wyświetlenia:

wtorek, 16 lutego 2016

Łabędź ledwo piuknął. Canon 300x



A wiedzą Państwo o jakim aparacie z autofokusem systemu EOS jest najmniej tekstów i testów w internecie? Intuicja podpowiadałaby że o jakimś rarytasie niedościgłym, profesjonalnym wypasie nie dla zwykłych śmiertelników, jakiejś niszowej odmianie? Zapewne myślicie, że o jakimś trzydziestoletnim mamucie, dinozaurze sprzed czasów internetu, z samych początków ery automatycznego ustawiania ostrości? Lata osiemdziesiąte?

Otóż nie.

Najmniej w Internecie jest o najmłodszym analogowym Canonie. Ostatnim z produkowanych. Półka amatorska. Rok 2004, ledwo kilkanaście lat temu. Model 300x.

Świąteczną wysłał kartkę
Do samego prezydenta
Lecz nikt o nim już nie mówi
Nikt o nim nie pamięta (cytat)

Mnie też to trochę zdziwiło. W końcu to absolutnie ostatni Canon EOS na film. Ostatni mohikanin. Przedostatni mohikanin często zabija ostatniego mohikanina, żeby nim zostać (St. J. Lec)

No i ciekawe czy jakieś analogowe aparaty znanych systemów autofokus są jeszcze dzisiaj produkowane? Szukam i szukam, ale nie mogę się dokopać do żadnych oficjalnych danych. Jak zwykle- wejście na rynek jest ogłaszane wśród fajerwerków, a zakończenie produkcji odbywa się po cichu. Wygląda na to że nadal można kupić sobie nowego Nikona F6- co prawda w USA i co prawda chyba nie wyprodukowanego w 2016, tylko z zapasów magazynowych. Już ze trzy razy czytałem o jego śmierci i definitywnym zakończeniu produkcji. No i cena nie jest zbyt przystępna- 2300$. Niemniej jest to aparat, który ma, jak myślę, pewne szanse się sprzedawać dalej- jako ostatni profesjonalny aparat autofokus na film. Niektórzy pasjonaci zapewne byliby nim nadal zainteresowani. Nikon F6 miał szczęście być ostatnią maszyną z najwyższej półki, wszyscy konkurenci z tej półki ukazali się trochę wcześniej, zatem i wcześniej wyginęli.

http://www.nikonusa.com/en/nikon-products/film-cameras/index.page

Drugi nadal dostępny lustrzany analogowiec Nikona- FM10 się nie liczy. I to podwójnie. Po pierwsze jest manualny, a po drugie jest tak naprawdę Cosiną z napisem Nikon.

Canona i Pentaxa analogowego nie znalazłem żadnego. Minolta już nie istnieje a Sony, które przejęło schedę nie bawi się w fotografię na film.

Manualne lustrzanki na film, z systemowymi obiektywami są oczywiście nadal produkowane, zwłaszcza przez Cosinę- Voigtlandera (Besa).

Tymczasem porzućmy teraźniejszość, wsiądźmy do srebrnego De Loreana i zatrzaśnijmy skrzydlate drzwi. Niedaleka przeszłość. Rok 2004. Czerwone cyferki mrugają na indykatorach.

Właściwie to trochę dziwię się, że Canon 300x w ogóle powstał. Produkcja nie trwała nawet roku. Jak wiemy z historii różnych korporacji- nagłe zwroty akcji kasujące niespodziewanie różne produkty, które być może miałyby szansę na dalsze istnienie zdarzają się dość często w przyrodzie. Na rynek japoński wychodził pod nazwą EOS Kiss 7, a na rynek USA jako EOS Rebel T2. Ten Canon to zawsze tak wymyślał.


300x był aparatem bardzo teoretycznym. teoretycznie był następcą 300v i nawet był do niego dosyć podobny. Teoretycznie był też aparatem dla amatora. Różnica między teorią a praktyką jest taka, że w teorii nie ma różnicy między teorią a praktyką a w praktyce jest (cytat). W praktyce Canon postawił niektóre rzeczy na głowie. Był to aparat typu "rzutem na taśmę" albo "jak to nie chwyci, to już chyba nic innego". No i okazało się że jednak nie chwyciło. Canon 300x okazał się ostatnim aparatem EOS na film. Cyfra zabiła analoga.

Video killed the radio stars.

Canon troszkę nie miał też wyjścia, bo inni jego konkurenci (zwłaszcza Pentax modelem *ist) także przyjęli tę filozofię. Jedziemy po całości.

EOS 300x z 2004 roku w praktyce powstawał w czasach całkiem już współczesnych lustrzanek cyfrowych. Trudno w to uwierzyć, ale powstał aż rok później niż słynny 300D (wrzesień 2003), najtańsza cyfrowa lustrzanka na rynku i pierwsza przeznaczona dla amatora. Przy tym pierwsza, która zrobiła szał, run i była masowa.

Aparat na film wypuszczony w tak przełomowym momencie nie mógł mieć lekko. Mimo tego inżynierowie Canona walczyli do końca, a księgowi w tym czasie zostali zamknięci w wc z urwaną klamką, żeby nie przeszkadzali.




Nasz 300x, teoretyczny następca 300v (raptem po dwóch latach produkcji) miał z nim wspólny głównie ogólny kształt. W środku był znacząco inny. Gdy spojrzymy na dane techniczne dostrzeżemy to od razu- w środku aparatu dla amatorów został zamknięty duch narzędzia dla półprofesjonalistów. Osiągi 300x wykroczyły poza wszystkie wcześniejsze aparaty dla amatorów, jakie Canon do tej pory oferował. W ilości funkcji czysto fotograficznych (nie związanych z obsługą matrycy) 300x był lepszy niż cyfrowy 300D.

Parametry migawki przewyższyły poprzednika dwukrotnie- zastosowano taką o najkrótszym czasie 1/4000. Zmieniono tryb przesuwu filmu- 300x wyrabiał 3 klatki na sekundę przy zablokowanej ostrości i 2,8 klatki gdy aparat był w trybie ostrzenia ciągłego. To było o połowę lepiej niż u poprzednika i o 1/3 lepiej niż w cyfrowym 300D. Zwłaszcza, że cyfrowy kończył serię na 4-ch zdjęciach, kiedy dostawał cyfrowej zadyszki, a w 300x można było w tym tempie machnąć 36 klatek z rolki. To były czasy!

Canon chwalił się najnowszym systemem pomiaru błysku E-TTL II, znanym wcześniej tylko z cyfrowego profesjonalnego cyborga- EOS'a 1D MkII. Mierzył on światło bardziej precyzyjnie niż poprzednik, mocno krytykowany przez uzytkowników E-TTL.

