wyświetlenia:

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nic o fotografii. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nic o fotografii. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 września 2021

Tramwaj Tanfaniego - moja debiutancka książka.

Szanowni Czytelnicy, Przyjaciele i Fani Fotodinozy

Co prawda na blogu się trochę obijam, ale za to - łubudu! Napisałem swoją debiutancką książkę pod tytułem "Tramwaj Tanfaniego". Premiera w listopadzie 2021. To klasyczny kryminał, dziejący się - to dało się łatwo przewidzieć - w moim rodzinnym mieście Łodzi. Rzecz inspirowana prawdziwymi wydarzeniami, kiedy to po rewolucji robotniczej zastrzelono w tramwaju łódzkiego milionera - Juliusza Kunitzera. Od tego się zaczyna, a potem trzeba to wszystko rozwikłać...
Książka o mieście próbującym zagoić rany i zbrodni, która może otworzyć je na nowo.

Można ją kupić pod linkiem:

LINK

Artykuły na Fotodinozie nadal będą się, rzecz jasna, ukazywać od czasu do czasu. Zostańcie nastrojeni na nasze fale.

Fabrykant

poniedziałek, 11 marca 2019

Historia podwodna. Koniec blogów.



Historia podwodna naucza wytrwałych
Jak tu żyć 
żeby zgnić.
Jak zawsze wykwintna, omawia dlaczego
Cały sens
Znowu wklęsł.
         Lech Janerka


No i co?! Facebook zostaje sam jak palec, albo jak ten Himilsbach z angielskim. Google Plus, jego najpoważniejszy konkurent właśnie oznajmił, że wysiada. On już nie może i wychodzi.

Google plus był znacznie mniejszy od Facebooka, udawał tylko większego niż jest. Może nawet i wy byliście nieświadomymi użytkownikami tego portalu, bo profil Google był dodawany automatycznie do zakładanego konta mailowego na Gmail, oraz do kont na Youtube. W rzeczywistości było tam aktywnych 5 - 6 milionów postujących. W porównaniu do 2,27 miliarda ludzi których połknął portal z niebieskim "F" to rzeczywiście nic.
Ale jednak wyobraźcie sobie frustrację, jaka może ogarnąć człowieka, który pracowicie komponował tam swoje teksty, albo wrzucał ciekawe zdjęcia. Na ogół nie były to zdjęcia kotków i kaw ze Starbunia, bo Google Plus trzymał, excuses Facebooku, wyższy znacznie poziom dyskusji.
Zdjęcia i wpisy znikają jak sen jaki złoty. Było i nie ma, jak w ruskim cyrku.
To jeszcze nie koniec historii znikania.

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Gwiazda Polski


Na górze- inżynier Jan Szal

Przez ciernie do gwiazd.

Stanisław Mazurek szerokie plany miał już od dawna. Jako kierownik Centralnego Zakładu Balonowego w Legionowie przestawił polskie lotnictwo balonowe na nowe tory. Pod jego zarządem Legionowo rozbudowało warsztaty i opracowało nowe metody kauczukowania tkanin nadających się doskonale na aerostaty. Ich twórcą był Stanisław Rojek, chemik, zapalony lotnik i baloniarz, w 1935 roku uzyskał patent na niezwykle lekki materiał powłokowy do balonów wyczynowych, kilkukrotnie (!) lżejszy od dotychczas stosowanych. Dzięki wykorzystaniu go do budowy balonów Polonia II, Warszawa II oraz Toruń w 1933, 1934 i 1935 Polska zdobyła aż trzykrotnie pod rząd przechodni Puchar Gordona Benetta, zyskując tenże puchar na własność. 
Nową powłokę zaczęto produkować na skalę przemysłową w świeżo zbudowanej, zautomatyzowanej fabryce w Sanoku.


Oprócz zawodów sportowych mierzono także na rekordy wysokości lotu.
Wyścig ten zaczął się od początku lat trzydziestych, za sprawą Szwajcara Augusta Piccarda, który w 1931 roku osiągnął jako pierwszy  człowiek stratosferę, w balonie własnej konstrukcji. Piccard wraz z Paulem Kipferem w ciągu 17 godzinnego lotu w phermetycznej kabinie osiągnęli pułak 15.785 metrów. W następnym roku August Piccard pobił swój rekord dochodząc do 16.200 metrów.
W 1934 roku do rywalizacji włączyli się sowieci. W olbrzymim balonie, o prostej nazwie CCCP (wypisanej wielkimi literami na całej długości czaszy) pobili oni rekord Piccarda, uzyskując niemal 19 km wysokości. Balon Prokofjewa, Birnbauma i Godunowa był niemal dwukrotnie większej pojemności od balonu Szwajcara.

W październiku tego samego roku wystartował do stratosfery brat profesora Piccarda - Jean Piccard, z żoną, zabierając ze sobą także domowego żółwia, nie pobili co prawda rekordu - osiągając 17.672 metry, ale przyczynili się do niejakiej nerwowości pioniera przestworzy, który został pokonany przez Rosjan, bratową i żółwia. August Piccard ogłosił międzynarodowy konkurs na najlżejsze, ale i najmocniejsze płótno balonowe. Wygrała go właśnie nasza Wytwórnia Balonów i Spadochronów z Legionowa.
Cóż to był za materiał? Podstawę stanowiło płótno jedwabne z japońskiej przędzy, tkane w łódzkich zakładach Kluge i Schultz, potem obustronnie powlekane barwioną gumą w Zakładach Przemysłu Gumowego w Sanoku, według procesu technologicznego wspomnianego Stanisława Rojka. Metr kwadratowy tego materiału ważył... 35 gramów!

 W latach 1933- 1938 polscy zawodnicy pobili na balonach sportowych dwukrotnie światowy rekord wysokości w swojej klasie. Polonia II uzyskała w 1938 roku 10853 metrów. Rekord ten (w tej klasie pojemnościowej) nie został pobity przez kolejne 26 lat. Wykonano także pierwszy polski lot naukowy, w celu zbadania promieniowania kosmicznego na tych wysokościach. Po wygraniu Pucharu Gordon Benetta apetyty jednak wzrosły i powstały śmiałe plany pobicia bezwzględnego rekordu wysokości, który od 1935 roku należał do Amerykanina, majora Alberta Stevensa i wynosił 22.066 metry. Do tego pan Stevens w 1936 roku wykonał z balonu pierwszą na świecie fotografię, na której widać było krzywiznę ziemi. To dawało do myślenia!



