środa, 29 lipca 2015

Balkantourist



Na wyjazd do Albanii postanowiłem nie nagrywać żadnej bałkańskiej muzy. Oni niezbyt się tam lubią między sobą, zatem uznałem że głupio tak dostać po mordzie za mp3. Wiadomo co oni tam śpiewają, oprócz "Kaljaśnikov, kaljaśnikov":? Nie wiadomo. Jeszcze trafi się tu jakiś gorącokrwisty Bałkanin?
Duma narodów to nie przelewki, a co dopiero duma narodów bałkańskich. Nie dość, że wojna była tam ledwo dwadzieścia lat temu, to jeszcze w przedostatni wtorek musiał tam jechać Lech Poznań i jego kibice. W związku z naszym przejazdem przez Bośnię i Hercegowinę bardzo dopingowałem Źelezniczar Sarajevo, ale niestety nie pomogło i przegrali 0:2. Przegrany mecz i demolka zorganizowana przez wielkopolskich kiboli wymagają niewątpliwie jakiejś zemsty i rewanżu. Dlatego na wszelki wypadek zapakowałem do auta siekierkę ku samoobronie. Niech leży.
Co ty wiesz o Albanii?
Co ty wiesz o zabijaniu? (cytat)
Ja nie za wiele, oprócz powierzchownych opisów w przewodnikach. Jak to jest, wyzwolić się spod dyktatury? Takiej dyktatury? Jak to jest hasać potem we względnej wolności? Trochę jak u nas, zdaje się, tylko zdaje się, że trochę bardziej.
U nas zdychający komunizm, w który nie wierzyli już nawet komuniści, tam- zamordyzm Envera Hodży. U nas malowanie trawy na zielono, tam- każda rodzina buduje swój bunkier dla obrony ojczyzny. U nas- Grobelny i Bagsik, tam- piramidy finansowe rujnujące cały kraj. Jakoś tak bardziej. Intensywność większa.
Wszystko to ciekawe, dobrze o tym pisał Andrzej Stasiuk w "Jadąc do Babadag". Zrobił tam analizę zainteresowania, jakim północni Europejczyzycy darzą głęboko południowoeuropejskie kraje. Zatem ja już nie muszę.

Bo wie pan, zapominanie to jeden z wielkich problemów naszego współczesnego świata. Właaśnie zapominanie. Ofiary nie zapominają nigdy. Proszę zapytać Irlandczyka co zrobili mu Anglicy w roku 1920, poda panu dzień, miesiąc, godzinę i nazwiska wszystkich zabitych. Proszę zapytać Irańczyka, co Anglicy zrobili mu w 1953, zaraz panu powie. I jego dziecko panu powie, i jego wnuk też. A jak będzie miał prawnuka, to ten prawnuk też panu powie. Ale gdy pan zapyta Anglika...- wyrzucił ręce w górę w geście majacym oznaczać niewiedzę- nawet jesli kiedyś wiedział, dawno zapomniał. "Zapomnijcie" -mówicie nam. "Nie grzebcie się w przeszłości! Zapomnijcie, cośmy wam zrobili. Myślcie o jutrze!" Ale tak się nie da, proszę pana- wciąż trzymał go za dłoń- Bo widzi pan, jutro tworzy się wczoraj. To właśnie usiłuję panu wytłumaczyć. Wczoraj i przedwczoraj. zapomnieć o historii, to jak zapomnieć, że przed drzwiami domu siedzi wilk.
John Le Carre "Bardzo poszukiwany człowiek"


Nie wiem co tam będzie- otwarta karta do zapisania, o ile wszystko pójdzie dobrze.

Będzie tam żywioł słowiański, przedzielony tylko jednym plemieniem ugrofińskim. I te słowiańskie nazwy po drodze, takie dziwne, tysiąc kilometrów od domu. I miasta o słowiańskich nazwach, Kotor, Boka Kotorska, Novi Sad, Mostar. Od razu kojarzy się Sapkowski ze swoimi wiedźmińskimi wojnami krasnoludów i elfów i swojsko brzmiącymi nazwami miejsc gdzie wszyscy zdradzają wszystkich i zarzynają się nawzajem. Ale to u Sapkowskiego.

