wyświetlenia:

czwartek, 14 sierpnia 2014

Nie dla nas ananas.



Użytkowanie starych gratów, oprócz spijania śmietanki, łączy się również z dotkliwym bólem istnienia. Istnienia własnego i tych gratów. Od czasu do czasu mają one inny pogląd na to co oznacza sprawne działanie, albo czytelnie deklarują odmowę współpracy.

Nasz Canon D60 (opisany wcześniej tutaj: Test Canona D60 ) miał na przykład inny pomysł na naświetlanie zdjęcia niż my. My uważaliśmy że powinno być ciemniej, a on że jednak jaśniej. Ciągnęło go do światła jak recydywistę po wyroku. Niestety fiksacja prześwietlania zdjęć pogłębiała się, czemu próbowaliśmy zaradzić poprzez ustawianie niedoświetlenia.



Jadąc na niedoświetleniu, niedospaniu i przepiciu strzelało się zdjęcia na wakacjach. Niemniej w końcu postanowiliśmy go oddać do naprawy, tj. regulacji w serwisie. Wraz ze swym młodszym bratem 40D pojechał do autoryzowanego serwisu na słynną Żytnią w Warszawie, a my- jak zwykle na Żytnią do baru, każda okazja jest dobra.

Jak działa taki serwis? Sprawnie. I szybko.

Najpierw bardzo szybko diagnozują aparat, a potem bardzo szybko przysyłają odpowiedź:



„Brak możliwości naprawy. Brak jakichkolwiek części do tego modelu”



Dzwonię. Niech się choć dowiem- co zdiagnozowali?

Nic nie zdiagnozowali.

Jak to? W autoryzowanym serwisie Canon?

Nie mogą diagnozować, bo brak jakichkolwiek części i.t.d. Nie będą diagnozować skoro nie mają możliwości naprawy. Nie mają nawet- uwaga- software'u, którym można to zdiagnozować. Zbyt stary model.

Hm. I nic? Nawet nie zerkną?

Nie zerkną.

Nawet nie spróbują?

Nie spróbują.

Hm. Nie chce- niech nie żre.



(Austrowęgry. Złapali starozakonnego przemytnika z workiem tytoniu. A po co mu tyle tytoniu? Do żarcia dla konia. Dla konia??? Do żarcia?! Przecież koń tego nie żre! Hm. Nie chce- niech nie żre.)



Dzwonię do nieautoryzowanego serwisu na Zapolskiej w Krakowie. Miły i kompetentny pan. Prześwietla zdjecia? Nie, to na pewno nie jest sprawa regulacji światłomierza. One się nie rozregulowują same z siebie- co najwyżej przesuwają się, celują nie tam gdzie trzeba i potem źle mierzą. To sprawa mechaniczna, nie software'owa. Prawdopodobnie można to naprawić. Proszę przysłać aparat- zobaczymy. Tylko czy to się panu w ogóle opłaca? Taki stary aparat? No, chyba że do jakichś specjalnych celów pan ten aparat wykorzystuje...



Tak, he he. Do pisania Fotodinozy i testowania nikomu niepotrzebnych obiektywów ku uciesze publiczności.



Tego nie mówię na głos, dziękuję panu z Krakowa nieco podniesiony na duchu.

Dla świętego spokoju dzwonię jeszcze raz na Żytnią, gdzie zalega nasz D60. Czy nie mogliby jednak chociaż spojrzeć? Zerknąć do środeczka, być może chodzi o jakąś usterkę mecha...

Nie.


Nie chce- niech nie żre.




Mechaniczna usterka? Aaaaaaaa, to co innego. Od mechanicznych usterek to jest idealny fachowiec. I to pod ręką.



Zawsze chciałem być jak Wheeler Dealers, tylko w branży fotograficznej. Kupować, jak Mike Brewer używane, nieco zjechane zabytkowe perły, naprawiać, dzięki umiejętnościom wszechstronnego Ed'a Chin'y i sprzedawać z zyskiem. I nigdy nie wtopić.


Niestety udawało się, jak dotąd, zrealizować tylko dwa, z trzech kroków działania Mike'a Brewera. Nigdy nic nie sprzedałem. Za to znam Pawła Kuczyńskiego, który jest równie dobry jak Ed China.

Jeśli chodzi o precyzyjną mechanikę i elektronikę- jest wyjątkowy. To gość, który rozebrał silnik autofokusa w moim Tamronie 20-40 i wymienił w nim szczotki. Sądzę, że gdyby usłyszał to ktoś z serwisu Canona na Żytniej, to by nie uwierzył. Myślę że nigdy nie oglądali tam wnętrza silnika od autofokusa- tam po prostu wymienia się całe silniki. Sęk w tym, że takich do Tamrona 20-40 już nie produkują.



Paweł, rzecz jasna, NIE jest serwisem. Nie dysponuje softwarem zdolnym wyregulować celność autofokusa, albo ustawić coś „programowo”. Ale za to elektromechanika to jego hobby i w przeciwieństwie do serwisu, oraz Francuzów w II Wojnie Światowej nie woła :”Poddajemy się”, zanim nie sprawdzi co się dzieje.

Dlatego czasem udaje mu się naprawić rzeczy teoretycznie nie do naprawy, takie, które serwisy autoryzowane mają w... W pogardzie mają.

