poniedziałek, 12 października 2015

Czołgi haute couture. T90 i F3


Na ostatniej defiladzie w Moskwie zaprezentowały się z dumą czołgi T90, podstawowa broń pancerna rosyjskiej armii, która uznawana jest za jeden z najlepszych czołgów świata. Czołg ten, produkowany jest przez Uralską Fabrykę Wagonów, żeby można było od razu zorientować się, że to fabryka czołgów. Wyposażono go w automatycznie ładowaną armatę 125mm, pancerz reaktywny, chroniący przed bronią przeciwpancerną i system wykrywający nadlatujące pociski za pomocą radaru, zdolny do wystrzeliwania kontrpocisków, termowizor konstrukcji, jakżeby mogło być inaczej- francuskiej, zapewniający widoczność do kilku kilometrów niezależnie od zasłon terenowych. Jest przy tym szybki i ma dużą siłę ognia.

Zupełnie jak bohaterowie niniejszego felietonu- Canon T90 i Nikon F3. Ale to niejedyni bohaterowie- innymi będą dwaj znani włoscy designerzy.

Napisałem włoscy? Myliłem się. Jeden włoski, a jeden zupełnie niespodziewany.
No i po raz pierwszy na Fotodinozie będzie też o klasycznych Nikonach.

Trzydzieści pięć lat temu aparaty fotograficzne właściwie nie miały designu. Były to narzędzia niemal całkowicie mechaniczne, nie przypominające w niczym komputera, a bardziej skomplikowany mechanizm zegarowy z dołączoną optyką. Miały przyzwoitą ergonomię, układ sterowania wyprowadzony za pomocą dźwigni i pokręteł na korpus (bo menu, to wtedy tylko w restauracji było), ale wzornictwo było od niepamiętnych czasów podobne. Były zwykle prostopadłościennymi pudełkami, wykonanymi z solidnych metalowych materiałów. Jednakże na ogół projekt aparatu był projektem mentalnie zbliżonym do projektów obrabiarki czy frezarki- odpowiednie mechanizmy do sterowania w odpowiednich miejscach, kształt racjonalny, ale wynikowy. Ewentualnie dyskretnie zagięty tu i ówdzie dla odelżenia formy.

W końcówce lat 70-tych japońskie firmy zyskały już światowe uznanie i renomę jako bardzo solidni producenci aparatów i optyki i aspirowały do bycia najlepszymi i najbardziej popularnymi (co się w końcu udało). Ale stąd niedaleko było do pomysłu unowocześnienia wzornictwa aparatów pod gusta całego świata.

Pierwszym chętnym był Nikon.

A niektórzy byli dobrzy w tym wzornictwie.
Giorgio Giugiaro przy swoim najbardziej popularnym dziele, około roku 1974
Rysunek Giugiaro z koncepcją Golfa I.
W 1979 roku 41 letni Giorgio Giugiaro był supergwiazdą światowego designu popularnego. Był to czas gdy VW Golf (I) jego autorstwa bił rekordy sprzedaży. Każdy by chciał mieć taki produkt. A Giugiaro był znany nie tylko z Golfa, ale także z Maseratti Bora i Ghibli,Alfy GT i Montreal,

Giorgio Giugiaro- Maserati Ghibli 1966
Giorgio Giugiaro- Maserati Bora 1971


Giorgio Giugiaro, Alfa Romeo Giulia Sprint GT, tu- bez zderzaków, w wersji sportowej

Giorgio Giugiaro- Alfa Romeo Montreal 1971
 i Lotusa Esprit, jakim akurat woził się James Bond w „Spy Who Love Me”,
My name is Lotus. Lotus Esprit (1976)

Giorgio Giugiaro- szkic Lotusa
 oraz projeku nowojorskiej taksówki, docenionego umieszczeniem na wystawie przez Nowojorskie Muzeum Sztuki Nowoczesnej.
Giorgio Giugiaro- NYC Taxi 1976

O Giugiaro nie trzeba pisać zbyt wiele- w 1999 został uznany za najlepszego projektanta samochodów w XX wieku, przez gremium dziennikarzy motoryzacyjnych z całego świata. Prototypami zadziwiał świat, a samochodami produkcyjnymi- zmieniał epoki.

