poniedziałek, 11 stycznia 2016

Tożsamość Brna



Egzotyka. Ja tak sobie myślę, że żeby poczuć prawdziwy powiew egzotyki, to wcale nie trzeba kupować biletów na samolot. Jak Ślązak chce poczuć powiew egzotyki, to niech pojedzie na Podlasie. I odwrotnie.

Jak Góral chce poznać zew obcych kultur to niech jedzie na Kaszuby

Zatruj mnie

Zatruj ciastem puszystym

Zatruj mnie

Zatruj głosem niskim

Zatruj mnie

Zatruj czystą pościelą

Zatruj mnie

Zatruj ciepłą kąpielą

Zatruj jak Ślązaka jodem

co z Chorzowa

Samochodem jedzie latem do Darłowa.

Ale właściwie- to nie. Dla Górali mam lepszą propozycję. Niech Góral wsiada w samochód i siup na Słowację. Piętnaście minut drogi, a jakby obce lądy zwiedzać.

Ta Słowacja jest taka bliska i swojska, słowiańska. Górale po tamtej stronie w takich samych parzenicach kapelutkach i do tego tą samą gwarą gadają. Ale jednocześnie egzotyka niezbadana bucha.

Jak nożem odciął ta nieistniejąca od dziewięciu lat granica.

Od dziewięciu lat! Nieźle- co?

Przelatuje się nieistniejącą granicę na przykład w Jurgowie, zawsze staram się w Jurgowie, żeby mi synapsy przyjemnie styknęły na jej widok. O ten widok:


Już na zawsze od czasu filmu "Ciało" będzie mi się kojarzyć ten widok z zakonnicami w karawanie z nartami na dachu. Nie inaczej.


I nagle zmiana. Coś zupełnie innego.



Nie tylko ja zauważam ten fenomen. Parę dni później, w autobusie wypchanym narciarzami jadącym do Štrbskégo Plesa podchwycam znamienne stwierdzenie współpasażera ściśniętego jak i ja niczym sardynka, który zauważa: "Dziwne jest to, że to jedzenie nie przekracza granicy, pomimo tego że wcale tej granicy nie ma. Tu inne i tu inne".

O dzięki ci anonimowy współpasażerze- uchwyciłeś sedno sprawy. Sedno tej tożsamości różnej, choć zjednoczonej. Bo to tożsamość chyba, prawda?

Tożsamość we własnej osobie. No bo dlaczego niby to jedzenie nie chce przekroczyć tej międzynarodowej granicy? Co je powstrzymuje?

Co powstrzymuje restauratorów w Bukownie Tatrzańskiej do wprowadzenia do menu bryndzowych haluszek, szegedyńskiego gulaszu z knedlami i zupy česnakovej? Już szybciej zjemy je w centrum Warszawy niż w Zakopanem. Tożsamość chyba nieco zagęszcza się w stronę granicy.

Nie roztapia się, nie chce się zglajszachtować. Nie poddaje się unifikacji. Trwa.

Tożsamość Bratysławy, tożsamość Brna, tożsamość Krakowa i Zakopanego. Same zjednoczone tożsamości w tej Unii.

I wystarczy objechać Tatry z lewej strony, by pomimo tego zjednoczenia znaleźć się na obczyźnie. Jest inaczej. Jak nożem odciął. Jak siekierecką, jak ciupazką góralską odciął.
Wszystko podpisane.

Godzina 21.30. Po polskiej stronie tatr, w Białce olbrzymi tłum spaceruje po ulicach, błyskają świała, miliony straganów ciągną się przez wieś, kierpce, oscypki, bambosze, plastikowe ciupagi, banery reklamowe walczą ze sobą na każdym kroku. Mijamy wspomniany Jurgów, mijamy pusty Ždiar i już wypoczynkowe Tatrańska Łomnica i Smokowce.

Na ulicach- nikogo. Żywej duszy.



Słowacja nie bierze udziału w wyścigu. Nie pędzi. Nie pluje reklamami na każdym kroku. Nie odnawia wszystkiego jak leci za pomocą sidingu (ostatni cassus po naszej stronie to restauracja Magdy Gessler w Bukowinie, która choć zapewne jest obłożona drewnem to WYGLĄDA jakby była z sidingu). Słowacja się zastanawia, czy na pewno warto niszczyć szlachetną patynę. A ma jej sporo.

