wyświetlenia:

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nikon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nikon. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 października 2023

Picasso, Moskwa i Mercedes 300SL - słynny David Douglas Duncan.


 


Są takie zdjęcia, które muszą pojawić się w zestawach typu "sto najważniejszych fotografii świata". No, tak już jest. Wszyscy uznają ich nowatorstwo i wpływ, jaki wywarły. Wśród nich zdjęcia wojenne. Prześwietlona inwazja w Normandii Roberta Capy. Zdobycie Iwo Jimy Jima Rosenthala z pochyloną amerykańską flagą, wietnamska dziewczynka poparzona napalmem Nicka Uta. Wśród nich znajdą się zwykle zdjęcia Davida Douglasa Duncana z wojny w Korei.




 

Takiego obieżyświata, wagabundy, podróżnika jakim był Duncan, to, doprawdy, ze świecą szukać. W 1966 roku wydał album pod tytułem "Yankee Nomad". Te dwa słowa opisują go bardzo dobrze. Był wszędzie tam, gdzie się coś działo. W bitwach na południowym Pacyfiku, gdzie sam brał karabin do ręki i walczył z Japończykami, pod Okinawą, wreszcie na okręcie USS Misouri, na którym podpisywano akt kapitulacji Japonii (napisałem już o fotografiach z Misouri, nieco żartobliwie - TUTAJ). Po zdjęciach z kampanii na Pacyfiku zwerbował zaraz Duncana wpływowy i poczytny "Life Magazine". Dla tego ilustrowanego pisma zrobił fotoreportaże z końca brytyjskich rządów w Indiach, z Turcji, z Bliskiego Wschodu, z Europy Wschodniej oraz Afryki. A potem kolejnych konfliktów w Azji.



A zaczynał chłop przez przypadek. W 1938 roku studiując na Uniwersytecie Arizony archeologię (nie ukończył, ale zainteresowania miał szerokie - potem studiował jeszcze zoologię i hiszpański), zatem jako młody student interesujący się fotografią natknął się na pożar hotelu w Tuckson. Zrobił zdjęcia, między innymi dramatyczną fotkę, na którym pewien facet usiłuje wrócić do hotelu po swoją walizkę. Jak się później okazało, był to szef mafii John Dillinger, który usiłował wynieść z pożaru walizkę z pieniędzmi z napadu na bank. Duncan zyskał natychmiastową lokalną sławę - zdjęcie zostało przekazane gazecie "Tucson Citizen". Niestety nie tylko nie zostało wydrukowane, ale w niewiadomych okolicznościach zaginęło i do dziś jest znane tylko z przekazów ustnych. Niemniej bardzo ułatwiło dalszą karierę fotoreportera, znanego coraz bardziej pod swoim inicjałem - DDD. Wysyłał zdjęcia do lokalnych gazet, potem do "National Geografic" i "Life", do którego został wreszcie zaangażowany.

To "Life" wysłał go na wojnę w Korei. Ten konflikt okazał się być wielostronnie kluczowy dla fotoreportera. Zrobił tam mnóstwo zdjęć, zebranych

niedziela, 29 września 2019

Jak się zostaje nałogowym Nikonowcem

Otóż znany nestor fotograficzny, autor książki "Tradycyjny i cyfrowy Nikon system", pierwszej w Polsce książki - monografii fotograficznego producenta - Marcin Górko napisał na Fotodinozę wpis gościnny. I to wpis osobisty. Szanowny Pan Marcin jest najprawdopodobniej największym w Polsce znawcą nikonowego sprzętu, a przy tym obywatelem opanowanym manią kolekcjonerską. To cenne. Zgubne, ale chwalebne.
Wywiad z Marcinem, na temat jego książki i pracy dziennikarskiej w latach dziewięćdziesiątych w "Foto-Kurierze" przeprowadziłem jakiś czas temu na Fotodinozie - LINK Teraz oddaję pole relacji autora:

Jak się zostaje nałogowym nikonowcem, czyli uzależnienie od nikotyny to nic, w porównaniu z uzależnieniem od Nikona.
.




 Będzie to historia wesoła i smutna. Wesoła, bo nikt nie zginął a i rodzina powiększała się sukcesywnie; smutna, bo pokazuje samotną walkę naszego bohatera z przeciwnościami losu, pokazuje jego dążenie do celu, które – aż konsekwentne – nie było wcale proste ani łatwe. 
To był deszczowy dzień na początku marca. Pisząc dokładnie, był to 8 marca, jeszcze dość głęboko w poprzednim tysiącleciu. Tego dnia w jedynym słusznym komisie fotograficznym w Łodzi byłem umówiony na odbiór Nikona FM-2n. Wówczas definitywnie zakończyłem epokę systemu Praktica PB i – jak to się teraz mówi i pisze – „przesiadłem się” na Nikona. Gdy lekko drżącymi rękoma pakowałem korpus „eFem-dwójki” do torby, sprzedający życzył mi abym poniżej Ilforda nie schodził oraz abym jak najszybciej kupił sobie „stopiątkę dwa i pół”. Hm, łatwo powiedzieć: „kup sobie 105/2,5!”. To z pewnością było szczere życzenie i poparte dobrą znajomością tego obiektywu, ale w roku 1993, gdy nie istniały fora internetowe, google, ebay i inne współczesne temu podobne dobrodziejstwa, nie tak łatwo było dowiedzieć się czegoś o tym obiektywie. Ponieważ możliwości finansowe nie były szczególnie sprzyjające, nie zastosowałem się do dobrej rady „wujka Darka”, przynajmniej nie od razu… Kilka miesięcy później, już latem, wraz z moim FM-2n, Nikkorem 50/1,4 i Sigmą 24/2,8 którą Jego Ekscelencja Fabrykant raczył już opisać, pojechałem na praktyki studenckie do Szwajcarii. I postanowiłem sobie, że tam zastawię sidła na owego Nikkora 105/2,5. 
Jak myślałem tak zrobiłem – regularnie patrolowałem komisy foto w Zurychu i pewnego dnia w jednym z nich zobaczyłem stojące obok siebie dwa niepozorne Nikkory: 105/2,5 i 135/3,5. Czas więc na bliższe poznanie ich - po kilkunastu minutach „degustacji” postanowiłem kupić…tego niewłaściwego, czyli 135/3,5. O tym wyborze zdecydowała wcześniejsza sympatia do ogniskowej 135mm (jeszcze z czasów Zenita i Prakticy), nieco dłuższa ogniskowa no i co tu ukrywać: niższa cena…. Ową stotrzydziestkąpiątką zrobiłem sporo dobrych – tak mi się przynajmniej kiedyś wydawało - zdjęć i nie było powodu, by na nią narzekać. Mityczna stopiątka dwa i pół pozostała gdzieś tam w głowie, cichutko szepcząc do ucha: „i tak mnie kiedyś kupisz”, a ja zakupowi stawiałem zacięty opór i byłem szczęśliwy z  triem stałek 24+50+135, do których dołączył też zoom 28-85, żeby było śmieszniej w wersji AF….. Ale ten cudowny stan równowagi nie trwał niestety długo: trafiła się okazja kupić Nikkora 200/4 i okazało się, że 135/3,5 jest trochę za długi i trochę za ciemny. Nie musiałem długo myśleć czym go zastąpić… Postanowiłem pojawić się na giełdzie fotograficznej w „Stodole” i zamienić siekierkę na kijek. Ku mojej radości okazało się, że na jednym ze stołów leniwie wyleguje się obiekt moich westchnień, jeszcze bardziej ucieszyłem się, że sprzedający był skłonny w rozliczeniu przyjąć mojego 135/3,5. Trochę mniej mi się podobało, że to ja musiałem dopłacić, no bo gdzie tu logika: płacić więcej za mniejszą ogniskową? Sprzedający – stary wyjadacz –  uświadomił mnie, że właśnie zamieniam zwykły amatorski ciemny teleobiektyw na legendarną portretówkę Nikona.
.


