wyświetlenia:

poniedziałek, 13 maja 2019

Miękkie podbrzusze Austrii







Weszliśmy do pierwszego za granicą Mc Donalda. Troszkę byłem zawiedziony, jak zwykle. W polskich Mc Donaldach nad kasami zawsze widnieje napis "Zamów Order". Zwykle zamawiam Virtuti Militari i jestem zadowolony. Tutaj się nie dało, bo napisy były po niemiecku.

Zamówiliśmy wszystkie te niezdrowe produkty, powodujące tycie, podwyższanie cholesterolu i zatykanie różnych ważnych aort. Potem trzeba było poczekać, co stanowiło dobrą okazję do porozglądania się po świecie.

Na ścianie wisiała na przykład tablica "obsługujemy was z zaangażowaniem" przedstawiająca zdjęcia i imiona pracowników. Były tam bez wyjątku same germańskie imiona takie jak Jaromir, Lenka, Čenek, Jiři i Kveta. Ale to jeszcze nie było najlepsze. Najlepszy był wiszący nad naszym stolikiem krzyż. Jaki krzyż? No taki zwyczajny. Na nim Jezus Chrystus. W McDonaldzie pod austriacką stolicą patrzył na jedzących burgery.

Zjedliśmy i ruszyliśmy na Wideń.


"Z pod Krakowa ruszyło się wojsko na Tarnowskie Góry, Opawę i Ołomuniec traktem ku Widniowi, gdzie prowianty obficie dla nas były nagotowane i magazyny założone co cztery mile, przez ziemię cesarską. Przy każdym magazynie była szopa budowana pełna owsów, chliba, ledwo nie wprost z pieca wyjętego, bydeł, baranów trzodami, sian strasznymi styrtami, piwa beczkami.

(...)
Cały dzień szliśmy ku Widniowi nie publiczną drogą, ale manowcami do marszu niesposobnymi, osobliwie do prowadzenia armat, gdzie, gdy jaka górka trafiła się, to sobą piechoty musiały wciągać; i takeśmy strawili cały dzień na tym marszu, który czyli umyślnie czyli z przypadku tak był powolny, żeśmy aż ku zmrokowi, po zachodzie słońca, stanęli z wojskiem na nocleg w dębinie, wielkie pół mili od Widnia".
Dyariusz wideńskiej okazyji Jimci Pana Mikołaja na Dyakowicach Dyakowskiego.

Wideń puściliśmy mimo, jeno tylko Dunaj obaczywszy, bo skierowaliśmy się, zupełnie jak bohaterowie powieści Mrożka - na południe tym razem.

Co ja wiem o Austrii? Niewiele. Wiem tylko, że kiedyś to był kraj od morza do morza, nawet Lwowa i Krakowa sięgał, a teraz jest maluśki, tyci tyci, ledwo go na globusie widać. Austriaków niewielu. Osiem milionów zaledwie. Zjedlibyśmy ich na śniadanie. Natomiast dzięki aktualnemu pobytowi i kontaktowi z autochtonami dowiedziałem się paru ciekawych rzeczy. Wiecie ile mieszkańców ma DRUGIE co do wielkości miasto Austrii, czyli Linz? Dwieście pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców. Następne w kolei większe miasta ledwo przekraczają sto tysięcy ludzi. 
No to ile ma stolica owego mikrokraju? Otóż ma milion osiemset tysięcy mieszkańców! Wszyscy Austriacy siedzą w Wiedniu, a reszta to prowincja.
No i ta Austria jest jednym z nielicznych krajów, którym Związek Radziecki odpuścił, po tym jak już je miał. Po II Wojnie Austria była podzielona na cztery strefy okupacyjne, amerykańską, francuską, brytyjską i rosyjską. ZSRR miał niemal 1/3 powierzchni kraju od strony wschodniej, czyli de facto od strony stolicy. Sam Wiedeń był, podobnie jak Berlin, wyspą na tym terenie i został podzielony również na cztery osobne strefy, wewnątrz okalającego go obszaru radzieckiego.
Jak to w ogóle się stało, że Rosjanie odpuścili Austrii? Mieli oni w powojennym rządzie austriackim co najmniej 1/3 najważniejszych ministrerstw obsadzonych austriackimi komunistami, a pierwszy premier Karl Renner uznawany był za marionetkę. A mimo tego odpuścili. Historycy spierają się w tej kwestii. Bogobojni Awstrijcy (ci, którzy zapewne powiesili krzyż w Mc Donaldzie) mówią o zbawiennym wpływie Matki Boskiej, patronki Austrii, do której cała Austria chodziła w regularnych masowych pielgrzymkach- krucjatach w intencji wyzwolenia kraju - organizował je zakonnik Peter Pavlicek, były sanitariusz i jeniec obozu w Cherbourg.

Mniej bogobojni wspominają jednak o gigantycznym odszkodowaniu, jakie Austria zapłaciła Rosjanom, po długich negocjacjach. Nieoficjalnie mówi się dzisiaj, że złożyły się na tę kwotę majątki austriackiej arystokracji. Dość ciężko znaleźć kwotę owych odszkodowań, Austriacy jakoś się tym mało chwalą na swoich stronach historycznych, milczą o tem Wikipedie. Ale znalazłem w końcu. To było 150 milionów ówczesnych dolarów, dzisiejsze półtora miliarda! Płatne w ratach po 2,5 miliona rocznie, plus 1 milion ton ropy.
Austriakom sprzyjała śmierć Stalina w 1953 roku i to, że w ZSRR trwały walki buldogów pod dywanem o schedę po nim. Do tego Chruszczow zdawał sobie sprawę z przewagi aliantów zachodnich i potrzebował kilku lat spokoju. W zamian za wpisanie w konstytucję austriacką neutralności kraj odzyskał niepodległość w 1955 roku.
Też byśmy tak chcieli.


