poniedziałek, 2 stycznia 2017

Amerykanin z Yokohamy.


John Weine nacisnął hamulec i potężny kanciasty Cadillac zakołysał się zatrzymując przy krawężniku. Weine machinalnie przestawił drążek na „Parking” rozglądając się po ulicy miasteczka. Wysiadł z auta zawadzając o dach obszernym rondem kapelusza.
Stara Becky kosiła trawnik przed swoim sklepem hałasując równie wiekową kosiarką. W warsztacie „U Mike'a” błyskał z garażu automat spawalniczy.
John skinął głową Becky, wykonując coś w rodzaju salutu do swojego nakrycia głowy i pozdrowił listonosza, który niósł sporą paczkę po drugiej stronie ulicy.
Upał wisiał w powietrzu. Dochodziło południe.
Weine sięgnął po aparat z tylnego siedzenia i nie trudząc się zamykaniem auta skierował swą potężną postać w stronę sklepiku fotograficznego, oklejonego gęsto reklamami.
Ulicą przejechała jakaś mała Toyota. Weine długo odprowadzał ją wzrokiem, splunął z niechęcią i pchnął drzwi do sklepu, na których zakołysał się plakat z wyraźnie czegoś bardzo szczęśliwą posiadaczką Minolty 7xi. John nie zwracał uwagi na jej ponętnie kusy strój. Dźwięknął potrącony dzwonek.
-John, stary byku!- sprzedawca zza lady, pochylony nad jakimś magazynem przesunął okulary na łysinę i podszedł przywitać się z klientem. Uścisnęli dłonie i klepnęli się po ramionach.
Wewnątrz nie było specjalnie chłodniej niż na dworze, pomimo brzęczącego w rogu klimatyzatora. Wiatrak na suficie mielił miarowo powietrze kołysząc reklamami Kodaka.
-Coś taki skwaszony?
-Ech, mówię ci Ron, wkurza mnie to wszystko.
-Hm?- sprzedawca spojrzał pytająco
-Ci Japończycy są już wszędzie- Weine trącił ręką plakat Nikona zwisający przy regale- Nie tak miało być, Ron. Na ulicy, w sklepie. Wszędzie!
-No co zrobisz. Sam wiesz, że robią dobre rzeczy- Ron wskazał palcem futerał, który dyndał Weinowi na szyi- Sam wiesz...
-Namówiłeś mnie na to. Używam, ale...
-I co? Jesteś niezadowolony?
-Nie Ron, nie zrozum mnie źle. Kupuję u ciebie aparaty, odkąd otworzyłeś ten sklepik w pięćdziesiątym pierwszym, nigdy się nie zawiodłem na twoich radach. Aparat jest w porządku. Ale gdybyśmy tylko produkowali takie lustrzanki z autofokusem, to zaraz bym to wywalił do śmieci. To jest po prostu nie do pojęcia. Pamiętasz Ron, jak lataliśmy nad Yokohamę? W naszej „Małej Bee”? Ledwo wylądowaliśmy wtedy na Iwo Jimie, na oparach paliwa... Ledwo ledwo... Pamiętasz...- John zamyślił się na chwilę do swoich wspomnień- Ale nieźle im dowaliliśmy. Wtedy wydawało się że jesteśmy górą. Oni byli na kolanach...
-Stare czasy John. Enola Gay to przeszłość- Ron poklepał Weine'a po plecach- Chesz im wypowiedzieć następną wojnę za Nikona?




Weine, zamyślony, sięgnął do kieszeni i postawił na ladzie naświetloną rolkę Kodachrome. Sprzedawca wziął ją niemal machinalnie, zapakował do koperty i włożył do pudełka z napisem „Weine” na półce za plecami.