Tak więc targu dobiliśmy a ja miałem świadomość, że zastosowałem się do sugestii otrzymanej w dniu zakupu FM-2n. Z moim 105/2,5 – którego nota bene mam do dzisiaj – polubiliśmy się bardzo: ja o niego dbałem i czytałem mu bajki przed snem, a on pokazywał mi, że równie dobrze sprawuje się w fotografii ogólnej, portrecie, że z pierścieniami pośrednimi daje świetne rezultaty w makrofotografii a i nocne niebo na odpowiednim montażu też da się nim z dobrymi rezultatami zrobić. I sądziłem, że osiągnąłem optyczne ZEN, ale niestety nie było mi dane zaznać spokoju. 

piątek, 14 września 2018

Czy jesteśmy na bieżąco?



Świat zmierza ku destrukcji. Ale za to duch dąży dokąd chce.

Zmiany, zmiany, zmiany. W ostatnim miesiącu wszyscy producenci się wściekli i jak wściekli zaprezentowali swoje najnowsze bezlusterkowce z pełną klatką. Wszyscy za późno, ale co tam. Canon i Nikon, dwa zasłużone brontozaury rozpoczęły pościg za Sony. Podobno w tej samej lidze wystartować ma też Panasonic.

Sony było pierwsze, najpierw powoli, jak żółw ociężale wprowadziło pełnoklatkowe bezlusterkowe aparaty na rynek. Potem zadudniło, zaturkotało, przyspieszyło i popędziło z licznymi ich odmianami. I zaczęło kosić kasę i gnać coraz prędzej. Dwa brontozaury natężyły się, natężyły, ale przez długi czas nie udźwignęły, taki był ciężar. I ryzyko.
Dopiero teraz.
Nowe systemy mocowań bagnetowych obiektywów. "Canon RF" oraz "Nikon Z". Obydwa o znacznie większej średnicy niż znane od zarania mocowania lustrzankowe. Obiecuje to możliwości produkowania jaśniejszych obiektywów. Nikon ma już w planach obiektyw 58mm f/0,95, zatem wygląda to obiecująco.
Ale co to znaczy dla Fotodinozy? Co oznacza dla małej Fotodinozy i jej czytelników ten wielki krok dla ludzkości? Czy trzeba będzie się przebranżowić, przezbroić, wyrzucić do śmieci posiadane sprzęty, odłożyć do lamusa?
Ale ja nie mam nawet lamusa...

Sam jesteś lamus!




Obydwa systemy i aparaty wyglądają smacznie i zraźnie. Mają wielkie matryce, czułości podkręcone do wartości niebotycznych, szybkie migawki, odchylane ekrany, autofokus wyrafinowany maksymalnie. Do tego Canon EOS R ostrzy automatycznie od -6EV, co oznacza mniej więcej, że ostrzy w niemal całkowitej ciemności. Do tego Canon zaprezentował ciekawe jasne obiektywy, jakich nie ma konkurencja na przykład 28-70 ze światłem f/2 i 50 f/1,2. Niemniej Canon jak dla mnie wygląda o ton słabiej niż Nikon.
Nikon schwycił się brzytwy. Nie jest to dziwne, skoro tonął. Aparaty ten nowej serii Z mają zapewne w założeniu postawić słaniającego się Nikona na nogi. A jeżeli nie postawią... Nikon schwycił się więc brzytwy i wpakował w swoje aparaty Z6 i Z7 po prostu wszystko co mógł. A okazało się że mógł stabilizowaną matrycę. Canonowi aż tak nie zależało i stabilizacji nie ma w korpusie. 




Jak wiadomo - zając ucieka szybciej, niż goni go lis, bo zającowi chodzi o życie, a lisowi tylko o obiad.

piątek, 27 stycznia 2017

Canon, Kodak, Nikon, LSD, ta zabawa po nocach się śni.


Ostatni tydzień przyniósł same rewelacje bieżące, tak że nie wytrzymuję tej presji i muszę skomentować.
Po pierwsze: Kodak wznawia produkcję slajdu Ektachrome! (To oni jeszcze żyją?) Okazuje się, że pan Darek Krakowian z Fotonegatywu miał rację- musi być przyszłość!- jak to mówił w wywiadzie Fotodinozy- LINK.

Kodak wraca do korzeni i liczy na entuzjastów analoga chętnych na filmy odwracalne. Ostatni raz strzelałem na slajdach w wieku lat 7-miu, może zatem czas powtórzyć doświadczenia?
Kodak zresztą ma się coraz lepiej, a jak wiemy- miał się gorzej. Oprócz dziesiątek nietrafionych inwestycji i upadku na pysk fotografii analogowej cierpiał także na emerytozę, taką samą na jaką cierpiało General Motors. Tj. firmowe programy emerytalne dla dawnych pracowników. Ponieważ firma Kodak ma sto lat, a życie człowieka się wydłuża (pomimo diety frytkowo- hamburgerowej) tych dawnych pracowników zrobiła się rzesza. I Kodak i General Motors układało się, zdaje się, w tej sprawie z rządem i jakoś pozbyło się balastu emerytalnego.
Nie wiem tylko co na to emerytowani pracownicy Kodaka.
Kodak wywalił też na bruk takie ilości ludzi, że normalnie nie wiem jak oni się tam w ogóle mieścili. Sprzedał tysiące swoich patentów za 525 milionów dolarów- między innymi Facebookowi, Apple'owi, Microsoftowi i Samsungowi.
I dopiero wtedy przestał przynosić 100 mln dolarów strat.
Potem w 2011 roku wszedł ostro na rynek drukarek atramentowych i tuszy.
Potem w 2012 roku wycofał się ostro z rynku drukarek atramentowych i tuszy.

