czwartek, 3 listopada 2016

Projekt Okrążenia. Vol. 2. Stacja Łódź Stoki.



P.S.(Tutaj dostępna opisana wcześniej Stacja Łódź Marysin- LINK)
P.S. II- pewnie przesadziłem z objętością tego wpisu. Umówmy się, że można go czytać na dwa razy, dobra?

Fabryka nici Ariadna na ul. Niciarnianej

Otóż jak marszałek Piłsudski wysiadał z tramwaju „Socjalizm” na przystanku „Niepodległość”, tak i my wysiądziemy. Ale nie z tramwaju, tylko z Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej, nie na przystanku „Niepodległość”, tylko na stacji „Łódź Stoki”. I nie zegarki tylko rowery. I nie rozdają, tylko kradną.


Łódzka Kolej Aglomeracyjna, choć jeszcze nie pod tą nazwą, to był pomysł socjalistyczny. Jeszcze za Gierka zbudowano na linii Łódź Widzew- Zgierz obustronne perony, które potem stały samotnie, jak ten Himilsbach z angielskim, albo jak wiadukt pod Tuszynem, niepołączone z niczym i były nieużywane. Dopiero lata 2010-te ruszyły coś w kwestii regularnych pasażerskich przejazdów na tej linii.

Ł.K.A. Ma na pokładzie nie tylko automaty biletowe, ale też wifi. Można zatem przeglądać sobie wpisy Fotodinozy pomiędzy przystankami.


Jeżeli przemieszczamy się na stację Łódź Stoki od strony Marysina, możemy po drodze z okna pociągu zwiedzić jedną atrakcję z daleka- jest to zajezdnia tramwajowa z lat 80-tych, największa w mieście (z niej startuje na przykład bardzo interesująca linia tramwaju zabytkowego nr 46 do Lutomierska, obsługiwana przez tramwaj Konstal 3N). Więcej uwagi nie musimy jej chyba poświęcać.

Za to teren pomiędzy zajezdnią tramwajową, a stacją Łódź Stoki jest dla przeciętnego, zmotoryzowanego łodzianina z innej dzielnicy (takiego jak ja) wielką terra incognita, ponieważ jest to olbrzymi obszar, po którym nie biegną żadne drogi asfaltowe a z lotu ptaka widać tam jedynie wielki krzyż torów ŁKA i tramwajowych.

Stacja Stoki ma jeden poważny problem ze sobą. Lokalizacyjny i nazewniczy. Rzeczywiście leży w administracyjnej dzielnicy Stoki, ale na takim jej krańcu, że do największych atrakcji samych Stoków, do ich jądra ciemności jest stamtąd ze trzy kilometry.

Łódź Stoki mogłaby się z powodzeniem nazywać za to „Łódź Niciarniana 2”. Bo jest w mieście taka stacja- Niciarniana, świeżo odnowiona i leżąca na linii do dworca Fabrycznego, którą od stacji Stoki dzieli może z kilometr.

Zatem ze stacji Stoki można zwiedzić sobie parę atrakcji bardziej centralnych dzielnic.
Kamyczki na stacji. Człowiek jednak przezwycięży każdą trudność.

Jak słusznie zauważył Piotr Grobliński- LINK stacja Stoki jest conieco odwrócona dupskiem do klienta- to znaczy peron ma nie z tej strony, z której by było trzeba. No, w sumie zależy skąd przychodzimy i dokąd jedziemy. Nie rozsądzi się tego dylematu. Przydałyby się perony po obu stronach. No już trudno. Za to pasażerowie doskonale sobie radzą niezbyt przejmując się napisami. Wiadomo- jak u Szwejka: nie wolno, ale można.

Pierwsze co widzimy po przybyciu na stację, to potężny budynek Szpitala Klinicznego. Jest to najbardziej znana w mieście inwestycja, ponieważ inwestowano w nią od roku 1975-go, kiedy to wmurowano kamień węgielny.

Szpital kliniczny na ul. Pomorskiej, Canon 5D + Sigma 90mm @ f/8, -0,67 EV, filtr czerwony.

Otwarto go do użytkowania w 2013 roku, po 38 latach budowy.

Pragnę poinformować, że szpital jest nadal w budowie, nawet w niektórych miejscach napisy to głoszą. W wykańczaniu jest. Wystarczy wjechać windą na ostatnie piętra i widać tam sporo śladów wykańczania.

Skoro budowano go przez 38 lat, to nie mogło być tak, że pierwotny projekt ostał się bez zmian. Dookoła szpitala można znaleźć znakomite artefakty, będące śladami tego heroicznego wysiłku projektantów- na przykład przejścia podziemne, biegnące znikąd donikąd, wiadukty niepołączone z drogami (miała tu biec dwupasmówka, ale jakoś nie biegnie), oraz różnego rodzaju wygony, mocno kontrastujące z modernizmem zielonej bryły.



Przejście podziemne, które nie łączy nic z niczym. Brak chodników żeby do niego dojść od strony budynku. Canon 5D + Sigma 24mm @ f/8, -1 EV, filtr czerwony.

Olbrzymią kubaturę zajmuje szpital, 31 klinik, 5 sal operacyjnych, a na najwyższych piętrach- sale wykładowe. Największą zaletą dla turysty jest jednak to, że cały 54 hektarowy teren szpitala jest nieogrodzony i dostępny prawie z każdej strony, zatem możemy łatwo zrobić skrót przez niego do pobliskich atrakcji.



Lećmy zatem, zgodnie z tytułem Sławomira Mrożka- „Na południe”.

Już za chwilę natkniemy się na imperium. To znaczy jedno z imperiów fabrycznej Łodzi. Od strony naszej marszruty lub roweruty najpierw pojawi się osiedle niskich ceglanych domków o charakterystycznym układzie- familoki imperium fabrycznego.


Darthem Vaderem tego imperium był Juliusz Kunitzer- ewangelik przybyły z Kalisza, gdzie kształcił się już w zawodzie tkacza. Formalnego wykształcenia nie zdobył nigdy, ale dzięki dużej inteligencji, szerokim horyzontom i ambicji zrobił karierę co najmniej od pucybuta do milionera. A nawet jeszcze lepiej.

Zaczął pracę w łodzi w latach 60- tych XIX wieku, w fabryce Hentschla na Piotrkowskiej, gdzie szybko awansował na kierownika technicznego. Niedługo później, wraz ze szwagrem Ludwikiem Meyerem. nabył świeżo spaloną fabrykę od swego pryncypała po bardzo korzystnej cenie. Wspólnicy zajęli się produkcją wełny i szybko rozwinęli zakład.