Fot: Gryka.





Karyntia leży na dole Austrii. Ale nie-tak-strasznie-na-dole jak Tyrol, który przechodził w swym trwaniu z rąk do rąk, a i do dziś jest w połowie włoski. W Karyntii było znacznie spokojniej. Pierwsi i tak byliśmy tu my.

Znaczy Słowianie.
No dobra. Znaczy się pierwsi przed Germanami, ale już po Rzymianach i Celtach. Dopiero potem Germanie i germańskość, Habsburgowie i Austria. Ale do dzisiaj została tu garstka Słoweńców. Zapewne zapomnieli zwiać do Słowenii.
To co tu widać - to są same góry. Alpa za Alpą. Same Alpy. Człowiek żegna się w pięć minut z płaskim krajobrazem okolic Wiednia, a potem reszta kraju to góry. To tak jakby Tatry się zaczynały w Warszawie, a kończyły na Słowacji. To na pewno zmienia człowieka, taki górzysty kraj. Człowiek czuje się oddzielony od reszty Alpą i zaczyna kombinować osobnie, nie wiedząc co tam się za górami dzieje. Z tego zapewne powodu Austria to osobne stany - landy, a wcześniej księstwa.
Karyntia, niby taka sama jak reszta Austrii, czyścutka, grzeczna, uporządkowana, śliczna, ale górnym wiatrem można tu wywęszyć nieco inną specyfikę. Miękcej jakby. I jakby więcej staroci. 



Po wsiach stoją trzystuletnie stodoły, albo obórki. Czasami nieco nadgryzione zębem. Chałupy czasem (rzadko) zdają się być rodem ze średniowiecza i pewnie niektóre są. To się jakoś w Tyrolu nie rzucało w oczy, a w Karyntii - tak. Do tego całe rzesze zamków. I to zamków- nietypowo dla Austrii - w bardzo różnym stanie. Większość dotychczas widzianych austriackich zamków była w stanie wypieszczenia, jakby je przedwczoraj zbudowano, zamienionych w hotele, albo pełniących od stuleci rolę siedziby rodowej, wycyzelowane i wypucowane do cna. W Karyntii poszli na całość - jak się bawić, to się bawić: herbatę z cytryną poproszę - mają nawet trochę ruin zarośniętych krzaczorem. Niesamowite. Jak na Austrię.
(Uogólniam, bo niewiele z Austrii, tak naprawdę znam.)

Jednak jak zobaczyłem zamek w Gmünd, to pomyślałem, że chyba jestem po drugiej stronie południowej granicy tego kraju i że przypadkiem, nie zauważywszy trafiliśmy do lekko zapyziałych i naturalistycznych Włoch.

Bo jest takie miasto:

Gmünd


Automobiliści znają je skądinąd, wcale nie z zamku. To tutaj zbudowano pierwszy samochód marki Porsche. Ale nie celowo tutaj, tylko za sprawą licznych zbiegów okoliczności. W ogóle historia Porsche, to jest seria zmyłek. Ktoś, kto niespecjalnie interesuje się motoryzacją przypomni sobie zaraz Ferdynanda Porsche "ulubionego konstruktora Hitlera" i twórcę Garbusa (ciężko go nie znać, bo książka o nim stoi na półkach nawet w Tesco). To zapewne Ferdynand wymyślił niemieckie sportowe samochody Porsche, i to zapewne jeszcze przed wojną.

Nie.
Nie.
Nie.
To syn. W Austrii. Po wojnie.
Biuro konstrukcyjne Porsche zostało przymusowo przeniesione z Niemiec do Austrii w 1944 roku, ze względu na wzmożone bombardowania Stuttgartu. Minister Albert Speer nakazał Ferdynandowi wyniesienie się do spokojnej Karyntii, do Gmünd właśnie. Rok później wojna się skończyła, a Ferdynand Porsche został uwięziony przez francuskie siły okupacyjne i przesiedział w zamknięciu 22 miesiące. Tymczasem jego syn Ferry Porsche kombinował jak koń pod górę, żeby znaleźć zajęcie dla biura konstrukcyjnego, które właśnie straciło wojskowe zlecenia na czołgi i działa samobieżne. Wymyślił sportową wersję Garbusa. Przeprojektował auto i w Gmünd rozpoczął manufakturową produkcję roadsterów i coupe, wytwarzanych z aluminium, którego akurat było w nadmiarze w bezrobotnych fabrykach lotniczych.
Po kilku latach Porsche wyniosło się z powrotem do Stuttgartu, ale zanim się to stało, do warsztatu zaglądał często dziesięcioletni Helmut Pfeifhoffer, który z synami inżynierów z Porsche chodził do miejscowej szkoły. Pfeifhoffer połknął bakcyla motoryzacji na dobre. Czterdzieści lat później założył prywatne muzeum samochodów Porsche w Gmünd.
Muzeum mieści się w dawnym budynku stajni dworskiej, pięknym i świetnie odrestaurowanym. Przyznam jednak, że budynkowi poświęciłem niewiele czasu, wobec jego zawartości. Pełna relacja z muzeum jest tutaj na moim blogasku Motodinoza - LINK


Kopyto do nadwozi Porsche 550 Spyder.



