poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Narzędzia ekstremalne




Wszystko niby to idzie swoim utartym torem, ale jednak ludzie nie ustają w dążeniu do zadziwienia świata. To fajnie. Jest rozrywka, jest co oglądać.

Co prawda może nie we wszystkich częściach świata równie mocno dążą. Przeczytałem ostatnio artykuł w „Tygodniku Powszechnym”, dotyczący spadających w Polsce statystyk religijności. Autor ze smutkiem zauważa, że religię i wiarę jako jeden ze swoich życiowych celów w ankietach deklaruje zaledwie 1% Polaków (Na pierwszym miejscu jest „praca” – 30% i „odpowiednie warunki materialne” - 26%). Ja ze smutkiem i przerażeniem zauważam coś zupełnie innego w tej ankiecie – jako jeden z celów życiowych „własna działalność gospodarcza” jest deklarowana przez, uwaga uwaga – 3% respondentów.

No fakt. Nie znam zbyt wielu ludzi, którzy marzą o prowadzeniu własnego przedsiębiorstwa. Co więcej – znam wielu takich co prowadzą, a wielce marzą o tym, żeby nie prowadzić. Wot, takaja specifika.

W innych częściach świata chyba bardziej się starają. Mają silniejszą wolę, czy co? Etos jakiś? A może mniej kasy? 

Ale my tu gadu gadu, a ja chciałem o obiektywach. Jest jedna nacja, która bardzo się stara. Ja już myślałem, że niewiele mnie zaskoczy. Konstruuje się już obiektywy o przebijających wszystko co było do tej pory parametrach. O parametrach rodem z marzeń dyletanta – już się o tym pisało. Dreams come truth. Po latach. Nikon, Canon zadziwiały publikę parę – paręnaście lat temu, osiągały różne ekstrema.

Nieśmiały cybernetyk potężne ekstrema
Poznawał, kiedy grupy unimodularne
Cyberiady całował w popołudnie parne
Nie wiedząc, Czy jest miłość,czy jeszcze jej nie ma?
(…)
O, wielopowłokowa uczuć komitanto,
Wiele cię trzeba cenić, ten się dowie tylko,
Kto takich parametrów przeczuwając fantom,
Ginie w nanosekundach, płonąc każdą chwilką!
Jak punkt, wchodzący w układ holonomiczności,
Pozbawiony współrzędnych zera asymptotą,
Tak w ostatniej projekcji, ostatnią pieszczotą
Żegnany – cybernetyk umiera z miłości.

                              Stanisław Lem „Cyberiada”
Na przykład krótko produkowany, legendarny Canon 50mm ze światłem f/1,0, w swoim czasie reklamowany jako „jaśniejszy niż ludzkie oko”. Na przykład dwustumilimetrowe lufy dla fotografów mody, z przesłoną f/2,0, ekstremalną, jak na ten rozmiar. Na przykład obiektyw Nikkor 12-24, o średnicy małego wiadra, swego czasu najszerzej widzący zoom świata.



W ostatnich kilku latach dwaj dawni światowi hegemoni zrobili się jakby nieco nieruchawi (Trochę nieruchawe te wasze człowieki (cytat)) i pałeczkę innowatorów przejęły inne firmy, mocniej aspirujące – zwłaszcza Sigma, która w ostatnim czasie urządziła dosłownie kanonadę ekstremalnych produktów optycznych. Począwszy od obiektywu 200-500 ze światłem 2,8, dwa razy jaśniejszym niż porównywalne produkty konkurencji. Najprawdopodobniej z Kopca Kościuszki można przez niego obejrzeć czubek Pałacu Kultury w Warszawie. Podobno obiektyw ten jest sprzedawany w zestawie z umyślnym tragarzem – waży 15,7 kilograma, czyli więcej niż wszystkie moje obiektywy razem wzięte.



Pisząc serio – według firmowych legend stworzono go za namową amerykańskich fotografów baseballa, którzy chcieli mieć zbliżenie twarzy pałkarza, dostępne z odległości boiska do tej gry.