Profesor Piccard, mający uczestniczyć w tym przedsięwzięciu niespodziewanie wycofał się z projektu, tracąc wsparcie szwajcarskich sponsorów. Postawiono zatem na własne siły.
W 1937 roku zawiązano Komitet Organizacyjny I Polskiego Lotu Stratosferycznego i ogłoszono publiczną zbiórkę pieniędzy na ten cel w prasie i w radiu. Projekt rozpalał wyobraźnię i cieszył się dużym poparciem władz i wojska. Szybko zebrano 400 tys. złotych. Bardzo pomogła Poczta Polska, przygotowując serię znaczków finansujących start balonu, oraz organizując "pocztę stratosferyczną" - za słoną opłatą można było wysłać list, który najpierw miał sięgnąć stratosfery, zabrany na pokładzie, a dopiero potem być dostarczony do adresata.

Wszystkie prace projektowe przeprowadzono w Centralnym Zakładzie Balonowym. Aerostat zaprojektował znany konstruktor balonów zaporowych Józef Paczosa.  Pierwotnie miał mieć tradycyjny kształt kulisty, jednak wkrótce został on zmieniony na owoidalny, z węższą częścią skierowaną ku dołowi. Rozmiary były potężne- w pozycji startowej aerostat miał mieć 120 metrów wysokości i 56 metrów średnicy. Wypełnienie miał stanowić wodór o objętości 4500 m3. Całość ważyła zaledwie 1,5 tony! I to wraz ze specjalną gondolą podwieszoną u dołu. Hermetyczną gondolę opracowała warszawska firma Motolux, pod wodzą inżyniera Jana Szala. Motolux był niewielką, ale znaną wytwórnią, produkującą synchronizatory karabinów maszynowych do wszystkich samolotów wojskowych polskiej produkcji, oraz gaźniki do bombowca Łoś. Gondola balonowa do bicia rekordu była majstersztykiem mechaniki precyzyjnej wykonanym z duraluminium, hydranalu i aluminium, spawanym i nitowanym, z trzema włazami zapewniającymi ewakuację załogi. Inżynier Szal musiał opracować całkowicie nowatorskie metody spawania aluminium, bo zwykłe spawy okazały się pod wysokim ciśnieniem mikroporowate. Gondola mieszcząca dwóch członków załogi ważyła zaledwie 140 kg i była zdolna przenosić ciężar 1500 kg!
Start balonu ustalono na październik 1938 roku. Dostał nazwę "Gwiazda Polski". 

czwartek, 19 lipca 2018

Niemcy





Opowieść z głębi zimy:

Myjnię mam niedaleczko. Rano wyglądam za okno, ostre słońce prześwietla śniegi, myślę sobie – umyję, jest okazja. Odwalam poranne obowiązki, wsiadam do samochodu czarnego jak Święta Ziemia (tak mawiał chyba mój Tata), ubrudzonego jeszcze od wyjazdów słowacko – bukowińskich (ho ho, bywało się - LINK LINK), jadę umyć.
Niestety – kolejka. Pięć aut czeka w rządku na wyszorowanie. Mam trochę czasu, decyduję się zostawić. Kiedy przyjść? Za godzinę.
No dobra. Mam godzinę na nicrobienie. Do domu za daleko, dzielnica antyrozrywkowa, taka dzielnica zepsutych latarni, żadnej knajpy ani sklepu w pobliżu, tylko chaszcze i stare domy jednorodzinne. Idę zatem. Co będę siedział. Nie raz już tu się wałęsałem.
Najpierw do rzeczki i „Użytku ekologicznego” oznaczonego czerwoną, urzędową tablicą zabraniającą tego i owego, krzaczory i zarośnięty staw skuty lodem. Zimno. Wszystko na tyłach nowo postawionej i straszliwie nowobogackiej mieszkaniówki udającej pałace. Pałace z chaszczami na tyłach. Idę. Ale nudno idę. Bywałem tu już wiele razy. Wiele razy myłem samochód. Obfotografowałem już te stawy, nowe pałace i stare wille, znam je na wylot.
Myślę – co by tu? Gazety w poczekalni myjniowej przeczytałem już trzy razy. Przecież nie pójdę siedzieć godzinę w pobliskiej Biedronce w otoczeniu świeżaków.
Ale myślę i wizualizuję sobie w pamięci dzielnicę - jest przecież muzeum. Lepiej w muzeum niż w Biedronce! Dobra nasza.

Kilka minut piechotą. Po drodze przypominam sobie historię, którą już kiedyś opisywałem. Historię więzienia - obozu na Radogoszczu. Historię wojny. Wojna, obóz, Niemcy...

Tuż po wkroczeniu do Łodzi Niemcy wyciągnęli swoje przygotowane zawczasu listy proskrypcyjne. Gestapo zgarnęło wszystkich z tych list. Nauczycieli, księży, działaczy organizacji polskich i żydowskich, społeczników. Trzeba było ich gdzieś trzymać. Z początku zorganizowany obóz w zrujnowanej fabryce Glazera szybko musiał przenieść się do potężniejszego obiektu – dawnej fabryki rodziny Abbe przy Zgierskiej. Stefan Abbe i jego rodzina zostali już wcześniej aresztowani i wysłani do Auschwitz. Tak się dogodnie złożyło. W fabryce zorganizowano tak zwany policyjny obóz przejściowy i więzienie. Obóz przejściowy służący jako przystanek do przymusowych wysiedleń, a potem przystanek do obozów zagłady. A więzienie – jak to więzienie. Więziło się tam przestępców którzy popełnili zbrodnie handlu mięsem, nielegalnego uboju, albo szmuglowali żywność, no i wszystkich którzy mogli być potencjalnymi wrogami Rzeszy Niemieckiej. Harcerzy, przedwojennych urzędników, lekarzy i ludzi kultury. Dużo ich było. Przez więzienie przewinęło się czterdzieści tysięcy osób. Radogoszcz był szeroko znany ze znęcania się nad więźniami i trzymania w nieludzkich warunkach. Wiadomo – wrogom Rzeszy należy się co najgorsze.
Byłem nie tak dawno na zewnętrzu muzeum Radogoszcz, ale bardzo dawno na wystawie w środku muzeum. Idę zatem przez mróz, śnieg skrzypi pod butami. Z daleka widzę czerwone mury tej potężnej ruiny i wieżyczkę strażniczą, która oglądana w dzieciństwie jednocześnie pociągała i przerażała. Chciało się mieć wtedy taki domek na drzewie, ale dorośli mówili, że działy się tu straszne rzeczy...