Muzeum Porsche Gmuend

Egzemplarz Porsche nr 8.
Pan Pfeifhoffer, wraz z synem Christophem zebrali w swej stajni różne niewiarygodne cymesy, między innymi ósmy egzemplarz Porsche z 1948 roku, kopyta do produkcji karoserii aut, czy też jeden z czterech na świecie Garbusów z napędem 4x4 wyprodukowanych dla feldmarszałka Erwina Rommla do afrykańskiej inwazji. Muzeum jest miejscem do koniecznego obejrzenia dla każdego automobilisty, ale daje też sporo satysfakcji osobom niespecjalnie zainteresowanym samochodami - jest to po prostu kawałek ciekawej historii.

piątek, 26 kwietnia 2019

Jaki aparat Canon dla amatora. 2019


Gdybym był amatorem (a nie pełnym półprofesjonalistą, którym jestem) to bym chyba zwariował usiłując znaleźć na rynku jakiś aparat Canona dla siebie.

Canon sprzedaje w sklepach z siedem modeli amatorskich, pochodzących z różnych generacji i ponazywanych tak, żeby maksymalnie zmylić przeciwnika. Znaczy się klienta.

I już Zupełnie Zmylony, powiedział prędziutko i piskliwie:
-To jest pułapka na Misie i ja czekam, żeby w nią wpaść, ho-ho! Co to wszystko znaczy, i potem ja powiem jeszcze ho-ho jeszcze raz! (cytat)


Ponieważ od czasu do czasu ktoś ze znajomych pyta mnie jaki aparat kupić, postanowiłem nie być już Zupełnie Zmylonym, tylko na chłodno przeanalizować co z tej masy Canonów można brać, a co nie.


Jaki system?

Na wstępie takie uwagi: na rynku praktycznie nie ma dziś aparatów kiepskich. Wszystkie są przynajmniej dobre. Można jako pierwszy aparat dla zainteresowanego fotografią kupić bezlusterkowca, można kupić  lustrzankę. Bezlusterkowce uważa się dość powszechnie za przyszłość fotografii, ale póki co, ponieważ nadal jesteśmy w teraźniejszości, jeszcze rynku fotografii nie opanowały. Lustrzanki nadal trzymają się mocno. 


Kupując jakiś aparat z wymiennym obiektywem użytkownik zostaje wkręcony w cały system akcesoriów danego producenta. Jeżeli jeszcze nie wiecie, czy fotografia będzie was podniecać, chcecie tego dopiero spróbować - niemal każdy z systemów (Nikon, Canon, Minolta, Sony, Olympus, Panasonic itd.) ma jakieś w miarę niedrogie amatorskie zestawy aparatu z obiektywem, lub dwoma. Nie ma większego znaczenia co wybierzecie, w ostateczności możecie to za jakiś czas sprzedać, lub wręczyć chrześniakowi w prezencie. 

Natomiast gdy każdą chwilę poświęcacie na kadrowanie zdjęć smartfonem, czy kompaktem, a waszym hobby jest poszukiwanie pięknych widoków czy fajnych ujęć i potrzebujecie do owego hobby lepszego narzędzia - tutaj wybór systemu będzie dość istotny, bo fajnie jest kupić aparat, który da możliwość późniejszego dalszego wyboru w zakupach obiektywów, lamp błyskowych w rozsądnych cenach. Choćby używanych.

Bezlusterkowce mają pewne zalety, ale mają też wady. Są zwykle mniejsze, bez wyjątku wyposażone w wyświetlacze zamiast wizjerów i komunikację typu wi-fi lub bluetooth (co będzie atrakcyjne dla osób przywiązanych do smartfonów i mediów społecznościowych). Jednakże na ogół są nieco droższe (co jest nieuzasadnione, bo są tańsze w produkcji niż lustrzanki), zużywają szybciej baterie, a przede wszystkim są produktem dość młodym. Powoduje to, że gama obiektywów i akcesoriów do nich jest zwykle uboższa niż w lustrzankach. Do tego większość obiektywów dostępnych na rynku jest nowa, a używanych sprzętów jest do nich bardzo mało. Kupując bezlusterkowca skazujemy się raczej na późniejsze dość drogie zakupy nowych obiektywów. 

Są na to oczywiście pewne rady - przejściówki umożliwiające podłączenie do bezlusterkowca obiektywów z innego systemu - ale sposoby te niwelują nieco jedną z zalet bezlusterkowców, jaką są niewielkie wymiary sprzętu, do tego nie zawsze działają idealnie.

Ja na razie jestem za lustrzankami, no chyba że pieniądze nie mieszczą się wam w banku.

Wybierając lustrzankę skupiałbym się najbardziej na dwóch systemach, najszacowniejszych na rynku - Canonie i Nikonie. Istnieją jeszcze Pentaxy, Olympusy czy wymierające lustrzanki Sony z bagnetem A, ale żaden z tych systemów nie da wam takiej ilości akcesoriów i obiektywów, jak wspomniane dwa powyżej. Zajrzyjcie na Allegro czy Ceneo, a szybko się o tym przekonacie.
Skupię się tu na Canonach, bo znam je najlepiej i od kołyski.

Canony 2019

Najtańsze aparaty Canona to aktualnie (2019):

EOS 4000D - nowy
EOS 2000D - nowy
EOS 1300D - nowy, ale już mało dostępny
EOS 750D - nowy
EOS 760D - nowy
EOS 800D - nowy
EOS 200D - nowy




Prawie wszystkie powyższe nowe aparaty mieszczą się w granicach 2000,- złotych, a najtańszy kosztuje niecałe 900,- (bez obiektywu).

do tego należy rozważać niedawne modele używane:
EOS 1200D
EOS 650D
EOS 700D
EOS 100D




Wszystkie powyższe Canony są, o dziwo, tylko trochę od siebie różne, natomiast w swych podstawowych mechanicznych komponentach - całkiem podobne. Wszystkie używają tej samej migawki, i wszystkie tego samego rodzaju wizjera.

