wtorek, 16 lutego 2016

Łabędź ledwo piuknął. Canon 300x



A wiedzą Państwo o jakim aparacie z autofokusem systemu EOS jest najmniej tekstów i testów w internecie? Intuicja podpowiadałaby że o jakimś rarytasie niedościgłym, profesjonalnym wypasie nie dla zwykłych śmiertelników, jakiejś niszowej odmianie? Zapewne myślicie, że o jakimś trzydziestoletnim mamucie, dinozaurze sprzed czasów internetu, z samych początków ery automatycznego ustawiania ostrości? Lata osiemdziesiąte?

Otóż nie.

Najmniej w Internecie jest o najmłodszym analogowym Canonie. Ostatnim z produkowanych. Półka amatorska. Rok 2004, ledwo kilkanaście lat temu. Model 300x.

Świąteczną wysłał kartkę
Do samego prezydenta
Lecz nikt o nim już nie mówi
Nikt o nim nie pamięta (cytat)

Mnie też to trochę zdziwiło. W końcu to absolutnie ostatni Canon EOS na film. Ostatni mohikanin. Przedostatni mohikanin często zabija ostatniego mohikanina, żeby nim zostać (St. J. Lec)

No i ciekawe czy jakieś analogowe aparaty znanych systemów autofokus są jeszcze dzisiaj produkowane? Szukam i szukam, ale nie mogę się dokopać do żadnych oficjalnych danych. Jak zwykle- wejście na rynek jest ogłaszane wśród fajerwerków, a zakończenie produkcji odbywa się po cichu. Wygląda na to że nadal można kupić sobie nowego Nikona F6- co prawda w USA i co prawda chyba nie wyprodukowanego w 2016, tylko z zapasów magazynowych. Już ze trzy razy czytałem o jego śmierci i definitywnym zakończeniu produkcji. No i cena nie jest zbyt przystępna- 2300$. Niemniej jest to aparat, który ma, jak myślę, pewne szanse się sprzedawać dalej- jako ostatni profesjonalny aparat autofokus na film. Niektórzy pasjonaci zapewne byliby nim nadal zainteresowani. Nikon F6 miał szczęście być ostatnią maszyną z najwyższej półki, wszyscy konkurenci z tej półki ukazali się trochę wcześniej, zatem i wcześniej wyginęli.

http://www.nikonusa.com/en/nikon-products/film-cameras/index.page

Drugi nadal dostępny lustrzany analogowiec Nikona- FM10 się nie liczy. I to podwójnie. Po pierwsze jest manualny, a po drugie jest tak naprawdę Cosiną z napisem Nikon.

Canona i Pentaxa analogowego nie znalazłem żadnego. Minolta już nie istnieje a Sony, które przejęło schedę nie bawi się w fotografię na film.

Manualne lustrzanki na film, z systemowymi obiektywami są oczywiście nadal produkowane, zwłaszcza przez Cosinę- Voigtlandera (Besa).

Tymczasem porzućmy teraźniejszość, wsiądźmy do srebrnego De Loreana i zatrzaśnijmy skrzydlate drzwi. Niedaleka przeszłość. Rok 2004. Czerwone cyferki mrugają na indykatorach.

Właściwie to trochę dziwię się, że Canon 300x w ogóle powstał. Produkcja nie trwała nawet roku. Jak wiemy z historii różnych korporacji- nagłe zwroty akcji kasujące niespodziewanie różne produkty, które być może miałyby szansę na dalsze istnienie zdarzają się dość często w przyrodzie. Na rynek japoński wychodził pod nazwą EOS Kiss 7, a na rynek USA jako EOS Rebel T2. Ten Canon to zawsze tak wymyślał.


300x był aparatem bardzo teoretycznym. teoretycznie był następcą 300v i nawet był do niego dosyć podobny. Teoretycznie był też aparatem dla amatora. Różnica między teorią a praktyką jest taka, że w teorii nie ma różnicy między teorią a praktyką a w praktyce jest (cytat). W praktyce Canon postawił niektóre rzeczy na głowie. Był to aparat typu "rzutem na taśmę" albo "jak to nie chwyci, to już chyba nic innego". No i okazało się że jednak nie chwyciło. Canon 300x okazał się ostatnim aparatem EOS na film. Cyfra zabiła analoga.