Mury ruiny. Spalonej ruiny.
Przed wkroczeniem Rosjan do Łodzi, co nastąpiło 18 stycznia 1945 roku, Niemcy w osobie dowódcy policji i SS Wilhelma Koppego, wydali rozkaz dotyczący Generalnej Guberni (a przypuszcza się że i Kraju Warty do którego należała Łódź) mówiący o tym, że żaden więzień niemiecki nie może zostać wyzwolony.
Hitlerowcy z obozu radogoskiego zastosowali się do niego sumiennie, postanawiając wymordować tysiąc pięciuset więźniów, jacy tuż przed wyzwoleniem Łodzi zapełniali więzienie. Karabinami i pistoletami poszło słabo, bo więźniowie stawili opór, więc zamknięto bramy i drzwi i podpalono budynek.
Z tysiąca pięciuset osób uratowało się trzydziestu, ukrywając się cudem w zbiorniku ciśnieniowym wody, oraz wśród trupów w jednej ze wspomnianych wieżyczek strażniczych. Była to największa niemiecka zbrodnia w Polsce dokonana podczas działań frontowych.


Ta tragedia, dokonana dzień przed wkroczeniem Rosjan, tak wstrząsnęła łodzianami, że fabryka – Pomnik Radogoszcz została pierwszym muzeum w Polsce stworzonym oddolnie – na żądanie mieszkańców.
Mną też wstrząsa.

piątek, 6 lipca 2018

Tenisiści rocznik 15


Ignacy Tłoczyński na ramionach kibiców.

Tenisowy Puchar Davisa w 1936 roku w Wiedniu nie poszedł dla Polski zbyt dobrze. Już pierwszego dnia nasz czołowy zawodnik Ignacy Tłoczyński przegrał w kiepskim stylu z hrabią Baworowskim, reprezentującym Austrię. Polegliśmy w deblu i nawet dwa wygrane mecze Józefa Hebdy z Georgem von Metaxa i Baworowskim nie pomogły uratować przed porażką. Austria zwyciężyła.

Tłoczyński, chudzielec i mikrus z Poznańskiego był jednym z chłopaków którym udało się wedrzeć do tenisa nie mając w żyłach błękitnej krwi. Tenis, z jednej strony gra stara jak świat - jeszcze na greckich wazach widać zawodników z rakietami przebijających piłkę - z drugiej elitarna, do jej rozpropagowania przyczyniły się głównie francuskie i angielskie koronowane głowy, Między innymi Ludwik VIII, Henryk VII i Henryk VIII, ten ostatni wymyślił podobno zagranie serwisowe - tusza nie pozwalała mu wyrzucać piłki w górę samemu, robili to za niego służący (ang. servants). Z trzeciej znów strony współczesny, znany nam tenis był grą młodą, kodyfkacji przepisów dokonano w okolicach 1875 roku, ale wówczas nadal był zabawą uprawianą tylko wśród najwyższych elit. Wzmożenie rywalizacji, zwłaszcza międzynarodowej, które się odbywało pod koniec XIX wieku, spowodowało pójście w cenę talentu, a zatem ci, którzy go mieli, mogli wypłynąć, nawet gdy nie zaliczali się do śmietanki. Na nieśmietankowców zaczęto w latach 1900-ych przymykać lekko oko.

Ignacy Tłoczyński pochodził z poznańskiego, jednego z mniej elitarnych i bardziej zdemokratyzowanych regionów kraju. Zaczynał jako nastoletni sparingpartner najlepszych zawodników w Poznaniu. Znany był z bardzo solidnej, regularnej gry z głębi kortu i bardzo solidnego podejścia do tenisa. Ze względu na marną sytuację finansową - grał sparingi zarobkowo, za kasę. Żeby wystąpić na mistrzostwach Polski w 1929 roku musiał otrzymać specjalny certyfikat Polskiego Związku Lawn Tenisowego, uznający że jest on amatorem. Zawodowstwo było w tenisie dżentelmenów niemile widziane, musiał nastać dopiero rok 1968, żeby się to zmieniło.
Tłoczyński w swojej karierze zawodniczej był sześciokrotnie mistrzem Polski singlistów i siedmiokrotnie w deblu i mikście. W międzynarodowych występach szło mu dobrze- zdobył mistrzostwo Nicei, Portugalii, Walii i Południowej Anglii i zdobył także dla Polski mistrzostwo Europy Środkowej. Tuż przed wojną był uznawany przez niektórych dziennikarzy za trzecią rakietę w Europie, choć w Wimbledonie doszedł tylko do trzeciej rundy.

Józef Hebda ze Lwowa, zaczynał późno, nauczył się tenisa w wieku 20 lat, wcześniej był piłkarzem. Piłkarze dość często okazują się dobrymi tenisistami. Znam kilku takich, jeden parę lat temu ograł mnie do zera w amatorskim turnieju. Nie wspominając o Rafie Nadalu, który do wieku nastoletniego nie był zdecydowany w której dziedzinie sportu rozpocząć zawodową karierę. Hebda występował w Lwowskim Klubie Tenisowym, naszym łódzkim ŁKS-ie, potem przeniósł się do Warszawy i Krakowa. W 1930 roku przebił się do polskiej czołówki, a w 1932 zdobył mistrzostwo Polski, pokonując Tłoczyńskiego. Ich kilkuletnia rywalizacja rozpalała głowy kibiców i dziennikarzy sportowych. Walczyli łeb w łeb, o przechodni puchar Millera, prezesa Polskiego Związku Lawn Tenisowego. Hebda uchodził za imprezowicza i gracza nierównego, niezbyt zaangażowanego i potrafił być w jednym meczu świetny, a w kolejnym kiepski. Za to kiedy był świetny wygrywał w pucharze Davisa na przykład osiemnaście gemów z rzędu i wyciągał wynik meczu z Włochem Emanuele Sertorio z 1:5 na 7:5, 6:0, 6:0. "Ledwie się wyrwałem z objęć ludzi. Wreszcie docieram do szatni. Otwieram drzwi i oczom nie wierzę. Ściana zabryzgana krwią. Biedny Sertorio przytrzymywany za ramiona przez kolegów. Straszny szok! - no i włoski temperament. Oni umieją się cieszyć jak nikt i jak nikt przeżywać rozpacz. Tłukł głową o ścianę. Rakietę połamał w drzazgi."