Bo serwisy autoryzowane, proszę Państwa- to nie dla Fotodinozy są. Naprawić naprawialne- to każdy by umiał. Natomiast naprawiać nienaprawialne- to jest dopiero coś!



Fabrykant

z www.fabrykaslubow.pl

P.S. Pomiar światła już naprawiony. Przesunął się czujnik. Czas naprawy 40 minut.


 
P.S. Zauważyłem wczoraj na Optyczne.pl reklamę nowej usługi autoryzowanego serwisu na Żytniej- sprawdzanie aparatu przed zakupem. 
link: Reklama usługi "Zbadaj swój aparat"
Jak się wczytać, to można odnaleźć tam akapit:
"05. Sprawdzenie działania i położenia światłomierza
. Informacja o ewentualnych urazach aparatu i nieautoryzowanych naprawach. Niepoprawne położenie światłomierza ma wpływ na nieprawidłową ekspozycje i brak jej powtarzalności."


Hm.





piątek, 8 sierpnia 2014

Epitafium. John Beasley Greene




Będąc młodą lekarką (cytat) i przeglądając „Małą Historię Fotografii” przerzuciłem kilkadziesiąt zdjęć, które zamieszczone są w tej książce. Przykuł moją szczególną uwagę (jak to on zawsze potrafi) Henri Cartier Bresson, o którym napisało się poprzednio, oraz jeszcze jedno zdjęcie. To:

Nil, 1854 r, John. B. Greene



Można spekulować, czy zmarły w młodym wieku John Beasley Greene, który zrobił to zdjęcie w roku 1854 nie był przypadkiem prekursorem, pionierem.

Oj, był chyba.



Jednym z pierwszych fotografów, który spróbował uchwycić Pustkę i Nicość.

Nie sfotografować Coś, tylko złapać w kadr Nicość. To bardzo, bardzo trudne, wbrew pozorom.



Nicość nie daje się złapać byle komu. Jest jak kot, chadzający własnymi drogami.



Dzisiaj świetnie potrafi obłaskawić, zmylić i schwytać nicość Josef Hoflehner, którego zdjęcia poznałem dzięki Krzysztofowi Gol'owi, oraz Markowi Zuckerbergowi.  Ma zmysł, ma niezwykłe wyczucie, żeby sprawić by Nicość jadła mu z ręki.
Boats in Fog, Vietnam 2012, Josef Hoflehner


Railroad Crossing, Nebraska, Josef Hoflehner
Jednak nawet jemu Nicość czasami się wymyka (moim zdaniem).

Najlepiej opłacany fotograf świata, niejaki Andreas Gursky, także jest tropicielem nicości. Jego pustka jest doceniana. Oto najdroższe zdjęcie świata (4,3 mln. dolarów). 
 
Brzeg Renu, 1999. Andreas Gursky


Dzisiaj Andreas Gursky, Josef Hoflehner, lub inni ich epigoni przyciskają ze znudzeniem spust cyfrowego wielkoformatowca, czy innej lustrzanki i zrzucają sto zdjęć na komputer, z których wybiorą jedno do wrzucenia na Facebooka.



Wyobraźmy sobie jak mogło to wyglądać w 1854 roku, gdy wczasy w Egipcie oznaczały wyprawę, z której można było nie wrócić (taki właśnie był los Johna B. Greene). Trzeba było dźwigać wielką drewnianą skrzynię aparatu, ustawiać ją na statywie i pracochłonnie utrwalać zdjęcia na szklanych, czy metalowych płytkach pokrytych emulsją. Płytki też niosło się ze sobą.



I pomimo tego John Beasley Greene znalazł odwagę i talent, by swojego aparatu nie kierować wyłącznie w stronę Sfinksa, beduinów, wielbłądów, Kairu, tylko w stronę niesfornej, trudno uchwytnej, pustynnej Nicości.



Niewiele wiadomo o nim. Mieszkał w Paryżu, był synem bankiera, co zapewne ułatwiało mu start.

W wieku lat dziewiętnastu (!!!) w 1853 roku pojechał na wyprawę do Egiptu, skąd przywiózł kilkadziesiąt negatywów. Więcej informacji o nim można wyczytać po francusku, niż po angielsku, ponieważ był jednym z założycieli Societe Francaise de Photographie.

Nie wrócił ze swojej trzeciej wyprawy do Egiptu w roku 1855, zginął młodo, zostawiając po sobie refleksyjne widoki na szklanych płytach, oraz wytyczoną, niekonwencjonalną drogę, którą później poszli inni.

Chwała odważnym eksperymentatorom!

Cześć jego pamięci!
 
Fabrykant
 

P.S.:

Polecam moje oryginalne kryminały z klimatyczną Łodzią w tle:
 
"Tramwaj Tanfaniego" dziejący się w czasach świetności przemysłowej Łodzi w roku 1905. Rzecz inspirowana prawdziwymi wydarzeniami - zabójstwem Juliusza Kunitzera, twórcy łódzkich tramwajów. Książka nagrodzona Exlibrisem Biblioteki im. Piłsudskiego za najlepszą powieść o Łodzi w 2021 roku.
Reżyser Władysław Pasikowski o "Tramwaju Tanfaniego":
"Wciągające. Rewolucja upadła, ale rewolucjoniści zostali... W Łodzi w zamachach giną zamożni fabrykanci. Kto stoi za tymi zbrodniami? Frapująca intryga i pełnokrwiści bohaterowie, ale prawdziwą bohaterką jest Łódź pod koniec 1905 roku. Jedno z najbarwniejszych i najbardziej oryginalnych miast tamtych czasów. To nie kino, to autentyczny fotoplastikon z epoki... Ja nie mogłem oderwać oczu od okularu. Polecam!"

