piątek, 7 sierpnia 2015

Byrek i Muchomorek. Balkantourist 2.


Im dalej w las, tym więcej drzew. Im dalej w Albanię- tym mniej Mercedesów.

(…) Polska jest w statystyce europejskiej, we wszystkich wskaźnikach ekonomicznych- daleko za Albanią. W produkcji rolnej i przemysłowej Albania przed nami.
-No ale w ilości telefonów na głowę- no jednak przed Albanią! Albania za nami! My przed Albanią! Dlatego pozwolę sobie wznieść okrzyk- „Polak- Alban dwa bratanki!”
Ze skeczu kabaretowego Jana Pietrzaka z końcówki lat 80-tych, cytowane z pamięci.

Ten wpis będzie mieszanką ignorancji, skojarzeń i naocznego oglądu. Ostrzeżenie producenta: Ministerstwo Zdrowia, albo Opieki Społecznej wybór należy do Ciebie.

Każdy kraj wydaje się być unikalnym produktem swojej historii, wymiesiony jak ciasto przez wieki, wyduźdany przez wszystkie lata kształtowania. Wyszlifowany na popiół niczym dyjament. Jedyny w swoim rodzaju, oryginalny produkt.
I wszystkie zaszłości można sobie jakoś tam wytłumaczyć, dorozumować, spróbować zracjonalizować. Nie wiem tylko czy trzeba.
Albania
Albania
Pejzaże piękne w tej Albanii, wystarczy odwrócić się dupskiem do wybrzeża, choć na południu podobno i wybrzeże piękne. Góry albańskie tak samo przeskalowane jak Mercedesy- niespodziewane z mglistej perspektywy wyłaniają się niczym Alpy, choć są trzykrotnie niższe. Ale widać- młode. W każdym razie zdrowe i strzeliste.
Postanowiliśmy dotrzeć do Kala e Bashtoves. Nie ma w przewodnikach. Ale jest w internecie. Twierdza. Skoro oprócz map mamy Hołka, który gada jak najęty, zatem wpisaliśmy co trzeba w nawigację. Navigare humanum est.
Hołek poległ, pokonany przez Albanię. Podstępny kraj.
Najpierw szosy przez równinę, rozgrzaną słońcem, długie proste i wioski rozrzucone wzdłuż nich, pełne domów na grecką modłę eksponujących druty zbrojeniowe, bo podatki.
Potem zaczęły się przepiękne Bieszczady, z pagórami pól i ugorów falującymi jak wzburzone fale, ale skończył się asfalt i zaczęły kamieniste ścieżki. Wszystkie przewodniki gadają oczywiście, że najlepiej wybrać się do Albanii autem terenowym, ale pocieszę was, że w tych przewodnikach zawsze wstawiają kity dla angielskich turystów. Autem terenowym! Widział kto chłopa spod Kavaje z autem terenowym? A przecież żyje i ma się dobrze, owce pasie przy drodze, a w cieniu drzewa parkuje swojego Mercedesa W124.
Rozejrzałem się uprzednio pod swoim autem, żeby wiedzieć którą stroną trzeba przywalać w kamienie, mechanik pocieszył mnie że miska olejowa jest blaszana, pomyśleli, dzielni Włosi od Fiata, wychowani na sardyńskich bezdrożach.
I dalej w pola, w Bieszczady Albanii!
Albania
I kołysząc się na wybojach parliśmy do przodu grzbietami gór, powoli testując wykrzyż na poprzecznych garbach i ostrożnie unosząc cenną miskę olejową nad zdradliwymi głazami.
-Sześć- kilometrów- do celu- czterdzieści- minut- stwierdził wszystkowiedzący Hołek.
Ale to nie było czterdzieści minut. Mylił się chłopak. Może gdyby kto nie przejechał tej drogi traktorem zeszłej jesieni, to dalibysmy radę. Ale niestety traktory były tu przed nami. Kolein do wysokości uda nie da się niestety pokonać Fiatem Punto.