Pamiętam że czytałem ongiś na jakimś forum (bodajże na nieistniejącym portalu foto.recenzja.pl) zjadliwie ironiczny komentarz na temat wcześniejszego systemu błysku, w którym komentujący opisywał że prosi wszystkich znajomych o stawienie się na imprezę sylwestrową w ubraniach w kolorze tzw neutralnej 18%-towej szarości (na ten odcień kalibruje się pomiar światła aparatów), ponieważ osobom ubranym na inne kolory, już nie mówiąc o czerni i bieli, nie może zapewnić obsługi fotograficznej- kontrasty mylą pomiar E-TTL Canona. Kto przyjdzie ubrany inaczej- sam jest sobie winien.

System E-TTL II jednak nie był tym, co najlepsze oferował Canon 300x. Najlepsza była wolność. Po raz pierwszy w amatorskim Canonie można było sobie sterować prawie wszystkim jak się chciało. A głównie- autofokusem.

W poprzednich amatorskich modelach tryb ostrzenia był powiązany z konkretnym trybem robienia zdjęć- żeby wymusić ostrzenie ciągłe należało użyć trybu sportowego (przy okazji chcąc- nie chcąc używać krótkich czasów, bo tak w tym trybie decydował aparat), żeby uzyskać wyłącznie pojedyncze wyostrzenie trzeba było strzelać w trybie "krajobraz" (tutaj Canon ordynował tylko wysokie przesłony), lub "portret" (w komplecie z ustawioną automatycznie przesłoną niską). Gdy nie używało się trybów tematycznych aparat sam decydował, czy ma włączyć śledzenie ostrością, czy nie.

To było corpus delicti poprzednich modeli amatorskich, a w 300x corpus został niespodziewanie rozpuszczony w dole z wapnem i nie był już delicti.

Podobnie było z innym automatycznym wynalazkiem Canona- błyskaniem lampą w celu wspomagania autofokusa w ciemnych warunkach. Może i pomagała ona autofokusowi, ale na pewno nie pomagała tym, w których stronę akurat błyskała. W EOSie 300x dało się ją nareszcie wyłączyć, używając funkcji indywidualnych.

Tak jest. Bo 300x był pierwszym amatorskim Canonem, który takie funkcje miał na pokładzie. Skromne, ale miał.

Poszerzono także o jeden stopień "drabinkę prześwietleń i niedoświetleń"- teraz można było przyciemnić lub rozjaśnić zdjęcie o 3 EV, ze skokiem co 1/2 EV, podobnie poszerzyły się możliwości bracketingu. Był to wynik o 1 EV lepszy niż w cyfrowym 300D.
Bogate wyposażenie, dużo funkcji z aparatu o półkę wyższego (za które jeszcze rok wcześniej trzeba było zapłacić wydając dwukrotność ceny 300x), fajny designersko kształt i ciekawie rozwiązane sterowanie.

Po pierwsze- dżojstik, czyli multikontroler- jeden z nielicznych użytych w aparatach analogowych- użyto go tu dość asekuracyjnie; służy wyłącznie do wyboru punktu autofokusa. Widać, że jest to po prostu funkcja dołożona do poprzednio występującego systemu Canona 300v, opartego na dużym ekranie z tyłu i kombinacji przycisków. No ale w żadnym innym aparacie Canona na film nie było takiego wygodnego urządzenia.




Po drugie- filozofia sterowania. Amatorskie Canony były już od kilku generacji budowane w ten sposób, żeby wszystkie funkcje obsługiwać tylko prawą ręką. (Ciekawe co na to osoby leworęczne?). Do dzisiaj cyfrowe canony dzierżą po części tę tradycję. W 300x zostało to doprowadzone do maksimum o tyle, że ilość funkcji godną śmigłowca Apache, a przynajmniej godną Canona 50, duża jak na aparat analogowy, została zgromadzona w całości po prawej stronie aparatu.

EOS 300x nie miał przecież dzisiejszego ekranowego menu, w którym można ukryć wszystko w zakładkach.

Na szczęście jest wielki ciekłokrystaliczny ekran tylny, tyle że uproszczony. Dzięki temu już poprzednik- Canon 300v wyglądał jak aparat cyfrowy. Można było się nabrać.

(Szedł facet koło koparki i dał się nabrać- sucharek).



Canon EOS 300x był produkowany tak strasznie krótko, że jest aparatem mało komu znanym w swojej sprzedażowej grupie docelowej. Spotyka się często pytania w internecie- czym różnił się on od poprzednika, bardzo popularnego EOSa 300v. Niemniej ci wtajemniczeni, którzy wiedzą o jego zaletach powodują, że gdy pojawia się na aukcjach to osiąga stosunkowo wysokie ceny- całkiem zgodne z jego rzeczywistą wartością jako narzędzia fotograficznego- ceny zbliżone do EOS'a 50e. Jedną z jego podstawowych zalet jest to, że 300x jest po prostu najnowszy i świeży, na ogół mało używany.

Funkcjonalność 300x jest może nieco mniej wygodna niż modeli "dwucyfrowych"- jak wspomnieliśmy- wszystkie funkcje ukryte pod jedną łapką nie dorównają obustronnym pokrętłom i dźwigniom wyższych Canonów, a przede wszystkim ich tylnym pokrętłom- więcej funkcji da się użyć szybko i intuicyjnie.

Wiele osób być może myśli o tym, że aparat ten jako ostatnie filmowe dziecko Canona może być jakąś ewentualną lokatą kapitału. Słabe są chyba na to nadzieje. Z dwóch przyczyn- aparat produkowany tak krótko, chociaż z kilku wymienionych powodów ciekawy nie zdążył zaskarbić sobie jakiegokolwiek sentymentu użytkowników. Po świecie chodzi mnóstwo osób, które z wielką nostalgią i uczuciem wspominają Canona EOS 5 (Przynajmniej dwóch z nich czyta Fotodinozę- pozdrawiamy!). Dla wielu aparat ten jest kultowy, przenajkultowniejszy, wiele cennych zdjęć strzelono za jego pomocą, na przykład zamieszczane u nas zdjęcia Dingo. Natomiast 300x jest w świecie fotografii kompletnym anonimem, aparatem jakim wiele.

Właściwie ciężko dopatrzeć się prawdziwego motywu stworzenia Canona EOS 300x. W części był kolejnym elementem wyścigu pomiędzy producentami- konkurował z Minoltą Dynax 60 (debiut w 2004), Nikonem 75 (z 2003) i Pentaxem *ist (2003). Zwłaszcza ten ostatni musiał być inspiracją dla inżynierów Canona, ponieważ podobnie jak w 300x zrzucał wysokie technologie z półki półprofesjonalnej na amatorską.

Gdyby EOS 300x zrobił większą karierę z pewnością zagroziłby mocno sprzedaży wyższych modeli- skoro widać tylko niewielkie różnice- to po co przepłacać?

Ciekawy jestem, czy projektanci tego modelu wiedzieli, że będzie to ostatni analogowy Canon? Być może tak, i wtedy jawi się on jako łabędzi śpiew na wysokich tonach, ostatni występ, opus ultimum, w który włożono wiele serca i technologii.

Jedyny problem, że ten wysoki dźwięk nie brzmiał zbyt długo.

