wyświetlenia:

piątek, 19 września 2014

Cholernie ponury wpis. Lepiej nie czytajcie.



I Wojna Światowa zdemolowała jak tajfun całą Europę, wykosiła miliony ludzi, jednak nie wszyscy na niej stracili. Producenci broni i chemikaliów urośli w siłę, a właścicielom firm żyło się dostatniej. W pognębionych Niemczech przemysł chemiczny rozwinął się aż miło. Najsilniejsi z producentów postanowili stworzyć kartel chemiczny IG Farben.



Złożyli się pospołu-



Firma Bayer- znany i lubiany producent licznych leków, aspiryny, wynalazca epokowego poliuretanu (1937) , równie epokowej heroiny (Bayer AG registred trade mark, przed II wojną), oraz gazu musztardowego (Iperytu), stosowanego przez niemiecką armię w I W.Ś. I nazwanego, jak wiemy, od chemicznego ataku pod Ypres, gdzie zostało nim zgładzonych 20 tys. żołnierzy. Co ciekawe pochodne Iperytu, są używane do dziś w chemioterapii nowotworów.



(Bayer w brytyjskiej Wikpedii jest opisany, oczywiście z maksymalną polityczną poprawnością. Co złego- to nieistniejące IG Farben, byle tylko nic brzydkiego nie przyczepiło się do nazwy Bayer. Historia firmy zaczyna się w 1863 roku, a potem nagle przeskakujemy do 1918-go, gdzie opisane są konfiskaty znaków towarowych Bayera za sprawą reparacji po I wojnie. Ciekawe dlaczego?)



Badische Anilin und Soda Fabrik, znany dziś pod skrótem BASF, aktualnie największe chemiczne przedsiębiorstwo świata. Wynalazca, uwaga uwaga: magnetofonu (1932), polistyrenu (1930), polipropylenu (1937).

Wcześniej, po długotrwałych próbach, w 1913 firma ta dokonała syntezy amoniaku do produkcji pierwszych nawozów azotowych, (Podczas I W.Ś. używanego także do produkcji saletry- składnika prochu strzelniczego). Produkowała także chlorany i fosgen, w cywilu bardzo przydatne w przemyśle farbiarskim, podczas wojny doskonale sprawdzały się jako gazy bojowe- jedno z pierwszych użyć nastąpiło pod Sochaczewem, niestety (?) wiatr zmienił kierunek i zatruły się oddziały niemieckie.



Hoechst- producent barwników i farmaceutyków. W 1863 roku wyprodukowała jeden z pierwszych sztucznych barwników- fuksję (fuchsia). W 1906 dokonała pierwszej syntezy adrenaliny i w 1926 insuliny.



IG Farben zostało największym z filarów niemieckiej gospodarki przedwojnia. Do 1939 wchłonęło lub miało udziały w 400 firmach niemieckich i 500 zagranicznych, m.in. Dynamit Nobel Aktiengeselschaft. Już wkrótce zostało największym przedsiębiorstwem w Europie i czwartym na świecie, w rozmiarze przewyższały go tylko firmy amerykańskie.


IG Farben, zgodnie ze swoim statusem wybudował sobie w 1930 r największy budynek biurowy w Europie i będący takim do roku 1950, istniejący do dziś. Zaprojektował go Hans Poelzig:

"IG-Farben-Gebaeude Poelzig-Bau" by EvaK - EvaK.
Macki olbrzymiego koncernu sięgnęły obu stron Atlantyku. W USA w 1929 roku otworzono American IG Farben, a wielu wysoko postawionych Amerykanów zostało dyrektorami koncernu w USA, byli nimi w 1930 r. m.in. Edsel Ford (znany automobilistom), czy Paul Warburg członek Federal Reserve Bank of New York i prezes Bank of Manhattan, także Walther Teagle, dyrektor Federal Reserve Bank Of New York i prezes Standard Oil Of New Jersey (później Esso/ Exxon).

(Z Wikipedii, wpisując „American IG Farben” tego się nie dowiemy)

W 1927, nawiązano ścisłą współpracę, czy wręcz rodzaj handlowej zmowy z amerykańskim Standard Oil Rockefellera, Du Pontem, Dow Chemical, co pozwoliło przejąć patenty na syntetyczny kauczuk i benzynę, oraz finansować dalszą ekspansję.



Potem nadeszły czasy Hitlera. W latach dojścia do władzy niemieckich nazistów (1933-34) IG farben wsparło NSDAP kwotą 84,2 mln marek, i dzięki temu uzyskało wysoki wpływ na kierunki rozwoju niemieckiej gospodarki. Wielu z dyrektorów IG Farben zajęło wysokie pozycje w instytucjach państwowych. Dzięki skutecznej polityce koncern osiągnął pozycję monopolisty w dziedzinie przemysłu chemicznego, roczny zysk sięgnął w 1938 2,2 Mld Marek, ale nic nie pomogło mu bardziej niż wojna. W 1943 roku obroty IGFarben osiągnęły 4,2 Mld.

Nazizm wprowadzili także nieco zamieszania do koncernu- otóż sporą część jego twórców i filarów naukowych stanowili Żydzi, którzy znaleźli się na cenzurowanym. IG Farben musiało rozwiązać ten problem przesuwając część personelu do USA, a w 1938 roku wszystkie osoby pochodzenia żydowskiego definitywnie zwalniając.