-Morze ognia, Ron. To za sobą zostawiliśmy. I Japońców w zgliszczach. Szkoda że wtedy nie miałem tego kolorowego Kodaka. Kto by się wtedy spodziewał, że będą nam za parę lat wciskać swoje aparaty fotograficzne i samochody. A my nie będziemy umieli wyprodukować takich Nikonów, ani obiektywów do nich.
-No, nie przesadzaj. Obiektywy produkujemy.
-No coś ty! Do mojego Nikona?! Amerykańskie obiektywy?
-Oczywiście.
-Nic o tym nie wiem.
-Oczywiście że tak.
-Chłopie, przywracasz mi wiarę w mój kraj! Co to za cudo, bo pierwsze słyszę?
Ron spojrzał na Weinego krytycznie.
-Mało czytasz, John. Mówiłem ci zaprenumeruj chociaż Popular Photography.
-Nie mam czasu czytać. Jak mam wolne to wolę robić zdjęcia.
-Nawet miałeś już kiedyś obiektyw tej firmy. Może nawet jeszcze masz. Sprzedawałem ci go razem z Nikkormatem jakieś dwadzieścia pięć lat temu. Pamiętasz?
- Ten teleobiektyw 200? Jak to się nazywało?
-Ponder & Best.
-A, tak! Dałem Danny'emu na urodziny, razem z Nikkormatem.
-No właśnie.
-Teraz robią autofokusy?
-Tak. Zmienili co prawda nazwę na Vivitar. To była nazwa ich obiektywów. O tu reklama wisi- Ron wskazał palcem plakat- Kiedyś ci to proponowałem, jak były jeszcze czasy Nikona Photomic. Vivitar Series 1. Ale wtedy nie byłeś jeszcze taki cięty na Japońców.
-Panoszą się Ron. Włażą wszędzie. Ciebie to nie denerwuje?
-Jakoś nie, John.
-Nie myślałem że tak daleko zajdą, kiedy lataliśmy nad Yokohamę, Ron. Dostali od nas nauczkę i myślałem że mamy ich z głowy. A teraz musimy kupować od nich Nikony, Hondy, jakieś telewizory i inne gówno... To mi się nie podoba! Ameryka powinna być znowu wielka. Masz na składzie takiego Vivitara?
-Jasne. Zaraz ci pokażę.
-Dawaj go. Trzeba coś zrobić dla kraju. Nie możemy pozwolić Japońcom wchodzić sobie na głowę!
Ron przystawił drabinkę do regału i z wyższej półki zdjął czarne pudełko z dużą czerwoną jedynką na froncie. Rozpakował obiektyw z tekturowych osłon.



-Proszę bardzo. Fajny zoom z jasnym światłem. 28-70. Prawdziwe narzędzie dla zawodowca. Przy tym niedrogie.
-Mmm. Ładne- John wkręcił obiektyw w bagnet swojej 801s i spojrzał przez wizjer kręcąc pierścieniem. Przycisnął spust robiąc zdjęcie przez witrynę- Wezmę go, Ron. Od razu widać, że to nasza solidna robota. Trzeba popierać amerykański przemysł! Na pohybel tym żółtkom. Aparatu nie da się zamienić, to niech będzie chociaż obiektyw. Dobrze że jeszcze u nas robią takie rzeczy. Skąd ta firma jest?
-Santa Monica, Kalifornia.
-No. Taki adres mi się podoba. Ile to kosztuje?
-Dwieście dziewięćdziesiąt.
-Gotówką, Ron. To japońskie gówno zostawiam tutaj- Weine odłożył na kontuar obiektyw Nikkora- weź w rozliczeniu.
-Dwieście dziesięć. Może być?
-Jasne.
Weine wysupłał banknoty z potężnego pliku, który wyjął z portfela. Portfel też był słusznych rozmiarów.
-Dzięki Ron. Podniosłeś mnie trochę na duchu. Jeszcze Ameryka nie zginęła!
-Jakoś się trzymamy, John. Dobrych zdjęć ci życzę! Wpadnij jutro po odbitki. Cztery na sześć cali, jak zawsze?
-Jak zawsze. Trzymaj się Ron. Ha! Amerykański obiektyw autofokus, kto by pomyślał!


Weine zasalutował do obszernego kapelusza. Dźwięknął dzwonek u drzwi i potężna postać oddaliła się w upalne popołudnie w stronę swojego Cadillaca.

Sprzedawca popatrzył za nim dłuższą chwilę, zsunął okulary z czoła i wziął z kontuaru otwarte czarne pudełko z dużą czerwoną jedynką. Przyglądał się przez chwilę.
„Made in Japan”- głosił drobny napis w rogu.
Ron obejrzał się z niepokojem i zsunął szybko pudełko i pozostałe tekturki do kosza na śmieci.