Giorgio Giugiaro- prototyp- Maserati Boomerang 1972, o tym niezwykłym aucie można poczytać na Automobilowni- tutaj

Zaczęło się przez przypadek”- mówił w wywiadzie Giugiaro. „Nikon odwiedził mnie i zapytał czy nie zaprojektowałbym ich nowego aparatu. Oczywiście nie miałem pojęcia o mechanice aparatów, więc poprowadzili mnie, żeby uniknąć zgrzytów podczas projektowania. Studiowaliśmy długo ergonomię i wprowadziliśmy bardzo dużo modyfikacji- to były poważne zmiany dla Nikona, w stosunku do poprzednika modelu F3. Zaprojektowałem też F4, F5 i F6. Z czystej ciekawości”

Giugiaro chwali się profesjonalnymi Nikonami F, ale pierwszym aparatem zaprojektowanym z pomocą Włocha był model EM- skromny aparat, jeden z pierwszych Nikonów w których użyto częściowo tworzywa sztucznego (poliwęglanu) połączonego z mosiądzem, mający być najtańszym uzupełnieniem gamy klasycznych Nikonów, które były bardzo solidne, ale nie tanie. EM miał rozszerzyć grono nikonowców o amatorów, także o kobiety- uzyskano to poprzez uproszczenie sprzętu i ułatwienie obsługi. Profesjonaliści się krzywili, ale sprzęt spełnił swoje marketingowe zadanie, choć może nie na skalę jakiej oczekiwała firma. Jak pisał Marcin Górko w książce „Nikon System” „Tym się różni EM od innych Nikonów, czym Trabant od innych samochodów- z plastiku, ale jest tani i działa całkiem nieźle”

Pierwszym istotnym projektem Giugiaro dla Nikona, na którym odcisnął był swój odcisk palca stał się Nikon F3 z 1980 roku. To kontynuator najbardziej „kultowej” linii aparatów profesjonalnych- maszyn najcięższego kalibru, najmocniej uzbrojonych i wyposażonych.
Z przodu Nikon F3, z tyłu Nikon F2.
Giugiaro zapoczątkował w tym aparacie tradycję wzorniczą, kontynuowaną do dzisiaj w linni pro- F3 dostał mały czerwony paseczek przy uchwycie. Czerwony detal uchwytu jest znakiem rozpoznawczym najlepszych Nikonów do tej pory.

W porównaniu z poprzednikiem- Nikosiem F2, nowy F3 miał kształt znacznie lepszy do trzymania i nieco przefasonowane sterowanie- na przykład przycisk spustu umieszczono współosiowo z dźwignią naciągu filmu.

Nie miałem nigdy w rękach żadnego Nikona serii F, a nawet żadnego manualnego Nikona w ogóle (Wstyd! E, tam- wstyd to kraść...) i dlatego napisałem do Marcina Górko, żeby podzielił się wrażeniami z użytkowania F2 i F3- czy też Giugiaro zrobił temu ostatniemu coś dobrego?

Natomiast szanowny Pan Marcin zaproponował, żebym sam sobie je pomiętosił, zatem spotkałem się z kultowym autorem kultowej książki w towarzystwie kultowych aparatów. Ale się trafiło! Dzięki Panie Marcinie!
Z lewej- Nikon F2, z prawej Nikon F3 (by Giugiaro), 
zdjęcia z www.kenrockwell.com
Wrażenia z oglądu F2 i F3 pod kątem designu nie pozwalają nazwać wzornictwa F3 jakimś wielkim przełomem. Obydwa są tradycyjnymi „prostymi maszynami” wyposażonymi w wysublimowane technologie swoich czasów- przede wszystkim niewiarygodne możliwości rozbudowy aparatu o dodatkowe akcesoria, działające bez mała wyłącznie na zasadzie mechanicznej- silniki, przystawki sterujące przesłoną obiektywu itp.