Video killed the radio stars.

Canon troszkę nie miał też wyjścia, bo inni jego konkurenci (zwłaszcza Pentax modelem *ist) także przyjęli tę filozofię. Jedziemy po całości.

EOS 300x z 2004 roku w praktyce powstawał w czasach całkiem już współczesnych lustrzanek cyfrowych. Trudno w to uwierzyć, ale powstał aż rok później niż słynny 300D (wrzesień 2003), najtańsza cyfrowa lustrzanka na rynku i pierwsza przeznaczona dla amatora. Przy tym pierwsza, która zrobiła szał, run i była masowa.

Aparat na film wypuszczony w tak przełomowym momencie nie mógł mieć lekko. Mimo tego inżynierowie Canona walczyli do końca, a księgowi w tym czasie zostali zamknięci w wc z urwaną klamką, żeby nie przeszkadzali.




Nasz 300x, teoretyczny następca 300v (raptem po dwóch latach produkcji) miał z nim wspólny głównie ogólny kształt. W środku był znacząco inny. Gdy spojrzymy na dane techniczne dostrzeżemy to od razu- w środku aparatu dla amatorów został zamknięty duch narzędzia dla półprofesjonalistów. Osiągi 300x wykroczyły poza wszystkie wcześniejsze aparaty dla amatorów, jakie Canon do tej pory oferował. W ilości funkcji czysto fotograficznych (nie związanych z obsługą matrycy) 300x był lepszy niż cyfrowy 300D.

Parametry migawki przewyższyły poprzednika dwukrotnie- zastosowano taką o najkrótszym czasie 1/4000. Zmieniono tryb przesuwu filmu- 300x wyrabiał 3 klatki na sekundę przy zablokowanej ostrości i 2,8 klatki gdy aparat był w trybie ostrzenia ciągłego. To było o połowę lepiej niż u poprzednika i o 1/3 lepiej niż w cyfrowym 300D. Zwłaszcza, że cyfrowy kończył serię na 4-ch zdjęciach, kiedy dostawał cyfrowej zadyszki, a w 300x można było w tym tempie machnąć 36 klatek z rolki. To były czasy!

Canon chwalił się najnowszym systemem pomiaru błysku E-TTL II, znanym wcześniej tylko z cyfrowego profesjonalnego cyborga- EOS'a 1D MkII. Mierzył on światło bardziej precyzyjnie niż poprzednik, mocno krytykowany przez uzytkowników E-TTL.

Pamiętam że czytałem ongiś na jakimś forum (bodajże na nieistniejącym portalu foto.recenzja.pl) zjadliwie ironiczny komentarz na temat wcześniejszego systemu błysku, w którym komentujący opisywał że prosi wszystkich znajomych o stawienie się na imprezę sylwestrową w ubraniach w kolorze tzw neutralnej 18%-towej szarości (na ten odcień kalibruje się pomiar światła aparatów), ponieważ osobom ubranym na inne kolory, już nie mówiąc o czerni i bieli, nie może zapewnić obsługi fotograficznej- kontrasty mylą pomiar E-TTL Canona. Kto przyjdzie ubrany inaczej- sam jest sobie winien.

System E-TTL II jednak nie był tym, co najlepsze oferował Canon 300x. Najlepsza była wolność. Po raz pierwszy w amatorskim Canonie można było sobie sterować prawie wszystkim jak się chciało. A głównie- autofokusem.

W poprzednich amatorskich modelach tryb ostrzenia był powiązany z konkretnym trybem robienia zdjęć- żeby wymusić ostrzenie ciągłe należało użyć trybu sportowego (przy okazji chcąc- nie chcąc używać krótkich czasów, bo tak w tym trybie decydował aparat), żeby uzyskać wyłącznie pojedyncze wyostrzenie trzeba było strzelać w trybie "krajobraz" (tutaj Canon ordynował tylko wysokie przesłony), lub "portret" (w komplecie z ustawioną automatycznie przesłoną niską). Gdy nie używało się trybów tematycznych aparat sam decydował, czy ma włączyć śledzenie ostrością, czy nie.