W 2013-tym wszedł ostro w system aparatów Mikro 4/3 jaki prowadzli Olympus i Panasonic. Ale jakoś nie wyprodukował żadnego aparatu.
Potem ogłosił Bankructwo Małego Jacka (cytat).

piątek, 16 grudnia 2016

W epoce znaczka lizanego. Marcin Górko- wywiad.




Marcin Górko -inżynier, adiunkt na Politechnice Łódzkiej. Współpracownik firmy Nikon Polska. Najprawdopodobniej największy znawca historii i sprzętu firmy Nikon w Polsce. Dawny publicysta miesięcznika Foto-Kurier, a aktualny portalu Optyczne.pl. Autor (kultowej w moim mniemaniu) książki „System Nikon”, pierwszej w kraju obszernej monografii dotyczącej sprzętu fotograficznego. Książka została wydana w 1999 roku i należy tu powiedzieć, że jej autor nie mógł sobie o nic zapytać firmy Nikon Polska, bo jej jeszcze wtedy u nas nie było, nie mógł zajrzeć do internetu, żeby coś sprawdzić, bo go jeszcze powszechnie nie znano, nie mógł zatem nawet napisać maila do Japonii, żeby spytać o coś u źródeł. Jak on to zrobił? Książka jest pełna zdjęć (czarno białych) obiektywów i aparatów- prawie wszystkie autorstwa Marcina- a zważywszy, że Nikon w przyszłym roku kończy sto lat- trochę tych sprzętów wyprodukował.
To było wtedy nie do zrobienia.
Zawsze mnie to nurtowało.
Trzeba zapytać.

(wszystkie przypisy kursywą- moje, znaczy Fabrykanta)


Fotodinoza: Szanowny Marcinie, podpytam Cię o parę interesujących mnie rzeczy, a przede wszystkim o tę najbardziej interesującą- książkę „Nikon System”. Skąd Ci się wzięło w ogóle napisanie tej książki?

Marcin Górko: Wzięło mi się stąd, że w 1995-cim roku byłem po raz drugi na praktyce w Szwajcarii, przez trzy miesiące pracowałem tam w biurze.

Jako inżynier budowlany?

Za drugim razem już jako świeżo upieczony inżynier. To było dwa i pół roku po moim zakupie Nikona FM 2-ki, miałem wtedy ze sobą ten aparat z 50-tką f/1,4 a tam na miejscu kupiłem sobie od razu 28-85. Wtedy stawiałem swoje pierwsze kroki w języku niemieckim. Uczyłem się go wcześniej na Politechnice. Postanowiłem wtedy połączyć przyjemne z pożytecznym i kupiłem książkę o sprzęcie Nikona po niemiecku, która dla mnie była fajną mobilizacją, żeby się przez nią przeryć („Nikon kompendium” Rudolf Hillebrand, Hans Joahim Hauschield.)

środa, 11 listopada 2015

Ryneczek Lidla i Nikona.


Dzieje się! Bo co ma się nie dziać.
Wieszczyło się wieszczyło ten upadek aparatów i co? Upadają. Tylko nie te co się wieszczyło.
Najpierw Samsung. Ten znany producent statków oceanicznych, maszyn przemysłu ciężkiego i samochodów, które  w Europie sprzedaje Renault jako swoje. 
Samsung siedzi cicho, ale wycofuje się ze sprzętu fotograficznego tam gdzie mu to nie pasuje. Zaczął na przykład w Polsce. To na pewno wina PIS-u. Na wszelki wypadek Samsung wycofuje się, chociaż mówi że nie, że nic takiego, wcale wcale.
PiS mówi Orbanem: skończyły się czasy kolonizowania Polski przez obce koncerny. A Samsung na to- nie, skąd, wszystko jest po staremu, kolonizujemy dalej.
Komu tu wierzyć?
No i widzicie? Trzeba było głosować na kogoś innego, to by się Samsung na pewno nie wycofywał. Dalej by można kupować jego produkty w sklepie.
Bo rzecz cała w tym, że w polskich sklepach nie ma najnowszych produktów Samsunga.
Napisało o tym Optyczne, a nawet napisało do Samsunga w tej sprawie. Dostało odpowiedź, że to właśnie nic takiego, wcale wcale:
Cierpkie słowa oceny poświęcił temu Arkadiusz Olech z Optyczne:

No i buch- dwa tygodnie temu news. Samsung kończy. Prawdziwego mężczyznę poznaje się po tym jak kończy, ale może Samsung jest kobietą. Kopernik też była kobietą, jak wiadomo:
http://fotoblogia.pl/7840,samsung-konczy-produkcje-systemu-nx
Tej wycofki Samsunga nie przewidziałem w swoim wieszczeniu. Byłem przekonany, że co jak co, ale koncern stojący na dziesięciu nogach jest w stanie prowadzić mało dochodową gałąź znacznie dłużej niż te firmy, które produkują tylko aparaty. Ale też te ostatnie nie mają wyjścia, a Samsung może robić sobie co chce- i tak wyjdzie na swoje.
Nie wszyscy bowiem wychodzą na swoje tak jakby chcieli.
Canon- sprzedaż spada o 21%, przede wszystkim z powodu słabej sprzedaży kompaktów.
O rany, też mi nowość- skoro każdy ma już swój kompakt w smartfonie, to wiadomo że sprzedaż kompaktów musi spadać. Tylko Canon, wygląda na to, dowiedział się o tym ostatni. Może nie miał smartfona (tak jak ja).
Sony idzie do przodu, pomimo mniejszej sprzedaży aparatów zysk jest wyższy niż w poprzednim roku. A jaki niby ma być? To akurat zgodne z moim wieszczeniem- jak się wywaliło ze swoich aparatów system lustra a sprzedaje się je wyraźnie DROŻEJ niż te z lustrem na pokładzie, to się nie ma co martwić o zyski. Niemniej Sony pozostaje siłą przewodnią, która robi cokolwiek sensownego, żeby postęp szedł naprzód- bardzo mało szumiące pełnoklatkowe bezlusterkowce są tego przykładem.
Najbardziej tajemniczy jest Nikon. Po niesławnych wpadówach z aparatami, które chlapały olejem na matrycę, na których naprawę Nikon przeznaczył 18 milionów baksów w 2014 roku na razie nic nie słychać. Ale szczerze mówiąc zdziwiłbym się gdyby u Nikona wszystko było okej. I'ts fuckin' far from o.k. (cytat).
Nikon jest ostatnimi czasami tą firmą, która lubi sobie trochę postrzelać. W kolana. Przede wszystkim gdy wśród jego fanów i użytkowników w Polsce narosło niezadowolenie dotyczące obsługi serwisowej- wyrażane na forach internetowych, decydenci Nikona zasępili się, zadumali, przemyśleli sposób działania, a potem odprzodkowali działa i zaczęli nawalać do użytkowników na forach- zabronili swoim fanom na forum nikonowskim używania nazwy Nikon grożąc procesami! Zapewnili sobie wśród rzeszy swoich użytkowników zapewne dozgonną wdzięczność, za szybką reakcję na problem. To się nazywa P.R.!