"Tramwaj Tanfaniego" jest do kupienia wysyłkowo tutaj: LINK

"Złoty peugeot" to niebanalny kryminał motoryzacyjny z Łodzi epoki wczesnego Gierka. Tajemnicza zbrodnia, nieudolna milicja, zakulisowe przepychanki z władzą PRL a po drugie kawałek historii polskiej motoryzacji i łódzkiej architektury oczami (i rękami) pewnego mechanika z ulicy Wschodniej, który chcąc nie chcąc musi zabrać się za dociekanie, dlaczego ktoś musiał zginąć i kto go zabił. Są wciągające tajemnice, splątane wątki, brawurowe pościgi samochodowe, jest wiele charakterystycznych postaci budujących mikrospołeczność powieści. W warstwie trzeciej książka jest nasycona aluzjami do literatury popularnej z czasów PRL a wynajdowanie tych i innych smaczków z Niziurskiego czy Nienackiego jest dodatkową rozrywką. 

Do kupienia wysyłkowo - TUTAJ 

"Deluks" - wielowątkowy kryminał dziejący się w roku 1976 składa się z kilku warstw, począwszy od tematyki automobilowej, poprzez dawne tajemnice Łodzi, kończąc na echach II Wojny Światowej. Książka tym razem aluzyjnie nawiązuje do tzw. kryminału milicyjnego, jednak dekonstruuje ten schemat, inaczej rozkłada racje i ironizuje z klimatów PRL. W świat dawnej Łodzi pomaga czytelnikowi przenieść się zespół pełnokrwistych bohaterów - od lumpów i milicjantów po profesorów i prywaciarzy. Akcja zawiązuje się wokół warsztatu samochodowego, poniekąd kontynuując klimat "Złotego Peugeota", jednak cała opowieść jest autonomiczną fabułą. Będziecie zaskoczeni!

"Deluks" do kupienia wysyłkowo - TUTAJ 

"Wariatka ze Spornej" - napisana wspólnie z Tomaszem Włodkowskim -Światowej sławy reżyser usiłuje skończyć swoje ostatnie filmowe dzieło niekonwencjonalnymi metodami. Równolegle ginie jego wieloletni współpracownik i asystent.
Młoda policjantka, niedawno przybyła do Łodzi ma poprowadzić śledztwo, które będzie wymagało od niej szczególnego zaangażowania, cierpliwości, uwagi i... erudycji.
Tytułowa ulica Sporna zdaje się trwać w niezmiennym od stu lat stanie, ale to tylko pozory. Miasto dookoła przekształca się w bólach, jest rok 2003, Polska ma zaraz wejść do Unii Europejskiej, ale niechciany bagaż PRL jest wciąż obecny, również w policji. Kto i dlaczego zabił? Co ma wspólnego wielka sztuka i małe morderstwo? 

"Wariatka ze Spornej do kupienia wysyłkowo TUTAJ 

piątek, 1 sierpnia 2014

Społeczeństwo klasowe

Drodzy słuchacze! 
Społeczeństwa, w większości dzielą się na klasy. Tacy hindusi na przykład, to tak są podzieleni, że żaden Polak im nie podskoczy.

Na samym dole jest kasta Pariasów- to ci, co nic nie mogą. Czasem się tak czuję. Ale przynajmniej mogę sobie popisać felietony.



Wykluczenia z klas społecznych w Indiach są bardzo trwałe. Żadne nasze wykluczenia z grona znajomych na Fejsie nie mogą się z nimi równać.



Z Wikipedii:

Zgodnie ze znaczeniem samego słowa dźati, przynależność do danej kasty następuje automatycznie przez urodzenie (przerąbane- przypis Fotodinozy), stąd Hindusi mówiący po angielsku często tłumaczą dźati na angielskie "race" (rasa). Przynależności do kasty nie można uzyskać ani przez małżeństwo (podwójnie przerąbane- przypis Fotodinozy) (...), ani przez zasługi czy wzbogacenie się (kasta nie ma nic wspólnego ze statusem ekonomicznym czy stratyfikacją społeczną) (potrójnie przerąbane- przypis Fotodinozy)



Ale w innych krajach jest inaczej.



W okresie przed, i w trakcie Drugiej Wojny Światowej w Niemczech, jak możemy się dowiedzieć z licznych dzisiejszych filmów i książek, żyły na przykład tylko trzy kasty społeczne. Byli to: Dobrzy Niemcy, spiskujący przeciw reżimowi, Wypędzeni, oraz przybyli z kosmosu, wredni Naziści, którzy z Niemcami nie mieli zupełnie nic wspólnego.



W analogicznym okresie we Francji występowała tylko jedna grupa społeczna: Resistance.



