Jechaliśmy autostradą. I skręciliśmy przed jednym z drogowskazów wskazujących najpopularniejsze niemieckie miasto o nazwie Ausfahrt. (bardzo popularne - wszystkie drogi prowadzą do Ausfahrt). Po skręcie na zatrzymaliśmy się na tradycyjnej germańskiej stacji benzynowej, w tradycyjnym germańskim gasthofie. Deszczyk siąpił, na parkingu było pustawo. Nie wysiedliśmy jeszcze z auta gdy zauważyliśmy, że wielki znak drogowy jest z frontu pomazany sprayem. To nas troszeczkę zaniepokoiło, ale jeszcze jak gdyby nigdy nic. Następnie, w drugim rzucie oka, dostrzegliśmy, że reklamy restauracji nieco spłowiały i litery niegdyś ciemnozielone i czerwone miejscami nieco zbladły i uzyskały tu i ówdzie kolor trawiasty i rudopomarańczowy. Spojrzeliśmy po sobie niemo i z przerażeniem. Potem popatrzyliśmy na dach parterowej rozłożystej restauracji. Wtedy dopiero przeszedł nas dreszcz grozy. Nie uwierzycie – ten dach był w połowie OMSZAŁY!
Nie było wątpliwości – Niemcy upadły. Dawne Niemcy, wypieszczone, wymuskane, maksymalnie dofinansowane, kipiące solidnością i niezachwianym porządkiem idealnym wyczyszczeniem – takie, jak za czasów młodości, kiedy oglądało się je ze szczęką opadniętą z podziwu – już nie istnieją. Przed nami widniały naoczne dowody. Albo coś w tym rodzaju.
Choć były przecież i wcześniejsze symptomy. Niedokończony przez dziewięć lat dworzec lotniczy Berlin-Brandenburg imienia Willego Brandta, w którym wykryto 11 tysięcy usterek budowlanych i którego koszt wzrósł w trakcie budowy z dwóch miliardów do siedmiu i pół miliarda euro. (ja bym chyba umarł na serce przy takim wzroście kosztów). Symbol najgorzej prowadzonej inwestycji świata.
Fregaty Deutsche Marine F126 projektowane bezskutecznie od 2020 do 2026 roku. Właśnie niedawno zdecydowano o całkowitym skasowaniu tego programu dla niemieckiej marynarki, który miał przynieść wielkie, nowoczesne okręty bojowe ale w międzyczasie zdołał już sobie podrożeć z 10 miliardów do 18 miliardów euro za sześć sztuk jednostek pływających. Zrezygnowano z nich w końcu.
Wreszcie znana wszystkim sprawa: imigranci, mniejszości narodowe, gastarbaiterzy, spowolnienie gospodarcze, zwolnienia w przemyśle, wzrost kosztów surowców, odwrót chińskiego rynku od niemieckich produktów, Volkswagen zamyka fabryki (o tym wszystkim opowie wam AfD). Jeden wielki upadek.
Ale czy na pewno? Zwiedzając Hamburg można nabrać wątpliwości.