Juliusz Kunitzer zamierzał inwestować na dalekich przedmieściach Łodzi, bo w centrum coraz trudniej było o dobre grunty i wodę potrzebną do produkcji. Do tego celu nawiązał bliższe kontakty z bogatym fabrykantem- Juliuszem Heinzlem (o którym dużo jest/ będzie napisane w relacji ze stacji ŁKA Łódź Arturówek). Za jego poparciem zyskał dostęp do kredytów i kupił wielkie tereny na wsi Widzew gdzie zbudował swoją potężną fabrykę, całkiem niezgodnie z przepisami rosyjskiego zaboru dotyczącymi nabywania gruntów wiejskich. Fabryka stanęła już w 1879 i pracowało w niej 15 tysięcy wrzecion i 500 krosien, obsługiwanych przez tysiąc robotników, ale problemy z władzami trwały przez następne dwadzieścia lat, kiedy to przy użyciu licznych sił i środków zostały wreszcie zakończone.

Money makes the world go around
It makes the welt go 'round.

A mark, a yen, a buck or a pound
...a buck or a pound
...a buck or a pound.
Is all that makes the world go around
That clinking, clanking sound...
Can make the world go 'round.

Niedługo później powstała w pobliżu związana z Kunitzerem i Heinzlem fabryka nici. De facto zbudowano nową, początkowo nieformalną dzielnicę miasta.

A, no i jakby kto was w tej dzielnicy pytał: „Za kim jesteś, kolo?”, to nie odpowiadajcie, że nie interesujecie się sportem, tylko że- za Widzewem. Widzew Pany. Przynajmniej na Widzewie.

Tym razem obejdziemy tylko fragment dawnego królestwa Kunitzera, bo całość należałoby podzielić przynajmniej na dwa etapy- ten bliżej stacji Łódź Stoki- w postaci Łódzkiej Fabryki Niciarnianej i ten leżący bliżej stacji Łódź Dąbrowa- Widzewskiej Manufaktury. Kunitzer- król Widzewa był z fabryką nici związany tylko w początkowej fazie jej powstawania. W dalszej części historii ten kawałek miasta zdominowała inna nacja, dość niespodziewana jak na Łódź- synowie Albionu.

Jeśli chodzi o samo oglądanie obiektów, to bliższa nam część jest wyjątkowa na tle innych fabryk łódzkich- nadal działa! Pod nieco inną nazwą (Ariadna S.A.), ale jednak. Do tego produkują mniej więcej te same wyroby co za czasów gdy ją budowano. Zatem bieganie między budynkami z czerwonej cegły i strzelanie sobie selfie na tle tej Ziemi Obiecanej będzie nieco utrudnione- można je oglądać głównie z zewnątrz.


Fabryka nici Ariadna, ul. Niciarniana. Canon 5D + Sigma 90mm @ f/2,8, -0,67 EV, filtr zielony.



Do fragmentu dawnego imperium Kunitzera i Heinzla dochodzimy właśnie od strony Łódzkiej Manufaktury Niciarnianej, w której to przyszłej inwestycji obaj fabrykanci, mający już swoje wielkie zakłady bawełniane, nabyli udziały. Wkrótce powstała potężna wytwórnia nici i przędzy- budowę rozpoczęto w 1897 roku. Imponujący kompleks z cegły, przypominający gotycką architekturę obronną, ale zmiękczony secesyjnymi detalami wystawał niczym gibraltarska skała spośród wiejskiej zabudowy wsi Widzew. W 1899 roku zatrudniano tu już 488 pracowników, głównie kobiet, a urządzenia fabryczne napędzały dwie maszyny parowe o mocy 1600 KM.

Ariadna na ul. Niciarnianej

Kunitzer i Heinzel nie zagrzali miejsca w radzie nadzorczej fabryki nici. Już kilka lat po otwarciu Manufaktury Niciarnianej nie wytrzymała ona konkurencji z bardzo silnym rywalem- trustem niciarnianym z Glasgow, mającym w Rosji wielką fabrykę w Petersburgu. Nie dało się kopać z koniem i dotychczasowi właściciele rozpoczęli rozmowy w kwestii przejęcia łódzkich zakładów przez „J&P Coats Limited”- co też się dokonało w 1906 roku.

Rok ten jest dość charakterystyczny.

Ciekawe jest to, że oba najbardziej znane łódzkie kluby piłkarskie- Widzew i ŁKS powstały niedługo po tej dacie. Również korty tenisowe zorganizowano w Łodzi niedługo później. Niektórzy wiążą fakt przybycia do Łodzi angielskiej kadry zarządzającej fabryką nici z rozpropagowaniem piłki nożnej i tenisa w naszym mieście...

(Korty tenisowe przeznaczone specjalnie dla owej kadry zbudowano przy ulicy Niciarnianej na pewno przed 1928- a podejrzewam że jeszcze wcześniej, konkretnej daty jednak nie mogę się doszukać. Trudno jednak wyobrazić sobie Brytola z klasy wyższej średniej bez jego ulubionych rozrywek).

Pod zarządem Anglików fabryka rozwinęła skrzydła jeszcze szerzej- skasowano produkcję tasiemek, skupiając się wyłącznie na niciach. Wytwórnia znacznie poszerzyła rynki zbytu, zwłaszcza w stronę wschodnią- do Azji środkowej. Rozbudowano znacznie park maszynowy, zainstalowano trzeci silnik parowy.



Rozbudowywano też cały kompleks- zaprojektowano nowe domy fabryczne- niskie parterowe budynki zawierające dwuizbowe mieszkania. Nie była to najbardziej udana i wypasiona inwestycja- kanalizacji nie było, wychodki i sanitariaty zaprojektowano przy jednym z boków terenu. Co gorsza familoki postawiono na gliniastym gruncie na którym po deszczach i roztopach tworzyły się wielkie rozlewiska podtapiające budynki. Niemniej mieszkało na osiedlu fabrycznym około czterystu osób, cieszących się niewysokim czynszem i dachem nad głową.

Przy tej skali produkcji już w pierwszych latach istnienia fabryki, nawet na oddalonym od centrum Widzewie pojawiły się niedobory wody, które rozwiązano wiercąc studnię głębinową. Rozwiązano też kłopot z kanalizacją prowadząc kanał kanalizacyjny pod linią kolei, który biegł do oddalonej o kilkaset metrów Widzewskiej Manufaktury. Anglicy zbudowali też bocznicę kolejową, która ułatwiła transport towaru- istniała do 1914 roku, kiedy zdemolowały ją wkraczające wojska niemieckie.