$ $ $ $ $ $ $ $ $ $ $ $ $ $ $ $ $ $ $ $ $ $ $ $ $ $ $ $ $ $ $ $ $


Im dłużej wnikam w historię amerykańskiego Ponder & Best Inc. tym bardziej nabieram przekonania, że obiektyw tejże firmy, jaki posiadam- to rarytas.
Rarytas na miarę Fotodinozy.

Ale jest rzadki i niespotykany. Może dlatego udało się go kupić tak tanio.

Może też dlatego, że nie współpracował z Canonem inaczej niż na otwartej przesłonie. Nie dość, że nie współpracował, to jeszcze mało kto o nim słyszał. Nie mogę nawet znaleźć w necie zbyt wielu zdjęć tego amerykańskiego sprzętu.

Ta niewspółpraca coś nam przypomina, prawda? Pamiętacie- "Made in Japan" . To oczywiście Sigma. Pierwsza wersja autofokusowej 28-70/2,8 dla pełnych półprofesjonalistów. Sprzedawana w USA pod marką szacownego Ponder & Best. Znaczy się Vivitar.

Firma Vivitar nie miała żadnej własnej fabryki obiektywów. Niektórzy twierdzą, że nigdy nic nie produkowała. Ale się mylą, ci niektórzy. Produkowała w Stanach bardzo cenione i nowatorskie powiększalniki, z przemyślnym układem filtrów barwnych i mocną, choć nie grzejącą żarówką, według własnego patentu. Profesjonaliści bardzo je lubili.

Niemniej Vivitar i panowie Max Ponder i jego szwagier- John C. Best byli ewidentnymi pionierami trendów, jakie dziś dominują na świecie. To były trendy outsourcingu. I rebrandingu.

Firma powstała w 1938 roku jako dealer niemieckich, czeskich i szwajcarskich marek fotograficznych na USA, co było o tyle proste, że obydwaj założyciele byli Żydami, emigrantami z Niemiec. Firma handlowała obiektywami Schneider Kreuznach i Zeissa, aparatami Bessy i Voigtlandera, z dużymi sukcesami- wydawała własny obszerny katalog wysyłkowy. Przetrwała jakoś lata II Wojny Światowej, kiedy to ustał import z Europy, zajmując się konfekcjonowaniem filmów kinowych na potrzeby fotografii.

Tuż po wojnie firma została dealerem niemieckiego Rollei'a

Bardzo wcześnie bo już w latach 50-tych odkryła zalety japońskiego sprzętu optycznego i została oficjalnym dealerem Mamiyi, Sekkora, optyki Tamron, Sankyo i Komura, kamer 8mmm marki Kobena, wszelkiego sprzętu fotograficznego z Japonii, a potem Tajwanu. Wprowadzili na rynek amerykański także Olympusa.

Do 1964 roku wszystko szło po staremu, kiedy to Ponder i Best stracili przedstawicielstwo Olympusa, który to Olympus był właśnie na fali rozwoju, po sukcesie swoich aparatów serii PEN ,po świeżym postawieniu nowej fabryki w Tokio i po zorganizowaniu swojego Olympus Europe w Hamburgu. Zapewne myślano już o Olympus USA pod własnymi skrzydłami i z własną siecią dealerską.

Panowie Ponder i Best zostali zatem na lodzie i musieli przemyśleć swój biznes od nowa. Mieli liczne kontakty z fabrykami optycznymi w Japonii, orientowali się w branży, zresztą powojenny przemysł japoński wydaje się troszkę grajdołkiem, w którym wszyscy się znali. Panowie wiedzieli, że na dalekim wschodzie znajdzie się wielu dobrych producentów.

Postanowili rozejrzeć się za obiektywami i akcesoriami, które można by sprzedawać w USA pod własną firmą. Znaleźli Kirona, Cosinę, Tokinę, Konime. Ich obiektywy były początkowo sprzedawane pod nazwą Ponder & Best, potem w 1970 stworzono markę obiektywów i lamp błyskowych Vivitar.