Amerykańska część firmy zajęła się w tym czasie prowadzeniem prohitlerowskiego PR-u za Atlantykiem i łagodnym tłumaczeniem opinii publicznej antyżydowskiej polityki niemieckich nazistów.



W 1939 roku IG farben zakupiło na kredyt (nigdy nie spłacony) od amerykańskiego Standard Oil najwyższej jakości benzynę lotniczą za 20mln $, a także przejęło wielkie zapasy magnezu od Dow Chemicals; używany był później do produkcji materiałów wybuchowych i zapalników.

Czy to było moralnie naganne? Mniej więcej tak samo, jak sprzedawanie okrętów Mistral Putinowi.



W czasie wojny, która raczej nie udałaby się bez IG Farben, oraz wsparcia zaprzyjaźnionych amerykańskich firm, koncern produkował 100% niemieckiej gumy synetycznej, 90% niemieckich plastików i 95% produkowanych tu trucizn, oraz 84% niemieckiej produkcji materiałów wybuchowych. Niezła pozycja, prawda?




Fabryki były na okupowanych terenach przejmowane przez specjalnych wysłanników koncernu, oraz budowane przez IG Farben, razem z obozami pracy. W okupowanej Polsce, m in. w Policach, Dworach i Monowicach koło Auschwitz-Birkenau, którego 500.000 więźniów pracowało w fabrykach IG Farben, po czym zostało w większości wymordowanych. Auschwitz III (Monowitz) to była inwestycja IG Farben.

Zbudowano także wielką obszarowo fabrykę materiałów wybuchowych i bomb- Dynamit Nobel AG w okolicach dzisiejszych Krzystkowic- budynki fabryki były rozrzucone na kilometrowe odległości, żeby uniknąć katastrofy w razie wybuchu. Zatrudniano tu niemal wyłącznie robotników przymusowych i więźniów.



Należąca do IG F. Firma Degesh dostarczała do obozu Zyklone B- słynną truciznę z cyjanowodorem używaną do masowej eksterminacji ludzi, a firma Bayer- metanol do tego samego celu, umożliwiający także kremację w piecach.

Więźniowie obozów, oprócz niewolniczej pracy służyli za króliki doświadczalne przy testowaniu nowych leków, oraz produktów służących zagładzie.



Na terenie Niemiec pracowało dla IG Farben 103.000 robotników przymusowych sprowadzanych z okupowanej Europy.


Potem karta wojny odwróciła się.



Alianci zajęli Niemcy, Rosjanie zajęli Europę Wschodnią, z fabrykami koncernu i obozami koncentracyjnymi.

A Proces Norymberski zajął się IG Farben:

"Zbrodnie, o które oskarżono te osoby nie zostały popełnione w afekcie, bądź w wyniku nagłego impulsu. Nie konstruuje się przemyślanych machin wojennych wskutek rozbudowanej pasji, tak jak fabryk śmierci w Oświęcimiu w wyniku przelotnych napadów okrucieństwa. Ich celem było przekształcenie narodu niemieckiego w wojskową machinę, aby mogła narzucić własną dominację Europie oraz innym ościennym nacjom. Oni byli początkiem oraz końcem ciemnej opoki śmierci, która okryła Europę".

Telford Taylor - główny amerykański oskarżyciel w procesie norymberskim występujący przede wszystkim przeciw kadrze zarządzającej koncernu chemiczno-farmaceutycznego IG Farben.

 "Farben to był Hitler, and Hitler to było Farben"
Senator Homer T. Bone do Senackiego Komitetu Spraw Wojskowych.



Proces został przeprowadzony następująco: dyrektorzy niemieckiej części IG F. zostali skazani na kilkuletnie wyroki, z dyrekcji amerykańskiej odnogi koncernu skazano jedynie trzech obywateli Niemiec (W.Schmitz, F.T.Meer, M.Ilgner ), ciekawym trafem całkowicie przemilczano udział w koncernie jakichkolwiek Amerykanów, zwłaszcza że sytuację ułatwiało zniszczenie najważniejszych archiwów firmy w 1945 roku.



IG Farben została rozkawałkowana na pierwotne elementy- BASF, Bayer, Hoehst. Część przejęli Francuzi (Rhone-Poulenc, dziś Sanofi-Aventis), instalacje na Wschodzie- Rosjanie.



Z pozostałości po IG Farben utworzono firmę „I.G. Farbenindustrie AG w likwidacji” (I.G.F i L.),. wypłaciła ona 27 milionów marek odszkodowań dla przymusowych robotnikow żydowskich.

I.G. F. I L likwidowano baardzo długo – do 2003 roku, gdy ogłoszono jej bankructwo i wpłacono 500 tys marek na rzecz fundacji dla byłych robotników przymusowych III Rzeszy. W rezerwie pozostawiono 21 milionów marek, ale czas płynie, ludzie wymierają i zapewne nigdy nie zostaną wypłacone.



Minęło kilka lat powojnia. Przemysł chemiczny nadal stanowił strategiczną gałąź gospodarki. Takie były dalsze losy kilku byłych dyrektorów IG Farben:



Fritz Ter Meer, planista i wykonawca fabryk w pobliżu Auschwitz ,członek NSDAP, zbrodniarz wojenny, skazany w Norymberdze na 7 lat, został w 1956 roku ponownie szefem rady nadzorczej firmy BAYER, pełnił funkcję przez 10 lat.