To było corpus delicti poprzednich modeli amatorskich, a w 300x corpus został niespodziewanie rozpuszczony w dole z wapnem i nie był już delicti.

Podobnie było z innym automatycznym wynalazkiem Canona- błyskaniem lampą w celu wspomagania autofokusa w ciemnych warunkach. Może i pomagała ona autofokusowi, ale na pewno nie pomagała tym, w których stronę akurat błyskała. W EOSie 300x dało się ją nareszcie wyłączyć, używając funkcji indywidualnych.

Tak jest. Bo 300x był pierwszym amatorskim Canonem, który takie funkcje miał na pokładzie. Skromne, ale miał.

Poszerzono także o jeden stopień "drabinkę prześwietleń i niedoświetleń"- teraz można było przyciemnić lub rozjaśnić zdjęcie o 3 EV, ze skokiem co 1/2 EV, podobnie poszerzyły się możliwości bracketingu. Był to wynik o 1 EV lepszy niż w cyfrowym 300D.
Bogate wyposażenie, dużo funkcji z aparatu o półkę wyższego (za które jeszcze rok wcześniej trzeba było zapłacić wydając dwukrotność ceny 300x), fajny designersko kształt i ciekawie rozwiązane sterowanie.

Po pierwsze- dżojstik, czyli multikontroler- jeden z nielicznych użytych w aparatach analogowych- użyto go tu dość asekuracyjnie; służy wyłącznie do wyboru punktu autofokusa. Widać, że jest to po prostu funkcja dołożona do poprzednio występującego systemu Canona 300v, opartego na dużym ekranie z tyłu i kombinacji przycisków. No ale w żadnym innym aparacie Canona na film nie było takiego wygodnego urządzenia.




Po drugie- filozofia sterowania. Amatorskie Canony były już od kilku generacji budowane w ten sposób, żeby wszystkie funkcje obsługiwać tylko prawą ręką. (Ciekawe co na to osoby leworęczne?). Do dzisiaj cyfrowe canony dzierżą po części tę tradycję. W 300x zostało to doprowadzone do maksimum o tyle, że ilość funkcji godną śmigłowca Apache, a przynajmniej godną Canona 50, duża jak na aparat analogowy, została zgromadzona w całości po prawej stronie aparatu.

EOS 300x nie miał przecież dzisiejszego ekranowego menu, w którym można ukryć wszystko w zakładkach.

Na szczęście jest wielki ciekłokrystaliczny ekran tylny, tyle że uproszczony. Dzięki temu już poprzednik- Canon 300v wyglądał jak aparat cyfrowy. Można było się nabrać.

(Szedł facet koło koparki i dał się nabrać- sucharek).



Canon EOS 300x był produkowany tak strasznie krótko, że jest aparatem mało komu znanym w swojej sprzedażowej grupie docelowej. Spotyka się często pytania w internecie- czym różnił się on od poprzednika, bardzo popularnego EOSa 300v. Niemniej ci wtajemniczeni, którzy wiedzą o jego zaletach powodują, że gdy pojawia się na aukcjach to osiąga stosunkowo wysokie ceny- całkiem zgodne z jego rzeczywistą wartością jako narzędzia fotograficznego- ceny zbliżone do EOS'a 50e. Jedną z jego podstawowych zalet jest to, że 300x jest po prostu najnowszy i świeży, na ogół mało używany.

Funkcjonalność 300x jest może nieco mniej wygodna niż modeli "dwucyfrowych"- jak wspomnieliśmy- wszystkie funkcje ukryte pod jedną łapką nie dorównają obustronnym pokrętłom i dźwigniom wyższych Canonów, a przede wszystkim ich tylnym pokrętłom- więcej funkcji da się użyć szybko i intuicyjnie.

