Banknot 100 000 000 000 000 marek. 1923 |
Otóż ostatnio doznaję manii prześladowczej. Ktoś mnie śledzi. Inwigilacja.
Strzeliłem jak wiecie ostatni tekst o Zofii Chomętowskiej. Risercz, badania, namiętne czytanie artykułów
o niej, różnych wywiadów z archiwalistami, wspomnień i biografii.
Te rzeczy. Doszło do tego, że miałem otwarte naraz dwa komputery
(tu notka do ewentualnych złodziei- najnowszy z moich komputerów ma
osiem lat, a ten drugi, poklejony plastrem, bo serce mu pika jak
klapa u śmietnika- czternaście) i nastąpiło totalne zanurzenie w
latach dwudziestych i trzydziestych, samochody, aparaty, luxtorpedy
do Zakopanego, bombowce Łoś, nowe inwestycje warszawskie, pałace
Kronenberga, pałacyk Michla, Żytnia, Wola, Biuro Odbudowy Stolicy.
Sami wiecie, nie muszę mówić, pięć filmów o tym zrobiłem
(cytat)- szał twórczy jak się patrzy.
No widać tak trzeba. Napisałem.
Odetchnąłem.
I znów kompulsywnie zacząłem włazić
na statystyki odwiedzin. No bo co w końcu, kurczę blade (cytat).
Jakieś hobby trzeba mieć w życiu.
Już kiedyś odwiedzały mnie jakieś
podejrzane persony, ja już tu różnych widziałem w tych
statystykach. Koreańczyków od Samyanga, jakichś gości, którzy
szukali odpowiedzi na „jaki rym do aparat”, jakichś gości,
którzy dawali odpowiedzi na „jaki rym do obiektyw”... a nie,
tfu, wróć- to Wój Lech był.
Jakieś monitorujące netboty ze stron
monitorujących internety też czasem coś tam sprawdzały, nie wiem
tylko co. Czy one kontrolowały moją popularkę, czy też to czy się
dobrze zachowuję?
Dobrze się zachowuję. Dość dobrze.
Ale ostatnio wlazło coś innego.
Gwiazdy
dawno już znikły w pomroce powszechnej i lecieli tak po omacku, aż
naraz statkiem rzuciło, że wszystkie sprzęty, garnki i narzędzia
załomotały, i poczuli, jak lecą gdzieś, i to coraz szybciej;
wreszcie gruchnęło przeraźliwie i statek, dosyć miękko
osiadłszy, znieruchomiał w pochyleniu, jakby się w coś
nieruchomego wbił dziobem. Oni więc do okien, lecz na zewnątrz ćma
zupełna - choć oko wykol; a już łomot słychać, ktoś
niewiadomy, a straszliwej siły, przemocą się do wnętrza dobiera,
że ściany skaczą. Teraz dopiero mniejsze poczuli zaufanie do
rozumnej swojej bezbronności, lecz próżne po niewczasie żale,
więc tylko, aby im klapy nie popsuto siłą, sami ją od środka
odemknęli.
Patrzą
- a w otwór ktoś gębę wsadza, tak wielką, że o
tym, aby mógł cały w ślad za nią wejść - i mowy nie ma; gęba
zaś jest niewymownie przykra, oczyskami cała od góry do dołu,
wzdłuż i w poprzek wysadzana, i ma też jakby nos piłowaty, i
szczęki - nieszczęki, hakowate i stalowe; nie rusza się, cała
szczelnie we framugę wpasowana, i tylko oczy jej złodziejsko latają
na wsze strony, każda zaś ich grupka inną obejmuje część
otoczenia, a wyraz mają taki, jakby szacowały, czy się to wszystko
uczciwie opłaci; nawet ktoś daleko głupszy od konstruktorów
pojąłby, co znaczy to wypatrywanie, bo nadzwyczaj wymowne.
-
Czego? - powiada wreszcie Trurl, tym bezwstydnym łypaniem, dziejącym
się w milczeniu, rozwścieczony. - Czego chcesz, mordo zakazana?! Ja
jestem sam konstruktor Trurl, omnipotencjator ogólny, a to jest mój
przyjaciel Klapaucjusz, też sława i znakomitość, i lecieliśmy
tym naszym statkiem turystycznie, więc proszę natychmiast zabrać
twarz i wyprowadzić nas z tego niejasnego miejsca, pełnego zapewne
nieczystości, i skierować nas w porządną, czystą próżnię,
gdyż w przeciwnym wypadku złożymy zażalenie i rozkręcą cię w
drobny szmelc, ty śmieciarzu - czy słyszysz, co mówię?!
Lecz
ów nic - tylko dalej łypie i jakby coś sobie oblicza. Kalkuluje -
czy jak?
-
Słuchaj no, pokrako rozpałęszona - woła Trurl, już się z niczym
nie licząc, chociaż go Klapaucjusz szturcha dla pomiarkowania - nie
mamy ani złota, ani srebra, ani żadnych klejnotów, więc wypuść
nas stąd zaraz, a przede wszystkim zabierz tę swoją wielką gębę,
bo niewymownie przykra. A ty - zwrócił się do Klapaucjusza - nie
szturchaj mnie dla pomiarkowania, bo mam własny rozum i wiem, jak do
kogo trzeba mówić!
(...)
-
Jeśli gębę zabiorę, to rękę wsadzę - Gębon na to - a mam
sążnistą, cęgowatą i ciężką, że niech Bóg broni! Uwaga -
zaczynam!
I
rzeczywiście: wata, którą przyniósł Klapaucjusz, okazała się
już niepotrzebna, bo gęba znikła, a pojawiło się łapsko,
sękate, stalowe, niechlujne i pazurno - łopaciaste; i zaczyna
grzebać, łamiąc stoły i szafy, i przegrody, aż blachy
zazgrzytały. Trurl i Klapaucjusz uciekają przed łapskiem do stosu
atomowego i co się który palec zbliży, to go z wierzchu bać! bać!