Max Ilgner- główny organizator pozytywnego PR hitlerowców w USA, odpowiedzialny za fabryki chemiczne w Czechosłowacji- został po wojnie lobbystą, a później prezesem fabryki chemicznej w Zug.



Carl Wurster, nadzorujący fabryki w pobliżu Auschwitz został wieloletnim prezesem zarządu BASF. Na emeryturze pracował na wysokich stanowiskach w firmie Bosch i Allianz, oraz został protektorem późniejszego kanclerza Helmuta Kohla.



Georg von Schnitzler- wspierający niemieckich nazistów, odpowiedzialny za przejmowanie przez IG Farben wszelkich fabryk chemicznych na okupowanych terenach- najpierw polskich, później we Francji, przyznał się do „błędów w zarządzaniu”, skazany w Norymberdze na 5 lat, odsiedział rok, później został prezesem Deutsch-Ibero-Amerikanische Gesellschaft.



Hermann Schmitz, zaufany administrator gospodarki wojennej Hitlera (Wehrwirtschaftsführer), w IG Farben odpowiedzialny za kontakty z amerykańskim Standard Oil, skazany na 4 lata w Norymberdze, po wojnie członek rady nadzorczej Deutsche Bank i prezes honorowy Rheinische Stahlwerke AG



Co to ma w ogóle wspólnego z fotografią w ogóle, a Fotodinozą w szczególności? Niewiele. Głównie to:



Agfa- Gevaert wchodziła w skład IG Farben od 1925 roku. W 1936 roku była pionierem filmów kolorowych. To na kliszy Agfacolor Hugo Jaeger wykonał reportaż z 50-tych urodzin Hitlera w 1939 roku, a potem reportaże z okupowanej Polski.

Agfa też wpisywała się w politykę firmy:
Robotnice przymusowe w fabryce Agfa

Po powojennym rozkawałkowaniu koncernu przez Aliantów, fabryka Agfy we wschodnich Niemczech została przemianowana na enerdowskie ORWO. 

Agfa w Niemczech Zachodnich została wskrzeszona w 1952, jako własność koncernu Bayer, produkowała filmy i maszyny do naświetlania odbitek do 2006 roku. Dzisiaj zajmuje się głównie technologiami obrazowymi dla medycyny np. ultrasonografią, choć produkuje nadal filmy na potrzeby fotografii lotniczej:

I tak się ten świat toczy.
Jedyny sensowny wniosek jaki można z tego wyciągnąć: nie wierzcie Wikipedii.



Fabrykan
P.S. 
 
Polecam moje oryginalne kryminały z klimatyczną Łodzią w tle:
 
"Tramwaj Tanfaniego" dziejący się w czasach świetności przemysłowej Łodzi w roku 1905. Rzecz inspirowana prawdziwymi wydarzeniami - zabójstwem Juliusza Kunitzera, twórcy łódzkich tramwajów. Książka nagrodzona Exlibrisem Biblioteki im. Piłsudskiego za najlepszą powieść o Łodzi w 2021 roku. Polecana przez Władysława Pasikowskiego.

"Tramwaj Tanfaniego" jest do kupienia wysyłkowo tutaj: LINK

"Złoty peugeot" - niebanalny kryminał motoryzacyjny z epoki wczesnego Gierka. Tajemnicza zbrodnia, nieudolna milicja, zakulisowe przepychanki z władzą PRL. Skromny mechanik z ulicy Wschodniej chcąc nie chcąc musi zabrać się za dociekanie, dlaczego ktoś musiał zginąć i kto go zabił. Są wciągające tajemnice, splątane wątki, brawurowe pościgi samochodowe. Kryminał zawiera liczne aluzje do literatury popularnej z czasów PRL szczególnie do książek Niziurskiego i Nienackiego. 

Do kupienia wysyłkowo - TUTAJ 

"Deluks" - kryminał dziejący się w roku 1976 złożyłem się z kilku warstw, od tematyki automobilowej, poprzez dawne tajemnice Łodzi, kończąc na echach II Wojny Światowej. Tym razem aluzyjnie nawiązuje do tzw. kryminału milicyjnego, jednak dekonstruuje schemat i ironizuje z klimatów PRL. Mamy zespół pełnokrwistych bohaterów - od lumpów i milicjantów po profesorów i prywaciarzy, a między wierszami ówczesne stosunki polsko-niemiecko-żydowskie. Będziecie zaskoczeni!

"Deluks" do kupienia wysyłkowo - TUTAJ 

"Wariatka ze Spornej" - napisana wspólnie z Tomaszem Włodkowskim -Młoda policjantka, niedawno przybyła do Łodzi ma poprowadzić śledztwo, które będzie wymagało od niej szczególnego zaangażowania, cierpliwości, uwagi i... erudycji. Tytułowa ulica Sporna zdaje się trwać w niezmiennym od stu lat stanie, ale to tylko pozory. Miasto dookoła przekształca się w bólach, jest rok 2003, Polska ma zaraz wejść do Unii Europejskiej, niechciany bagaż PRL jest wciąż obecny, również w policji. Kto i dlaczego zabił znanego wykładowcę filmówki? Co ma wspólnego wielka sztuka i małe morderstwo? 