Zrobiliśmy krótką wycieczkę pieszą i dokonaliśmy odwrotu, żeby próbować dotrzeć do Kalaja e Bashtoves okrężną drogą. Po drodze stawaliśmy pytać ludność rdzenną, olewając rozpaczliwe błagania Hołka, który na kolanach prosił nas „Zawróć w lewo”.
Ludzie po prostu niesamowicie sympatyczni i przyjaźni. Strasza pani, której przerwaliśmy opryskiwanie sadu tłumaczyła gestami którędy mamy pojechać i uśmiechała się wyrozumiale, że chcemy oglądać jakąś nikomu niepotrzebną twierdzę.
Wróciliśmy na asfalt i dalejże przez Bieszczady, wielkim kołem.
Hołek, niepocieszony jeszcze wielokrotnie namawiał nas do złego, potem- zmęczony widać- zamilkł i obrażony, w milczeniu nawijał kilometry.
Zjechaliśmy na równiny poprzecinane kanałami, drogi trwale utwardzone znowu się skończyły i teraz sunęliśmy nieziemsko pylącymi gliniasto- piaszczystymi duktami.
Po półgodzinie, w środku nicości pojawił się budynek. Wyszedłem zasięgnąć języka u starszego pana, jak umiałem:
-Mire dita! Kalaja e Bashtoves?- dziabnąłem palcem w mapę. 
-Oh, you want to go to the castle? I show you the way, it's easy- rozpromienił się.
Nie dałem po sobie poznać, że mi szczęka opadła. Dr. Livingstone, I suppose?

Niestety, pomimo wyjaśnień miłego pana zabłądziliśmy ponownie na pustych równinach, będących deltą rzeki Diviake. Być może nie zauważyliśmy znaczącego kamienia, który starszy pan znał od urodzenia, a nieliczne mostki dające możliwość przejazdu nad kanałami melioracyjnymi także nie ułatwiły nam zadania. Wieczór zapadał i nastąpiło poddanie się.
Następnego dnia zwolniliśmy Hołka dyscyplinarnie i z pomocą mapy dotarliśmy w pół godziny do Kalaja e Bashtoves. Asfaltem.

Był to pierwszy średniowieczny zabytek w którym mogłem zaparkować samochód.
Kalaja e Bashtoves

Poznaliśmy także nieco inną kulturę plażowania, niż kurorty pod Dürres. Sorry, Albanio, to będzie nieprzyjemne- takiego śmietnika jeszcze w życiu nie widzieliśmy.
Nie życzymy Ci, co prawda, szanowna Albanio drogi jaką poszła Polska, która wypakowała wszystkie pieniądze unijne w betonową kostkę Bauma, barierki, słupki, chodniki i asfalt (bardzo to innowacyjne inwestycje, prawdaż? A ile dochodów z tego będzie!). Niestety plażowanie na śmietniku przerosło nasze francusko- pieskowe poczucie estetyki. No sorry, za miętcy jesteśmy, wydelikaceni, Środkowi Europejcycy.
Środek Albanii odsłania skromniejsze oblicze w porównaniu z turystycznym wybrzeżem.
Prowincja albańska skromniej szafuje swoimi Mercedesami, przeproszono się tu z użytkowymi kombi i z praktycznymi, tańszymi hatchbackami, widać też więcej starszych aut, sporo skuterów i wózków zaprzężonych w osiołki lub muły. Czasem nawet w dwa osiołki. Ech, gdzież u nas te konie, co to ciągnęły wozy skoro świt, co rano na Rynek Bałucki, a potem stały rzędem, z pyskami w workach obroku. Tęskno jakoś do nich, gdy spogląda się w oczy albańskich osiołków.

Albania
Albania, okolice Elbasan

Najfajniejsza nauka jazdy jaką widziałem. Albania.