- kociubą. Zgniewał się wreszcie zbójca z dyplomem, znów gębę
wraził we framugę i tak rzecze:
-
Radzę wam dobrze, układajcie się ze mną zaraz, bo jak nie, to
odłożę was na później, na samym dnie mego dołu z zapasami, i
śmieciem przytrzasnę, i kamieniami docisnę, że się nie
podźwigniecie i rdza zeżre was na wylot; już nie takim radę
dawałem; macie wóz lub przewóz!
Trurl
nie chciał nawet myśleć o układach, ale Klapaucjusz nie był od
tego i pyta, czego właściwie dyplomant sobie życzy.
-
Taką mowę lubię - on na to. - Zbieram skarby wiedzy, gdyż takie
jest moje zamiłowanie życiowe, płynące z wyższego wykształcenia
i praktycznego wglądu w istotę rzeczy, zwłaszcza że za zwyczajne
skarby, których zbójcy prostakowie łakną, nic nie można tu
kupić; natomiast wiedza syci głód poznania, wiadomo zaś, że
wszystko, co istnieje, jest informacją; a więc zbieram ją od
wieków i będę to czynił dalej; co prawda nie jestem i od tego,
aby wziąć jakieś złoto lub klejnoty, bo to ładne, cieszy oko i
można powiesić, ale tylko ubocznie, jak się trafi okazja.
Zaznaczam, że za fałszywe prawdy bijam, tak samo jak za fałszywe
kruszce, bo jestem wyrafinowany i łaknę autentyczności!
Otóż ostatnio
wlazło na Fotodinozę coś zupełnie innego. Takie coś:
Sprawdziłem z ciekawości- co to
takiego. Monitoring mediów społecznościowych pod kątem marki.
Każdy kto ma markę, może sobie wykupić abonamencik...
Monitoring marki. Hm.
Jakie to marki mogą się monitorować
w artykule o fotografce międzywojnia?Buick? No raczej nie sprzedają go w Polsce.
Lilpop, Rau i Loewenstein? (Wbrew pozorom to nie żydowscy fabrykanci).
Ministerstwo Komunikacji?
Automobilownia?
Po odsiewie na placu boju pozostają
tylko dwa typy: Archeologia Fotografii (ale czy fundacja śledziłaby
komentarze na swój temat na niszowych blogach?), oraz Leica, znaczy
się Ernest Leitz Optische Werke, znaczy się dzisiaj Leica Camera
AG.
Pewnie to jednak Leica, zbój z dyplomem. Bach, bach go kociubą.
Zatem artykuł , który aktualnie
czytacie powstał z przekory. Co to kurde za inwigilacja? Napisało
się poprzednio dobrze, to trzeba może coś złego napisać?
Dla równowagi.
No, niektóre firmy nie mogą być z
Fotodinozy zadowolone. Taki BASF na przykład, Bayer, albo Agfa. No
ale to już jest ich wina, nie moja. Jak się ktoś zachowuje
grzecznie, to się o nim pisze same pozytywy.
A ostatnio przecież panuje pewien
trynd, wicie, na wyciąganie z szafy różnych kwitów i kartotek,
oraz odkrywanie różnych białych plam historii, co to się okazują
jednak raczej szare. Wpiszemy się w ten trynd.
O Leice zatem. Co tu by złego można
napisać o Leice?
O początkach firmy, z jej wiekopomnym
pomysłem na cięcie taśmy kinowej i wkładaniem jej do aparatów
już się napisało w poprzednim wpisie. Teraz należałoby
prześwietlić środek. W niemieckich firmach najczęściej środek
jest krytyczny, z pewnych względów.
Sęk w tym, że Leitz zachował się
wyjątkowo dobrze, jak na niemiecką firmę rozkwitłą w latach
20-tych i 30-tych.
Ernst Leitz II |
Ernst Leitz junior przejął firmę w
Wetzlar po ojcu w 1920 roku. Kierował nią samodzielnie i sam
zadecydował o wyborze małoformatowego dalmierza jako głównego
profilu produkcji. „Wybieram ten. Zaryzykujmy”- miał powiedzieć
inżynierowi Baranackowi. Ryzyko było spore, bo rok był 1924, a
Niemcy wykończone I Wojną Światową dławił kryzys i bieda. W
1923 roku Francja w nacisku na spłacanie przez Niemców reparacji
wojennych zaczęła okupować Zagłębie Ruhry, rząd niemiecki
nakazał obywatelom bierny opór. Francuzi nie przejęli się
zbytnio- zwieziono do fabryk własną siłę roboczą i kierownictwo,
akurat po wojnie bezrobocie we Francji było bardzo duże. Wielką
ilość niemieckich pracowników szurnięto z fabryk, a ci przeszli
na garnuszek pomocy społecznej w wolnej części Niemiec. Rząd
postanowił dodrukować pieniądza, chcąc opóźnić niepokoje
społeczne.
Hiperinflacja tuż przed prezentacją
Leiki sięgała rekordów- po I wojnie w 1919 roku nie było z marką
niemiecką tak źle, za dolara płacono 4,2 marki, w 1922 około 100
marek, ale w styczniu 1923 roku już 10000 marek. W listopadzie był
szczyt- wtedy za dolara płacono 4,2 biliona marek niemieckich
(inflacja- 30 miliardów procent). Wszystko drożało o dwa zera
każdego dnia!
Mężczyzna tapetujący ścianę markami. 1923. |
Pracownicy codziennie układali się z
pracodawcami o dniówkę, ale należało ją szybko wydawać, bo
następnego dnia była już niewiele warta.
Niemiecki rynek uratowały reforma
walutowa, która dokonała po pierwsze denominacji w skali 1 bilion
marek za 1 nową rentenmarkę (związaną parytetem z gruntami
posiadanymi przez niemieckie państwo!). A oprócz nowej waluty także
międzynarodowy plan gospodarczy niejakiego Dawesa, a później drugi
plan- Younga, które to plany rozłożyły spłatę reparacji na dużą
ilość rat i długi okres. Przyznawały też Niemcom kredyt w
wysokości 200 mln. dolarów. Francja i Belgia wycofały okupację
Zagłębia Ruhry. Przyniosło to wszystko znaczną ulgę i
stabilizację gospodarki Niemiec, która zaczęła wychodzić na
prostą w 1925 roku. A wraz z nią i Ernst Leitz Optische Werke.