To nie wszystkie zagadkowe ruchy wykonała ta szacowna firma, a najdziwniejszy- ze swoimi bezlusterkowcami Nikon 1. Wbrew nazwie Nikon Pierwszy nie był pierwszy. Był ostatni. Inne firmy już na dobre zakotwiczyły i umocniły się na rynku bezlusterkowców, a ich produkty okazały się sukcesem. No i w końcu Nikon raczył ruszyć tył i wypuścić swojego Nikona 1. Wszyscy spodziewali się genialnych rozwiązań deklasujących konkrentów, w końcu Nikon wchodził do gry jako ostatni- miał czas podejrzeć innych i przemyśleć wszystko od nowa i zdeklasować. No niestety. Nikon przemyślał wszystko dogłębnie i tak zaprojektował swoje bezlusterkowce, żeby nie robły mu konkurencji dla lustrzanek. Znaczy się tak zaprojektował, żeby były do niczego- miały malutkie matryce i były drogie. Na początek baza obiektywów przypominała Bazę ludzi umarłych, ale teraz jest lepiej, a nawet jakieś niewielkie podniety się tam trafiają. 
Nikoś poszedł wreszcie po rozum do rady (nadzorczej) i zrobił nareszcie to czego inni nie mają- bezlusterkowca wodoodpornego (razem z wymiennymi obiektywami!).
Czy to uratuje mu tyłek? Nie sądzę. To za mało.
Nikon nurkuje. Ciekawe jak głęboko.
Tymczasem Pentax od piętnastu lat już za chwilę zaprezentuje pełnoklatkową lustrzankę. Teraz już naprawdę. Podobno. Niestety w międzyczasie ich deklaracje stały się głosem owego pastuszka, co to pięć razy wołał "Wilcy!" dla hecy. Nikt nie zwraca na niego uwagi.

Najbardziej zastanawiające są przyszłe strategie rynkowych graczy. Co też można by zrobić, żeby nie paść na twarz? Można by zrobić takie rzeczy:
- maksymalnie uatrakcyjnić produkowane aparaty multimedialnie, np. wstawić do każdej lustrzanki możliwość łączenia się z netem, kartę sim i przycisk "na fejsika" "na insta", "na googleplusa". Hm. No ale to właśnie mniej więcej zrobił jako pierwszy Samsung w jednym z aparatów, a potem zdechł. Co za pech (cytat).
- uatrakcyjnić swoje lustrzanki i bezlusterkowce tak, by były znacznie, znacznie lepsze niż aparaty w smartfonach- np. dać im masowo pełnoklatkowe matryce. Wszyscy by tego chcieli, ale to się prawie na pewno nie zdarzy, bo matryce stanowią dość znaczny koszt w budowie lustrzanki, a kasa musi się zgadzać. A nawet kasa musi być coraz większa, inaczej udziałowcy odwołują prezesów i dyrektorów. Najpewniej te pełnolatkowe matryce trafią do bezlusterkowców, bo tam, jak wskazuje casus Sony- najlepiej się na tym zarobi.

- przejść na pozycje niszowe, jak Leica. Obciąć wszystkie najtańsze modele i podnieść ceny najdroższych. Lansować się na aparaty dla wybranych koneserów. Ta strategia wydaje mi się dość prawdopodobna. Bo jest łatwa. Wystarczy kliknąć w parę tabelek w ekselu i wydać trochę kasy na marketing. Mało to było takich pomysłów? (Ostatni taki pomysł realizuje na przykład Citroen z marką luksusową DS, która sprzedaje swoje zwykłe auta, nieco inaczej opakowane, jako ósmy cud świata). Natomiast czy to może być sukcesem? Wątpię. Można skończyć jak Hasselblad- wyśmianym.
Nikon zrobił już pierwszy krok w tym kierunku- kiedyś wypuszczał bardzo solidne, metalowe i uszczelniane obiektywy profesjonalne o bardzo wysokich cenach. Teraz w bardzo wysokiej cenie (4990,-) wypuścił atrakcyjny optycznie obiektyw 16-80/2,8-4, o amatorskiej plastikowej konstrukcji i produkowany na Tajwanie. Świetny plan! Tylko tak dalej Nikonie. 
Cena Nikona 16-80 VR jest chwilowo czterokrotnie wyższa (Tutaj aktualne ceny Nikkora 16-80) niż Sigmy 17-70 OS

Konkurencja rynkowa raczej nie pozwoli na takie pomysły.
(Tutaj aktualne ceny Sigmy 17-70/2,8- 4 OS)  
Zwłaszcza, że Chińczycy nie próżnują, nie próżnują, proszę państwa i choćby nie wiem jak się wytężał, to może się okazać, że nas dogoniat i co wtedy? Chińczycy też zrobili swój pierwszy krok w tym kierunku- obiektyw jakiego nikt wcześniej nie wymyślił, mianowicie uwaga: superszerokokątny shift makro 1:1(!!!) nazywa się Venus Laova 15mm f/4- opisał go tutaj Nieobiektywny. Manualny co prawda, jak wszystkie "tilt/ shifty", ale do zdjęć architektury- jak znalazł. Cena tego sprzętu- też jakby go znalazł.
Venus Laova 15/4 Shift Macro
 
-można się też przebranżowić. W końcu Nokia też z produkcji gumofilców i łopat przestawiła się na telefony komórkowe- najlepsze na świecie, jak udowodniliśmy kiedyś na Fotodinozie. A teraz chyba z powrotem przestawia się na produkcję gumofilców. Canon podobno też skręca w stronę drukarek wszelkiego typu i coraz mocniej rozwija ten segment działalności.
Znowu wyjdzie, że ten Canon to producent drukarek, faksów i domofonów. Fotografia? To produkcja uboczna. Ale zaraz zaraz, ile my zarabiamy na tych aparatach panie prezesie? E, to lepiej skasujmy dział fotograficzny, będzie taniej.


Fabrykant
dyrektor kreatywny walnięty o sprzęty

P.S. Napisane okiem laika, ale nie mogłem się powstrzymać.

poniedziałek, 12 października 2015

Czołgi haute couture. T90 i F3


Na ostatniej defiladzie w Moskwie zaprezentowały się z dumą czołgi T90, podstawowa broń pancerna rosyjskiej armii, która uznawana jest za jeden z najlepszych czołgów świata. Czołg ten, produkowany jest przez Uralską Fabrykę Wagonów, żeby można było od razu zorientować się, że to fabryka czołgów. Wyposażono go w automatycznie ładowaną armatę 125mm, pancerz reaktywny, chroniący przed bronią przeciwpancerną i system wykrywający nadlatujące pociski za pomocą radaru, zdolny do wystrzeliwania kontrpocisków, termowizor konstrukcji, jakżeby mogło być inaczej- francuskiej, zapewniający widoczność do kilku kilometrów niezależnie od zasłon terenowych. Jest przy tym szybki i ma dużą siłę ognia.

