wyświetlenia:

poniedziałek, 16 lutego 2015

Konkurs na blog roku 2014!!!!!


Otóż mogliście zapewne na wielu blogach zauważyć podobne tytuły, oraz znaczki konkursowe. A także zachęty do głosowania sms za 1,23 zł (vat included). W tym oto wpisie wyjaśnimy szczegółowo i dobitnie dlaczego w ogóle nie bierzemy udziału w konkursie na bloga roku 2014, ani w ogóle jakiegokolwiek roku.


Kodak Profoto 400 BW, Canon 50e + 22-55/4-5,6 f/8

Kodak Profoto 400 BW, Canon 50e + 22-55/4-5,6

Kodak Profoto 400 BW, Canon 50e + 22-55/4-5,6

Kodak Profoto 400 BW, Canon 50e + 22-55/4-5,6 @55mm
Kodak Profoto 400 BW, Canon 50e + 22-55/4-5,6 


Otóż ogarnęła nas Melancholia.



Melancholia jest jak śnieg, jak całun pokrywa i zasłania. Może skojarzyło nam się dlatego, że właśnie śnieg spadł i zasłonił. W każdym razie Melancholia nie była niczym gwałtownym, ani szybkim. Powoli zasłoniła nam krajobraz, była jak mgła.

W melancholię zanurzeni postanowiliśmy pożegnać salutem ze zdjęć ostatniego sojusznika Kodaka. Już nie wróci.



Melancholijnie zadziałały na nas przydrożne kapliczki i dźwigi z budowy autostrady, a także pałace biskupów, spod których, zanim jeszcze te pałace powstały, ciężka jazda ruszała pod Grunwald. Nostalgicznym bluesem przywitały nas tyki do chmielu.



Ale przede wszystkim tory. Te tory kolejowe nieużywanych bocznic, wypiękniałe w świeżo spadłym śniegu.

Świat po świeżo spadłym śniegu wydawał się melancholijny i dziewiczy.

Kodak Profoto 400 BW, Canon 50e + 22-55/4-5,6

Kodak Profoto 400 BW, Canon 50e + 22-55/4-5,6


Kodak Profoto 400 BW, Canon 50e + 22-55/4-5,6
Kodak Profoto 400 BW, Canon 50e + 22-55/4-5,6


Szliśmy sobie- ja i Fotodinoza wraz z Kodakiem zaklętym w aparacie wzdłuż rzeki Sokołówki, która przecina miasto, a we mgle jakoby miasta nie było.

Prawie niczego nie było w tej mgle...

Kodak Profoto 400 BW, Canon 50e + 22-55/4-5,6 f/6,7
Kodak Profoto 400 BW, Canon 50e + 22-55/4-5,6 f/5,6
Kodak Profoto 400 BW, Canon 50e + 22-55/4-5,6
Kodak Profoto 400 BW, Canon 50e + Sigma AF 90/2,8 Macro
Kodak Profoto 400 BW, Canon 50e + 22-55/4-5,6 (55mm)
Kodak Profoto 400 BW, Canon 50e + Sigma AF 90/2,8 Macro


I jak tu startować na bloga roku za 1,23 z VAT, przy takiej melancholii? Nie da się.