Adam Baworowski
Reprezentant Austrii Adam Baworowski pochodził z polsko- austriackiej rodziny hrabiowskiej. Urodzony w 1913 roku, grał w tenisa w wiedeńskich klubach i reprezentował Austrię w Pucharze Davisa, grupowej rywalizacji międzynarodowej, wymyślonej w 1900 roku przez studentów amerykańskiego Harvardu, którzy chcieli rzucić rękawicę Brytyjczykom zza oceanu. Student Dwight Davis, jeden z pomysłodawców turnieju, za własne pieniądze (skromne) ufundował przechodni puchar dla zwycięzców. Jest to nadal ten sam puchar, używany do dziś, choć nieco wzbogacony o dodatkową podstawkę. Do rywalizacji włączały się od początku kolejne kraje, a zawody wzięła pod skrzydła Międzynarodowa Federacja Tenisowa. W setnej edycji Pucharu Davisa wzięło udział 129 państw. Jest to jedyna okazja, kiedy tenisiści z pierwszych stron gazet biorą udział w rywalizacji grupowej, na rzecz kraju z którego pochodzą, rywalizacji od zawsze prestiżowej i ambicjonalnej. To jedyny turniej męski, w którym tenis niespodziewanie przestaje być sportem tak straszliwie indywidualnym i "krwawym", gdy dwóch kowbojów wyalienowanych z rozentuzjazmowanego tłumu staje naprzeciw siebie w samo południe. W Pucharze Davisa mają za sobą wspierającą narodową drużynę. Z jednej strony co za ulga, z drugiej - co za presja...

sobota, 30 czerwca 2018

Naciąganie gości na placu Wolności, czyli dlaczego nie kupię (teraz) nowej książki Katarzyny Nosowskiej.




Góry rosną w oczach. Książki, gazety, czasopisma, broszury, foldery, papierowe teczki, jednostronnie zapisane kartki papieru, które szkoda wyrzucić, a od niedawna liczne zgody na wykorzystanie danych osobowych zgodne z RODO. Piętrzą się. Makulatura, segregacja śmieci, antykwariat, ognisko. Nowe regały montowane pod sufit. Ile to roboty!

Na ostatnie święta Bożego Narodzenia poszedłem do księgarni po prezenty. Na wprost wejścia stał regalik TOP TEN.

Fragment nieznanej sztuki Tennesy Williamsa w oryginale:
"Ten pies... i owe forty... a lot much? To handle Buddy! Stale pies, but i brew, stale... Ale, no – stare my windy, fury win...
One – to ten sam stale pies! Wanna? Piece? A top ten list, pal go! I won!”
                              Stanisław Barańczak.
Stał sobie ten kuszący regalik TOP TEN, a na nim kuszące książki. Niedługo przed świętami zmarł Wojciech Młynarski i książka z jego nazwiskiem stała na poczesnym miejscu na tym regaliku. Nie zapamiętałem dokładnie tytułu - "Wspomnienie o Wojciechu Młynarskim", czy coś takiego. Sięgnąłem łapczywie. I trochę mnie zatchnęło. Tekst był napisany czcionką dla trzylatków. Nie znam się na czcionkach drukarskich, ale petit to to nie był. Właściwie nie dla zwykłych trzylatków. Dla trzylatków olbrzymów. Ja rozumiem, że wielu wielbicieli Młynarskiego jest już posuniętych w latach i że mieliby oni marzenie poczytać książkę bez okularów, a wydawca wyszedł im naprzeciw. Mam jednak podejrzenia że intencje były zgoła inne.
Nie oni pierwsi zaczęli. Zaczęli youtuberzy. Każden jeden jutuber, którego oglądała młodzież szkolna i gimnazjalna, kiedy już zmonetaryzował swój kontent i był wielce kontent z licznych subów i lajków, postanawiał dodać sobie prestiżu, oraz kasy i wydawał książkę. Taka książka to świetne posunięcie. Starzy nie oglądają jutuberów, ale jak mają kupić prezent swojej gimbazie, myślą o kupieniu czegoś do czytania (może w końcu coś przeczyta?), idą do księgarni, a tam na półce uśmiecha się Gimper, Mandzio, Niekryty Krytyk, Gonciarz, Cyber Marian, albo Miecio Mietczyński. O! Nasze dziecko to ogląda i się fascynuje. Kupujemy, na pewno się ucieszy!
Ja też pooglądałem te książki, ale żadnej nie kupiłem. Nie ucieszyłem się. Wydawnictwa te były w większości (z wyjątkami) tworzone według następującego schematu: ładnie wydane, duża ilość kartek, tekst o objętości felietonu zajmujący 40% tych kartek, resztę wypełniają zdjęcia i grafiki, możliwie kolorowe i krzyczące, kupione hurtem na Shutterstocku, albo z innego banku zdjęć, oraz złote myśli i memy drukowane czcionką dla trzylatków - gigantów. Świetny plan. Udawana książka za 39,99.
 

środa, 29 marca 2017

To jest test

Niektórzy sugerują mi, że powinienem pisać znacznie krótsze wpisy.
Proszę bar


Fabrykant


P.S.
                                                 (cytat)

wtorek, 30 sierpnia 2016

Niemcy w Karpatach. Turcy za płotem. Vol chyba 1


Niemcy! Ci Niemcy wszędzie wlezą. Jak nie w latach 40-tych to w średniowieczu. Bo my właśnie do Niemców jedziemy. To znaczy tfu... wróć- do Bułgarów jedziemy przez Niemców i wiążemy z tym duże nadzieje.
No i jak zwykle coś się musiało popieprzyć przed wakacjami- przewrót wojskowy w Turcji. Już czuję jaka drżączka ogarnęła wielkich szefów firm samochodowych- Carlos Ghosen i Sergio Manchione zapewne nie spali zbyt wiele ostatnim czasem (Renault i Fiat mają wielkie fabryki w Turcji). Czy my też nie powinniśmy spać z powodu Erdogana i tureckich puczystów? Ech. Musielbyśmy nie spać cały czas- Ukraina za płotem, Turcja za płotem, wojna za płotem. Może tylko siekierecki nie będę wyjmował z samochodu na wszelki wypadek.
Zew drogi. Jest coś takiego. Jak zew zawezwie- nie ma przebacz! Rzucić wszystko w cholerę i w drogę. Najlepiej jakąś europejską drogę, bo trzeba powiedzieć, że w Europie jest dużo ciekawych rzeczy i nie potrzeba daleko jechać, żeby łyknąć trochę egzotyki. Zależy jaka egzotyka jest komu potrzebna. Czasem wystarczy przejść się parę ulic dalej, żeby egzotyki łyknąć. Ja lubię łyknąć.
Są tylko dwa kraje w których mógłbym poza Polską z przyjemnością mieszkać. Włochy i Rumunia. A może i ze trzy kraje... Hm... Mniejsza. Włochy i Rumunia znajdują się w ścisłej czołówce na punktowanych miejscach, okupują podium i zdobywają złoty i srebrny medal. Tam jest mentalne Południe Europy.
Polacy to tacy Włosi północy. A Rumuni to tacy Polacy południowego wschodu. A Włosi to tacy... Zostawmy zresztą Włochów. Klimat kulturalno-społeczny Rumunii jest ewidentnie południowego stylu. Południowo- latynoskiego stylu- dodajmy, bo południowy styl Rumunów nijak się ma do południowego stylu Bułgarów.

