piątek, 16 lutego 2018

Centrum feudalizmu. Liptovský Ján.


A może lepsze są Alpy pod Tatrami?
Może i lepsze, ale co to tam za Tatry! Takie niskie!
No bo to Nizkie Tatry.



Znowu się coś tam kliknęło na buking com. Cokolwiek, byle blisko, bez żadnych dodatkowych intencji, byle było miło i niedrogo. Klik i coś tam się zarezerwowało. Potem trzeba było dojechać. Nie tak daleko nawet. Dojechało się po nocy, poszło spać. A rano...
Ratunku! To jest jakieś niewiarygodne miejsce.
Nieoczywiste, ale jednak niewiarygodne.
Wieś, ale taka jakiej w Polsce nie widziałem. Nazywa się Jan Liptowski, tfu... Liptovský Ján.



Ja już kiedyś pisałem, że dla egzotyki to nie trzeba daleko jeździć. Zaskoczenia czekają już za rogiem. Tylko są warunki – nie należy oczekiwać od wszystkiego splendoru Pałacu Buckingham, oraz trzeba się uważnie wpatrywać. Trenuję uważne wpatrywanie, zwłaszcza przez wizjer aparatu. Węszę ślady przeszłości jako ten ogar polski.
Bo ja strasznie lubię wszystkie przeszłe rzeczy, różne zaszłości i anachronizmy. Nie wiem skąd mi się to bierze, ale jak widzę jakąś starą ruderę, to od razu mi się lepiej robi. Czasem wystarczy mi popatrzeć na swój samochód.

Samochód dojechał, tak jak zawsze dojeżdżał. Mówiłem, że co stare to dobre.




Liptowski Jan, u wejścia do Jańskiej Doliny, region Liptów, okręg Liptowski Mikulasz, kraj Żyliński, Słowacja. Miejsce w samym środku niczego. „Na brzegach starych map pisali: dalej mieszkają już tylko smoki”.


Maleńka wieś, na pierwszy rzut oka taka jakie wszystkie na Słowacji, trochę starych domeczków, trochę nowych, strumyk płynie z wolna, rozsiewa śniegi luty, góry dookoła. Ale już z mojego z okna widzę pierwszy... hm..., jakby to stało w Polsce, to by się nazywało, jak bum cyk dana, „kasztel”, a tutaj się nazywa „kuria”, pierwsze quasi - warowne coś. Potem idą dwory. Dworzyszcza. Wśród wiejskich domków stoją sobie wielkie dworskie rezydencje. Jest ich tu siedemnaście. W większości renesansowych! We wsi, którą przeszedłem spacerkiem w dwadzieścia minut! Sporo w stanie „tradizzioni ruderi anticchi”, niektóre świeżutko odrestaurowane i odbiglowane, część, o, proszę bardzo- na sprzedaż.















To wszystko niby skromne, nie krzyczące, ciut zapyziałe, choć schludne, ale dla miłośnika polskich dworków ich widok w takim natężeniu na małej przestrzeni stanowi całkowity szok – tego jeszcze nie grali.
Siedemnaście dworów – kaszteli zbudowało siedemnaście rodzin z tejże wsi. Moda taka nastała akurat. W siedemnastym wieku im się zachciało.

Jest to stwierdzone naukowo największe zagęszczenie rezydencji w Europie Środkowej.


Widok tychże dworków nasuwa różne refleksje – jakże zamożni musieli być owi włościanie! Jakże socjalni! U nas są oczywiście różne szlacheckie budowle, ale jednak strasznie rozrzucone. Polak na zagrodzie równy wojewodzie. Majątki stały w oddaleniu, tak że z jednego widać drugiego nie było. W Liptovským Jánie stały wspólnie, otoczone przez sady i ogrody. Pracowali w nich chłopi feudalni, czyli biedota, zamieszkująca w domeczkach i drewniakach. Niektóre z tych mikro domeczków można dostrzec i dziś między budynkami wsi. Nie należy ich mylić tylko ze spichrzami przerobionymi na domy mieszkalne, które także stoją malowniczo w Liptowskim Janie.
Wszystko to za Habsburga się działo. Słowacji wtedy nie było jeszcze w planach, ino Górne Węgry.
Wieś została założona w XIII wieku przez ród Szentivány, czyli po słowacku Svätojánskovcov (po polsku - Świętojańskich), stąd i nazwa- kiedyś był to Liptovský Sväty Ján. Klan Szentivány dostał był z nadania masę ziemi od króla Beli IV. Niejaki Bohumír Szentivány był gościem, który dał impuls do budowy katolickiego kościoła i pierwszych kaszteli. Skąd miał kasę? Ta- dam! Z kopalni złota, proszę państwa! Ja wiedziałem, że coś tu musi być, jakiś dochodzik, jakaś gruba kaska! Z pasania owiec na halach to siedemnaście kaszteli w jednej wiosce nie dałoby się postawić.
Cała rodzina była zatem majętna że hej i globtroterska na miarę swojej epoki. Podobno dużo podróżowali po Europie. Z miasta Paryż ów Bohumir przywiózł był niejakiego mistrza budowlanego Gilberta i podobno na jego planie została ustalona cała urbanistyka wioski.