-Zapomniałem, jak się mówi po niemiecku „Szerokiej drogi!”?
-Reisefiber!
(cytat z Kasi Gniłej- Perlik)

A potem Shquipëria, kraj orłów, jak Albańczycy nazywają swój kraj, i nazwy obce dla wszystkich poza Albańczykami, bo ich język nie ma wspólnych korzeni z żadnym innym, za to ma słownictwo pełne wpływów, jak wszystko co bałkańskie.
I piękne okoliczności przyrody (na zdjęciach). Jak wiemy- zdjęcia kłamią.
Trzeba się przedrzeć własnoręcznie, ręką pogładzić powierzchnię, wciągnąć zapach i zjeść to co mają do jedzenia, żeby cokolwiek powiedzieć, żeby cokolwiek nabrać przekonań.

Troszkę zapasu obiektywizmu i troszkę zapasu obiektywów trzeba zabrać, na razie nie wiem które, ale się zastanawiam. Nie ma jasności, ale są przebłyski (cytat).
Niektóre fakty, oczywiście dają do myślenia, zasiewają ziarnem wyobraźnię.
Samochody prywatne pojawiły się w Albanii w roku 1990-tym.
W 1999 skończyły się ostatnie natowskie bombardowania pobliskiej Serbii i dzisiejszego Kosowa. Albania przyjęła wtedy tysiące uchodźców.
Najstarsze zabytki iliryjskie, czyli tameczne, nie rzymskie, ani greckie, pochodzą z V wieku przed naszą erą.

W końcówce lat 50-tych, kiedy Enver Hodża obrażony na referat Chruszczowa zerwał stosunki ze Związkiem Radzieckim, Albania zaanektowała trzy sowieckie łodzie podwodne. Rosjanie nie zdecydowali się na interwencję.

Daje do myślenia. No, ale zamiast za dużo myśleć- trzeba działać.

Witam w systemie Auto Mapa. Ze mną na pewno dotrzesz do celu! Krzysztof Hołowczyc.