Z lewej- Nikon F2, z prawej Nikon F3 (by Giugiaro)

W F3 można jednak dostrzec rękę designera w dogładzeniu projektu- przede wszystkim wyposażono go w niewielki uchwyt pod palce prawej ręki, który pozwala wygodniej trzymać go jednoręcznie. Góra sprzętu została bardzo sprytnie „wyczyszczona” z jednego dodatkowego elementu- spustu migawki. Ponieważ w F3 jest on elektroniczny, zatem mógł być umieszczony w dowolnym miejscu- myślę że to idea Giugiaro by dać go na osi dźwigienki naciągu- równie łatwo jest go znaleźć z okiem przy wizjerze, a nie stanowi dodatkowego samotnego urządzenia.

Oglądając z bliska F3 i znając samochodowe wzornictwo designera, nabieram pewności które to elementy narysował Giugiaro- na przykład zagięte w narożniku linie- detal wizualny który równoważy asymetryczne umieszczenie uchwytu i zmiękcza efekt przodu aparatu. Ten sam patent, który złagadza pudełkowaty kształt Golfa I.
Nikon F3- uchwyt z paseczkiem.
Nikon F3 - druga strona korpusu. Zwróciłem uwagę na zaokrągloną na końcu, poziomą linię.

Giugiaro pojechał na całość dopiero w 1988 roku, projektując Nikona F4, którego kształt był wysmakowanym designerskim dziełem, ale było to już po autofokusowej rewolucji na rynku i wypuszczeniu kilku epokowych aparatów konkurencyjnych Canona i Minolty.

Wróćmy do przeszłości. Druga połowa lat 80-tych stanęła pod znakiem poszukiwań technologicznych możliwości zastosowania autofokusa. To stało się świętym gralem producentów, i ich ambicją. Wszyscy rzucili się do tego wyścigu, na początku z miernymi skutkami. A przynajmniej miernymi skutkami sprzedaży.

Pierwsza nie była Minolta. Ona tylko pierwsza zrobiła karierę. Pierwszy był Nikon F3AF, z baterią dwóch obiektywów autofokus- nie zrobił szału, był bardzo drogi a autofokus działał umiarkowanie. Ale był to, dzięki bogu rok, uwaga, uwaga- 1983.

Potem był Canon T80, rok 1985. Na dwa lata przed systemem EOS. Wielka wpadówa Canona. Autofokus w ówczesnym T80 opierał się na starym systemie obiektywów canonowskich i w założeniu był nawet dość podobny do dzisiejszych aparatów- sterowanie było za pomocą prundu z korpusu silnikiem autofokusa w obiektywie.

Był tylko jeden problem- silniki do autofokusa były ówcześnie wielkości małego psa. Dlatego, niestety obiektywy nie były zbyt foremne. Canon liczył na szał klientów, ale się przeliczył. Popełnił ten sam błąd, który został popełniony przy późniejszym wprowadzaniu na rynek systemu APS, wcześniej opisywanego na Fotodinozie- T80 był przeznaczony dla pstrykaczy- amatorów. Kasiastych amatorów.
Canon T80 z autofokusem- 1985

O ile i kasiaści i ubodzy amatorzy kierują zawsze tęskny wzrok na sprzęt profesjonalny, o tyle profesjonaliści nie zaglądają nigdy na półki dla zielonych amatorów. To nie honor dla profesjonalisty zaglądać na takie półki. Mają je w pogardzie. No chyba, że jakieś wielkie, wielkie halo tam leży.

Dlatego najnowsze technologie rzadko robią karierę, gdy są wprowadzane od dołu gamy. Wiedziała o tym Tesla, gdy wprowadzała swoje auta elektryczne. Wiedziała o tym Toyota gdy wprowadzała hybrydowe Lexusy.

W tym samym roku 1985 ukazała się Minolta 7000. Ona nie popełniła tego błędu- była wypasionym aparatem ze średniej półki. Chwyciło.