Lajka zaczęła się solidnie
sprzedawać. Nie tylko amatorom, ale i reporterom zawodowym. Jeszcze
przed II wojną jej zalety odkryli Henri Cartier- Bresson i Robert
Capa, ale też Alfred Eisensteadt. Leica była dobrze wykonana,
sprawnie działająca i miała jak na owe czasy wspaniałą optykę.
A do tego była bardzo mała.
(No i znowu się doszperałem (nikłego)
polonicum- twórca optyki leiki Max Berek urodził się w Raciborzu.)
Przez pięć kolejnych lat sprzedaż
aparatu podwajała się każdego roku. W 1935 roku oddział Leitz
Optischewerke produkujący aparaty był najbardziej dochodową
gałęzią jej działalności, dystansując lornetki, dalmierze,
mikroskopy i mechanikę precyzyjną.
A potem nadeszły trochę gorsze czasy.
Dla niektórych. Bo dla innych te czasy okazały się kopalnią
złota.
W 1930 roku NSDAP weszło do
niemieckiego parlamentu, początkowo jako druga, a potem już
pierwsza frakcja Reichstagu. W styczniu 1932 roku NSDAP zorganizowało
spotkanie z grupą 300 niemieckich przemysłowców, zaniepokojonych
ekspansją komunizmu. W
konferencji wzięła udział elita niemieckiego przemysłu .Podczas
spotkania Friedrich
Thyssen, prezes koncernu stalowego Thyssen
AG, powiedział iż: tylko
duch narodowosocjalistyczny i duch jego przywódcy mogą zmienić
losy kraju.
Partii Hitlera zagwarantowano olbrzymie finansowe wsparcie. IG Farben zaoferowało 82,4 milona marek, a koncern Krupp 12 milionów. Niemieccy naziści weszli w ścisły mariaż z niemieckim przemysłem, pozwalający im w rezultacie skonstruować doskonałą machinę do podboju Europy.
W tym czasie Ernst Leitz junior
zastanawiał się nad przyszłością swojej fabryki. Od 1918 roku
należał do Demokratycznej Parii Niemiec, był radnym miejskim w
Wetzlar i kandydatem na posła z ramienia swojego ugrupowania.
Udzielał się politycznie. Zanim NSDAP doszła do władzy
kilkakrotnie organizował antynazistowskie wiece. Zdawał sobie
sprawę ze swojego słabego położenia- był właścicielem drugiej
największej w Niemczech fabryki wyrobów fotooptycznych, a pierwszej
jeśli chodziło o lornetki i lunety kupowane przez niemiecką armię.
Jego sławne aparaty wykorzystywano masowo do celów propagandowych.
Niedawny przykład Hugo Junkersa,
twórcy zakładów lotniczych, z przekonań socjalisty pacyfisty (!),
którego w 1933 roku za sprawą Hermana Goeringa zmuszono do
znacjonalizowania swoich fabryk, oddania patentów w zarząd
państwowy i zamknięto w areszcie domowym nie napawał zbytnim
optymizmem (zmarł w 1935).
Fabryka Leiki w Wetzlar, zdjęcie z 1940 roku. |
Tymczasem w fabryce Leiki w Wetzlar
pracowało wielu Żydów, zarówno jako robotnicy, jak i
inżynierowie. Ernst Leitz miał problem.
Firma Leitz Optische Werke rozrosła
się w tym czasie do wielkiego koncernu, z licznymi
przedstawicielstwami na wszystkich kontynentach- we Francji, Wielkiej
Brytanii, USA, Hong Kongu, na Bliskim Wschodzie. Od 1931 zaczęło po
skrzydłami firmy wychodzić czasopismo „Die Leica”, pierwsze
wcielenie póżniejszego „Leica Fotografie International”,
tłumaczone także na inne języki.
Leitz Optische Werke współpracowała
z rządem niemieckim, jednak jej właściciel od czasu dojścia
Hitlera do władzy zorganizował po cichu firmową pomoc dla
wszystkich pracowników chcących opuścić Niemcy. Działania te
zintensyfikowano po Nocy Kryształowej w 1938 roku. Leitz organizował
dla żydowskich robotników wyjazd i pracę w zagranicznych
placówkach, później także wyposażał ich finansowo i pomagał w
znalezieniu innego zajęcia wydając listy polecające. Dzięki tej
planowej i konsekwentnej działalności uratowano przed obozami
przynajmniej sto osób- udokumentowanych pracowników Leiki, ale
najprawdopodobniej znacznie więcej. Organizacje żydowskie zgłaszały
się do Leitza po pomoc, której ten skrycie udzielał.
Ernst Leitz starał się utrzymać całą
tę akcję w tajemnicy, jego najstarszy syn dowiedział się o niej
dopiero po wojnie.
Firma, pomimo nieprawomyślnego
właściciela rozwijała się jednak w czasie II wojny znakomicie-
jak wiemy miała przedstawicielstwa na całym świecie, a
fotografowie wojskowi i reporterzy wojenni cenili aparaty Leiki nie
tylko w Niemczech. Dobra opinia o jej produktach rozjechała się po
całym globie między innymi wraz z żydowskimi uciekinierami.
Sklep Leica w Tel Avivie, 1942. |
W 1942 roku córka Leitza Elsie
Kuhn-Leitz została schwytana na granicy niemiecko-szwajarskiej w
czasie gdy pomagała przekroczyć ją nielegalnie pewnej Żydówce,
pracownicy fabryki w Wetzlar. Elsie została uwięziona na kilka
miesięcy przez Gestapo, a jej ojcu zagrożono obozem
koncentracyjnym. Pod naciskami nazistów i w obawie o życie córki
wstąpił do NSDAP w wieku 71 lat.
W 2007 roku Ernst Leitz II został
pośmiertnie odznaczony przez Ligę Przeciwko Zniesławieniu medalem
„Courage to care” imienia Jana Karskiego.