Węgier- Polak dwa bratanki. Jakoś tak historia nas zespoliła, że ani my od nich, ani oni od nas nie zaznali żadnego mordowania, a przynajmniej niewiele. Dlatego te bratanki do bitki i do szklanki, co to się kochają przez dwie granice miłością wieczną. Ale każdy z bratanków myśli inaczej. Zupełnie inaczej. Tylko po mordach możemy lać wspólnie, podejście do życia mamy różne. Otóż w nas zwycieża indywidualizm i rewolucja- widać to w polityce, w architekturze, w prawie- nie chcemy być tacy jak inni z naszego plemienia, gdy tylko coś nam się trochę znudzi- odrzucamy to, lubimy dawac popalić innym, tak żeby dostali za swoje, a nasze było na wierzchu. Te proste konstatacje opieram na swojej pracy zawodowej, gdzie cechy skrajne wychodza na jaw przy każdym ustalaniu kolorystyki elewacji, przy każdym doborze płytek do przedpokoju. Lubimy się zachowywać jak słoń w składzie porcelany- jednocześnie niezdarnie i władczo.
Węgrzy nie są tacy. Sądząc jedynie z oglądu ich rzeczywistości zza szyby samochodu w ciagu jednego dnia. (Ale ponieważ jestem Polakiem- nie mogę się mylić).
Na Węgrzech, na węgierskeiej prowincji spotkamy co chwila starą Ładę lub Skodę w idealnym stanie, z czasów komunizmu. U nas zostały na każdej wsi zastąpione złachanymi 25-cio letnimi Golfami. Tam jakoś jeżdżą i nikogo nie rażą.
W węgierskich miasteczkach i miastach, dużych i małych, nowoczesnych i zapyziałych rządzi tylko jedna gama kolorystyczna. Jedna jedyna, która sprawia, że kiedy na straszliwym kacu budzicie się niespodziewanie w jakiejś obcej sypialni i wyglądacie przez okno- możecie od razu stwierdzic że jesteście na Węgrzech. Ta gama to odcienie pomarańczu. Zawsze pomarańczoworude dachówki (nigdy nie skręcajace w stronę malinową, ani strażackiej czerwieni), tynki od bieli do ciemnomorelowego, a jeżeli wystepują jakiekolwiek inne kolory to w stanie spłowiałym od słońca lub starości. Nie ma tam ani krztyny rewolucji, ani krztyny rozpychającego się indywidualizmu.
I jeszcze jedno niepolskie myślenie, zgodne z powyższymi. Polacy nie mają takiej filozofii. Brzmi ona- nie zmienia się tego co dobre. A nawet- lepiej nie zmieniać za wiele.
Prawda to, że u Węgrów historia nie zdemolowała tak wiele jak u nas. Ale jeszcze w żadnym innym kraju nie spotkałem hotelu Sheraton po jednej stronie ulicy, z całym anturażem Bentleyów, fontann, wypieszczonych trawników i ogrodowych lamp, gdy po drugiej stronie ulicy leżą nieużywane od 30 lat ruiny komunistycznych koszar wojskowych, w których stoi nawet relikt trybuny i placu, używanych niegdyś do defilad. Mowa o mieście Kecsksemét, możecie sobie wyguglać i wystritwiułować.
Kecsksemét walnął w nas z resztą sescesyjnymi kamieniczkami i ratuszem w stylu niemal McIntosha. Wszystko, zgodne z duchem wspomnianej harmonii.
A, a jakby kto chciał pójść na wypasiony basen termalny za 1/3 polskiej ceny- to polecamy Kecsksemét.
Pięćdziesiąt- jeden- kilometrów- prosto- powiedział Hołek.
I to była szczera prawda.
Jak w mordę strzelił pięćdziesiąt jeden kilometrów między Kecsksemétem a Dunajem, bez jednego skrętu kierownicą z prędkoscią 100 kilometrów na godzinę. Przez węgierską pusztę, płaską tak, że widać krzywiznę ziemi. Morze im niepotrzebne. Z resztą go nie mają.
W każdym kraju jeżdżą inaczej, prawda? Na Węgrów nie można narzekać.
Mozna narzekać na Słowaków. Słowacja to kraj pełen czarnych owiec, które tam gdzie dozwolono 90 km/h jadą 70 na godzinę. W miastach, tam gdzie jest 50-tka, jadą 35 km/h. Być może te czarne owce jadą na sąsiednie hale, a nie na drugi koniec świata, tak jak my, ale jednak denerwujące. I znaczące. Być może to wszystko akurat zgodne z wysokością mandatów jakie się w tych krajach płaci, ale na Boga- płaci się od przekroczenia. Od przekroczenia!
I potem wszędobylski Dunaj, który podstępnie ściga nas, by dorwać na Węgrzech, i w Chorwacji. I krótki odcinek Chorwacji, która doprowadza nas chwilowo do granic Unii Europejskiej i do granic nieegzotycznego takiego-jak-nasz świata, który na pozór za tą granicą wygląda tak samo. Ale jednak.

za- sto- metrów- ostro- prosto. Ostro. Prosto.

Bosnia i Hercegowina wstrząsa. Bylismy na Bałkanach w 1999 roku, wtedy raptem parę lat po wojnach, których ślady widać było gdziekolwiek obróciło się wzrok. Tuż za granicznymi budynkami między Chorwacją a Bośnią wspomnienie deja vu dało o sobie znać z siłą wodospadu. To się, proszę Państwa, nie różni od widoku sprzed piętnastu lat, jedynie roślinność zagarnęła jeszcze mocniej opuszczone domy, a same budynki nadkruszył mocniej ząb czasu. I teraz już wiemy, że pustaki gazobetonowe to materiał mniej szlachetny niż średniowieczna cegła dwuręczna i niż kamienne ciosy Rzymian. I przez ten mało szlachetny materiał robi się jakoś nieprzyjemnie zwyczajnie, nieprzyjemnie aktualnie, aż zimna strużka płynie wzdłuż kręgosłupa.

Połowa domów jest opuszczona. Nikt ich nie odbudował, nie przejął, nie zagarnął. Są jak memento. Sądząc po bliskości granicy- domy Chorwatów, którzy musieli wynieść się z Bośni.
Im dalej wgłąb Bośni i Hercegowiny, tym bardziej znikają relikty grozy i tym wieęszy urok roztacza sobą ten miły kraj. Ale roztacza też urok egzotyki.