Zupełnie jak bohaterowie niniejszego felietonu- Canon T90 i Nikon F3. Ale to niejedyni bohaterowie- innymi będą dwaj znani włoscy designerzy.

Napisałem włoscy? Myliłem się. Jeden włoski, a jeden zupełnie niespodziewany.
No i po raz pierwszy na Fotodinozie będzie też o klasycznych Nikonach.

Trzydzieści pięć lat temu aparaty fotograficzne właściwie nie miały designu. Były to narzędzia niemal całkowicie mechaniczne, nie przypominające w niczym komputera, a bardziej skomplikowany mechanizm zegarowy z dołączoną optyką. Miały przyzwoitą ergonomię, układ sterowania wyprowadzony za pomocą dźwigni i pokręteł na korpus (bo menu, to wtedy tylko w restauracji było), ale wzornictwo było od niepamiętnych czasów podobne. Były zwykle prostopadłościennymi pudełkami, wykonanymi z solidnych metalowych materiałów. Jednakże na ogół projekt aparatu był projektem mentalnie zbliżonym do projektów obrabiarki czy frezarki- odpowiednie mechanizmy do sterowania w odpowiednich miejscach, kształt racjonalny, ale wynikowy. Ewentualnie dyskretnie zagięty tu i ówdzie dla odelżenia formy.

W końcówce lat 70-tych japońskie firmy zyskały już światowe uznanie i renomę jako bardzo solidni producenci aparatów i optyki i aspirowały do bycia najlepszymi i najbardziej popularnymi (co się w końcu udało). Ale stąd niedaleko było do pomysłu unowocześnienia wzornictwa aparatów pod gusta całego świata.

Pierwszym chętnym był Nikon.

A niektórzy byli dobrzy w tym wzornictwie.
Giorgio Giugiaro przy swoim najbardziej popularnym dziele, około roku 1974
Rysunek Giugiaro z koncepcją Golfa I.
W 1979 roku 41 letni Giorgio Giugiaro był supergwiazdą światowego designu popularnego. Był to czas gdy VW Golf (I) jego autorstwa bił rekordy sprzedaży. Każdy by chciał mieć taki produkt. A Giugiaro był znany nie tylko z Golfa, ale także z Maseratti Bora i Ghibli,Alfy GT i Montreal,

Giorgio Giugiaro- Maserati Ghibli 1966
Giorgio Giugiaro- Maserati Bora 1971


Giorgio Giugiaro, Alfa Romeo Giulia Sprint GT, tu- bez zderzaków, w wersji sportowej

 i Lotusa Esprit, jakim akurat woził się James Bond w „Spy Who Love Me”,

My name is Lotus. Lotus Esprit (1976)

Giorgio Giugiaro- szkic Lotusa
 oraz projeku nowojorskiej taksówki, docenionego umieszczeniem na wystawie przez Nowojorskie Muzeum Sztuki Nowoczesnej.
Giorgio Giugiaro- NYC Taxi 1976

O Giugiaro nie trzeba pisać zbyt wiele- w 1999 został uznany za najlepszego projektanta samochodów w XX wieku, przez gremium dziennikarzy motoryzacyjnych z całego świata. Prototypami zadziwiał świat, a samochodami produkcyjnymi- zmieniał epoki.

Giorgio Giugiaro- prototyp- Maserati Boomerang 1972, o tym niezwykłym aucie można poczytać na Automobilowni- tutaj

Zaczęło się przez przypadek”- mówił w wywiadzie Giugiaro. „Nikon odwiedził mnie i zapytał czy nie zaprojektowałbym ich nowego aparatu. Oczywiście nie miałem pojęcia o mechanice aparatów, więc poprowadzili mnie, żeby uniknąć zgrzytów podczas projektowania. Studiowaliśmy długo ergonomię i wprowadziliśmy bardzo dużo modyfikacji- to były poważne zmiany dla Nikona, w stosunku do poprzednika modelu F3. Zaprojektowałem też F4, F5 i F6. Z czystej ciekawości”

Giugiaro chwali się profesjonalnymi Nikonami F, ale pierwszym aparatem zaprojektowanym z pomocą Włocha był model EM- skromny aparat, jeden z pierwszych Nikonów w których użyto częściowo tworzywa sztucznego (poliwęglanu) połączonego z mosiądzem, mający być najtańszym uzupełnieniem gamy klasycznych Nikonów, które były bardzo solidne, ale nie tanie. EM miał rozszerzyć grono nikonowców o amatorów, także o kobiety- uzyskano to poprzez uproszczenie sprzętu i ułatwienie obsługi. Profesjonaliści się krzywili, ale sprzęt spełnił swoje marketingowe zadanie, choć może nie na skalę jakiej oczekiwała firma. Jak pisał Marcin Górko w książce „Nikon System” „Tym się różni EM od innych Nikonów, czym Trabant od innych samochodów- z plastiku, ale jest tani i działa całkiem nieźle”

Pierwszym istotnym projektem Giugiaro dla Nikona, na którym odcisnął był swój odcisk palca stał się Nikon F3 z 1980 roku. To kontynuator najbardziej „kultowej” linii aparatów profesjonalnych- maszyn najcięższego kalibru, najmocniej uzbrojonych i wyposażonych.
Z przodu Nikon F3, z tyłu Nikon F2.
Giugiaro zapoczątkował w tym aparacie tradycję wzorniczą, kontynuowaną do dzisiaj w linni pro- F3 dostał mały czerwony paseczek przy uchwycie. Czerwony detal uchwytu jest znakiem rozpoznawczym najlepszych Nikonów do tej pory.

W porównaniu z poprzednikiem- Nikosiem F2, nowy F3 miał kształt znacznie lepszy do trzymania i nieco przefasonowane sterowanie- na przykład przycisk spustu umieszczono współosiowo z dźwignią naciągu filmu.

Nie miałem nigdy w rękach żadnego Nikona serii F, a nawet żadnego manualnego Nikona w ogóle (Wstyd! E, tam- wstyd to kraść...) i dlatego napisałem do Marcina Górko, żeby podzielił się wrażeniami z użytkowania F2 i F3- czy też Giugiaro zrobił temu ostatniemu coś dobrego?

Natomiast szanowny Pan Marcin zaproponował, żebym sam sobie je pomiętosił, zatem spotkałem się z kultowym autorem kultowej książki w towarzystwie kultowych aparatów. Ale się trafiło! Dzięki Panie Marcinie!
Z lewej- Nikon F2, z prawej Nikon F3 (by Giugiaro), 
zdjęcia z www.kenrockwell.com
Wrażenia z oglądu F2 i F3 pod kątem designu nie pozwalają nazwać wzornictwa F3 jakimś wielkim przełomem. Obydwa są tradycyjnymi „prostymi maszynami” wyposażonymi w wysublimowane technologie swoich czasów- przede wszystkim niewiarygodne możliwości rozbudowy aparatu o dodatkowe akcesoria, działające bez mała wyłącznie na zasadzie mechanicznej- silniki, przystawki sterujące przesłoną obiektywu itp.

