czwartek, 4 października 2018

Co się kryje za dworcem Saint-Lazare.

"Za dworcem Saint-Lazare" 1932, fot. Henri Cartier Bresson


Jedno jest pewne. No, nie jestem pierwszym, który zastanawia się nad tym zdjęciem. Oj nie. Już szybciej ostatnim. Nie mnie pierwszego zauroczyło. Gdzieś na tyłach paryskiego dworca siedemdziesiąt lat temu fotograf strzelił zdjęcie, a rzesza krytyków przygląda mu się z otwartą gębą.
Zdjęcie to z pewnością widzieliście, bo jest ono ilustracją wszystkich monografii biografii i poligrafii poświęconych Henriemu Cartier-Bressonowi. Ojcu i matce dzisiejszej fotografii reportażowej i streetfoto. Każda książka o nim zaczyna się tym zdjęciem, zawiera to zdjęcie, albo je omawia. Najpewniej rzesze studentów fotografii zrobiły na tym zdjęciu dyplomy, albo prace semestralne przynajmniej.
Słusznie.
Albowiem jest ono żywą emanacją Cartier-bressonowskiej idei decydującego momentu w fotografii. Zatem nadaje się świetnie.
Inne zdjęcia Cartier-Bressona także się świetnie nadają. Stwierdzam autorytatywnie i z pełnym przekonaniem o własnej nieomylności, że był to najprawdopodobniej najzdolniejszy fotograf świata i drugiego takiego już nie było.
A skąd wiem, że on był najlepszy?

-Jak odróżnić dobre zdjęcie od złego?
-Musisz obejrzeć milion zdjęć. Potem już nigdy się nie pomylisz.
(cytat strawestowany)

Taka masa genialnych zdjęć jakie po Bressonie została, to po nikim innym nie została. Same dobre. Mówi się, że Bresson niszczył swoje nieudane negatywy. To nie zbrodnia, to zaleta. Jak się już napisało kiedyś: fotograf który zrobił w życiu tylko jedno genialne zdjęcie, ale za to potrafił je wybrać spośród innych - godzien jest pomnika. Selekcja zdjęć należy do najważniejszych elementów fotografowania, kto o tym nie pamięta, ten zostaje z dyskami komputerowymi zapełnionymi chłamem po brzegi.


Po Bressonie zostało trochę więcej niż jedno zdjęcie. To tytułowe jednak jest jednym z najbardziej inspirujących, za którym przepadają profesjonalni krytycy fotografii, już nie mówiąc o takich jak ja - domorosłych. Krytycy fotografii, co ciekawe, nie przemawiają jednym głosem i jednym językiem, zapewne dlatego, że oni są z różnych krajów, ci krytycy.

Pewnego mglistego poranka po kilku dniach deszczu Henri Cartier Bresson, dwudziestoczteroletni fotograf, polazł był w chaszcze i demolki za jednym z paryskich dworców. Tam błyszcząca połać wody przykuła jego czułe oko. Na wpół zanurzona drabina znaczyła ślady po budowlańcach, którzy zostawili ją tam w pobliżu hałdy piachu i sterty gruzu walającej się pod płotem. Drabina była potrzebna żeby przecjodnie mogli przebrnąć przez ocean kałuży. Co tak zaciekawiło fotografa?

Na razie załóżmy, że zobaczył to miejsce jeszcze bezludne.

Myślę że spodobał mu się kontrast jasnego odbicia nieba w wodzie i ciemnych elementów. Zauważcie, że niektóre z przedmiotów w tym kadrze MAJĄ swoje odbicie w wodzie, a niektóre NIE (bo leżą na jej powierzchni). Tworzy to bardzo ciekawy wizualnie melanż.


"Za dworcem Saint-Lazare" 1932, fot. Henri Cartier Bresson


Dodatkowo na tym widoku spotykają się liczne analogie kształtów - drabina z płotem grają w jednej lidze, a porzucone obręcze (od beczek? czy może to jakieś kable?) w drugiej lidze wyrazistych kształtów.


"Za dworcem Saint-Lazare" 1932, fot. Henri Cartier Bresson


Najpewniej młody Bresson (młody, bo młodszy ode mnie, he he) zauważył jakąś personę, przeskakującą z trudem po drabinie przez jezioro wody, co zwróciło jego uwagę. Ironia aż biła w oczy - na parkanie wyklejono przecież plakaty reklamujące cyrk "Railowsky", z wyrazistą grafiką skaczącego gimnastyka. I to wyklejono podwójnie. Podwójne plakaty, podwójny człowiek w odbiciu. To było to! Wystarczyło poczekać chwilę na następnego delikwenta.