Cyfra opanowała świat. Ale nie całkiem, nie całkiem, czego Fotodinoza dowodem.

Fabrykant

Dyrektor kreatywny walnięty o sprzęty.

CZYM SIĘ RÓŻNI CANON 300X OD 300V:

Podstawowe różnice techniczne           300x           300v

Ręczna zmiana trybu wyostrzenia         Tak            Nie

Można wyłączyć błyskanie podświetlenia
autofokusa                              Tak            Nie

Tryb błysku na drugą lamelkę migawki    Tak        Nie (tylko                                                     z lampy zewn.)

Kursor do sterowania punktami AF        Tak            Nie

Funkcje indywidualne                    Tak- 6         Nie

Max synchronizacja z lampą              1/125          1/90

Tryby synchronizacji z lampą         auto/ 1/125       auto

Tryb błysku                            E-TTLII         E-TTL

Liczba przewodnia lampy                  13             12

Minimalny czas migawki                  1/4000        1/2000

Opóźnienie samowyzwalacza           2 lub 10 sek      10 sek.

Szybkość przesuwu filmu AF One Shot     3kl/sek       2,5kl/sek

Szybkość przesuwu filmu AF AI Servo    2,5 kl/sek    1,5 kl./sek

Kompensacja ekspozycji i bracketing    +/- 3 EV       +/- 2 EV



P.S.
Wydałem właśnie moją debiutancką książkę.
 
Niespokojne miasto, szalone namiętności i okrutna zbrodnia. Wyjątkowy kryminał z czasów wielkich fabryk 
i mrocznych famuł.

Reżyser Władysław Pasikowski o "Tramwaju Tanfaniego":
"Wciągające. Rewolucja upadła, ale rewolucjoniści zostali... W Łodzi w zamachach giną zamożni fabrykanci. Kto stoi za tymi zbrodniami? Frapująca intryga i pełnokrwiści bohaterowie, ale prawdziwą bohaterką jest Łódź pod koniec 1905 roku. Jedno z najbarwniejszych i najbardziej oryginalnych miast tamtych czasów. To nie kino, to autentyczny fotoplastikon z epoki... Ja nie mogłem oderwać oczu od okularu. Polecam!"

"Tramwaj Tanfaniego" jest do kupienia w dobrych łódzkich księgarniach, oraz wysyłkowo tutaj: LINK






Źródła:

Fajne porównanie pierwszego i ostatniego Canona EOS na film:



Porównanie z konkurentami:



Zawsze dobra technoklopedia Canon EOS:
http://technoclopedia-canon-eos.com/
 









piątek, 12 lutego 2016

Pabianice. Półprzewodnik. Bardzo niedoceniane, jednym obiektywem 28 f/1,8.


Pabianice ul. Zamkowa. Fabryka Bawełny Krusche i Ender

Miało się pojechać do mitycznej Byczyny. Może kiedyś się pojedzie, a wtedy Byczyna przestanie być mityczna. Na razie postanowiłem poszukać mitów blisko domu.

W sumie lubię grzebać w stercie rzeczy niepotrzebnych i niedrogich. Takich którym nikt się za bardzo nie przygląda. A wystarczy trochę bliżej je obejrzeć, żeby zobaczyć, że mają bardzo dużo zalet. Z takim nastawieniem do rzeczywistości, to takiego mita w sumie nietrudno znaleźć.

Tymczasem za pomocą poczty polskiej i czeskiej nadszedł naprawiony obiektyw, od pana Jirziego Otiska. Sigma AF 28/1,8 High Speed Wide, jasny stałoogniskowy. Po zamontowaniu nowego mikrochipa współpracuje z moimi Canonami na wszystkich przesłonach i we wszystkich odsłonach i to nasunęło mi myśl o reportażu. I o mariażu.

Miasta i obiektywu.

Ja jestem chyba w duchu rasowym reporterem, ale bez rodowodu.

I w pewien sposób lubię stawiać sobie jakieś zadania, a może to i rzecz fotograficznie uniwersalna, takie zadania. Każdy ograniczony zadaniem spręża się wewnętrznie, mobilizuje, nakierowuje na cel i działa, zamiast siedzieć ciągiem na fejsbuku.

Wpadłem zatem do Pabianic i włączyłem układ krążenia (ang. cruising out of control system).

Wszystko będzie zatem jednym jedynym obiektywem, bez skrótów, kadrowań i efektów specjalnych. I do tego jeszcze czarno białe. Bo czarno białe- to ładne jest.

Pabianice, odkąd je mimochodem od lat odwiedzam, zawsze sprawiały na mnie wrażenie miasta, które ma pewne rzeczy zupełnie na wyrost i poza swoją skalą. Nigdy nie wnikałem w to głębiej, ale jak zagadka tkwiło to gdzieś w świadomości i żądało wyjaśnienia. Co mam na myśli pisząc o rzeczach poza skalą? Przede wszystkim główna oś miasta, ulica Zamkowa, szeroka tak bardzo, że Boeing 727 mógłby spokojnie na niej lądować, kosząc skrzydłami latarnie i brzozy. W 800 tysięcznej Łodzi takiej ulicy nie ma, a jak już jest, to środkiem idą osobno rozdzielone tory tramwajowe, mocno ograniczając wrażenie przestronności.

W Pabianicach- środkiem leci aleja jak Champs Élysées i to w pewnym miejscu poszerzona jak oryginał o Plac Zgody, zwany w Pabianicach Starym Rynkiem.
Pabianice ul. Zamkowa.
Do tego dwa obiekty wykraczające zupełnie poza skalę historyczną, jaką mają na ogół podłódzkie miasteczka i sama Łódź, wszystkie powstałe na dobrą sprawę w XIX wieku- renesansowy zamek i gotycki kościół w samym centrum.

Po nich można się zorientować, że gdy po dawnym terenie Łodzi hasały jeszcze między leśnymi ostępami niedźwiedzie (dla Francuzów- szablozębne niedźwiedzie polarne), to w Pabianicach budowała się jakaś nie byle jaka cywilizacja.

Niedźwiedzie polarne dla Francuzów, to dlatego, że kiedy Szanowna Współfabrykantka we wczesnych latach 90-tych pojechała do Francji do robót, kilka razy była całkiem serio i z poważną troską pytana przez Francuzów czy bardzo się dają w polskich miastach we znaki buszujące dzikie niedźwiedzie.

Bardzo. Bez strzelby żaden pięciolatek nie rusza się z domu.

Było to co prawda bardzo dawno temu, ale zupełnie niedawno pan Włoch (mieszkający obok lotniska), od którego wynajmowaliśmy mieszkanie pytał nas, również serio, ile trwa taka podróż lotnicza z Polski do południowych Włoch- dziesięć- dwanaście godzin?

Bez międzylądowania w Moskwie nie doleci, panie. Lepiej nie próbować. Tylko najodważniejsi dają radę.

-Egeszege togo masajo buroki.

-Co?