Z lewej- Nikon F2, z prawej Nikon F3 (by Giugiaro)

W F3 można jednak dostrzec rękę designera w dogładzeniu projektu- przede wszystkim wyposażono go w niewielki uchwyt pod palce prawej ręki, który pozwala wygodniej trzymać go jednoręcznie. Góra sprzętu została bardzo sprytnie „wyczyszczona” z jednego dodatkowego elementu- spustu migawki. Ponieważ w F3 jest on elektroniczny, zatem mógł być umieszczony w dowolnym miejscu- myślę że to idea Giugiaro by dać go na osi dźwigienki naciągu- równie łatwo jest go znaleźć z okiem przy wizjerze, a nie stanowi dodatkowego samotnego urządzenia.

Oglądając z bliska F3 i znając samochodowe wzornictwo designera, nabieram pewności które to elementy narysował Giugiaro- na przykład zagięte w narożniku linie- detal wizualny który równoważy asymetryczne umieszczenie uchwytu i zmiękcza efekt przodu aparatu. Ten sam patent, który złagadza pudełkowaty kształt Golfa I.
Nikon F3- uchwyt z paseczkiem.
Nikon F3 - druga strona korpusu. Zwróciłem uwagę na zaokrągloną na końcu, poziomą linię.

Giugiaro pojechał na całość dopiero w 1988 roku, projektując Nikona F4, którego kształt był wysmakowanym designerskim dziełem, ale było to już po autofokusowej rewolucji na rynku i wypuszczeniu kilku epokowych aparatów konkurencyjnych Canona i Minolty.

Wróćmy do przeszłości. Druga połowa lat 80-tych stanęła pod znakiem poszukiwań technologicznych możliwości zastosowania autofokusa. To stało się świętym gralem producentów, i ich ambicją. Wszyscy rzucili się do tego wyścigu, na początku z miernymi skutkami. A przynajmniej miernymi skutkami sprzedaży.

Pierwsza nie była Minolta. Ona tylko pierwsza zrobiła karierę. Pierwszy był Nikon F3AF, z baterią dwóch obiektywów autofokus- nie zrobił szału, był bardzo drogi a autofokus działał umiarkowanie. Ale był to, dzięki bogu rok, uwaga, uwaga- 1983.

Potem był Canon T80, rok 1985. Na dwa lata przed systemem EOS. Wielka wpadówa Canona. Autofokus w ówczesnym T80 opierał się na starym systemie obiektywów canonowskich i w założeniu był nawet dość podobny do dzisiejszych aparatów- sterowanie było za pomocą prundu z korpusu silnikiem autofokusa w obiektywie.

Był tylko jeden problem- silniki do autofokusa były ówcześnie wielkości małego psa. Dlatego, niestety obiektywy nie były zbyt foremne. Canon liczył na szał klientów, ale się przeliczył. Popełnił ten sam błąd, który został popełniony przy późniejszym wprowadzaniu na rynek systemu APS, wcześniej opisywanego na Fotodinozie- T80 był przeznaczony dla pstrykaczy- amatorów. Kasiastych amatorów.
Canon T80 z autofokusem- 1985

O ile i kasiaści i ubodzy amatorzy kierują zawsze tęskny wzrok na sprzęt profesjonalny, o tyle profesjonaliści nie zaglądają nigdy na półki dla zielonych amatorów. To nie honor dla profesjonalisty zaglądać na takie półki. Mają je w pogardzie. No chyba, że jakieś wielkie, wielkie halo tam leży.

Dlatego najnowsze technologie rzadko robią karierę, gdy są wprowadzane od dołu gamy. Wiedziała o tym Tesla, gdy wprowadzała swoje auta elektryczne. Wiedziała o tym Toyota gdy wprowadzała hybrydowe Lexusy.

W tym samym roku 1985 ukazała się Minolta 7000. Ona nie popełniła tego błędu- była wypasionym aparatem ze średniej półki. Chwyciło.

Canon T80 wyglądał przy niej jak nierozgarnięty. Tzw. Nieogar. Ostrzył gorzej i miał o połowę mniej funkcji. Poległ. Bogaci, ubodzy duchem, profesjonaliści i aspirujący kupowali Minoltę 7000. Klęska sprzedażowa Canona.

Dlatego Canonowi bardzo zależało na sukcesie.

W latach 80-tych, w końcówce, zaczęto eksperymentować coraz częściej z tworzywem sztucznym do konstrukcji lustrzanek lub elementów ich pokrycia zewnętrznego. Tworzywo ABS (poli(akrylonitryl-co-butadien-co-styren), kopolimer akrylonitrylo-butadieno-styrenowy)- jak mówi Wikipedia, twarde, odporne i łatwe w kształtowaniu inspirowało projektantów do nadania im jakichś bardziej atrakcyjnych kształtów niż niegdysiejsze metalowe odlewy. Canon w serii T (T50/ T70/ T80) także poszedł za tą tendencją. Niestety projektanci tych aparatów, sorry, nie byli jacyś wybitni. Wzornictwo tych canonowskich sprzętów jest wg mnie kwintesencją kiczowatej i pokracznej ery wzorniczej lat 80-tych i zestarzało się bez uroku.
Canon T70

No, ale od czego pomysł na zatrudnienie dobrego stylisty.

Wszyscy rodacy idą do pracy pięknie wystrojeni
Egipskie fryzury, mundury ze skóry, w kieszeniach rulony
Tłoczone garsonki, gumowe koronki, dmuchane pierścionki
Wszyscy się noszą, więc noś się i ty

Wszystko wokół śpiewa mi:
Noś noś noś dobre ciuchy

Dobrych ciuchów nigdy dość
Noś noś noś dobre ciuchy
Jeżeli jesteś gość.
Noś noś noś dobre ciuchy
Rodzicom swym na złość
Noś dobre ciuchy, bo w ciuchach jest coś.
Dobrych ciuchów nigdy dość.
(cytat)

Luigi Colani akuratnie wykładał w Tokio na stypendium. Nie trzeba było daleko szukać.

Wbrew nazwisku- Colani to nie Włoch, jak pisze o nim sporo źródeł. Urodził się w Niemczech, z ojca Szwajcara i uwaga uwaga z matki Polki. Tak że ten... „design japońskich lustrzanek a sprawa polska”.

Colani, rocznik 1928, zmienił w młodości imię z Lutz na Luigi. Był obywatelem świata, jeszcze w czasach gdy świat nie był tak zglobalizowany jak dziś. Studiował w Paryżu na Sorbonie, gdzie zajmował się aerodynamiką. Wyjechał na parę lat do Stanów do pracy przy projektowaniu samolotów w McDonell- Douglas, gdzie (w wieku 25 lat!) kierował działem Nowych Materiałów, a potem wrócił do Francji, gdzie znalazł pracę w Simce. Dla Simki zaprojektował w 1955 pierwsze nadwozie samochodu zrobione całkowicie z plastiku. Te doświadczenia naznaczyły jego pomysły na całe życie.