Canon T80 wyglądał przy niej jak nierozgarnięty. Tzw. Nieogar. Ostrzył gorzej i miał o połowę mniej funkcji. Poległ. Bogaci, ubodzy duchem, profesjonaliści i aspirujący kupowali Minoltę 7000. Klęska sprzedażowa Canona.

Dlatego Canonowi bardzo zależało na sukcesie.

W latach 80-tych, w końcówce, zaczęto eksperymentować coraz częściej z tworzywem sztucznym do konstrukcji lustrzanek lub elementów ich pokrycia zewnętrznego. Tworzywo ABS (poli(akrylonitryl-co-butadien-co-styren), kopolimer akrylonitrylo-butadieno-styrenowy)- jak mówi Wikipedia, twarde, odporne i łatwe w kształtowaniu inspirowało projektantów do nadania im jakichś bardziej atrakcyjnych kształtów niż niegdysiejsze metalowe odlewy. Canon w serii T (T50/ T70/ T80) także poszedł za tą tendencją. Niestety projektanci tych aparatów, sorry, nie byli jacyś wybitni. Wzornictwo tych canonowskich sprzętów jest wg mnie kwintesencją kiczowatej i pokracznej ery wzorniczej lat 80-tych i zestarzało się bez uroku.
Canon T70

No, ale od czego pomysł na zatrudnienie dobrego stylisty.

Wszyscy rodacy idą do pracy pięknie wystrojeni
Egipskie fryzury, mundury ze skóry, w kieszeniach rulony
Tłoczone garsonki, gumowe koronki, dmuchane pierścionki
Wszyscy się noszą, więc noś się i ty

Wszystko wokół śpiewa mi:
Noś noś noś dobre ciuchy

Dobrych ciuchów nigdy dość
Noś noś noś dobre ciuchy
Jeżeli jesteś gość.
Noś noś noś dobre ciuchy
Rodzicom swym na złość
Noś dobre ciuchy, bo w ciuchach jest coś.
Dobrych ciuchów nigdy dość.
(cytat)

Luigi Colani akuratnie wykładał w Tokio na stypendium. Nie trzeba było daleko szukać.

Wbrew nazwisku- Colani to nie Włoch, jak pisze o nim sporo źródeł. Urodził się w Niemczech, z ojca Szwajcara i uwaga uwaga z matki Polki. Tak że ten... „design japońskich lustrzanek a sprawa polska”.

Colani, rocznik 1928, zmienił w młodości imię z Lutz na Luigi. Był obywatelem świata, jeszcze w czasach gdy świat nie był tak zglobalizowany jak dziś. Studiował w Paryżu na Sorbonie, gdzie zajmował się aerodynamiką. Wyjechał na parę lat do Stanów do pracy przy projektowaniu samolotów w McDonell- Douglas, gdzie (w wieku 25 lat!) kierował działem Nowych Materiałów, a potem wrócił do Francji, gdzie znalazł pracę w Simce. Dla Simki zaprojektował w 1955 pierwsze nadwozie samochodu zrobione całkowicie z plastiku. Te doświadczenia naznaczyły jego pomysły na całe życie.

Colani był wizjonerem.
Luigi Colani. Szezlong "Tv Relax" 1968.

Widział dalej niż większość z projektantów, a nawet dalej niż większość potencjalnych klientów. Jego dzieła uznawane były za szczyt ekstrawagancji.
Luigi Colani, Koncepcja samolotu sportowego C309 1968 rok.

W drugiej połowie lat 50-tych wrócił do Berlina i zajął się projektowaniem samochodów, m in. sportowego auta na bazie VW garbusa, a potem BMW 700 Colani GT, produkowanego małoseryjnie.
Luigi Colani, sportowe nadwozie na Garbusie 1960
Luigi Colani, Bmw 700 Colani. Auto z 1963 wygląda jak z końcówki lat 70-tych.

