poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Pędem przeleciawszy etnologa.



Pędem zwiedzając skansen we Wdzydzach - LINK, w pewnym momencie coś złapało mnie za kołnierz i nie chciało puścić.
To były zdjęcia.
Po dobrej półgodzinie oglądania trzeba mnie było końmi z tej wystawy wyciągać, co było o tyle łatwe, że zwiedzanie odbywało się w warunkach wiejskich. Nawet kuźnia tam była, żeby podkuć, w razie czego.
Tam wisiały zdjęcia, których trudno było oczekiwać, a nawet trudno było w nie uwierzyć. Krótko mówiąc - były to reporterskie zdjęcia z Kaszub anno domini 1900. Jakie widzieliście dotąd reporterskie zdjęcia z przełomu wieków z zabitej dechami wsi na polskich terenach? Wsi znanej z tego, że psy szczekają tam tylną częścią ciała? Z Afryki - no to może i owszem. Z miasta przemysłowego, jak najbardziej - sam o nich pisałem swego czasu - LINK. Ale nie z wiochy. Jedyne zdjęcia z wiochy jakie się na wsi oglądało na przełomie wieków, to były ślubne monidła na których para młoda siedząc jak w szkółce niedzielnej pozowała fotografowi. Jedyne zdjęcie robione w życiu.
Zdjęcia reporterskie ze wsi, a tak, owszem. Zofia Chomętowska, jej jeziorowo szuwarowe Polesie (opisywane już TUTAJ), Louise Arner Boyd ze swoimi aparatami przemierzająca polskie tereny. Tak. Ale to było dwadzieścia - trzydzieści lat później, kiedy w powszechnym użyciu była już nie tylko taśma filmowa, ale i aparaty, które dało się schować do kieszeni.

Weszliśmy we Wdzydzach do stodoły, a tam fantastyczne zdjęcia. Naprawdę fantastyczne, kompozycyjnie, tematycznie i jakościowo. Mogę Wam je w pokazać w zaledwie mikroskopijnej części, sporo można obejrzeć sobie w Instytucie Herdera– TUTAJ. Zdjęcia przedstawiają życie i pracę w majątku Alexandra Treichela, zostały zrobione na jego zlecenie, przez zięcia - Bernharda Hagena. Hagen w ogóle nie był i nie jest znany jako fotograf. Był z wykształcenia lekarzem, z zamiłowania zajmował się antropologią. Nauczył się robić zdjęcia jako ceniony naukowiec, wieloletni badacz Sumatry i Nowej Gwinei. Czytając nawet jego biogram w niemieckiej Wikipedii nie dowiemy się niczego o jego fotografiach. Tymczasem w okolicach 1900 roku został zaproszony do teścia na Kaszuby, by wioskę Hoch Paleschken (dziś Wilcze Błota, ale po 1945 miejscowość nazywała się Wysokie Polaszki) potraktować jako obiekt egzotyczny niczym Nową Gwineę i sfotografować w detalach.
Fotografie zostały wykonane na szklanych płytach, zatem jakimś potężnym wielkoformatowcem. Chwała Hagenowi za to, że chciało mu się go nosić.
Pomysł wyszedł od Alexandra Treichela. Był to chłop nieprzeciętny. Widać to nawet ze zdjęć. Malownicza i fotogeniczna brodata i siwa gęba, o wnikliwym spojrzeniu, ubrany w coś w rodzaju chałatu, a czasami z fezem - toczkiem na turecką modłę na głowie. Od razu widać, że był to niezły gość.





Zanosiło się raczej, że zostanie naukowcem, niż posiadaczem ziemskim, choć urodził się na Kaszubach, dwa kilometry od swojego późniejszego majątku. Rodzina była bogata, młody Alexander wyjechał szybko do gimnazjum w Neustettin, gdzie zetknął się ze świeżymi prądami ery premodernizmu wśród swoich rówieśników, nawiązał przyjaźnie na całe życie. Zainteresował się filozofią i literaturą. Na studia pojechał do Berlina, gdzie prawo i ekonomia nie przeszkodziły mu zajmować się botaniką, prehistorią i etnografią. Skończył wydział prawa, ale nigdy nie zaczął praktykować w zawodzie, bo i nauki przyrodnicze pociągnęły go znacznie bardziej. Lokalność też pociągnęła go bardziej - zajął się badaniami antropologicznym i etnograficznymi i zoologicznymi okolic Berlina, zostając coraz bardziej cenionym prywatnym uczonym.
Zaciekawiała go też bardzo filatelistyka, wraz z jej detalami, uważa się go za ojca badań nad dawnymi znakami wodnymi i perforacją, za swoje prace został uhonorowany nagrodą Francuskiego Towarzystwa Filatelistycznego.