W czasach komunizmu w Polsce, oprócz tradycyjnych podziałów klasowych, zjawiała się u nas czasem dodatkowa nadklasa. Przedstawiciele Bratniego Narodu Radzieckiego. Miała ona wiele przywilejów, zacytujemy scenkę ze zjazdu literatów socjalistycznych (lata 60-te) w Pałacu Kultury:

Przedstawiciel Bratniego Narodu:

Gdzie tu się można wysikać?”

Stefan Kisielewski (podobno):

Pan? Wszędzie”.



Za czasów starożytnego Egiptu w społeczeństwie zarysował się podział na Faraona, Kapłanów, Urzędników, Rzemieślników i Niewolników. Z dzisiejszego punktu widzenia najwięcej zostało po niewolnikach- piramidy, sfinksy i takie tam, a dopiero w drugiej kolejności po faraonach- kilka zasuszonych mumii. Dlatego, jak widać- nieważne kto stoi na szczycie społecznej piramidy. I z tego powodu zacytujemy limeryk:



Jest pewien facet w Egipcie

-sucha mumia, trzymana w krypcie.

A nad kryptą jest skrypt:

Kto by chciał parę szczypt

może wziąć- tylko mnie nie wysypcie”



Stanisław Barańczak



Limeryk prowadzi nas prosto do Anglii Wiktoriańskiej, gdzie podział na klasy był tradycyjnie silny- na szczycie był Król, potem Downtown Abbey, potem Rozważna i Romantyczna, potem Duma i Uprzedzenie, na końcu reszta.



A w późniejszym okresie- Jerzego VI, podział w Wielkiej Brytanii był zupełnie inny. Społeczeństwo dzieliło się na: publiczność, w napięciu oczekującą koronacji Jerzego VI, twardy beton, oraz na pijanego gościa leżącego w śmieciach pod spodem. Doskonale to uchwycił Henry Cartier- Bresson:

Henri cartier- Bresson Trafalgar Square w dniu koronacji Jerzego VI 1937




Fabrykant



wtorek, 29 lipca 2014

W drżącym mgnieniu migawek. Technologia dalej mnie bije.

Właściwie mógłbym nie przerywać pisania poprzedniego artykułu, tylko kontynuować dalej lamenty i narzekania. Kontynuuję. Otóż, nasz półflagowy półpancernik praktyczny Canon 40D zaczął co jakiś czas wyświetlać „Error 99, brak możliwości fotografowania, wyłącz zasilanie aparatu”, co zaniepokoiło nas, bo przeczuwaliśmy że kłopoty są poważniejsze- zwykle tak (nieregularnie) sygnalizowane są kłopoty z migawką, lub mechanizmem lustra. Migawka się miga, albo się nie odbija temu lustru.
Aparat został zapakowany i odesłany do serwisu autoryzowanego Canon, w Warszawie na ulicę Żytnią. A my też poszliśmy na Żytnią, tylko w Łodzi, do baru.

Serwis na Żytniej działa bardzo sprawnie, musimy pochwalić- dzień od wysłania przyszła mailem diagnoza- konieczna wymiana migawki przy stwierdzonym przebiegu 106 tysięcy zdjęć.

No więc, zaczynając zdanie od nieprzepisowego no więc- canon daje gwarancję na migawkę, deklarowaną w folderach reklamowych, ale niepisaną w dokumentach gwarancyjnych, imaginujcie sobie- 100 tysięcy zdjęć.



Czy pojmujecie skalę tej wyrafinowanej perfidii???

Nie dość, że migawka padła tuż po owej gwarancji, to jeszcze akurat dokładnie w tym czasie, gdy na blogu znęcam się nad dzisiejszymi producentami sprzętu i planowaniem okresu nieprzydatności!!!



Czuję się nieswojo.

Najprawdopodobniej Japończycy z Canona, obserwowali mnie za pomocą dronów, oraz równocześnie za pomocą programów śledzących aktywność w internecie, żeby wybrać idealny moment na zepsucie się 40D!!!



Niesamowita ta technologia!

Jak oni to zrobili?



Niestety są silne poszlaki na to, że żywotność migawki została przez Canona celowo skrócona w ewolucji kolejnych modeli. Poszlaki są tutaj:



Camera Shutter Life Expectancy Database:




Jak to ze lnem było?

Ano tak, że pierwsze cyfrowe lustrzanki dostawały migawki w spadku po analogowych modelach. Nikt wtedy nie przypuszczał, że cyfrowa rewolucja tak zwielokrotni ilość strzelanych zdjęć! Że miliony słitfoci zaleją świat. Że co druga kawa ze Starbucksa będzie miała swój cyfrowy portret. Że selfie wrzuci do internetu raz dziennie połowa Chińczyków.

Nikt nie przewidział. Ani producenci, ani nawet doświadczeni dziennikarze.



W okolicach roku 2002, z drżeniem serca wysłałem do redakcji „Foto” swój pierwszy w życiu list do prasy. Było to następujące pytanie: „zamierzam kupić używany aparat- Canona 10D. Jak duża jest szacunkowa żywotność migawki takiego aparatu? Czy mogę się obawiać że migawka nie wytrzyma dużej ilości zdjęć?”

Otrzymałem na łamach odpowiedź, od pana redaktora Jerzego Lecha- „bez obaw, nie zdoła Pan zrobić tylu zdjęć, żeby wykończyć migawkę w Canonie 10D.