Nowy Smokowiec
Nowy Smokowiec
Nowy Smokowiec
Nowy Smokowiec. Willa założyciela i propagatora tego uzdrowiska- doktora
Mikuloša Szontágha


Po naszej stronie- tradycyjne wsie XVIII i XIX wieczne, wzbogacane z każdym kolejnym rokiem o infrastrukturę turystyczną. Jeszcze sto lat temu gospodarze hodowali tu owce, a turyści nie zjawiali się wcale.

Po drugiej stronie Tatr- zupełnie odwrotnie. Od czasu Franza Josefa nie widziano tam żadnej owcy. W okolicach lat 1880 ustanowiono tam miejscowości o statusie uzdrowiska i nie ma tam żadnych przejawów wiejskiego życia.

Tatrzańska Łomnica

Geologia też jest zupełnie inna. Tatry od naszej strony stoją ustawione prostopadłymi do granicy kraju dolinami, są strzeliste i przepaściste, od strony słowackiej wszystko jest bardziej równoległe. Z doliny Popradu, równoległej do Tatr wznosi się ku górom wieludziesięciokilometrowy płaski stok, który podchodzi prawie pod szczyty. Na nim, równolegle do łańcucha Tatr leżą wspomniane austro-węgierskie uzdrowiska, nanizane na szosę, oraz zbudowaną w latach 1906-1912 linę kolejową Tatrzańskiej Kolei Elektrycznej (Tatranské elektrické železnice, TEŽ), o rozstawie torów 1000 mm, a więc wąskotorową. Fantastycznie i od stu lat łączy ta kolej wszystkie atrakcyjne miejsca słowackiego podhala.
Nowy Smokowiec



Nowy Smokowiec

Od czasów Franz- Josefa dobudowano wprawdzie kilka budynków, ale jak dobrze skadrować, to można bez scenografii filmy z fin- de- siecl'u kręcić.



Zanim powstały te uzdrowiskowe miasteczka turyści nie mieli tam najłatwiej. Podobno pierwszą turystką na południowej stronie Tatr była Beata Laská (Łaska, z Kościelskich), pani na zamku kieźmarskim, według plotek nieślubna córka Zygmunta Starego. W 1565 roku odbyła trzydniową wędrówkę do Zielonego Plesa, w towarzystwie licznych kieźmarskich mieszczan. Niestety po powrocie na zamek została ukarana przez męża Olbrachta Łaskiego dożywotnim pobytem w głodowym więzieniu, ponieważ udała się na wycieczkę bez jego zgody. Po ośmiu latach mąż- utracjusz był zmuszony sprzedać zamek za długi. Nowy właściciel odkrył pierwszą turystkę w ciemnicy swojego nowego nabytku i kazał uwolnić. Zmarła w Koszycach.

Tyle mówi legenda, choć prawda historyczna jest trochę bardziej skomplikowana:


Dzisiaj na szczęście nie wtrącają do ciemnicy. Jedyna kara jaka czeka turystę to weekendowe czekanie w kolejce po skipass. Za to można się poczuć jak w środkowoeuropejskiej wieży Babel. Wszystkich tam można spotkać.


Zakopanego z tymi słowackimi miasteczkami nie da się już dziś porównać, pomimo bardzo podobnego czasu powstania i podobnej estymy jaką się cieszyło. Krupówki to jest już jakiś Sunset Bullevard made in Poland i nad komercjalizacją Zakopanego wylewają łzy kolejne pokolenia tradycjonalistów. Zakopane to już duże, ludne miasto, z bezpowrotnie utraconym klimatem kurortu z początku wieku. Te ostatnie resztki zakopiańskich willi nie przebijają się już w mojej świadomości przez barierę z banerów reklamowych.

Nie mówiąc już o tym, że prawie gór tam nie ma. To znaczy takich do jeżdżenia.

Że co? Że Kasprowy niby? Że święta góra polskiego narciarstwa? Święta, swięta. A próbowaliście na nią wjechać w sezonie ferii?

