostały zbudowane.
Porządnego testu tego obiektywu nie będzie. I kto się go spodziewał, ten może przestać już czytać. Będzie test nieporządny.
Będzie test dający (mam nadzieję) niejaką odpowiedź na pytanie - czy nowe i drogie jest rzeczywiście lepsze niż stare strasznie stare i tanie. No bo chyba jest?
Czy jednak nie?


poniedziałek, 12 listopada 2018

Top 10 +++ Nie najtańsze tylko NAJDROŻSZE obiektywy do Canona EOS, które mają coś w sobie.

Zbudowałbym ja dom najwyższy na świecie
W samym by sercu miasta stał.
A schodów by bez liku było w domu tym,
Okropnie dużo w górę w dół ciut-ciut
I donikąd schody też bym miał,
Bo sobie tak akurat życzyłbym.


W podwórku to ja chcę dorodny mieć drób
Co krok "gul, gul", "kwa, kwa", "gę, gę"
Taki koncert - ojojoj! - jak ze snu,
Tu indyk, tam znów gęś, coś z kaczek i coś z kur
I już każdy w krąg połapie się,
Że właśnie ja, milioner, mieszkam tu.

Gdybym był bogaczem
Dejdel didel dejdel
Digu digu didel, dejdel dum...



Zrobiło się już Top Ten dziesięciu NAJTAŃSZYCH obiektywów do Canona EOS - LINK, to teraz trzeba zrobić Top Ten najdroższych. Taki dream team, bez ograniczeń. Na wszelki wypadek jednak - przymrużcie jedno oko. Do rzeczy zatem:

10+. Canon 1200 f/5,6 L USM  ostatnia polska cena 402.900,- zł


Jeden z niewielu solidnych testów Canona 1200mm : https://www.the-digital-picture.com/Reviews/Canon-EF-1200mm-f-5.6-L-USM-Lens-Review.aspx

Jeżeli interesujecie się sprzętem fotograficznym, albo chociaż czytacie Fotodinozę, to musieliście o nim słyszeć. To najdłuższy kiedykolwiek produkowany obiektyw autofokus działający z Canonem EOS. Niech was nie zmyli przesłona f/5,6 - jak na tę długość może uchodzić za superjasne szkło. Nie produkują go już, a nawet wtedy kiedy go produkowali powstawał na indywidualne zamówienie. Dzisiaj występuje tylko w jednym miejscu - raz na parę lat na Ebay'u. Wtedy robi się mały szum i piszą o tym wydarzeniu portale fotograficzne.
Ostatnia cena nowego obiektywu w Polsce to właśnie wspomniane czterysta tysięcy złotych. Dzisiaj nie wiadomo, bo zmieniła się relacja do dolara, a Canony 1200 f/5,6 robią się coraz bardziej egzotyczne. Sprzęt był zaprojektowany do poprzedniego mocowania Canon FD z lat 80-tych, ale z tym bagnetem nigdy nie był sprzedawany. Na igrzyska w Los Angeles w 1984 roku Canon, celem szumu i promocji, dostarczył fotoreporterom do użytkowania pięć sztuk tego szkła, ale potem wszystkie wróciły do producenta, by zostać pod koniec lat 80-tych przerobione na autofokus i mocowanie EF. Nieznana jest ilość wyprodukowanych w sumie egzemplarzy, podejrzewa się, że zostało wypuszczone około 20 sztuk. Z wyjątkiem wspomnianych pięciu sztuk żaden obiektyw nie wszedł do produkcji przed tym, zanim za niego nie zapłacił klient. Było to zrozumiałe, bo do jego stworzenia potrzeba było dwóch ogromnych soczewek z fluorytu, powstających metodą hodowania kryształów (nie licząc jedenastu pozostałych ze zwykłego szkła). Wytworzenie soczewki fluorytowej trwało minimum 18 miesięcy.