Następne premiery Sigmy były może nie tak duże, ale nadal ekstremalne.  Stanowiły dzieło owocnego dążenia do wyprodukowania jak najjaśniejszego szerokokątnego obiektywu (24mm f/1,4- LINK do mojego testu, 14mm f/1,8), a ostatnio do bicia rekordów jasności w średnich teleobiektywach (135mm f/1,8, 100mm f/1,4). Wszyscy konkurenci zostali pokonani tymi dziełami optyki. Było to wszystko wspaniałe i imponujące na maksa, tyle że z jedną zasadniczą wadą – Sigma jako lider w wyścigu innowatorów przestała się szczypać z cenami. Zresztą mogła, a nawet należało się jej. Z producenta obiektywów dla amatorów i sprzętu półprofesjonalnego stała się firmą rozdającą karty na równi z legendami. Takim japońskim Audi.

I już myślałem, że wszystko jest na zawsze ustalone i znowu świat będzie przewidywalny i jednostajny, ale nie. Jednak nie. Oprócz japońskiej Sigmy wzięli się też do roboty Koreańczycy i Chińczycy. Samyang z Korei zawojował rynek szkieł manualnych, bo miał świetną jakość i bardzo dobre ceny, a potem przekonstruował swoje obiektywy na autofokus i także radzi sobie nieźle. Chińskie Yongnuo uderzyło przebojem w najniższy segment rynku – produkuje obiektywy tańsze od Canona i Nikona o połowę, a ponieważ nie są o połowę gorsze – nie nadąża z dostawami. Niektóre jej obiektywy są znane w Polsce tylko ze słyszenia, nikt ich na oczy nie oglądał (50mm f/1,4). Yongnuo jest fajne, ale proste jak drut – ich filozofia to „robimy to samo, co mają popularnego duzi, tylko o połowę taniej i niewiele gorzej”.

Ale na ten cały bigos wchodzi firma Venus Optics Laowa, cała w bieli. Ekstrema jakie proponuje Laowa są głęboko przemyślane. To nie ta filozofia co u Sigmy, która sprzedaje sprzęty idealne za idealnie grubą kasę. To filozofia: „jak tu się wcisnąć tam, gdzie jeszcze nikogo nie było”.

Laowa podeszła do tej kwestii programowo. Autofokus stanowi spory koszt konstrukcji, trzeba zapłacić opłaty licencyjne za software, jakiego używają aparaty Nikona, Canona czy Sony, albo kombinować z tzw. „reverse engineering”, czyli odkrywaniem „od tyłu” jakie sygnały przesyłają te aparaty i kiedy przesyłają, a potem opracować własny software który potrafi na nie reagować. Ryzykuje się zapewne ewentualne procesy o prawa autorskie i patentowe, oraz ewentualnie ryzykuje się tym, że producent aparatu zmieni swój software i nasze obiektywy nagle przestaną działać (To stało się właśnie z Sigmą w latach 90-tych).

Co robią Chińczycy z Laowa? Zastanawiają się. Stawiają na manuale, bez autofokusa. Zatem oldskul, ale cenowo ciut tańszy. Każdy takie coś może produkować, nawet dawne ZSRR od lat robi obiektywy manualne z mocowaniem do współczesnych aparatów. Ale Laowa robi coś, czego nie robił nikt wcześniej. Eksperymenty.

W jakiej fotografii autofokus nie jest specjalnie potrzebny? Przede wszystkim w fotografii makro, czyli spoglądaniu w oczy robaczkom na trawkach – tam i tak ostrzymy za pomocą zbliżania i oddalania aparatu do obiektu. W fotografii superszerokokątnej, kiedy głębia ostrości jest bardzo duża i kręcenie pierścieniem ostrzenia niewiele zmienia na zdjęciu. No i też w profesjonalnej fotografii architektury i wnętrz, do której używa się specjalnych obiektywów tilt-shift, które to pozwalają na przesuwanie członów optycznych w linii poprzecznej do osi obiektywu. Takie przesunięcie soczewek pozwala wyprostować na zdjęciu zbiegające się w perspektywie linie, zatem uczynić, że wszystkie piony będą naprawdę pionowe.