Jakie są między nimi realne różnice, a co najważniejsze - czy amator w ogóle odczuje te różnice?


sobota, 20 kwietnia 2019

Życzenia Wielkanocne


P.S. Spragnionym lektury polecam swój artykuło o historii Krośniewickiej Kolei Wąskotorowej na SNG Kultura "Wąskim torem do gwiazd" - LINK




poniedziałek, 15 kwietnia 2019

Polska centralna. Ja wiem co tam jest! Tam nic nie ma.







Podobno geometryczny środek Polski to Piątek. Więc w ostatni piątek ruszyłem w trasę dawno nie odwiedzaną, którą kiedyś przemierzałem wielokrotnie. Trasa była celowa, ale miałem trochę czasu i postanowiłem zatrzymywać się wszędzie tam, gdzie zwietrzę ładne zdjęcie. Nie ograniczać się. No bo co w końcu może mnie zatrzymać w centralnej Polsce, równinnej, monotonnej, zwykłej do niemożliwości? Wiadomo, że tam nic nie ma. Zwłaszcza na trasie Łódź, Kłodawa, Przedecz i z powrotem przez Krośniewice. Jest to kraina pierwotna, dla większości mieszkańców swojska, ale pozbawiona właściwości. 

Kiedyś jeździłem często tą trasą, ale odkąd na północ przepruła autostrada Amber Gold One (A1), odtąd ruch w stronę Torunia i Włocławka poszedł tamtędy, nowym szlakiem. 
Tymczasem postanowiłem odwiedzić stare kąty i boczne drogi, którymi, zanim powstała A1 przeciskało się z Łodzi do Włocławka, omijając kompletnie zatkaną trasę "starej Jedynki" (dziś droga 91). Zdradzę wam tajemnicę. Ona już nie jest zatkana. Właściwie  to nie ma tam nikogo.
To ten sam syndrom, który w Stanach wykończył Route 66 - cały ruch przeniósł się na autoban. A szczytem wykończenia na tej drodze są Krośniewice. Krośniewice są wykończone do cna. O Krośniewicach będzie później.
Kiedyś już zwiedzało się po drodze te tereny. Za pomocą książki "Dwory i pałace okolic Łodzi" ogarnęło się wtedy sporą część północy województwa. Niestety dawno to było.

Poszliśmy na spacer. Usiadłem na ławce,
mówiąc jeZU chrySTE, bo przesunął mi się akcent.
Oczywiście!... To nie woła jeść - co zdechło,
chcę cofnąć się w przeszłość, wiesz. Patrz, tutaj często
chodziliśmy na sanki, w weekendy i dzień powszedni;
tam, gdzie teraz banki i skład mebli.
A było tak wspaniale. Tak tęsknię za tym,
i nawet jak się załamałem na koloniach karate,
i jak na imprezie wyrzygałem pierwsze wino.
Czas mierzę od tamtych praktyk, dawno to było.

                              Afrokolektyw "Paranoja na bloku"

Jaka jest ta centralna Polska, w samym jądrze swej centralności? Wzrok większości przejezdnych prześliźnie się po owym monotonnym krajobrazie, równych szpalerach drzew, rozrzuconych gdzie bądź domkach, skromnych sosnowych laskach i polach ornych. Ale wyczulone oko tropiciela starzyzny i zapyzienia wnet dostrzega tam charakterystyczne punkty, które ciągną jak magnes. Oto jedziemy sobie równiną, pola, łąki, chałupki, kury, kaczki, drób, droga na Ostrołękę Łęczycę. Nic się nie dzieje. Jak w polskim filmie. Droga skręca raz tu, raz tam, po dawnych miedzach, które wytyczono jeszcze w średniowieczu, ale wewnętrzny radar nagle wyczuwa. Jest kępa!
Bo nie wiem czy wiecie, ale kępa jest najważniejsza.
Kępa starodrzewu wyłania się za zakrętem gdzieś wśród wsi. Zawsze charakterystyczna - zawsze liściasta, zwykle samotna drzewiasto wśród równinnych pól, dziko zarośnięta. Hamuje się machinalnie i wytęża wzrok, czy w kępie nie zamajaczy fragment jaśniejszego muru, oberwanych dachówek, krzywych rynien, gzymsów zarośniętych trawą. Czy nie zamajaczy dwór.
A może tylko ruina. Ale jednak.

Barok

Tuż za Zgierzem jest Dzierżązna, ale odkąd Dzierżązną zajęły się fundusze europejskie, nie stanowi ona dla wielbicieli starzyzny i patyny już zbyt wielkiej atrakcji. Wszystko tam nowe i śliczne. A tego byśmy nie chcieli (cytat).
Ale niedaleko w stronę Łęczycy zjawia się Modlna. I pierwszy obiekt, który, choć odnowiony, powoduje machinalne zdjęcie nogi z gazu. Kościół drewniany i to barokowy. Szesnasty wiek. 





Tradizzioni ruderi antichhi

A tuż za nim Skotniki. To nie dwór. To pałac.
Ten pałac działa bardzo pocieszająco. Nie zmienił się od dwudziestu lat. Zawsze wygląda tak samo, co jest bardzo pocieszające nie tylko dla konserwatystów, ale też dla miłośników zabytków. Nie tak łatwo jest zarąbać pałac!