Ze swoich kopalni Svätojánskovcy/ Szentiványi ciągnęli ponoć 250 kilogramów czystego złota rocznie. Składowano je w piwnicach owych dworków. Jak pisał historyk Jan Hlavienka – ród powiększał się w tempie geometrycznym, a każdy z kolejnych potomków chciał mieć swój własny „burg”. W siedemnastym wieku nastąpiła kulminacja tego dobrostanu i z tego okresu pochodzi większosć liptojańskich zabytków. Zbudowano nawet we wsi wielofunkcyjny budynek Kasyna, tam spotykała się cała rodzina właścicieli na posiedzenia biznesowe i prawne, założyli oni bowiem coś w rodzaju rodzinnej spółdzielni. W kasynie organizowano także bale, oraz przedstawienia teatralne.
Przedstawiciele rodziny byli ludźmi wpływowymi. Martin Szentiványi, jezuita był wykładowcą i rektorem uniwersytetu w Trnavie, władał ponoć biegle siedmioma językami. Jego imiennik był żupanem w największej na Węgrzech kopalni w Liptowie.

Teraz następuje niespodziewane powiązanie z moim niegdysiejszym wpisem o Słowacji i drugiej stronie Tatr – LINK. Niejaki Jozef Szentiványi, późniejszy potomek, był założycielem pierwszego na Węgrzech uzdrowiska w Sztyrbskim Plesie. Leczyli się u niego nie tylko kronprinz Josef, ale i Ferdynand Lesseps, twórca Kanału Sueskiego.

Bogactwo przestało płynąć szeroką rzeką na przełomie XIX i XX wieku, kiedy to Svätojánskovcy z musu zaczęli wyprzedawać swoje majątki, lasy i ziemie. Kasyno zostało sprzedane miejscowym Żydom, którzy urządzili w nim dom modlitewny, oraz szkołę. Inne dworki przeszły przed I wojną światową w różne prywatne ręce.
I kolejne zaskoczenie z Liptowskiego Jana - pozostały w prywatnych rękach nieprzerwanie aż do dzisiaj. Z niewiadomych przyczyn komunizm o nich zapomniał. Należy tu pamiętać, że komunizm czechosłowacki był znacznie bliżej modelu sowieckiego niż nasz „najweselszy barak w obozie”. Nawet mieszkańcy wioski nie wiedzą dlaczego nie zostali rozparcelowani – może te „dworki” były za mało okazałe? No bo fakt- nie są to Luwry, co najwyżej Soplicowy, albo Oblęgorki.
Największa hekatombę w historii urządził tym rezydencjom kapitalizm. No bo weź tu utrzymaj, albo wyremontuj taki Oblęgorek. Niemniej w gminie Liptowski Jan, która obejmuje kawał doliny Jańskiej jest trzy i pół tysiąca miejsc noclegowych. Turystyka może uratuje te wszystkie szacowne zabytki.




Same zabytki to nie wszystko, proszę państwa.
Otóż jak się chodzi po Liptowskim Janie to od czasu do czasu coś tam dyskretnie pośmierduje. Ba! Jak się wwąchać, to i pośmierduje nawet gdzieniegdzie już na autostradzie E50 Rużomberk – Poprad.
Ale nie tak jak to często u nas – gnojowicą.
Siarkowodorem pośmierduje.