Firma Leica Camera AG wyszła zatem z
II wojny światowej obronną ręką- dzięki światłemu i porządnemu
właścicielowi jest jedną z nielicznych dużych firm, które
zachowały się przyzwoicie, nie znalazłem też śladów
wykorzystywania robotników przymusowych w fabryce w Wetzlar.
Okres krytyczny prześwietlony. Win nie
stwierdzono.
Po wojnie firma Leitz Optischewerke,
święciła dalsze sukcesy. Tuż po zakończeniu działań zbrojnych
fabryka w Wetzlar w Hesji nie była zbyt mocno uszkodzona i znalazła
się w amerykańskiej strefie okupacyjnej, ale w Niemczech sytuacja
wydawała się niepewna- rosyjskie wojska stały niemal u bram.
Wprowadzono też restrykcje na sprzedaż wielu surowców. Rodzina
Leitz postanowiła o przeniesieniu produkcji i archiwum w miejsce,
które wydawało się dogodniejsze dla biznesu optycznego. Zależało
im szczególnie na szybkim uruchomieniu eksportu. Wybrano kraj Saary,
w owym czasie pod okupacją Francji, tam obowiązywały łagodniejsze
rygory. Tamże powstało sporo aparatów Leiki oznaczonych „Ernst
Leitz Wetzlar Germany, Monté
en Saare”, które są dziś egzemplarzami kolekcjonersko cenionymi.
Firma w 1948 roku
zaprojektowała i opatentowała mocowanie bagnetowe obiektywów zwane
Leica M, stosowane do dzisiaj w kolejnych modelach.
W 1952 roku
otworzono zamorską fabrykę w Midland, Ontario w Kanadzie. Chcąc
zachować wypracowaną jakość z Niemiec wnętrza fabryki
kanadyjskiej skopiowano niemal jeden do jeden z tej z Wetzlar,
identycznie ustawiono miejsca pracy i tak samo zorganizowano kontrolę
jakości.
Bazując na swojej
chwalebnej historii, znanej jakości i optyce godnej pomnika, do
której przyłożyło rękę laboratorium firmy, utworzone w 1949 a
zajmujące się wyłącznie projektowaniem nowych gatunków szkła-
dzięki temu mogły powstać superjasne obiektywy- oto Leica robiła
karierę wśród fotografów na całym świecie. 75% jej aparatów
było i jest do dzisiaj sprzedawane za oceanem. Leica jeszcze przed
wojną zyskała estymę jaką cieszy się dzisiaj Apple- modnego,
designerskiego gadżetu, przedmiotu pożądania. Do czasów
dzisiejszych utrzymała ten nimb. W porównaniu z Apple jednak Leica,
jak wiemy, mogła pochwalić się prawdziwie długą historią i
licznymi związkami z najwybitniejszymi fotografami tego świata,
choćby ze słynną Agencją Magnum.
Wszystko szło
dobrze do 1995 roku. Wtedy nastąpiły zaczątki wydarzeń, którym
Fotodinoza powinna się przyjrzeć bliżej.
W 1995 roku koncern
Matsushita (Panasonic) podpisuje umowę na używanie optyki
niemieckiego projektu pod marką Leica w swoich aparatach
fotograficznych. Wszystkie obiektywy są produkowane w Niemczech,
lecz montowane w Japonii.
Kilka lat później
współpraca zacieśnia się jeszcze bliżej- Leica zaczyna
projektować optykę do wszystkich aparatów, kamer video i
projektorów firmy Panasonic. Powstaje alians mający produkować w
przyszłości aparaty bliźniacze- dla obu marek.
Wszystko to dlatego, że Leica, tak jak Kodak przespała początki cyfrowej rewolucji i musiała związać się z jakimś liderem, żeby nie zniknąć z rynku.
Niedługo potem na
rynku pojawiają się serie aparatów cyfrowych Leica Digilux, V-Lux
i D-Lux, oraz odpowiadające im modele Panasoniców.
Hm.
Panasonic Leicą dla
ubogich?
Bardzo różnie.
Niektóre modele są projektowane przez Panasonica, i mają tylko
designersko zmienione wersje Leiki, inne są opracowane inżyniersko
przez Leicę i jedynie produkowane w fabrykach Panasonica w dwóch
wersjach brandowania (np. Leica Digilux 2).
Od 2006 roku
następuje kolejna rewolucja- własne obiektywy Leiki są produkowane
już nie w Niemczech, tylko w Japonii u Panasonica. Jednak zachowano
pewną technologiczną odrębność: obiektywy przeznaczone do
aparatów Leica są produkowane na niemieckich maszynach i mają
powłoki przeciwodblaskowe według niemieckiego patentu, natomiast te
obiektywy Leiki, które przeznaczono do aparatów Panasonica są
produkowane na liniach technologicznych japońskich i mają powłoki
projektu Panasonica.
Od czasu pojawienia
się bliźniaczych modeli Leica- Panasonic nie ustaje dyskusja
(głównie internetowa) na temat sensu kupowania Leiki.
No bo powiedzmy to
wyraźnie- Leica nigdy nie była tania. A porównywalne, bliźniacze
z japońskimi modele są od półtora do trzech (!) razy droższe.
Troszkę sobie za
nie liczą, prawda?
Też mi się tak
wydaje.
A skoro nie widać
różnicy- to po co przepłacać (cytat).
Do niedawna też
byłem zwolennikiem powyższej sentencji. Ale nie drążyłem tematu.
Ani nawet nie miałem w ręku żadnej Leiki. W pewien sposób był to
aparat poza kręgiem moich zainteresowań, tak jak i-phone pozostaje
poza tym kręgiem. Bardzo dobry sprzęt dla snobów. Bardzo
pragnąłbym pozować na antysnoba.
Niemniej na potrzeby
tego felietonu spróbowałem się nieco rozeznać w opiniach i
testach. Otóż proszę państwa- jest pewien spisek.
Jest bardzo niewiele
solidnych porównań aparatów Leiki z odpowiadającymi im
bliźniakami Panasonica. Żaden z tych producentów nie garnął się
nigdy do wystawiania swoich produktów do porównawczych testów-
pojedyncze prywatne osoby, mające dostęp do obydwu tych sprzętów
(rzadkość- ze względu na różnicę cen- właścicieli Panasoniców
nie stać na kupienie Leiki, właściciele Leiki wolą ich nie
porównywać do tańszych Panasoniców). Osoby te napisały ledwie
kilka zdań na temat różnic pomiędzy aparatami.