Zwiedzając z zewnątrz Fabrykę Nici dobrze jest okrążyć jej mury- zaczynając od głównych budynków przy Niciarnianej. Bliżej wiaduktu, po przeciwnej stronie ulicy ulokowane są wspomniane korty tenisowe, oraz duży kamieniczny obiekt z neogotyckim fryzem na fasadzie, niczym średniowieczna forteca. Nawet ci on przypomina troszkę londyński Tower, jak mu się tak subiektywnie przypatrzeć. To mieszkania dla zakładowych inżynierów i kadry.



Za fabryką nadal prowadzi nas ceglany mur, skręcający teraz równolegle do torów dawnej łódzkiej kolei fabrycznej i nowo remontowanej stacji Niciarniana. Za torami widać maszty stadionu Widzewa. Charakterystyczny mur Niciarki prowadzi nas dalej, byśmy mogli okrążyć całe królestwo nici.

Stacja Niciarniana, widok od ulicy Nowogrodzkiej.


Okrążenie terenów Manufaktury Nici da nam jeszcze jeden bonus. Bez zbędnych kosztów opuścimy sobie XXI wiek i wejdziemy w XIX. Na tyłach fabryki biegnie przeurocza ścieżynka. Tajna, używana prawdopodobnie od 150 lat, która łączy tory kolejowe z osiedlem robotniczym- familokami na Niciarce, tzw Grembachem. Możemy poczuć się trochę jak odkrywcy tajemnic. Ale tylko troszeczkę.

Przeze puszcz wiedłać ścieża, aliściż wiedła na przeła.
Kądy spoźresz, pła, grązy a mczary, huszcze a jaszcze. Gąstew chruścielów, parzenie, wżdyż takoże dąbców a świekrów jasienicą farbionych, kądy spoźresz. Kole ścieży kwitnęły mechła miętko, puchliwie. Pachły niezabudy, zezule, paprochy, pampuchy, czmerechy, szczawieje…
(Artur Maria Swinarski, podrabiający styl Antoniego Gołubiewa)

Ścieżka od ul. Nowogrodzkiej, Canon 5D + Sigma 90mm @ f/5,0, -1 EV, filtr zielony.



Canon 5D + Sigma 90mm @ f/8, -1 EV, filtr zielony.

Budynki robotniczych mieszkań fabryki nici, cóż, prawdę powiedziawszy nie zmieniły się wiele od czasu powstania. Cztery rzędy długich parterowych ceglanych szeregów stoją jak stały przed I wojną. Rzędy komórek ciągną się po obu stronach osiedla jak i ciągnęły się za czasów brytyjskiej dyrekcji.

Osiedle fabryki nici, tzw Grembach.




Canon 5D + Sigma 90mm @ f/2,8, -1 EV, filtr zielony.

Tradycja zalewania osiedla wodą jest podtrzymywana nadal przez liczne kałuże. Spieszmy się więc je oglądać, póki nie wybrukują wszystkiego.

W domach robotniczych nadal niewątpliwie mieszka wielu emerytowanych pracowników fabryki. Można tam nadal znaleźć urocze przejawy tradycyjnej kultury i życia.

Canon 5D + Sigma 90mm @ f/2,8, -1 EV, filtr zielony.



Jest tam wyjątkowo i ciekawie. Ale nie spodziewajcie się, że jest tam schludnie jak na katowickim Nikiszowcu. Za to raj dla fotografów i fotografii.

Canon 5D + Sigma 90mm @ f/8, -1,67 EV, filtr zielony.



Ech, czegoż to się nie znajdzie w tym naszym mieście...

W tym mieście nie jestem zbyt mocny
Niewiele tak mogę.
W hurtowni przy dawnej Gwiaździstej mam tylko podłogę. (cytat)

Oglądając XIX wiek na Niciarce, wróćmy myślami do dalszych lat Manufaktury Niciarnianej.

I Wojna Światowa nie tylko zdemolowała fizycznie miasto- pisało się o tym przy okazji zdjęć Michała Daszewskiego- LINK), ale także postawiło na głowie całą organizację przemysłu- dotychczasowe fabryki znajdujące się do wojny w zaborze rosyjskim były nierozerwalnie związane z chłonnym rynkiem w Rosji. Tam szła prawie cała łódzka produkcja. Tymczasem wchodzący do Łodzi Niemcy spowodowali powstanie pomiędzy łódzkim imperium tekstylnym, a jego dawnym odbiorcą ścisłej i wrogiej granicy. Krany dobrobytu nagle zostały zakręcone.

Niemcy, choć zachowujący znacznie więcej umiaru niż w kolejnej wojnie, prowadzili w Łodzi politykę rabunkową, demontując i rekwirując maszyny fabryczne, oraz wszelkie dobra ruchome mogące być przydatne w wojnie. Łódź tąpnęła gwałtownie. Bezrobocie szalało, a wraz z nim wielka bieda.


Drugi budynek mieszkalny dla kadry zarządzającej fabryką nici- ul. Czechosłowacka 3- furtka wejściowa. Canon 5D + Sigma 24mm @ f/5,6, -1 EV, filtr czerwony.

Przedsiębiorstwa które dotychczas zatrudniały wielkie rzesze robotników, mimo własnego upadku organizowały wobec tego kryzysu drobną pomoc dla ludzi- w postaci niewielkich zapomóg, oraz wydawania tanich obiadów, ale same ledwo przędły z nożem na gardle.

W 1916 roku fabryka przeszła pod zarząd niemiecki, wywieziono z niej większość maszyn, produktów i surowców, a potem urządzono w niej warsztaty naprawcze aparatów telefonicznych. Ta niszowa działalność dała początek późniejszym powojennym zakładom naprawczym telefonów, zorganizowanym przez wykwalifikowanych przez Niemców polskich pracowników.

Po I wojnie, mimo bardzo trudnej sytuacji Manufaktura Niciarniana poddźwignęła się z upadku, przy wydatnej pomocy brytyjskiej macierzy. Już na początku lat 20-tych zainstalowano w fabryce cztery maszyny parowe i sześć napędów elektrycznych. Kadrą zarządzającą i inżynierską nadal stanowili Anglicy lub obcokrajowcy związani z brytyjskim koncernem- często Niemcy i Austriacy. Szkolono także intensywnie polskich specjalistów i robotników, zwłaszcza że fabryka zatrudniała dużą ilość młodocianych- 15%, głównie dziewczyn. Inspekcja pracy stanowiła nad nimi ścisły nadzór, naciskając na edukację, co też czyniono. Firma na Niciarnianej była nadal jedyną w Łodzi przemysłową inwestycją brytyjską.