Fabrykant

P.S.
Cały ten powyższy zgiełk (cytat) powstał na wspomnianym niegdyś tutaj filmie Kodak Profoto 400BW. Sądząc z dat- założyliśmy go do aparatu we wrześniu, a konkretnie w pierwszej połowie września, a dokładnie 12 września (trawestacja) 2014 roku. Skonczyliśmy zdjęcia w styczniu 2015. Nie było to szybkie tempo, ale wpłynęło pozytywnie. Zdjęcia z tego samego filmu można obejrzeć także w poprzednim wpisie o Dolnym Śląsku gdzie zdjęto nim most i tamę nad jeziorem Pilchowickim. Po raz pierwszy w życiu użyłem aparatu cyfrowego do sprawdzenia naświetlenia kadru przed strzeleniem zdjęcia na filmie (przy trzech ujęciach torów). Czyli najpierw zrobiłem zdjęcie cyfrowe, a potem przełożyłem obiektyw i ustawiłem takie samo prześwietlenie na analogowym 50e. Aż tak cenny wydał mi się ostatni w mojej historii film Kodak Profoto. Potem jednak jechałem już na żywioł, hojnie szafując prześwietleniem i niedoświetleniem, uznając że wyczucie wystarczy.
Zimowa wycieczka wzdłuż miejskiej rzeczki opodal krzaczka (Sokołówka)zakończyła się 50 metrów od ruchliwej ulicy Szczecińskiej, gdzie natknąłem się, zdumiony, na ślady działalności bobrów.

Zupełnie inaczej niż we wszystkich poprzednich wpisach- zdjęcia w niniejszym są tylko zeskanowane i nieobrobione, pomimo tego że mają ramkę. Ramka powstała poprzez żądanie zeskanowania całych kadrów, bez obcinania.

Zatem koniec. Więcej Profoto 400BW nie będzie.

wtorek, 10 lutego 2015

Włochy i Grecja są całkowicie niepotrzebne.



Nasza cywilizacja ma już trochę lat. Zawsze czuję jakiś rodzaj drobnego wzruszenia, gdy świat niespodziewanie ujawni jakiś schemat, ustanowiony trzy tysiące lat temu. Czasem język potoczny też odsłania takie warstwy. Można wymieniać tu milion przykładów, bo milion słów, które używamy wymyślili nam Grecy, Rzymianie i Żydzi, a parę nawet Turcy (np. torba) i jakoś te słowa się trzymają i nie znikają. Fajnie. Człowiek czuje się wsparty przez dziesiątki pokoleń w swoim codziennym działaniu, o ile tylko to zauważy.

Przyjemnie tak oglądać relikty przeszłości, czy raczej czytać, ewentualnie słuchać ich, bo niestety z materialnych reliktów po Rzymianach niewiele nam zostało- bali się ci Rzymianie podbijać barbarian, żadnego Coloseum nam nie zostawili. Jednakże drogę rzymską odkryto w 2013 roku w dolinie rzeki Dzierzgoń, jest dość prawdopodobne, że kroczył nią Święty Wojciech chrystianizować naszych przodków.


W muzeach (np.Giecz) leżą za to liczne ślady handlu z Rzymem, pierścienie i naszyjniki jakimi wymieniano się licznie za nasze wyroby. Oglądać coś, co nosiła kobieta sprzed dziewięciuset lat, coś co zostało ówcześnie przywiezione z kilkutysięcznokilometrowej odległości- bezcenne. Za resztę zapłacisz kartą, ale jak nie zapłacisz- też dobrze (cytat strawestowany).



Coloseum, ni świątyni jednakże u nas nie ma. Żeby je obejrzeć- Boeing Ryanaira musi nas przenieść na drugi koniec Europy.

Rzymianie i Grecy byli po prostu niesamowici. W najróżniejszych miejscach południowej Europy budowali swoje Pałace Kultury i Stadiony Narodowe, nieziemsko odległe od stolicy Imperium, i to bez żadnych dotacji Unii Europejskiej. Gdy myślę o Grekach natychmiast nasuwa mi się nie Grecja, tylko ruiny świątyń w Selinuncie na Sycylii- ich powalone upływem czasu kolumny mają taką średnicę, że wydaje się to nie do uwierzenia...



Przyjemne te podróże, ale pod wieloma względami kosztowne i niewygodne. Za to cieplej.



Można jednak znaleźć w Polsce zastępstwo dla Rzymian i Greków.



W poszukiwaniu zdjęć, wyruszyliśmy na wyprawy bliższe i w zimniejsze rejony. Fachowo nazywane Parkiem Krajobrazowym Doliny Bobru.