Na tym tle bardzo
chlubnie wypada polskie Fotopolis, które porównało bezpośrednio
aparaty Leica V-Lux 1 contra Panasonic DMC- FZ50. Kto zna rynek (ja-
nie za bardzo), ten wie że to czasy zamierzchłe, rok 2006. Modele
sprzed 10-ciu lat.
Co wyszło z tego
porównania? Otóż wyszło, że pomimo niemal identyczności
zewnętrznej modele te dają nieco inne zdjęcia, a na pewno inne
jest ich oprogramowanie do obróbki obrazu. Czy Leica lepsza? No nie
bardzo- w niektórych miejscach lepsza, w niektórych gorsza. Ale to
było 10 lat temu.
Renomowane portale
testowe unikają ewidentnie tematu porównań tych bliźniaków,
pomimo że byłby to temat nośny. Jednak gdyby wyszło na „nie
warto przepłacać” wtedy z pewnością nie dostałyby do testów
następnych modeli Leiki...
Siłą sprawczą
dyskusji na temat wyższości jednej marki nad drugą, są zatem
amatorzy. Niektórzy dociekliwi, jeden z nich zadał bardzo celne
pytanie amerykańskiemu oddziałowi Leiki- czy pliki RAW
(teoretycznie nieobrabiane przez oprogramowanie aparatu) produkowane
przez aparat Leica różnią się od tych z aparatu Panasonic?
Leica odpowiedziała
tak: „Nasze firmowe oprogramowanie aparatu D-Lux 3 jest
projektowane zgodnie z naszymi preferencjami i różni się od
firmware Panasonica Lumix. Jednakże nie posiadamy żadnych
konkretnych danych mogących stwierdzić w jaki sposób jest
rejestrowany plik RAW w aparatach innej firmy”.
He he. Był taki
słynny czeski film „Nikdo nic neví”.
Opowieści z drugiej
ręki internetowej głoszą, że optyka firmy z Wetzlar, zarówno ta
robiona w Niemczech i ta z Japonii jest produkowana według znacznie
wyższych standardów niż optyka Panasonica- tj na polerowanie
każdej soczewki poświęca się znacznie więcej czasu i kontroli, w
porównaniu z produkcją masową japońskiego partnera, w której
soczewki polerowane są grupowo na wspólnej linii fabrycznej.
Według opinii tego
samego komentatora- najprawdopodobniej także cyfrowe matryce dla
Leiki podlegają wyższym standardom jakościowym niż dla
Japończyków, zatem ich jakość jest bardziej powtarzalna.
Właściwie nie
powinno się pytać firmy Leica, czym różnią się jej wyroby od
wyrobów bliźniaka, bo w miarę możliwości odpowiedzą, że-
wszystkim.
Należałoby spytać
Panasonica- ten w miarę możliwości powinien odpowiadać, że
oczywiście- prawie niczym.
Na dobrą sprawę to
ściemnianie i zamącanie szczegółów współpracy działa na
korzyść producentów. Klient jest ciemny jak tabaka w rogu i
przyjmuje na wiarę legendy. Z porównań kilku bliźniaczych modeli
kompaktowych wynika, że ich parametry są identyczne:
Natomiast cena różni
się znacznie. Jeśli biedny i zmylony konsument chciałby się
oprzeć na jakichś solidnych testach np. ze znanego portalu Dpreview
to nie ma na to szans! Leica V-Lux nie ma tam testu, jako wyjątkowy
wyjątek (bo tam są testy prawie wszystkich aparatów znanych
marek).
Lumix FZ1000, jej
odpowiednik owszem ma, i jest tam jego porównanie... do aparatu
Sony.
Na Dpreview nie ma testu aparatu Leica D-Lux, jako kolejny wyjątek , bliźniak Lumix Lx100, owszem dostąpił zaszczytu- znowu można sprawdzić jak wypada z Sony.
„To straszne -
pomyślał Prosiaczek. - Ten Hohoń najpierw udaje głos Puchatka, a
potem mówi głosem Krzysia, i robi to, żeby mnie zmylić". I
już zupełnie zmylony, powiedział prędziutko i piskliwie:
- To jest Pułapka na Misia. Czekam, żeby w nią wpaść, ho-ho! Co to wszystko znaczy i potem powiem "ho-ho" jeszcze raz!
- Co takiego? - spytał Krzyś.
- Pułapka na ho-honie - powiedział Prosiaczek zachrypniętym ze strachu głosem. - Właśnie ją zastawiłem i czekam na ho-honia, żeby przyszedł.”
- To jest Pułapka na Misia. Czekam, żeby w nią wpaść, ho-ho! Co to wszystko znaczy i potem powiem "ho-ho" jeszcze raz!
- Co takiego? - spytał Krzyś.
- Pułapka na ho-honie - powiedział Prosiaczek zachrypniętym ze strachu głosem. - Właśnie ją zastawiłem i czekam na ho-honia, żeby przyszedł.”
Pułapki na ho-honie
się nie udają. Leiki nie dają się testować razem z Panasonicami.
W samotnych testach
aparatów Leica Camera AG na Optyczne wypadają one bardzo dobrze.
Ciężko je testować porównawczo, bo Leica skupia sporą ilość
swojej energii przede wszystkim na aparatach dalmierzowych- nie są
one ani kompaktami, ani lustrzankami.
Co tu o tym
wszystkim myśleć?
Cena Leiki jest
znacznie wyższa niż konkurencji, jednak nie jest to wszystko takie
proste w ocenie, bo owa cena niesie za sobą, oprócz szlachetnego
nimbu marki także następujące korzyści:
-do każdej Leiki
dodawany jest najnowszy Adobe Photoshop Lightroom ( realna
wartość-kilkaset złotych)
-Leica ma niemal
zawsze ładniejsze wzornictwo i zawsze lepsze materiały- dla estetów
to sprawa istotna.
