środa, 13 czerwca 2018

Ranking Książek Przeczytanych V (kwiecień - maj)



Idziemy na rekord czytelniczy. A co tam. Przynajmniej nie ma wyrzutów sumienia, takich gdyby szło się na przykład na rekord cukierniczy, albo alkoholiczy. Czy to wpływa pozytywnie? Czy gust się sublimuje, wiedza wzrasta, skorupka nasiąka? Eeee, to wszystko dla przyjemności przecież. Same przyjemne próbujemy czytać. Ale od czasu do czasu piasek zgrzytnie w zębach.

Skala sześciogwiazdkowa:

****** – Tusku, musisz!
***** – bardzo dobra, wysoka satysfakcja.
**** – dobra, warta przeczytania.
*** – może być, ale może też nie być.
** – słabo, jest słabo.
* – w ogóle nic ni ma.

 "Berlin miasto kamieni"  Jason Luton (komiks)****
Jest w tym coś, choć trzeba się w czytaniu rozpędzić. Z początku kreska wydaje się taka...hm... socrealistyczna, uładzona i bez wyrazu. Im głębiej w las, tym zaczynamy coraz bardziej doceniać inwencję autora. Inwencja ta poszła w psychologię i wierne oddanie uczuć bohaterów. Rzecz jest o Berlinie lat 1927-29, kiedy to miasto kipiało i bulgotało od wewnętrznych napięć - niedługo po I wojnie, ale jeszcze przed Hitlerem. Wiele wątków jest tu skłębionych i zazębionych, oglądamy dzień powszedni i problemy kilku postaci. Socjaliści i narodowcy, dziennikarze i szupo (Schutzpolizei- policja porządkowa), niedoszli artyści, robotnicy i przyszli wywrotowcy. Nie ma tu szaleństw i nagłych zwrotów, a najważniejszą intencją autora- oddanie ducha czasów, idei i utopii w jakie wierzono, choć utopię komunistyczną traktuje się tu z niewątpliwą sympatią. Dobry ten komiks, wieloaspektowy. Rzadko też zdarzają mi się komiksy, które powodują, że łza się kręci w oku. Może to tylko ja jestem zbyt sentymentalny.


"Miejsce za miejscem. Podróże małe i duże" Michał Szulim ** i pół
Główny zarzut - banalne. Autor, który jest muzykiem, założycielem  zespołu Plateau, a jego pasją - podróże po świecie, prowadzi bloga podróżniczego. Był w wielu ciekawych miejscach, jednak refleksje jakie serwuje w książce nie powalają na kolana. Mało jest tam opisanych rzeczy, o których bym wcześniej nie wiedział. Gruzja? Gościnność i nadmiar alkoholu. Maroko? Nachalni sprzedawcy, gotowi cię zamęczyć. Tajlandia? Uliczne jedzenie w pięciuset smakach. O jedzeniu jest w tej książce naprawdę dużo, są polecane miejsca jedzeniowe w Azji, Europie i Polsce. Ja jednak jakoś nie traktuję jedzenia jako celu wycieczki, i stąd książka ta nie wprawiła mnie w specjalny rezonans. Najciekawsze wydały mi się opisy Polski i Warszawy (w której autor mieszka), dosyć obszernie jest też przedstawiony Madagaskar, reszta to co najwyżej króciutkie zajawki. Niestety język autora także nie jest moim ulubionym. Określenia takie jak "bogdanka", "chmurnooka gazela", mimo że użyte ironicznie, a także cały rozdział, będący listem do ministra transportu, opiewający dominikańskie taksówki Guagua - trącą niestety kiczem i szkolnymi pamiętniczkami.


 "Fabrykantka aniołków" Camilla Läckberg ***
Może być, za wyjątkiem zakończenia, co jak wiemy trochę dyskwalifikuje kryminał. Z jednej strony intryga ciekawa, trzyma w napięciu, z drugiej strony przesadzona. Obserwacje psychologiczne nie są już tak dogłębne i rzetelne jak w debiucie Läckberg, a to za sprawą tłumu bohaterów jaki zaludnia tę książkę. Muszę sprawdzić z inych opinii co tam dobrego napisała, bo kupowanie jej kryminałów z przypadku nie jest jednak dobrym planem.