Wszystko to- na Dolnym Śląsku, znanym z przechodzenia z rąk do rąk w ciągu swojej zawiłej historii.

Rzeka Bóbr przez Karkonosze sobie płynie, przełamuje się przez lesiste góry i pola malowniczymi esami floresami, tocząc swe wody w doliny, aż do Odry.


Jeszcze 120 lat temu była dużym górskim potokiem, który wzbierał potężnie za każdym większym deszczem, a gdy przychodziły roztopy rwąca woda zalewała sąsiednie wsie. W 1897 nadeszła największa powódź, czyniąca spustoszenia w dolinie. Władze pruskie które władały Śląskiem, wzmocnione niedawnymi reparacjami francuskimi po wojnie mocarstw, postanowiły że będzie to ostatnia poważna powódź na Bobrze i że konieczna jest regulacja rzeki. Sporządzono błyskawicznie projekty zapory i przystąpiono do budowy. W Pilchowicach, ówczesnym Mauer am Bober. Wydrążono z początku 380 metrowy tunel w skałach, żeby móc skierować przez niego wody rzeki. Później wzniesiono niskie zapory, przegradzające dolinę, które pozwoliły osuszyć teren budowy. Następnie przystąpiono do budowy właściwej tamy na Bobrze.







Dzisiaj jest to największa łukowa tama w Polsce, nie licząc prostej Soliny, ma wysokość 62 m i długość 280 metrów wzdłuż korony. Otworzył ją cesarz Wilhelm II w 1912 roku. Jest imponująca. W następnych latach dobudowano dwie następne tamy na Bobrze, powyżej Jeziora Pilchowickiego- w Bobrowicach- Siedlęcinie (1924-1925) i Wrzeszczynie (1925-27). Na wszystkich tamach działają elektrownie, wyposażone w oryginalne turbiny z lat ich budowy.


 
Nad zatoką Jeziora Pilchowickiego wisi także, wpisujący się w ducha konstrukcyjnego monumentalizmu, najdłuższy most wiszący w Polsce- 134m, i to wiszący nie byle jak, tylko 40 metrów nad lustrem wody. Przez most przechodzi mało używana, ale za to najbardziej malownicza w kraju linia kolejowa Jelenia Góra- Wleń, Lwówek Śląski.






Dolny Śląsk, a w szczególności okolice Bobru mają całkowicie inny pejzaż kulturowy niż centralna Polska. To w sumie nie jest dziwne. Już dość dawno skonstatowałem na własny użytek, że w całej Europie pejzaż kulturowy zmienia się, z grubsza co 200-300 kilometrów i co ten mniej więcej dystans lądujemy w jakichś innych kosmosach, o ile tylko uważnie się przyjrzeć. Kosmos dolnośląski to zapyziały i omszały nieco relikt dostatku. Nie ma tam bieda-chatynek, nie ma tam małych domeczków na wzgórzach. Wszystko co tam wybudowano, jest olbrzymie, potężne, dwupiętrowe i murowane, nawet stodoły.

Gospodarstwa gęsto rozsiane w okolicy i skupione we wsiach, mają budynki ustawione w C wokół solidnego podwórza, wszystko kryte dachówką i przypominające austriackie okolice. Austria z resztą, była tu także, swego czasu, ale budynki które widać, postawiła siła niemiecka, za Wilhelma II właśnie. Dlatego niemieckość przebija z całej okolicy, za wyjątkiem reliktów średniowiecza- jak np. wieża rycerska w Siedlęcinie, z jedynymi w Europie freskami przedstawiającymi legendę o rycerzu króla Artura. Wieżę zbudowano polskimi rękami. Reszta wyszła spod ręki pruskiej.

Pruska ręka, jak zwrócił uwagę mieszkający tu Krzyś G., nie oparła się cywilizacyjnym zapędom nigdzie. Uregulowała Bóbr, wybrukowała leśne dróżki, wzmocniła kamiennymi murami leśne skarpy i poustawiała granitowe słupki wzdłuż ścieżek, w czasach świetności łączone stalową barierką, wykuła stopnie w głazach nad jeziorem.

