sobota, 20 sierpnia 2016

Sjamskie rodzeństwo. Plagiat na wysokim szczeblu. A może to rozmowa?


Rene- Jacques, En Provance, 1955



Henri Cartier Bresson, 1932

Nawet znany świat czasami zaskakuje. A co dopiero ten nieznany.

Kiedyś prowadziło się na Fotodinozie rozważania na temat plagiatów, kopiowania i powtarzania pomysłów. A tu jakby bliźniacze zdjęcia, chociaż w nieco innym anturażu zrobione lezą pod oczy. I to zdjęcia charakterystyczne, piękne i francuskie aż miło.

I dwóch autorów tych bliźniaków, obaj z tej samej epoki, obaj zapewne się znali (choć nie wiem czy lubili), obaj wyznawali niemal te same zasady zawodowe, obaj urodzili się w tym samym 1908 i obydwaj zmarli niemal w tym samym czasie.

I obaj strzelili zdjęcie niemal w tym samym układzie, choć Henri Cartier- Bresson w 1932-gim, a René- Jacques w 1955. Zatem to ten ostatni jest epigonem, naśladowcą i kopiującym, a ten pierwszy został splagiatowany.

No dobra. Nie splagiatowany, oczywiście, bo nie plagiatem Bressona należy nazwać każde zdjęcie na którym jest wygięta barierka, uliczka i człowiek. René-Jacques, świadomie lub nie, nawiązał do zdjęcia poprzednika. A może i nawet przebił je, przelicytował- stwierdzam po zastanowieniu. Jest niemal pewne, że widział bressonowski „oryginał”, bo fotografia Bressona jest znana, a może i jedna z najbardziej znanych. Może to był po prostu dialog?

Ciemnych przejść
Późnych pór
Zakamarków, schodów, wind
Baru Park
Końca tras
Brudnych ulic gdzie jest mrok

Strzeż się tych miejsc

Tu nie wolno głośno śmiać się
I za dobre mieć ubranie

Strzeż się
Strzeż się!!!

    Lech Janerka/ Klaus Mitffoch


Tylko przez dzień lub może dwa
Gramy w ulice nocą tak
Ulice nocą mamią, bo
nocą ulice dzikie są.

Trochę perwersji
Ciut brudu też
Czasem to nęci
Uwodzi mnie
A mówił Lech- strzeż się tych miejsc.
A mówił Lech- unikaj tych miejsc.

      Voo-voo

Obydwa Francuzy, francuskie do szpiku kości, lewicowe, czy lewicujące, humanistyczne aż do cna, osadzone w kulturze i z niej wyrosłe. Racjonalne niczym Kartezjusz, oświecone niczym oświecenie. Francuzy ci to aż miło, jak bułka paryska z camembetem. Palce lizać, tacy byli francuscy.

Znaczy się jeden urodził się we Francji, a drugi w Kambodży.

No ale kolonializm też się wpisuje we francuską tradycję. Widziałem na własne oczy stacyjki kolejowe ze strzelistym dachem przeznaczonym na alpejskie śniegi, postawione pośrodku tunezyjskiej Sahary. Żadne kolonialne wpływy już mnie nie zdziwią.

René- Jacques

O panu René- Jacques, z niewiadomych mi przyczyn jest bardzo niewiele informacji w internecie. W przeciwieństwie do Cartier- Bressona. Bresson jest odmieniany przez wszystkie przypadki, wymienia się jego schedę, opisuje czym fotografował i jak fotografował i uznaje się go za ojca i matkę współczesnego reportażu i street-foto. René- Jacques jest lapidarnie wymieniany w encyklopedycznych wpisach i z tych encyklopedii ciężko zobrazować sobie człowieka z krwi i kości. Podczas gdy byle Wikipedia pisze co Bresson trzymał w lodówce i jaki sos dodawał do owoców morza.

Ojciec René- Jacques'a, a naprawdę René Gitona był urzędnikiem państwowym w Kambodży. Synowi wyznaczył karierę prawniczą, ale nie doczekał się sukcesu potomka w tej dziedzinie, bo młody Giton, skierował zainteresowania ku fotografii. Na wszelki wypadek przybrał pseudonim René- Jacques, żeby nie przysporzyć wstydu rodzinie, niezbyt zadowolonej z jego wyborów.