-Obiektywy wymienne
Leiki są cholernie drogie, jednak niemal nie mają sobie równych.
Łącząc to z
kwestią wymienioną wyżej umów Leiki z Matsushita co do sposobów
produkcji obiektywów- tj. marki Leica na maszynach niemieckich i z
niemiecką powłoką przeciwodblaskową, a Panasonica na japońskich
(nie wiemy tylko czy umowa ta jest do dziś utrzymywana), oraz
kwestią oprogramowania obrabiającego obraz jpg, Fotodinoza
autorytatywnie i w pluralis majestatis stwierdza, że Leica wychodzi
jednak obronną ręką z zarzutów wciskania japońskiego kitu z
czerwoną kropką na obudowie dwa razy drożej.
Stanley Kubrick autoportret za pomocą Leiki |
No poza tym każdy
chciałby mieć aparat, którym fotografowali Elvis Presley, Lou
Reed, Grace Kelly, Woody Allen, Lenny Kravitz, Daniel Craig czy Brad
Pitt (Brad ma Leicę na film). No nie licząc już sławnych
fotografów, (Eliot Erwitt, Nick Ut, Steve Mc Curry), których
liczne sławne i znane zdjęcia były zrobione Leicą.
Foto: Robert Capa, atak na Normandię 1944. |
Każdy chciałby
robić takie zdjęcia. Cena nie gra roli.
Leica na pewno w tym
pomoże. Noblesse oblige, jak powiedziała hrabina do swego
szpica Noblessa (cytat).
Najdroższa Leica świata- jedna z pierwszych, sprzedana na aukcji za 1.750.000 $ |
W całej historii firmy jedną poważną
wpadkę można Leice zarzucić.
Związała się w zeszłym miesiącu
sojuszem strategicznym z Huawei.
No kto, do cholery wpadł na pomysł
wiązania się z chińską firmą, której nazwa brzmi... no brzmi
jak...
No sami wiecie jak brzmi.
Fabrykant
P.S. Z całego aktualnego zakresu aparatów Leica,
ze sklepu koła fortuny, wybieram średnioformatową Leikę S.
Kosztuje 83 tysiące złotych. Najtańszy obiektyw do niej, Elmarit
45/2,8 26 tysięcy. Hm... Nie. Jednak nie. Zmieniam zdanie. Jednak
wcześniej kupię sobie Astona Martina DB 5.
P.S. Długi cytat- Stanisław Lem, Cyberiada, "O tym jak Trurl i Klapaucjusz demona drugiego rodzaju stworzyli, żeby zbójcę Gębona pokonać".
A jakby kto nie wiedział skąd tytuł tego wpisu, to tu jest słynna piosneczka z jaką mi się skojarzyło:
P.S. Długi cytat- Stanisław Lem, Cyberiada, "O tym jak Trurl i Klapaucjusz demona drugiego rodzaju stworzyli, żeby zbójcę Gębona pokonać".
A jakby kto nie wiedział skąd tytuł tego wpisu, to tu jest słynna piosneczka z jaką mi się skojarzyło:
Źródła i źródełka:
Brawo, brawo, pisarz pełną gębą ("gębon"). Czytałem z wypiekami tak długo, aż je zjadłem.
OdpowiedzUsuńA te cytaty przydługie to możesz sobie włożyć między bajki.
PS. No to lejka!
Dopiero co je wyjąłem.
UsuńCo do wpisu, to jak go czytam, to wydaje mi się że jest taki trochę zbyt mało dogłębny. Co Państwo na to?
doglebnosci nigdy za wiele, ale i tak jest swietny :)
UsuńPan ma na prawde Talent, a Leica to kult z szefem jak z listy schindlera. Ale w dzisiejszych czasach to raczej cos dla kolekcjonerow i (jak pan powiedzial) slawnych snobow. Fotodinoza powinna tez przypomniec, ze kilka milionow tego typu aparatow trafilo w postaci Zorki i FED pod socjalistyczne strzechy, a pierwsze canony (szczegolnie ten model Hansa)tez byly bardzo lajko-podobne.Historia Zeissa i Contaxa (szczegolnie ta powojenna) jest nie mniej ciekawa.
OdpowiedzUsuńProsze dalej pisac i sie nie przejmowac Astronomami :) !
Dzięki za miłe słowa. Na szczęście Pan przypomniał o Zorkach.
UsuńFajny, ciekawy artykul, nie znalem historii Leiki, a dobrze znac takie historie, bo sa ciekawe.
OdpowiedzUsuńOsobiscie uwazam, ze lepiej nie mogli trafic z dobraniem sobie partnera. Panasonic to na prawde bardzo dobra firma, wlasnie od polowy lat 90 coraz lepsza, kiedy to Sony stawalo sie coraz gorsze, i osobiscie uwazam ze okolo roku 2000 to wlasnie Panasonic juz byl lepsza firma ogolnego sprzetu RTV niz Sony, ktorego jakosc ostro zaczela spadac. Panasonic robil juz wtedy bardzo porzadne kineskopowe telewizory, a w tych poznych Soniakach nagminnie zdychaly kineskopy, magnetowidy Panasonica sa i byly wczesniej zreszta nieporownywalnie lepsze od magnetowidow Sony, w zasadzie najlepsze popularne robilo Sanyo i Panasonic, a potem juz tylko lepiej - wg mnie najlepsze plaskie telewizory to plazmy Panasonic (czy Sony wogole robilo plazmy?!), jedynie jesli chodzi o amatorskie kamery Video, to Sony nigdy nie mialo sobie rownych.