Za tymi rewolucyjnymi zmianami w firmie stali nowo przyjęci pracownicy- inżynierowie, a przede wszystkim manager Bill Swynyard, który potem został profesorem na Uniwersytecie Stanforda i doktoryzował się z marketingu.

Niestety w 1969 roku zmarł Max Ponder, pan John C. Best z pomocą nowo przyjętej kadry dalej rozwijał Vivitara. 
Firma trafiła idealnie w początek boomu na lustrzanki, jaki ogarnął cały świat, wschodni i zachodni. Marka zaczęła być szybko rozpoznawalna w Ameryce, bo panowie Ponder i Best znali się na rzeczy i sprowadzali porządne sprzęty, a z Japonii, ciągle na powojennym dorobku, dało się je sprowadzać tanio.

Ale panowie właściciele postanowili zmienić skilla na wyższy level.

Próby obmarkowywania różnych obcych produktów własną nazwą, to jest dość stary numer, datowany jeszcze sprzed wojny. Wiele firm tak robiło.
Natomiast Ponder i Best postanowili zorganizować produkcję według wzorów wojennych. Dały im przykład ministerstwa obrony wszystkich stron konfliktu- jak zwyciężać mają.

Nie wiem czy pamiętacie historię Willysa- Jeepa. Zaprojektowała go firma Bantam, ale produkowały na zlecenie rządowe firmy Willys i Ford, według tego samego projektu. Podobnie rzecz się miała np. z motocyklami dla Wehrmahtu, produkcji BMW i Zündapp, które zunifikowano wedle jednego pomysłu, dla lepszej ekonomii. 

Max Ponder i John Best nawiązali współpracę z jedną z pierwszych na świecie firm, które projektowały optykę za pomocą komputera. Była to firma Opton Associates z Connecticut. Jej właścicielem był Ellis Betensky, wraz z dwójką wspólników- Melvinem Kreitzerem i Jacobem Moskovitzem. Tym czym zajmowano się tam wcześniej- był teleskop Skylab projektowany dla NASA.

Dla Ponder i Best zajęto się dopracowywaniem konstrukcji zoomów, ówcześnie rzadko spotykanych i mało cenionych. Opton jednak, wspomagany komputerowo, potrafił stworzyć w tej dziedzinie coś nowego- wymyślili między innymi wytwarzanie soczewek zespolonych z elementów w warunkach próżniowych. Usunięcie z ich konstrukcji powietrza bardzo pozytywnie wpłynęło na własności optyczne. Opracowali także skomplikowane helikoidalne suwaki, po których precyzyjnie poruszały się soczewki dając znacznie lepszy obraz niż w innych, znanych na rynku zoomach. 


Ponder& Best we współpracy z Optonem zaprojektowało kilka konstrukcji. Najbardziej znaną z nich, produkowaną przez wiele lat w różnych wersjach był Vivitar „Series 1” 70-210 mm . "Series 1" zostało znakiem rozpoznawczym porządnych obiektywów i lamp błyskowych Vivitara i zyskało sławę i bardzo dużą popularność w Stanach Zjednoczonych.


Wszystkie obiektywy „Series 1” były produkowane poza USA, czym oczywiście Ponder & Best się wcale nie chwaliło. Niemniej- jak wspomniano wyżej- nie mieli oni żadnej swojej fabryki obiektywów.

Cała produkcja była podzlecana na dalekim wschodzie- w Japonii produkowana przede wszystkim przez Kirona (Kino Precission) wytwórcę bardzo dobrej optyki filmowej i kinowej, Tokinę, Cosinę i Konime.

Wszystko to zażarło znakomicie. Albo prawie znakomicie, jak się potem okazało. W każdym razie Ponder & Best opanowali w dużym stopniu rodzimy rynek obiektywów i lamp błyskowych „firm trzecich”, ekspansja eksportowa, czy też reeksportowa poszła potem na Francję, Wielką Brytanię, Benelux i Szwajcarię.

W 1979 roku zmieniono nazwę przedsiębiorstwa z Ponder & Best na Vivitar.

Szło jak burza.

Aż za dobrze. Jako pionier ousourcingu Vivitar nie przewidział kilku kłopotów, które zebrały gradowe chmury nad głowami właścicieli.