Nie jest to obiektyw bez wad. Pierwsza to rozmiar, przekraczający 83 centymetry i waga 16,5 kilograma. No ale, jak się ma kasę na ten obiektyw, to i na tragarza wystarczy. Druga "wada" to brak stabilizacji ostrości, ale ten obiektyw powstał przed jego wprowadzeniem na rynek. W zestawie sprzedawano Canona po prostu wraz z dedykowanym statywem w odpowiedniej walizce. 
Minimalna odległość ostrzenia to - tadam! - 14 metrów.
Za to sprzęt jest kompatybilny z konwerterem x 1,4 i x 2, po założeniu tego ostatniego otrzymujemy 2400 mm ze światłem f/11. Nie każdy apatat będzie zdolny do wyostrzenia przy takiej ciemnicy, ale jak już wyostrzy, to można zobaczyć przez niego sznurówkę, którą zgubił Neil Armstrong na księżycu.


Zdjęcie porównawcze - Londyn obiektywem 50mm. Fot https://www.mpb.com/en-uk/

Zdjęcie porównawcze - Londyn obiektywem 1200mm, z tego samego miejsca. Fot https://www.mpb.com/en-uk/ - ten sklep z używanym sprzętem sprzedawał Canona 1200mm w 2014 roku.

Legendy głoszą, że obiektyw ten powstał by umożliwić zrobienie zbliżenia twarzy japońskich zawodników baseballa, stojących na bazie na największym azjatyckim stadionie Koishen w Nishinomiya (118 metrów boiska, 80 tysięcy widzów, zbudowany w 1924 r).
Trzeba powiedzieć, że to dość egzotyczny obiektyw, jak na masowego producenta znanego z drukarek i faksów. Mówi się, że kilka egzemplarzy zostało zamówione przez służby specjalne paru krajów.
My name is Bond. James Bond.

Rozważałbym:
Sigmę 1000 f/8, którą Fotodinoza testowała - TUTAJ. Ciemniejszy, ale znacznie bardziej dostępny obiektyw ekstremalny. Dużo wad, ale za to cena używki zaledwie 3500,-


10. Canon 600 f/4 L IS USM III 48.800,- zł 
 







No, jak tanio od razu się zrobiło! Cena spadła dziesięciokrotnie w porównaniu z numerem 10+. A i tak jest to jeden z dwóch najdłuższych dzisiaj oferowanych przez Canona obiektywów, a przy tym w swoich parametrach nie ma żadnej konkurencji. żadna Sigma, Tokina czy Tamron nie produkują podobnie jasnych stabilizowanych stałooogniskowców, wielkości czteroletniego dziecka (po założeniu osłony). Nie ma też żadnych zoomów o tym zasięgu, które zachowują jasność f/4. Zatem w swej klasie - jedyny i najlepszy przedstawiciel dla aparatów Canon EOS. Ale nie tylko najlepszy, bo jedyny. Szkło cechuje całkowity brak dystorsji geometrycznych, praktycznie żadne aberracje chromatyczne, rewelacyjna ostrość i kontrast. Ma stabilizację obrazu zbliżającą się skutecznością do pięciu działek przesłony. Da się z tego obiektywu, ważącego 3,920 kg robić nieporuszone zdjęcia z ręki z czasem 1/25 - 1/15 sekundy! Rzecz wręcz niewiarygodna, ale potwierdzona.
Do tego w najnowszych wersjach tego garłacza wprowadzono dodatkowy tryb stabilizacji - włącza się dopiero po dociśnięciu spustu do końca i nie powoduje "pływania obrazu w wizjerze" kiedy ostrzymy na cel, znanego z tańszych obiektywów. Działa równie skutecznie. Stabilizacja wyczuwa również automatycznie, kiedy zamocujemy naszą lufę na statywie.
Ostrzenie manualne także wyposażono w dwa tryby - z przełożeniem szybkim i wolnym. Co kto lubi. Ja lubię.
Narzędzie idealne do strzelania dzikich i baaardzo dzikich zwierząt, z odległości gwarantującej przeżycie. Na oko połowa ze zdjęć konkursu "Wildlife Photographer of the Year" jest strzelana tym obiektywem. Większość strzelających Formułę 1 także go używa.


Canon 600 f/4 L IS USM. Fot. materiały producenta.