Na przełomie lat 20-tych i 30-tych Fabryka Nici była uznawana za jedną z najlepiej zorganizowanych i dobrze radzących sobie zakładów na terenie miasta. Pomimo lat ekonomicznego kryzysu po bocznicy kolejowej wyjeżdżały z firmy dwa pociągi produktów dziennie. Dwa pociągi, proszę Państwa!

Pod koniec lat 30-tych Łódzka Fabryka Nici szła na fali prosperity, zatrudnienie wzrosło do 1000 osób i ścieżka dalszego działania wydawała się jasna i prosta. Firma rozwinęła działalność społeczną, zorganizowała towarzystwo sportowe i bibliotekę. Niestety, jak wiemy II Wojna Światowa pokrzyżowała wielu ludziom ich dalekosiężne plany.

Podczas okupacji niemieckiej przemianowano nazwę fabryki na Litzmannstadter Fabrik für Nahgarne i przeprofilowano działalność na nici z włókien sztucznych Zellgarn, służące do produkcji lotniczej. Same włókna sztuczne produkowano kilometr dalej, w części zreorganizowanej przez Niemców Widzewskiej Manufaktury- późniejszych powojennych zakładach Chemitex- Anilana.

Wyzwolenie spod okupacji na szczęście nie zniszczyło fizycznie Łodzi, jak to się miało w wielu innych miastach (z których wiele zostało zdemolowane przez Armię Czerwoną już PO ich zdobyciu- dla rozrywki, na przykład Iława).

Ucierpieli tylko ludzie. Miasto wyludniło się o ponad jedną trzecią.

Ale też dużo ludzi napłynęło tuż po wojnie do Łodzi- przez chwilę pełniła ona rolę stolicy, zamiast zrównanej z ziemią Warszawy. Sporo napłynęło także repatriantów, po tym jak Stalin z Churchillem i Rooseveltem (który to łobuz ma do dziś w Łodzi swoją ulicę- nie należy się!) postanowili troszkę Polskę przykroić na mapie.

Produkujące przez całą wojnę zakłady na Niciarnianej i ich wyposażenie nie zostały zniszczone i już we wrześniu 1945 roku wznowiły produkcję, zatrudniając ponad 800 osób i produkując rocznie 150 ton nici.

Dzisiaj Niciarka, pod nazwą „Ariadna SA” jest bodaj najostatniejszym z ostatnich reliktem przemysłowej świetności miasta, działającym nieprzerwanie od XIX wieku. Chociaż jeden! Wszystkie inne przeznaczono już na bary sushi, kręgielnie, albo działalność artystyczną. Niby też fajnie, ale jednak- cieszy to mniej.

Powodzenia „Ariadno”!

Powrotną trasę na stację Łódź Stoki pokonałem zygzakiem po osiedlu leżącym na wschód od fabryki nici. Stoi tam jeszcze masa reliktów robotniczej Łodzi- drewnianych domków pamiętających czasy Kunitzera. Do mieszkania, to one może się nie nadają za bardzo, za to do fotografowania- znakomicie.

Canon 5D + Sigma 90mm @ f/2,8, filtr zielony.

Canon 5D + Sigma 90mm @ f/2,8, -0,67 EV, filtr czerwony.

Canon 5D + Sigma 90mm @ f/8, filtr zielony.


☼ ☼ ☼ ☼ ☼ ☼ ☼ ☼ ☼ ☼ ☼ ☼

Po tych fabrycznych klimatach udamy się wreszcie zasłużenie na dzielnię, od której wzięła nazwę stacja ŁKA. Jest tam trochę do zobaczenia, ale bez roweru, lub dużej ilości czasu nie podchodź, bo dystanse są odległe. No i będzie trochę pod górę, a trochę w dół- jak sama nazwa Stoki wskazuje.

Pierwsza góra już majaczy w perymetrze stacji PKP/ ŁKA. Wielka, zadrzewiona góra. Niestety nie wejdziemy na nią, bo jest otoczona płotem, a nawet zasiekami. Tak bardzo jest ważna.


Ta góra jest atrakcyjna tylko raz na dwa lata. Kiedy? Wtedy kiedy wodociągi miejskie spuszczą całą wodę ze zbiornika. Bo ta góra, to gigantyczny zbiornik wody, najlepszej w Polsce kranówki. Nie wierzycie? Nie ustępuje butelkowanej wodzie źródlanej. Bo to JEST woda źródlana.

To jak długo trwała budowa łódzkich wodociągów wydaje się jakimś żartem. Miasto, które na początku XX wieku miało prawie 300 tysięcy mieszkańców, a w 1915 roku już 600 tysięcy, nadal czerpało wody z podwórkowych studni i kanalizowało się do sławojek. 600 tysięcy luda bez wody bieżącej i kibelków! Tylko fabryki czerpiące wodę z ujęć głębinowych mogły pompować ją do swoich maszyn i kranów.

Już w 1901 roku miasto postanowiło zatrudnić słynnego inżyniera Williama Heerleina Lindleya do opracowania projektu wodociągów. William Heerlein, nie mylić z ojcem- Williamem bez drugiego imienia, miał niezłe podstawy do działania na niwie wodociągowej. William senior był znany jako twórca wodociągów w Hamburgu, Kolonii, Stralsundzie, Szczecinie, Lipsku, Dueseldorfie, Frankfurcie nad Menem, Sankt Petersburgu, Budapeszcie, Bazylei, Moskwie i Baku. Przyczynił się jak mało kto do ograniczenia epidemii tyfusu w Europie, doprowadzając owe miasta do higienicznych standardów. Firmę prowadził wraz z trójką synów. Junior- William Heerlein Lindley był naczelnym twórcą wodociągowym w Polsce- zaprojektował je dla Warszawy, Radomia, Łodzi, a później czeskiej Pragi.

Fajnie tak mieć rodzinną firmę obsługującą wszystkie krany w Europie.

Plany Lindleya powstały. Przewidywały budowę wielkiego zbiornika na Stokach, zasilanego ze studni głębinowych, oraz magistralą wodną z rzeki Pilicy. Ale nic z tego nie wyszło. Władze miasta uznały że inwestycja jest zbyt kosztowna i że ewentualne opłaty za wodę nie zbilansują wydatku.