Prowincja i wieś im dalej od wybrzeża, a bliżej gór i pagórów- ładnieje. Blisko wybrzeża i równin nadmorskich panuje i rządzi egipsko- turecki pejzaż urbanistyczny, z domami typu „tarasowa kostka”, prawie wszystkie z drutami zbrojeniowymi powyciąganymi fantazyjnie ponad dach. Domy, zupełnie naszym stylem porozrzucane daleko jeden od drugiego.
Im dalej w stronę górską, tym coraz więcej tradycyjnej architektury, z dachówką, zwartych wiosek wśród sadów i oliwek, choć asfalt staje się tam luksusem. Życie toczy się sennie.
Łagodne fale pagórów i pól, w oddali na wzgórzu biały, nowy meczet celuje pociskiem w niebo, w tle potężne szczyty wysokich gór. Panowie siedzą sobie pod płotem pilnując krowy, pszczoły brzęczą, rachityczne drzewa zacieniają upał. Pani w kolorowej chuście grabi siano, a gospodarz wiezie skuterem wielką wiązkę skoszonego, ciągnąc za sobą smugę kurzu z kamienistej drogi.
Swojsko.

Berat. Albania.
 Im bliżej miasta i głównej szosy, tym więcej taniego blichtru, w połączeniu z bałaganem, więcej złomowiska.

Ale jednak wszędzie jakoś tak ludzko. Na ludzką miarę. Naturalnie. Może z wyjątkiem tych wypasionych Mercedesów i Audi.
I z wyjątkiem autostrady w lekkim cudzysłowie, która to autostrada jest całkowicie wbrew charakterowi i stylowi albańskiej prowincji. Przede wszystkim projektanci autostrady pominęli możliwość przejścia wpoprzek niej pieszo- wszystkie te barierki energochłonne strasznie przeszkadzają w życiu, ale na szczęście miejscowa ludność naprawiła wszędzie gdzie potrzeba błędy i wypaczenia projektantów.
Takie kable elektryczne na przykład. Niektórzy kreślą wiele miesięcy plany sieci elektrycznej, rysują zawzięcie, uzgadniają z zainteresowanymi stronami, zmieniają, zatwierdzają, uzyskują pozwolenia na budowę, potem kopią fundamenty, stawiają słupy, wielkie białe skrzynki elektryczne, nie bacząc czy to na nowej willi, czy na zabytkowej baszcie, kopią rowy, przeprowadzają kable, montują potężne transformatory, dostają zezwolenia na użytkowanie, mają kontrole i sprawdzenia, glejty, stemple.
W Albanii robi się to inaczej.
Berat. Albania.
Sieć elektryczna naszego hotelu i wszystkich pobliskich jest co najmniej w połowie poprowadzona na żywych drzewach, mocowana do gałęzi, do pni montują nawet skrzynki bezpiecznikowe. Kable w dużej części lecą na skos- aby krócej i praktyczniej.
I co? Można? Można! Działa? Działa.
A jaka oszczędność roboty i materiału.
Tu powstaje pytanie.
Komu lepiej się żyje? Nam, ograniczonym setką przepisów i wytycznych, co chwila zresztą powstają nowe, muszącym spełniać wszelkie wymogi, bo jak nie to kara, mandat, pokuta?
Czy też może Albańczykom, puszczonym na swobodę.
Radzą sobie. Bez spełniania wymogów.
Nasze przepisy nie uchroniły Polski przed chaosem urbanistycznym. Każdy stawia sobie chatkę jak chce, byleby się różniła od tej obok. Osiedla deweloperskie nastawiane jak w Chinach- okno w okno, bez śladów wspólnej zieleni. Da się w nich spać, ale nie da się żyć. Miliony reklam kalają rzeczywistość.
Ich brak przepisów nie uchronił Albanii przed chaosem urbanistycznym.
Wychodzi prawie na to samo. Tylko żyć jakoś lżej.