"Szkoła filmowa. Rozmowy" Kinga Burzyńska ****
Fajnie, że ludzie są tak różni. Każdy jakoś inaczej odbiera ten świat i swoje w nim miejsce. Także aktorzy. Co dała im szkoła, jak zaczynali, dokąd doszli? To wywiady odpowiadające na te pytania. Mówią między innymi Andrzej Grabowski, Piotr Adamczyk, Agata Kulesza, Borys Szyc, Maja Ostaszewska, Wojciech Malajkat, Arkadiusz Jakubik, Anna Dymna. Prowadząca rozmowy autorka pozwala im się wygadać. Dobrze się czyta.



"1945. Wojna i pokój" Magdalena Grzebałkowska ******
Niby tam się wie. Coś tam się wie. Babcia mówiła, Tata wspominał rosyjskie czołgi i rozstrzelanych Niemców. Czytało się. Ale jednak wstrząsa ta książka. Grzebałkowska nadgryza tu i tam, zahacza o festung Breslau, sieroty w domach dziecka, mieszkania w ruinach Warszawy, szykanowanych Kaszubów, statek Wilhelm Gustloff, wyjazdy na szaber, nędzę i nową nadzieję. Czas przesilenia, kiedy zło jeszcze nie odeszło, a dobro miało się nie zdarzyć. Ludzi, którzy przeżyli eksplozję świata, umarli za życia i zmartwychwstali. Toczą swą egzystencję wśród innych, podobnych sobie zombies. Ale też wśród nagle wyzwolonych, cieszących się życiem, wychyniętych zza szaf, wreszcie nie gnębionych. Brutalność, brak zasad, życie nic nie warte. Ale też bezinteresowna dobroć i przychylność obcych sobie ludzi. Mimo że książka pokazuje wyrywki - jest tam obraz tych strasznych czasów, wyrazisty i dobitny.





"Romantyczne mecze" Bohdan Tomaszewski ***
Wkręciłem się w tenisowe mecze przedwojnia (felieton o tenisie - LINK) i szybko zakupiłem książkę nestora polskiego dziennikarstwa sportowego. Kosztowała 1 zł + koszt dostawy. Troszkę się jednak zawiodłem. O meczach, konkretnych meczach jest w niej bardzo niewiele. To raczej luźne i osobiste rozważania o sporcie. Autor znał wszystkich i widział wszystkie sportowe wydarzenia od przedwojnia. Jest tu multum dyscyplin - tenis, piłka nożna, jeździectwo, boks, nawet rajdy samochodowe i Sobiesław Zasada. Trochę ploteczek z epoki. Czuć w tej książce jednak retro, naiwność minionych epok. Zarówno sport, jak i pisanie o nim przeszły od lat 60-tych bardzo daleką drogę. Dużo tu banalnych stwierdzeń, które być może były kiedyś odkrywcze, ale teraz już są zupełnie oczywiste. Dużo też ego autora, któremu zdarza się, co tu kryć, trochę glindzić. Zdarzają się jednak opowiastki- perełki, jak ta o tajnym pokazowym meczu tenisowym w okupowanej Warszawie, autora z Ignacym Tłoczyńskim, publiczność miała nakazane zachowywać całkowite milczenie, żeby nie wzbudzić zainteresowania Niemców.