Nad dalekowschodnimi fabrykami nie było niestety specjalnego nadzoru. A przekazano im wysoce wyspecjalizowane technologie produkcji, opracowane przez specjalistów z Optona. Zostały bardzo sprawnie wdrożone przez Japończyków, ale oczywiście ci ostatni na tym nie poprzestali. Niespodziewanie zaczęły na rynek USA docierać dodatkowe, niezamawiane przez Pondera i Besta obiektywy Vivitar, które zasilały konkurencyjne sieci sklepów.

Japończycy rzucili się także do przeprojektowania amerykańskich konstrukcji, tak żeby obejść prawa patentowe. Jak się okazuje to panom Betensky'emu z Optona, oraz właścicielom Vivitara zawdzięczamy późniejsze sukcesy co najmniej dwóch firm- Tokina, oraz Cosina, które po prostu rżnęły co popadło i sprzedawały pod własnymi nazwami. 

Jak się okazuje po przeczytaniu tej historii- mam co najmniej jeden obiektyw, który zaprojektował Ellis Betensky i chłopaki z Ponder & Best, a Cosina przerobiła po swojemu, a potem dodała autofokus- to Voightlander 28-105, o którym pisało się TUTAJ.

Vivitar próbował ukrócić te praktyki, zwłaszcza napływ na rynek nieautoryzowanych obiektywów swojej własnej marki- między innymi dlatego zmieniał kilkukrotnie kontrahentów produkujących jego szkła w Japonii.
Za sprawą konkurencji własnej marki Vivitarowi zaczęło powodzić się gorzej.

W 1984 Vivitar w swej desperacji wniósł pozew przeciwko Stanom Zjednoczonym w Sądzie Handlu Międzynarodowego (Court For International Trade), aby zapobiec nieautoryzowanemu importowi sprzętu ze znakiem Vivitar. Pozwane Stany Zjednoczone stwierdziły jednak, że skoro Vivitar polecił swoim producentów umieścić etykietę „Vivitar” na ich produktach, to były one z definicji legalne, niezależnie od ustaleń umownych (lub ich braku) między Vivitarem i producentami. Firma wygrała w pierwszej instancji, ale przedstawiciele USA odwołali się i wygrali finalnie, co oznaczało, że amerykańskie służby celne mogły nadal zezwalać na import nieuprawnionych sprzętów, a do Vivitara należałoby wyszukanie importerów z USA, którzy otrzymaliby nieautoryzowany towar i wytaczanie im procesów dotyczących prawa do znaku towarowego.

Po procesach z rządem i licznych przecherach z Japończykami firma zaczęła przynosić straty w wysokości pięciu milionów dolarów.

W 1985 roku firma Vivitar została kupiona przez australijski holding Hanimex Group, który był dystrybutorem japońskich produktów fotograficznych na tym kontynencie. Jak wiadomo z Japonii do Australii jest bliżej niż do Stanów i Hanimex także wiedział o co chodzi w tym biznesie- jeszcze w latach 60-tych sprzedawał aparaty Hanimex- Topcon, produkowane przez Tokyo Kogaku.

(Tokyo Kogaku dostarczało aparaty cesarskiej armii Japonii jeszcze przed I wojną światową, podobnie jak czynił to Nippon Kogaku dla cesarskiej marynarki- wspominał o tych czasach Marcin Górko w wywiadzie Fotodinozy- LINK. Muszę skończyć z tymi dygresjami, bo nie dacie rady doczytać do jutrzejszego wieczora).

Hanimex w pięć sekund postawił Vivitara na nogi- już rok po przejęciu firma generowała cztery miliony dolarów zysku. Zmienił też strategię działania amerykańskiego pioniera. Miało to przynieść większe dochody i rzeczywiście- sto milionów dolarów zysku osiągnięto w roku 1988-mym.

Działania te nie mogły jednak spodobać się purystom, zakochanym w jakości profesjonalnych i świetnych niegdyś obiektywów „Vivitar Series 1” 

Jak wiadomo rok 1985 to rok pierwszego sprzedawanego z sukcesem aparatu, a raczej systemu autofokus- Minolta AF.