To były jedne ze spokojniejszych jego projektów. W 1960 zaprojektował serię plastikowych mebli, które uczyniły go znanym. To było coś dla meblofilów:

Luigi Colani

Luigi Colani, fotel 1968

Luigi Colani, krzesło 1967

Luigi Colani, trumna


Luigi Colani, krzesło dziecięce Zocker 1972
Luigi Colani, fotel Rugby 1980, jakby kto pytał.

Colani otworzył własne biuro, zwane „Designfactory”, gdzie zajął się wymyślaniem swoich wizji i wcielaniem ich w życie. Projektował samochody, samoloty, jachty, meble, a nawet trumny i dziesiątki innych rzeczy. Można je obejrzeć w jego internetowym muzeum tutaj.
Luigi Colani, prototyp dla Mazdy, połowa lat 80-tych.
Colani był wyznawcą aerodynamiki i płynnych, bionicznych kształtów, ale nie był doktrynerem. Potrafił dostosować swoje pomysły do materiałów i potrzeb funkcjonalnych. Wiele muzeów wystawiało jego prace, wielu producentów wytwarzało je w małych seriach.

Niektórzy mieli go za wariata.

W 1970 roku zaprojektował absolutnie niesamowitą aerodynamiczną ciężarówkę, godną stanięcia na wystawach samochodowych choćby i dzisiaj. Uznana została za szaleńswo.
Luigi Colani, ciężarówka 1970



Luigi Colani, późniejsze wersje ciężarówki.
O czasach jej zaprojektowania Colani powiedział tak: „To była bezpośrednia odpowiedź na wyzwania nadchodzącego kryzysu naftowego, ale nikt nie zwrócił wtedy uwagi na mój design. Nie zrozumieli przekazu”.

Przekaz został zrozumiany dopiero 10 lat później, gdy pokazywane na wystawach projekty Colaniego dogoniła skrzecząca rzeczywistość. Jego plastikowe, czteroosobowe auto z 1981, bazujące na podwoziu i seryjnym silniku Citroena 2CV zużywało 1,7l na 100km!
Luigi Colani- nadwozie na Citroenie 2CV
Kilka prototypów wspomnianej cieżarówki było wcielanych w życie od tamtej pory, przez róźnych producentów- Daf'a, Mercedesa, aż po rok 2015, w którym można ją już normalnie kupić jako mobilhome. Trzeba tylko mieć 1,5 mln dolarów, bo to akurat najdroższy mobilhome na świecie:
Nazywany lądowym jachtem. Marchi Mobille EleMMent Palazzo


Wróćmy do przeszłości.
W 1982 roku Colani przeniósł się do Tokio, na stanowisko profesorskie na uniwersytecie. Tam zdybali go szefowie Canona w opresji, po klęsce T80.

Colani, owiany sławą futurysty i wizjonera zgodził się na współpracę przy tworzonym właśnie nowym dziecku firmy- Canonie T90.
Gdy ukazał się na rynku- wszyscy doznali szoku. Spodziewano się autofokusa, a zaprezentowano aparat manualny. Ale jaki!


Canon T90

T90 ukazał się na rok przed wprowadzeniem systemu EOS, a od strony ergonomii i wzornictwa wyglądał jak aparaty o 10 lat późniejsze. Ba, wyglądał wypisz wymaluj jak lustrzanki dzisiejsze.

Aparat miał nadal tradycyjny bagnet FD, używany przez Canona od długiego czasu, natomiast sterowanie aparatem było oparte praktycznie w całości na elektronice- przyciskach i kółku do zmiany nastaw. To było właściwie identyczne sterowanie, jakie miały później profesjonalne Canony serii 1.

Do tego, nauczeni doświadczeniem inżynierowie Canona zaprojektowali aparat wypasiony, nafaszerowny funkcjami i o bardzo dobrych osiągach. Przeznaczony był dla zaawansowanych amatorów, ale zaraz dowiedzieli się o nim profesjonaliści i zaczęli go używać, bo był świetny i niedrogi (porównujac do półki profi), a w kilku miejscach przewyższał modele profesjonalne.