"Złowrogi cień marszałka" Rafał A. Ziemkiewicz ****
Ciekawa książka, choć z ducha "amatorska", czego autor nie ukrywa. Dekonstrukcja mitów o Piłsusdskim, analiza jego życiowych dróg, wyborów i ich olbrzymiego wpływu na Polskę. Jest to przy okazji dekonstrukcja mitów o słodkim dwudziestoleciu międzywojennym (w tym miejscu narracja Ziemkiewicza jest najbardziej konkretna i dosadna). Diagnoza moim zdaniem trafna, żyjemy do dzisiaj w cieniu Marszałka, który nie chciał demokracji, zniszczył ją i parł do dyktatury. Nawet komuniści czerpali pełnymi garściami z dziedzictwa sanacji. U Ziemkiewicza martwi mnie jedno - używa w tej książce zdań tak wielokrotnie i pokrętnie złożonych, że znika znana z jego wcześniejszych książek potoczystość narracji, pozwalająca połykać je na raz. To prawdopodobnie wynik zanurzenia autora w gąszczu przedwojennych lektur. W wielu momentach daje do myślenia:
"O szkodach, jakie wyrządziło Polsce promowanie przez Piłsudskiego przygłupich "trepów" w stopniu generałów czy pułkowników, można napisać osobną książkę - ograniczmy się do jednego przykładu. Oto Tadeusz Kasprzycki, w nagrodę za lojalną służbę (weteran Związku Strzeleckiego i Pierwszej Kadrowej, oczywiście) uczyniony przez Mościckiego i Sławka ministrem spraw wojskowych, zamiast zajmować się na tym urzędzie sprawami wojskowymi, dostał nagle jazdy, że żyjący w Polsce prawosławni powinni odprawiać liturgię po polsku. Zarządzono zatem, że we wszystkich cerkwiach liturgia zamiast w dotychczasowym, starocerkiewnym ma się odbywać w języku polskim, bo - jak butnie oznajmił błagającym o zmianę tego idiotycznego zarządzenia hierarchom Kościoła ortodoksyjnego - "nie wyobrażamy sobie, żeby żołnierz polski mógł słuchać nabożeństwa w języku innym niż polski". Miary absurdu dopełnia fakt, że przecież żądanej przez Kasprzyckiego polszczyzny nie używał przede wszystkim Kościół katolicki. (...) Natomiast prawosławnych, skoro ośmielili się nie podporządkowywać swojej liturgii ministrowi spraw wojskowych, zaczęto nawracać siłą, posyłając wojsko do palenia cerkwi. A dziś, zupełnie o tym wszystkim nie pamiętając, dziwimy się, skąd w takich na przykład Ukraincach wzięła się ta nienawiść, która w czasie wojny popchnęła ich do ludobójstwa."




"Pióro" Marek Nowakowski *****
Lakoniczny, wspaniale celny język. Piękna polszczyzna. Wspomnienia z dojrzewania do pisarstwa, od nieopierzonego naturszczyka po cenionego nestora. Opowieść pełna postaci i nimbu czasów minionych, warszawskich, literackich, inteligenckich. Wydaje się, że odeszły na zawsze. Jerzy Andrzejewski, Wiktor Woroszylski, Edward Stachura, Zbigniew Herbert, Miron Białoszewski i dziesiątki innych sław, opisani barwnie kilkoma słowami, przenicowani błyskotliwym piórem Nowakowskiego, odarci z pomnikowości i bliscy życia. Z drugiej strony proletariat podwarszawskich przedmieść, z którego wyrósł autor. Zastanawia dojrzała samoświadomość młodego pisarza, który nie chce wchodzić w gry i zabawy ideologii i propagandy, nie chce się naginać. I daje radę.
Bardzo smaczne opisy życia codziennego w domu pracy twórczej i w warszawskich knajpach. W ogóle bardzo smaczne opisy.
Jest tylko mała kwestia: ja już tę książkę w małej części gdzieś czytałem. Czytałem w "Nekropolis" Nowakowskiego, recenzowanych we wcześniejszych Rankingach/ Indeksach. Kilka anegdot jest tu powtórzonych w nieco innym wydaniu. Ale cóż tam, wybaczamy. Wobec tej jakości przekazu można je z przyjemnością przeczytać jeszcze raz.




"Komeda. Osobiste życie jazzu" Magdalena Grzebałkowska *****
Krok po kroku, z wielką dociekliwością. Poznajemy Komedę, jego charakter, stosunki z bliskimi, sposób tworzenia, ale oprócz tego wspaniałą i rozległą panoramę jazzu w Polsce, od lat 50-tych do 70-tych. Pogranicza nielegalności, tajne jam sessions, sekowanie przez władze, zaklejanie polskimi tytułami nut z amerykańskimi standardami i ten ferment, buzujący, bombelkujący nieustannie. Grzebałkowska oddała go znakomicie, opisując lakonicznym i obrazowym językiem. Jazzmani, filmowcy, muzycy, aktorzy, tekściarze, słodki nimb szaleństw, fantazji i nieustannego pijaństwa, na tle ponurego PRL-u. Była to książka znacznie trudniejsza do napisania od poprzednich pozycji reporterki i wielka chwała, że została napisana. Duża satysfakcja. Pełną recenzję napisałem na SNG Kultura - LINK