Najpierw to:

Meczety. Setki meczetów. Bosnia ma 40% muzułmanów, ale z powodu minaretów znacznie bardziej dominujących w pejzażu niż niskie kościoły, wydaje się, że muzułmanie to wszyscy dookoła. Prawosławni i katolicy bosniaccy zauważyli tę dysproporcję urbanistyczną w ostatnich latach- wszystkie niedawno budowane kościoły mają wieże dzwonnicze wypisz- wymaluj jak minarety. Odróznić je tylko po krzyżu.
No a z perspektywy automobilowej pojazdem służbowym bośniackiej prowincji jest VW Golf I lub II. Zdaje się że za dobrych dawnych czasów montowano je w Serbii. Sprawdzają się.

Potem góry. Góry, góry i góry.
Potem rzeka Neretva. Jak machnięta zawijasem Picassa przecina góry na wskroś, a razem z nią spływa w dół szosa do Mostaru. Wciąż w dół i w dół i w dół.
Mostar, wodospady Kravica, góry, morze.
Wodospady Kravica. Mimo że ludzi sporo, to dawno się tak nie zespoliłem z przyrodą.
Tutaj kręcili Gwiezdne Wojny. A jeśli nawet nie, to powinni. Droga Mostar- Dubrovnik.
Śródziemnomorsko. Adriatycko. Europejsko (z wyjątkiem opuszczonych domów). Ciepło- ogrzewać nie trzeba. Owocki i warzywka same rosną. Delikatne mięsko hasa po halach.
Powoli zaczęliśmy rozważać emigrację do Bośni i Hercegowiny. Nic prostszego- bariery językowej zero. Nul. Mówią po polsku.
Sprzedać wszystko i osiąść nad Neretvą, najlepiej w okolicy Počitelij.
Počitelij, równy Mostarowi
Počitelij
Spakowałem się już dokładnie
Wziąłem wszystko to co jest moje
Kwiaty dałem swojej sąsiadce, wyrzuciłem stare playboye.
Mówię ci- spadam, dłużej nie gadam
Bo czas się zrywać, zakręcić kran
Zapamiętaj tylko to zdanie:
Bo ja wyjeżdżam na wyspe Man. (cytat)

Można emigrować. Byle tylko nagle nie zaczęli walić pocisków na głowę.
Wypijmy za zdrowie Mostaru, i żeby już wiecej go nie ostrzeliwali.
Mostar



Za- sto- metrów- na rondzie prosto- trzeci- wyjazd.- Trzeci. Wyjazd. Nie- drugi!- mówiłem- przecież.

No i nie pamiętałem z poprzednich wyjazdów, że Dubrovnik jest tak idealny. No bo on jest po prostu idealny, jak marzenie architekta. Jak marzenie urbanisty. Jak mokre sny historyka sztuki. Co za miejsce! Wszystko w kolorze jasnego marmuru, od góry do dołu i wszystko z czarnymi, eleganckimi detalami, wygładzone i wybłyszczone starczym dotknieciem historii
Marmur

Marmur




Marmur. Dubrownicki.
Dotarli.


O Dubrovniku nie będziemy gadać niepotrzebnych rzeczy (cytat), wszyscy Polacy tam kiedyś byli lub będą. Bo wszyscy Polacy to jedna rodzina (cytat).

Za- pięćdziesiąt- metrów- zawróć w lewo. Zawróć- w lewo!- Inaczej- wjedziesz- do- Czarnogóry.