Smutek i nostalgia.

Zakopane może buty narciarskie czyścić małym wsiom na Podhalu- Bukowinie, Białce, Czarnej Górze, Jurgowowi- jedna Harenda wiosny nie czyni.

Umówmy się, że w Zakopanem można wygodnie mieszkać, pooglądać górskie szczyty i dobrze zjeść. Ale pojeździć na nartach- nie można.

Tatrzańska Łomnica
Tatrzańska Łomnica
Tatrzańska Łomnica


Ponarzekaliśmy sobie na Zakopane, pokalaliśmy własne gniazdo, to teraz pokalamy trochę sąsiadów zza miedzy. Może się nie obrażą.


Otóż wyjazd na Słowację był wypadem w przeszłość. Wypadem zarówno w piękną przeszłość architektury z początku wieku, jak i nie tak piękną przeszłość słusznie minioną.

Troszeczkę się tam można poczuć nie tylko jak za Franza- Josefa, ale także jak za Cyrankiewicza Josefa.

Przede wszystkim- wzrok. Urzędniczy wzrok pracowników hotelowych. Klient wchodzi do hotelu, "Dobrý deň"- mówi i staje przy kontuarze recepcji. Za kontuarem dwie panie recepcjonistki z wzrokiem utkwionym w monitorach komputerowych. Klient czeka. Panie nie podnoszą wzroku . "Dobrý deň"- mówią. Mija chwila. Klient wbija swój znaczący wzrok w panie recepcjonistki. Mija długa chwila. Cisza. Klient czeka. Po minucie pani recepcjonistka zaszczyca spojrzeniem klienta. Mamo, mamo! Nawiązałem kontakt!!



Na basen hotelowy trzeba się zawsze zapisywać. Co dzień rano pani wypisuje nam duży różowy kwitek i co dzień po południu idziemy na basen z dużym różowym kwitkiem. Na całym basenie z ośrodkiem spa, saunami suchą i mokrą, siłownią i jacuzzi przebywamy jedynie my, oraz druga sympatyczna słowacka para. Echo odpowiada gdy zawołać. Kwitka nikt nie sprawdza. Niemniej gdyby ktoś sprawdzał- jesteśmy kryci- mamy kwitek. Różowy.



Pewne sytuacje także dają do myślenia. Pora obiadowa. Wchodzimy do restauracji w Ždiarze. Przekraczamy próg, a od barowego kontuaru BIEGNIE do nas pani machając rękami i krzycząc: "Zatvorené, zatvorené!!!".

Czy Państwo Szanowni, rozpieszczeni przez dwadzieścia pięć lat doświadczania polskiego kapitalizmu, wyobrażają sobie tę sytuację? Czy zauważają Państwo znacznie szerszy obszar wolności, w tym wolności wypowiedzi, jaki cechuje słowacki etos kelnerski?

Co kraj to obyczaj, znaczy się. Podobno w Pradze, zawsze licznie odwiedzanej i przepełnionej, masowa nieuprzejmość kelnerów jest przedstawiana jako szczególna atrakcja turystyczna i jako taka jest reklamowana w przewodnikach dla Brytoli i Niemców. Potraktuj to jak wyzwanie! Wywalcz swoje piwo!



Ale wróćmy z Czech na Słowację.

Powrót do minionych epok ma swoje różne dobre i złe strony. Jak to z epokami bywa. Co by tu nie mówić- za komuny byłem jednak młodszy (cytat). Urocze miasteczka po południowej stronie Tatr powodują bardziej obiektywny ogląd tego co jest po stronie północnej. Wychodzi z tego pobieżnego oglądu, że Polacy lubują się w hałasie i chaosie, imprezach, nocnym życiu i banerach reklamowych na każdym płocie.

Słowacy wolą spokój, chodzą spać z kurami, nie wstydzą się reliktów przeszłości, a banery mają w całkiem słusznej pogardzie.
Tak się bawi, tak się bawi- Poprad w sylwestra!!!


Nowy Smokowiec

Tatrzańska Łomnica, widok na dolinę Popradu.