Colani był wizjonerem.
Luigi Colani. Szezlong "Tv Relax" 1968.

Widział dalej niż większość z projektantów, a nawet dalej niż większość potencjalnych klientów. Jego dzieła uznawane były za szczyt ekstrawagancji.
Luigi Colani, Koncepcja samolotu sportowego C309 1968 rok.

W drugiej połowie lat 50-tych wrócił do Berlina i zajął się projektowaniem samochodów, m in. sportowego auta na bazie VW garbusa, a potem BMW 700 Colani GT, produkowanego małoseryjnie.
Luigi Colani, sportowe nadwozie na Garbusie 1960
Luigi Colani, Bmw 700 Colani. Auto z 1963 wygląda jak z końcówki lat 70-tych.

To były jedne ze spokojniejszych jego projektów. W 1960 zaprojektował serię plastikowych mebli, które uczyniły go znanym. To było coś dla meblofilów:

Luigi Colani

Luigi Colani, fotel 1968

Luigi Colani, krzesło 1967

Luigi Colani, trumna


Luigi Colani, krzesło dziecięce Zocker 1972
Luigi Colani, fotel Rugby 1980, jakby kto pytał.

Colani otworzył własne biuro, zwane „Designfactory”, gdzie zajął się wymyślaniem swoich wizji i wcielaniem ich w życie. Projektował samochody, samoloty, jachty, meble, a nawet trumny i dziesiątki innych rzeczy. Można je obejrzeć w jego internetowym muzeum tutaj.
Luigi Colani, prototyp dla Mazdy, połowa lat 80-tych.
Colani był wyznawcą aerodynamiki i płynnych, bionicznych kształtów, ale nie był doktrynerem. Potrafił dostosować swoje pomysły do materiałów i potrzeb funkcjonalnych. Wiele muzeów wystawiało jego prace, wielu producentów wytwarzało je w małych seriach.

Niektórzy mieli go za wariata.

W 1970 roku zaprojektował absolutnie niesamowitą aerodynamiczną ciężarówkę, godną stanięcia na wystawach samochodowych choćby i dzisiaj. Uznana została za szaleńswo.
Luigi Colani, ciężarówka 1970



Luigi Colani, późniejsze wersje ciężarówki.
O czasach jej zaprojektowania Colani powiedział tak: „To była bezpośrednia odpowiedź na wyzwania nadchodzącego kryzysu naftowego, ale nikt nie zwrócił wtedy uwagi na mój design. Nie zrozumieli przekazu”.

Przekaz został zrozumiany dopiero 10 lat później, gdy pokazywane na wystawach projekty Colaniego dogoniła skrzecząca rzeczywistość. Jego plastikowe, czteroosobowe auto z 1981, bazujące na podwoziu i seryjnym silniku Citroena 2CV zużywało 1,7l na 100km!
Luigi Colani- nadwozie na Citroenie 2CV
Kilka prototypów wspomnianej cieżarówki było wcielanych w życie od tamtej pory, przez róźnych producentów- Daf'a, Mercedesa, aż po rok 2015, w którym można ją już normalnie kupić jako mobilhome. Trzeba tylko mieć 1,5 mln dolarów, bo to akurat najdroższy mobilhome na świecie:
Nazywany lądowym jachtem. Marchi Mobille EleMMent Palazzo


Wróćmy do przeszłości.
W 1982 roku Colani przeniósł się do Tokio, na stanowisko profesorskie na uniwersytecie. Tam zdybali go szefowie Canona w opresji, po klęsce T80.

Colani, owiany sławą futurysty i wizjonera zgodził się na współpracę przy tworzonym właśnie nowym dziecku firmy- Canonie T90.
Gdy ukazał się na rynku- wszyscy doznali szoku. Spodziewano się autofokusa, a zaprezentowano aparat manualny. Ale jaki!


Canon T90

T90 ukazał się na rok przed wprowadzeniem systemu EOS, a od strony ergonomii i wzornictwa wyglądał jak aparaty o 10 lat późniejsze. Ba, wyglądał wypisz wymaluj jak lustrzanki dzisiejsze.

Aparat miał nadal tradycyjny bagnet FD, używany przez Canona od długiego czasu, natomiast sterowanie aparatem było oparte praktycznie w całości na elektronice- przyciskach i kółku do zmiany nastaw. To było właściwie identyczne sterowanie, jakie miały później profesjonalne Canony serii 1.

Do tego, nauczeni doświadczeniem inżynierowie Canona zaprojektowali aparat wypasiony, nafaszerowny funkcjami i o bardzo dobrych osiągach. Przeznaczony był dla zaawansowanych amatorów, ale zaraz dowiedzieli się o nim profesjonaliści i zaczęli go używać, bo był świetny i niedrogi (porównujac do półki profi), a w kilku miejscach przewyższał modele profesjonalne.

Rzecz pierwsza to osiągi- w najbardziej zaawansowanych dotąd aparatach stosowano jeden silnik, obsługujący sterowanie migawki i przesuw filmu. W T90 użyto trzech naraz silników elektrycznych, rozdzielonych na poszczególne funkcje- dało to szybszą pracę i znacznie łatwiejsze możliwości stosowania elektronicznego zarządzania tymi funkcjami. Aparat, teoretycznie amatorski, wyrabiał 4,5 klatki na sekundę bez żadnych dodatkowych akcesoriów, gdy tymczasem była to szybkość osiągana przez aparaty profesjonalne dopiero po dołączeniu do nich specjalnych „power winderów”. A jeśli nie widać różnicy- to po co przepłacać?

T90 miał też czasy migawki od 8sek do 1/4000 sekundy, co było lepszym osiągnięciem niż w ówczesnych, profesjonalnych F1.

Sterowanie funkcjami aparatu to była rewolucja u Canona- jej skutki są używane do dnia dzisiejszego- wszystkie funkcje były sterowane za pomocą elektroniczną. Skoro elektronicznie- to hulaj dusza, piekła nie ma- designer jest pozbawiony wszelkich ograniczeń, za wyjątkiem funkcjonalności- może sobie ustawić elementy jak tylko chce.

I Colani skorzystał z tego do imentu- ustawił wszystko jak chciał.

Po pierwsze stworzył oparty wyłącznie na ergonomii kształt uchwytu- klei się on do ręki i pozwala bez ryzyka nosić aparat wyłącznie w prawej dłoni. Colani skonstatował, że potężne uchwyty, dokręcane wcześniej do aparatów razem z ciężkimi winderami (silnikami przesuwu filmu) przydadzą się także w zwykłym, lżejszym sprzęcie. Kształt tego uchwytu jest powtarzany do dzisiaj przez większość producentów lustrzanek- przemyślane zostało pierwszy raz zabezpieczenie przed wysunięciem się sprzętu ze spoconej ręki fotografa- nad palcem wskazującym jest poszerzony grzybek wieńczący uchwyt.