Wygląda to jakoś tak, tak to odbieram dostępnymi receptorami, że Albańczycy nie mają zbyt wiele kompleksów, dobrze czują się w swoim kraju i społeczne uczestnictwo daje im sporo oparcia w życiowej drodze.
 Widać tutaj zaskakujące zadowolenie i radość życia, zapewne nigdy nie badane przez Eurostat, który bada bodajże jedynie Europejską Unię.
 Jedno jest pewne. Folklor w Albanii jest absolutnie żywy, aktualny i należy do życia codziennego. Nie jest żadną cepelią. Nie trzeba dużo, wystarczy grający na żywo zespół w knajpie, żeby zaczął się spontaniczny, grupowy pląs w typowym albańskim tańcu, który polega na drobnych kroczkach w wężu łapiącym się za ręce. Żebyście zobaczyli tych chłopaków ubranych w czarne dresy Nike'a, tych gości w t-shirtach z wypasionymi butami Adidasa, jak wycinają hołubce w wężowym składzie, przetykani dziewczynami w miniówach, które zrzucają szpilki, wszyscy szczupli, wręcz chudziakowaci, zadowoleni i robiący to ewidentnie dla radości i popisu.
No i dobry klarnecista w zespole albańskim to absolutna podstawa.
Od czasu do czasu tańcząca młódź wyciera z czułością starszawemu wirtuozowi klarnetu spocone czoło, od czasu do czasu wsuwa w fagot banknoty bałkańskim zwyczajem. A utwór i tańce trwają niewiarygodne czterdzieści minut, podczas których trwa nieprzerwany pląs w szybkich i zwalniających rytmach do improwizacji klarnetu, który wchodzi wręcz w jakieś freejazzowe klimaty, w jakieś echa przypominające Wish You Were Here Pink Floydów, ale gdzieś tam nadal bałkańsko- grecko- arabskie.
Tańczą tradycyjny taniec wszyscy- dzieciaczki lat sześć i staruszki. Bawią się.

Wszystko to skłania do zastanowienia się nad naszym traktowaniem tradycji zabawowej, która stała się albo Cepelią do kwadratu, albo Disco Polo. Raczej nic już tego nie odwróci, no chociaż taka Kapela ze Wsi Warszawa... Czy też góralskie zaśpiewy, dziś chyba najbardziej autentyczne, zrośnięte i utożsamione.
Gdzieś w tej zabawie jest odbicie tożsamości i samopoczucia, w Polsce jakiegoś zmieszania dumy i pogardy, wszystko to podświadome i zaprzeczane wewnętrznie- oderwaliśmy się od tej tradycji prawdziwej i korzennej, przynajmniej na Mazowszu i Ziemi Łódzkiej, utożsamiliśmy się z miastem, z nowoczesnością, zaprawioną hektolitrem obcych wpływów. Tradycja wiejskiej zabawy drażni nas jako symbol pochodzenia i jako coś, w czym się po prostu nie wychowaliśmy.
Pytanie- czy to odzwierciedla rzeczywiście naszego ducha i całą naszą tożsamość? Nie wiadomo.
Uświadamiam sobie jednak, że folklor łowicki jest mi idealnie tak samo egzotyczny jak folklor regionu Golem, okręg Kavaje, Albania.
I co to zatem znaczy?
Korzonki chyba nam obcięło.

Albania bardziej czuje swoje korzonki. Ma je znacznie potężniejsze niż nasze, choć współczesne państwo mają zaledwie od 1918 roku, ich dążenia niepodległościowe także wsparli wtedy Amerykanie, w osobie prezydenta Woodrow'a Wilsona.
Zanim jednak nastały czasy nowożytne, Albańczycy, jeszcze jako Ilirowie poczynali sobie śmiało, sporo przed narodzeniem Chrystusa- stawali okoniem Rzymianom i Grekom, a jeśli nie mogli- to współtworzyli wraz z nimi swoją cywilizację.
Troszkę śladów zostało.
Przyjemnie było wyczytać w przewodniku, że dwa tysiące lat wcześniej chodził dokładnie po tych samych kamieniach niejaki król Pyrrus, ten od zwycięstwa. Miło tak stąpać, po śladach celebrytów.
Apollonia
Klasztor postawiony na greckich ruinach. Apollonia.