Pałac, szczęść Boże ma na frontonie wypisaną datę 1843. Gdyby nie to, to nic o nim nie byłoby wiadomo, nawet konserwator zabytków jakiś taki małomówny na jego temat. Pewien czas temu był jeszcze otwarty, teraz ogrodzono go płotem. Pyk zdjęcie zza płota.
http://www.polskiezabytki.pl/m/obiekt/2203/Skotniki/

Countrex

Potem jest znowu nicośc pól i łąk. Ale w perspektywie majaczą jakieś ceglane budynki i kominy. Im bliżej tym większe.
Czy zwiedzanie zdechłych budynków pofabrycznych na wsiach to też jest urbex? Bo to przecież od "urban exploration" jest. Może należałoby wymyślić jakąś inną. Na przykład "countrex". Dokonałem wiejsko - rustykalnego countrexu w Leśmierzu. Jednej z najstarszych polskich cukrowni. Działała nieprzerwanie przez 170 lat. Nie wykonczyły jej zabory, pierwsza ani druga wojna, nie wykończyła jej wredna komuna. Dopiero nasz kapitalizm socjalizm korporacyjno - wielkokapitałowy udający kapitalizm ją wykończył. 







Cukrownię w 1838 roku założył Wilhelm Werner, członek zacnej rodziny o niemieckich korzeniach. Była to dla niego nowa branża, bo wcześniej był szeroko znanym fabrykantem farbiarskim, mającym swoje zakłady w Ozorkowie i Zgierzu. W nowy interes zamierzył wciągnąć swojego brata Bogusława. Wysłał go najpierw do Francji na studia cukrownicze, dopiero potem obaj Wernerowie założyli leśmierską cukrownię. Z początku skromną, później coraz bardziej rozrastającą się i przekształcaną w wielki zakład produkcyjny, a z samego majątku Leśmierz czyniący małe robotnicze miasteczko. Spółka Wernerów stała się za jakiś czas spółką akcyjną, a do jej udziałów przystąpili znani łódzcy fabrykanci, skoligaceni rodzinnie z Wernerami - Karol Scheibler (wówczas początkujący), a potem także Karol Geyer (jego Biała Fabryka jest dzisiaj łódzkim Muzeum Włókiennictwa). Zakłady były sukcesywnie modernizowane, wprowadzono maszynę parową "o sile 10 koni mechanicznych", a potem wielokrotnie bardziej wydajny napęd elektryczny. W szczycie swej działalności, w dwudziestoleciu międzywojennym, w cukrowni pracowało około dwustu ludzi, sam zakład zaś dysponował własną siecią kolei wąskotorowej, którą dowożono buraki cukrowe z okolicznych majątków rolniczych i rozwożono gotowe produkty. Zarządcą był wtedy Władysław Boettlicher.

O kolejach wąskotorowych jeszcze tu przeczytacie. O Władysławie Boettlicherze niespodziewanie też.

poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Paweł Bajew. Zdjęcia mentalnego pornografa.

Fot. Paweł Bajew


To jest narkotyczne. Szczerze przyznaję - uzależniłem się. Aż strach pomyśleć, co ten facet jeszcze wymyśli. I sfotografuje.

Portrety stają się niekiedy banalnym tematem. Dużo zależy od portretowanego. Jeżeli jest celebrytą, będzie miał setki podobnych wizerunków, różniących się co najwyżej tylko frzyzurą i zarostem (u niektórych), rzadziej miną (Wyguglajcie sobie na przykład "Angelina Joli portrait"). Rzadko zdarza się coś rzeczywiście wylatującego ponad poziomy, coś co łapie człowieka i jakkolwiek nim wstrząsa, tak że na widok portretu gotów jest zakrzyknąć - co za wspaniałe zdjęcie!


Fot. Paweł Bajew


Fot. Paweł Bajew

Niektóre portrety zapisały się oczywiście w historii fotografii, ale głównie ze względu na reporterski kontekst (np. Margaret Bourke - White ze zdjęciem matki w czasach kryzysu), albo ze względu na osobę fotografowaną (np. portret Churchilla Yosufa Karsha - do którego kazał wyjąc mu cygaro z ust, czym zapewnił sobie kwaśną minę premiera, czy też znane liczne portrety Marylin Monroe). Jednak zwłaszcza ostatnio, w dobie celebryckich gazet i reporterki ustawkowej (nie wspominając o ślubnej) portret został do cna zbanalizowany, a jego miałkość zwielokrotniona. Bierzemy jasny obiektyw, otwieramy przesłonę na maksa i cyk. Jest portret. To nic, że taki sam jak wszystkie.

Z dawnych czasów zapadły mi w pamięć fotografie Krzysztofa Gierałtowskiego, który forsował swój wyrazisty punkt widzenia i nadawał bez pardonu swoje piętno portretowanym. Uciął na przykład czubek głowy Jackowi Kaczmarskiemu, ponieważ krytykował jego voltę światopoglądową w stronę lewicy. Gierałtowski ostro kontrastował, podkoloryzował portrety, wyciągał twarze z czerni. Pamiętam nadal czerwoną gębę i ponure spojrzenie Piotra Fronczewskiego na jednym ze zdjęć. To było wyraziste, zdecydowane i niebanalne.


Fot. Paweł Bajew


Tymczasem Paweł Bajew. Najlepszą rekomendacją dla oryginalności portretów Pawła Bajewa jest to, że Facebook w ogóle nie rozpoznaje żadnych twarzy na tych zdjęciach i nie każe ich oznaczać. Oszukał wredną sztuczną inteligencję! 
Z drugiej strony, zważywszy że na portretach Pawła Bajewa czasami nikogo nie ma... 