Rzecz pierwsza to osiągi- w najbardziej zaawansowanych dotąd aparatach stosowano jeden silnik, obsługujący sterowanie migawki i przesuw filmu. W T90 użyto trzech naraz silników elektrycznych, rozdzielonych na poszczególne funkcje- dało to szybszą pracę i znacznie łatwiejsze możliwości stosowania elektronicznego zarządzania tymi funkcjami. Aparat, teoretycznie amatorski, wyrabiał 4,5 klatki na sekundę bez żadnych dodatkowych akcesoriów, gdy tymczasem była to szybkość osiągana przez aparaty profesjonalne dopiero po dołączeniu do nich specjalnych „power winderów”. A jeśli nie widać różnicy- to po co przepłacać?

T90 miał też czasy migawki od 8sek do 1/4000 sekundy, co było lepszym osiągnięciem niż w ówczesnych, profesjonalnych F1.

Sterowanie funkcjami aparatu to była rewolucja u Canona- jej skutki są używane do dnia dzisiejszego- wszystkie funkcje były sterowane za pomocą elektroniczną. Skoro elektronicznie- to hulaj dusza, piekła nie ma- designer jest pozbawiony wszelkich ograniczeń, za wyjątkiem funkcjonalności- może sobie ustawić elementy jak tylko chce.

I Colani skorzystał z tego do imentu- ustawił wszystko jak chciał.

Po pierwsze stworzył oparty wyłącznie na ergonomii kształt uchwytu- klei się on do ręki i pozwala bez ryzyka nosić aparat wyłącznie w prawej dłoni. Colani skonstatował, że potężne uchwyty, dokręcane wcześniej do aparatów razem z ciężkimi winderami (silnikami przesuwu filmu) przydadzą się także w zwykłym, lżejszym sprzęcie. Kształt tego uchwytu jest powtarzany do dzisiaj przez większość producentów lustrzanek- przemyślane zostało pierwszy raz zabezpieczenie przed wysunięciem się sprzętu ze spoconej ręki fotografa- nad palcem wskazującym jest poszerzony grzybek wieńczący uchwyt.

Spust jest ustawiony w idealnie wyprofilowanym zagłębieniu na paluszek, a obok niego umieszczono pokrętło do ustawiania parametrów.

Resztę funkcji ustala się przyciskami na lewej stronie aparatu i pod kciukiem. Sterowanie jest identyczne z tym stosowanym do dzisiaj (30 lat!) w profesjonalnej serii Canona

Wcześniejsza o rok Minolta 7000, pierwszy sprzedawany z sukcesem aparat z autofokusem, także sterowany elektronicznie, nie miał żadnego pokrętła- wszystko ustawiało się przyciskami. Pokrętło, wprowadzone przez Colaniego było tym, czego aparaty potrzebowały najbardziej żeby przyspieszyć ustawianie funkcji. Porównajcie w wyobraźni wielokrotne naciskanie przycisków a przesunięcie palcem kółka nastawczego o kilka ząbków.
Korpus Canona T90 od strony designerskiej był po prostu jak wzorzec metra. Jest to kształt tak niesamowicie dzisiejszy, że jest to zaskakujące. Colani stworzył bardzo przemyślaną estetycznie bryłę, złagodzoną wyobleniami i przykrywającą pryzmat wizjera razem z całą górą aparatu (pomimo tego można było zmieniać w nim matówki). Od dołu T90 ma intrygujące podcięcie, nie widzę innego jego sensu jak tylko estetyczne- nawiązuje do kształtu tylnej ścianki aparatu i podkreśla asymetrię kształtu z wysuniętym uchwytem.

T90 różnił się tylko jednym od późniejszych o 10 lat aparatów serii EOS- nie ma autofokusa, jest manualnym body z bagnetem FD, do którego dołożono wypasione elektroniczne sterowanie, w niektórych miejscach powodując leciutkie logiczne zgrzyty- bardzo obszernie napisał o tym Jarosław Brzeziński w artykule o praktycznym użytkowaniu T90.
Wszystko zostało logicznie uporządkowane już rok później- po wypuszczeniu na rynek systemu EOS, już bez żadnych mechanicznych połączeń pomiędzy aparatem a obiektywem.