Takie działania są nam z gruntu obce, zaironizuję tu trochę- z jednej strony potomkowie Prusów patrzą na nas z wyższością i z przerażeniem jednocześnie, widząc dzisiejszą degrengoladę tej leśno cywilizacyjnej misji, ale zapewne też dzięki naszemu podejściu mamy w Polsce trochę nieskażonych puszcz i dzikich ostępów, i rezerwatów zwierzyny, jakich w Europie Zachodniej brakuje. Dla nas bilans na zero- mniej więcej.



Jak wiemy z tego felietonu- nic nie jest wieczne. Świat niemieckiego Śląska skończył się kataklizmem w 1945 roku. Armia Czerwona nie obeszła się łagodnie z cywilizacją pruską, ale też Wehrmaht wycofując się stosował metodę spalonej ziemi. Zniknęły wysadzone liczne mosty na Bobrze. Zniknięcia jednego z nich- tego we Wrzeszczynie, z zadziwiającą konsekwencją nie odnotowały jak dotąd żadne mapy krajowe. Zerknijcie na dowolną mapę czy atlas Polski, mam taką z 2013 roku.

 Most według tych map- istnieje i ma się dobrze. A wygląda- tak:


Granice, za sprawą Stalina, Churchilla i Roosevelta, oraz licznych agentów wpływu zostały przesunięte na zachód.

Zniknęła stąd cywilizacja niemiecka. I to ona właśnie, mimo woli, została naszym Rzymem i Grecją. I to ciekawszą, bo niezbadaną, niezgłębioną, nieopisaną.



Kto chce może sobie odkrywać relikty na własną rękę.



Idziemy sobie na spacer wzdłuż Bobru, od tamy na jeziorze Wrzeszczyńskim w stronę Pilchowic, leśnymi ścieżkami, flankowanymi przez granitowe słupki wymarłej cywilizacji. Las gęsty, mroczny, na stromych zboczach schodzących do rzeki. Za tamą- kamienne jazy przegradzają nurt, woda omija je przez wyrwy w brzegu. Wtem! Zza krzaków, gałęzi i omszałych głazów wyłania się zbocze leśne, w sporej części wymurowane z cegły- wszystko w ruinie niczym świątynie Ateny- widać że stały tu kaskadowo jakieś budynki, wtopione w stromą skarpę- widać żelbetowe filary zawalonych piwnic. Na brzegu rzeki pod tymi konstrukcjami- rodzaj równoległego z nurtem kanału, oddzielonego od Bobru wzdłużnym murem- wszystko wyszczerbione, niepełne. Ślady stawideł na murze i jakby pogłębiona zatoczka na wprost ceglanych murów. Młyn? Port przeładunkowy? Elektrownia? Zasilanie dawnej fabryki, która 500 metrów dalej, za lasem, na skarpie powyżej nas jest dziś zakładem produkującym elementy ślusarskie?

Nikt nie wie. Nikto nezna.



Kilometr dalej mała rzeczka Kamienna wpada do Bobru. Pierwszym spotkanym reliktem wymarłej cywilizacji jest stalowy zarwany most, który za dobrych czasów łączył brzegi. Teraz nie łączy. 

Trzeba nadłożyć następny kilometr w górę rzeki, żeby przekroczyć Kamienną po wąskiej kładce. Ale po drodze- następne Forum Romanum- potężny silos i ceglany zbiornik stoją pod skarpą schodzącą do rzeki. Oglądamy. Debatujemy. W końcu- my dwa inżyniery są. Co to mogło być? Oczyszczalnia ścieków? Obok silosu stoi także stary słup elektryczny. Dochodzimy do wniosku że raczej mogło to być ujęcie wody do wspomnianej, istniejącej do dziś fabryczki. Wskazuje na to także ów słup, który mógł zasilać pompę.