czwartek, 11 sierpnia 2016

Rozwiązanie rebusów mundurowych. Mówiłem, że skandal.








Otóż i rozwiązania. Bo było to oczywiście nie do rozwiązania, he he- okrucieństwo to moja druga natura. My name is Hyde, Mr Hyde.
No, nie mogłem się powstrzymać z tymi rebusami.

Pokrętne me myśli biegły w większości nie po myśli zgadujących, chociaż niektóre rebusy zostały pokonane w boju. Oto rozwiązania militarne, oparte na przebiegłym planie taktycznym, po wycofaniu się na z góry upatrzone pozycje:

czwartek, 4 sierpnia 2016

Rebusy mundurowe. Skandal! Nie do rozwiązania i jeszcze żadnych nagród!

Nic o fotografii nie będzie. Na tym blogu o fotografii ostatnio nie ma nic o fotografii. No dobra, jeden rysunek się trochę kojarzy. Ale to będzie wpis militarno- służbowy, umundurowany i uzbrojony. I kto chce- może sobie zgadywać rozwiązania aż do następnego tygodnia i wpisywać w komentarze. A kto nie chce- może w niemym podziwie z usty otwartemi poczekać do następnego tygodnia, kiedy to ukażą się rozwiązania odautorskie.
Ministerstwo Zdrowia albo Opieki Społecznej (wybór należy do Ciebie) ostrzega, że połowa rebusów wyraża tak pokrętne myśli autora, że są one nie do rozwiązania. Więc może się jednak nie męczyć.
Czemu te rebusy są militarne? Nie wiadomo. Być może zadziałała tu podświadomość, bo Fotodinoza wybiera się, w pluralis majestatis, w rejony sąsiadujące z zapalnymi. Ale na pocieszenie powiemy Wam (nadal w pluralis), że Wy, w swoich fotelach przed ekranem też sąsiadujecie z terenami miltarno zapalnymi, no chyba że wyemigrowaliście do jakichś ciepłych krajów i jesteście poza Ojczyzną.
Europa właśnie w różnych miejscach trzeszczy i rozłazi się z lekka. No ale możecie przynajmniej pocieszyć się rebusami i zaangażować intelektualnie. Niektórzy twierdzą, że to dobrze robi człowiekowi.

Komu nieco brakuje na Fotodinozie słowa pisanego i jest przeciwny kulturze obrazkowej, jaka tu zapanowała- polecimy wpis gościnny, co prawda zupełnie nie o fotografii- jaki zamieściliśmy (w pluralis nadal), na słynnej Automobilowni (LINK), dzięki uprzejmości i gościnności jej autora- Szczepana Kolaczka, Kraków, Małopolska. Dzięki!

piątek, 29 lipca 2016

Pochwała Małych Miasteczek.

Duże miasta nie nadają się do zwiedzania. Sami wiecie. Trzeba przeznaczyć tydzień na każde z nich, człowiek schodzi podeszwy zanim zdoła zobaczyć wszystkie ich wspaniałości, zacisnąwszy zęby odwiedzi całą setkę ich chwałygodnych zabytków, a na końcu i tak czuje niedosyt, że nie zdążył zwiedzić tego czy tamtego monumentu.
To męczy.
Nie ma po co się tak męczyć. Trzeba zwiedzać tylko te miasta, które dadzą się obejrzeć w jeden dzień. A najlepiej takie, które nie należą do pierwszej ligi zwiedzania. Wtedy człowiek może nieco poczuć się odkrywcą zakrytego i popisać sobie na blogu jakieś impresje o miejscach które mało komu chce się opisywać.

97.676 mieszkańców
Opuściwszy okolice Torunia autostradą A1, zwaną Amber Gold One i minąwszy McDonalda wyjeżdżamy na szerokie widoki nadwiślańskich pól i łagodnych wzgórz. Tenże McDonald kuriozalnie, jest oddalony raptem o kilka kilometrów od pobliskich sennych miasteczek i stanowiłby dla nich niejaką atrakcję, ale dla ich mieszkańców jest niedostępny- muszą oni, ci mieszkańcy, przejechać parędziesiąt kilometrów płatnej autostrady żeby do tego przybytku dojechać, bo jest odgrodzony autostradowym płotem. Lub też ewentualnie mogą pod ten płot podjechać i przez niego przeleźć- są pewne ślady tego procederu, jak się przyjrzeć uważniej.
(Z tej samej serii- dygresja. Pewien kuzyn pewnej znajomej postanowił złamać system. Można było o tym zobaczyć reportaż w TVN-ie. Kupił Ci on kawałek rolnego pola tuż przy siatce ogrodzeniowej drogi S8. Jak kto jechał drogą S8, to wie, że pomiędzy Łodzią a Wrocławiem zjeść tam można co najwyżej batonik z automatu przy wc, albo szczaw z pobocza- nie zakończono jeszcze przetargów na restauracje i stacje benzynowe. Otóż znajomy ów na polu za siatką, postawił przy pięknej, nowej „rest area” zwanej po polsku (po polsku?) Miejscem Obsługi Podróżnych budkę z hot dogami. To nic że za płotem. Płaci się przez siatkę, a hot dogi odbiera górą. Taki trolling.)
Mc Donald na MOP Malankowo Amber Gold One, w okresie letnim jest oblegany tłumnie i stanowi pierwszą cezurę wakacji w drodze nad morze. Tu już można się wyluzować i zacząć wypoczynek nadbałtycki oraz wydawanie kasy na przyjemności życia doczesnego.
Tymczasem minąwszy MOP Malankowo i dokonawszy MOPsiku (co za nazwa, ten cholerny MOP!) droga idąca przez pola i łąki zaczyna po kilku kilometrach opadać w dolinę Wisły i wkrótce autostrada ma zamiar przekraczać rzekę. Zanim to nastąpi napotykamy zjazd na niezbyt wielkie miasto. W sam raz rozmiarowo. Ani za duże, ani za małe.
Autostrada mija je dalekim łukiem, tak że z trasy na Gdańsk go nie zobaczymy.
Grudziądz.
Jak na polskie miasto przystało- pięciokrotnie była tu Polska, a czterokrotnie Niemcy lub proto-Niemcy, a w międzyczasie jeszcze Szwedzi z potopem, wojny napoleońskie i tzw. Operacja Pomorska Armii Czerwonej kontra hitlerowska idea Festung Graudenz.
Działo się.
Choć też należy przyznać, że działo się w bardzo długim okresie. Ten okres jest właśnie atutem Grudziądza. I choć po naparzaniach armii w 1945 roku zostało zniszczone 60% zabudowy, to jednak ta najstarsza była na tyle solidna, że przetrwała na chwałę miasta. I jest tu co obejrzeć.