No a zaraz potem była już I wojna światowa.

Za wolnej Polski w 1919 roku postanowiono jednak przymierzyć się do budowy według przedwojennych planów. Zatrudniono inżyniera Stefana Skrzywana, dawnego współpracownika Lindleya z Warszawy. Zmierzono siły na zamiary. Znów finanse miasta okazały się za krótkie. Inżynier Skrzywan zaproponował, żeby skupić się na początek na budowie sieci kanalizacyjnej. W 1927 roku nastąpił jej rozruch, a w 1932 zbudowano oczyszczalnię ścieków na Lublinku.

Po latach kryzysu, miasto zabrało się też wreszcie za realizację wodociągów, według pomysłu Lindleya, w najbardziej oszczędnej formie- przy pomocy studni głębinowych. Przed wojną zdołano wywiercić trzy z pięciu planowanych studni, ale nie rozpoczęto nawet budowy wodociągów. Wkrótce zaczęła się hitlerowska okupacja i dalszy ciąg działania przejęli Niemcy, którzy na szczęście nie zarzucili pierwotnych planów- do 1945 roku powstało 86 kilometrów sieci.

Wydobycie wody ze studni głębinowych miało według Lindleya zapewnić miastu wodę na 20 lat. Nie pomylił się w tych wyliczeniach. Już w 1950 roku zaczęło brakować wody w kranach i podjęto decyzję o budowie rurociągu z Pilicy, a później, wobec kolejnych deficytów o budowie Zalewu Sulejowskiego i nowego ujęcia. Równolegle wiercono kolejne studnie głębinowe, które zapewniają Łodzi wodę do dzisiaj.

Sam podziemny zbiornik wody (właściwie cztery zbiorniki), tak zwaną „podziemną łódzką katedrę” można obejrzeć, jak się wspomniało tylko z okazji jej czyszczenia, mniej więcej raz na dwa lata- odbywa się w nich wtedy czasami koncert smyczkowy. Potem zbiornik jest odpowiednio płukany, żeby zgubiona pałeczka dyrygenta nie utknęła komuś w kranie.

Zdjęcia z niego można obejrzeć na Wikipedii:


Zbiorniki są zbudowane na planie kwadratów o boku 60 metrów i wysokości 7metrów (!), ich stropy podpiera 81 à la gotyckich kolumn (!!) tworzących siatkę stu ceglanych kopuł (!!!). W zbiornikach łącznie mieści się 60 tysięcy metrów sześciennych, a rocznie przepływa przez nie 30 milionów metrów sześciennych wody. (!!!!!!!)


Cuś. Pod płotem góry wodociągowej, ul. Lawinowa.

 Nie da się co prawda na co dzień obejrzeć tej wodociągowej atrakcji, ale tuż pod płotem Miejskich Wodociągów, od strony torów znalazłem taki oto artefakt, który nie wiem do czego służy/ służył, ale też jest z takiej samej cegły.

Mijając górę wodociągową za chwilę miniemy także kolejny znak idiotyzmu urbanistycznego, mianowicie wiadukt z lat 90-tych nad torem kolejowym, który nie łączy absolutnie nic z absolutnie niczym i z żadnej sąsiadującej ulicy nawet go nie zobaczymy- widać go właściwie tylko z pociągu, a resztę zarastają krzaki. Miało być tak pięknie, a wyszło jak zawsze.


Już za chwilę znajdziemy się w samym sednie dzielnicy Stoki.

Góry i doliny na tych Stokach. Wszystko przez ten lodowiec. Tutaj jest najwyższe miejsce miasta- 240mnpm.

Stoki wydawały mi się zawsze jakieś takie osobne. Bo one były osobne. Była to dzielnica słabo połączona z resztą miasta, oddzielona od niego wielkimi przestrzeniami pól i torem, po którym właśnie tu dotarliśmy. Dopiero od kilku lat przestrzeń ta jest wypełniana nowymi działkami i domami- co wcale mi się nie podoba, ale taka jest kolej rzeczy. Te stoki za górami, za polami były bardziej romantyczne...

Z grubsza tak się ogląda Łódż ze Stoków. Coś tam majaczy. Canon 5D + Sigma 90mm @ f/2,8, -0,67 EV, filtr czerwony.


Jak wszystkie dzielnice miasta- i to było kiedyś wsią.

W XV wieku wieś tę mieli w posiadaniu niejacy Romiszewscy, z Jakubem Romiszewskim na czele, ale już syn Jakuba Romiszewskiego- Jan był zwany Janem ze Stoków, a jego potomek znów Jakub- już Stokowskim.

Stokowscy, mający w posiadaniu tę wieś przez następne dwa stulecia, mieli w niej skromny drewniany dwór i 140 hektarów gruntów rolnych, ale w dużej części leżały one odłogiem. Do XVIII wieku było tu raptem tylko kilka zagród chłopskich. Rąk do pracy zawsze tu brakowało, a ziemia nie była zbyt urodzajna- co się jeszcze w przyszłości miało okazać.

Znana jest historia o tym, jak pewien szlachciura Ostojski z odległego Lutomierska zakochał się w chłopskiej córce ze Stoków, która była parobką u Stokowskich. Uczucie było na tyle silne, że nie bacząc na różnicę stanów i sprzeciw właściciela Stoków- Ostojski wykradł swą ukochaną Mariannę i porwał ją do siebie.

Tu nastąpiła kontrofensywa Stokowskich, którzy zebrali swoich chłopów i poszli na dom Ostojskiego, żeby siłą, hurmem i widłami odebrać cenną pracownicę folwarku. Nastąpiły różne dantejskie sceny, z pobiciem braci Ostojskiego włącznie, oraz uwłaczaniem honoru szlacheckiego niepoczciwymi słowy. Sama Marianna nie dała się odebrać, zabarykadowawszy się na stryszku i wezwawszy pomocy sąsiadów. Ci przybyli licznie.

Nastąpił mały pat siłowy, który miał finał w sądzie.

Sprawa skończyła się polubownie- Stokowianie przeprosili publicznie Ostojskiego, a ten oddelegował swoją służącą na Stoki, celem rekompensaty siły roboczej.