Poza tym, to smiem twierdzic, ze Japonska technologia Panasonica moze sie okazac nawet lepsza niz ta "niemiecka Leiki na niemieckich maszynach", ale moze to dla tego, ze Japonczykow cenie najbardziej jako producentow, a niemcow wogole nie lubie (ale oni to sami sobie sa winni)
Panasonic okazal sie o tyle dobrym partnerem, ze do tej pory nie przejal Leiki:) Ale te aparaty blizniaki obu firm doprowadzily niestety do pewnego spadku zaufania w originalne produkty. A Taki Lumix FZ 1000 wyglada z zewnatrz identycznie jak Leica V-Lux, techniczne parametry tez sa takie same. Aktualne produkty Sony takie jak RX 1 II ( ale tez A7II)
Usuńradza sobie niestety troche lepiej i przypominaja pod wzgledem innowacji, nowoczesnosci i filozofi stara Leike. Ale ta historia nie dobiegla jeszcze do konca, a po za tym nie jest latwo byc nowoczesnym Dinozaurem..... ;))
Kompakty bliźniacze z Panasonikiem troszeczkę Leice zaszkodziły, czego między innymi dowodem mój artykuł szukający dziury w całym. Ale Leica zeszła dziś według mnie w maksymalnie snobistyczno- maksymalistyczną niszę (i to jest jej plan). Leica z całą pewnością nie jest dziś aparatem dla jakiegokolwiek amatora, w potocznym rozumieniu, jak to było kiedyś. Myślę, że to się sprawdza.
Usuń@Benny.
UsuńPanasonic zawsze był ceniony wśród ludu, między którym się obracałem. Video Panasona to było coś.
Mimo wszystko w mechanice precyzyjnej czy optyce można założyć sobie wyższe lub niższe standardy i to co ma być produkcją masową w rozsądnych pieniądzach nie musi być wykonane z taką trwałością czy dbałością o detale jak w produkcji jednostkowej dwukrotnie droższej. Sęk w tym, że to wszystko to tylko nasze domysły, a Leica i Panasonic mogliby jasno to określić, ale nie chcą. Jeśli nic nie wiadomo, to nimb marki silniej działa.
a jakiego starego=taniego kompakta Leico-Panasonicowego byscie wiec polecali? nie zalezy mi na megapixelach (wystarczy nawet 1) tylko na dobrej ostrosci przy drobnych detalach i macro, bo ja to glownie elektronike fotografuje i lubie jak jest wyrazne (szczegolnie dobrze bylo by jak by mialo dobra czulosc = krotkie czasy i to przy slabym oswietleniu i bez lampy, wiem, ze to trudne) a takze baterie li-ion a nie paluszki, a moze nie Panasonica?
Usuńpuki co mam Canona Ixus 330 i jest niezly, choc z ta ostroscia nie jest az tak rewelacyjnie (mam tez kilka troche nowszych Canonow, ale wszystkie maja zdechle matryce CCD, kiedys to wymieniali za darmo, ale to sie skonczylo ze 4 lata temu),
mam tez Nikona Coolpixa 950 i on znacznie ladniejsze zdjecia robi, tyle ze jest na 4 paluszki, ktore wyzera strasznie szybko, a akumulatorki zawsze zdechna od lezenia i akurat jak sie chce zrobic zdjecie to sa rozladowane...
z ciekawostek mam tez Sony digital Mavica MVC-FD5 - aparat na dyskietke :) i tez dziala, i jest na akumulatorek 7.2V taki sam jak w kamerach Hi8/Digital8 Sony ale zdjecia dosc slabe (nic dziwnego, to chyba poczatki fotografii cyfrowej)
ostatnio tez na gieldzie kupilem za 2zl (!) aparat Sony Cybershot DSC-P1 i nawet sie dobrze zlozylo, bo na zlomie niedawno znalazlem ladowarke akurat pasujaca :) tylko bateria trzyma kilka sekund wiec bede musial wymienic w niej ogniwko, ale ogolnie ladne robi zdjecia, ladniejsze od w/w Canona
Mavica to niezły zabytek! Pamiętam reklamy tego aparatu.
UsuńPrzyznaję, że nie znam się na kompaktach na tyle, żeby polecić Ci jakiś konkretny model, a przynajmniej żeby doradzić które z używek będą ostrzejsze. Sonówki- kompakty robią zdjęcia w powszechnej opinii bardziej nasycone i kontrastowe niż Canon i Nikon, więc być może najbardziej Ci podpasują.
Ja mogę polecić jedynie lustrzankę, jakąkolwiek, bo te odpowiadające rocznikowo kompaktom będą miały ze dwa razy mniejsze szumy niż one (te kompakty) i lepszą jakość obrazu. W większości lustrzanek będzie używalne 800 ISO i niezłe 1600, niemal wszystkie lustrzanki używają też akumulatorów. Najtańsze lustra Canona np. 300D są dostępne za jakieś 250-300 zł. Pozostaje niestety jeszcze obiektyw makro- mógłbym próbować użyć albo starego manualnego szkła z gwintem M42 (z pierścieniem redukcyjnym do Canon EOS) na oko koszt całości jakieś 100-150 zł, albo w wersji drugiej tzw. pierścieni dystansowych ze zwykłym obiektywem z kompletu lustrzankowego- pierścienie zwiększają możliwości zbliżenia, ale szkłem można wtedy ostrzyć tylko ręcznie.
Mogę jeszcze trochę podrążyć temat i rozpytać, jeżeli masz ochotę.
to ja wiem, ze kazda lustrzanka bedzie lepsza, ale to zupelnie inny rzad wielkosci cenowo, tak conajmniej x10, a nawet x20 (zakladajac ze starego sprawnego kompakta mozna normalnie kupic za ok 30zl) i nie to, zebym nie mial takich wolnych 500zl, ale ja jestem straszna sknera, nielubie wydawac sporych pieniedzy ;) zebym to chociaz na codzien potrzebowal, to co innego, jedynie obiektyw jakis mam, ale Nikona, ze zwykla kliszowa lustrzanka.
UsuńJesli Ci sie chce, to mozesz napisac test najtanszej uzywanej lustrzanki z prawdziwego zdarzenia (nie kompaktu lustrzankopodobnego), albo porownanie kilku najtanszych, na pewno bedzie to ciekawe, tyle ze pewnie trudne do zrobienia ze wzgledu na to, ze trzeba je jakos pozyczyc ;) ale przynajmniej pomysl masz gratis ;)
puki co ten Soniaczek mi sie podoba (to sie okazalo jest dsc-p50, wczesniej pisalem z pamieci i zdjec z googli) nawet wygrzebalem druga baterie, podrobke, ale ogniwka ma niezle, to sie z dwoch jedna zrobi :D jedynie nie jest z wygladu tak fajny jak ten metalowy Canon, ten jest calkowicie plastikowy, no ale 2zl kosztowal ;)
przykladowe zdjecie matrycy z jakis 5cm - widac dobrze pojedyncze pixele i ich skladowe RGB
http://mreq.republika.pl/1/dscp50r.jpg
No z 2 złotymi to ja nie pokonkuruję z moimi lustrzankami ;) .