Rozpoczął studia prawnicze w Paryżu, ale w 1927 roku wygrał amatorski konkurs fotograficzny i to sprawiło, że prawo przestało go zajmować.

W ciągu swojego życia twórczego został czołowym społecznikiem- animatorem francuskiej fotografii. Był pod koniec życia prezesem wszystkiego.

Wymieńcie jakieś szacowne francuskie towarzystwo fotograficzne- a René-Jacques tam był.

Zdobył uznanie onirycznymi i nastrojowymi fotografiami nocnymi Paryża, robionymi w latach 30-tych. Po wojnie zajął się pejzażami i, zapewne ze względu na swoje własne niespełnione aspiracje pisarskie, skupił się na zdjęciach ilustracyjnych do tekstów literackich- między innymi do „Uroku Paryża” Francisa Carco.

Jego zdjecia paryskie, najpierw wystawione na zbiorowej wystawie, a potem opublikowane w Plaisir de France , dodatku sezonowym do Arts et Métiers graphiques a później przedrukowane w US Camera Annual , Fortune , Harper's Bazaar i Photography dały fotografowi światowe uznanie.

Potem była międzynarodowa wystawa fotografii w Muzeum Sztuki Dekoracyjnej (1936) i w Museum of Modern art w Nowym Jorku, paryskie wystawy w galerii Magne, na Targach Narodowych, gdzie René-Jacques prezentował zdjęcia jako współtwórca fotograficznej Grupy XV i wystawa (1949), w Salonie de Mai (1957) wystawa „Paryż 1950” w Bibliotece miejskiej Paryża (1983)

Prace artystyczne i ideowe nie dawały niestety wystarczających dochodów, więc René- Jacques w latch 40-tych skłonił się ku fotografii reklamowej i produktowej, szybko zyskał dobrą markę- zdjęcia zamawiały u niego wielkie domy handlowe i znane firmy.

Fotografia reklamowa i relacje pomiędzy fotografami i wydawnictwami, a także zapewne nieskończone studia prawnicze spowodowały to, że zajął się działalnością w związkach zawodowych fotografów, oraz kodyfikacją umów prawnych w tej branży.

Twórca sekcji fotografów w Związku Plastyków Handlowych (1945), przewodniczący Fotografów w Unii Własności Artystycznej (1946-1955), członek Komisji Europejskiej (1948), członek Zarządu Krajowego Stowarzyszenia fotografów Profesjonalnych (GNPP) (1949), prezes sekcji fotografów reklamowych Związku Narodowego Grafików Reklamy (1961) i Narodowego Stowarzyszenia Fotografów Reklamy (ANPP) (1966), Ekspert sądu handlowego i sądu najwyższego (1969), honorowy prezes Krajowego Związku Fotografików Administracji i Władz Lokalnych (Unpact) (1989-1995).

Francuski etatysta- René- Jacques.

Przez całe życie robił dla własnej satysfakcji zdjęcia francuskich pejzaży, które publikowane były w kilku albumach i portfoliach. Cieszył się wielką estymą w środowisku. W 1990 roku oddał kolekcję swoich zdjęć państwu francuskiemu, i za zasługi dla francuskiej fotografii został oznaczony orderem Chevalier de la Légion d'honneur.

W wielu publikacjach jego estyma jest porównywana do chwały Ansela Adamsa, jednak Adams jest czczony, wydawany, opisywany po dziś dzień, podczas gdy o francuskim artyście jakby nieco zapomniano.

Cartier- Bresson

Bresson także miażdży biednego René- Jacques'a swoją dzisiejszą sławą. Dość ciężko powiedzieć dlaczego tak się stało, ale mogę spekulować, że o ile René- Jacques mocno skupił się na poletku działalności państwowej i narodowej, o tyle Henri Cartier Bresson został obywatelem świata. Pochodził także z zamożnej, burżuazyjnej rodziny ale przez swą nauczycielkę rozkochany od młodości w języku angielskim- studiował w latach dwudziestych w Cambridge, a złapał bakcyla fotografii co prawda w armii francuskiej na lotnisku Le Bourget, ale od amerykańskiego emigranta Harry'ego Crosbyego.

Potem odbył podróż symbolicznie odwrotną niż René- Jacques- tzn nie do Francji z dalekich krajów, tylko do dalekiej Afryki z Francji- wyjechał na Wybrzeże Kości Słoniowej.