Kupiliśmy 10D.

Cztery lata później padła migawka, przy przebiegu 44 tysiące zdjęć.



Okazałem się prorokiem mimo woli.

Na chwilę podniosło mnie to w moich oczach, ale za niedługo musiałem zapłacić za wymianę migawki i nastrój wiktorii lekko opadł.



Producenci szybko zareagowali na ten problem i już następne generacje lustrzanek miały migawki o znacznie lepszej trwałości. Od czasów Canona 30D deklarowano w folderach reklamowych „migawkę obliczoną na 100 tysięcy cykli”.



Wspomniany Shutter Lifetime Database, jest oczywiście nie do końca miarodajny, bo bazuje na uczciwości wpisujących się internautów, do tego ocena niektórych modeli bazuje na raptem kilkudziesięciu przypadkach. Żywotność migawki zależy także od sporej ilości kryteriów (wilgotność, kurz, częsta zmiana obiektywów). Niemniej coś tam można z tego wnioskować.

Według Shutter Lifetime Database wyglądało to tak:



W uproszczeniu:

Średnia ilośc klapnięć migawki do czasu aż zdechnie:

Canon 10D: 47.000

Canon 20D : 67.000

Canon 30D : 133.000

i uwaga:

Canon 40D : 85.000

Canon 50D : 70.000



Nagły spadek formy, nieprawdaż?

Myślę, że to nie jest raczej wina nagłego osłabienia jakości dostaw tytanu, jaki używały fabryki Canona. Producent po prostu wyregulował sobie żywotność migawki do odpowiedniej granicy, za którą użytkownik nie powinien mieć już pretensji do producenta. Ten system działa. Producent jest zadowolony.


Podobnie jak nadal działa migawka w jednym z naszych starszych Canonów 30D. Nadal działa, pomimo przebiegu 219 tysięcy zdjęć. Producent rwie włosy z rozpaczy. Konsument jest zadowolony.

Można było?

poniedziałek, 21 lipca 2014

Technologia mnie bije


Nie można walczyć z postępem. Można go najwyżej ignorować, dopóki ostatecznie nie odbierze nam środków do życia i szacunku do samych siebie”

Kurt Vonnegut, wstęp do „Tabakiery z Bagombo”



Wczoraj nastąpił kontakt cywilizacji. Jedna z tych cywilizacji była moja, a druga była jakaś inna.

Rozładowała mi się bateria w telefonie i musiałem zadzwonić (usiłowałem) z telefonu koleżanki. Był to sławny i-phone, niestety. Jestem nastawiony już odpowiednio do technologii firmy Apple, za sprawą czytania szyderczego i prześmiewczego portalu www.applefobia.blogspot.com , a teraz ta technologia osaczyła mnie z konieczności. Te wszystkie dowcipy o ajfonach to wszystko prawda. To wcale nie telefon jest. Człowiek używający do dzwonienia zwykłego telefonu ma małe szanse zgadnąć jak z ajfona zadzwonić. A jak już zgadnie, to niestety nie ma zasięgu (dodajmy że w tym samym miejscu, gdzie oldskulowa Nokia łapała 3 kreski).

Kontakt z cywilizacją ajfoniczną nie udał się.

Houston, mamy problem.



U tejże właścicielki telefonu ¾ powierzchni biurka zajmowała demonicznie czarna i groźna niczym hełm lorda Vadrera drukarka marki HP, formatu A3. Niestety nieczynna. Można jej co prawda używać jako ksero, ale nie komunikuje się z komputerem. Nie i koniec.

Ma jeszcze oprócz tego małe fochy, jeśli chodzi o tusz do drukowania- pragnie wyłącznie marki HP, inne ignoruje z wyższością.

Houston, mamy problem



Dla kontrastu, stwierdzę że jedną z najlepszych inwestycji jaka mi się udała, oprócz spłodzenia syna, postawienia domu i zasadzenia drzewa, był zakup drukarki marki Canon. Był to model BJC 6500 i był to rok 1997. Drukarka owa, wydrukowała do dzisiaj takie miliony wydruków, że panu serwisantowi, który miał ją oczyścić z tuszu, oczy zrobiły się jak spodki.

Drukujemy na niej zaproszenia ślubne Fabryki Ślubów, wszystkie projekty architektoniczne („proszę pana, przyjmujemy w naszej firmie wyłącznie takie zlecenia, które mieszczą się na A3, pański dom jest za duży”), oraz ogłoszenia „Zaginął pies ogar polski”. Zważywszy, że pies zaginął już 11 razy w ciągu swojego krótkiego żywota, można zrozumieć że drukarka się napracowała. Natomiast nadal jakby nie wykazuje oznak zmęczenia (przezornie odpukujemy w sosnowy stół). Zadowoleni z tego jesteśmy tylko my, bo firma Canon- zapewne nie bardzo.



I krzaczek przy drodze i brat przy maszynie

Jak noga w skarpecie, sprzedawca w kantynie

Kamyczek na polu i strażnik na plaży

Lodówka wciąż ziębi, kuchenka wciąż parzy

(...)