Treichel ożenił się ze swoją sympatią, poznaną jeszcze w gimnazjum w Neustettin, Johaną, osiadł na dobre z powiększającą się o dzieci rodziną w berlińskim Kreuzbergu. I tyle byśmy mieli z jego pomysłów na zdjęcia, gdyby nie jego matka, która nie mogąc podołać obowiązkom obarczyła go zarządzaniem rodzinnym majątkiem na Kaszubach. Treichelowie bardzo wzdragali się przed opuszczaniem Berlina, w którym Alexander miał tak rozliczne kontakty, naukowe powiązania, nie mówiąc o wygodach mieszkaniowych. W najmniejszej mierze nie czuł się zarządcą, ani rolnikiem, jednak za namowami przyjechał do Wilczych Błot w 1876 roku.
Hoch Paleschken, to nie było byle co, tylko jeden z największych majątków w okolicy, o powierzchni 750 hektarów. Nie czując się kompetentnym powierzył administrowanie majątkiem wykwalifikowanemu zarządcy, przy którym uczył się nowej dziedziny, a przy okazji miał trochę czasu zajmować się swoimi pasjami. Na sielskim, wiejskim życiu odbił się co prawda mocno wielki pożar, który strawił stodoły i stajnie, wraz z inwentarzem i zapasem plonów, ale w kilka lat udało się odrobić straty, a biznes rolniczy zaczął pięknie kwitnąć.
Treichel rzucił się w wir badań. Dostrzegł wspaniały, nie zgłębiony jeszcze, barwny temat - Kaszuby i Kaszubi. Zaczął zgłębiać temat we wszystkich jego przejawach, dociekać, kolekcjonować, spisywać wszelkie dziedziny kultury, etnografii i botaniki. Jako nowoczesny myśliciel i egalitarysta przeprowadzał bezpośrednie rozmowy, wypytywał wszystkich o wszystko, od prostych chłopów po ekonomów i lokalnych nauczycieli. Zwykł był podróżować pociągami zawsze czwartą klasą, bo dawało mu to okazje do pogaduszek ze zwykłymi ludźmi. Przez nich był zwykle brany za aptekarza (znał się na botanice) i oryginała, ale też zaskarbiał sobie wielką lokalną sympatię i zyskiwał pomoc. Spisywał historie, dawne legendy i opowiastki, kaszubskie dialekty i piosenki. Opublikował niewiarygodne wprost ilości artykułów naukowych i esejów na wszelkie tematy dotyczące Kaszub. Był członkiem i zaangażowanym animatorem Towarzystwa Przyrodników w Gdańsku, jeździł zawsze na wszystkie spotkania, dotyczące Prus Zachodnich.








Córka Aleksandra Treichela wyszła za mąż za jego dobrego znajomego z Berlina, wspomnianego Bernharda Hagena. W 1900 roku Hagen opromieniony sławą lekarza i badacza tropików został przez rodzinę Treichelów uznany za profesjonalnego fotografa i skłoniony do przyjazdu na Kaszuby. Na zdjęciach znalazły się rodzinne sceny zbiorowe, fotografie majątku, liczne zdjęcia prac rolniczych, chłopów na roli i ogólnie wiejskiego, lokalnego życia. Reportaż zlecony przez Treichela okazał się być zupełnie wyjątkowy, nie gorszy wcale niż egzotyka z Sumatry. Szklane płyty z fotografiami zostały przez rodzinę pieczołowicie przechowane i przeżyły o wiele lat samego inicjatora. Treichel zmarł niestety zaledwie rok później. Jego grób do dziś stoi na cmentarzu w Wilczych Dołach. Można tam także obejrzeć resztki majątku, między innymi kuźnię zbudowaną na polecenie naukowca, wpisaną dziś do rejestru zabytków.
Po śmierci Aleksandra majątek przejęły dzieci, jednak kilka lat później został sprzedany Pruskiej Komisji Rozliczeniowej, a potem rozparcelowany sprzedany innym właścicielom. O dziedzictwie Treichela i Hagena na długi czas zapomniano. Nie sprzyjały mu zmiana przynależności państwowej Kaszub, a także dwie wojny światowe, które zburzyły spokój tych terenów. Dopiero po II Wojnie Treichel i jego dzieło zaczęły być docenianie, teraz przede wszystkim przez polskich naukowców.
Szklane płyty w latach 90-tych zostały przez rodzinę przekazane do Muzeum Herdera w Marburgu, a potem opracowane we współudziale Muzeum Braci Grimm w Kassel i zaprezentowane publicznie na wystawach. Do Muzeum Etnograficznego we Wdzydzach Kiszewskich trafiły jako niemiecki dar od Braci Grimm i teraz cieszą oko zwiedzających.
Moje tak ucieszyły, że nie mogłem stamtąd za nic wyjść. Po prostu jeszcze nie widziałem czegoś takiego.