Gdy wrócił- w Marsylii zakupił swoją Leicę, z którą nie rozstawał się przez następne lata. W czasie gdy René- Jacques fotografował Paryż i francuskie pejzaże Bresson odbył dziesiątkę wypraw fotograficznych do dalekich zakątków Europy- między innymi do Warszawy, Pragi, Budapesztu Bukaresztu, Madrytu, Maroko, w końcu- Meksyku. W 1935 roku debiutował wystawą w USA wraz z uznanym Walkerem Evansem i Manuelem Alvarezem Bravo, na której to wystawie zauważył go redaktor Harpers Bazaar i zaproponował zrobienie sesji mody. Niedoświadczony Cartier-Bresson spieprzył ją co prawda kompletnie, ale potem Harpers Bazaar mógł się chwalić pierwszymi zdjęciami sławnego fotografa jakie opublikowała amerykańska gazeta.

W Meksyku poznał także Paula Stranda, lewicowego fotografa i filmowca, który przyczynił się później do kariery Bressona w USA. Znajomości wszechświatowe nawiązał także we Francji, gdzie David Seymour Szymin poznał go z Robertem Capą.

W 1937 roku fotoreportaż Bressona opublikowano pierwszy raz w gazecie- był to wspaniały reportaż z londyńskiej koronacji króla Jerzego VI i królowej Elżbiety- na którym samego króla i królowej prawie wcale nie było. Robiliśmy sobie już dowcipasy ze zdjęcia z tego fotoreportażu na Fotodinozie.

Bresson lewicował mocno tuż przed wojną, wraz ze swoimi przyjaciółmi brał reporterski udział w Hiszpańskiej Wojnie Domowej po stronie republikańsko- komunistycznej, o czym pisało się także we wpisie o Dawidzie Szyminie. Kręcił tam film z Jeanem Renoirem.

W 1939 roku zgłosił się do armii francuskiej do sekcji fotograficzno filmowej i podczas Bitwy o Francję dostał się do niemieckiej niewoli, gdzie spędził 35 miesięcy w obozie jenieckim na przymusowej pracy. Dwukrotnie, nieudanie próbował ucieczki, dopiero trzecia próba skończyła się powodzeniem. Bresson zdobył fałszywe papiery które pozwoliły mu poruszać się po Francji. Po wyzwoleniu Francji zaangażował się w dokumentowanie na filmie powrotu jeńców wojennych dla American Office of War. W tym samym czasie w Ameryce rozeszła się informacja, że Cartier-Bresson został zabity podczas wojny- Museum of Modern Art przygotowało mu “pośmiertną” wystawę, którą naprędce przerobiono na retrospektywną, gdy Bresson pojawił się w Nowym Jorku.

A potem Magnum. Pierwsza agencja- spółdzielnia fotografów.

Już się pisało o ambicjach Magnum- w której fotoreporterzy trzymali rękę na pulsie świata, jeździli na wyprawy w miejsca warte uwiecznienia, a potem oferowali swoje materiały prasie- zupełnie odwrotnie niż do tamtej pory, kiedy to zwykle redakcje gazet zamawiały u fotografów jakiś materiał i stawały się automatycznie jego dysponentem.

Bresson, Szymin-Chim, Capa, George Rodger- były fotoreporter Life'u i William Vandviert podzielili się obowiązkami fotoreporterskimi na całym świecie- Bresson zajął się Indiami, Chinami i Dalekim Wschodem. Fotografował pogrzeb Ghandiego w 1948 roku, ostatnie sześć miesięcy Chińskiej Wojny Domowej, a później rządy Mao i utworzenie ChRL. Potem w Indonezji śledził wyzwolenie Holenderskich Indii Wschodnich.

Magnum prowadziło na całym świecie swoje wielkie projekty fotograficzne: People Live Everywhere, Youth of the World, Women of the World i The Child Generation- wszystkie w duchu fotografii humanistycznej, kierującej obiektyw na życie i los zwykłych ludzi.

Bresson odwiedził później niemal pół świata, fotografując Związek Radziecki, Japonię, południowe Włochy i Sardynię (gdzie zrobił pamiętne zdjęcie z zakonnicą i ciasteczkami analizowane kiedyś na Fotodinozie). Zrobił także we Francji mnóstwo portretów znanych postaci- Sartre'a, Camus'a, Matisse'a, Ezry Pound'a, Picassa i Giacomettiego. W międzyczasie został autorem książek o fotografii, między innymi “ Images à la Sauvette”, jej angielski przekład został zatytuowany- “The Decisive Moment”- który to tytuł został trwale związany z twórczością Cartier-Bressona i jego przesłaniem fotoreporeterskim.