-No tak powiedział facet w Budapeszcie i buraki dostał

-Ty! Wracaj do kraju! Piorunem- do kraju!

Ale gdzie przez Pireneje!? Najkrótszą drogą!

(cytat- Laskowik i Smoleń. "S tyłu sklepu warzywnego ") 

Zatem do kraju. Pabianice. Miasto z długą historią. Wycieczka doń nie wymaga zbyt dużych przygotowań do podróży- dla najoszczędniejszych łodzian wystarczy bilet tramwajowy, bo już w 1901 roku miasto zostało połączone z Łodzią torami tramwajowymi. Wcześniej niż linią kolejową. Ale to działo się jak Łódź już kwitła i eksplodowała na wszystkie strony.

A kiedy rzeczywiście niedźwiedzie i tury chadzały sobie nad łódką, wtedy w XI wieku okolice Pabianic należały do księcia Władysława Hermana. Nie mogąc doczekać się potomka, postanowił on ofiarować ziemie pabianickie na rzecz kościelnej kapituły krakowskiej, jako wotum w intencji narodzin syna. Zatem można by rzec, że bez Pabianic nie mielibyśmy króla Bolesława Krzywoustego (rocznik 1085), który się po tej darowiźnie narodził.

Krakowska kapituła pod wodzą biskupa Jana Muskaty postanowiła stworzyć z Pabianic centrum dowodzenia regionu sieradzkiego, co się udało- dobra pabianickie obejmowały wkrótce huty szkła i żelaza, młyny i okoliczne wsie. Wielki majątek i duże dochody. Miejscowość uzyskała prawa miejskie około 1350 roku, choć starania o to trwały kilkadziesiąt lat.

W 1532 roku spłonął w pożarze drewniany dwór nad rzeką Dobrzynką i postanowiono wybudować nowy- murowany o funkcjach obronnych. Architektem był Wawrzyniec Lorek, który wzorował się nieco na ratuszu w Sandomierzu i w Szydłowcu. Dwór obronny, zwany dziś zamkiem jest jednym z tych przekraczających ramy obiektów, które na pierwszy rzut oka robią wrażenie w Pabianicach- stoi w centrum miasta na eksponowanym miejscu przy głównej ulicy.
Pabianice ul. Zamkowa. Renesansowy dwór obronny.

Pabianice- zamek. Napis nad oknem głosi: Sic transit gloria mundi. Słusznie, szłusznie...

Po lewej neogotyk, po prawej- renesans. Sigma AF 28/1,8 High Speed Wide + canon 5D, f/9 ISO 400

Drugi zabytek stoi zupełnie niedaleko- na środku pustawego placu, który był pierwotnie miejskim rynkiem przylegającym do pabianickich Champs Élysées, dzisiaj rynek jest trochę wyliniały i wybrakowany. Sam zabytek jednak- bardzo zacny, to kościół Świętego Mateusza z 1583 roku. Nie ma w Łodzi żadnego równie starego kościoła, a i w okolicy też niewiele, nawet licząc z klasztorem w Łagiewnikach.

Pabianice. Stary Rynek. Kościół św. Mateusza.

Pabianice, Stary Rynek. Kościół św. Mateusza.


Pabianice Kościół św. Mateusza. Najważniejsze drzwi w mieście- z pabianickim herbem. Sigma AF 28/1,8 + canon 5D, f/2,0 ISO 400, monochrome/ filtr zielony
Pabianice na pierwszy ogląd nie sprawiają aż tak wyjątkowego wrażenia- można przemknąć ich Polami Elizejskimi i nie zauważyć ciekawostek. Jak tak właśnie robiłem przez długi czas, prawie nigdy nie zagłębiając się w boczne uliczki. Widać też sporo pustkowi i wygonów w pobliżu centrum, które także wzmagają poczucie nieładu. Zatrważająco straszne są także przedmieścia od strony Rzgowa (czyli najłatwiejszego dojazdu od Gierkówki, DK1)- jest to wojewódzkie centrum banerów, reklam i natłoku wszystkiego co nieestetyczne, ale też (co pocieszające) wielkie centrum handlu tekstyliami. Wygląda jednak jak najgorszy sen internauty, w którym to śnie nie można dotrzeć do treści które chce się obejrzeć, bo wszystko, ale to wszystko zasłaniają wyskakujące okienka. Ja tam się tak czuję, w każdym razie. A nie lubię się tak czuć.

Otóż w Pabianicach jest wiele ciekawego kontentu. I bardzo, bardzo wiele ciekawego kontekstu. Przede wszystkim są tam dziesiątki fabryk w samym centrum miasta, niektóre są w ruinie, niektóre nie działają, ale niektóre jednak nadal działają, tak że można sobie z sentymentem powspominać jak wyglądała Łódź sprzed piętnastu lat- dzisiaj już wszystkie łódzkie fabryki zostały przerobione na biura, magazyny, sklepy i hotele. Tutaj- lepiej lub gorzej egzystują. Już samo to jest wyjątkowe. 
Pabianice, ul. Szewska.
Pabianice, ul. Szewska.Sigma AF 28/1,8 + canon 5D, f/4 ISO 400, monochrome/ filtr zielony


Pabianice, ul. Kościelna. Sigma AF 28/1,8 + canon 5D, f/2,0 ISO 400, monochrome/ filtr czerwony.
Pabianice, ul. Sejmowa.

Połowa pabianickiego centrum nadaje się natychmiast i bez żadnych zmian do kręcenia filmów z XIX wieku. Bruk, proszę Państwa- połowa uliczek w pobliżu centrum jest brukowana kocimi łbami, czego nie widziałem dawno, w żadnym mieście. Zabudowa kamieniczna jest zwarta, wpół drogi między dużym miastem, a miasteczkiem. Generalnie wystarczyłoby wykopać wszystkie samochody i kamera! akcja! jedziemy "Ziemię Obiecaną 2".
Pabianice, ul. Kościelna.

Pabianice, ul. Garncarska.

Pabianice, ul. Garncarska.

Pabianice, ul. Garncarska. Sigma AF 28/1,8 High Speed Wide + canon 5D, f/1,8 ISO 400
Pabianice, ul. Wyszyńskiego.


Pabianice, ul. Wyszyńskiego.

Część fabrycznych i pofabrycznych gruntów w centrum jest bardzo zaniedbana, co oznacza, że żaden deweloper nie strzelił tam swojej wypasionej i prestiżowej mieszkaniówki ogrodzonej murem ze szlabanem, tylko wszystko zostało od biedy tak jak zdechło dawno temu. Zostały liczne relikty, które co prawda nie zaciekawią turystów liczących na cukierkowe anturaże, liczne kafejki z parasolkami i sklepy z pamiątkami made in China, ale zainteresuje wariatów pragnących brutalnej autentyczności. Tych, którzy lubią zbyry (cytat, licencja- Foka).

Stare kamieniczki, domy dawnych tkaczy, drewniane szopki i komórki na podwórzach.
Pabianice, ul. Sejmowa. Na daszku- małpki, w tle- prawdopodobnie nieczynna transformatorownia

Sigma AF 28/1,8 High Speed Wide + canon 5D, f/2,0 ISO 400, monochrome/ filtr zielony.