Apollonia

Przekroczenie granicy albańsko- macedońskiej było znowu jak przekroczenie jakiegoś Styksu pomiędzy światami. Tylko w odwrotną niż zwykle stronę. Nie chcę przez to powiedzieć, że Albania jest jak Hades. Ale to było tak, jakby przeniosło nas 1500 kilometrów bliżej domu. Jakby nas przeniosło na Słowację, na przykład. Z klimatu muzułmańskiego bigosu, z chaosem budynków rozrzuconych wzdłuż szosy, ze zniszczonymi fabrykami wśród pięknych górskich pejzaży jak nożem uciął- Słowacja. Grzeczne monokolorystyczne austrowęgierskie miasteczka, kryte pomarańczową dachówką, słowiańskie napisy i łaciną i cyrylicą. I dookoła udające Tatry góry Jablanica i Karaorman.
A w środku jezioro.
Jezioro Ochrydzkie
Trzy razy większe od Śniardw, trzy razy głębsze i trzy razy bardziej przejrzyste- jezioro Ochrydzkie. Fantastyczne, jakby włoskie Como prosto z Bonda, tylko znacznie mniej zagospodarowane. Leży nad nim Ochryda- ze starym miastem, sięgającym historią do Rzymian (mają ładny rzymski teatr w środku). Urok miejsca i czasu, klimat w sam raz nad bałkańskie Como.
Jezioro Ochrydzkie
Jezioro Ochrydzkie
Ochryda
Ochryda
Jedziemy tak sobie przez tę Macedonię, jedziemy. Wtem! Czyżbyśmy przekroczyli jakąś granicę? Znowu Albania. Albańskie flagi w każdej wiosce, domy nabrały znów sznytu bałkańsko- muzułmańskiego.
Macedonia pod flagą albańską.
  Chwilę trwa ta nieprawdziwa Albania i znika za horyzontem jak sen jaki złoty. Znowu macedońska słowiańszczyzna.

Autostrady znowu łapią nas w sidła. Serbia. Hegemon bałkanów. Być może nawet przeszły hegemon.

-Strasznie tu palą w tej knajpie. To tutaj tak wolno?- zauważyła współfabrykantka.
Wolno, wolno, bo to przecież nie Unia, nie Polska.
Pozawspólnotowi. Osobni.
Fundusze unijne nie dla nich, choć sądząc po ilości stacji Łukoil i Rosnieft- fundusze inne są dla nich czynne.

Mam podobne wrażenie, które odczuwałem kilkanaście lat temu- na Ukrainie. Że cofam się w czasie o piętnaście lat i że jest to cofnięcie do czasów sielskich i spokojnych, mniej wysilonych.
Czas w Serbii płynie troszkę wolniej. I swobodniej. Bez spinki, bez pościgu korpowozów z krawaciarzami za sterem. Że sami sobie sterem, żeglarzem, okrętem.
Że wśród nowych aut domieszano całe mnóstwo zabytków z czasów Jugosławii, że tylko w tej części Europy polewaczka uliczna może być 50-cio letnim Magirusem- Deutz, który jak duch przeszłości, cieknący strumyczkami wody ze wszystkich stron przemierza miasto o północy.
Odnaleźliśmy się świetnie w genialnej Serbskiej tradycji nocnych budek i barów z mięchem i bułką- serdecznie Wam tę tradycję polecamy- palce lizać! Znów na myśl włażą niegdysiejsze polskie zapiekanki, a wcale nie dzisiejsze hipsterskie burgerbusy.

No i najładniejsze dziewczyny w tej części świata. Jak kto chciałby poznać typ i styl, to niech spojrzy na Annę Ivanovič, nr 7 w kobiecym tenisie. A jak kto chce poznać typ facetów (na którym się nie znam)- powinien zerknąć na Novaka Ðzokoviča, nr 1 w tenisie męskim. To typowe typy, jakie spotyka się na ulicach Niszu i Novego Sadu.
No i to jeszcze zadziwiające- kraj mający 7 milionów mieszkańców, do niedawna wykończony przez wojnę i sankcje ma w światowej pierwszej trzydziestce tenisa czwórkę zawodników.