 
 
Wieczorny wjazd do Czarnogóry okazał się traumą automobilową. Przebyliśmy bez szwanku 1700 km, nie napotykając żadnych stresujących hamowań i żadnych dramatycznych wydarzeń na asfaltowym polu. Do czasu. Do czasu minięcia granicy z Montenegro.
Nie minęło i trzydzieści czarnogórskich kilometrów jak mieliśmy do czynienia z trzema stłuczkami opanowywanymi przez policję, oraz dwoma hamowaniami z piskiem opon w naszym wykonaniu. Za pierwszym razem było to spotkanie z samochodem Smart, który wymusił pierwszeństwo z podporządkowanej, przy czym jeden z pasażerów tego auta wyawał z siebie przez otwarte okno dźwięk EEEEEEUUUUUUUUUUUUUOOOOOOOOOOEEEEEEEEEEEUUUUUUUUUOOOOOO!, będący dźwiękiem dźwiękonaśladującym policyjną syrenę (być może za bardzo wczuł się w rolę), a drugi przypadek, to wjazd na czerwonym z bocznej ulicy, przy czym zapewniam, że nie było to świeże czerwone, ale takie z tych dojrzalszych.
Juz po piętnastu minutach w ruchu czarnogórskim zorientowaliśmy się że co drugi z jego uczestników jest samobójcą i ten samobójec czycha na nas na każdym rogu i w co drugim samochodzie. I ja muszę myśleć za czarnogórskiego samobójca, żeby przeżyć. Żeby przetrwać.
Najgorzej było w Herceg Novi, które o 23.00 na oko okazało się Skorzęcinem Wybrzeża Adriatyckiego, tak jak Skorzęcin jest Ibizą Wielkopolski. Kobity lezace z wózkiem niemowlęcym prosto na ulicę, pod koła jadących samochodów, tylko po to by ominąć innego przechodnia na chodniku, baby w ciąży balansujące na krawędzi krawężników i wystawiające brzuch w nadjeżdżające auta, tłumy przewalające się przez przejścia dla pieszych i tłumy samochodów wyprzedzające na tych przejściach z głośnym trąbieniem na pieszych, wolna amerykanka na rondach, wciskanie sie na trzeciego i na czwartego i kompletny brak pobocza na przedmieściach, co oznacza tłumy podpitych nastolatków chodzące grupowo środkiem pasa wśród nocnych ciemności.
Niech oni może, ci Czarnogórcy wstapią sobie do tego Związku Białorusi i Rosji, tak jak planowali w latach 2000-cznych, będą się tam czuli jak w domu, przynajmniej automobilowo.
Na koniec dobiły mnie dwie postaci- chłopaczek na motorowerze bez żadnych świateł walący o 12 w nocy lewym pasem dwupasmówki, oraz przejeżdżający o tejż porze, bez włączonych świateł nowiutki Fiat 500.
Jednak przeżyliśmy, choć receptą na czarnogórskiego samobójca było zasuwanie na długich światłach w mieście, czy nie w mieście, mało dbając o oślepianie innych.
Czarnogórcy, podobno nadal nie mogą się zdecydować czy są Serbami czy też nie, jak u nas z PO i PISem, tylko zupełnie odwrotnie. Pisowcy, tradycjonaliści, grający na gęślach i ubierający się na ludowo, traktujący kobiety patriarchalnie, uważają sie za część Serbii.
Modernizatorzy, cali przeciwko tradycji, będący za rownouprawnieniem i Unią Europejską są absolutnie przekonani o odrębności i samostanowieniu Czarnogóry.
Czarnogóra ma ambicje i je realizuje. Wpływ na to, jak na wszystko w mojej pobieżnej ocenie krajów bałkańskich, ma przede wszystkim bieżąca polityka i przepychanki wewnętrzne- kto akurat jest przy władzy i co akurat populistycznie głosi- tam kraj skręca. Raz od Serbii, raz do Serbii. Raz do ZBIR-u raz od ZBIR-u.
No i jeszce spory wpływ na Czarnogórę ma James Bond. Dzięki bogu Bond zaszalał w Casino Royale, w czasach kiedy Montenegro było jeszcze anonimowym produktem rozpadu Jugosławii, mało rozpoznawalnym przez kogokolwiek. Bonda kręcili co prawda w Karlovych Varach, ktore udawały Czarnogórę, tak ślicznie udawały, że Czarnogórcy pisali dziękczynne adresy do scenarzystów, że przedstawili ich kraj lepszym niż jest. Ale to wszystko miało zauważalny do dzisiaj wpływ na ambicję. Przez 40 traumatycznych kilometrów od granicy napotkaliśmy z pięć bilbordów, na których dziewczę ucharakteryzowane na Vesper Lynd zapraszało do Casin Royale. Na wybrzeżu rozświetlone stały jak wyspy na tle czerni nowoczesne hotele, co prawda jeszcze nie z Astonami Martinami na brytyjskich rejestracjach, ale przynajmniej z Mercedesami na serbskich.