"Wariatka ze Spornej" do kupienia wysyłkowo TUTAJ


Napisanie powyższego artykułu wymagało przekopania się przez źródła:



Spiskowa teoria dziejów:







Jak ktoś chciałby przestać kupować oryginalną aspirynę to może tu poczytać:





Spiskowa teoria dziejów



Historia i teraźniejszość zakładów Dynamit Nobel Aktiengeselshaft w Nowogrodzie Bobrzańskim/ Krzystkowicach:



Tutaj galeria zdjęć z obiektów w Krzystkowicach:

wtorek, 16 września 2014

Wielki Zderzacz Hadronów. Bum! (Czeski duch i Viktor Kolař)



Bum, krach brzdęk! To Viktor Kolař zderzył rzeczywistość. I to samą ze sobą. Filozoficzne zderzenie leży chyba w jego naturze, choć to chyba niełatwe- tak zderzać.



Bardzo ciężko tak zauważać, jak zauważa Kolař. Człowiek tak idzie i idzie, widzi, ale nie zauważa. A on zauważa. I naciska spust migawki.



Mieszka w Ostravie i fotografuje swoje miasto przez lata całe- lata komunizmu i wolności. Zdjęcia Kolařa są jednak uniwersalne. Nie ogląda się tu samego miasta, a bardziej charaktery, zawody, sytuacje i status społeczny. Pomimo zglajszachtowania ludności pod panowaniem komuny- kontrasty są.



Właściwie jest to klasyczna, najklasyczniejsza street photo, choć jej charakter wywodzi się prosto z czechosłowackiej tradycji fotografii. Nie ma tu brutalności i zadziorności, szydzenia i judzenia, jest ciepłe, wyrozumiałe spojrzenie, abstrakcja
i dowcip. To śmieszne jest. Niektórzy nazwą to spojrzenie szwejkowskim podejściem do fotografii, i będą mieli rację o ile mają na myśli filozofię „róbmy swoje”. Ale, ponieważ właśnie przeczytałem Szwejka, po raz 199, stwierdzam że szeregowiec Szwejk był jednak 10 razy większym cynikiem niż Viktor Kolař. Bo Kolař nie jest cynikiem, ani trochę.



Wszystko to wydaje się głęboko humanistyczne, a nawet współczujące, wręcz czułe. Kolař zagłębia się w psychikę nieznajomych ludzi na ulicy, zbliża ich do nas, sprawia że ich rozumiemy. Może chodzi tu o zarejestrowanie na zdjęciu doświadczeń jakie znamy, pewnych powszednich zdarzeń, które dotykają wszystkich, ale dzięki zdjęciu stają się czymś istotnym, ważnym, zwracającym uwagę.



Na jednym z moich ulubionych zdjęć, tym:

można odgadnąć intencje i uczucia wszystkich występujących tam postaci. A co lepsza- można odgadnąć także intencje i uczucia samego fotografa. Wyłożę je łopatologicznie- przyszedł sfotografować młodzieżowy pokaz taneczny (zlecenie?), ale znacznie bardziej zainteresował się chłopakami, którzy futrowali się na wzgórku i tam skierował swój obiektyw. Było to po prostu ciekawsze, bliższe życiu. Marginesy wydarzeń są zawsze najciekawsze.



Zderzenia Kolařa są jak nagły przebłysk pamięci- syntetyczne i symboliczne. Wzruszające. Uderzające swoją oczywistością. Świat taki jest, tylko my nie zawsze to zauważamy. A dzięki zdjęciom Viktora Kolařa mamy chwilę na zastanowienie się nad tym.



Fabrykant

z www.fabrykaslubow.pl

P.S. Strona Viktora Kolařa: http://www.viktorkolar.com/ 

P.S. II: Poprzedni wpis o absurdalnej czeskiej fotografii: http://fotodinoza.blogspot.com/2014/03/esencja-z-ziemniaka.html

P.S. III: Następny wpis będzie bardzo bardzo ponury. lepiej go nie czytać w najbliższy piątek o 9.00. Strzeżcie się.

piątek, 12 września 2014

Pożegnanie z Sojusznikiem



Przedostatni Mohikanin często zabija ostatniego Mohikanina, żeby nim zostać.

St. J. Lec



Ostatni papieros skazańca. Ostatnie tango w Paryżu. Ostatnich gryzą psy. Ostatni będą pierwszymi. Czasem coś się ostatecznie kończy.



Na dnie szafy znalazłem rolkę. Kodak ProFoto 400BW. Nieprodukowany od 5-ciu czy 6-ciu lat. To ostatnia rolka.



Nie mogę pozować na konesera, który w zaciszu domowej ciemni traci noce na ręczne wywołanie filmu i zastanawia się za dnia nad parametrami naświetlenia odbitek za pomocą powiększalnika. To dawno temu było, ale minęło, jak sen jaki złoty.

Mogę co najwyżej pozować w innych dziedzinach, ale jeśli chodzi o zdjęcia na filmie, to lesersko oddaję je do wywołania i skanowania do laboratorium. I dlatego pokochałem Profoto 400BW szczerym i prostym uczuciem. Bo to film do procesu automatycznego- C41.



W najlepszym okresie kosztował 10 zł.