Próbowałem się dowiedzieć czegoś o cyrku "Railowsky", który występował w Paryżu w 1932 roku, ale wpisując w internet "Railowsky circus" trafia się WYŁĄCZNIE na zdjęcie Cartier - Bressona. Sława fotografa przyćmiła wielokrotnie sławę zapomnianego cyrku. Nie wiemy kim był ów tajemniczy Railowsky, cyrkowiec o słowiańskim nazwisku.

Cartier - Bresson czekał zatem na następnego delikwenta. Zauważmy, że czekał na delikwenta odpowiedniego, takiego który wzmocni ironiczny przekaz zdjęcia. Facet przeskakujący po wodzie to nie byle jaki paryski Gavroche, tylko lekko korpulentny mieszczanin w kapeluszu, złapany w odpowiedniej pozie nad taflą wody. Podczas zauważania powinniśmy także docenić Bressona. Fotografował najprawdopodobniej Leicą I, swoim ulubionym aparatem dalmierzowym, którym większość dzisiejszych fotografów, wychowanych na autofokusie i zdjęciach seryjnych, nie byłaby w stanie uchwycić żadnej ruchomej sceny. Tymczasem Cartier Bresson w 1932 roku złapał Leicą gościa z drabiną w ODPOWIEDNIM momencie, ODPOWIEDNIO rozmazanego w ruchu, w ODPOWIEDNIM miejscu w kadrze.


Pierwsza Leica Cartier Bressona.
Fot. Les Hotels Paris Rive Gauche- AlainB, Wikipedia, licencja CC.


A konkretnie złapał go w tzw "mocnym punkcie kadru", idealnym miejscu na umieszczenie kluczowych elementów, tak by przykuć uwagę widza. Płot i cyrkowe plakaty stanowią dopełnienie obrazu.


"Za dworcem Saint Lazare" 1932, fot. Henri Cartier Bresson




Zwielokrotniona postać i zwielokrotniony plakat dają nam widok, który porusza ironicznym skojarzeniem, jest żywy, wyrazisty i oddaje stuprocentowo klimat. Jesteśmy tam, wśród budowlanej demolki za dworcem Saint Lazare i doceniamy poczucie humoru fotografa. Choć zapewne wypatrzony chwilę wcześniej niż zrobienie zdjęcia, ten obraz unaocznia ideę kluczowego momentu, w którym intencje i refleks fotografa spotykają się w jednym przebłysku, by zatrzymać czas. Zatrzymać go tak dobrze, że przyszłe pokolenia wciąż podniecają się analizą dziewięćdziesięcioletniego zdjęcia.



Jest jeszcze jeden aspekt analizy tego sławnego obrazka. Lingwistyczny. Wcześniejsi jego internetowi recenzenci, zwłaszcza ci angielskojęzyczni zwracają uwagę na brzmienie nazwiska na plakacie. "Railowsky", kojarzy im się z "Rail" (szyna), a to słowo znów z moknącą w kałuży drabiną, przypominającą kolejowy tor.
Czy takie skojarzenia miał też Cartier - Bresson? Przed wojną angielski nie był taką "lingua latina" jak dzisiaj, choć fotograf niewątpliwie go znał doskonale - studiował malarstwo i filozofię na Cambridge. Być może to zamierzony dodatkowy smaczek, który mieli odkryć nieliczni, może było to działanie podświadome. Kałuża jest szeroka i głęboka i możemy sobie pospekulować...

Jakie z tego wszystkiego wnioski?
Świetne zdjęcia powstają bardzo często na strasznych zadupiach.
Bycie mistrzem świata w fotografii w wieku 24 lat jest godne podziwu.
Patrzeć trzeba uważnie. Choć nie łudźmy się, że szybko dogonimy Bressona.


Fabrykant


inne moje analizy zdjęć:
https://fotodinoza.blogspot.com/search/label/notka%20o%20klasycznym%20zdjęciu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drogi czytelniku! Pragnę ostrzec, że wredny portal blogowy na jakim piszę bardzo lubi zjadać bez ostrzeżenia wpisy czytelników podczas ich zamieszczania. BARDZO PROSZĘ PO NAPISANIU KOMENTARZA SKOPIOWAĆ GO i w razie czego wstawić ponownie, na pohybel Google Blogger. Fabrykant.