Novi Sad uroczy, troszkę podobny do Łodzi w miniaturze, ze względu na żółtą, neogotycką katedrę i XIX wieczne kamieniczki, rzędy ogródków kawiarnianych, jak na Piotrkowskiej. Podczas drugiej wojny Jugosłowiańskiej w 1999 roku, żeby zablokować ruchy wojsk serbskich, zbombardowano tu bez wyjątku wszystkie mosty na Dunaju i elektrownię. Miasto było pozbawione prądu i wody.
Novi Sad. Serbia.

Novi Sad

Novi Sad. Modernizm też mają jak w Łodzi. Albo lepszy.
-A kto im zbombardował mosty?
-Jak to kto? My!


Serbowie, choć to oni zaczęli w sporej mierze cały bigos postjugosłowiański- wyszli na tym chyba najgorzej. Okrojeni z każdej strony, skonfliktowani z sąsiadami i serdecznie nienawidzący NATO, które walnie przyczyniło się do ich dzisiejszej sytuacji.
Novi Sad. Budowa mostu.

Novi Sad. Nowy most. Stara dzielnica pod twierdzą.

Twierdza Novi Sad

Zmasowana propaganda, zdaje się, za czasów wojny w Jugosławii szła ze wszystkich stron, muzułmanów i prawosławnych, Serbów i Albańczyków. Jeden wtedy u nas, uznany za oszołoma Waldemar Łysiak protestował głośno przeciwko nalotom NATO i zwracał uwagę na kontekst konfliktu kultur- słowiańskiej i muzułmańskiej, który to kontekst okazał się co nieco proroczy, jeśli spojrzeć na świat dzisiejszymi oczami.
Nie chcę tu wdawać się w oceny historyczne, bo czytanki z przewodników i Wikipedii nie są dobrą podstawą do rozważania nad wojną bałkańską. Ten węzeł gordyjski i tak jest nie do rozwiązania.
W Novim Sadzie dzisiaj praktycznie brak śladów demolki, jeśli nie liczyć martwych przęseł mostu na rzece. Budują już zresztą kolejny, wielki, kilometr dalej.
Novi Sad.

W kolejce do granicy węgierskiej jest dużo czasu na rozmyślania i obserwacje. Ta granica przymyka się coraz ciaśniej. Węgrzy podobno budują już mur, niczym Izrael, niczym USA w Meksyku, mający powstrzymywać nielegalnych imigrantów od strony Serbii.
No i co? Postawią też mur na samym brzegu Dunaju od swojej strony? Czy może środkiem rzeki? Narastająca nielegalna imigracja jest rzeczywistością. Ale stojąc w półtoragodzinnej kolejce do granicy widać też skalę imigracji całkiem legalnej. Trzy czwarte (nie przesadzam) aut z rejestracją szwajcarską, lub niemiecką, w każdym wieloosobowa rodzina, z kobietami w chustach na głowie i brodatymi kierowcami.
Oj nie wyglądają na rdzennych Helvetów.
Oj nie wraca ci on z kina (cytat).

I jaki to ma jeszcze sens, jakie to ma szanse ta wojna kultur, to powstrzymywanie, mury i zasieki?
Jesteśmy w oku cyklonu, przyszłość pokaże jego siłę. My też zostaniemy mimo woli włączeni do wojny kultur.
I czy mamy szanse?

I czy będzie jakaś główna wygrana w tej wojnie, czy oprócz tych co stracą będzie jeszcze grupa prawdziwych zwycięzców? Nie wydaje się. Europa, ta syta zachodnia- kusi wszystkich socjalem, tradycją sybarytyzmu i humanizmu. Ale skuszeni nią imigranci nie chcą jej przecież zostawić taką jaka jest, nie chcą się wtapiać (tego się boimy), chcą zmiany, zmiany. Im więcej zmian, tym mniej Europy w starym dobrym stylu.
A Europa w starym stylu kostnieje, jest coraz mniej ruchliwa, zastyga, niczym komar w żywicy. I przede wszystkim- nie wie. Zastanawia się. Nie jest pewna.