Usuńnie no, to wiadomo, za 2zl to ja sie nawet zdziwilem, zwykle aparaty z kosza z gratami na gieldzie kosztuja ok 10zl, oczywiscie w stanie nieznanym, i oczywiscie zazwyczaj zepsute ;) takze tu sie wyjatkowo udalo :)
Usuń@Benny
OdpowiedzUsuńJeśli ma być na serio dobre zdjęcie z bliska to tylko lustro z manualnym szkłem i pierścienie pośrednie.
Tanio z obiektywem dostaniesz np. pentaxy (taki IST dl jest na portalu aukcyjnym za 300zl) i olympusy. Pierścienie to około 30zł, statyw najtańszy też 30, taki ekstra fajny nie tylko do pomieszczeń (w sensie stabilny na wietrze) to ~100zł. Jak będę pamiętał i miał czas to wieczorem też cyknę zdjęcie z bliska i wrzucę.
Jeśli chodzi o baterie - kombinacja sanyo eneloop + ładowarka BC-700 (z pamięci pisze, może BC-1000?) - załatwiła wszystkie moje problemy z bateriami. Eneloopy mogą leżeć w szufladzie i czekać, a ładowarka pięknie sprawdziła ile energizerów i GP mam padniętych.
@Benny
OdpowiedzUsuńRzuciłem okiem na Twoje zdjęcie - na przyszłość przymykaj troszkę przysłonę - chociaż 5.6, a najlepiej więcej niż 8. I sorry, ale ja nie widzę tych składowych RGB.
Tutaj moje, na szybkiego robione fotki:
http://agroturystyka-dobrosulow.prv.pl/zdj/1.JPG - wyświetlacz 14' TN o rozdzielczości 1600x900. Fragment strony między okienkiem komentarzy, a białym tłem.
http://agroturystyka-dobrosulow.prv.pl/zdj/2.JPG - wyłączony czytnik e-book
http://agroturystyka-dobrosulow.prv.pl/zdj/3.JPG - chyba poznajesz, no nie? Karta na czarnym, matowym szkle.
http://agroturystyka-dobrosulow.prv.pl/zdj/4.JPG - druga strona tej samej karty
http://agroturystyka-dobrosulow.prv.pl/zdj/5.JPG - tarcza zegarka.
Zwróć uwagę na dość niską głębię ostrości - najlepiej przedmiot umieścić idealnie prostopadle do osi obiektywu (ale mi się nie chciało ustawiać).
skladowe widac u mnie tylko na skrajach literek rzecz jasna ;)
OdpowiedzUsuńu Ciebie 1 zdjecie faktycznie dobre, 2 beznadziejne, 3, 4, dobre, tylko ze strasznie krotka ta glebia ostrosci, wystarczy ciut dalej niz srodek i juz ostrosci brak, 5 ladnie
ale ogolne co mi sie nie podoba to zerowy sens tak wielkich rozdzielczosci i rozmiarow plikow, skoro przy braku pomniejszenia do ekranu, tylko ogladajac pelnowymiarowy plik to wyglada jak taki recznie powiekszony w jakims programie, tak to jest paskudnie rozmyte, to jest jakas sztuczna megapixelowosc
chodzi mi o to: http://mreq.republika.pl/1/screen.jpg
Gdyby nie ta "megapixelowość" to na pierwszym zdjęciu nie było by widać składowych na tyle dobrze. Na zegarku w powiększeniu wyszło słabo, bo po prostu nie trafiłem idealnie z ostrością (trafiłem w logo obok datownika). Ale fakt - do 100% zdjęć, które wywołuję wystarczyłoby max 8Mpix. Jakieś 75% wystarczyłoby "tylko" 5. Na fotografię przy której jest czas na ustawienie się wystarczyłoby mi 2-3Mpx. W "polu" więcej się przydaje, żeby np. było z czego zdjęcie wyprostować, albo dociąć za szeroki plan.
OdpowiedzUsuńWłaśnie podkreślam przy makro niestety głębia jest bardzo mała - najlepiej by było kartę pamięci przykleić do czegoś pionowego i aparat ustawić idealnie poziomo. Albo mieć statyw do fotografowania dokumentów. Ja robiłem na szybko - na stole i aparat pod skosem.
Z drugim zdjęciem się bardzo zdziwiłem, ale tak faktycznie to wygląda - piksele czytnika są nieostre. Sprawdzałem lupą.
Ale do meritum - w lustrze możesz sobie dać więcej/mniej pierścieni pośrednich i uzyskać efekt, jaki tylko chcesz. Bez zdejmowania obiektywu nie da rady.
rozumiem o co Ci chodzi, ale wlasnie pytalem specjalnie o bardzo stara lustrzanke, taka wlasnie kolo 2mpix, albo w sumie nawet pseudolustrzanke, dzis nawet na gieldzie widzialem fajnego Nikona wlasnie takiego starego, ale 100zl chcieli, a co gorsza zapomnialem modelu..
OdpowiedzUsuńwiem, ze mozna sobie ustawic mniej mpix niz jest maksymalnie w aparacie, ale to dosc bezsensowne, tzn jedyny sens to taki, ze pliki maja jakas sensowna wielkosc, ktora nie zapelni od razu dysku
Tylko jeśli się zdecydujesz na kombinacje lustro+pierścienie pośrednie, to zwróć uwagę na obiektyw. Niektóre "kity" nie mają pierścienia od przysłony, a tanie tuleje pośrednie nie oferują przekazywania ustawień z korpusu.
OdpowiedzUsuńSuper wpis. Pozdrawiam
OdpowiedzUsuń