Fot. Paweł Bajew

Czasem tak jest - czyta się książkę, która idealnie wpasowuje się w wyobrażenia, albo w potrzeby. Porusza czułe struny, rozbawia, albo wzbudza dreszcze. Ja tak mam z portretami Pawła Bajewa. Te zdjęcia mają przede wszystkim przewrotność. Po drugie mają dużo pomysłów na ucieczkę od wspomnianego banału. Po trzecie mają odwagę. Mają nawet odwagę unieważnić modela i potraktować go pretekstowo. Oczywiście w różnych proporcjach, ale jak widzicie proporcje te dochodzą w niektórych zdjęciach do stuprocentowego unieważnienia.

(Notabene spora część zdjęć to autoportrety. Możemy zatem poznać dogłębnie prawdziwy wizerunek artysty. Tylko który?)


Fot. Paweł Bajew

poniedziałek, 1 kwietnia 2019

Luksus kontra grat. Canon EF-S 24 f/2,8 vs Sigma 24 f/2,8 Super Wide Macro.





Dzisiaj będzie test całkowicie w pełni półprofesjonalny. Umiarkowany luksus i umiarkowany grat. Dwa sprzęty w bardzo atrakcyjnych cenach, na które stać nawet amatorów. Podstawowe pytanie testowe brzmi - gdzie jest postęp, panie Mecenasie?
Czy zdołamy dobrnąć do odpowiedzi?

Do każdego z tych obiektywów mam stosunek entuzjastyczny, choć do każdego inny. Boż one są różne jednak, pomimo podobieństw. Najpierw podsumujmy nówkę.

Naleśnik




Canon wypuścił na rynek obiektyw, którego nikt właściwie się nie spodziewał. Nikt się nie spodziewa hiszpańskiej inkwizycji! Nikt na niego nie liczył, ani o nim nie marzył szczególnie. Ba! ten obiektyw dublował wręcz inny model Canona, od lat już istniejący. Jednego z pierwszych stałoogniskowców w systemie EOS - EF 24 mm f/2,8 z 1988 roku, prostego, skutecznego i lubianego, zastąpionego potem znacznie droższą wersją ze stabilizacją obrazu (2012 rok). 
Nowy Canon pojawił się w 2014 i nazywał się niemal identycznie: EF-S 24 mm f/2,8, kluczowa jednak była literka S w nazwie, oznaczająca sprzęt przeznaczony na małą klatkę APS-C, podczas gdy stara, dwudziestopięcioletnia 24-ka EF obsługiwała oczywiście pełną klatkę, bo stworzono ją w czasach filmu analogowego. 


Pierwsze EF 24mm f/2,8 Canona, rok 1988

Drugie EF 24mm f/2,8 IS STM, rok 2012

Trzecie EF-S 24mm f/2,8 STM - naleśnik, rok 2014


To były czasy! Wtedy jeszcze dzisiejszą "pełną klatkę" nazywano filmem małoobrazkowym. Dopiero dzisiaj zyskała status luksusu i nobilitującą nazwę. Wtedy kingsajz był dla każdego.

Wszystko to przez matryce cyfrowe, które zredukowały standardowy rozmiar. Nowy model EF-S oprócz przeznaczenia na amatorskie matryce cyfrowe miał jednak jedną wyróżniającą się wybitnie cechę - był obiektywem typu Pancake. Pierwszego w swej historii naleśnika wypuścił Canon rok wcześniej, był to pełnoklatkowy model EF-S 40 f/2,8 STM. Dwudziestkaczwórka została jego młodszym bratem na małe matryce.
 Wygląda mi też na to, że te dwa obiektywy były w ogóle pierwszymi "naleśnikami", jakie Canon w swojej historii (od 1933 roku) wyprodukował.

Obiektywy typu naleśnik pojawiły się na świecie za sprawą fizyka pana Paula Rudolfa z firmy Zeiss już w 1902 roku. Skonstruował on prosty obiektyw z czterech soczewek o niezwykle małych rozmiarach, bardzo płaski - Zeiss Tessar. Wszystkie późniejsze naleśniki są pochodną tej konstrukcji. Mimo zadziwiająco małej grubości optyka Tessara jest znana z wysokiej jakości obrazu. 
Po osiemdziesięciu latach swojego istnienia zdecydował się na niego i Canon.

Konstrukcja naleśnikowego obiektywu 24mm na małe matryce APS-C miała sens jeszcze większy niż wcześniejsze o rok 40mm na pełną klatkę, bo pasowała niewielkimi rozmiarami do rozmiarów amatorskich aparatów. Zyskiwała go dodatkowo, wobec spodziewanego ataku aparatów bezlusterkowych konkurencji. Canon zawczasu pomyślał o miniaturyzacyjnym orężu, pozwalającym się doczepiać do jego najmniejszej lustrzanki i chwalić się podobną poręcznością co atakujące go Sony czy Olympusy.
Obydwa naleśniki Canona miały dość umiarkowaną cenę, która taką pozostała do dziś - są jednymi z najtańszych jego obiektywów. Czy warto, panie Mecenasie rozważać zakup takiego ledwo odstającego od aparatu gówienka?

Staruszek




Drugi obiektyw jest najpopularniejszą w czasach przedcyfrowych Sigmą. Sigma załatwiła tym sprzętem wielu producentów na cacy. Zabiła nim wiele much za jednym zamachem. Po pierwsze jest to obiektyw - uwaga uwaga, nie uwierzycie - o rok starszy niż cały canonowski system EOS. Wyprodukowano go z myślą o pierwszym autofokusowym aparacie świata sprzedawanym z sukcesem, czyli Minolcie 7000. Sigma zmodernizowała wtedy swój manualny obiektyw 24 mm, konstruując narzędzie do podgryzania dużych graczy rynkowych, którym wtedy w żadnym razie nie była. Zbudowano zatem sprzęt wszystkomający - po pierwsze mocno szerokokątny, po drugie dający rekordowe możliwości zbliżenia makro, po trzecie niewielki, a po czwarte prawie o połowę tańszy niż wszystkie podobne obiektywy konkurencji.

piątek, 22 marca 2019

W jeden dzień dookoła Josefa Petzvala.