Uderza ich soczystość. Wyrazistość. Są naprawdę egzotyczne. Szczurołap, żniwiarze z kosami, chłopi i chłopki, łowienie ryb. Wszyscy jacyś niedzisiejsi, skąd inąd wzięci, inaczej ubrani. Wyobraźnia zaczyna pracować.

Nie wiem, czy wspomniany w poprzednim felietonie Izydor Gulgowski, twórca wdzydzkiego skansenu, pierwszego na polskiej ziemi, znał prace Treichela i samego ich autora. Jest to dość prawdopodobne. Nie wiem, w jakim zakresie inspirowali się oni wzajemnie. Jeden wcześniejszy, później zapoznany, drugi późniejszy, którego nigdy nie zapomniano. Obaj stworzyli wielkie dzieła. Ich połączenie we Wdzydzach Kiszewskich jest po prostu fantastyczne, nastrojowo i poznawczo.





Ten Aleksander Treichel to był niezłym prekursorem. Nie tylko w badaniach Kaszubów i zgryzu ząbków na znaczkach pocztowych. Nie tylko w fotoreportażu wiejskim. Na pierwszy rzut oka widać na tych jego zdjęciach, jak dobrze i swobodnie się czuje na wsi. Był prekursorem powrotu z wielkich, przemysłowych miast do swojskiej natury i sielskości.

Czego właściwie i Państwu życzymy.


Fabrykant


Źródła i źródełka:

https://www.herder-institut.de/no_cache/suche.html?id=103&L=0&q=Hochpaleschken



7 komentarzy:

  1. Po przeczytaniu tego wpisu o obejrzeniu zamieszczonych tutaj zdjęć we wpisie stwierdzam, że nie mógłbym żyć w tamtych czasach. Teraz ułatwiliśmy sobie tak życie technologią, że bez niej żyć bardzo ciężko albo nawet wcale ;p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja nie miałbym nic przeciwko. Życie było cięższe, ale dużo prostsze. Dużo łatwiej było być pionierem w każdej niemal dziedzinie, dużo łatwiej było zostać potentatem, a nawet monopolistą, o ile miało się dobre pomysły. Ucisk feudalny już powoli "odelżał", a kariery od pucybuta do milionera były bardziej dostępne. Życie bez technologii jakoś mi nie przeszkadza, za wyjątkiem życia bez blogowania;)

      Usuń
  2. Ależ blogowanie wówczas kwitło tylko dla niepoznaki nazywano je pamiętnikarstwem. I były sztambuchy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też pisałem do sztambucha. Oraz pamiętniczki z liceum.

      Usuń
  3. Coś takiego! Nigdy o tej wystawie nie słyszałam (o samym skansenie owszem). A odwiedzając tamtejszą rodzinę, poznałam tylko takie „perły” okolicy jak nieukończony pałac-gargamel, domek do góry nogami i najdłuższa deska świata (no, ta jest, powiedzmy, względnie ciekawa ;) ).
    Uwielbiam, gdy takie skarby jak te zdjęcia są w stanie przetrwać ciężkie czasy i zupełnym przypadkiem? cudem? wychodzą na światło dzienne. Tak jak ta dokumentacja fotograficzna życia na zamku Książ poczyniona przez kucharza. Widziano? :)

    OdpowiedzUsuń

Drogi czytelniku! Pragnę ostrzec, że wredny portal blogowy na jakim piszę bardzo lubi zjadać bez ostrzeżenia wpisy czytelników podczas ich zamieszczania. BARDZO PROSZĘ PO NAPISANIU KOMENTARZA SKOPIOWAĆ GO i w razie czego wstawić ponownie, na pohybel Google Blogger. Fabrykant.