Projekt Luigiego Colaniego stał się czymś w rodzaju archetypu lustrzanki współczesnej- o kształcie dopasowanym do rąk fotografa- te idee i pomysły przechwycili niemal wszyscy producenci aparatów na następne dziesięciolecia.

Dopiero moda na aparaty retro odkręciła tę epokę, ze szkodą dla ergonomii.

Pomimo wielu wystrzałowych dzieł Colaniego, które elektryzowały różne dziedziny wzornictwa, Canon T90 pozostaje jego bodaj najbardziej znanym projektem. A na pewno najbardziej popularnym, pomimo niewielkiego rozmiaru i nie tak spektakularnych jak zwykł był rysować kształtów. T90 zrobił niesamowitą karierę, produkowano go w dużej liczbie egzemplarzy i bardzo długo, jak na nieluksusowy aparat manualny w erze autofokusowej- od 1985 do 1991 roku.

Pan Colani może być z niego dumny. Fajnie to wymyślił.


Fabrykant

dyrektor kreatywny walnięty o sprzęty.

Podziękowania dla Marcina Górko za użyczenie sprzętu i dzielenie się wiedzą.

P.S. Po napisaniu tytułu powyższego wpisu zajrzałem na Wikipedię do opisu T90, a tam: „Ze względu na swoją odporność, T90 został nazwany przez japońskich dziennikarzy „czołgiem””. No paczcie Państwo- jestem drugi. Polska drugą Japonią!

Źródła i źródełka:

Jarosłąw Brzeziński „Canon EOS System”

Marcin Górko „System Nikon”

muzeum Colaniego, pełne dziwów:

Italdesign Giugiaro:


Bardzo obszerny opis użytkowania Canona T90- Jarosław Brzeziński:


Różne zdjęcia ukradzione z różnych stron świata.

10 komentarzy:

  1. przypomniał mi się Colani Lotec Testa d'Oro... szacun....

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten Colani to różne tworzył auta. Niektóre dla mnie zbyt doktrynerskie- przesadnie odchodzące od jakiej-takiej funkcjonalności na rzecz opływowego kształtu. No ale był konsekwentny i wiadomo było czego się po nim spodziewać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo nie podobał mi się pudełkowaty Golf I. Uważam do dziś, że zaprojektował go zastępca inżyniera u VW a nie " włoski" designer. Dlatego pozostałem przy garbusie VW 1200 - z płóciennym dachem i drzwiami otwierającymi się automatycznie na zakrętach. Gdyby jeszcze miał więcej koni, bo w moim gospodarstwie większość się rozbiegła, to jeśdziłby do dziś.

      Usuń
  3. Kiedy zastanawiałem się nad kupnem Nikona czy Canona to ten pierwszy mnie odstręczył. Po pierwsze irytowała mnie stosowana przez speców amerykańska wymowa nazwy Najkołn a po drugie bezsensowne było to każdorazowe "indeksowanie" nikonowskich objektywów - AI- aby światłomierz wiedział jak mierzyć. I nigdy już do Nikona nie powróciłem.

    OdpowiedzUsuń
  4. Pamiętam swój kontakt ze specyficznym sprzętem PC, który był kiedyś bardzo popularny (takie białe obudowy, klawiatury itp.). Brzydki jak nie wiem co. Po czasie dowiedziałem się, że projektantem był Colani.

    Program TV o wspomnianych ciężarówkach. Odruch wymiotny - znowu Colani.

    Pewnego czasu zastanawiałem się dlaczego lustrzanki w pewnym momencie zaczęły przypominać kartofla...

    Jak widać, wizjonerstwo tego pana mi się nie udziela :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Życie jest ciężkie proszę Pana, a o gustach można by dyskutować do rana...

      Usuń
    2. Oczywiście. Nie chcę wyjść na marudę więc przyznam, że ergonomia nowych lustrzanek jest przednia, zawsze to jakiś wkład w rozwój cywilizacji. TV relax - wypoczywałbym.