To już jest koniec, tu nie ma już nic

Jesteśmy wolni- możemy iść”

Elektryczne Gitary



Nasza lodówka, marki Samsung właśnie odmówiła współpracy. Nie ziębi. Grzeje.

Jej plastikowe półki połamały się doszczętnie niedługo po upływie gwarancji, natomiast termostat wytrzymał 6 lat. Więcej nie dał rady.

Houston, mamy problem.

Bardzo zastanawiamy się nad przywiezieniem z działki lodówki marki Mińsk. Jej historia jest znacznie dłuższa niż historia Białorusi, w której leży miasto, gdzie lodówkę zbudowano. Moi Rodzice wystali ją w kolejce społecznej, w okolicach roku 1985-go, a ponieważ nie było wiadomo kiedy będzie możliwość kupienia kolejnej, nabyli od razu dwa egzemplarze. Pierwszy został zainstalowany u nich w kuchni, a drugi stanął nierozpakowany na strychu, gdzie przeczekał do roku 1998-go, od kiedy to ja zacząłem go używać. Niestety po dizajnerskiej (jesteśmy, bądź co bądź dizajnerami) przebudowie naszej kuchni, wyjechał na działkę, jako niepasujący do wystroju, demodé i passé. Teraz ma wielką szansę znowu zostać trendy.

Trzeba będzie dostosować dizajn kuchni do starej lodówki. Wyjdzie taniej, niż kupowanie co 6 lat nowej.



Ja rozumiem, że Samsung spełnia wszelkie normy Zjednoczonej Europy i Azji, zużywa o połowę mniej prądu. Że nie ma freonu. Że póki działał- wentylował grzecznie warzywa w przegródce na schładzanie. Co z tego???

6 lat contra 29.

Czy my przypadkiem, drogie Houston, nie mamy jakiegoś problemu?



Ja mam tylko jedno pytanie- czy produkowanie dzisiejszych, tak nietrwałych i do tego nie działających tak, jakby klient oczekiwał sprzętów ma jakikolwiek sens?

Zawsze gdy nie chce mi się brać do roboty, przypomina mi się taka definicja sensu pracy (zdaje się protestancka):



„Praca, to branie udziału w dziele boskiego stwarzania”



I od razu robi mi się trochę lżej, choć nie jestem zbyt religijny. Natomiast czy tworzenie niedziałających bubli, wymagających do ich powstania skomplikowanych procesów projektowania i wytwarzania, także jest takim „braniem udziału”?

Mam wątpliwości.

To raczej dzieła szatana.

Apage Satanas!



sfrustrowany

Fabrykant


dyrektor kreatywny silnie walnięty o sprzęty.


czwartek, 10 lipca 2014

Kingsajz dla każdego/ Populares über Alles- czyli sławna Sigma AF 24/2,8 Macro Super Wide II




Dzisiejszy wpis ma dwa tytuły, bo nie wiedziałem z którego zrezygnować i w końcu nie zrezygnowałem z żadnego.


To nie będzie test z prawdziwego zdarzenia, to nie będzie test sensu stricte.

To będzie test z nieprawdziwego zdarzenia i bezsensu stricte.



Jak kto pragnie prawdziwy, porządny test Sigmy AF 24/2,8 Macro, to jest tutaj:




Zawsze było coś co wszyscy chcieli mieć. Za króla Artura był to Święty Gral. Za Mieszka I każdy chciał mieć miecz, lub też miecz mieć, za Kazimierza Wielkiego wszyscy marzyli o zamku (ciekawe jak to przetłumaczysz, googlu na angielski, no próbuj, próbuj), lub choćby o podzamczu. Za Kazimierza Górskiego- wszyscy okrągli przed telewizorem marzyli o tym, żeby bramki były chociaż ze dwie. A w latach 80-tych każdy amator fotografii marzył o szerszym kącie.


Bo to co kupował w zestawie z aparatem, to raczej szerszym kątem nie było. Na ogół było to jakieś 35-70mm. Wszystko co szersze- było drogie, luksusowe i dawało poczucie przynależności do klubu. Do klubu zaawansowanych fotografów, takich co to się znają, grzechoczą w torbach fotograficznych wysmakowanymi profesjonalnymi filmami, i nie muszą odsuwać się na sto metrów do sfotografowania katedry, przechodząc przy tym przez płot. Mówię z autopsji, zresztą.



No ale była pewna kusząca alternatywa. Sigma 24mm.



O historii tego instrumentu w wersji manualnej napisałem wcześniej kilka słów tutaj:




A potem o wersji autofokus tutaj:




Ale to było zanim poznałem go bliżej.



W tym nieprawdziwym teście jasno powiemy (w pluralis majestatis) czy to dobry obiektyw czy niedobry. Nawet już mówimy- Dobry! Nie rewelacyjny, nie superaśny, ale dobry.



Ale dlaczego?



OPTYKA

Po pierwsze tanie wino jest dobre, bo jest tanie i dobre. Jakość tego szkła, nawet na pełnym otworze jest ok. Obrazki są całkiem ostre, klimatyczne, ładne, choć pod warunkiem, że nie robimy ich pod mocne światło (patrz niżej). To dobra wiadomość dla nieszczęsnych użytkowników cyfrowych Canonów, z którymi ten obiektyw współpracuje tylko na pełnym otwarciu przesłony (nie dotyczy EOSów D30 i D60- test tutaj http://fotodinoza.blogspot.com/2014/04/canon-d60-wiek-niewinnosci.html )

EOS D60, Sigma 24/2,8 @ f/4, poprawiane.