Zastanawiające, że sam proces C- 41 jest jednym z epokowych wynalazków Kodaka z roku 1935-go, razem z filmem Kodachrome. Od 1935 roku aktualnym do dzisiaj, a nawet do ostatniego istniejącego w niewiadomej przyszłości filmu, póki będzie potrzeba jego wywołania. Już nikt nie wymyśli nic w tej dziedzinie. To już martwy język. Jak łacina.



Ten Kodak to wymyślił właściwie wszystko, co kojarzy się z popularną, tradycyjną fotografią- w 1888 roku stworzył doskonały w swej prostocie wynalazek- giętki i trwały podkład dla emulsji światłoczułej, pozwalający produkować filmy w rolkach, zamiast dotychczasowych „suchych kaset”, proste aparaty dla każdego- Brownie (zaprojektowane przez Franka.A. Brownella w 1900 r)

Pierwszy Brownie 1900 r.
Brownie z 1935



(Wszystkie modele: http://www.brownie.camera/). Do tego genialny system wywołania. „Ty naciśnij przycisk, my zrobimy resztę”. Wysyłało się naświetlony film w aparacie do producenta, a otrzymywało gotowe odbitki i aparat załadowany na nowo.



„Podstawą systemu Kodaka jest oddzielenie w fotografowaniu tego, co może zrobić każdy, od tego, co może zrobić tylko ekspert (...). Dzięki naszemu aparatowi każdy, kto ma dość inteligencji, aby wycelować i nacisnąć przycisk – mężczyzna, kobieta, dziecko – nie musi korzystać ze specjalnych urządzeń lub posiadać wiedzy fachowej z dziedziny fotografii. Z aparatu można korzystać bez uprzedniego przeszkolenia, bez ciemni i chemikaliów

George Eastman, założyciel Kodaka.



Ten Kodak wymyślił nawet pierwszy aparat cyfrowy, z obrazem zapisywanym na taśmę magnetyczną i odtwarzanym na ekranie telewizora- w roku 1975-tym. Stworzył go Steve Sasson, inżynier Kodaka, aparat miał rozdzielczość 0,01 Mpx.

Aparat i jego twórca
Jednostka odtwarzania zdjęć


Ten Kodak później nawet produkował liczne matryce cyfrowe, które kupowali inni duzi producenci do swoich kompaktów, a także same aparaty cyfrowe.


A mimo tego wszystkiego niemal nie wyzionął ducha. Analizy, które czytałem na ten temat są dość pobieżne, pomimo sporej ilości słów, na przykład ta historia upadku Kodaka:


Z pewnością o wiele za mało energii poświęcano samym aparatom cyfrowym, żaden z kompaktowych Kodaków nie zapisał się jakoś szczególnie w annałach, a lustrzanki produkowano tylko dzięki uprzejmej współpracy Canona i Nikona, a potem Sigmy- były dosłownie przeróbkami analogów tych producentów na cyfrowe warianty. 

Co ciekawe, pierwsze eksperymenty budowano jeszcze na Nikonie F3 (rok 1991) i Nikonie F801s (1992).
 
Z lewej jednostka zapisująca, z prawej cyfrowy F3


Ostatnie (np. DCS PRO SLR/n i SLR/c 2002-2005), najbardziej zaawansowane, pełnoklatkowe lustrzanki Kodaka już w czasie premiery były krytykowane za niejaki anachronizm obsługi, bo sam Canon i Nikon wypuszczały już własne cyfrowe modele.
Z lewej Kodak DCS 620x na bazie Nikona F5 z prawej Nikon D1

Tu w krótkich żołnierskich słowach z półobrotu test Kena Rockwella Kodaka DCS 14n. Tutaj, między wierszami podsumowania, można wyczytać dlaczego Kodak zbankrutował:



Tu masywny test DCS PRO SLR/c:




Z pewnością zbyt wiele energii poświęcono filmom i aparatom APS, które okazały się klęską, tuż u progu rozkwitu ery cyfrowej.

Z pewnością rynek filmów przeżył gwałtowne załamanie, które należało przewidzieć.

Ale jednak zastanawia ta prosta droga od milionera do pucybuta.



Może Kodak był już zbyt duży i nieruchawy. (Jakieś mało ruchawe te wasze człowieki?- cytat), bo był blisko pozycji monopolisty w branży, która przeżyła nagły kataklizm.



Tymczasem filmy, zgodnie z przewidywaniem wszystkich stały się z produktu popularnego dobrem luksusowym. Tylko wariaci je jeszcze kupują. Zresztą, to jasne, zupełnie niedobrze robią ci wariaci, skoro mogą kupić sobie cyfrówkę, a kupują jakiś beznadziejny i niewygodny w użyciu relikt. Trzeba ich skasować na kupę szmalu.



Dlatego Kodak wykasował w okolicach 2008- czy 2009 roku Profoto 400BW za 10 zł.

To może nie był jakiś wyjątkowej jakości film. Może nie przypominał ziarna filmów do klasycznego wywoływania, może nie dawał jakichś wyjątkowych kontrastów. Ale komu to przeszkadzało? Był doskonałym koniem roboczym, dla tych którzy go potrzebowali. Siup rolkę do wywołania, a za chwilę skan, lub stykówki i wkładamy następną rolkę.

Właściwie to strzeliłem na nim wszystkie swoje ulubione zdjęcia ery analogowej. Był fajny i niedrogi.