Sigma AF 28/1,8 + canon 5D, f/2,0 ISO 400, monochrome/ fitr zielony


Jeśli mam podpowiadać kierunek, to należy trzymać się przede wszystkim blisko zapleczy, byle nie od frontu, nie od frontu...

Chyłkiem, boczkiem, skrótem można zwiedzać i odkrywać zagadki Pabianic.

Sigma AF 28/1,8 + canon 5D, f/3,5 ISO 400, monochrome/ fitr czerwony
Pabianice, ul. Gdańska. Dawna siedziba UB, w czasie II Wojny- Gestapo.

Pabianice, ul. Gdańska. Dawna siedziba UB. Sigma AF 28/1,8 + canon 5D, f/1,8 ISO 400, monochrome/ fitr zielony

Pabianice, ul. Gdańska. Dawna siedziba UB. Sigma AF 28/1,8 + canon 5D, f/1,8 ISO 400

Ul. Gdańska. Dawna siedziba UB. Sigma AF 28/1,8 High Speed Wide + canon 5D, f/1,8 ISO 400


Trzeba tylko się pilnować, żeby nie drażnić zanadto autochtonów, większość z nich jest oczywiście przyjaznych i zaciekawionych, dwóch panów bezdomnych pragnęło na przykład spojrzeć sobie przez lipko aparatu na swoje miasto, co im oczywiście umożliwiłem, pan grabarz także pozwolił mi wejść do kaplicy Kindlerów (dziękuję!), tylko przy Starym Rynku jeden z panów autochtonów spojrzał na mnie mocno kosym wzrokiem, nie przerywając opróżniania flaszeczki.

Ze spotkań pabianickich- miałem także bezpośrednie spotkanie z pabianickim pitokiem (ang. peatock de Pabianice)


Europejski Park Rzeźby. Najciekawszy element parku. Sigma AF 28/1,8 + canon 5D, f/2,0 ISO 200, monochrome/ fitr czerwony
Wśród zapuszczonych i odnowionych fabrycznych murów rozrzucono rodzynki fabrykanckich pałacyków i willi, dzisiaj będących na ogół budynkami publicznymi. Takich pałacyków nie ma w takiej ilości w innych sąsiadujących z Łodzią miastach. Najbardziej okazałe z nich stoją przy głównej ulicy Zamkowej- to dawne siedziby właścicieli największych zakładów włókienniczych- Krusche i Ender, i nie muszą się one wstydzić porównań z łódzkimi pałacami.
Pabianice, ul. Zamkowa. Po lewej dawny pałac Enderów, po prawej- pałac i fabryczny kantor rodziny Krusche z alegorią prządek na tympanonie.


 Niemniej te ukryte w bocznych uliczkach, gorzej odnowione, także mają dużo uroku.

Pabianice, ul. Konopna. Sigma AF 28/1,8 + canon 5D, f/2,2 ISO 400

Pabianice, ul. Konopna. Sigma AF 28/1,8 + canon 5D, f/2,2 ISO 400
Pabianice, ul. Konopna, róg Konstantynowskiej. Sigma AF 28/1,8 + canon 5D, f/7,1 ISO 400, monochrome/ filtr zielony

Do XVI wieku miasto przeżywało lepsze i gorsze czasy, potem może więcej gorszych, gdy Pabianice podupadły, wyludniając się znacznie, tracąc prawa miejskie oraz protekcję kapituły krakowskiej.

Odnowę zawdzięcza planom Franciszka Druckiego- Lubeckiego, zarządcy gubernianego w Księstwie Warszawskim, a potem ministra skarbu w Królestwie Polskim, wszystko to pod rosyjskim zaborem. Drucki- Lubecki, choć rusofil, to jednak i wizjoner, pragnący przemysłowego rozwoju.

Już w latach 1820-tych sprowadzono do Pabianic saksońskich osadników, którzy dostali wsparcie kredytami i działki nad rzeczką Dobrzynką.

W krótkim czasie rozwinęły się warsztaty tkackie i folusznicze, między innymi zakład Gottlieba Krusche.

Z pierwszego okresu przemysłowego miasta pochodzi niesamowity pabianicki "Dom Tkacza" przy ul. Świętego Jana. Jest to potężna piętrowa drewniana chata w stylu saksońsko- łużyckim, jak na spadochronie zrzucona w centrum Polski. Podobne uczucie miałem kiedyś widząc stacje kolejowe w Tunezji- wszystkie jak żywcem wzięte z francuskich, alpejskich miasteczek.

Pabianice, ul. Św. Jana. Dom Tkacza. Sigma AF 28/1,8 + canon 5D, f/8 ISO 400, monochrome/ filtr zielony.

Pabianice, ul. Św. Jana. Dom Tkacza. Sigma AF 28/1,8 + canon 5D, f/8 ISO 400, monochrome- filtr zielony

Osada tkaczy rozrosła się szybko, a boom nastąpił w 1850 roku, kiedy Krusche, wraz z synem Bernardem sprowadzili maszynę parową i zaczęli inwestować w nową, olbrzymią fabrykę w centrum miasta. Wkrótce Pabianice rozkwitły zakładami włókienniczymi, chemicznymi i maszynowymi. Przy ulicy Zamkowej powstały wspomniane fabrykanckie pałace i dopiero rzut oka na archiwalne zdjęcia pokaże nam czym była wtedy owa szeroka jak Boeing ulica.
Pabianice, Ulica Zamkowa, początek XX wieku.

Należy tu dodać dla nieświadomych, że do gwałtownego rozwoju zarówno Pabianic, jak i Łodzi przyczyniło się zniesienie ceł pomiędzy Królestwem Polskim (pod zaborem rosyjskim), a samą Rosją, które otworzyło wielkie rynki zbytu dla polskich fabryk.

Łódź okazała się lepiej położona i skomunikowana i pokonała Pabianice w tym wyścigu do rozwoju. Dzięki Bogu- u nas w Łodzi płynęło aż 18 rzek (!!!), a w Pabianicach bodaj tylko dwie, można było w Łodzi napędzać więcej wodnych kół.

(Turystów pragnących dzisiaj obejrzeć wszystkie 18 łódzkich rzek zapraszamy w strojach nurka do łódzkiego systemu kanalizacyjnego).

Potężnym wciąż działającym kompleksem jest Polfa Pabianice, dawne zakłady chemiczne Schweikerta i jego kolejnych wspólników. Ludwik Schweikert, syn Fryderyka, założyciela rodu, który to nestor z pomagiera kowalskiego w Starowej Górze (wieś pod Łodzią) został przemysłowcem i posiadaczem kilku łódzkich fabryk i pałaców.