Wiele osób być może myśli o tym, że aparat ten jako ostatnie filmowe dziecko Canona może być jakąś ewentualną lokatą kapitału. Słabe są chyba na to nadzieje. Z dwóch przyczyn- aparat produkowany tak krótko, chociaż z kilku wymienionych powodów ciekawy nie zdążył zaskarbić sobie jakiegokolwiek sentymentu użytkowników. Po świecie chodzi mnóstwo osób, które z wielką nostalgią i uczuciem wspominają Canona EOS 5 (Przynajmniej dwóch z nich czyta Fotodinozę- pozdrawiamy!). Dla wielu aparat ten jest kultowy, przenajkultowniejszy, wiele cennych zdjęć strzelono za jego pomocą, na przykład zamieszczane u nas zdjęcia Dingo. Natomiast 300x jest w świecie fotografii kompletnym anonimem, aparatem jakim wiele.

Właściwie ciężko dopatrzeć się prawdziwego motywu stworzenia Canona EOS 300x. W części był kolejnym elementem wyścigu pomiędzy producentami- konkurował z Minoltą Dynax 60 (debiut w 2004), Nikonem 75 (z 2003) i Pentaxem *ist (2003). Zwłaszcza ten ostatni musiał być inspiracją dla inżynierów Canona, ponieważ podobnie jak w 300x zrzucał wysokie technologie z półki półprofesjonalnej na amatorską.

Gdyby EOS 300x zrobił większą karierę z pewnością zagroziłby mocno sprzedaży wyższych modeli- skoro widać tylko niewielkie różnice- to po co przepłacać?

Ciekawy jestem, czy projektanci tego modelu wiedzieli, że będzie to ostatni analogowy Canon? Być może tak, i wtedy jawi się on jako łabędzi śpiew na wysokich tonach, ostatni występ, opus ultimum, w który włożono wiele serca i technologii.

Jedyny problem, że ten wysoki dźwięk nie brzmiał zbyt długo.

Cyfra opanowała świat. Ale nie całkiem, nie całkiem, czego Fotodinoza dowodem.

Fabrykant

Dyrektor kreatywny walnięty o sprzęty.

CZYM SIĘ RÓŻNI CANON 300X OD 300V:

Podstawowe różnice techniczne           300x           300v

Ręczna zmiana trybu wyostrzenia         Tak            Nie

Można wyłączyć błyskanie podświetlenia
autofokusa                              Tak            Nie

Tryb błysku na drugą lamelkę migawki    Tak        Nie (tylko                                                     z lampy zewn.)

Kursor do sterowania punktami AF        Tak            Nie

Funkcje indywidualne                    Tak- 6         Nie

Max synchronizacja z lampą              1/125          1/90

Tryby synchronizacji z lampą         auto/ 1/125       auto

Tryb błysku                            E-TTLII         E-TTL

Liczba przewodnia lampy                  13             12

Minimalny czas migawki                  1/4000        1/2000

Opóźnienie samowyzwalacza           2 lub 10 sek      10 sek.

Szybkość przesuwu filmu AF One Shot     3kl/sek       2,5kl/sek

Szybkość przesuwu filmu AF AI Servo    2,5 kl/sek    1,5 kl./sek

Kompensacja ekspozycji i bracketing    +/- 3 EV       +/- 2 EV




Źródła:



Instrukcje użytkowania Canon EOS 300v, Canon EOS 300x



Fajne porównanie pierwszego i ostatniego Canona EOS na film:




Porównanie z konkurentami:




Zawsze dobra technoklopedia Canon EOS:
http://technoclopedia-canon-eos.com/
 













18 komentarzy:

  1. Cóż, nie kupię go sobie. Ale ten cytat godny zapamiętania:
    "Różnica między teorią a praktyką jest taka, że w teorii nie ma różnicy między teorią a praktyką a w praktyce jest". :D

    OdpowiedzUsuń
  2. ciekawie napisane, ale jakos nie zapragnalem takiego aparatu, jak bym juz mial robic zdjecia na kliszy okazjonalnie, to i tak wolal bym cos klasycznego, porzadnego, metalowego, chocby Zenita