Zatem Laowa wypuszcza mix mixsów – obiektyw, który łączy w sobie wszystkie powyższe cechy: superszerokokątny tilt-shift makro! Nie była to rewelacja jakościowa, ale jeden z najtańszych tilt-shiftów i jeden z najtańszych szerokokątnych. Własności makro już nie są tak spektakularne, bo na rynku duża konkurencja w tej materii.

Za to nigdy wcześniej nikt czegoś takiego nie zrobił.

Nie jest to obiektyw dla każdego, bo jego obsługa z manualnymi przesłonami i manualnym ustawianiem ostrości, nie licząc z tradycyjnego manualnego przesuwu tilt-shift może nastręczać trochę trudności i przypomina to co robili w fotografii nasi dziadkowie. Jakość, jak wspomniało się – nie powala. Ale Laowa szybko się uczy. Ten pierwszy rewolucyjny pomysł zniknął z rynku, ale są już następne. Laowa ostatnio przypuszcza szturm na wszystkich frontach. Oglądając ofertę tej firmy otwieram oczy jak spodki.

No, proszę bardzo, jest tam obiektyw, który wygląda jakby się coś komuś pomyliło. Venus Optic Laowa 25mm f/2,8 Ultra Macro (2,5x – 5x)- LINK. Jest to sprzęt pozbawiony pierścienia ostrości W OGÓLE. Jest to stałoogniskowy obiektyw, z czymś co do złudzenia przypomina zoom. Ustawia się tym zoomem jednak nie ogniskową, a wartość powiększenia. Pod względem tegoż powiększania obiektyw nie ma sobie równych – uzyskuje się z niego obrazy powiększone 5 do 1. Co to oznacza? Że łebek zapałki nie mieści się w CAŁYM KADRZE zdjęcia! Że można całą fotografię wypełnić w całości okiem muchy.
Następne propozycje – dwa najjaśniejsze w swej klasie superszerokokątne obiektywy „widzące wszystko” - 12mm f/2,8 do sprzętów pełnoklatkowych i superjasny 7,5mm f/2,0 do aparatów bezlusterkowych. Obydwa metalowe, solidne i podobno z bardzo dobrze skorygowanymi dystorsjami (znaczy się że linie proste przy samym brzegu zdjęcia są ładnie oddawane jako proste i nie falują od wad optyki). Kiedyś trzeba będzie to sprawdzić. Jeżeli ktoś potrzebuje superjasno i superszeroko – Laowa daje radę.

Oprócz tego Venus Optics produkuje manualne portretowe 105mm f/2,0. Czym się różni wróbelek? Ten z kolei, choć jest obiektywem stałoogniskowym ma aż trzy pierścienie na tubusie – od ostrzenia, od przymykania przesłony i … ta dam! od przymykania drugiej przesłony, którą reguluje się stopień rozmycia tła.


Do tego mniej ekstremalny szeroki kąt 15mm f/2,0 za to ekstremalnie jasny. W tej dziedzinie jednak Venus Optics Laowa musi się ścigać z liczną konkurencją manualną Samyanga i Irixa, oraz autofokusową Sigmy.

Co by tu nie mówić - fajna ta Laowa!
Podoba mi się ten żołnierz (cytat).
Nie jest najtaniej, ale jest wyjątkowo ekstremalnie.

To wszystko są małe kroki dla Chińczyka z Laowy, ale symbolizują dążenia ludzkości do postępu, odkrywania nieznanego, ryzykowania.

No, jak wiemy z ankiety OBOPu - niestety nie całej ludzkości.

Polacy, do roboty!!!


Fabrykant

4 komentarze:

Drogi czytelniku! Pragnę ostrzec, że wredny portal blogowy na jakim piszę bardzo lubi zjadać bez ostrzeżenia wpisy czytelników podczas ich zamieszczania. BARDZO PROSZĘ PO NAPISANIU KOMENTARZA SKOPIOWAĆ GO i w razie czego wstawić ponownie, na pohybel Google Blogger. Fabrykant.