"Atak rozpaczy" Artur Hajzer **** i pół.
Jeszcze nie czytałem tak szczerej książki napisanej przez alpinistę. To jest książka nie krygująca się, książka napisana przez bystry, analizujący umysł, podchodzący krytycznie do tego sportu, i równie krytycznie do siebie. Hajzer opisuje swoje początki, jako kompletnego, naiwnego łosia, któremu dopisało szczęście, opisuje swoje rozterki w górach, śmierć przyjaciół i buzujące w himalaistach ambicje. Kilka razy zaśmiałem się szczerze podczas lektury. Autor ma dobre pióro i odwagę, by prowadzić swoją historię przez zaskakujące retrospekcje, choć może czasem tylko lekko przegina w stylistycznym szatkowaniu narracji. Z lekką ironią pisze o sprawach ciekawych i istotnych:
"Podczas wykonywania ciężkich prac kamieniarskich wyprawa zdążyła się już podzielić na trzy grupy. Pierwszą stanowili zwolennicy drogi jugosłowiańskiej, drugą czechosłowackiej, a do trzeciej należeli niezdecydowani.
Drodze czechosłowackiej zarzucano, że leży za bardzo z boku, poprowadzona została bowiem z myślą o Lhotse Shar [nie o głównym wierzchołku Lhotse - przyp. mój] i nie rozwiązuje tak logicznie i pięknie środka ściany jak linia druga. Na jej korzyść przemawiały inne argumenty: otóż spodziewaliśmy się, że w ścianie wiszą jeszcze, pozostawione tam ubiegłej wiosny, liny poręczowe, które w dużym stopniu mogły ułatwić nam zadanie.(...) Na dodatek ta druga droga, co spostrzegliśmy sami, była dość niebezpieczna: od czasu do czasu przecinały ją groźne lawiny. Wszystko przemawiało za wyborem drogi czechosłowackiej, jednak dla nas nie było to wtedy takie oczywiste. Zdecydowanie się na nią, jeżeli przyjmiemy nasz ówczesny stan wiedzy, oznaczało pójście na łatwiznę. Byli wśród nas tacy, którzy utrzymywali, że jeżeli już walczyć, to tylko o sławę całkowitą, nie połowiczną.
Problem, jaki mieliśmy do rozwiązania, nie dotyczył, jak widać, tylko spraw czysto technicznych. By go rozwiązać, musieliśmy sobie najpierw odpowiedzieć na pytanie, o co nam w zasadzie chodzi: o przeżycie przygody, radość zwycięstwa, pokonanie szczytu? A może o to, jak nasza droga będzie prezentowała się na zdjęciu, co o niej napiszą fachowcy, jak nas ocenią inni alpiniści?
Powinniśmy więc zdecydować, a miało się to odbyć jakby podświadomie, czy alpinizm polega na rywalizacji pomiędzy alpinistą a alpinistą, czy też jest to sprawa pomiędzy alpinistą a górą lub bliżej nieokreślonym jeszcze czymś innym. Aby się wypowiedzieć na tak skomplikowany temat, wystarczyło wybrać drogę jugosłowiańską, lub czechosłowacką.
Dyskusje przeciągały się w nieskończoność. Z wielu wypowiedzi tylko jedną pamiętam do dzisiaj, tę, która przesądziła o wszystkim. Było to w zasadzie tylko jedno zdanie, a jego autorem był Falco [Mirosław Falco Dąsal]. Podczas wieczornej nasiadówki w mesie powiedział:
- Nie zależy mi na tym, żeby Messner przede mną kucnął."
Książka Hajzera miała olbrzymie kłopoty wydawnicze, napisana w 1988-m roku wyszła dopiero w 1994-m. Kolejny raz powtórzę, że chciałoby się więcej. Niestety Artur Hajzer napisał tylko dwie książki. Więcej niestety nie będzie.
Artur Hajzer, fot.Aggna. (Wikipednia)



Fabrykant

1 komentarz:

  1. a ja bardzo polece najlepsza ksiazke jaka przeczytalem od czasow Zlomnikowych opowiesci -
    Sygnał czasu - Michał Jonakowski
    http://aquaz.eu/sygnal_czasu.pdf
    https://archive.org/stream/sygnal_czasu/sygnal_czasu_djvu.txt

    OdpowiedzUsuń

Drogi czytelniku! Pragnę ostrzec, że wredny portal blogowy na jakim piszę bardzo lubi zjadać bez ostrzeżenia wpisy czytelników podczas ich zamieszczania. BARDZO PROSZĘ PO NAPISANIU KOMENTARZA SKOPIOWAĆ GO i w razie czego wstawić ponownie, na pohybel Google Blogger. Fabrykant.