    Aha! Fabrykancie mam stara lampe ciemniowa Kodak z orginalnym filtrem czerwonym, szacunkowo jakas polowa lat 70, do odczyszczenia, ale ladna, mocowana do sciany z mozliwoscia obracania, pochylania, spalona dziwna zarowka (ale zwykla biala), trzeba by sobie oprawke zalozyc na taka zwykla na maly gwint, bo nie wiem czy taka dziwna zarowka jest do dostania (wyglada jak nieco wieksza samochodowa podwojna pozycja-stop, tyle ze ta ma jedno wlókno, ale 2 styki z tylu) - moge Ci oddac gratis, moze Ci sie przyda bardziej niz tylko jako ciekawe "coś"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki bardzo za tę propozycję, ale przyznam, że lampy błyskowe to coś od czego staram się być z daleka, bo nie lubię. Studyjnych zwłaszcza. Ale bardzo dziękuję. Niestety chyba mi się nie przyda. Z resztą wyrzucą mnie chyba z domu za kolejny grat trzymany w koejnej szafie. Muszę się ograniczać.

      Usuń
    2. ale to nie blyskowa i nie studyjna, tylko ciemniowa, czerwona, do wywolywania negatywow ;)

      Usuń
    3. A! Ciemniowa! Niedoczytałem, mea culpa, strasznie małe te ekraniki androidowe, a i wzrok już nie ten, Panie nie ten. Sorry. Ciemniówka to by się i owswzem przydała, tylko nie wiem czy wysyłanie tej lampy via poczta nie byłoby przesadnym kłopotem. Jestem teraz na małym wyjeździe zatem proponuję dogadanie sprawy mailowo za dwa-trzy dni- mój mail: fabrykant@o2.pl. Pozdrowienia!

      Usuń
    4. napisalem, ale brak odpowiedzi...

      Usuń
    5. Odpowiedź nastąpi wieczorną porą. Dzięki!

      Usuń
    6. Panie Benny, ale masz Pan rzeczywiście silną nostalgię do rzeczy starych. Naprawdę wolałbyś Pan Zenitha od Canona? I naprawdę uważasz Pan, że Zenith to był porządny sprzęt? No może był porządny, na tle Smieny, ale nie wytrzymywał absolutnie porównania do ówczesnych sprzętów z tzw. wolnego świata. Miałem, używałem, wiem co piszę, w tamtych czasach zamieniłbym Zenitha na Canona z pocałowaniem ręki. A tak tylko filozoficznie dodam, że wszystko jest dobre albo złe, zależy tylko do czego daną rzecz przyrównamy.

      A, i jeszcze muszę na chwilę wrócić do naszej dyskusji o magnetofonach. Trochę żeś mnie Pan zaciekawił i poszperałem, poczytałem i miałeś Pan sporo racji, przyznaję. Okazuje się, że popularne kaseciaki to właściwie najgorsze rodzaje magnetofonów, a przyjęły się ze względu na wygodę obsługi. A dobre szpulowce z szybkim przesuwem taśmy, rzeczywiście były rewelacyjne jeśli chodzi o odtwarzany dźwięk. No, ale urodziłem się niestety za późno by się o tym przekonać naocznie.

      Pozdrawiam
      Waldeck_13

      Usuń
  3. hurgot sztancy25 lutego 2016 23:05

    a dlaczego my w Europie nie możemy kupić aparatu Kiss tylko jakieś iksy? swoją drogą to ciekawy łącznik z ostatnim wpisem na autobezsensie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Konkretnie z tym wpisem: http://autobezsens.blogspot.com/2016/02/przeglad-sownik-japonsko-europejsko.html

      Usuń
  4. Kiss kiss bang bang. W Europie też nie możemy kupić sobie jak ludzie Chevroleta Corvette. Jest tylko sama Corvette, bez Chevroleta. A te japońskie nazwy Canonów, to ja w ogóle nie wiem o co chodzi- to znaczy można się domyślać, że nazwy brzmiące egzotycznie dla Japończyka brzmią idiotycznie dla Europejczyka, rzeczywiście jak na Autobezsensie. Tylko dlaczego te nazwy w Japonii muszą być takie "zagraniczne"?