I tak się to spaceruje po Dolnym Śląsku, jak po ateńskim akropolu, tylko słabiej opisanym. Zamiast koloseów- ruiny ujęć wody. Tak to wymyślam i tak to traktuję, chociaż Niemcy, z pewnością traktują to inaczej. W przeciwieństwie do nowożytnych Greków, którzy nie mają ochoty wrócić na Sycylię do swoich świątyń.





Cóż mogę Im powiedzieć. Lepsza taka obecność w świadomości historycznej niż żadna. Nie odbudujemy Waszych ujęć wody, nie wyremontujemy wszystkich hydrotechnicznych urządzeń. Nawet nie odbudujemy mostu we Wrzeszczynie. To już dla nas relikty. Ale docenimy je i się nimi zachwycimy, przynajmniej niektórzy.



My też, z musu zostaliśmy Rzymianami dla narodów leżących na wschodzie. Pytanie tylko, czy będzie to u nich jakkolwiek docenione?



Fabrykant

(zamyślony)


Jeżeli się podobało - byłbym bardzo wdzięczny za wszelkie udostępnienia. Dzięki!


Bardzo dogłębna historia Zapory Pilchowickiej z mnóstwem historycznych zdjęć, także zdjęć powodzi:



Kilometraż spływu rzeką Bóbr od Kamiennej Góry do Bolesławca:





czwartek, 5 lutego 2015

Selfie jako nowa świecka tradycja.

Selfie jest wszędzie. Nie ma sekundy wolności. Gdzie nie spojrzeć ktoś wykonuje autoportret rodzinny we wnętrzu. Albo z kochanką. Czy to są jeszcze zdjęcia? A jeśli nie to co to jest?
Łatwość strzelania takich fotek, brak jakichkolwiek oporów, brak barier przekłada się na znakomitą lekkość codziennych selfies. Są lekkie do niemożliwości, do nieistnienia niemalże, bo przecież czas ich przydatności do spożycia jest dwudziestokrotnie krótszy niż czas życia jętki jednodniówki. A jednak powstają. Zagadka.
Selfie jest wyrazem dzisiejszego stylu życia, stylu świata, ale czy mówi nam też coś o fotografii, jako takiej?

Przypomina o funkcji fotografii. O tym po co ona jest.


Zapis światła. Foto-grafia. W końcu aparat jest niemal dokładną analogią ludzkiego oka, trochę tylko podrasowaną i z możliwością zmiany obiektywu. I selfie ma być takim rzutem oka, zerknięciem w nasze (nasze?) życie, którym chcielibyśmy się pochwalić.

Selfie jest tym, czym chciałaby być na dobrą sprawę każda fotografia- poszerzeniem naszego widzenia, zapisem, utrwaleniem czasu. Może nawet zatrzymaniem czasu w fotograficznym  spoiwie, wiele razy porównywanym już do bursztynu, który uwiecznia na wieczność prehistorycznego komara.