Kodak Profoto 400BW, Tamron 20-40/2,7-3,5
Kodak Profoto 400BW, Tamron 20-40/2,7-3,5
Kodak Profoto 400BW, Tamron 20-40/2,7-3,5


Teraz proszę państwa już nie ma tak dobrze. Jest luksus. Jest Kodak BW400CN- za 25 złotych rolka. Przedostatni Mohikanin. A, przepraszam. Nie ma już BW400CN. Też już przechodzi do historii:




Ten cały luksus wydatnie przyczynia się do poprawy jakości zdjęć.



Nawet jeżeli jeszcze kupimy BW400CN, to trzy razy zastanowimy się czy nacisnąć spust za tą cenę, a jeszcze zawczasu ze dwa razy poprawimy kadrowanie.



Jedyna nadzieja jest taka, że produkcja kliszy nie jest specjalnie skomplikowana, ani kosztowna i zawsze znajdzie się jakiś Chińczyk, Tajwanin czy Tajwańczyk, ewentualnie Wietnamczyk, który zwietrzy w tym interes. Agfa już sprzedała licencje i pozwala ciąć swoje materiały do zdjęć lotniczych (nadal produkowane, po co?) na cienkie taśmy filmu 35mm, pomimo że sama ich nie produkuje.

Ale film, jako taki, z pewnością nie zniknie, bo jest w nim ta osławiona magia, czar tajemnicy i przyjemność. To nie ściema.



A teraz wkładam do aparatu ostatnią rolkę Profoto, pamiętając o wszystkich jego zasługach. Jakoś będzie trzeba sobie dać bez niego radę.



Salut dla Sojusznika!




Fabrykant

z www.fabrykaslubow.pl

P.S: Efekt strzelenia ostatniej rolki Profoto 400BW jest tutaj:
 http://fotodinoza.blogspot.com/2015/02/konkurs-na-blog-roku-2014.html




poniedziałek, 8 września 2014

Pseudonim Nikoś. Lekki Naciągacz Nikoś. Nikon Df.





Paanie! Kiedyś to było lepiej. Ach ta dzisiejsza młodzież. O czasy, o obyczaje! Jak byłem młody... Dawniej- to się działo! Nie to co dzisiaj. Przed wojną, to było dobrze! Pamiętam, była jesień.



No i dlatego retro jest na fali.



Parcie na retro stało się modne, gdy plastik zastąpił metal, a produkcja masowa wyparła ręczne manufaktury. Wzbudzanie sentymentów do przeszłości bardzo dobrze się sprzedaje, więc wszyscy na to lecą.



Nikon ostatnio pojechał po całości, bo ma po czym jechać, jako najbardziej zasłużona firma fotograficzna Japonii. Dużą część jej dzisiejszych aparatów projektuje notabene Giorgio Gugiaro, ten od Ital Design, Fiata Uno i Punto, Golfa I, oraz Maserati z lampami w kształcie bumerangów. Gugiaro został jednak odstawiony chwilowo na bocznicę (w pobliżu nastawni), a szeroką chochlą zaczerpnięto z tego co już było.

Ponieważ to retro wydawało się niemal idealnie przypominać manualne Nikony, pobiegłem do sklepu zobaczyć to na własne fotodinozowe oczy, pomimo że z manualnymi Nikonami nie mam prawie nic wspólnego. Dużo wspólnego mam za to z manualnym Pentaconem, Prakticą i Zenitem, więc uznałem że ledwo, bo ledwo prześlizguję się nad poprzeczką odpowiedniego doświadczenia.

W końcu Fotodinoza też jest retro, tylko nie-tak-bardzo-retro-jak-wszyscy.



Rzeczywiście! Osiągnięto maksymalną granicę uretrowienia aparatu. Specjalnie wyznaczony, starszy i doświadczony pracownik, pan Musashi Yamato stoi przy linii produkcyjnej Nikona Df i za pomocą specjalnej retrowaczki (ang. retrovatchca) doretrowuje do maksimum każdy egzemplarz. Następnie jest on poddawany specjalnej konroli uretrowienia, gdzie pięciu emerytowanych pracowników Nikona, zatrudnianych na umowę zlecenie, z zawiązanymi oczami maca wyprodukowany egzemplarz i porównuje ze wspomnieniami młodości. Dodatkowo podczas całego procesu produkcyjnego nadawany jest hymn Japonii, i to ten sprzed II Wojny Światowej.

Rzeczywiście, projektanci zrobili co mogli i dopracowali co się dało. Z przodu. Prawie jak Nikon. Z odległości 2-ch metrów ciężko rozpoznać czy posiadacz tego cacka jest prawdziwym hipsterem z manualem na filmy, czy tylko bogolem, który udaje (Nikon Df nie jest tani- o nie!) 
 

Z tyłu, co zrobić- musiał być kompromis- góra aparatu jest jak z lat 60-tych, a dół jak z 2010-ych, z dużym ekranem i przyciskami.



Jednak ogólnie bardzo to ładnie wygląda, przyznaję i doceniam. Stworzyli bardzo dobrą hybrydę nowego ze starym, dopracowaną. Nawet się do funkcjonalności ciężko doczepić, choć trochę można, więc za chwilę się doczepię. Jako znany malkontent i wesoły pesymista.