Trzeba wyjść tuż za gospodarstwa, gdzie przy rzece jest sobie mały park. A w tym parku – skromny bo skromny – gejzer! Dwadzieścia trzy stopnie cały rok. Kąpanie dozwolone.
Cała Jańska Dolina siedzi na wodach termalnych, jest tu niedaleczko nawet wielki kompleks basenowy, ale ja tam nie był. Wolałem w Liptovským Jánie, kak w Pariże guliat'. Tam gdzie same starocie z siedemnastego starocia... tfu! stulecia, stulecia. Chyba się co nieco zeslawizowałem po przekopaniu słowackiego internetu.

Śliczny mają tu kościółek. Znaczy się mają tu dwa kościółki – katolicki i protestancki, ale zwłaszcza ten pierwszy ma w sobie sporo uroku i wspaniałe proporcje. W siedemnastym wieku otoczono go murem obronnym, przetrwał ten mur do wieku XXI, kiedy to jest w nim teraz przejściowa dziura. 



Przejściowa w dwóch znaczeniach. Dzisiaj nie wygląda ten mur zbyt okazale, ale wiadomo że teren się zmienia, kiedyś pewnie grunt był niżej, a mur wyższy. Jeśli chodzi o mury, to nie trzeba w Liptowskim Janie długo szukać – nie mam żadnych rzetelnych dowodów, samą tylko intuicję wielbiciela ruder, ale zwyczajny mur pomiędzy dwoma chałupami koło kościoła też pewnikiem jest z siedemnastego starocia... tfu, stulecia.










W środku kościoła dość niezwykłe freski na suficie. Z górnikami. Nie widziałem takich jeszcze (choć ja niewiele widziałem). Marzyłem w skrytości ducha, żeby wdrapać się na wieżę kościelną, co mi się niestety nie udało. Klucz ma jedna pani, która dzwoni na mszę – sam widziałem jak otwiera by dzwonić, ale nie śmiałem pytać, bo zaczynano właśnie liturgię.


Byłem za to w mrocznych kazamatach. I to jakich!
Tuż pod kościołem stoi sobie chatka z napisem „Mincovníčkovo – Podzemie pod vežami” (Mennicowo – podziemia pod wieżami). To muzeum górnictwa złota. Pod tą niepozorną chatką leży cała minikopalnia. Żywa jak żywe srebro. Nie dość że można tam samemu rąbać kamory rudy, kręcić korbami, nawalać kafarami, za pomocą dwustutonowej prasy wybić sobie prawdziwą monetę, gęsim piórem przy pomocą inkaustu zapisywać w księdze rachunkowej, złoto płukać misą i na specjalnych ladach. Nie dość. Pan przewodnik mówi w pewnym momencie: „to teraz z kopalni i huty idziemy do kowala”. Do kowala, myślę sobie, zaraz zobaczymy jakąś cepelię.

"Dobra" – myślę sobie - "Skończ ten teatrzyk."
To nic nie znaczy, to o niczym nie świadczy.

Ale nie! Nie, proszę państwa. Jaka cepelia?! Łap się pan za miech, panie turysto z Pol'ska i dmij pan co sił, bo tu trzeba kuć żelazo póki gorące, młotem w rozgrzany do czerwoności pręt nawalać! Jedziemy! Równo! Raz i dwa, raz i dwa!






O ile w swej wiekowej skromności cały Liptovský Ján nie jest może spektakularny jak Luwr czy katedra Gaudiego w Barcelonie, o tyle „Mincovníčkovo” zasługuje na co najmniej trzy gwiazdki Michelina, albo pięć gwiazdek Stomil Olsztyn. Jedno z najfajniejszych małych muzeów w jakich byłem.



Nad wsią, po drugiej stronie potoka leży sobie cmentarz, nad którym góruje grobowiec założycieli wioski. Dopiero tam dowiaduję się, że ich nazwisko należy pisać z myślnikiem – Szent – Ivány.



Strasznie tu miło na tej Słowacji. Pogadać sobie można po słowacku. Po prawie słowacku. A i tak zrozumieją. Jeść dają różne bryndzowe haluszki, reklam nie ma i spokój. My zazdrościmy im spokoju, a oni podobno nam trochę naszego niepokoju nieco zazdroszczą. W każdym razie równowaga panuje w przyrodzie i żadne marsze pod żadne ambasady nie muszą chodzić.

Jest jedna rzecz, która nas ze Słowakami bardzo różni. My jesteśmy zupełnie zrusyfikowani, a oni nie. Co? Że niby zawsze się z Rosjanami lubili, a my nie bardzo?
To zamówcie w restauracji czarną herbatę! (po słowacku to „čierny čaj”).