A niektórzy, ci najbardziej radykalni- mają pewną rękę, oko i decyzje.
Zabijajcie ich- taka jest odpłata niewiernym”
Koran, sura II, 191
Niektórzy biorą to całkiem dosłownie.

Czas dla nas, po 1989 roku przystanął na chwilę uprzejmie. Ale już ruszył ponownie, nie łudźmy się. Trochę się odpoczęło przez 25 lat, trzeba się teraz brać do pokonywania zadań.

Stoimy w kolejce do granicy unijnej, na Węgry. Myśli krążą po głowie. Pesymistyczne, bo wakacje się kończą. Wypasione Mercedesy SUV na rejestracjach szwajcarskich, z zamkniętymi szybami, mruczą swoimi dieslami, które napędzają klimatyzacje. Milczymy zmęczeni upałem w Fiacie z otwartymi drzwiami. Klima ni ma.
Jak się dowiadujemy później- wielu byłych Jugosłowian dostało w Szwajcarii azyl uchodźcy w latach 90-tych. Szwajcarzy chcieli się chyba zrehabilitować po zaszłościach z II Wojny Światowej przy pierwszej nadarzającej się okazji. Dzisiaj już nie byliby tacy uprzejmi. Dzisiaj nikt już nie chce być uprzejmy. Wszyscy stawiają mury.
Wymęczony duchotą nie zauważam gestów groźnej węgierskiej celniczki i odpalam w długą, gdy tylko podnosi się szlaban. Ta wali ręką w dach: Hey! Polski! Control!!!

Od razu mi się skojarzyło: „Polski 101, na kurssje, glisad'je”.

Granice. Dużo ich było po drodze, czternaście konkretnie. Ostatnia niemal zupełnie niewidoczna, na środku autostrady Ostrava- Katowice.
I jakie wrażenia z powrotu do ojczyzny? Może troszeczkę pocieszenia w tym pesymizmie: Polska powala. Nie wiem czy było to celowe, sprytne i ukartowane, czy tak tylko wyszło mimochodem- mamy, jak wiadomo, najdroższe autostrady w Europie na które poszły miliony. To jak wygląda Polska od strony czeskiej granicy autostradowej- to jest jakiś odlot. Jest to najbardziej wypasiona autostrada jaką kiedykolwiek jechałem w jakimkolwiek kraju. Przysięgam.
Owszem trzypasmowe autostrady zdarzają się w Niemczech na obleganych kierunkach. Owszem, wszechobecne ekrany autostradowe widać czasem w szwajcarskich czy austriackich miastach. Ale nigdzie, zaprawdę powiadam wam, nigdzie nie występuje autostrada trzypasmowa, cała zaekranowana i tak szeroka, wraz z pasem zieleni, że mogą na niej wylądować dwa Jumbo- jety, jeden naprzeciw drugiego.
No i z jednej strony zgrzytanie zębów na tę rozrzutność i miliony wpakowane w beton, ale z drugiej strony niezłe wrażenie na wjeżdżających przybyszach.
Co sobie może pomyśleć wjeżdżający do Polski islamski terrorysta?
Chyba tu zostanę!”.
Może lepiej trzeba było zrobić węższe te autostrady...

Nie martwcie się, to nic takiego- to tylko ksenofobia.

No i czy tu lepiej po tej czy po tamtej stronie granicy? Lepiej w domu, czy też w podróży? Bliższa swojskość, czy egzotyka?
Takie to nierozwiązane dylematy bałkańskiego, lajtowego podróżnika

A, no i znowu na koniec przypomniałem sobie, że to blog o fotografii! Ponieważ nie było nic o fotografii, to w ramach rekompensaty prezentuję ten oto wiersz, dotyczący realnych problemów w wirtualnym świecie:

W internecie na tablecie stało mleczko i jajeczko
Przyszedł kursor, wypił mleczko
a ogonkiem stłukł jajeczko.
Przyszła Pani „off” wdusiła
i kursora tym zabiła.