Spust jest ustawiony w idealnie wyprofilowanym zagłębieniu na paluszek, a obok niego umieszczono pokrętło do ustawiania parametrów.

Resztę funkcji ustala się przyciskami na lewej stronie aparatu i pod kciukiem. Sterowanie jest identyczne z tym stosowanym do dzisiaj (30 lat!) w profesjonalnej serii Canona

Wcześniejsza o rok Minolta 7000, pierwszy sprzedawany z sukcesem aparat z autofokusem, także sterowany elektronicznie, nie miał żadnego pokrętła- wszystko ustawiało się przyciskami. Pokrętło, wprowadzone przez Colaniego było tym, czego aparaty potrzebowały najbardziej żeby przyspieszyć ustawianie funkcji. Porównajcie w wyobraźni wielokrotne naciskanie przycisków a przesunięcie palcem kółka nastawczego o kilka ząbków.
Korpus Canona T90 od strony designerskiej był po prostu jak wzorzec metra. Jest to kształt tak niesamowicie dzisiejszy, że jest to zaskakujące. Colani stworzył bardzo przemyślaną estetycznie bryłę, złagodzoną wyobleniami i przykrywającą pryzmat wizjera razem z całą górą aparatu (pomimo tego można było zmieniać w nim matówki). Od dołu T90 ma intrygujące podcięcie, nie widzę innego jego sensu jak tylko estetyczne- nawiązuje do kształtu tylnej ścianki aparatu i podkreśla asymetrię kształtu z wysuniętym uchwytem.

T90 różnił się tylko jednym od późniejszych o 10 lat aparatów serii EOS- nie ma autofokusa, jest manualnym body z bagnetem FD, do którego dołożono wypasione elektroniczne sterowanie, w niektórych miejscach powodując leciutkie logiczne zgrzyty- bardzo obszernie napisał o tym Jarosław Brzeziński w artykule o praktycznym użytkowaniu T90.
Wszystko zostało logicznie uporządkowane już rok później- po wypuszczeniu na rynek systemu EOS, już bez żadnych mechanicznych połączeń pomiędzy aparatem a obiektywem.

Projekt Luigiego Colaniego stał się czymś w rodzaju archetypu lustrzanki współczesnej- o kształcie dopasowanym do rąk fotografa- te idee i pomysły przechwycili niemal wszyscy producenci aparatów na następne dziesięciolecia.

Dopiero moda na aparaty retro odkręciła tę epokę, ze szkodą dla ergonomii.

Pomimo wielu wystrzałowych dzieł Colaniego, które elektryzowały różne dziedziny wzornictwa, Canon T90 pozostaje jego bodaj najbardziej znanym projektem. A na pewno najbardziej popularnym, pomimo niewielkiego rozmiaru i nie tak spektakularnych jak zwykł był rysować kształtów. T90 zrobił niesamowitą karierę, produkowano go w dużej liczbie egzemplarzy i bardzo długo, jak na nieluksusowy aparat manualny w erze autofokusowej- od 1985 do 1991 roku.

Pan Colani może być z niego dumny. Fajnie to wymyślił.


Fabrykant
dyrektor kreatywny walnięty o sprzęty.

Podziękowania dla Marcina Górko za użyczenie sprzętu i dzielenie się wiedzą.

P.S. Po napisaniu tytułu powyższego wpisu zajrzałem na Wikipedię do opisu T90, a tam: „Ze względu na swoją odporność, T90 został nazwany przez japońskich dziennikarzy „czołgiem””. No paczcie Państwo- jestem drugi. Polska drugą Japonią!

P.S.:

Polecam moje oryginalne kryminały z klimatyczną Łodzią w tle:
 

"Tramwaj Tanfaniego" dziejący się w czasach świetności przemysłowej Łodzi w roku 1905. Rzecz inspirowana prawdziwymi wydarzeniami - zabójstwem Juliusza Kunitzera, twórcy łódzkich tramwajów. Książka nagrodzona Exlibrisem Biblioteki im. Piłsudskiego za najlepszą powieść o Łodzi w 2021 roku. Kryminał poleca Władysław Pasikowski.

"Tramwaj Tanfaniego" jest do kupienia wysyłkowo tutaj: LINK

"Złoty peugeot" - niebanalny kryminał motoryzacyjny z epoki wczesnego Gierka. Tajemnicza zbrodnia, nieudolna milicja, zakulisowe przepychanki z władzą PRL. Skromny mechanik z ulicy Wschodniej chcąc nie chcąc musi zabrać się za dociekanie, dlaczego ktoś musiał zginąć i kto go zabił. Są wciągające tajemnice, splątane wątki, brawurowe pościgi samochodowe. Kryminał zawiera liczne aluzje do literatury popularnej z czasów PRL szczególnie do książek Niziurskiego i Nienackiego. 

Do kupienia wysyłkowo - TUTAJ 

"Deluks" - kryminał dziejący się w roku 1976 złożyłem się z kilku warstw, od tematyki automobilowej, poprzez dawne tajemnice Łodzi, kończąc na echach II Wojny Światowej. Tym razem aluzyjnie nawiązuje do tzw. kryminału milicyjnego, jednak dekonstruuje schemat i ironizuje z klimatów PRL. Mamy zespół pełnokrwistych bohaterów - od lumpów i milicjantów po profesorów i prywaciarzy, a między wierszami ówczesne stosunki polsko-niemiecko-żydowskie. Będziecie zaskoczeni!

"Deluks" do kupienia wysyłkowo - TUTAJ 

"Wariatka ze Spornej" - napisana wspólnie z Tomaszem Włodkowskim -Młoda policjantka, niedawno przybyła do Łodzi ma poprowadzić śledztwo, które będzie wymagało od niej szczególnego zaangażowania, cierpliwości, uwagi i... erudycji. Tytułowa ulica Sporna zdaje się trwać w niezmiennym od stu lat stanie, ale to tylko pozory. Miasto dookoła przekształca się w bólach, jest rok 2003, Polska ma zaraz wejść do Unii Europejskiej, niechciany bagaż PRL jest wciąż obecny, również w policji. Kto i dlaczego zabił znanego wykładowcę filmówki? Co ma wspólnego wielka sztuka i małe morderstwo? 

"Wariatka ze Spornej" do kupienia wysyłkowo TUTAJ 



Źródła i źródełka:

Jarosłąw Brzeziński „Canon EOS System”

Marcin Górko „System Nikon”

muzeum Colaniego, pełne dziwów:

Italdesign Giugiaro:


Bardzo obszerny opis użytkowania Canona T90- Jarosław Brzeziński:


Różne zdjęcia ukradzione z różnych stron świata.