“Uup! Decydujący moment! Przeoczysz go i przepadł na wieki”- mawiał.

Cartier-Bresson- podróżnik. Twórca. Obywatel świata.


Dwóch panów z jednym rowerem, bez żadnego psa.
 
Zdjęcie które zrobił René- Jacques w 1955 roku przypomina na pierwszy rzut oka strukturą bressonowski kanon z 1932. Ale to jednak dwie bardzo różne fotografie, korzystające z podobnych elementów- barierki, przypadkowego przechodnia i struktury ulicy i chodnika.


Fotografia Bressona niesie ze sobą po pierwsze tajemnicę i niejaką zagadkę, a po drugie symbolikę, jaką do jego zdjęcia można dointerpretować. To jest zdjęcie zaskakujące i troszkę mroczne, z lekką mgiełką niedopowiedzenia. Obraz spiralnej barierki i schodów, oraz łukowego krawężnika pozostaje w kontraście do zaskakującego dosyć obiektu jakim jest rowerzysta, złapany na gorącym uczynku. Musiało być to dość trudne, nawet za pomocą poręcznej Leiki- fotograf albo zrobił ustawkę z kolarzem, albo gdzieś wcześniej na tej drodze dostrzegł go zjeżdżającego w dół i ustawił się odpowiednio by nacisnąć migawkę, albo też USŁYSZAŁ go. To zdjęcie z automatu uruchamia wszystkie moje zmysły- przez prostotę formy i pustkę- słyszę tego kolarza, jak z terkotem przerzutki i lekkim podzwanianiem łańcucha na bruku pędzi w dół wąskich uliczek. Oprócz tego że widzę go na zdjęciu- podświadomość dodaje mi do tego dźwięk- każdy kiedyś słyszał echo wąskich uliczek jakiegoś miasteczka na wzgórzu i fotografia Bressona uruchamia te dźwiękowe wspomnienia. Spiralne schody i łuk ulicy nadają temu kadrowi dynamiki- wzrok sam leci wzdłuż prowadzących linii, a rowerzysta jest tu jakby clou programu, umieszczony w tzw. mocnym punkcie zdjęcia.

Ktoś skłonny do symbolizmu może nadawać temu zdjęciu analogie do szybkiej i krętej ścieżki ludzkiego życia, czy może do sprężyny nadającej gwałtowny ruch pociskowi, a automobiliści współcześni skojarzą te kształty z turbosprężarką, która natychmiast dodaje mocy i pędu.

Wszystko w jednym- nastrój, struktura i symbolizm.

Zdjęcie René- Jacques'a jest inne. Ma nastrój mniej tajemniczy- dzięki południowemu światłu jakie rozjaśnia mury, dzięki przypadkowemu przechodniowi- znacznie mniej enigmatycznemu niż bressonowski rowerzysta. Prawie że wiemy kim on jest. No bo kim on jest? Od razu widać że tutejszy.


Od razu przypomina nam się sprośny limeryk, bardzo zacnego autorstwa- dzieci proszone są o zamknięcie oczu i nieczytanie:

Pewną starą k... nad Nysą
Całą noc j.... w dupę łysą.
Gdy na granicznym moście
Krzyczała: „Ktoście są, ktoście?”
Oni na to: „Autochtony my są”

Maciej Słomczyński

Z literackiego parnasu wróćmy jednak do zdjęcia René- Jacques'a. To zdjecie omija kwestie tajemnicy, a także nie emanuje podświadomą symboliką. To zdjęcie na wskroś strukturalne. Na maksa formalne. Forma, nie treść jest jego istotą.

Pisało się kiedyś o podobnie strukturalnym, jeszcze bardziej niezwykłym zdjęciu- Raymonda Depardona, w którym Yossarian widział wszystko podwójnie. Niemal dokładnie to samo można napisać o zdjęciu René- Jacques'a- Yossarian także tutaj byłby usatysfakcjonowany.

Na boga, on widzi wszystko podwójnie, ten René- Jacques!- aż się wierzyć nie chce. Proszę bardzo- dwie barierki z dwoma słupkami, pod nimi dwie ławki, na ścianie budynku- dwa okna, nieco naciągając- cztery konary drzewa także są dwoma parami.