Zamawiam kawę, i to czarną kawę
I dodaję nawet, że bez mleka i śmietanki
I bez żadnych gadek!

Patrzę na typa - widzę – gar ma słaby
Więc dodaję jeszcze że czarna ma być.

Typ stał jednak chyba tam gdzie ZOMO
Bo, patrzę – niesie mi padakę zabieloną.
O zapłacisz za dyshonor!

Lecz chowam swój gniew
Nie ma go rozpościerać nad czym.
To nic nie znaczy, to o niczym nie świadczy.

Łona „To nic nie znaczy”

Nie jestem tak radykalny jak Łona. Od kilku dni zamawiam w Liptowskim Janie čierny čaj i czekam co będzie, z lekkim rozbawieniem i zaciekawieniem. Jeszcze NIGDY nie dostałem czarnej herbaty. Dostałem już: miętę, zieloną herbatę, herbatkę z owoców leśnych, oraz herbatę cytrynową z imbirem. Jestem ciekaw co będzie jutro. Jaką też czarną herbatę to jutro przyniesie...


Fabrykant




Jeżeli się podobało - byłbym bardzo wdzięczny za wszelkie udostępnienia.
Dzięki!


Źródła i źródełka:



6 komentarzy:

  1. Ja sprawdzę Tego Fabrykanta , w lecie zapewne - malowniczością moje fotki Fabrykantowi ''nie dostoją'' To taki sobie cytat .Ale będę miał na pewno''satysfakcję niepomierną bez wulgarnej przyjemnosci''(cytat-prawda,że okropny?) Pyszne fotki i temat jednakowoż.Bywaj Fabrykancie !!Twoje zdrowie w gardło moje , za dociekliwość i skrupulatność w dochodzeniu do miejsc niekoniecznie popularnych ,acz fascynujących(też był cytat równie ohydny)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Pracujemy nad tym, żeby zwiedzić wszystko. Może się zdąży do emerytury. Liptowski Jan trafił się zupełnym przypadkiem.

      Usuń
  2. Faktycznie zżera komentarze... A niby się dodał. Ale nic to. Jeszcze raz:

    No pięknie, trzy lata (niecałe) na slawistyce-słowacystyce, a o tym nam nikt nie powiedział! Skandal. Może i dobrze, że zrezygnowałam, skoro nie uczyli o tym, co trzeba...
    W tym zagęszczeniu dworków, to rzeczywiście nic Jana nie pobije. A ja się ekscytowałam, że w podzłotoryjskim Wojcieszowie mają (bodajże) 5 pałaców, naiwna...
    Piękny wpis, wyczerpujący, bogaty w wiedzę - teraz tylko wsiadać i jechać, zwiedzać ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Staram się jak mogę. Nawet się w jeden dzień słowackiego nauczyłem, żeby przetłumaczyć artykuły lepiej niż Google Translator.

      Usuń
  3. Byłem w Liptovskim Janie na koloniach letnich w 1997 roku. Stwierdzam, że od tego czasu, patrząc po Twoich zdjęciach, to tam się prawie nic nie zmieniło. Mieszkamy sobie, nic się nie dzieje, dobrze jest.

    Mieszkałem w takim hoteliku Limba na małym wzniesieniu. Mieliśmy stamtąd niedaleko do basenów termalnych i na boisko zorganizowane na jakiejś łące. Ze szczytu tego wzniesienia był ładny widok na okolicę - chyba przejadę się tam jeszcze raz, żeby to sobie w głowie poprzypominać.

    Czasami jak coś przeskrobaliśmy trener ganiał nas Jańską Doliną aż się ze zmęczenia niemal na czworakach wracało, sadysta jeden! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Słowacja ogólnie nie zmienia się za bardzo. Ja też wybiorę się chyba jeszcze raz do Jana, tym razem letnią porą.

    OdpowiedzUsuń

Drogi czytelniku! Pragnę ostrzec, że wredny portal blogowy na jakim piszę bardzo lubi zjadać bez ostrzeżenia wpisy czytelników podczas ich zamieszczania. BARDZO PROSZĘ PO NAPISANIU KOMENTARZA SKOPIOWAĆ GO i w razie czego wstawić ponownie, na pohybel Google Blogger. Fabrykant.