Pisałem, ale napiszę i setny raz: jak kto chce egzotyki liznąć, doznać szoku kulturowego, to daleko nie musi jechać. 

Kiedyś, dawno temu, chciałem okrążyć Morze Śródziemne. Palmy, wielbłądy, Afryka dzika, chałwa Bosfor. Ale po pierwsze trzeba mieć na to miesiąc urlopu, a po drugie parę wojen wybuchło nad brzegami tego morza w międzyczasie i nie wszędzie się przejedzie. Potem chciałem, skromniej, okrążyć Morze Czarne. To było z dziesięć lat temu. Niestety nasz najukochańszy sąsiad napadł w międzyczasie na parę krajów leżących po drodze i nie mam ochoty ryzykować kulki z kałacha dla tej szczytnej idei. 


Ale za to zaryzykowałem jeden dzień z życia, żeby okrążyć Tatry.
Co? Że egzotyki mało? Oj, nie macie pojęcia jak w niektórych miejscach można zebrać tam szczękę z ziemi.




Wycieczka była szybka, krótka i niezbyt dogłębna. Ale wystarczyło. 
Ongiś, w Liptovskim Janie na Słowacji będąc (co relacjonowałem na Fotodinozie - TUTAJ), zauważyłem w centrum mieściny małą budkę drewnianą ze skromnym napisem "Wino i sery lokalne". Napis był interesujący, tylko jakoś nie zdarzyło mi się tam wtedy, w ongisiu, wstąpić. Natomiast teraz był mus. Zatem skierowaliśmy wierny pojazd fabrykancki w stronę Liptovskiego Jana i jego drewnianego przybytku.
Zaparkowaliśmy na miejscu i ruszyliśmy ku drzwiom. I wtedy!
ŁUP, ŁUP, ŁUP, ŁUBUDU!!!! Trzask! BRZDĘK tłuczonego szkła! A potem zza drzwi rzeczonej budki straszne wrzaski, głównie kobiece, ale też i grubaśne męskie okrzyki. Potem chwila ciszy. Ręka zadrżała Współfabrykantce na klamce tego minisklepu. Idź lepiej przodem - rzekła. Poszedłem, z pewną taką nieśmiałością.
W środku coś na kształt mikroskopijnej gospody. Lada, trzy stoliki z sześcioma nieco ponurymi panami pijakami, o nieco czerwonych gębach i mętnym wzroku. Podłoga w stłuczonym szkle. I żena za pultem naburmuszona strasznie i jeszcze pokrzykująca na groźnie. Stanęliśmy skromnie z boku i czekaliśmy na ostudzenie atmosfery. Najbliższy pan tubylec złapał mnie niespodziewanie za ramię. Ale nie zaczepnie. Krzepiąco mnie złapał. Tu nic! Nie bójcie się! - mówi - to ten głupi, o - pokazuje - kufel zbił. Nic wam się tu nie stanie. A! Polacy? Wchodźcie, wchodźcie, przepraszamy za niego.
Żena za pultem, wciąż wkurzona, wreszcie zwróciła się do nas i obsługiwała nas z marsem na czole. Co tam chcecie? Wina? Którego? Nie wiecie? A dobra, to zaraz wam dam spróbować. Czerwone i białe polało się do plastikowych kubeczków z kraników zamontowanych w ścianie. Chwilę nam zajęła degustacja (cztery kraniki!) i decyzja, trwało to z siedem minut jakie spędziliśmy przy ladzie. Podczas tych siedmiu minut po kolei wszyscy panowie pijacy podchodzili do nas i po kolei wszyscy solennie nas przepraszali za zamieszanie.

Pokażcie mi taki bar w Polsce, w którym rozrabiający pijacy przyjdą cię przepraszać! Tylko u nas tabliczki w barach: "Mistrzów świata uprasza się o zachowanie spokoju".


Zaopatrzeni w czerwone wino porzeczkowe, a przede wszystkim w nowe egzotyczne doświadczenia z ludnością tubylczą, ruszyliśmy zwiedzać dalej słowacką egzotykę. Liznąć. Liznąć przez szybkę, bo co można w jeden dzień. 





W drodze dookoła Tatr nasuwają się następujące obserwacje krajoznawcze: na Słowacji skromniej i z mniejszym zadęciem. Jak kto w Polsce inwstuje w, załóżmy, hotel z basenem, to bierze taaaaaaaki kredyt i zrównuje z ziemią to co było, a potem tam stawia taaaaaaaki wypas, wyłożony kostką, blachą kwasówką, świerkiem syberyjskim i szkłem lustrzanym. Na Słowacji bierze się najpewniej jakiś mały kredycik i stawia skromnie, rozbudowując to co jest. Ma to swoje zalety. Pejzaż jakiś taki więcej spójny.


XIX wieczna huta koło Podbieli.
Pejzaż panie na tej Słowacji jakiś taki inny. Tatry, niby te same co u nas, wyglądają od południowej strony jak z kosmosu. Wielka, przeogromna skośna platforma łąk i hal podchodzi z doliny Popradu tym Tatrom do połowy, a potem wystrzelają one w górę niczym Alpy w miniaturze. Daje to ciekawy efekt - widać je z odległości dziesiątek kilometrów, w przeciwieństwie do naszego Podhala, kiedy to nikną za górkami i dolinami i za chwilę ich już nie dojrzysz. Cały boży dzień w samochodzie mieliśmy Tatry na widoku.