Folwark Stoki nie prosperował jednak zbyt dobrze. Ziemia na górkach stokowskich była słaba, piaszczysta i żwirowa i mało co chciało tu rosnąć. Za to ów piasek i żwir stanowił sensowną wartość- zwłaszcza że tuż za polem zaczęło się budować wielkie fabryczne miasto- Łódź. Nadzieję rozbudziły też znalezione tu pokłady węgla brunatnego. W końcu XIX wieku Stokowscy jednak ledwo przędli, wyprzedali liczne swoje dobra, a po tym jak Stanisław Stokowski wziął udział w powstaniu listopadowym przeciwko rosyjskiej okupacji i został zesłany na Sybir- rodzina straciła cały majątek. Na licytacji wykupił go od carskich władz ambitny Szymon Wojciechowski, zresztą daleki krewny Stokowskich. Miał on szerokie plany dotyczące swojego nowego nabytku, leżącego już u krańców rozkwitającego fabrycznego miasta. Chciał przekształcić Stoki w dochodowy interes, licząc zwłaszcza na ów węgiel brunatny, bardzo poszukiwany do maszyn parowych stawianych właśnie w nowych łódzkich fabrykach.

Z początku sam, zatrudniając specjalistów górniczych Wojciechowski zbadał złoża, a potem znanemu nam z Niciarki fabrykantowi Kunitzerowi dał wyłączność na eksploatowanie węgla.

Niestety okazało się, że na nic te zabiegi- zasoby węgla okazały się już po roku bardzo skromne. Sam żwir, piach i glina.

Glina? No to cegły można robić!

Właśnie.

W 1908 roku Wojciechowscy postawili cegielnię. Już niedługo zaczęła być znana jako producent świetnej ceramiki. Większość łódzkich fabryk, stawianych po tym roku, kupowało wyroby cegielni ze Stoków. A jak się dowiedzieliśmy z poprzednich akapitów- wodociągi i kanalizacja w mieście miały dopiero być budowane.

A wszystko to z klinkierowej cegły.

To właśnie z tej cegielni wyszły materiały, z których zbudowane są „neogotyckie” podziemne zbiorniki wody, oraz liczne kanały w całej miejskiej sieci.

Otóż jest i dawna cegielnia.
Stoi. Choć nie jest już cegielnią.

Ale jeszcze wygląda. Wysoki komin nadal celuje w niebo.

Cegielnia na ul. Pomorskiej

Zaszedłem tam żeby uzyskać pozwolenie na zdjęcia. I spotkałem ciekawego człowieka. Pana Tomasza, właściciela serwisu samochodowego w dawnej cegielni, który nie tylko właśnie odtwarza wygląd XIX wiecznego ceglanego budynku, ale robi to jeszcze z własnej nieprzymuszonej konserwatorem woli. To rzadki przypadek inwestora ze świadomością wartości historycznej.

Dawna cegielnia na ul. Pomorskiej. Dziś serwis "Team-Car Cegielnia".


Dawna cegielnia na Pomorskiej. Dziś- "Team Car Cegielnia". Canon 5D + Sigma 90mm @ f/9, -0,67 EV, filtr zielony.



Fajnie, że nie wszystko idzie na rozkurz.

A ponieważ inwestor ów prowadzi warsztat samochodowy, to chętni na motoryzacyjny historyzm także znajdą tu coś dla siebie.


Cegielnia pod zarządem Wojciechowskich działała do wybuchu I wojny, kiedy upadek przemysłu i kryzys pogrążył ją finansowo. W dwudziestoleciu międzywojnia cegielnię wydzierżawiła niemiecka firma. Produkcja ruszyła ponownie, zwłaszcza produkcja klinkieru, potrzebnego do wykładania nowo budowanych kanałów kanalizacji.

W okolicy cegielni w tym czasie powstało wiele wyrobisk- glinianek, i hałd piachu i żwiru. Dzisiaj już w większości nieistniejące- kiedyś były radością i utrapieniem okolicznych mieszkańców- niepilnowane tereny służyły kąpielom, ale też sprzyjały licznym wypadkom. Jedno z ostatnich wyrobisk- stawów leży na terenie serwisu samochodowego.

Cegielnia, pod różnymi właścicielami działała do lat 2010-tych, kiedy to zdechła i została podzielona i sprzedana kilku właścicielom.

Działają za to do dzisiaj żwirownie wydobywające piasek- tak jak działo się to za czasów Wojciechowskich- leżą za osiedlem Stoki w kierunku na Mileszki/ Nowosolną.

Osiedle Stoki, położone na skłonie biegnącym od ulicy Pomorskiej przed wojną było wioską, w której postawiono szeregi domków znanego nam z Marysina Towarzystwa Osiedli Robotniczych- tutaj także powstały malutkie szeregowce, projektu Barbary i Stanisława Brukalskich, o bardziej tradycyjnym wyglądzie- ze spadzistymi dachami, ale stojące na dość dużych działkach. Budowę skończono w 1936 roku, a wraz z nią zorganizowano stałą (prywatną) linię autobusową na Stoki, zbudowano sklep spółdzielczy i szkołę. Domki przeznaczone dla zamożniejszych robotników można było kupować na raty, reklamowano je jako położone w najzdrowszej dzielnicy Łodzi- stoją w najwyższym punkcie wzniesienia.

Osiedle Towarzystwa Osiedli Robotniczych (kolejarskie)- ul. Halna.


Ul. Wichrowa. Widać.




Wygląda na to, że jest tu zupełnie jak w kieleckim. Potwierdzają to drzewa i nazwy ulic. Te nazwy to dziedzictwo powojenne, kiedy postanowiono nadać dzielnicy same górskie nazwy- jest nawet ulica Kasprowy Wierch. Za komuny ulice były góralsko narodowe- Giewont, Janosika, Rysy, Krokiew. Ledwo komuna upadła- od razu weszliśmy do Europy -ulicą Alpejską.

Gdy przyszła niemiecka okupacja Stoki stały się miejscem strategicznych robót budowlanych- ładne położenie na południowym skłonie skłoniło Niemców do założenia tutaj czegoś na kształt osiedla idealnego, miasta ogrodu- dla przesiedleńców z Rzeszy. Taki nowy lebensraum na wschodzie.

Jeszcze przed wojną Polacy mieli plany rozbudowy Stoków, ale dokładne ramy inwestycji nadali okupanci. W 1941 roku stworzyli „Plan generalny miasta Litzmannstadt” (To była nowa nazwa Łodzi nadana przez Hitlera, na cześć niemieckiego generała z I Wojny), wedle którego miała nastąpić całkowita reorganizacja miasta, z wyburzaniem budynków, poszerzaniem ulic i budową nowych osiedli, na czele ze Stokami. Wybudować nie udało się tak wiele jak zamierzali, ale burzycielskie działanie Niemców widać po dziś dzień w centrum miasta, zwłaszcza na Zachodniej/ Al. Kościuszki i Narutowicza, które mają tylko jedną pierzeję, a druga została w dużej części zlikwidowana w celu poszerzenia ulicy.