Vivitar prowadził prace nad opracowaniem własnego autofokusa jeszcze na początku lat 80-tych -całkiem rewolucyjnego obiektywu z wbudowanym jednocześnie silnikiem i czujnikiem autofokusa, który miał mieć wiele mocowań bagnetowych i działać z wieloma aparatami manualnymi- podobne rzeczy wymyślali wtedy także Canon i Nikon, ale żadne z tych przedsięwzięć nie zakończyło się sukcesem.

Sukcesem zakończyła się jednak wspomniane wprowadzenie Minolty AF, a dwa lata później Canona EOS.

Vivitar pod zarządem Hanimexa wykorzystał wszystkie swoje kontakty w Japonii i pogodził się z dawnymi podrabiaczami- przede wszystkim Cosiną i Tokiną i rozpoczął sprzedaż ich zmodernizowanych obiektywów- swoich własnych dawnych projektów, teraz jednak wyposażonych przez Japończyków w autofokus.

No, i znacznie bardziej plastikowych. Plastic Fantastic.

Należały do nich wszystkie obiektywy Cosiny- 19-35 f/3,5-4,5, 28-105 f/2,8-3,8 i słynne 70-210/2,8-4 tym razem występujące z ostrzeniem automatycznym.
(Cosinę- Soligora 19-35/3,5-4,5 testowało się na Fotodinozie- TUTAJ.)

Vivitar Series 1 70-210/ 2,8-4 made by Cosina.


Jak może pamiętacie- nazwa Vivitar jest tylko jedną z dwunastu (!!!) marek pod jakimi sprzedawano te obiektywy. Rebranding poczynił w latach 80-tych znaczne postępy od czasów szanownego Maxa Pondera.

I tu po raz pierwszy do aliansu zostaje zaproszona Sigma.
Nigdy z królami nie będziem w aliansach!
Nigdy przed mocą nie ugniemy szyi! (cytat)
No i słusznie, bo tu trzeba było robić biznes, a nie uginać szyję. Dawne manualne Vivitary Series 1 zapisały się złotymi zgłoskami w pamięci fotografów, jako sprzęty solidne i wyróżniające się optycznie. O większości obiektywów Vivitara z lat 90-tych nie dało się niestety tego powiedzieć, pomimo czerwonej jedynki na deklach. To były dość zwyczajne plastiki, choć użyteczne i stosunkowo jasne. Zapewne aby choć trochę zadowolić purystów zakontraktowano Sigmę na dostawę swojego profesjonalnego (niektórzy mówią, że tylko quasi profesjonalnego) zooma 28-70 f/2,8.


Był sprzedawany pod nazwą Vivitar Series 1 najprawdopodobniej w latach 1991-98, ale sądząc po ilości wiedzy jaką da się znaleźć o nim w internecie- nie cieszył się powodzeniem. Prawdę powiedziawszy zniknął kompletnie z pamięci. Sieć World Wide Web niemal milczy na jego temat i nikt się nim nie chwali.

W sumie- nie dziwię się (cytat).
Ten akurat obiektyw nie miał na to wielkich szans.
 

Po pierwsze wszystkie Vivitary autofokus stanowiły tak naprawdę zawód dla dawnych miłośników tej firmy- to nie były już te legendarne sprzęty co kiedyś. Manualne, metalowe obiektywy Vivitara dorobiły się rzeszy fanów, do dzisiaj aktywnych w internecie. Rebrandowane plastikowe Cosiny i Sigmy zostały przez nich zlekceważone.

Mój egzemplarz Vivitara ma zdartą czerwoną jedynkę. Niestety jest on Sigmą, które były znane z tego że lakier z nich schodził. Co za pech!


Po drugie na amerykańskim rynku 28-70 musiał walczyć z Sigmą, sprzedawaną tam równolegle pod marką Sigma, która nie była już tą szarą myszką co dziesięć lat temu- miała pełną gamę obiektywów, jakiej nie miał żaden inny niezależny producent i zaczynała być znana i lubiana. Reklamy Sigmy zajmowały w latach 90-tych trzy strony Popular Photography (notabene numery archiwalne dostępne są w komplecie w Google).

Kiedyś reklamy Vivitara zajmowały także całe strony tej gazety, ale to było piętnaście lat wcześniej. W latach 90-tych to Vivitar powoli stawał się szarą myszką, na tle producentów japońskich, niezwykle ekspansywnie wchodzących na rynek USA.