Za- sto- metrów- lekko- w lewo. Jesteś- w- Albanii. Orientuj-. Się.

Albania. Nic nie wiem o Albanii i z oczami otwartymi szeroko chłonę pejzaż i usiłuję przeprocesorować go swoim procesorem.

Prawie wszystko co jest na Bałkanach ma jakiś podtekst narodowy, albo kulturowy- takie mam wrażenie. Na przykład: napotykamy bilboard reklamujący napoje dla dzieci. Uśmiechnięta młodzież konwersuje na tle górskiego pejzażu. Jednakże tylko jedyna w towarzystwie dziewczynka nosi czapeczkę. Taką zwyczajną, nieco rastamańską czapeczkę. Przypadek? Nie sądzę. Raczej spełnianie oczekiwań muzułmańskiego odbiorcy.

Jedziemy dalej, następny bilboard, reklamujący usługi ubezpieczeniowe. Podane dużymi wołami dwa adresy: Tirana i Prisztina. To mniej więcej tak jakby PZU reklamowało swoje główne siedziby- Warszawę i Wilno.
Co prawda my nie mamy zamiaru odzyskiwać Wilna.
Z Kosowa pochodzą najbardziej wypasione w Albanii samochody. Na ogół jeżeli jedzie przed nami nowy Range Rover, albo Audi Q7, to ma rejestracje kosowskie. Daje to troszeczkę do myślenia.
Generalnie motoryzacja jest w Albanii jakby o dwa stopnie na wyrost, oceniając podług widoków ich miast i miasteczek, oraz stanu dróg. Samochody generalnie mają wyraźnie lepsze niż u nas. Prawie wszystkie są limuzynami, z czego jakieś 60% to Mercedesy. Wszystkie są dobrze utrzymane, czyste i lśniące, o co nietrudno, bo w kraju tym jest największe skupisko myjni samochodowych na mieszkańca. Średnio na trasie międzymiastowej co kilometr jest jakaś myjnia, zwana tu (chyba z włoska) Lavazh. Samochody zatem są z grubsza dość nowe i nie widać tu za bardzo 30-letnich zardzewiałych wraków Są za to zupełnie inne środki lokomocji, w postaci bardzo popularnych na prowincji motorowych riksz, oraz raczej rzadkich wózków zaprzężonych w koniki lub osły.
O albańskich Mercedesach już pewnie słyszeliście. Top Gear zrobił o nich odcinek. To narodowy środek lokomocji. Pod względem ilości Mercedesów drugi po Niemczech kraj w Europie, który zdetronizował Polskę z tej zaszczytnej pozycji. W życiu nie widziałem tylu Mercedesów. Mniej więcej połowa z nich to tzw. Balerony, ale ani jeden nie był w Majonezie. Jeśli wiesz co mam na myśli Prosiaczku. Nie są to wraki, w żadnym wypadku, przynajmniej oglądając bez miernika grubości lakieru- bardzo ładnie utrzymane, w większości diesle i co do jednego- limuzyny. Coupe i kombi nie są poważane.
Najbardziej wypasionego Mesia i jedną z nielicznych nie-limuzyn miał właściciel naszego hotelu.
 
Ale on prawdopodobnie mógłby bezkarnie zabić każdego w obrębie gminy Golem.