poniedziałek, 16 maja 2016

Tyrol - czyli koszenie austriackich łąk, podczas historycznego jodłowania.



Tyrol nie jest kąskiem, z którego można zrezygnować.”
                   książę Wittelsbach, ok. 1330 r.

Od ponad tygodnia rozmyślam.
To znaczy urlop to niby był, ale taki, który zabił mi klina i nie mogę przestać rozważać i zastanawiać się. Porównywać. Bo człowiek chciałby zrozumieć świat.
Wybór zupełnie przypadkowy, a raczej nieświadomy- znaczy się był to ślepy los- rzucił nas do kolejnego miejsca w Europie, które jest przygranicznym tyglem wielusetletnich konfliktów.

Bo Tyrol jest jak Śląsk. Nie wygląda, co prawda. Ani jednej hałdy węgla, ani jednego kopalnianego szybu, ani jednego Muzeum Śląskiego. Zupełnie inny, ale gdy się przyjrzeć- co nieco podobny.
Ale ja, powiem szczerze- wielu rzeczy nie rozumiem.

Nie potrafię ogarnąć Alp jakie stawia przed turystą dolina Pitztal.


Jest tu jak w raju. Jak by w rajską dziedzinę ułudy na skrzydłach wznieść się marzenia (cytat).

piątek, 1 kwietnia 2016

Strasznie krótki wpis, bo nieplanowany. Za to można się napić.

Ale zaraz, zaraz, proszę się nie pchać panowie inwestorzy z Dubaju! Po kolei, po kolei.
No znowu jest okazja do jubileuszu. Setka nam stuknęła, znaczy się Fotodinozie. Mnie jeszcze nie. 100.000 wyświetleń na Fotodinozie.

No i, o dziwo- to nie jest prima aprilis.



Wałęsa dawaj moje sto milionów!(cytat)

Sto tysięcy. Cóż to za liczba? Po denominacji to tylko dziesięć złotych.
Znam ja, co prawda te wyświetlenia. Połowa z nich to zapewne takie wyświetlenia, jak ja czasem sobie wyświetlam. Klik i... no nie, to jednak nie to. I wychodzę. Jak na polskim filmie. No ale jednak te 50 tysięcy to jest jednak coś. Czasami statystyki odwiedzin są zupełnie zaskakujące i jakiś nieznany koniec świata ogląda wpisy jakich nie ogląda nikt w Polsce. 


O, proszę bardzo- tutaj na przykład był Dzień Niemiecki:

piątek, 5 lutego 2016

Poszerzanie języka polskiego vol. 4


No nie będzie o fotografii. Trudno.
Poszerzymy sobie za to troszeczkę język. A może i wydłużymy.

Właściciel linii tramwajowej lub kolejowej: Maszynowe.

Zdeklarowana na 100% tradycjonalistka seksualna: Superheterodyna.

Zniesmaczony długimi podróżami: Brzydal.

Przymuszać kobiety do naprawy skarpetek: Macerować.

Właściciel knajpy: Maszynka.

Człowiek, który mówi sam do siebie: Sample.

Przeniesienie własności zwierząt domowych na inną osobę: Sukcesja.

Człowiek pijący z dużych kieliszków: Seter.

Niedrogi dekoder Anny: Satanisto.

Naczelnik Najwyższej Izby Kontroli: Sternik.

Kwas mrówkowy: Mrówkojad.

Bardzo cenny ser, zabezpieczony pieczęcią producenta: Malakser.

Krótki wypoczynek na polskiej autostradzie: Mopsik.

Krytyczna ocena milicji w czasach PRL: Mokradło.

Podbój Polski przez wojska fińskie: Finis Poloniae.

Zawołanie montera do pracy: Chomąto!

Człowiek, który nie może przestać tańczyć: Mustang.

Człowiek o stu zębach: Mastodont.

Warsztat wycinający filtry DPF w dieslach: Katorżnia

Płacząca dziewczynka: Ryksza.

Ryba karmiona wyłącznie kaszą gryczaną (staropol.): Hreczkosieja. 

Wiosenne otwarcie zasobów zastrzeżonych IPN: Majteczek.

Niewielki i bardzo zapyziały królewski mebel: Mechatronik.

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Tożsamość Brna



Egzotyka. Ja tak sobie myślę, że żeby poczuć prawdziwy powiew egzotyki, to wcale nie trzeba kupować biletów na samolot. Jak Ślązak chce poczuć powiew egzotyki, to niech pojedzie na Podlasie. I odwrotnie.

Jak Góral chce poznać zew obcych kultur to niech jedzie na Kaszuby

Zatruj mnie

Zatruj ciastem puszystym

Zatruj mnie

Zatruj głosem niskim

Zatruj mnie

Zatruj czystą pościelą

Zatruj mnie

Zatruj ciepłą kąpielą

Zatruj jak Ślązaka jodem

co z Chorzowa

Samochodem jedzie latem do Darłowa.

Ale właściwie- to nie. Dla Górali mam lepszą propozycję. Niech Góral wsiada w samochód i siup na Słowację. Piętnaście minut drogi, a jakby obce lądy zwiedzać.