Ale to nie wszystko, co dotyczy wyrafinowanej formy tego kadru.

Na strukturę elementów podwójnych nakładają się dwie dodatkowe, wyraziste i klarowne struktury. Pierwsza pionowa- obydwa słupki na końcach barierek mają swoje przedłużenia- nie dosłowne, ale wyraźne.

Druga struktura to promieniste linie- widoczne nie tylko w ostrym światłocieniu schodów, ale powtórzone także w konarach drzewa.


Ciekawe, że chaotyczne cienie biegające po murach i ziemi bardzo niewiele zakłócają odbiór głównych elementów zdjęcia. Przychodzi mi na myśl, że był to efekt wypracowany w ciemni- bo doświadczenie podpowiada, że ostre południowe cienie potrafią zdominować każdą fotografię i trzeba na nie uważać- tj. brać pod uwagę w kompozycji. Tutaj jakby zachowują się grzecznie i stają nieważne.

Człowiek jest na zdjęciu René- Jacques'a także pewnym clou. W pewien sposób zmiękczeniem, dohumanizowaniem. Po owych skomplikowanych, nakładających się strukturach dostrzegamy przecież, że fotografa pociąga nic innego tylko abstrakcja. To abstrakcyjna kompozycja z rzeczywistych elementów. Bez człowieka byłaby być może zbyt zimna i syntetyczna. Z figurą przechodnia- zyskuje na realności. Oswaja się, a może i komplikuje, poprzez odwrócenie uwagi od struktury.

Przechodzień- autochton został uchwycony w bardzo ciekawym momencie- dość niekonwencjonalnym jak na clou programu- znajduje się on na dwa kroki przed „mocnym punktem” kadru. Zastanawiam się- dlaczego? Z dwóch powodów, podejrzewam- gdyby został uchwycony dwa kroki dalej wpisałby się dokładnie w linie łączącą słupek barierki i rynnę, co wyglądałoby głupio- zbyt przaśnie i dosłownie. Uchwycenie pieszego przed owym mocnym punktem daje oprócz tego- napięcie. Niejaką dysharmonię i uczucie OCZEKIWANIA na tę chwilę, gdy znajdzie się on tam gdzie (podświadomie) trzeba.


Przychodzi mi na myśl, że o ile u Cartier-Bressona na zdjęciu został sfotografowany DŹWIĘK, o tyle René- Jacques potrafił sfotografować CZAS, choć obie te rzeczy nie są głównym tematem ich fotografii.

Obydwa zdjęcia to dzieła genialne. Genialne dzieła fotograficznej intuicji obu fotografów. Oba inne. Ale siebie warte.

Czy to nam coś mówi o świecie i o fotografii?

Może tylko stanowi pocieszenie dla fotografów pesymistów, że każdy jest zdolny do dorównania najlepszym światowym artystycznym sławom, nawet niedoszły prawnik, który został nieco zapomniany. Byle tylko próbować i patrzeć uważnie.

A sława?

Sława, to jest proszę was
Zabawa lub paskudna gra.
          George Brassens


Fabrykant
sfrancuziały

Źródła i źródełka:

"Jak czytać fotografię" Ian Jeffrey

https://en.wikipedia.org/wiki/Henri_Cartier-Bresson

http://www.universalis.fr/encyclopedie/rene-jacques/
 

2 komentarze:

  1. nie wiedziałam, że aż tyle da się wyczytać z tych zdjęć. Świetny artykuł.

    Emilia| http://psychologiafotografii.pl/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki. Być może da się wyczytać i więcej. Interpretacje zwykle przerastają intencje fotografa, który, w tym wypadku, przecież zapewne nie liczył ilości ławek, konarów i barierek, tylko przyłożył aparat do oka, bo coś go zaintrygowało w tej scenie. Fotografia jest jednak trochę dziwna, bo bez specjalnych zabiegów da się w niej tworzyć rzeczy wieloznaczne, a nawet głębokie.

      Usuń

Drogi czytelniku! Pragnę ostrzec, że wredny portal blogowy na jakim piszę bardzo lubi zjadać bez ostrzeżenia wpisy czytelników podczas ich zamieszczania. BARDZO PROSZĘ PO NAPISANIU KOMENTARZA SKOPIOWAĆ GO i w razie czego wstawić ponownie, na pohybel Google Blogger. Fabrykant.