Łódź została zreorganizowana administracyjnie przez niemieckie władze- podzielono ją na 5 dystryktów miejskich i włączono w ramy miasta siedem kolejnych- obejmując granicami Litzmannstadt obszar 200 km kwadratowych, w miejsce przedwojennych 58-miu. Stoki również trafiły pod skrzydła metropolii.

W obszarze Stoków wyznaczono Stoki Północ, Południe i Środek (Stockhoff Nord, Süd i Mitte). Ech ta niemiecka dokładność...

W czasie okupacji zbudowano w części południowej 65 domów- stoją w całości do dzisiaj.

Stoki- osiedle niemieckie, ul. Zbocze.





  
Nie stanowią co prawda jakiejś wyjątkowo spektakularnej atrakcji- są w prostej formie, z małą ilością detalu, jednakże bardzo wyróżniają się spośród innych miejsc miasta- nastrojem i układem urbanistycznym i przyjemnym położeniem.

Ul. Zbocze. Mini ryneczek osiedla niemieckiego.


Ul. Górska/ Pieniny. Canon 5D + Sigma 90mm @ f/5,6, -0,67 EV, filtr czerwony.




Przyjezdny z Niemiec nie doznawał tu najmniejszego dysonansu estetycznego- to osiedle równie dobrze mogłoby stać w Bawarii, albo w Szwabii. Tak. Szwaby mogły się czuć tam jak u siebie- dwukondygnacyjne szeregi ze stromymi dachami stoją amfiteatralnie wzdłuż poziomic. Pełno tu jeszcze brukowanych ulic, a całość wieńczy na szczycie wzgórza uroczy park- widać w nim malownicze zagłębienie, zwane „muszlą”- to ślad dawnych wyrobisk węgla brunatnego po Wojciechowskim i Kunitzerze.

Malownicze zagłębienie w parku Zaruskiego na Stokach- tzw. muszla, pozostałość po wyrobisku węgla brunatnego.

Bloki zamieszkali niemieccy urzędnicy i żołnierze. W późniejszych latach wojny dowożono tu także rannych (linią kolejową na przystanek na którym wysiadaliśmy). W czasie wojny zbudowano szpital na osiedlu- dzisiaj szpital WAM imienia dr Emanuela Sonnenberga- (przedwojennego lekarza łódzkiego, ordynatora kilku szpitali, wenerologa- pochowany na Cmentarzu Żydowskim, uprzednio na Fotodinozie zwiedzanym- LINK).

Tuż po wojnie szpital zaczął służyć polskim weteranom wojennym, a osiedle Stockhoff Süd- przekształcono w nieformalne osiedle wojskowe.

Na Stoki dojeżdża od 1948 roku tramwaj- do jego budowy przyczynili się podobnież kolejarze z przedwojennego osiedla Towarzystwa Osiedli Robotniczych. Linia ma tu przyjemną krańcówkę (dla niełodzian- pętlę), która można by nazwać „parkową”- zakręca na szczycie stokowskiego wzgórza, biegnąc w towarzystwie bodaj najdłuższej brukowanej ulicy w mieście i otoczeniu starodrzewia



Park im. gen. Mariusza Zaruskiego na Stokach. Canon 5D + Sigma 90mm @ f/2,8, filtr czerwony.


Park im. gen. Mariusza Zaruskiego na Stokach

Prawdopodobnie najdłuższa brukowana ulica w mieście- Giewont.Canon 5D + Sigma 90mm @ f/2,8, -1 EV, filtr żółty.

Po II Wojnie Stoki rozbudowywano nadal- w latach 50-tych stanęły następne osiedla robotnicze- równie ładne, a w latach 60-tych nawet kino „Stoki”, w którym byłem raz w życiu- dzisiaj dziwny trapezowy budynek zarastają krzaczory.

Kino "Stoki", później kino "Halny", później "Sala bankietowa Halny", teraz- tradizzioni ruderi antichhi.


Na Stokach zachowało się sporo starego typu tablic z nazwami ulic.


Budynki bliźniacze z lat 50-tych. Fajnie tu. Jak nie w mieście. Ul. Podgórze.
Po Stokach warto powłóczyć się, bo jest tu przyjemnie. Brukowane uliczki, zwłaszcza łukowata ul. Giewont okalająca park, są jak z innego świata. Zarośnięte zielenią osiedle co prawda nie pozwala na zbyt wiele odległych spojrzeń na Łódź z wysokości 240mnpm, tak jak to drzewiej było, ale samo w sobie stanowi enklawę, w której czas nieco zwalnia, a przynajmniej nie pędzi, tak jak w okolicach centrum.

Ul. Zbocze. Osiedle niemieckie.



I skoro ten czas tak zwalnia, i macie go jeszcze trochę, na przykład okazuje się że do następnego pociągu jeszcze dobra godzina (dobra godzina- 62 minuty, w przeciwieństwie do normalnej godziny- 60 minut. Cytat- Papcio Chmiel)- zajrzyjcie za osiedla stokowskie, jeszcze kawałek dalej wzdłuż ul. Pomorskiej.

Dostaniecie tam odpowiedź na pytanie: Czy Łódź ma kopalnię? Taką z Barbórką, górnikami i tak dalej?

Otóż ma.

Odkrywkową, co prawda, ale to nawet jeszcze lepiej- bardziej spektakularnie. To nie jest kopalnia węgla, tylko piasku i żwiru- primo voto Stokowskich, ex Wojciechowskich i Kunitzera, aktualnie Kopalnia Surowców Mineralnych „Kosmin”. Plus jeszcze innych podmiotów gospodarczych, które eksploatują te złoża z różnych stron.

Kopalnia piasku Stoki.






Na teren kopalni nie wolno wchodzić, ale jest jedna świetna ulica, z której można spojrzeć z góry (jak to na Stokach) na księżycowy pejzaż wielkiego krateru, eksploatowanego od ponad stu lat- to ulica Arniki. Kto to, kurde jest ta Arnika? Sprawdzam w Wikipedii, że to górskie zioło.