Ta Słowacja jest taka bliska i swojska, słowiańska. Górale po tamtej stronie w takich samych parzenicach kapelutkach i do tego tą samą gwarą gadają. Ale jednocześnie egzotyka niezbadana bucha.

Jak nożem odciął ta nieistniejąca od dziewięciu lat granica.

Od dziewięciu lat! Nieźle- co?

Przelatuje się nieistniejącą granicę na przykład w Jurgowie, zawsze staram się w Jurgowie, żeby mi synapsy przyjemnie styknęły na jej widok. O ten widok:


Już na zawsze od czasu filmu "Ciało" będzie mi się kojarzyć ten widok z zakonnicami w karawanie z nartami na dachu. Nie inaczej.


I nagle zmiana. Coś zupełnie innego.



Nie tylko ja zauważam ten fenomen. Parę dni później, w autobusie wypchanym narciarzami jadącym do Štrbskégo Plesa podchwycam znamienne stwierdzenie współpasażera ściśniętego jak i ja niczym sardynka, który zauważa: "Dziwne jest to, że to jedzenie nie przekracza granicy, pomimo tego że wcale tej granicy nie ma. Tu inne i tu inne".

O dzięki ci anonimowy współpasażerze- uchwyciłeś sedno sprawy. Sedno tej tożsamości różnej, choć zjednoczonej. Bo to tożsamość chyba, prawda?

Tożsamość we własnej osobie. No bo dlaczego niby to jedzenie nie chce przekroczyć tej międzynarodowej granicy? Co je powstrzymuje?

Co powstrzymuje restauratorów w Bukownie Tatrzańskiej do wprowadzenia do menu bryndzowych haluszek, szegedyńskiego gulaszu z knedlami i zupy česnakovej? Już szybciej zjemy je w centrum Warszawy niż w Zakopanem. Tożsamość chyba nieco zagęszcza się w stronę granicy.

Nie roztapia się, nie chce się zglajszachtować. Nie poddaje się unifikacji. Trwa.

Tożsamość Bratysławy, tożsamość Brna, tożsamość Krakowa i Zakopanego. Same zjednoczone tożsamości w tej Unii.

I wystarczy objechać Tatry z lewej strony, by pomimo tego zjednoczenia znaleźć się na obczyźnie. Jest inaczej. Jak nożem odciął. Jak siekierecką, jak ciupazką góralską odciął.
Wszystko podpisane.

Godzina 21.30. Po polskiej stronie tatr, w Białce olbrzymi tłum spaceruje po ulicach, błyskają świała, miliony straganów ciągną się przez wieś, kierpce, oscypki, bambosze, plastikowe ciupagi, banery reklamowe walczą ze sobą na każdym kroku. Mijamy wspomniany Jurgów, mijamy pusty Ždiar i już wypoczynkowe Tatrańska Łomnica i Smokowce.

Na ulicach- nikogo. Żywej duszy.



Słowacja nie bierze udziału w wyścigu. Nie pędzi. Nie pluje reklamami na każdym kroku. Nie odnawia wszystkiego jak leci za pomocą sidingu (ostatni cassus po naszej stronie to restauracja Magdy Gessler w Bukowinie, która choć zapewne jest obłożona drewnem to WYGLĄDA jakby była z sidingu). Słowacja się zastanawia, czy na pewno warto niszczyć szlachetną patynę. A ma jej sporo.

Nowy Smokowiec
Nowy Smokowiec
Nowy Smokowiec
Nowy Smokowiec. Willa założyciela i propagatora tego uzdrowiska- doktora
Mikuloša Szontágha


Po naszej stronie- tradycyjne wsie XVIII i XIX wieczne, wzbogacane z każdym kolejnym rokiem o infrastrukturę turystyczną. Jeszcze sto lat temu gospodarze hodowali tu owce, a turyści nie zjawiali się wcale.

Po drugiej stronie Tatr- zupełnie odwrotnie. Od czasu Franza Josefa nie widziano tam żadnej owcy. W okolicach lat 1880 ustanowiono tam miejscowości o statusie uzdrowiska i nie ma tam żadnych przejawów wiejskiego życia.

Tatrzańska Łomnica

Geologia też jest zupełnie inna. Tatry od naszej strony stoją ustawione prostopadłymi do granicy kraju dolinami, są strzeliste i przepaściste, od strony słowackiej wszystko jest bardziej równoległe. Z doliny Popradu, równoległej do Tatr wznosi się ku górom wieludziesięciokilometrowy płaski stok, który podchodzi prawie pod szczyty. Na nim, równolegle do łańcucha Tatr leżą wspomniane austro-węgierskie uzdrowiska, nanizane na szosę, oraz zbudowaną w latach 1906-1912 linę kolejową Tatrzańskiej Kolei Elektrycznej (Tatranské elektrické železnice, TEŽ), o rozstawie torów 1000 mm, a więc wąskotorową. Fantastycznie i od stu lat łączy ta kolej wszystkie atrakcyjne miejsca słowackiego podhala.
Nowy Smokowiec



Nowy Smokowiec

Od czasów Franz- Josefa dobudowano wprawdzie kilka budynków, ale jak dobrze skadrować, to można bez scenografii filmy z fin- de- siecl'u kręcić.



Zanim powstały te uzdrowiskowe miasteczka turyści nie mieli tam najłatwiej. Podobno pierwszą turystką na południowej stronie Tatr była Beata Laská (Łaska, z Kościelskich), pani na zamku kieźmarskim, według plotek nieślubna córka Zygmunta Starego. W 1565 roku odbyła trzydniową wędrówkę do Zielonego Plesa, w towarzystwie licznych kieźmarskich mieszczan. Niestety po powrocie na zamek została ukarana przez męża Olbrachta Łaskiego dożywotnim pobytem w głodowym więzieniu, ponieważ udała się na wycieczkę bez jego zgody. Po ośmiu latach mąż- utracjusz był zmuszony sprzedać zamek za długi. Nowy właściciel odkrył pierwszą turystkę w ciemnicy swojego nowego nabytku i kazał uwolnić. Zmarła w Koszycach.

Tyle mówi legenda, choć prawda historyczna jest trochę bardziej skomplikowana:


Dzisiaj na szczęście nie wtrącają do ciemnicy. Jedyna kara jaka czeka turystę to weekendowe czekanie w kolejce po skipass. Za to można się poczuć jak w środkowoeuropejskiej wieży Babel. Wszystkich tam można spotkać.