EOS D60, Sigma 24/2,8 @ f/2,8, poprawiane.
EOS D60, Sigma 24/2,8 @ f/5, poprawiane.

EOS D60, Sigma 24/2,8 @ f/2,8, bez obróbki

EOS D60, Sigma 24/2,8 @ f/4,5, bez obróbki
Po lekkim przymknięciu jest, jak zwykle, jeszcze lepiej. Ekstremum osiągów Super Wide Macro osiąga wg mnie w okolicy f/5,6.

Tęczowe obwódki wad chromatycznych nie są dokuczliwe, na f/2,8 a po przymknięciu przesłony do f/4 znikają.

Na pełnej klatce, widać przyjemne winietowanie, a przy tym Super Wide Macro nadaje się dobrze do użytku, nawet używane na pełnym otworze przesłony- głębia ostrości jest nawet użyteczna do klimatycznych krajobrazów.


Dokuczliwa jest w nim jedynie utrata kontrastu w zdjęciach pod światło, poblask kładzie się na całym kadrze, chociaż nie jest to taki dramat jaki reprezentowała Sigma AF 18/3,5. (http://fotodinoza.blogspot.com/2014/04/samuraj-z-absencja-miecza-sigma-af-1835.html ) W naszych Sigmach 24mm stosowano osłony przeciwsłoneczne, mocowane niewygodnie na gwincie filtrowym, ale niestety nie posiadam takowej. Być może dokupię coś niefirmowego.



Zdjęcia wymagają, w większości, wyrównania kontrastu w programie graficznym, widać także ciepłą dominantę obrazu jaki daje Sigma. Nie daje rady także w zdjęciach pod słońce- mocno traci kontrast, pojawiają się także nikłe duszki. Są to zapewne duszki potępione tych inżynierów, którzy opracowywali dla Sigmy 24/2,8 powłoki przeciwodblaskowe.



Notabene, powłoki przeciwsłoneczne zrobiły od lat 80-tych olbrzymi postęp, dzisiejsze konstrukcje są pod tym względem znacznie lepsze.

Bokeh, czyli oddawanie jasnych nieostrych punktów tła jest ładne, choć bardziej podoba mi się to np. w Sigmie AF 28/1,8 (patrz test na Fotodinozie). Poziom 24-ki jest jednak wyraźnie wyższy niż Canona 50/1,8- są to jednak rzeczy subiektywne.
EOS 6D, Sigma 24/2,8 @ f/2,8, bez obróbki



EOS D60, Sigma 24/2,8 @ f/4, bez obróbki
wycinek 1:1- EOS D60, Sigma 24/2,8 @ f/4, bez obróbki


Szkło jest po prostu okej. Nie wystrzałowo rewelacyjne, ale po prostu robi co trzeba. Za to ma jedną wyjątkową zaletę:



WŁASNY KĄT DO INTYMNYCH ZBLIŻEŃ

Fotografowie z lat 80-tych i początku 90-tych wreszcie mogli spełnić swoje marzenia- Sigma 24 ma nie tylko dobre światło f/2,8, ale też jest szerokim kątem. No i nie kosztowało tyle co inne marzenia fotografów z tamtych czasów. Na przykład Ferrari Testarossa (prawie ten sam rocznik). (Co by tu nie mówić- za komuny byłem jednak młodszy (cytat- Krzysztof Gol)).

Szerokokątność Sigmy rozwija skrzydła na pełnoklatkowych aparatach ale też, zauważmy, daje bardzo ładny efekt na matrycy APS-C, zbliżony do kąta widzenia 35mm na pełnej klatce. 
EOS D60, Sigma 24/2,8 @ f/2,8, bez obróbki

wycinek 1:1- EOS D60, Sigma 24/2,8 @ f/2,8, bez obróbki

35mm. Mmmmmmm. To przecież legendarna ogniskowa. Po zakupie sigmy (celem dowartościowania się) szybko przelatujemy myślą znane nam legendy- możemy się zatem poczuć jak legendarny Robert Capa ( http://fotodinoza.blogspot.com/2014/06/kompania-opozycyjnych-braci.html ) czy inny fotoreporter z lat świetności fotografii prasowej. Oczywiście moglibyśmy się tak samo poczuć ustawiając swój kitowy obiektyw zoom na 24mm, ale przed zakupem Sigmy nigdy nie próbowaliśmy wymyślać takich analogii. Jakże ta Sigma inspirująca! (To się nazywa racjonalizowanie wydatków po fakcie).

Było oczywiście takich obiektywów wielu. Ale żaden nie śmiał zagrać przy Jankielu w kategorii maksymalnego zbliżenia do fotografowanego obiektu.



I po co to, po co to , po co tak gna? (cytat- Julian Tuwim)

I po co taki człowiek żyje? (cytat- Władysław Pasikowski)

I po co to wszystko, panie? (cytat- strażnik przy bramie na ul. Świtezianki)



Kto przyłoży oko, uzbrojone w Sigmę do wizjera ten się dowie- po to:



Kombinacja- szeroki kąt/ duże zbliżenie daje piękne przerysowanie pierwszego planu, ale także wgląd w to, co się dzieje na planach dalszych, w przeciwieństwie do tego co pokazują typowe obiektywy macro- ogniskowe tychże typowych oscylują zwykle w okolicach 50-180mm.