Tatrzańska Łomnica

Tatrzańska Łomnica




Zastanawia mnie przy tym ostatnio, czy ostra reklamoza jaka dotyka Polskę nie wiąże się przypadkiem (oprócz kiepskiego prawa) z bardzo słabym poziomem czytelnictwa. Może dlatego trzeba do wszystkich krzyczeć tymi reklamami, bo sami z siebie nic nie czytają.

Ja natomiast jestem biedny, czytam wszystko automatycznie i odruchowo. Przy śniadaniu skład majonezu przed oczami, w kibelku ostrzeżenia na dezodorancie, w poczekalni u lekarza- plakaty o kręgosłupie, do trzeciej w nocy o tragedii na Broad Peak'u, ogólnie- co podlezie pod oczy i może dlatego tak cierpię- automatycznie czytam wszystkie reklamy.

Dzieki Słowacji poczułem nagłą ulgę.



No i pomimo tych straszliwych i dramatycznych różnic dzielących nasze kraje współpraca międzygraniczna zacieśnia się. Bardzo to pocieszające. Wyobraźcie sobie że od tego sezonu Bahledova Dolina działa na jednym skipasie z Białką i Jurgowem. Jeszcze trochę i przewiercimy tunel łączący Kasprowy Wierch ze Sztyrbskim Plesem a niedługo potem zarazimy się od Słowacji większym ładem przestrzennym i odkurzymy z reklam całe Zakopane.



Lubię Cię Słowacjo.

I'll be back (cytat- Arnold Schwarzenegger)



Fabrykant



P.S. Tytuł artykułu oczywiście mylnie kieruje wzrok na czeskie Brno. Ale nie mogłem się powstrzymać.














24 komentarze:

  1. Pięknie. Bardzo ładnie. Ślicznie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobry Blog. Dobre zdjecia. Ciekawy Text.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję w imieniu własnym. Staramy się jak możemy.

      Usuń
  3. Panie Fabrykancie..... Hmmm.... Ten teges, jakby to powiedzieć... No może tak: a może żeś się Pan z powołaniem pomylił? Albo jeszcze inaczej. Może masz Pan dwa powołania? Bo o fotografii piszesz Pan cudnie, ale i o wycieczkach nie mniej ciekawie. W każdym razie mie sie podoba. Już żeś mnie Pan wcześniej wciągnął w opis wycieczki bałkańskiej, a tu widzę, że też Pan trzymasz poziom. Także jedź Pan jeszcze gdziekolwiek i dawaj Pan relację na Fotodinozie. Będziem czytać. Najwyżej kiedyś zmienisz Pan nazwę bloga na Wycieczkoza. Albo nie. Bo to jednak brzydko brzmi. Ta "koza" mi tam nie pasuje. No nieważne. Wiesz Pan o co chodzi. Świat jest ciekawy i można go opisać słowem i obrazem. I udaje się to Panu, nie ma co.

    Dyrektor Artystyczny Nieco Nieetyczny (DANN)

    Waldeck_13

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O niczym innym nie marzę tak bardzo jak o podróżach. To paliwo, które mnie napędza. Dzięki za miłe słowa, kalendarz na 2016 rozłożony na podłodze, urlopy pozaznaczane, może jeszcze coś się napisze z podróży.

      Usuń
    2. To ja czekam niecierpliwie! Czuj Duch!!!

      DANN
      Waldeck_13

      Usuń
    3. cosa c' 'e. ale za to "Laura non c' 'e, andata via, ma questo non e colpa mia"

      Usuń
    4. " wenn schon DANN schon" (jak już to już - w języku Goethego)

      Usuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  5. Panie Fabrykancie, muszę jeszcze innej kwestii dotknąć. Bo ja tak zawsze pół żartem te komentarze piszę, ale teraz muszę trochę na serio. Bo problem jest. Już mówię jaki. To że Fotodinoza to jeden z moich ulubionych blogów, to chyba Pan już wiesz, mówić nie muszę. Ale Fotodinoza wygrywa też w nieco mniej chlubnej kategorii w porównaniu z innymi blogami, a mianowicie w kategorii Najbardziej Denerwujący Blog (no może trochę przesadzam). Już tłumaczę dlaczego, jeszcze tylko małe zastrzeżenie. Ja się nie chcę skarżyć, ale już wcześniej miałem o tym napomknąć, ale jakoś się wstrzymywałem. Ale widzę, że się Pan rozkręcasz, a ja zamierzam Fotodinozę odwiedzać do samego końca (mojego albo jej), więc muszę ten temat poruszyć. No dobra, poasekurowałem się nieco, to teraz walę prosto z mostu: Panie Fabrykancie, dlaczego wpisy z Fotodinozy wyświetlają się w taki denerwujący sposób, jako osobna nakładka na stronę internetową? Czy to nie mogłoby być normalnie, tak jak w każdym innym miejscu w internecie, że treść jest umieszczona w głównym oknie przeglądarki i po prostu czytam ją sobie, przewijając w górę lub w dół? Tak byłoby wygodniej. A dlaczego to jest problem? No wyobraź Pan sobie taką sytuację: leżę sobie wygodnie, laptop na klacie, zanurzony jestem w lekturze Fotodinozy, właśnie doczytałem do końca strony i zamierzam kursorem przesunąć sobie niżej. Ale co to? Paluszek nie trafił we właściwy klawisz i oto zamiast kolejnej porcji treści wyświetla mi się poprzedni wpis!!! Normalnie, w oknie przeglądarki, w tej sytuacji nie stało by się nic, a ja za chwilę namacałbym właściwy kursor i przewinął sobie treść niżej, dalej czytając interesującą mnie treść. A tu bum!!! Przed oczami pojawia się wpis, z którym już miałem okazję się zapoznać. Próba powrotu do uprzednio czytanego tekstu kończy się tym, że znowu wyświetla mi się on od początku, a nie w miejscu w którym skończyłem czytać. I tak Panie Fabrykancie, potrafi mi się zdarzyć kilka razy podczas czytania jednego wpisu na Pana blogu. W związku z tym pytam dramatycznie, cytując klasyka (ale nie wiem jakiego): Czy musi tak być? No właśnie, Panie Fabrykancie, czy musi? Możesz Pan powiedzieć, Panie Waldeck, sam żeś sobie Pan winien, trzeba trafiać we właściwy klawisz, to problemu nie będzie. No niby mogę, ale nie zawsze trafiam... Panie Fabrykancie, zrób Pan coś... Ja bym chciał, żeby po wyborze danego wpisu, już na nim zostać, niezależnie od strzałki którą wcisnę, a jeśli chcę zmienić wpis, to robię to wtedy kiedy chcę, a nie niechcąco. Dałoby się tak?

    Ot, problemy pierwszego świata...

    Z poważaniem
    Dyrektor Artystyczny Trochę Zrzędzący Ale Zawsze Wierny (Fotodinozie)
    [DATZAZW(F)]

    Waldeck_13

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja też trafiłem na takie nie trafieni i co gorsza mój komentarz znikał (ale to już moja wina) i teraz mój tekst zapisuję co parę linijek. Ale życie toczy się dalej...

      Usuń
  6. Zgłębię temat i cuś odpiszę. Na razie tylko pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  7. fajne, tez bardzo mi sie podoba Slowacja, ten spokoj, i taki brak pedu do nowoczesnosci (ktorej nie lubie), podobnie jest na Wegrzech - mi to bardzo pasuje

    a co do reklam, to ja ich po prostu nie zauwazam, nie zwracam na nie uwagi, nie koncentruje sie na nich gdy sa w radiu, wyciszam wtedy telewizor (ktory i tak zadko ogladam) - taki automatyczny adblock ;)
    ale czy bym z nimi walczyl? nie, uwazam wlasnosc prywatna za wartosc nadrzedna, dlatego ktos na swojej dzialce, w swojej stacji radiowej czy telewizyjnej ma prawo robic co tylko zechce - prawo jednego powinno sie konczyc tam, gdzie zaczyna prawo innego, a druga zasada to "nie czyn drugiemu, co tobie nie mile" i tyle, zbedna nadregulacja wszystkiego jest zla

    aha - uwielbiam film Ciało - przegenialny, choc strasznie zagmatwany przy pierwszym ogladaniu, ale to glowny jego urok :)