Koniec.

Fabrykant

4 komentarze:

  1. Serbowie nie mają szczęścia do "public relations" . Zaczęło się bardzo dawno, na Kosowym Polu, gdzie przegrali sromotnie decydującą bitwą z Ottomanami (nie mylić z otomanami czy innymi szezlongami) i musieli przenieść swe państwo na północ do Białego Grodu. Jako bodaj jedyny naród Serbowi mają swe główne święto państwowe w rocznice swej klęski na Kosowym Polu a nie w rocznicę swego jakiegoś zwycięstwa. Z pierwszą wojną światową też nie wyszło. Jak Kaiser austriacki, po utracie swego kolejnego (po Rudolfie u Frankensteina) następcy tronu , namówiony przez głupią generalicję wiedeńską, wystosował do Serbii ultimatum to znów nie wyszło. Parlament w Belgradzie ugiął się i przyjął prawie całkowicie to poniżające ultimatum. Mimo to ( bo prawie całkowice przyjął a nie całkowicie ) Austria wypowiedziała wojnę Serbii . Ale okazało się, że wszyscy żołnierze KK-Imperium Austriackiego byli akurat na wsi aby pomagać rodzicom w żniwach. Ale aby ukarać wrednych Austriaków Serbia wystrzeliła parę razy przez Dunaj na stronę austriacką. I nic się dalej by nie działo,gdyby na swe nieszczęście a Polaków (za sprawą Wilsona) szczęście, Rosja nie wyruszyła na Mazury ( gdzie Hindenburg spuścił jej lanie) a Kaizer Niemiec ogłosił , nie nie wojnę, ale stan gotowości przedwojennej. Ale że cała Europa , zaczęła (jak teraz) pobrzękiwać szabelką no to stało się..
    A osiemdziesiąt lat później znowu Serbia była winna i znowu Mahomet maczał w tym palce. Zdumiewające jak mało zna się serbską wersję masakry w Srebrenicy. Nawet w Hadze nie bardzo ona wypłynęła. Jedyny sukces moralny odnieśli Serbowie pod Nowym Sadem, którego wszystkie mosty, jak przypomina Fabrykant, zbombardowało NATO, bez jakiejkolwiek licencji czy decyzji ONZ. Tym sukcesem było zestrzelenie niewidzialnego amerykańskiego bombowca Stealth. Serbowie oczy przetarli i zestrzelili (rosyjskimi rakietami?) choć był niby niewidzialny. Może ten tajny niewidzialny lakier Stealtha się wytarł...

    OdpowiedzUsuń
  2. Okazuje się, że w sprawie Stealtha- Serbowie to nie Radary. I widzą.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ładnie żeś Pan to napisał, panie Fabrykancie. I tyle wątków poruszonych, że nie dam rady się ustosunkować do wszystkich. Najbardziej to mie się z tą chaotyczną zabudową podobało. Tu żeś Pan trafił w sedno.A tak w ogóle to jeździj Pan więcej i Pisz (takie miasto), niekoniecznie tylko o fotografia (bez której Pan nie potrafia), bo zacnie czytać.

    Dyrektor Artystyczny Trochę Nieetyczny
    Waldeck_13

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Panie Dyrektorze za słowa uznania i otuchy. Coś tam się wrzuci od czasu do czasu, pomimo braku czasu.

      Usuń

Drogi czytelniku! Pragnę ostrzec, że wredny portal blogowy na jakim piszę bardzo lubi zjadać bez ostrzeżenia wpisy czytelników podczas ich zamieszczania. BARDZO PROSZĘ PO NAPISANIU KOMENTARZA SKOPIOWAĆ GO i w razie czego wstawić ponownie, na pohybel Google Blogger. Fabrykant.