Jakie były motywy pionierów fotografii- pana Niepce'a, czy Daguerre'a? Można spekulować. Nie wiem czy mieli na myśli "zatrzymać chwilę". Po pierwsze dlatego, że w ich czasach fotografia była zdolna zatrzymać godziny, a nie sekundy. Po drugie- pochodząca od przedmiotu stricte malarskiego, artystycznego użytku- camery obscury, fotografia kojarzyła się raczej z obrazem, niż z czasem... A zatem raczej- "zatrzymać widok".
Upływ czasu i przemijanie to rzeczy jakich się nie lubi, pomimo że żyje się w nich jak w we własnym domu. Szybko stało się jasne, że fotografia jest panaceum na tą dolegliwość świata.
Następni zatrzymywali już chwile, za sprawą skrócenia czasów naświetlania, a także magnezji, lamp spaleniowych i następnych wynalazków. Czas dał się łapać i nie przeciekał przez palce. Zostawał na zdjęciach na wieczność.
Zadziwiające,że dzisiejszym selfie tak słabo ta rola wychodzi. Sądząc po selfies- czas się chyba kurczy w dzisiejszych czasach. Kruca bomba- mało casu. Cytat.
Fotoreporterzy uzbrojeni w sprzęt zaczęli polować na historyczne, rzadkie, niecodzienne momenty, zatrzymywali w kadrze podpisywanie traktatów, koronacje królów i rzadziej- życie codzienne.
Przybywało amatorów i zapaleńców, a fotografia schodziła pod strzechy. Gdzieś na skrzyżowaniu życia codziennego i epokowych wydarzeń usadowili się artyści, dla których łapanie chwili było tylko środkiem wyrazu, a nie celem.
Czy oni wszyscy myśleli o sobie, jako o doskonałym temacie zdjecia? (Wszyscy myślą tylko o sobie. Tylko ja myślę o mnie. Cytat). Czy myśleli o sobie? Jakoś tak rzadko. Jakoś tak świat zewnętrzny wydawał im się bardziej interesujący, choć oczywiście były różne autoportretowe wyjątki, często wybitne, choć mało znane. 
Jedno z pierwszych i najciekawszych klasycznych selfie lata 1870- niejaki pan Nadar (Gaspard-Félix Tournachon), o którym zupełnie niesłusznie nic nie wiedziałem, zrobił tą serię na obrotowym krześle, obracając się co 30 stopni. Był autorem pierwszego zdięcia lotniczego (z balonu) i licznych portretów.
 
Henri Cartier Bresson. jego nie trzeba przedstawiać, zrobiła to już wcześniej Fotodinoza: tutaj, tutaj, tutaj...

Słynny Weegee (urodzony w Złoczowie)- autoportret człowieka ulicy. Fotoreporter wydarzeń nocnych Nowego Jorku lat 20-tych i 30-tych, zdjął się w zniekształcającym lustrze. http://pl.wikipedia.org/wiki/Weegee
Ansel Adams. Pan który wymyślił stylistykę zdjęć na których wszystko, ale to wszystko było ostre. Założył grupę fotograficzną f/64 (od wartości najczęściej używanej przesłony), a potem wymyślił rewelacyjny sposób naświetlania odbitek, tak żeby wydobyć wszystkie szczegóły świateł i cieni. Wspaniały krajobrażysta.  http://pl.wikipedia.org/wiki/Ansel_Adams
 
Skupiony Eliott Erwitt. jego też nie trzeba przedstawiać: Psia jest najlepsia

Dorothea Lange. Dzielna reportażystka amerykańskich lat Wielkiego Kryzysu przy pracy. Linek
Annie Leibovitz- starphotographer. Z kawą, bo zdjęcie z kalendarza Lavazzy. Pamiętacie jej Whoppi Goldberg w wannie pełnej mleka? Nie pamiętacie? To coś wam ciekawego pokażę: zajrzyjcie tutaj
David la Chapelle, przegięty chłopczyk w przegiętym własnoręcznie zdjęciu. On taki zawsze przegięty. Z tego samego kalendarza, więc znów kawa.
Thierry le Goues. Ten to ma życie, wśród czarnych piękności i celebritów. I jeszcze kawę mu podają.

Dla niektórych z oglądających te autotematyczne zdjęcia fotografów, nie są to żadne banalne selfies, z resztą, tylko portrety gwiazd kultury i sztuki. Przeskakują więc automatycznie do kategorii "zdjęć kogoś/ czegoś w jakikolwiek sposób istotnego".
No bo chyba selfie, to chyba właśnie przeciwieństwo tego określenia. To znaczy dla tych, których na tych selfies nie ma.
Selfie jest odwróceniem kamery od świata- do siebie. Czy nam to coś mówi o egoizmie czy też egotyzmie ludzkości? Trochę mówi. Trochę to straszne. A trochę śmieszne. Wszyscy wokół krzyczą swoimi zdjęciami- "Patrzcie na mnie!". Słuchaj dzieweczko! A ona nie słucha... Zerka. Zapomina.
Wyśmiewam sobie te selfies. Może to nieładne. Nie chce mi się ich oglądać po prostu. Szkoda mi na nie czasu i atłasu. I wielu innym też szkoda- widać zatem, że nie da rady w ten sposób zatrzymać chwili. To znaczy da się- ale na chwilę. Stawia to pod znakiem zapytania foto-graficzny sens robienia selfies. Bo chyba robi się je dla przyjemności robienia, nie dla przyjemności oglądania. Z pewnością.
Zatem to nie jest fotografia. To rytuał.