    OdpowiedzUsuń
  8. aa no i polecam tez czechoslowacka muzyke - np Horkyze Slize :) muzyka to tez niestety ta sfera, dla ktorek granice jakby dalej istnieja..

    a dla tych, co lubia cos innego, nie "mainstrimowego" polecam audycje "Strefa rokendrola wolna od angola" w kazdy piatek po polnocy w Trojce (kiedys w BISce byla), czyli dzisiaj, za niecale 2 godziny bedzie :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Nie zgodzę się o tyle, że moim świętym prawem jest życie w estetycznym otoczeniu i oglądanie dóbr kultury narodowej nieprzykrytych banerami. Poza tym niektóre prawa ograniczające właściciela nieruchomości mają sens- na przykład zakaz obrazy moralności wywołany pokazywaniem gołej d. przez płot, oraz na przykład zakazy niszczenia zabytków architektury- tu się chyba zgodzimy. Wolność jednostki i prawo własności są istotne, ale równie istotne jest zachowanie jakiejś równowagi dla dobra społecznego. Według mnie reklamy łamią normy podobnie jak wystawiona przez płot goła d. Wystarczyłoby ograniczyć rozmiar reklam i wszystko byłoby ok.

    OdpowiedzUsuń
  10. oczywiscie ze reklamy sa paskudne, ale to o wiele za malo zeby miec z tego powodu pretensje, bo to jedynie subiektywne "mi sie nie podoba" - sam widzisz, masz wybor, mozesz pojechac do spokojnej wioski bez "januszy biznesu" :)
    o tym juz byla klutnia na zlomniku i niema sensu jej od nowa zaczynac

    o gustach sie nie dyskutuje, chcial bys zeby do Ciebie przyszedl ktos kto ma jakas wladze i stwierdzil ze tyle starych aparatowi i obiektywow to nie moze byc bo jak to wogole wyglada i ze masz to wszystko wyrzucic? a wlasne podworko to wiejski odpowiednik wlasnego mieszkania

    jedynie co do reklam "bilbordow" w przestrzeni niczyjej (czyt. wspolnej) mozna miec jakies "ale", ale to do urzedu miasta idz sie klucic, osobiscie jednak wole zeby zarabiali oni na tych reklamach, niz np na platnych parkingach, ktore wogole dla mnie sa zlodziejstwem i nigdy nie zaparkowalem w zadnej platnej strefie i nie zamierzam - nie dam im zarobic w tak nikczemny sposob

    co do zabytkow to oczywiscie racja, nad nimi na szczescie czuwa konserwator zabytkow, ktory jest zbawieniem i zmora dla tych zabytkow, ktore niestety przez to zazwyczaj niszczeja, bo nikogo nie stac na remont zgodnie z prawem

    OdpowiedzUsuń
  11. Można by dyskutować do rana co kto woli. Po prostu tęsknię za większym ładem przestrzennym i spokojem. Ale też da się go w Polsce znaleźć, jak się głęboko poszuka.
    Co do "Strefy rokekndrola"- to cudowna audycja, jak tylko na nią trafiam- to słucham z wielkim ukontentowaniem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W tej dyskusji zgadzam się całkowicie z Panem Fabrykantem. Panie benny_pl, ja inaczej to powiem, prawo do uporządkowanej, czystej i ładnej przestrzeni jest ważniejsze niż prawo do prywaty, na zasadzie, mój teren to robię co chcę, a reszta może mi skoczyć. Tak nie ma w żadnym cywilizowanym kraju. Przestrzeń wspólna, publiczna stoi wyżej w hierarhii wartości niż prywatna. Dlatego nawet na swoim prywatnym własnym terenie, pewne rzeczy możesz Pan robić inne nie. Mimo że to twoja własność. Nie możesz Pan zaśmiecać przestrzeni publicznej reklamą, bo ona być może stoi na Twojej działce, ale oddziaływuje na przestrzeń publiczną. To nie ty będziesz oglądał tą reklamę, tylko wszyscy inni. O to tutaj chodzi. Robisz coś niby na swoim prywatnym terenie, ale to działa na przestrzeń wspólną. Dlatego tłumaczenie, że na swojej działce mogę robić co chcę, uważam za lekko prostackie. Nie możesz, niestety. Gdyby tak było, to mógłbym sobie w środku osiedla na swojej działce postawić spalarnię śmieci albo składowisko odpadów atomowych i truć wszystkich dookoła. Tak samo jest z reklamą. Ona co prawda nie truje, ale przeszkadza i zaśmieca przestrzeń publiczną, mimo że stoi na prywatnym terenie.