Hamburg! Nie wiedziałem, czego się spodziewać po tym mieście. Czy ono spodoba mi się aby? Czy teutoński duch tam przeważa, czy może otwarty Atlantyk? Czy ta krótka żołnierska nazwa „Hamburg”, wyglądająca na pierwszy rzut polskiego oka jak rozkaz poddania się, zawiera w sobie coś więcej niż tylko suchy germański ordnung? Gdzie sedno i genius loci tego miejsca? Same znaki zapytania i to jeszcze przed przyjazdem. Otóż jest tam pięknie! Podoba się, potwierdzam. Charakterek to miasto ma niezły. Nie są to ciepłe kluchy, oj nie! Nie jest to germańska ciężkość, grubiański dowcip, pruski dryl. Jest tam jakiś taki
kulturowo urbanistyczny zmiesz (to z czeskiego, Czesi mówią: „směs”). Bigos, gulasz, ajntopf. Dość powiedzieć, że jak na regularne niemieckie miasto, płynie tam maksymalnie nieregularna rzeka Łaba, która rozgałęzia się na dziesiątki odnóg, kanałów, jeziorek. Doprawdy, ciężko na tym stawiać coś w pruskim ordnungu. Hamburg jest trochę regularną kratką, a trochę falami biegnącymi wzdłuż rzeki. Wszystko to wieki temu zamieniono na wszechobecny port – im dalej obrzeży tym nowocześniejszy, im bliżej centrum tym bardziej zabytkowy. Zabytkowe porty tygrysy lubią najbardziej. W mieście Hamburg jest na przykład najwięcej mostów w Europie. Dwa i pół tysiąca. Wenecja się chowa. I inne „wenecje północy”. Do tego oczywiście cały Hamburg był w czasie wojny zbombardowany, co nadaje mu dziś dodatkowego wielowątkowego sznytu – pomiędzy starymi dokami, kamienicami stoi sobie w całkowitej, łaciatej nieregularności nowoczesna mieszkaniówka i biurowce, bardzo dobrze dostosowane skalą, materiałem, wiekowa cegła przetykana stalą szkłem i aluminium. Robi to dobre, harmonijne wrażenie. Sam Hamburg doznał niesamowitego szwungu w XIX wieku, czym przypomina mi rodzinną Łódź.Wiek pary i elektryczności rozhulał Hamburg do niewyobrażalnej skali. Dzielnica doków- spichrzy Speicherstadt to takie hamburskie „familoki Poznańskiego” – ceglane, potężne, pełne rytmicznych filarów olbrzymie budynki nad kanałami – tyle że zajmują jakieś osiem- dziesięć kwartałów, a nie ćwierć, tak jak u nas przy ulicy Ogrodowej. Chodzi się po tym z opadniętą szczęką i palcem nieodrywającym się od spustu aparatu. Imponujące.
Ale co tam spichrze, co tam dwa i pół tysiąca mostów hamburskich. Mosty się nie liczą. Liczy się tunel. Tunel pod rzeką Łabą zbudowany – uwaga, uwaga – w 1911 roku. Gdy wszedłem tam, to pragnąłem już nigdy stamtąd nie wychodzić. Mógłbym tam siedzieć, obserwować i napawać się cały dzień. Jak to możliwe – zbudować tunel pod rzeką na początku XX wieku, w czasach zamierzchłych, które zgłębiłem całkiem nieźle pisząc „Tramwaj Tanfaniego”? Na moje wyczucie – to było nierealne. Dokonano tego jednak. Wyobraźcie sobie coś w rodzaju rzymskiego Panteonu stojącego nad brzegiem rzeki. Gdy do niego wejdziecie ukaże się waszym oczom studnia, średnicy jakichś sześćdziesięciu metrów i głęboka na siedem pięter, cała wyłożona kafelkami i pasami secesyjnych rzeźb. Już samo to przyprawia o zawrót głowy niektórych secesjofilów. Połowę z tej studni zajmuje pięć wind – trzy samochodowe, w każdej mieściły się po dwa auta lub konne zaprzęgi i dwie mniejsze pasażerskie. Wszystko w stylistyce filmu science-fiction w klimacie steampunk. Do tego żywe i nadal działające. Mogliby tam kręcić „Metropolis” Fritza Langa bez żadnych dekoracji. Do tego wszystkiego pustą połowę wielkiej secesyjnej studni zajmują żeliwne, wielopotokowe schody, które pajęczyną łukowych zakosów schodzą zygzakami siedem pięter w dół. Na pierwszy rzut oka kojarzy się to z rysunkiem przedstawiającym schody niemożliwe, które biegną niewiedzieć dokąd – w górę, czy w dół. Zlazłem po tych schodach na sam spód i musiałem sobie usiąść – nie ze zmęczenia. Z wrażenia.
Dodatek w postaci dwóch wykafelkowanych na błyszcząco półkilometrowych tuneli które biegną pod dnem Łaby jest już po tym wszystkim dość zwyczajny i pomijalny. Jest to arcypokaz XX-wiecznej inżynierii i arcypokaz potwornych zasobów materialnych ówczesnych Niemiec – całkiem niedługo po wojnie Prus z Francją w 1870 roku, kiedy to pokonana Francja musiała wypłacić reparacje w postaci tysiąca pięciuset ton złota. W tych samych latach w dzisiejszych Pilchowicach Niemcy wybudowali słynną zaporę wodną na Bobrze, drugą najwyższą w dzisiejszej Polsce i most wiszący nad zalewem, ten który chciał nam niedawno zburzyć Tom Cruise (też jeden z najwyższych). W podobnych latach i zapewne z tych samych pieniędzy ufortyfikowano piętnastoma fortami Toruń oraz gigantycznie rozbudowano sieć kolejową Prus. Budowało się! Kasa była.