Fabrykant
skwaśniały malkontent

Źródła:
http://myportraithub.com/15-most-famous-photographers/ 







piątek, 30 stycznia 2015

APS. Antysemicki Potworny Spisek.

List otwarty do:


Canon-  Shimomaruko 3-chome, Ohta-ku, Tokyo, Japan

Fuji- 7-3, Akasaka 9-chome, Minato-ku, Tokyo, Japan

Kodak- 343 State Street, Rochester, NY, USA

Minolta- JP TOWER, Marunouchi, Chiyoda-ku, Tokyo, Japan

Nikon- Shinagawa Intercity Tower C, 2-15-3, Konan, Minato-ku, Tokyo, Japan




Skandal! Z najwyższym obrzydzeniem, acz z uwagą obejrzeliśmy listę napisów, stworzoną przez konsorcjum Państwa firm, mającą służyć użytkownikom aparatów systemu APS, jako podpisy i ozdobniki zdjęć:




Nasza Fundacja Przeciwko Wszelkim Zniesławieniom Wszystkich W Ogóle Narodów (FPWZWWON), działająca pod egidą Komisji Europejskiej pragnie zaprotestować przeciwko rażącym nacjonalistycznym wykroczeniom i przekłamaniom jakie widoczne są w Liście Tytułów.



Z oburzeniem skonstatowaliśmy następujące fakty:



Po pierwsze- lista jest przejawem daleko posuniętego antysemityzmu, przy czym jest to antysemityzm lokalny. Napisy związane z kulturą i religią judaistyczna dostępne są wyłącznie dla języków: Angielskiego- Amerykańskiego, Angielskiego- Zjednoczonokrólewskiego, Francuskiego i Włoskiego. Dla pozostałych ośmiu języków napisy nie są dostępne.



Żydzi obchodzący Yom Kippur mogą wg twórców systemu APS świętować je tylko w USA, a Bar Micwę wyłącznie we Francji.



Czyżby wyznawanie judaizmu w języku fińskim, duńskim, szwedzkim lub niemieckim uznali Państwo za nieuprawnione?



Do tego cała lista jest przykładem rażących nacjonalizmów, ksenofobii i powielania stereotypów narodowych. O ile jeszcze do numeru, mniej więcej dwudziestego napisy są analogiczne w każdym z języków, to powyżej tego numeru stanowią wolną amerykankę skojarzeń najgorszego sortu.

Pozwoliliśmy sobie, w pełni oburzenia, zestawić co bardziej rażące przykłady ksenofobicznego nacjonalizmu twórców tej tabeli:



Stawia to w bardzo niekorzystnym świetle wszystkie nacje Europy i Ameryki Północnej- następujące fakty możemy wysnuć z powyższych zestawień:



Niemcy, to zatwardziali socjaliści, balujący na Oktoberfeście, wtedy gdy katoliccy Włosi obchodzą grzecznie święta Wielkanocne. Do tego gdy inni obchodzą Dzień Niepodległości- Niemcy urządzają sobie hucznego Sylwestra, zapewne w alkoholowym zamroczeniu. Potwierdza to również fakt, że gdy Amerykanie mają Dzień Pracy, rozbestwieni Niemcy- bawią się w Karnawale. W skrócie- komuniści i pijacy.