Ludwik studiował chemię na politechnice w Zurychu, potem wraz z Robertem Resigerem, a później specjalistą od chemii Emanuelem Froehlichem zainwestował w zakłady w Pabianicach. Karierę zaczęło robić to przedsiębiorstwo po fuzji dokonanej ze szwajcarską CIBA A.G.( Co to jednak, proszę Państwa, znaczy dobre towarzystwo na studiach!) Do dziś istniejąca fabryka zajmuje wielki, różnorodny teren blisko centrum miasta, jej środkiem płynie zaś rzeka Dobrzynka.

Pabianice, ul. Piłsudskiego. Polfa, dawniej zakłady chemiczne Schweikerta.

Pabianice, ul. Piłsudskiego. Polfa, dawniej zakłady chemiczne Schweikerta.

Pabianice, ul. Piłsudskiego. Polfa, willa Schweikerta. Sigma AF 28/1,8 + canon 5D, f/2,0 ISO 400, monochrome- fitr zielony


 Jak wspomniało się wcześniej- można zerknąć na zabytki od frontu, ale równie ciekawie, a może jeszcze ciekawiej (dla fanatyków) wyglądają one od zaplecza. Kiedyś spójny olbrzymi teren, dzisiaj ulega pewnej brzegowej dezintegracji.


Pabianice, ul. Piłsudskiego. Tereny dawnych zakładów Schweikerta dawnej Pabianickiej Fabryki Papieru Leonarda Fesslera, a potem Roberta Saengera. Sigma AF 28/1,8 High Speed Wide + canon 5D, f/5,6 ISO 400, monochrome- filtr zielony

Pabianice, ul. Piłsudskiego. Tereny dawnej Pabianickiej Fabryki Papieru Leonarda Fesslera, a potem Roberta SaengeraSigma AF 28/1,8 + canon 5D, f/7,1 ISO 400, monochrome- filtr zielony.

Pabianice, ul. Piłsudskiego, tereny dawnej Pabianickiej Fabryki Papieru Leonarda Fesslera, a potem Roberta Saengera (dzięki czytelnikowi za korektę błędnego podpisu).

Jednym z głównych atutów Pabianic jest wspomniany kontekst. Zaskakujący. Miasto w którym renesansowe, naprawdę renesansowe i gotyckie, naprawdę gotyckie zabytki stoją wśród rozległych ceglanych fabryk z XIX wieku. 
Pabianice, Stary Rynek. Z lewej neogotyk. W środku renesans. Po prawej gotyk.

Wypieszczona i eksponowana naprzeciw zamku "Fabryka Wełny" to ceglane mury dawnych zakładów Krusche i Ender, po części zamienione na centrum handlowe, po części na hotel, spa i restauracje (znów przekracza to wszystko skalę małego miasta).


Pabianice, ul. Lipowa przy Zamkowej. Dawne zakłady bawełniane Krusche i Ender. Sigma AF 28/1,8 + canon 5D, f/8 ISO 400
Pabianice, ul. Grobelna. Hotel "Fabryka Wełny", dawne zakłady bawełniane Krusche i Ender. W tle kościół św. Mateusza.

Pabianice, ul. Lipowa. Hotel "Fabryka Wełny", dawne zakłady bawełniane Krusche i Ender



Tuż obok, równie wielka, niezagospodarowana część tych fabrycznych budynków. Czeka na lepsze czasy.
Pabianice, ul. Zamkowa. Dawne zakłady bawełniane Krusche i Ender.

Pabianice, ul. Zamkowa. Dawne zakłady bawełniane Krusche i Ender. Sigma AF 28/1,8 + canon 5D, f/8 ISO 400
 
Pabianice, ul. Lipowa. Dawne zakłady bawełniane Krusche i Ender.

Pabianice, ul. Lipowa. Dawne zakłady bawełniane Krusche i Ender. Sigma AF 28/1,8 + canon 5D, f/7,1 ISO 400, monochrome- filtr zielony



W tej odnowionej części najłatwiej odnajdą się turyści żądni wypasu i elegancji- chcemy podjechać gdzieś Range Roverem na obiad? Proszę bardzo.

Pabianice, ul. Lipowa. Dawne zakłady bawełniane Krusche i Ender. Sigma AF 28/1,8 + canon 5D, f/9 ISO 400, monochrome- filtr zielony

Hej w dryndy! do hotelów! na wiedeński sznycel!
Na piwko, na koniaczek, na kanapkę miękką!
Uśmiechnie się, dziewczątka, kelner wasz, jak szpicel,
Niejedną taką widział, niejedną, serdeńko...

Julian Tuwim "Wiosna"


Fabryka Krusche i Ender była, proszę Szanownych Państwa, czwartą pod względem wielkości fabryką bawełny w Polsce! Nie jest to tylko ta część, którą widać na pierwszy rzut oka z ulicy Zamkowej i nie jest to tylko to miejsce, pod które podjeżdżają Range Rovery.

Na tyłach, w stronę południową, gdy miniemy parkingi przyhotelowe, leżą cichutko wielkie magazyny i szedowe niskie hale, zajęte dziś przez hurtownie, paintballa, i warsztaty, między innymi piaskarnię . Wszystko to poraża rozmiarem, rozległością i nasuwa skojarzenia z dawnymi zakładami Poznańskiego, zamienionymi dziś bezpowrotnie na Manufakturę. I znów tworzy zaskakujący kontekst z wypasionym, luksusowym hotelem, z którym sąsiaduje niemal przez płot.
Pabianice, pobliże ul. Grobelnej. Dawne zakłady bawełniane Krusche i Ender

Pabianice, pobliże ul. Grobelnej. Dawne zakłady bawełniane Krusche i Ender

Pabianice, pobliże ul. Grobelnej. Dawne zakłady bawełniane Krusche i Ender

Pabianice, pobliże ul. Grobelnej. Dawne zakłady bawełniane Krusche i Ender

Pabianice, okolice ul. Grobelnej. Dawne zakłady bawełniane Krusche i Ender. Sigma AF 28/1,8 + canon 5D, f/10 ISO 400, monochrome- filtr zielony



Ciekawie też prezentuje się wspomniana pabianicka rzeczułka Dobrzynka, która w przeciwieństwie do wszystkich rzeczułek łódzkich jest doskonale eksponowana w centrum miasta, płynie między murami fabryk i wzdłuż parku, w mieście jest na niej kilka stawów, zalewów retencyjnych, a nawet łowisk rybackich (100 metrów w linii prostej od hotelu "Fabryka Wełny"! Z okien można obserwować łowiących wędkarzy. Co za niespotykana, luksusowa rozrywka! Takie rzeczy tylko w Pabianicach).

Pabianice, ul. Zamkowa. Hotel "Fabryka Wełny"- dawne zakłady bawełniane Krusche i Ender. Sigma AF 28/1,8 + canon 5D, f/2,0 ISO 400

Pabianice, ul. Zamkowa. Rzeka Dobrzynka.