Czar retro nieco pryska, niestety, gdy weźmie się Nikona Df do ręki. Według mnie jest za lekki! Pamiętam wszystkie manualne aparaty, jako wielce solidną rzecz. Ich mosiężne korpusy były ciężkie i sprawiały wrażenie, że gdy zechcą nam je odebrać, to zawsze pozostaje alternatywa uśmiercenia przeciwnika uderzając kantem korpusu w jego twarzoczaszkę. Nikon Df jakoś nie przekonuje w tej roli. Jest z metalu, ale lekkiego, co mu na dobre nie wychodzi- niemal sprawia to plastikowe wrażenie. A w każdym razie wrażenie pewnej niewiarygodności tego retro. Niekonsekewncji.

Poświęcono tu efekt na rzecz praktyczności, nawet chwalą się tym w folderach- to najlżejsza lustrzanka z pełną klatką u Nikona. Czy warto było się o to starać, akurat w tym modelu?

Druga niekonsekwencja, zupełnie niezrozumiała dla mnie (nikonowego laika) to fakt sprzedawania aparatu à la manualnego z nowiutkim obiektywem bez pierścienia przesłon (typ G). Obiektyw ten został również uretrowiony, a jakże! Retrowaczka dodała mu aluminiowy, srebrny pierścień i trochę złotówek/ euro/ jenów do ceny. To wszystko.

Właśnie przeglądam katalog obiektywów Nikkor. Czego oni tam nie mają! Mają, na przykład AF Nikkora 50/1,8 D, z pięknym pierścieniem przesłon, mają na przykład AF Nikkora 35/2 D „Doskonały model do krajobrazów i portretów plenerowych”, także umożliwiający kręcenie przesłonami. No i dlaczego go nie dają w zestawie, zamiast uretrowionego plastiku? Chyba dlatego że bzyczą głośniej autofokusem, a w dzisiejszych czasach to nie uchodzi.

Aaaaa! Już wiem dlaczego! Żeby można było odróżnić bogola od prawdziwego manualnego hipstera, nawet z przodu!



Notabene, Nikon Df jest (wreszcie!) aparatem, który umożliwia pracę z niemal każdym, KAŻDYM obiektywem Nikkor wyprodukowanym od czasów gdy po Japonii chadzały dinozaury. Nie można używać tylko IX Nikkorów (czy coś Wam mówi symbol IX? Nie wiecie że  Przyszłość zaczęła się wczoraj. Ale się skończyła ?) oraz przerzadkich obiektywów z własnym autofokusem z F3AF. Tak powinno być w każdym banku! Tj. w każdym Nikonie. A nie jest.



Pokręciło się trochę aluminiowymi pokrętłami, wyciętymi w ząbki i ponumerkowanymi jak za dawnych lat. Nikon chwali się tym powrotem do korzeni: „Każde pokrętło nastawia tylko jeden parametr”. No i słusznie. Mam dwa zastrzeżenia- wszystkie kółeczka mają guziczek blokady, który trzeba nacisnąć, żeby móc kręcić. Te w centrum kółeczek są wygodne, ale to w lewym dolnym rogu, do blokowania kółka ISO jest wygodne tylko gdy aparat wisi nam na szyi, albo leży na stole. Gdy trzymamy go prawą ręką w powietrzu, to konieczna byłaby trzecia górna kończyna do pomocy. Japończycy z Nikona już nad tym pracują- niedługo będzie w sprzedaży, odpowiednio stylowa i uretrowiona.


Pokręło ISO ma jeszcze jedną małą wadę- cyferki ledwo się na niej mieszczą, bo najwyższe wartości to ISO 6400 i ISO 12800 (to już pięć cyfr). Wygląda to prawie jak 640012800, i gdyby nie pomocniczy wyświetlacz na górnej pokrywie możnaby nastawić nie to co potrzeba- przeczy to nieco deklaracji Nikona „Ustawienia czułości ISO, czasu otwarcia migawki i wartości kompensacji ekspozycji są cały czas widoczne i łatwo dostępne na górnej części korpusu aparatu (...) wystarczy rzut oka, aby zorientować się w bieżących ustawieniach (...)” Nie wystarczy, bo odróżnić ISO 6400 od 8900 nie sposób, gdy wskaźnik przykrywa cyferki, a wartość jest wyświetlana na górnym ekraniku tylko podczas zmiany.
No i jakie to ISO?

Dodatkowo aktualna czułość ISO nie jest wyświetlana w wizjerze (chyba że jest w menu jakaś opcja włączająca), co jest dość poważnym utrudnieniem.




Df jest właściwie prawie Nikonem D4, skrzyżowanym z retro, z pewnymi analogiami do innych pełnoklatkowych modeli, więc o jakości zdjęć, czy szybkości pracy nie napiszę ani słowa, wystarczy przeczytać któryś z testów- jest z pewnością bardzo dobra.

Bardzo dobry jest też marketing, jaki Nikon rozwija wokół Df: „Jest ucieleśnieniem tradycji i autentyczności. Dla niektórych użytkowników mniejszy korpus, o ostrych kształtach może być wspomnieniem epoki legendarnych lustrzanek analogowych Nikon (...) dla innych będzie to unikalny, zupełnie nowy aparat w klasie jakiej dotąd nie było.” Jak to nie było? Było już w latach 90-tych! Canon 50e, z pokrętłami zamiast przycisków, albo Pentax MZ-5. Czytamy dalej: „ zmysłowa satysfakcja” „wyczuwalnie wyższa klasa”, „wrażenia dotykowe”, „każde pokrętło mechaniczne jest wycięte z litego metalu, a każdy wskaźnik na pokrętle wygrawerowany i pomalowany” He, to nawet umieli w nieświętej pamięci Związku Radzieckim.