Zwłaszcza, że identyczna z Vivitarem Sigma 28-70/2,8 kosztowała 20-30 dolarów mniej!

Jeśli nie widać różnicy- to po co przepłacać. Zwłaszcza że klientela docelowa na porządnego półprofesjonalnego zooma zapewne należała do tych dociekliwych.

Inne, tańsze obiektywy Vivitara- zwłaszcza 19-35- jednak sprzedawały się dobrze, pozwalając na wspomniane duże dochody. Hanimex rozpoczął także intensywny rozwój aparatów kompaktowych marki Vivitar, które zyskały popularność w końcówce lat 80-tych i początku 90-tych.

Wtedy to firma kolejny raz zmieniła właściciela. Została nim boczna gałąź koncernu Ricoh, tego od kopiarek i aparatów fotograficznych, dzisiejszego właściciela Pentaxa. Nowi posiadacze położyli jeszcze większy nacisk na kompakty point'n shoot.

Obiektywy autofokus Vivitara nie dojechały niestety do cyfrowej rewolucji w fotografii. Jaś nie doczekał. W 1994 roku magazyny firmy zniszczyło trzęsienie ziemi w San Fernando Valley, powodując kilkumiesięczne przerwy w dostawie. Zyski z obiektywów nigdy już się nie odbudowały.

Za to, wyobraźcie sobie, kompakty Vivitar, już cyfrowe, sprzedają do dzisiaj.

Co prawda właściciele Vivitara, po drodze do „dzisiaj” zmieniali się jeszcze trzy razy -aktualnie jest nim firma Sakar International z Edison, New Jersey. Niestety z dziedzictwa panów Pondera i Besta została już wyłącznie nazwa. Firma Sakar jest bowiem takim wampirem nazwowym. Wszedłem niebacznie na ich stronę internetową. Mają prawa do brandowania produktów następującymi markami: Hello Kitty, Marvel, Monster High, Vivitar, Ulica Sezamkowa, Kodak, Sponge Bob Kanciastoporty, Ultimate Spiderman, Polaroid.
Jak nie wierzycie, to sami sprawdźcie- LINK.

Aktualne cyfrowe kompakty Vivitara należą do tej samej ligi, co góralskie ciupagi i plastikowe rzymskie colosea- też można zamówić je na kontenery w Chinach i napisać na nich dowolnie wybraną nazwę.
 

Ale, okazuje się, była jeszcze stypa po Vivitarze- ex Ponder & Best!
Finalna likwidacja wszystkich fizycznych pozostałości po dawnej firmie nastąpiła w 2008 roku, kiedy to na aukcji internetowej sprzedano z dawnych magazynów i biur 13 tysięcy aparatów, obiektywów, lamp błyskowych, powiększalników i pamiątek po Vivitarze. Kolekcjonerzy i miłośnicy mieli używanie.

W Stanach Vivitar do dzisiaj wspominany jest z sentymentem. Dzięki temu tylko mogłem zgromadzić te fakty. Pamięć trwa.

Fotodinoza też pamięta. 
Nawet o nikomu niepotrzebnych obiektywach autofokus.

Słonie mają dobrą pamięć (cytat).

 

Fabrykant
dyrektor kreatywny walnięty o sprzęty.



P.S. Miał to być test obiektywu Vivitar 28-70 f/2,8, ale go jakoś nie zrobiłem, przytłoczony dziejami jego powstania, ale może kiedyś będzie, jak się wreszcie oderwę od ciekawych historii w internecie.

P.S. Poszukuję sklepu / komisu fotograficznego z Łodzi lub okolic, który byłby chętny wypożyczyć mi na dwa dni obiektyw Canon 24/2,8 Pancake, w zamian za ciepłą wzmiankę i podlinkowanie na blogu. Mam co do tego obiektywu chytry plan. Ew. proszę o kontakt na fabrykant@o2.pl

Źródła i źródełka:
http://camera-wiki.org/wiki/Vivitar

http://blog.camera-wiki.org/2012/03/13/vivitar-historical-research-part-1/

https://www.cameraquest.com/VivLensManuf.htm

https://en.wikipedia.org/wiki/Vivitar


 