Ale czy kasa jest nadal? Czy to może już przeszłość? Ten omszały dach nad gasthofem wciąż dawał do myślenia...
Potem obejrzeliśmy inwestycję z lat 40 XX wieku. Niemieckie inwestycje z lat 40. także były na ogół dość kosztowne – różne czołgi, samoloty odrzutowe, bombowce i działa pochłaniały mnóstwo kasy. Panowała także napędzana hitleryzmem gigantomania – projektowano rzeczy największe na świecie, imponujące i monstrualne. Większość nie miała sensu i przyczyniła się do szybszego upadku III Rzeszy, ale niektóre okazały się całkiem trafione. Do takich można zaliczć Flakturm IV – bunkier wieżowy stojący do dziś w centrum miasta Hamburg. Jest to jeden z największych bunkrów na świecie. Został zaprojektowany jako niezniszczalny, i owszem, okazało się to być prawdą. Z mierzwy miejskich kamienic i parków wyrasta nagle potworny betonowy kloc o wymiarach podstawy 75 x 75 metrów i wysokości mniej więcej 40.
| Unikalny widok budowlany: przekrój przez zbrojenie bunkra. |
Przeznaczony był dla ukrycia 18.000 osób oraz obrony przeciwlotniczej za pomocą dział ustawionych na wieżowych narożnikach. To akurat nie poszło za dobrze, zmasowane naloty w 1943 przytłoczyły obronę, radary zostały porażone przez zasypanie nieba paskami folii aluminiowej przez aliantów, działa wkrótce uległy uszkodzeniom. Natomiast sama konstrukcja bunkra okazała się nienaruszalna ówcześnie dostępnymi środkami lotniczymi – trzyipółmetrowej grubości ściany i pięciometrowej grubości żelbetowy strop zdołały ochronić 25 tysięcy stłoczonych ludzi. Podobne wieże stanęły także w innych niemieckich miastach – do dziś przetrwały nieliczne. W zburzonym powojennym Hamburgu nie pozwolono go zniszczyć, gdyż stanowił przez początkowy czas całkiem niezłe schronienie dla mnóstwa ludzi, którzy stracili dach nad głową. Zresztą wyburzenie go było ryzykowne – do ostatecznego skasowania identycznego berlińskiej konstrukcji konieczne było użycie 40 ton trotylu. Potem Flakturm IV służył przez chwilę za dom pomocy samotnym matkom, a wkrótce potem rozhulała się zimna wojna, jej odwrócone sojusze i domniemane zagrożenia, zatem bunkier mógł dalej służyć jako obiekt do awaryjnego wykorzystania. Aż do czasu zjednoczenia Niemiec i znanego nam wszystkim „końca historii”. Potem kupiła go prywatna firma z dobrym pomysłem na przebudowę. Długo trwały targi i uzgodnienia z władzami, wreszcie w 2024 roku zrealizowano to zamierzenie – przeróbkę bunkra na hotel połączony z muzeum i ogólnodostępnym ogrodem, co ciekawe: jest to mieszanka o mniej więcej równych proporcjach. Pomysł jest zacny i efektowny – bunkier ma tak przegigantyczną i masywną konstrukcję, że można ją obciążyć byle czym, i tak wytrzyma. Dobudowano zatem wokół bunkra na wspornikach spiralne tarasy i schody, które prowadzą oniemiałego widza na szczyt obiektu gdzie czeka na niego dobudowany wielki ogród wypoczynkowy z kafejką. Po drodze ustawiono liczne tablice opisujące ponurą historię i konstrukcję obiektu. Jest to wszystko efektowne, przyjemne dla oka i ducha oraz zupełnie darmowe – polecam każdemu, bo każdy znajdzie tu coś ciekawego: są także sklepy i restauracja, mnóstwo zieleni, ale też mnóstwo potwornego surowego żelbetu o powikłanej przeszłości. Udało się w tym obiekcie umiejętnie połączyć komercyjną, dostatnią i zdemilitaryzowaną teraźniejszość Niemiec z ich mało chwalebną acz efektowną przeszłością. Nie ma w tym dysonansu ani przesady. Zatwierdzam.