Bobrovec


Bobrovec

Bobrovec

Jalovec

poniedziałek, 11 marca 2019

Historia podwodna. Koniec blogów.



Historia podwodna naucza wytrwałych
Jak tu żyć 
żeby zgnić.
Jak zawsze wykwintna, omawia dlaczego
Cały sens
Znowu wklęsł.
         Lech Janerka


No i co?! Facebook zostaje sam jak palec, albo jak ten Himilsbach z angielskim. Google Plus, jego najpoważniejszy konkurent właśnie oznajmił, że wysiada. On już nie może i wychodzi.

Google plus był znacznie mniejszy od Facebooka, udawał tylko większego niż jest. Może nawet i wy byliście nieświadomymi użytkownikami tego portalu, bo profil Google był dodawany automatycznie do zakładanego konta mailowego na Gmail, oraz do kont na Youtube. W rzeczywistości było tam aktywnych 5 - 6 milionów postujących. W porównaniu do 2,27 miliarda ludzi których połknął portal z niebieskim "F" to rzeczywiście nic.
Ale jednak wyobraźcie sobie frustrację, jaka może ogarnąć człowieka, który pracowicie komponował tam swoje teksty, albo wrzucał ciekawe zdjęcia. Na ogół nie były to zdjęcia kotków i kaw ze Starbunia, bo Google Plus trzymał, excuses Facebooku, wyższy znacznie poziom dyskusji.
Zdjęcia i wpisy znikają jak sen jaki złoty. Było i nie ma, jak w ruskim cyrku.
To jeszcze nie koniec historii znikania.

poniedziałek, 4 marca 2019

Jak się robi odbitki. Fotodinoza spąsoruje.



Drogie dzieci! Zdjęcia wyświetlane na ekranikach waszych smartfonów to nie jest coś co istniało zawsze. Dawno dawno temu, myślę że tak z piętnaście lat do tyłu, zdjęcia wyświetlane za pomocą świecących pikselków nie były uznawane za prawdziwe zdjęcia. Zresztą częściowo słusznie- wystarczy że wyświetlicie swoje zdjęcie na smartfonie i komputerze jednocześnie, żeby się przekonać, że to co nieco dwie różne wersje tego samego zdjęcia. Nie mówiąc już o możliwościach technicznych wyświetlania dostępnych dzisiaj i piętnaście lat temu. Nie mówiąc już o przejściach tonalnych od czerni do bieli, które na dowolnym monitorze znacznie różnią się od tego co oferuje papier fotograficzny (przede wszystkim papier fotograficzny nie świeci, czym przypomina raczej czytnik e-booków niż ekran smartfona).

Ponieważ te piętnaście lat temu za prawdziwe zdjęcie uważano coś realnie wydrukowanego, i to uważano od czasów wynalezienia fotografii w ogóle, pojawienie się zdjęć na wyświetlaczach i ekranach uznawano za ersatz i iluzję, niegodną prawdziwego fotografa. Nadal uważam że jest w tym pewna racja. Otóż uważam choćby, że te zdjęcia które dla Was zamieszczam na blogu to nie te same zdjęcia, które wy oglądacie. Wyświetlają się Wam ciemniejsze lub jaśniejsze, mocniej lub słabiej kontrastowe, bardziej lub mniej nasycone. W zależności od tego na czym je oglądacie. I NIE MAM NA TO ŻADNEGO WPŁYWU, pomimo że spędzam nad nimi trochę czasu obrabiając je i zastanawiając się jak jasne/ ciemne powinny być. I to ja- pełny półprofesjonalista. A co dopiero profesjonalny fotograf- purysta!

Dopiero dzisiaj zdjęcia wyświetlane na ekranach są uznawane za te właściwe. Wszystko to wpłynęło na prostotę i łatwość ich oglądania, wygodę ich przechowywania i zmniejszyło ilość ścinanych na papier drzew.
Ale też zmieniło kryteria jakościowe. Na gorsze. Jednak po części na gorsze. Nikt nie zaprzeczy, że ilość oglądanych przez nas zdjęć wzrasta wciąż wykładniczo, a na to czy są lepszej czy gorszej jakości- większość widzów ma najzupełniej wyjechane.
Fotografowie też, zdaje się, przyjęli już ten standard wyjechania. Na podobnej zasadzie zniknęły z rynku także papierowe czasopisma fotograficzne ze zdjęciami, między innymi zasłużone "Foto" i "Popular Photography". Internet i ekrany wyświetlaczy pożarły je w całości.

O odbitkach wywoływanych analogowo napisano już księgi całe i stosy poradników. Ale drukowanie cyfrowe nie doczekało się specjalnych opracowań, oprócz specjalistycznych- dla właścicieli fotolabów. Chyba dość mało jest amatorów, którzy mają w domu fotolab, stojący pomiędzy telewizorem a kanapą w dużym pokoju. A ja, odwiedzając fotolab, od ponad osiemnastu lat lat ten sam - Fokal na Narutowicza w Łodzi - nigdy nie zainteresowałem się nim głębiej, niż tylko na tyle, czy aby zdjęcia są dobre. Zawsze były dobre. Więc ja, jak ten chłopczyk co to się nie odzywał ni słowem do wieku lat dwunastu - bo cukier zawsze był na stole.


Praca wre.



No ale dlaczego te zdjęcia wychodziły dobre?
I tu postanowiłem trochę wniknąć. Zgłębić choć powierzchownie. I podręczyć zatem Jacka Bergmana z Fokalu, żeby mi to wszystko pokazał i objaśnił.