Za- sto- metrów- w prawo- potem- w prawo. Sto- trzydzieści- kilometrów- do- celu,- cztery- godziny- dziesięć- minut.
Albańczycy tworzą osobny typ antropologiczny i są rozpoznawalni na pierwszy rzut oka. Jeżeli widzisz na ulicy potężnego, bysiowatego szatyna, z okrągłą gębą- z pewnością nie jest to Albańczyk, tylko Słowak, Polak lub Rosjanin. Wśród rdzennych mieszkańców nie widać tu absolutnie żadnych grubszych postaci, żadnych wyższych postaci i prawie żadnych zaokrągleń. Potomkowie Ilirów są jak jeden mąż drobni, niscy, z cienkimi kończynami i nieco ciemniejszą karnacją, czy to kelner czy mafioso z Kosova, czy babcia z wnuczką, czy laska na wysokim obcasie. "Moda na spodnie rurki bardzo im służy"- stwierdziła współfabrykantka. Ona się zna.
Ponieważ przebywamy w największym wypasie albańskiego wybrzeża, na razie obserwacje socjologiczne dotyczą warstw sytych i wypoczętych. Pierwsza konstatacja- wszyscy zadowoleni i uśmiechnięci, pozytywni, bardzo uprzejmi i pomocni. Druga konstatacja- praktycznie nie ma żadnych zakwefionych, lub noszących chusty muzułmanek. Nie ma oczywiście też żadnych pijanych czy choćby upitych, czym różni się to diametralnie od pereł polskich centrów wszechświatowej rozrywki. Nie ma też meczetów- praktycznie w ogóle (północna część kraju). To zrozumiałe po 60-ciu latach ateizacji- Enever Hodża postanowił przekształcić Albanię w pierwsze na świecie państwo ateistyczne. Możemy sobie wyobrazić, co to oznaczało dla wierzących w jego stalinowskim zamordyzmie.
Bunkier na plaży- jedyny w promieniu dwóch kilometrów.
Trzecie spostrzeżenie- brak jakiejkolwiek nachalności u sprzedawców plażowych czy sklepowych, wszystko odbywa się w spokoju i z cierpliwością.
Grillowana kukurydza- tutaj ekstremum, większość wózków wygląda lepiej.
Riksze mogą być odfrontowe, odtylne, motorowe, motorowerowe i rowerowe. Na ogół służą do prac brudnych, np. wywożenia śmieci.
Cały kurort jest utrzymany w stylu południowo- bałkańskim, spotkaliśmy już tę filozofię w Grecji i w Bułgarii- jest z grubsza ogarnięty, z grubsza wyczyszczony, na pierwszy rzut oka wypasiony w baseny, palmy i hotele, ale w niektórych miejscach coś zgrzytnie- na głównej alei kurortowej co nieco brak asfaltu, tam gdzie już można odpuścić walają się śmieci, gdzieniegdzie stoją rudery zaczętych i nigdy niedokończonych budynków, a co jakiś czas spotkamy przejawy aktywności biedniejszych członków społeczeństwa- na plaży staruszka z nieodłącznym papierosem sprzedaje kukurydzę z grilla ustawionego na upaćkanej budowlanym betonem taczce, a pomiędzy rzeszami Range Roverów i Mercedesów przemknie czasem motoriksza towarowa z brudnymi, acz roześmianymi chłopakami na kipie. Wszystko to ma jednak urok, urok pewnej harmonii i zgodności, w której jedni nie przeszkadzają drugim, nie gonią ich za pomocą Security Staff, a tamci odwdzięczają się brakiem nahalności i zaczepek w stronę turystów. Przyjemna równowaga.
Na razie wasz korespondent z dalekiego południa kończy zwierzenia. Idę na byrek. Pytacie co to jest byrek? Nie wiem. Ale zaraz się dowiem. A potem wam opowiem.
Za- sto- pięćdziesiąt- metrów- w lewo...- nie- sorry- sorki- przepraszam!- bardzo- przepraszam- w prawo- w prawo!
I już miałem kończyć, ale przypomniałem sobie, że to blog o fotografii. Zatem o fotografii: Jeżdżenie po świecie używając wyłącznie nawigacji i nie mając mapy- jest bez sensu. Przypomina oglądanie świata przez obiektyw 400 mm.
 