    OdpowiedzUsuń
  5. ee tez mi cos nietypowego, a w Polsce to niby jak jest? tez wiekszosc nazw roznych firm, produktow jest po angielsku, "bo panie, swiatowo!"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale wszyscy się jakoś tam starają, żeby było poprawnie i z jakimkolwiek sensem. A Japończykom to jakoś zwisa.

      Usuń
  6. Panie Fabrykancie, tak mi się przypomniało, jak żeś Pan napisał o tym ostatnim lusterkowcu Canona na filmy, jak moja jedna koleżanka właśnie wtedy, jakoś tak w 2004 r. strasznie chciała sobie kupić takiego Canona, być może tego samego, a że były one strasznie wtedy drogie, to pracowała oszczędzała, od ust sobie odejmowała i w końcu go kupiła. A jak już go kupiła, to dosłownie po kilku miesiącach okazało się, że zainwestowała w odchodzącą z tego świata technologię, a sprzęt tracił na wartości dosłownie z dnia na dzień. I to nie na zasadzie zwykłego starzenia się modeli, bo wchodziły nowe, tylko na zasadzie całkowitej zmiany w fotografii, bo właśnie wtedy dokonywała się ta cyfrowa rewolucja. Nie minął nawet rok, a ona została z aparatem w ręku, który był już niewiele wart, a ona tak się zaharowywała, żeby go kupić. Innymi słowy, została z tym aparatem jak Himilsbach z angielskim. Cała rzecz miała miejsce w Stanach i tam rzeczywiście jakoś tak szybko lustrzanki analogowe zostały wymienione na cyfrowe. U nas to jednak dłużej trwało, bo i droższe były a i siła nabywcza mniejsza. A tam, pyk, dzisiaj analog, jutro cyfra.

    Tak mi się tylko przypomniało.

    No to pozdrawiam
    DANN
    Waldeck_13

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak. To było troszkę przerażające. I bardzo ciekawe jest to że najtańsza lustrzanka w okolicach 2003 roku kosztowała mniej więcej 1200- 1300 złotych. Minęło kilka raptem lat i najtańsza lustrzanka cyfrowa kosztowała za chwilę też 1200-1300 złotych. Pomimo tego że trochę się różniła od tej analogowej. Bebeszków przybyło a cena ta sama... (Jak Himilsbach, he he- celne).

      Usuń
  7. Ostatnio rozglądam się za dobrym aparatem w przystępnej cenie i tak czytam na blogach. Jest taki duży wybór, że ciężko coś kupić. Albo za drogie, albo kiepskie opinie. Chyba po prostu dozbieram parę złotych i kupię coś z wyższej półki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Noo, to zależy co się chce. I do tego czy ma być nowe, czy używane. I z jakim obiektywem, bo od niego najwięcej zależy. Mogę się wypowiadać na temat używek. Moje propozycja niezadrogiego i świetnego analogowca Canona- EOS 50e.
      Moja propozycja niedrogiej i bardzo dobrej cyfrówki Canona- 30D.
      Mogę też dalej polecać, ale należałoby napisać czego się oczekuje.
      Co do obiektywów, to jest to temat- ocean.
      Ja z doświadczeń życiowych mogę wyciągnąć takie wnioski, że nie należy słuchać wszystkich naraz opinii. Ty mówisz- kupiłbym jakiś niedrogi i przyzwoity samochód- może używanego VW Polo? A wszyscy inni na to: Nieee, za małe, za ciasne, za wolne, beznadziejne, stare, nie kupuj nic poniżej nowego Porsche Cayenne, bo tym się nie da jeździć. Tylko Porsche Cayenne zapewnia szczęście wieczne.
      Najistotniejsze to określić własne potrzeby.

      Usuń
  8. A mi się udało kupić, nowy w sklepie, w 2005 roku i działa do dziś.

    OdpowiedzUsuń

Drogi czytelniku! Pragnę ostrzec, że wredny portal blogowy na jakim piszę bardzo lubi zjadać bez ostrzeżenia wpisy czytelników podczas ich zamieszczania. BARDZO PROSZĘ PO NAPISANIU KOMENTARZA SKOPIOWAĆ GO i w razie czego wstawić ponownie, na pohybel Google Blogger. Fabrykant.