Należy jednak odczytywać ten marketing także między wierszami: Tytuł rozdziału: „Nie ma pośpiechu”, czytamy: „bez presji czasu i konkurencji powracam do mojej prawdziwej, kreatywnej natury, wybierając spokojną inspirację, zamiast gorączkowego pośpiechu”

I dalej, już drobniejszym drukiem:

„W przypadku wykonywania szybkich zdjęć, można zrezygnować z użycia elementów sterujących, a aparat Df sam zajmie się kontrolą ekspozycji w trybie automatyki programowej. Z aparatem Df w dłoniach miłośnikom fotografii trudno będzie się jednak oprzeć pokusie sięgnięcia do mechnicznych pokręteł, które inspirują do nadania zdjęciom niepowtarzalnego charakteru.”

Jeszcze nigdy nie znalazło się pokrętło, które zainspirowało mnie do nadania zdjęcim niepowtarzalnego charakteru, no ale może nie jestem marketingowcem.



A teraz tłumaczenie otwartym tekstem by Fotodinoza:

Te wszystkie retro pokrętła są fajne, ale tak naprawdę niezbyt wygodne. Jak będziesz chciał zrobić zdjęcia normalnie, bo długie nastawianie kółeczek i odblokowywanie ich za pomocą przycisków w końcu cię wkurzy, to na szczęście Df uratuje ci tyłek, bo działa także jako automat.

No i słusznie.



Dlatego Fotodinoza podpowiada wahającym się czy kupić Nikona Df za 10.500 zł, czy też pełnoklatkowego Nikona D610 za 6.500. Df to fajny, bajerancki aparat, dobrze zrobiony. Ale lepiej kup D610, i jeśli naprawdę chcesz zasmakować „ powrotu do swojej prawdziwej, kreatywnej natury, wybierając spokojną inspirację, zamiast gorączkowego pośpiechu, bez presji czasu i konkurencji” za zaoszczędzoną kasę kup używanego FM, FE czy cokolwiek Nikona z lat 80-tych i resztę przeznacz na filmy. Zabawa równie dobra. A jak autentycznie!



Fabrykant

z www.fabryksalubow.pl

Podziękowania dla załogi Fotojoker, za umożliwienie sesji.



Żródła: folder reklamowy Nikona Df
Marcin Górko: "Nikon System" 


czwartek, 4 września 2014

Najtańsze Zdjęcie Świata


Najdroższe zdjęcie świata osiągnęło na aukcji w 2011 roku 4.338.500 dolarów. To zdjęcie, zrobione w 1999 roku przez Andreasa Gursky'ego, uznanego fotografa niemieckiego. Wielka odbitka 2,07 x 3,85 m, starannie obrobiona, cyfrowo zedytowana panorama.

The most expensive photo ever. Rhine II. Andreas Gursky, 1999.

BRZEG RENU w okolicy Düsseldorfu. Andreas Gursky 1999.

Gursky jest uznany. Czwarte co do ceny zdjęcie na świecie także należy do niego ("99 cent" 3,3 mln). Starannie wykształcony na Kunstakademie Düsseldorf, próbował fotografii reportażowej i dokumentalnej, później zainteresował się obróbką cyfrową i wyspecjalizował w wielkoformatowych misternie obrobionych zdjęciach. Bardzo umiejętnie używa przetworzonej rzeczywistości do stworzenia czegoś abstrakcyjnego. 

Fotodinoza postanowiła w kontrze (i w pluralis majestatis) stworzyć Najtańsze Zdjęcie Świata. Dokonaliśmy tego wyjątkowym wysiłkiem i najwyższym natężeniem woli. Do zrobienia tego zdjęcia został użyty najtańszy nasz aparat i najmniej kosztowny obiektyw. Użyliśmy także najtańszego środka lokomocji, a właściwie dwóch środków- nogi lewej oraz prawej.

Kadrowanie zostało dokonane z najniższą możliwą do osiągnięcia przez nas starannością, a przycisk spustu był naciskany z maksymalnie leniwą nonszalancją. Obiecujemy.

Wyszło jak wyszło i ten efekt pragnęliśmy uzyskać.
The less expensive photo ever. NER II, by fotodinoza.blogspot.com 2014
BRZEG NERU w okolicy Lutomierska, Marcin Andrzejewsky 2014


Zdjęcie owo jest dostępne wyłącznie w jednej odbitce 20x30 cm, podpisanej przez autora w celu poświadczenia autentyczności. Odbitka została już sprzedana za wartość niecałego funta kłaków, a konkretnie 0,01 ZWR (1 cent Zimbabwe). Nabywca, który pragnie pozostać anonimowy jest gotowy odsprzedać zdjęcie, ale, aby zachować jego słuszny i kontestacyjny nimb, jedynie za NIŻSZĄ cenę. Propozycje można składać w komentarzach do artykułu.

Fabrykant
z www.fabrykaslubow.pl