Sigma 24/2,8 Macro, nie jest wg purystów „prawdziwym macro”, bo maksymalne powiększenie obrazu to tylko 1:4, ale za to była wg mojej opinii pierwszym obiektywem, który przy szerokim kącie umożliwia tak mocne zbliżenie.

Najbliżsi konkurenci- Canon 24/2,8, Nikkor 24/2,8, Minolta 24/2,8 i Pentax 24/2 mają minimalną odległość ostrzenia na poziomie 25 cm- 30 cm, podczas gdy nasza Sigma ostrzy od 18 cm, co oznacza naprawdę że możemy wyostrzyć mając przednią soczewkę 8,6 cm od obiektu w który celujemy!

I teraz, uwaga uwaga, najdroższy z tych konkurentów (jasny Pentax) kosztował w 1996 roku 459$, najtańszy z tych konkurentów (Minolta) kosztował w 1986 roku.318 $ ( podczas gdy Sigma- 179 $!

EOS 6D, Sigma 24/2,8 @ f/2,8, poprawiane


Nic dziwnego zatem, że Sigma zrobiła wielką karierę- kupując ją dostawałeś dwa obiektywy w jednym i to jeszcze za pół ceny.



FOKUS W TARGET

Autofokus w 25-cio letnim obiektywie Sigmy działa głośno, nieco chrobotliwie i jest wolny. To ogólna cecha obiektywów Macro- one lubią wolność, nie szybkość (no przetłumacz to googlu, przetłumacz, ha!). Do strzelania zdjęć Formuły 1 ze śledzeniem ostrością raczej się nie nadaje- przy prędkości człowieka jednak daje radę. Za to z 40D i 6D nie robi błędów i trafia tam gdzie trzeba.
EOS D60, Sigma 24/2,8 @ f/3,5, poprawiane

EOS 6D, Sigma 24/2,8 @ f/2,8, poprawiane

wycinek 1:1- EOS 6D, Sigma 24/2,8 @ f/2,8, bez obróbki


LUBI SIĘ

Wszystkie te cechy, nawet pomimo wymienionych wad sprawiają że ten obiektyw lubi się. Lubi się i już. Ma on coś w sobie. Jest mały, poręczny i niezwykle wszechstronny. Ma całkiem metalową konstrukcję, wliczając w to, uwaga, nawet frontowe obramowanie soczewki. Full wyposażenie w skale głębi ostrości, skala odległości za szybką, przyzwoity pierścień ostrzenia. Stara dobra szkoła, za jaką trzeba dziś płacić jak za zboże. Za Sigmę, na szczęście nie trzeba.


ZABITA

Sigma 24/2,8 Macro Super Wide jest najpopularniejszym szkłem ze starej serii autofokusów Sigmy, jakie można spotkać na portalach aukcyjnych. W wersji do Canona kosztuje mniej więcej jak 1/15 obiadu ministra Sienkiewicza z prezesem Belką. I jest znacznie bardziej elegancka i na miejscu.

Łatwo ją znaleźć- co tydzień pojawia się jakiś egzemplarz na Allegro. Jest przy tym obiektywem najbardziej znanym z nieznanych, więc dość trudno kupić go po cenie złomu, jak to się czasem dzieje z innymi tego typu reliktami.

Obiektyw ten, można by rzec- jest pionierem. Jeśli się nie mylę ukazał się w wersji autofokus (do Minolty) WCZEŚNIEJ niż pierwsze Canony EF- produkowano go od 1986 roku.

W 1989 zastąpiono go wersją „II”, o ile wiem podstawową różnicą był łatwiejszy, zatrzaskowy sposób mocowania osłony przeciwsłonecznej na gwincie filtrowym. W tym wydaniu dotrwał do roku 2001. Wytwarzano go zatem 15 lat- do czasu aż Canon rozpoczął swoje elektroniczne wojenki z Sigmą- nowe aparaty EOS nie chciały z nią współpracować inaczej niż na pełnym otworze przesłony. Sigma musiała zmienić linię modelową.

Jednym słowem wszystko przez Canona.

Canonie! Ty wredny zabójco, ty!



EOS D60 (800ISO), Sigma 24/2,8 @ f/2,8, poprawiane


PLUSY DODATNIE, PLUSY UJEMNE:



+Dobra ostrość już od pełnego otworu

+Bardzo solidna, metalowa budowa

+Bardzo mała minimalna odległość ostrzenia

+Dobre własności macro

+Ładne rozmycie tła i tzw. obrazek.

+Mała, poręczna, wszechstronna



-Nie współpracuje z cyfrowymi Canonami inaczej niż na pełnej przesłonie (nie dot.EOS D30 i EOS D60)

-Wolny i głośny autofokus

-Ciepłe zabarwienie zdjęć

-Mocna utrata kontrastu pod światło



Fabrykant


dyrektor kreatywny walnięty o sprzęty

Porównanie tego obiektywu z Canonem 24 f/2,8 Pancake zrobiłem - TUTAJ