Włosi- ich katolickie wychowanie zabrania im obchodzenia nawet Walentynek. Tam gdzie Anglicy mają Good Friday, a Francuzi- Nowy Rok (najprawdopodobniej wypadł w piątek) oni się na potęgę bierzmują. W Walentynki natomiast- obowiązkowa Komunia Święta. W skrócie- kraj ubóstwiania i ascezy.



Francuzi- naród religijny, zarówno jako katolicy jak i wyznawcy judaizmu. W Walentynki- Bat Micwa, w Dzień Pracy- Bar Micwa. Kanadyjczyków uwielbiają- uznają ich za Wszystkich Świętych. Niepodległość nie jest ich ulubionym konikiem- obchodzą w tym czasie rocznicę ślubu.



Duńczycy, podobnie jak Niemcy- w Dniu Pamięci tracą pamięć za pomocą odurzenia alkoholowego.



Nasza Fundacja pragnie także zwrócić uwagę na nieracjonalną i zupełnie niezgodną z duchem wspólnoty odrębność niektórych europejskich języków, z którą nie wiadomo co zrobić:



English US/U.K., Italiano, Espaniol, Francais, Deutsh,: Tour

Svenska: Rundtur

Dansk: Påtur



Suomi: Tutustumismatka



Oraz inny przykład:



English US/ UK: Honeymoon,

Italiano: Luna di Miele

Espaňol: Luna de Miel

Português: Lua de Mel

Français: Lune de Miel

Svenska: Smekmånad

Deutsh: Hohzeitsreise

Dansk, Norsk: Bryllupsreise



Suomi: Kuherruskuukausi



Rozumiemy, że lista była stworzona w zamierzchłych i wrogich postępowi latach 90-tych. Świadczy o tym to, że nie znalazły się na niej żadne wyrażenia słownika arabskiego, choćby coraz popularniejsze ostatnio "Allach Akbar", ani żadne słowniki cyrylicą, czy popularne wyrażenia, na przykład "Наша Крым".

W związku z powyższymi, smutnymi faktami, zalecamy stworzenie w Państwa firmach odpowiednich komórek, które w porozumieniu z naszą Fundacją zajmą się opracowaniem listy tytułów od nowa, tak by spełnić multikulturowe wyzwania naszych czasów, zlikwidować nierówności społeczne i zrównać prawa narodów.

W ramach likwidowania nierówności narodów wystąpiliśmy już do Komisjii Europejskiej o stworzenie dofinansowania z budżetu UE nowego programu "Likwidacja wszystkich nieznanych powszechnie języków Wspólnoty Europejskiej, które są używane przez mniej niż 6 milionów ludzi, a wywołują tylko wesołość" Na razie do programu zakwalifikowały się Finlandia i Słowacja, ale lobbujemy o podniesienie kwoty osobowej do 11 milionów obywateli i w 2018 roku pragniemy objąć działaniami także Czechy i Węgry. W przyszłości, być może inne kraje.



Z poważaniem



Fabrykant

Prezes Fundacji, który nigdy nie ma racji.

P.S. Podziękowania dla Joosoof'a za podesłanie Title List,
Dla Szu za zwrócenie uwagi na "Matkę". Matka jest tylko jedna.

P.S. 2. Jako deser, proponuję dla rozluźnienia IDENTOGRAF nieodżałowanego ś.p. Stanisława Barańczaka:
po niemiecku:
"Kurz: Wozu? Womit? Suche, Pole! Anders mit Stare puste, kurze den flach Grab'! Im "Ich", kram' ich gar nie... Ich gang da im Wille, da im Wind gang ich mich... Wann? O, was, wie? Los! Wie jeden im Turm Loch, kurze Grube: suche, Pole warte ich nie...Warte, Mann!"
po polsku:
"Kurz wozu... Womit... Suche pole... Anders? Mit! Stare, puste kurze den flach. Grab im ten kram, ich gar! Nie?... Ich gang da im wille, da im wind gang ich, mich, wann; o was- wie los? Wie: "Jeden im turm loch: kurze grube, suche pole, warte ich- nie warte mann!!"