Potem obejrzeliśmy hamburską filharmonię stojącą w widłach Łaby. Gigantyczny srebrny żagiel, cały z mieniącego się giętego szkła, nasadzony na ceglaną podstawę, górujący nad miastem jak kryształowa wieża. Na tarasie widokowym tejże filharmonii widziałem chyba najdroższy pojedynczy element budowlany jaki oglądałem w życiu – otwieraną witrynę bez żadnych ram wykonaną z giętego szkła grubości ze trzech centymetrów o wysokości dwóch pięter i długości boiska do koszykówki. Musiało to kosztować fortunę. Kosztowało. Zaczęto budowę Elbfilharmonie w 2007 roku z przewidywanym budżetem 76 milionów euro. Skończono w 2016 roku wydając po drodze niewiarygodne 866 milionów. Ponad dziesięciokrotne przekroczenie budżetu! To zapewne przez tych wszystkich uchodźców.
Potem pojechaliśmy na wypoczyn (licencja: Tytus de Zoo) do dzielnicy wypoczynkowej Hamburga pod nazwą Blankenese. Te hamburskie nazwy są jakby trochę dziwne: Altona, Blurup, Dockenhuden… Takie jakby niezbyt niemieckie. Owszem. Tu była Dania jeszcze w XVII i XVIII wieku. Hamburg i okolice to było niejako pogranicze, co jeszcze bardziej wzmacnia moje przekonanie o wielowątkowej i ajntopfowej kulturze tego miasta. A więc do Blankenese! Wyjechaliśmy z centrum i udaliśmy się na północno zachodnie przedmieścia w stronę dzielnic willowych nad Łabą. Za chwilę zaczęły się wille. Ale nie byle jakie. Wyobraźcie sobie jakiś Ciechocinek, albo Konstancin, albo podwarszawski Świder. Z jedną podstawową różnicą – wypieszczony, odrestaurowany i doczyszczony na maksa oraz otoczony zielenią, której nie powstydziłby się ogród botaniczny. Do tego w wiekowym, gęstym starodrzewiu. Wille, pałacyki, parki, trawniki, korty tenisowe, klomby, baseny, ogrody zimowe, mercedesy, rolls-royce’y, tuje i bachanalia. W pewnym momencie pomyślałem sobie, że to się wszystko zaraz skończy i nastąpi coś innego, jakaś wieś, jakieś pola-łąki czy co? Ale to się nie kończyło. Wcale się nie kończyło! Jechaliśmy przez dzielnicę luksusu w przyjemnym cieniu wiekowych dębów przez następne sześć czy siedem kilometrów, aż do Łaby, gdzie wille i pałace zmieszały się z odbiglowanymi rybackimi chatami krytymi strzechą i zeszły krętymi uliczkami po skarpie nad malowniczą rzekę.
Otóż tak. Może i ci Niemcy coś tam słabują i niedomagają, może dopadają ich ekonomiczne i geopolityczne problemy. Ale, jak pisał Lem – nim gruby schudnie, chudy zdechnie. Wielu chciałoby mieć takie problemy jak oni. Kapitał może i topnieje, ale zdaje się, że jeszcze na kilka pokoleń starczy.
Przyszłość jest oczywiście nieznana i niepewna. Jedno jest pewne – podróże kształcą, układają nam - bardziej czy mniej prawdziwy - obraz świata.
Fabrykant
Marcin Andrzejewski
P.S. Polecam swe interesujące i wieloznaczne kryminały:

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Drogi czytelniku! Pragnę ostrzec, że wredny portal blogowy na jakim piszę bardzo lubi zjadać bez ostrzeżenia wpisy czytelników podczas ich zamieszczania. BARDZO PROSZĘ PO NAPISANIU KOMENTARZA SKOPIOWAĆ GO i w razie czego wstawić ponownie, na pohybel Google Blogger. Fabrykant.