5 komentarzy:

  1. Na Facebooku (www.facebook.com/fotodinoza) bardzo ciekawie i geopolitycznie skomentował Tristan Trezz, przeklejam:
    "Jeszcze w latach 90tych dochodzilo w niektorych stanach USA do...tzw. 'pogromow Toyot' Mniej subtelni mieszkancy zbierali sie i wandalizowali pojazdy na ulicach,glownie w stanach srodkowego zachodu.Pamietajmy jednak ze sukcess Japonczykow jest efektem nie tylko tego ze ich auta i produkty nie psuly sie tak czesto,jest tez wynikiem wielkiej geopolityki.Otoz Japonczykom zagwarantowano dostep do rynku USA aby kraj sie odbudowal i nikt nie mial ochoty na ponowne samurajowanie w regionie.Slabosc Japoni,bylaby tez podarunkiem dla prawdziwego wroga w regionie czyli komunistycznych Chin.W Europie podobne przywileje po wojnie dano Niemcom,dostep do rynku amerykanskiego i europejskiego...aby sobie znowu z desperacji i biedy, jak po Pierwszej Wojnie,nie wybrali nastepnego Hitlera( Niemcy sa w miare grzeczni i kulturalni kiedy nie musza za duzo pracowac a caly swiat kupuje ich produkty).Wniosek z tego jest jednak dosc smutny,Kraje agresywne,mordujace wokol i bez opanowania,nawet jak przegraja wojne to wygrywaja na tym ich przyszle pokolenia.Obecnie mamy tez doskonaly przyklad tego mechanizmu w Korei Poludniowej,kraj graniczacy znowu z wielkim wrogiem czyli komuna,otrzymal spora pomoc i otwarty rynek od USA,jak rowniez pomoc od Japoni ( tu znowu wrog Chiny)i w ciagu kiku dekad stal sie potega w elektronice a nawet co jest niespotykane w histori zbudowal od zera globalna markę samochodu."

    OdpowiedzUsuń
  2. Miało się Vivitara Series 1 19-35. Był to tani, ale przyzwoity obiektyw szerokokątny do pełnej klatki. Po mocnym przymknięciu do f/8 - f/10 był nawet całkiem ostry na krawędziach, no może poza samymi rogami obrazu. Największą jego wadą była wspomniana w tekście ( świetnie się czytało swoją drogą :) ) jakość wykonania. Miało się wrażenie, że ten obiektyw wykonany jest z plastiku służącego za pojemniki do jogurtu czy kefiru. Do tego latający na boki tubus.. Niemniej jednak jakby nie było sprzęt miał już ze 20 lat i ciągle działał, więc może wcale nie było aż tak źle?

    Jakiś czas później sprzedałem rzeczony obiektyw i przez krótki czas używałem Tokiny 20-35 3.5-4.5. Optycznie był on praktycznie identyczny, ale jakość wykonania stała na znacznie lepszym poziomie. A że obiektywy szerokokątne mi się spodobały, to wkrótce w "arsenale" pojawiło się 17-40 zastąpione niedawno przez 16-35. Wciągnęło mnie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Te szerokie- to szeroko wciągają. Potwierdzam. Cosina/ Vivitar 19-35 to nie jest Formuła 1, niestety, ale za 400- 450 zł (czasem taniej) to nie ma nic szerszego. A zabawa jest.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja kupiłem dokładnie za 200 zł, a sprzedałem za 500, więc poza frajdą z użytkowania byłem nawet trochę do przodu :) Jeśli ktoś chce się oswoić z szerokim kątem widzenia, albo potrzebuje taniego sposobu na zapewnienie sobie większej różnorodności kadrów, to taki 19-35 czy 20-35 będą jak znalazł.

      Usuń
  4. bardzo interesująca historia... "Make America great again!"

    OdpowiedzUsuń

Drogi czytelniku! Pragnę ostrzec, że wredny portal blogowy na jakim piszę bardzo lubi zjadać bez ostrzeżenia wpisy czytelników podczas ich zamieszczania. BARDZO PROSZĘ PO NAPISANIU KOMENTARZA SKOPIOWAĆ GO i w razie czego wstawić ponownie, na pohybel Google Blogger. Fabrykant.