Pabianice, ul. Grobelna. Rzeka Dobrzynka. Sigma AF 28/1,8 High Speed Wide + canon 5D, f/7,1 ISO 400, monochrome- filtr zielony
I oglądając stare Pabianice nie można do końca wyrobić sobie zdania, czy to wielkie miasto, czy też małe. Pół na pół. 80 tysięcy mieszkańców. Liczne blokowiska. Dzisiaj jest przytłoczone cieniem sąsiedniej Łodzi, jeszcze bardziej okazałej i jeszcze bardziej pełnej reliktów przeszłości i to do Łodzi ciągną turyści. Ale jak słusznie zauważył Krzysztof Gol- gdyby takie Pabianice leżały sobie samotnie na Podlasiu, to mogłyby być nawet i miastem wojewódzkim.

Tymczasem oddalając się niewiele od centrum (zależy tylko w którą stronę) szybko trafimy na obrazki wzięte prosto z małych miasteczek z XVIII i XIX wieku- niską zabudowę, kręte uliczki. Suniemy sobie wolniutko po bruku podziwiając świat. Życie toczy się jakby senniej, psy przechadzają się pod płotami i poszczekują na obcych.

Pabianice ul. Bugaj.
Wtem! Urocza kapliczka, nie wymieniana w żadnych przewodnikach. Czyżby to neobarok? Niech ta się wypowie, kto się zna.

Pabianice ul. Bugaj. Sigma AF 28/1,8 + canon 5D, f/9 ISO 400

Pabianice ul. Bugaj.

Z czasów dynamicznego rozwoju pochodzi w Pabianicach większość kościołów w centrum. Podobnie jak w Łodzi żyła tu mieszanka kultur i wyznań- katolicy, żydzi i protestanci z Niemiec. Ci ostatni zbudowali piękny rotundowy kościół ewangelicki, do którego obraz ołtarzowy namalował sam Wojciech Gerson, założyciel Zachęty, sam też ewangelik.

Pabianice- kościół ewangelicki, ul. Zamkowa. Sigma AF 28/1,8 + canon 5D, f/7,1 ISO 400, monochrome- filtr pomarańczowy
Żydowska społeczność, biorąca czynny udział w rozbudowie przemysłowej miasta osiedliła się głównie w okolicach dzisiejszego Starego Rynku. Od 1864 roku zaczęła w Pabianicach działać szkoła dwu wyznaniowa- katolicko żydowska, w której uczyły się dzieci obu społeczności. Pod koniec XIX w powstała żydowska szkoła wyznaniowa i klasycystyczna bóżnica (dziś nieistniejąca) przy ulicy Bóżniczej.

(Przed 1939 rokiem Żydzi stanowili 18% procent Pabianiczan).

Stosunki polsko- żydowsko- niemieckie stanowiły zapewne melanż współpracy, koegzystencji, konkurencji i niechęci. Dziś jest to zwykle temat cukrowany, lub podostrzany, zależnie od poglądów. Niemniej w Pabianicach współpraca ta wyglądała na rzeczywiście wyjątkowo dobrą. Katolicy polscy i niemieccy zbudowali wspólnie swój neogotycki kościół (oprócz osadników protestanckich z Saksonii silny był także napływ do Pabianic Niemców z Bawarii i Austrii). Pierwotnie Niemcy stanowili 34% mieszkańców, ale po tym jak w zaborze rosyjskim nastąpiło uwłaszczenie chłopów i ich masowy ruch, jako siły roboczej do miast, liczba Germanów w 1914 roku zmalała do 10%. Należy też wziąć pod uwagę, że rodziny pierwotnie niemieckie w dużej części polonizowały się na potęgę. Między innymi rodzina najbardziej znanego Pabianiczanina- św. Maksymiliana Kolbego.

Rzecz jasna koegzystencja wyznań skończyła się wraz z nadejściem II Wojny Światowej- ludność żydowska, zamknięta przez Niemców w getcie, jednym z pierwszych na terenie Polski. W 1942 nastąpiły straszliwe sceny likwidacji getta przez niemiecką policję i oddziały SA, większość żydowskich Pabianiczan została zgładzona w Chełmnie nad Nerem. Bóżnicę hitlerowcy zdewastowali już w 1939 roku, ruinę rozebrano po wojnie, w latach 60-tych.

Więcej o życiu żydowskiej społeczności w Pabianicach można poczytać tutaj:




Co ciekawe, w Pabianicach zachował się dobrze, choć nie w całości, cmentarz żydowski, założony w 1849 roku. Można go zwiedzać uzyskawszy klucz do furtki w Muzeum Miasta.

Pabianice. Cmentarz żydowski ul. Jana Pawła II.

Ze świątyń różnych wyznań znajdzie się w mieście także kościół Mariawitów, niewielki ceglany budynek leżący po zachodniej stronie miasta.

Najciekawszym kościołem w Pabianicach jest jednak chyba kościół Baptystów, stojący jako ruina pomiędzy blokami i domami osiedla przy ul. Waryńskiego. Po prostu nie widzieliście jeszcze nigdy w życiu takiego kontekstu.

Pabianice. Kościół Baptystów. ul. Waryńskiego/ Wyszyńskiego, po prawej bloki.
Pabianice. Kościół Baptystów. ul. Waryńskiego/ Wyszyńskiego


Pabianice. Kościół Baptystów. ul. Waryńskiego/ Wyszyńskiego

Baptyści fajni. Niemniej i tak najbardziej dla mnie pociągającym zabytkiem sakralnym jest wspaniała ewangelicka kaplica cmentarna, dawne mauzoleum rodziny Kindlerów, zbudowane przez Zofię Kindler ku pamięci zmarłego męża Ludwika. Później rodzina przekazała budynek na rzecz parafii ewangelickiej Pabianic. Stoi ta kaplica na skrzyżowaniu ulic przy miejskich cmentarzach w południowej części miasta. Jest to obiekt niezwykły ze względu na styl- przykład absolutnie wzorcowej wiedeńskiej secesji, o przedziwnych kontrastach, subtelnych detalach, zestawionych z gładkimi, masywnymi proporcjami bryły- prosto jak z Otto Wagnera. Lubimy to, drogie tygrysy! Zaprojektował ją Johanes Wende, ten sam który w Łodzi postawił kościół św. Mateusza przy Piotrkowskiej, Secesja wiedeńska nie była w Polsce specjalnie popularna, być może dlatego ten budynek tak mnie pociąga. Według mnie- najwyższa światowa klasa.
Pabianice. Kaplica ewangelicka Kindlerów. Ul. Kilińskiego

Pabianice. Kaplica ewangelicka Kindlerów

Pabianice. Kaplica ewangelicka Kindlerów


Do środka kaplicy Szanowni Czytelnicy nie musicie się już pchać, zrobiłem to już za was i rozczarowałem się nieco- wnętrze bardzo surowe.