      I jeszcze mała dygresja. Spędziłem ostatnio 10 dni w Paryżu. Wiecie ile reklam wielkoformatowych na budynkach tam widziałem? Dwie. Słownie: dwie. A powyżej pierwszego piętra, nie ma prawa tam istnieć żadna reklama. I dlatego Paryż wygląda jak wygląda i Warszawa (a szczególnie okolice) wygląda jak wygląda. Pozdrawiam interlokutorów.

      Usuń
  12. Dziękuję za to poparcie. Ładnie Pan to ujął w słowa, Panie Wadeck. Co do reklam- to i prawo i zwyczaje są baardzo różne w każdym kraju. Takie Grenoble właśnie zakazało stosowania reklam w całym mieście. Ale np. w USA w reklamach panuje wolna amerykanka, a to przecie jakby cywilizowany kraj ("To amerykanie, lud prosty i nieobliczalny"- cytat- Lew Aleks z Madagaskaru). Sęk w tym że miasta amerykańskie powstawały razem z tymi reklamami i nigdy nie było tam krajobrazowo niczego innego. Z drugiej strony jest tam duży nacisk społeczny sąsiadów z otoczenia- jak na działce spieprzysz wygląd dzielnicy, to przyjdzie do ciebie paru sąsiadów i dyskretnie ci powie żebyś się lepiej zachowywał, bo przez twój bałagan spada cena nieruchomości na dzielni. Nie wiem czy tak jest w dużych miastach, ale na prowincji na pewno.

    Co do budowania na działkach "tego co się chce" (to akurat z mojej dziedziny zawodowej). Niektóre kraje, o ile mi wiadomo nie mają jakichś przepisowych rygorów zabraniających "tego co akurat inwestor chce", ale po prostu "tam się tego nie robi"- np. Wlk. Brytania. Jest tam cholernie duży szacunek dla dorobku minionych pokoleń i gdy przebudowują dom, to po przebudowie nie można rozpoznać granicy nowego i starego- wygląda jakby zawsze tak było. W Polsce jest z jednej strony przesadna wolna amerykanka, tj. nikt nie tworzy planów miejscowych, w związku z czym wszystko rozwija się bezplanowo. Ponieważ warunki zabudowy są ustalane "na podstawie otaczającej inwestycję okolicy", w związku z tym jak za komuny postawili w okolicy jeden wielopiętrowy, betonowy bunkier, to teraz już można stawiać takie bunkry seriami, choćby pozostała zabudowa była niska i jednorodzinna. Z drugiej strony, o czym wspomniał Benny- ochrona zabytków jest w Polsce wysoce rygorystyczna, więc często inwestorowi opłaca się podpalić umyślnie zabytek, żeby móc potem postawić na zgliszczach coś nowego. Takie barbarzyństwo mieliśmy w Łodzi w wielu przykładach.
    Ale zauważam także pozytywne zmiany mentalne wśród inwestorów- podoba im się coraz bardziej to co stare i z klimatem.
    To czego pragnę, to większa równowaga i szacunek dla otoczenia. Bo w szanowanym otoczeniu ludzie się po prostu lepiej czują. W tym- ja.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Panie Fabrykancie, nic dodać, nic ująć. To jeszcze Panu jako ciekawostkę powiem, że w miasteczkach podparyskich, nie dość że rygorystycznie przestrzega się ładu przestrzennego, to jeszcze w danym miasteczku wszystkie domy muszą być pomalowane w pewnej ściśle określonej palecie barw. Nie możesz Pan sobie pomalować domu na jaki kolor chcesz. Dostajesz Pan z urzędu miasta dosyć wąską paletę kolorów do wyboru (np. odcienie beżu) i maluj Pan. To się nazywa porządek. Wszystkie domy w miasteczku w odcieniu beżu. Aż się chciało na to patrzeć. Nie to co nasza polska pstrokacizna.

      A co do Ameryki, to ponieważ kawałek życia tam spędziłem, to dokładnie jest jak Pan mówisz. Bywa nawet gorzej (czyli lepiej). Jak Pan trawę zapomnisz skosić, to Panu raz dwa przypomną. Bywa nawet tak, że jeśli dłuższy czas nikogo nie ma w domu, to sąsiad Panu skosi, wcale o to nieproszony. Bo wszyscy muszą mieć skoszoną. Ale to co mi się najbardziej podoba w amerykańskich osiedlach, to brak płotów. To jest coś pięknego. A u nas co posesja, to mur obronny. Ech...

      Waldeck_13

      Usuń
    2. W mojej gminie ( Kielich z Kornowiljo) w prowincji LaSpezia obowiązują cztery kolory fasad dla nowych domów - brązowy, różowy,biały i żółty. Pomalowałem na żółty. Przy jakiejś okazji urządnuiczka z Ufficio tecnico zauważyła - "właściwie to spodziewalibyśmy się , że ten żółty kolor będzie ciemniejszy, coś w kierunku sieny". Kobiety się solidaryzują, więc ma żona zsolidazyzowała sią koloraturowo i parę miesiący temu doszło do przemalowywania. Rzeczywiście ładniej. (ale pierwotnie zdecydowałem sią na koglomolowo-żółty bo on lepiej reflektuje światło do portretów o ciepłej tonacji). A co do płotów - ich brak bardzo mi się w USA podobał a i we Francji jest ich mniej niż w Niemczech czy Polsce. W Niemczech nie chcieliśmy płotów i nie postawiliśmy przy naszym środkowym domku szeregowym. Jak kiedyś wróciliśmy z urlopu to po obu stronach ogrodu zastaliśmy 2 płoty. I sąsiedzi nawet nam nie wystawili rachunków! Ale teraz, przynajmniej od ulicy mamy płot, żywo-płot... mieszany...

      Usuń
  13. to o Ameryce nie wiedzialem, podejzewalem ze tam wlasnie swietosc wlasnosci prywatnej jest najwieksza, i ci sasiedzi "dyskretnie mowiacy żebyś się lepiej zachowywał" na wlasnej dzialce, zostali by po prostu zastrzeleni za wtargniecie na teren prywatny ;)

    co do reklam to ja po prostu jestem wogole baaaardzo liberalny (prawie jak anarchista) i staram sie zrozumiec kazdego, i nie przedkladam tego co mi sie podoba nad czyjs pomysl na swoje zycie i dzialalnosc puki mi to jakos fizycznie nie szkodzi, ale nigdy nie mowilem ze jestem normalny ;) jednym z moich najwiekszych marzen jest posiadane wlasnego prawdziwego zlomowiska mechaniczno-elektronicznego oraz muzeum staroci, co sie niejako wiaze ze soba, ale do tego trzeba furmanki pieniedzy, i to w jakiejs wartosciowej walucie.. ;) a samo zlomowisko bylo by zapewne nierentowne, gdyz sam byl bym glownym klientem, przez co zbyt duzo rzeczy bylo by nie na sprzedaz, a tym bardziej nie do huty, bo ich szkoda ;)

    OdpowiedzUsuń
  14. Relacja ze Słowacji jest świetna. A fotografie oddają spokój i charakteryzują się równowagą kompozycyjną. I te ledwo dostrzegalne niteczki li po których poruszają się kolejki linowe. Lubię też szerokokątne obiektywy i zamierzoną aberację sferyczną. Brawo Fabrykancie. dalej tak fabry-kantuj. I de-kantacji win (mea culpa) nie zaniedbuj.

    OdpowiedzUsuń

Drogi czytelniku! Pragnę ostrzec, że wredny portal blogowy na jakim piszę bardzo lubi zjadać bez ostrzeżenia wpisy czytelników podczas ich zamieszczania. BARDZO PROSZĘ PO NAPISANIU KOMENTARZA SKOPIOWAĆ GO i w razie czego wstawić ponownie, na pohybel Google Blogger. Fabrykant.