Jesteś u celu. Prowadził cię Krzysztof Hołowczyc.
I Fabrykant


5 komentarzy:

  1. Bardzo przepraszam za braki w znakach diakrytycznych, ale pisałem ów felieton na gorąco na pożyczonym sprzęcie, co nie wpłynęło pozytywnie na kreseczki nad i pod polskimi znakami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Panie Fabrykancie, Pan się tym nie przejmuje (prawie cytat). Tak mnie wciągło czytanie opisu Pana wyprawy, że nawet nie zauważyłem. A tak baj de łej, to też mi chodzi po głowie wyprawa w tamte strony i chyba podążę Pana śladem. Zostaw Pan tam dla mnie jakąś wałówkę po drodze, bo jak pieniędzy zbraknie, to przynajmniej z głodu nie umrę. A i jeszcze bardziej baj de łej, to cieszę się że Pan żyjesz, bo już się zacząłem martwić, czy się co złego nie przytrafiło, bo jakoś nic Pan Szanowny nie pisał ostatnio. No dobra, to nie truję więcej, zwiedzaj Pan, a jak coś ciekawego zobaczysz to napisz Pan słówko albo dwa.

      Z poważaniem
      Dyrektor Artystyczny Nieco Nieetyczny (DANN)

      Waldeck_13

      Usuń
  2. Wszyscy znani mi Albańczycy lub Kosowary mają mercedesy, choć są na emigracji we Włoszech. Z tymi Kosowarami jest trochę problematycznie bo zajęli kraj gdzie narodził się naród i państwo Serbów. Nawet nie chciało im się nazwy kraju zmieniać, ze słowiańskiego Kosovo Polje na jakiś tam Shixthar jak w rodzimej Albanii.Jak Austriacy na swe, a dokładniej arcyksięcia Ferdynanda, nieszczęście zajęli (się) tymi stronami to jak to porządni biurokraci przeprowadzili spis powszchny swych bałkańskich poddanych. Przed pierwszą wojną światową było tam ok. 10 procent ludności albańsko-mzułmańskiej, zdaje się niecałe 100 tysięcy na około miliona Słowian. Jak w latach 90-tych zeszłego stulecia zaczęła się rozpadowa wojna jugosłowiańska to proporcje były dokładnie odwrotne i ludność albańska (z poparciem wszelkich awanturników, także Al-Kaidy,) zaczęła się uważać za Kosowarów. Nabrało się na to nawet ONZ i wystawiło im dowody osobiste (widziałem we Włoszech u mych kosowarskich robotników budowlanych) - Tymczasowa Administracja Wysokiego Komisarza ONZ. Czarnogórcy jak zauważa trafnie Fabrykant wybrali trochę inną drogę ale treż krętą. Cóż, Bałkanicze to krętacze a niektórzy, w Makedonii, udają nawet Greka. Prostą drogę, na północ, wybierają się ostatnio Kosowarzy i jak te ptaki wędrowne odlatują na zimę do Niemiec. Tam dostają mieszkania i zasiłki po czym, nie czekając na wynik postępowania administracyjnego w sprawie o azyl polityczny, wracają na lato do rodzinnej Prisztiny. I tak co roku, jak podaje policja bawarska.W tym roku odleciała na zimę taka wielka liczba Kosowarów, że rząd RFN zaniepokoił się czy administrowany tymczasowo przez ONZ kraj nie wyludni się całkowicie i przez ambasadora interweniował w Prisztinie.Premier Kosowa wydał orędzie zachęcając Kosowarów do powrotu z Niemiec. ( ciekawy fenomen - lud walczy o wolność i własną państwowość a uzyskawszy je opuszcza swój kraj... skąd to znamy...) Premier zapewnił też panią Merkel, że w jego państwie nie ma prześladowań politycznych i zimowi azylanci kosowarscy nie bywają stawiani pod stjenku, szczególnie jeśli powócą z pełną kasą. Ale wszystkie niemieckie elity polityczne zgadzają sią z panią Kanclerz i głoszą " Refugees welcome!". W końcu Kosowarzy to europejczycy i choć muzułmanie to jednak lepsi niż Afrykanie i znają się na mercedesach więc przemysł w Sztutgarcie ostrzy sobie na nich zęby.

    OdpowiedzUsuń

Drogi czytelniku! Pragnę ostrzec, że wredny portal blogowy na jakim piszę bardzo lubi zjadać bez ostrzeżenia wpisy czytelników podczas ich zamieszczania. BARDZO PROSZĘ PO NAPISANIU KOMENTARZA SKOPIOWAĆ GO i w razie czego wstawić ponownie, na pohybel Google Blogger. Fabrykant.