      Odniosę się jeszcze do braku designu w starszych aparatach. W większości forma faktycznie była bardzo utylitarna jednakże zdarzały się eksperymenty i perełki, chociażby Penti, Werra, Canon Dial (to tak na szybko). Kamery te oprócz wyglądu wyróżniają się niestandardową obsługą - dwa pierwsze głównie naciąg, ostatni w sumie też chociaż u niego wynika to bardziej z zastosowania nietypowego mechanizmu. Aparaty te nie są co prawda profesjonalnymi lustrzankami - można się przyczepić. W tym segmencie przychodzi mi na myśl Exakta i ew. Exa - podejście do projektowania i sposobu obsługi dosyć osobliwe, według mnie całkiem wygodne i intuicyjne.

      Usuń
    3. Określenie "brak designu" było w moim tekście oczywiście uproszczeniem. Wiele było bardzo ładnych aparatów, nawet proste Kodaki miały w sobie przyjemne proporcje. Nie znam się zresztą w ogóle na aparatach manualnych i powoli te zaległości nadrabiam, wspomniana przez Ciebie modele obejrzałem z wielkim zainteresowaniem w google'u, bo ich nie znałem. Bardzo ciekawe. "Dalmierzowe kompakty" jednak są prostsze konstrukcyjnie i łatwiejsze do zaprojektowania wzorniczego niż wspomniane Nikony. Nie można powiedzieć też, że dawne kanciaki profesjonalne są jakkolwiek nieładne- przytoczona przez Ciebie Exakta jest wręcz śliczna. Niemniej lata 80-te przyczyniły się bardzo do wygody użytkowania i przemyślenia tematu ergonomii.

      Za to teraz jest odwrót do retro- wszystkie Olympusy czy Nikon Df, chociażby. Nawet pobiegłem do sklepu, żeby go zobaczyć:
      http://fotodinoza.blogspot.com/2014/09/pseudonim-nikos-lekki-naciagacz-nikos.html

      Usuń
  5. Mam i T80 i T90 .Ten pierwszy to jak dla mnie kwintesencja lat 80 , aparat miał tylko 3 dedykowane szkła z af , ale reszta szkieł fd działa normalnie i jest nawet dźwiękowe potwierdzenie ostrości - super sprawa , t80 ma nieco wyższy i masywniejszy korpus niż poprzednicy - mnie się podoba jest na swój sposób nowoczesny i minimalistyczny, a af wbrew pozorom nie jest taki mułowaty , a najlepij działa z 50 ką (wybór jeden z trzech hehe ), ma większy obraz w wizjerze i lepszy celownik od T90 wg mnie. Natomiast t90 to chyba najlepszy i najładniejszy aparat analogowy jaki miałem / mam , i jestem ciekaw jak długo wytrzyma w nich elektronka /wyświetlacze i pamięć - ponoć wyliczone były max na 20-25 lat , co już się nie potwierdza bo przynajmniej mój jeszcze jakiś czas temu działał normalnie.W t90 lubi blokować się migawka(elektromagnes) po dłuższym odstawieniu , ale zazwyczaj pomaga "pompowanie" dźwignią przysłony z jednoczesnym wciśnięciem klatek seryjnych lub długich czasów (mnie po zakupie pomogła ta druga opcja - bo miałem już aparat odesłać , ale powoli załapywał)Co do designu to Canon chyba nie miał potem już tak zgrabnego body , choć linia t90 stała się jego wizytówką. Minolta była rzeczywiście prawdziwym grabarzem systemu fd i ne tylko dzięki sprawnemu i normalnie działającemu af a jakości pierwszej serii szkieł.

    OdpowiedzUsuń

Drogi czytelniku! Pragnę ostrzec, że wredny portal blogowy na jakim piszę bardzo lubi zjadać bez ostrzeżenia wpisy czytelników podczas ich zamieszczania. BARDZO PROSZĘ PO NAPISANIU KOMENTARZA SKOPIOWAĆ GO i w razie czego wstawić ponownie, na pohybel Google Blogger. Fabrykant.