Z ulicy pod nazwą górskiego zioła można spoglądać z góry na kopalnię, i jeszcze widok stąd na Łódź chyba najlepszy na całych Stokach- można obejrzeć bloki Widzewa.

Widok z ulicy pewnego zioła na bloki Widzewa.

Jaki z tego wszystkiego morał?

Widzew ma zdaje się z Górnikiem Zabrze tzw. kosę. Znaczy się nie ma zgody.

Co na to górnicy z Widzewa- Stoków?

Nie wiadomo.



Dość tych dywagacji. Trzeba lecieć na kolej Łódź Stoki.
Kto ma w głowie olej, ten idzie na kolej.





Fabrykant
w podróży.

P.S. III: Wszystkie zdjęcia robione 25-cio letnimi obiektywami Sigma 24/2,8 Macro i 90/2,8 Macro. Zdjęcia bez ramek są wyłącznie zmniejszone i niepoprawiane. Zdjęcia powiększają się po kliknięciu.

P.S. IV:


Żródła i źródełka:








"Spacerownik łódzki" R. Bonisławski, J. Podolska.

15 komentarzy:

  1. ul. Czechosłowacka mi sie podoba.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fajnie że istnieją takie ulice, których krajów patronujących już nie ma. Ciekawe czy jest jakaś ulica Austrowęgierska. Muszę to sprawdzić.

      Usuń
    2. W gdyńskim porcie są np nabrzeża Czechosłowackie i Jugosłowiańskie.

      Usuń
  2. Długie, ale warto. Proszę o jeszcze.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie miałem cierpliwości dzielić czytania na dwa razy. Łyknąłem na raz. Świetne! Aż się chce pojechać do Ł. nie tylko na targi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi miło. Właściwie to o to chodziło ;)

      Usuń
  4. "W końcu XIX wieku Stokowscy jednak ledwo przędli, wyprzedali liczne swoje dobra, a po tym jak Stanisław Stokowski wziął udział w powstaniu listopadowym przeciwko rosyjskiej okupacji i został zesłany na Sybir- rodzina straciła cały majątek." - nie chciałbym narzekać, ale na Sybir zdecydowanie prościej było trafić po styczniowym (no i trochę temu bliżej do końca XIX w.).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie grzeszę geniuszem odpowiadając na swój post, ale w podlinkowanym artykule dowiadujemy się, że tenże wyjechał zwiedzać bliższą centrum część Imperium Rosyjskiego w 1863 r. - co byłoby dowodem naprawdę nieśpiesznej represji po listopadowym (cóż, głupie pokolenie), bądź całkiem akuratnej w przypadku udziału w styczniowym.

      Usuń
    2. Dzięki za uwagi. Nie jestem w stanie dociec za które powstanie nasz Stokowski pojechał zwiedzać zimniejsze rejony. Jestem tylko wampirem internetowym. Mam za mało źródeł. Wyczytałem to w jednym z opisów Stoków. Ale możliwe, że to po styczniowym było. Tak czy siak zdołał wrócić i wynegocjować z Wojciechowskim rodzaj odszkodowania/ spłaty za przejęcie majątku.

      Usuń
  5. Tak sobie czytam "na raty" ten mocno rozbudowany tekst i oglądam zdjęcia.

    Potem sobie zdjęcia z osobna (już nie "na raty") same zdjęcia kontempluję.

    I te bez czarnych, poszarpanych ramek mi się bardziej podobają. Jeśli mogę też coś zasugerować to na tak dużą jednorazową porcję jest ona dość mocno jednostajna, taka mało urozmaicona. Gdy leci się "na raty" to ok, ale na raz to dla mnie troszkę zbyt monotematyczna.

    Za to jedno zdjęcie Ci się udało wybitnie (przynajmniej mi się podoba) nr IMG_6533 (fabryka nici Aridana). Czy mógłbym je dostać w nieco większej rozdzielczości - wydrukowałbym je sobie na ścianę (nie będę rozpowszechniać, chyba że któryś z moich gości będzie miał fotograficzną pamięć).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma sprawy. Podaj swój mail na: fabrykant@o2.pl

      Wiem, że zrobiłem błąd wrzucając to wszystko naraz. Paru znajomych mnie za to skrytykowało. Poza tym odcinki Projektu Okrążenia są nieco mniej osobiste- z myślą o stworzeniu przewodnika, więc może też zbyt monotonne.

      Usuń
    2. Mail poszedł... teraz czekam i dziękuję.

      Usuń
  6. Piękne zdjęcia, i dla mnie całkiem zaskakujące. Muszę się przyznać do całkowitej ignorancji w temacie Łodzi - bywałem tam wiele razy, służbowo i prywatnie, ale moja prywatna topografia miasta składa się z (a) Piotrkowskiej (b) Manufaktury (c) takiego betonowego kościoła z kopułą na ulicy Kopcińskiego, gdzie mój kolega brał ślub z Łodzianką (d) amorficznej masy bloków i podupadłych kamienic, wypełniających reszte powierzchni tej odległej dzielnicy Warszawy. A tu proszę. Takie widoki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki.
      No, różne tu są rzeczy. Boż miasto przecież było drugie w Polsce pod względem ludności, to i obszarowo spore. Ale rzeczywiście dość homogeniczne-przecież w tym wpisie też same Manufaktury i podupadłe kamienice. Kiedyś zresztą fabryki nie były uznawane za coś godnego zwiedzania, dopiero od jakiegoś czasu awansowały- a fabryk były tu miliony. Skoro awansowały- to i Łódź się zrobiła jakaś taka bardziej turystyczna.
      No a do tego wszystkiego Projekt Okrążenia odbywa się po dalekiej orbicie okrążającej, zatem piszę o rzeczach mało śródmiejskich. To są same opłoty. Myślę że są takie w każdym mieście, tylko trzeba się wgłębić.

      Usuń
  7. bardzo fajne, duzo, ciekawie opowiedzianej historii z roznymi ciekawostkami, czyli tak jak lubie :) za dlugie wcale nie bylo, zdjecia faktycznie moze troche monotonne, ale pewnie to dla tego ze czarno-biale, ale maja klimat

    OdpowiedzUsuń

Drogi czytelniku! Pragnę ostrzec, że wredny portal blogowy na jakim piszę bardzo lubi zjadać bez ostrzeżenia wpisy czytelników podczas ich zamieszczania. BARDZO PROSZĘ PO NAPISANIU KOMENTARZA SKOPIOWAĆ GO i w razie czego wstawić ponownie, na pohybel Google Blogger. Fabrykant.