Zakopanego z tymi słowackimi miasteczkami nie da się już dziś porównać, pomimo bardzo podobnego czasu powstania i podobnej estymy jaką się cieszyło. Krupówki to jest już jakiś Sunset Bullevard made in Poland i nad komercjalizacją Zakopanego wylewają łzy kolejne pokolenia tradycjonalistów. Zakopane to już duże, ludne miasto, z bezpowrotnie utraconym klimatem kurortu z początku wieku. Te ostatnie resztki zakopiańskich willi nie przebijają się już w mojej świadomości przez barierę z banerów reklamowych.

Nie mówiąc już o tym, że prawie gór tam nie ma. To znaczy takich do jeżdżenia.

Że co? Że Kasprowy niby? Że święta góra polskiego narciarstwa? Święta, swięta. A próbowaliście na nią wjechać w sezonie ferii?

Smutek i nostalgia.

Zakopane może buty narciarskie czyścić małym wsiom na Podhalu- Bukowinie, Białce, Czarnej Górze, Jurgowowi- jedna Harenda wiosny nie czyni.

Umówmy się, że w Zakopanem można wygodnie mieszkać, pooglądać górskie szczyty i dobrze zjeść. Ale pojeździć na nartach- nie można.

Tatrzańska Łomnica
Tatrzańska Łomnica
Tatrzańska Łomnica


Ponarzekaliśmy sobie na Zakopane, pokalaliśmy własne gniazdo, to teraz pokalamy trochę sąsiadów zza miedzy. Może się nie obrażą.


Otóż wyjazd na Słowację był wypadem w przeszłość. Wypadem zarówno w piękną przeszłość architektury z początku wieku, jak i nie tak piękną przeszłość słusznie minioną.

Troszeczkę się tam można poczuć nie tylko jak za Franza- Josefa, ale także jak za Cyrankiewicza Josefa.

Przede wszystkim- wzrok. Urzędniczy wzrok pracowników hotelowych. Klient wchodzi do hotelu, "Dobrý deň"- mówi i staje przy kontuarze recepcji. Za kontuarem dwie panie recepcjonistki z wzrokiem utkwionym w monitorach komputerowych. Klient czeka. Panie nie podnoszą wzroku . "Dobrý deň"- mówią. Mija chwila. Klient wbija swój znaczący wzrok w panie recepcjonistki. Mija długa chwila. Cisza. Klient czeka. Po minucie pani recepcjonistka zaszczyca spojrzeniem klienta. Mamo, mamo! Nawiązałem kontakt!!



Na basen hotelowy trzeba się zawsze zapisywać. Co dzień rano pani wypisuje nam duży różowy kwitek i co dzień po południu idziemy na basen z dużym różowym kwitkiem. Na całym basenie z ośrodkiem spa, saunami suchą i mokrą, siłownią i jacuzzi przebywamy jedynie my, oraz druga sympatyczna słowacka para. Echo odpowiada gdy zawołać. Kwitka nikt nie sprawdza. Niemniej gdyby ktoś sprawdzał- jesteśmy kryci- mamy kwitek. Różowy.



Pewne sytuacje także dają do myślenia. Pora obiadowa. Wchodzimy do restauracji w Ždiarze. Przekraczamy próg, a od barowego kontuaru BIEGNIE do nas pani machając rękami i krzycząc: "Zatvorené, zatvorené!!!".

Czy Państwo Szanowni, rozpieszczeni przez dwadzieścia pięć lat doświadczania polskiego kapitalizmu, wyobrażają sobie tę sytuację? Czy zauważają Państwo znacznie szerszy obszar wolności, w tym wolności wypowiedzi, jaki cechuje słowacki etos kelnerski?

Co kraj to obyczaj, znaczy się. Podobno w Pradze, zawsze licznie odwiedzanej i przepełnionej, masowa nieuprzejmość kelnerów jest przedstawiana jako szczególna atrakcja turystyczna i jako taka jest reklamowana w przewodnikach dla Brytoli i Niemców. Potraktuj to jak wyzwanie! Wywalcz swoje piwo!



Ale wróćmy z Czech na Słowację.

Powrót do minionych epok ma swoje różne dobre i złe strony. Jak to z epokami bywa. Co by tu nie mówić- za komuny byłem jednak młodszy (cytat). Urocze miasteczka po południowej stronie Tatr powodują bardziej obiektywny ogląd tego co jest po stronie północnej. Wychodzi z tego pobieżnego oglądu, że Polacy lubują się w hałasie i chaosie, imprezach, nocnym życiu i banerach reklamowych na każdym płocie.

Słowacy wolą spokój, chodzą spać z kurami, nie wstydzą się reliktów przeszłości, a banery mają w całkiem słusznej pogardzie.
Tak się bawi, tak się bawi- Poprad w sylwestra!!!


Nowy Smokowiec

Tatrzańska Łomnica, widok na dolinę Popradu.

Tatrzańska Łomnica

Tatrzańska Łomnica




Zastanawia mnie przy tym ostatnio, czy ostra reklamoza jaka dotyka Polskę nie wiąże się przypadkiem (oprócz kiepskiego prawa) z bardzo słabym poziomem czytelnictwa. Może dlatego trzeba do wszystkich krzyczeć tymi reklamami, bo sami z siebie nic nie czytają.

Ja natomiast jestem biedny, czytam wszystko automatycznie i odruchowo. Przy śniadaniu skład majonezu przed oczami, w kibelku ostrzeżenia na dezodorancie, w poczekalni u lekarza- plakaty o kręgosłupie, do trzeciej w nocy o tragedii na Broad Peak'u, ogólnie- co podlezie pod oczy i może dlatego tak cierpię- automatycznie czytam wszystkie reklamy.

Dzieki Słowacji poczułem nagłą ulgę.



No i pomimo tych straszliwych i dramatycznych różnic dzielących nasze kraje współpraca międzygraniczna zacieśnia się. Bardzo to pocieszające. Wyobraźcie sobie że od tego sezonu Bahledova Dolina działa na jednym skipasie z Białką i Jurgowem. Jeszcze trochę i przewiercimy tunel łączący Kasprowy Wierch ze Sztyrbskim Plesem a niedługo potem zarazimy się od Słowacji większym ładem przestrzennym i odkurzymy z reklam całe Zakopane.



Lubię Cię Słowacjo.

I'll be back (cytat- Arnold Schwarzenegger)



Fabrykant



P.S. Tytuł artykułu oczywiście mylnie kieruje wzrok na czeskie Brno. Ale nie mogłem się powstrzymać.