Na cmentarzu ewangelickim za to- ciekawie, choć z umiarkowaniem- monumenty pabianickich przemysłowców znów stoją w interesującym anturażu, nie jako wielkie budowle znane z łódzkich cmentarzy, lecz skromniejsze pomniki, najbardziej niespodziewany chyba Oskara Kindlera i jego żony, w formie rozległego, płaskiego poletka- kurhanu.
Pabianice. Cmentarz ewangelicki. Brama cmentarna i nagrobek pastora Bidermanna. Sigma AF 28/1,8 + canon 5D, f/1,8 ISO 200, monochrome- filtr czerwony

Pabianice. Cmentarz ewangelicki. Kurchan- grobowiec Kindlerów

Pabianice. Cmentarz ewangelicki. Pomniki rodziny Krusche

 Dopiero lata 90-te XX wieku skłoniły Pabianiczan do epatowania fantazyjnymi budowlami funeralnymi. Nawet się domyślam kto to zaprojektował. Wiem, ale nie powiem.

No, w sumie- to też jakiś znak czasu.



Pabianice. Cmentarz ewangelicki. Sigma AF 28/1,8 + canon 5D, f/2,2 ISO 200
Tak właściwie to można by te mity ciągnąć i ciągnąć i ciągnąć w nieskończoność- wokół miasta rozlokowały się letnie rezydencje fabrykantów, w tym wielki i wspaniały pałac Kindlerów w Ksawerowie, a gdy ruszymy z Pabianic przez Rzgów w stronę Łodzi natkniemy się na relikty największej bitwy I wojny światowej na froncie wschodnim- na przykład olbrzymi, choć bardzo zapuszczony cmentarz wojenny w Gadce Starej, gdzie leży kilka tysięcy żołnierzy z obu stron konfliktu. Notabene sama Łódź po tych walkach była jednym wielkim szpitalem, pełnym rannych.

Cmentarz wojenny w Gadce Starej. Sigma AF 28/1,8 + canon 5D, f/1,8 ISO 200, monochrome- filtr pomarańczowy

Cmentarz wojenny w Gadce Starej. Sigma AF 28/1,8 + canon 5D, f/2,2 ISO 200, monochrome- filtr pomarańczowy.


Cmentarz wojenny w Gadce Starej.

O samych Pabianicach można myśleć, że to "Łódź w przeszłości i miniaturze", ale mimo pewnych podobieństw miasto ma swój własny mocny charakter. To miejsce wielce kontrastowe, skąd stary duch jeszcze nie uleciał, a nowy jeszcze jakby nie do końca się osadził. Walka żywiołów. W sam raz dla odkrywców.

Dlatego jak lubicie kontrasty- możecie wpaść je pozwiedzać. A jeśli lubicie rzeczy miękkie i mało kontrastowe... No cóż. Polska jest nie dla Was.




Fabrykant



P.S.

Co do obiektywu Sigma AF 28/1,8 High Speed Wide Aspherical- tutaj pisało się już o nim, to jestem nim szczerze zachwycony. Po re-chipowaniu jest to niezwykle wszechstronne, jak na stałkę szkło, dające bardzo dobrą ostrość w centrum od pełnej przesłony, a przy tym otwarciu przyjemnie winietujące. Brzegi uzyskują bardzo dobrą jakość przy f/5,6. Przymknięty do f/8 daje obraz na całym kadrze ostry jak żyleta. Klasa! Na pełnej klatce nadaje się do reportażu że hej! Stosunkowo szeroki kąt i bardzo wysoka jasność daje możliwość pokombinowania z klimatem zdjęcia- albo na niskich przesłonach podkreślimy centralny element, a przy tym pokażemy dużo nieostrego tła z mocną winietą, albo po przymknięciu uzyskamy bardzo zacne szkło pejzażowe, o wielostronnych zastosowaniach. Słabszy kontrast, z racji starego typu powłok przeciw- refleksyjnych uratuje osłona przeciwsłoneczna, której po prostu nie należy nigdy zdejmować.
Autofokus dość głośny i nie najszybszy, ale po naprawach spisuje się świetnie i trafia tam gdzie trzeba (w przeciwieństwie do wcześniejszych doświadczeń z tym szkłem, opisanych w linku powyżej).

Jak to zwykle na Fotodinozie- zdjęcia z ramką są nieco obrobione i podostrzone, a zdjęcia bez ramki są prosto z aparatu, zmniejszone, lecz w żaden sposób nie zmieniane i niewyostrzane. Wszystkie zdjęcia powiększają się po kliknięciu nań.
 

P.S.:

Polecam moje oryginalne kryminały z klimatyczną Łodzią w tle:
 

"Tramwaj Tanfaniego" dziejący się w czasach świetności przemysłowej Łodzi w roku 1905. Rzecz inspirowana prawdziwymi wydarzeniami - zabójstwem Juliusza Kunitzera, twórcy łódzkich tramwajów. Książka nagrodzona Exlibrisem Biblioteki im. Piłsudskiego za najlepszą powieść o Łodzi w 2021 roku.

"Tramwaj Tanfaniego" jest do kupienia wysyłkowo tutaj: LINK

"Złoty peugeot" - niebanalny kryminał motoryzacyjny z epoki wczesnego Gierka. Tajemnicza zbrodnia, nieudolna milicja, zakulisowe przepychanki z władzą PRL. Skromny mechanik z ulicy Wschodniej chcąc nie chcąc musi zabrać się za dociekanie, dlaczego ktoś musiał zginąć i kto go zabił. Są wciągające tajemnice, splątane wątki, brawurowe pościgi samochodowe. Kryminał zawiera liczne aluzje do literatury popularnej z czasów PRL szczególnie do książek Niziurskiego i Nienackiego. 

Do kupienia wysyłkowo - TUTAJ 

"Deluks" - kryminał dziejący się w roku 1976 złożyłem się z kilku warstw, od tematyki automobilowej, poprzez dawne tajemnice Łodzi, kończąc na echach II Wojny Światowej. Tym razem aluzyjnie nawiązuje do tzw. kryminału milicyjnego, jednak dekonstruuje schemat i ironizuje z klimatów PRL. Mamy zespół pełnokrwistych bohaterów - od lumpów i milicjantów po profesorów i prywaciarzy, a między wierszami ówczesne stosunki polsko-niemiecko-żydowskie. Będziecie zaskoczeni!

"Deluks" do kupienia wysyłkowo - TUTAJ 

"Wariatka ze Spornej" - napisana wspólnie z Tomaszem Włodkowskim -Młoda policjantka, niedawno przybyła do Łodzi ma poprowadzić śledztwo, które będzie wymagało od niej szczególnego zaangażowania, cierpliwości, uwagi i... erudycji. Tytułowa ulica Sporna zdaje się trwać w niezmiennym od stu lat stanie, ale to tylko pozory. Miasto dookoła przekształca się w bólach, jest rok 2003, Polska ma zaraz wejść do Unii Europejskiej, niechciany bagaż PRL jest wciąż obecny, również w policji. Kto i dlaczego zabił znanego wykładowcę filmówki? Co ma wspólnego wielka sztuka i małe morderstwo? 

"Wariatka ze Spornej" do kupienia wysyłkowo TUTAJ 

Pozdrowienia dla Czytelników.


Źródła: