poniedziałek, 15 października 2018

W Sorencie (vol. 1)




-Co tam słychać u mamy?
- W Toroncie jest.
            "Vinci" Juliusz Machulski

Samolot nadleciał znad morza i przechylił się łagodnie na skrzydło. W okienkach pokazał się Neapol. Wytężyliśmy wzrok. A było na co wytężać! Nigdy jeszcze nie lądowałem w tak idealnych warunkach pogody. W krystalicznie czystym powietrzu wyraźnie rysowały się łańcuchy Apeninów, odległych o pięćdziesiąt kilometrów. I miasto, widoczne z góry niczym na Google Street View, z każdym detalem i szczegółem. Lecieliśmy wzdłuż wybrzeża przez dobre dziesięć minut, nie sądzę by wolniej niż 300 km/h, a za oknami przesuwało się nie kończące się miasto. Urbanizacja tego kawałka świata jest wprost niesamowita. To jest gigantycznie rozwleczony na wzgórzach i wzgórkach moloch. Potem obniżyliśmy się bardziej i oczom naszym ukazały się liczne kratery. Jak na filmie "Marsjanin" można było zobaczyć liczne przejawy życia na dnie tych kraterów - całe osiedla blokowe leżące w kalderach wygasłych wulkanów, parki, stadiony i jeziorka. Potem obniżyliśmy się jeszcze bardziej. I jeszcze bardziej. I w pewnej chwili można było zaglądać w okna budynków i wypatrywać co też ci Neapolitańczycy jedzą na obiad (zwłaszcza prześliczna Neapolitańczykowianeczka), oraz zerkać w górę na kościółki na wzgórzach POD którymi przelatywał samolot. Lotnisko w Neapolu jest stare, a ze względu na ukształtowanie terenu - jedyne, w związku z czym miasto zdążyło je obrosnąć z wszystkich stron. Jednym słowem ląduje się na Marszałkowskiej Neapolu. Jeszcze przez chwilę mignął z góry po prawej port i Castel del Uovo, a potem podwozie łomotnęło o stałą włoską ziemię.
Znów wcale nie zamierzaliśmy zwiedzać Neapolu. Chcieliśmy go ominąć sprytnie, żeby spędzić czas na sielskiej prowincji, a nie w porażającym rozmiarem mieście, znanym z zabytków, syfu, gilu i kamieni kupy, oraz camorry i strajków śmieciarzy.
No i nie dało się. No i zapomniałem z wrażenia skasować w nawigacji opcji "omijaj drogi płatne".
Z poprzedniej wizyty wiedzieliśmy już, że wszystkie normalne szybkie drogi w mieście są płatne. Co nam zatem zostało?

"Mamma Mia! Pan Bóg skierował mnie drogą jednokierunkową pod prąd!"
                  Roberto Begninni w filmie "Noc na ziemi"




Mrok i gęstość pochłonęły nas niczym magma z Wezuwiusza. I gorączka. Gorączka miejskiej nocy. Wszystko tam jest takie intensywne i gęste, obszargane osiemnastowieczne kamienice na przedmieściach, gęsty włoski ruch, który albo się uwielbia (to mój przypadek), albo nienawidzi. Piesi, auta, skutery, autobusy mijające się na żyletki w płynnym, niezależnym zupełnie od przepisów drogowych ruchu, niezależnie od pierwszeństwa, zakazów i istnienia migaczy. Płynny ruch, każdy się zmieści, każdy wymusi pierwszeństwo i każdy zostanie wpuszczony. Wszystko w nieustannym kołowrocie, Wielkiej Kołomyi Elementarnej. W czeluściach zniszczonego miasta i cieple październikowej nocy. 
Te bruki! Ach, jak mi się przypomniał Lwów! Zjechane niczym bura suka, złachane, dziurawe bruki sprzed stu, czy iluś tam lat, kilometry bruków, wygniecione milionem kół. Ciasno. Ulica z niewiadomych historycznych przyczyn raz zwęża się, raz poszerza, kamienice ściskają ją w talii, potem odpuszczają na chwilę. Skutery z dzikim bzyczeniem wyprzedzają wszystko z każdej strony, muskają lusterkami, uchodzą z życiem przed autobusami. Wytęż wzrok i znajdź w nocnym Neapolu drogowskazy kierujące na właściwą drogę. Myślisz że to proste? Że najszersze ulice wyprowadzą cię z miasta? Skądże, stają się nagle w przeciwnym kierunku jednokierunkowe, a strzałka "Senso unico" wskazuje że masz wspiąć się w górę jakimś zaułkiem szerokości jednego samochodu, albo na łeb na szyję zjechać ślimacznicą, szorując lusterkami o mury podupadłych kamienic. Dzikie. Piękne. Inne.
Nie wolno mieć w Neapolu dużego samochodu. I nikt nie ma.


Dwa kabriolety.

Po drodze zachodzimy do sklepiku na rogu, zatrzymując się, tak jak wszyscy w niedozwolonym miejscu. Wnętrze nie różni się ani trochę od zewnętrza. Ciasne regały i mały tłumek o dziewiątej wieczorem wymija się z trudem wąskimi korytarzami pomiędzy stosami kartonów mleka Parmalat ("napis Parmalat na kieszeniu - yeah") a pudełkami z makaronem. I szybka konstatacja - ci Włosi nie przestają gadać ani na chwilę! W tym sklepiku jest po prostu cały czas głośno! Śmiechy, okrzyki, nawoływania. Podobno Polacy to Włosi północy. Wejdźcie sobie do Biedry o dowolnej porze, a usłyszycie tylko ciche szelesty świeżaków i pikanie kas. Wszyscy milczą jak grób, rozmyślając pewnie o "Klerze" Smarzowskiego.


Wreszcie nagła pustota wylotówki łapie nas w objęcia. Jak tu pusto! Jak tu lajtowo! Zupełnie nie hardkorowo. Wskazówka prędkościomierza rozochocona pnie się do góry, mkniemy w stronę półwyspu Sorrento, a potem zaczyna się tunel. On się zaczyna, ale się nie kończy. Ani na chwilę. Osoby cierpiące na klaustrofobie uprasza się o niejechanie do Sorento.


Sorrento


Drogi Michale,
W hotelu jest podświetlany basen z barkiem pośrodku i wodospadem.
Obok znajduje się nowoczesna siłownia oraz kręgielnia i sale bilardowe, pięć różnych drink-barów i restauracja z grillem. Kelnerzy podają egzotyczne owoce, melony, arbuzy. Basen w hotelu jest bardzo głęboki.
Niestety, my z Luizą nie mieszkamy w tym hotelu.

             tekst na okładce płyty Elektrycznych Gitar

O nie! W Sorencie to my nie mieszkamy! Tylko nie w Sorencie! Za dużo tam gwiazdek. Dawno tylu nie widziałem. Tutaj nie to co w Sopocie -  że tylko jeden Grand Hotel. Tu dziesięć Grand Hoteli - Grand Hotel Royal, Grand Hotel Riviera, Grand Hotel Excelsior Vittoria, Grand Hotel Ambasadori, Grand Hotel President, Grand Hotel Europa Palace... Każdy może sobie wybrać swój - i królowa Wiktoria i ambasadorzy i prezydent i inni europejscy pajace. Więcy luksusowo, choć wycieczki oszalałych japońskich i niemieckich turystów fotografują to wszystko na każdym kroku, rozrzedzając stężenie luksusu. Bo tu ładnie jest. Główną atrakcją są widoki na Wezuwiusz i Neapol, które docenili starożytni Grecy zakładając to miasto. Docenili także gigantyczny wąwóz, który ówcześnie oddzielał wybrzeże od reszty lądu, a dzisiaj jest już wchłonięty wewnątrz miasta. Kiedy jeszcze nie był wchłonięty, wystarczyło zbudować skromne mury, żeby obwarować solidnie to miejsce. Potem Rzymianie. Potem Bizantyjczycy i szereg innych nacji, z których każda wysyłała tu na vacatio swoich wysokich przedstawicieli. Tradycja musi być!
Tylko z plażami tu słabo, bo Sorrento leży na stumetrowym klifie nad Zatoką Neapolitańską i nad morze schodzi się ponurymi, wykutymi w skale tunelami. Dodajmy, że większość hoteli oferuje windy. A i tak nie wiem czy warto tam zjeżdżać.
Liznęliśmy ledwie Sorrento. Jak wszystko w życiu, z resztą.








Ale za to obcykaliśmy cały półwysep Sorento, od a do z, zajrzeliśmy wszystkie większe i mniejsze dróżki, wybrzeże Amalfi poprzednim wyjazdem - LINK, a resztę teraz. Ta reszta, choć nieco mniej malownicza ma w porównaniu z południową częścią jedną przewagę - jest znacznie mniej turystyczna. Ta amalfiańska, południowa, ma nad wspomnianą resztą też tylko jedną przewagę - jest piękna maksymalnie, osiąga mistrzostwo świata w malowniczości. I turyści o tym wiedzą. Dlatego tam trzeba się przepychać łokciami pomiędzy pomalowanymi zupełnie na biało Japonkami, głośnomówiącymi Amerykanami i Rosjanami z telefonem przyklejonym do ucha. No i pomiędzy nami, oczywiście też trzeba się przepychać.
Jednak warto się trochę poprzepychać. Nigdy nie widziałem pięćdziesięciu Fiatów 500 zgromadzonych w jednym garażu. A w Positano są (obok stacji benzynowej Agip).


Positano

Steinbeck też siedział w Positano. A potem dostał Nobla. Bądź jak Steinbeck.

Positano

Positano

Positano

Positano

Positano

Tradycja lekkiego naciągactwa turystycznego, zauważona za poprzedniej bytności ma się dobrze i kwitnie. No ale jak tu nie kwitnąć, kiedy ci turyści walą drzwiami i oknami, żeby się trochę ponaciągać turystycznie? Tym razem korty. Dopiero po skończonej grze dowiadujemy się niespodziewanie, że dość słona kwota opłaty za godzinę obowiązuje tylko wtedy, gdy gra się we dwójkę. A ponieważ graliśmy we trójkę - to dopłata! Graliśmy w paru krajach naszego kontynentu - w Polsce, w Austrii, w Hiszpanii, w Grecji, w Turcji, ba, graliśmy wielokrotnie we Włoszech. Na tej podstawie możemy sądzić, że korty w Massa Lubrense są zupełnie wyjątkowe. To jedyne w Europie korty, na których płaci się nie za wynajęcie kortu, ale za osobę. Turyści przybywajcie zwiedzać to cudo! Co na to Federazione Italaiana Tennis?


Positano



Positano




Wąskie górskie dróżki spadające na łeb na szyję, wężowe sploty tych dróżek przyklejone do skał nad otchłanią morza kilkaset metrów niżej, ciasne nawroty wśród murków z kamienia. Z podziwem patrzyłem na wielki autobus, który z talentem zawracał na agrafkach, mijał się z murami wiosek na grubość lakieru, ocierał niemal o stare Fiaty Panda nadjeżdżające z naprzeciwka, szybko i bez błędu. Dopiero po kilku kilometrach zorientowałem się, że kierowca prowadzi jedną ręką. Drugą ma wywieszoną na stałe za oknem.


Sorrento



Positano

Wyspa Capri


Ciekawe jak się czują tutaj niemieccy kierowcy. Chyba niezbyt zraźnie. Oni mają wrodzony narodowy niedostatek inteligencji emocjonalnej - wszystko musi być powiedziane i oznaczone, bez odstępstw (powtarzam opinię Steffena Moelera). Inteligencja emocjonalna narodu włoskiego najpełniej wyraża się właśnie w ruchu drogowym. Nie używa się tutaj migaczy w żadnej wręcz sytuacji, a gra polega na odczytaniu intencji innych jadących. Trąbienie służy, podobnie jak w Turcji do skarcenia, zwrócenia uwagi i ponaglenia, ale dużo częściej jako gest przepuszczający, oraz pozdrowienie. Kierowców tutaj cechuje niesamowita wręcz pewność i wyczucie, które rzadko kiedy zawodzi - mają go dziadziowie (wł. giaggio)w rolniczych trójkołowcach, jak i 90. letnie babcie (wł. babccia) w Fiatach 500 z roku 1957., którzy bez chwili wahania pakują w najmniejsze luki i mijają się z autobusami na milimetry, w pełnym zaufaniu, że te autobusy też potrafią się na milimetry minąć.









Plaże na półwyspie zawodzą nieco purystów i wygodnickich, no chyba że lubią piesze dwustumetrowe wycieczki w pionie. Tradycyjne, piaszczyste plaże z promenadami są w okolicach Maiori, czyli na początku południowego wybrzeża. Im bliżej końca cypla tym wyższe góry spadają do morza, tym wyższe klify podcinają brzegi i plaże są na ogół niewielkimi płachtami kamienistego żwiru ukrytymi w trudno dostępnych zatokach, piękne pejzażowo, ale stosunkowo skromne jak na spodziewany luksusowy wypas okolic. Najładniejszą na końcu półwyspu można znaleźć w Marina del Cantone.

Pokrętne ścieżynki, zakręcone dróżki między oliwkami, pomidorami, winnicami. Bo turyści to sobie na wybrzeżu siedzą, a tu wyżej spokojne rolnicze życie, pole trzeba uprawić, zasiać, zaorać i zebrać plon na trzykołowe Piaggio. Pogadać przy tym z sąsiadem. Ze śmieciarzem pogadać, który przeciska się ciężarówką pomiędzy murkami. Z kasjerką w sklepie. Z policjantem we wsi pogadać na środku skrzyżowania.
Oni po prostu gadają non stop. Narracja leci bez najmniejszych przerw, opowiadają, oplatają, komentują, dowcipkują.

Wstaję o siódmej rano, wsiadam w Fiata Pandę i jadę wąskimi ścieżkami w górę ścigać mgły wiszące nad półwyspem, szukam widoków. Jest ich trochę. Santa Agata sui Due Golfi według nazwy leży nad dwoma zatokami, ale chyba trochę zarosła, las urósł czy co, bo zobaczyć dwie zatoki naraz można tylko z dachu klasztoru na zachód od miasta. Niemniej - wspiąć się można. Wspinam się. Gubię drogę wśród pokrętnych górskich dróżek, jadę na ślepo i na czuja, ocierając się w wąskich przesmykach o zaparkowane skutery, skręcam na dwa razy w ciasne przecznice między płotami. Mgły snują się wśród palm i pinii, z góry widać słońce na wybrzeżu. Wtem Fiat 126p za zdobną, kutą bramą. Stajemy, robimy fotkę. Niestety z pobliskiego domu wychodzi na drogę gruby wąsaty pan, zaniepokojony tą działalnością. Zdaje się że już trzeci raz krążę przed jego oknami. Co ja tu niby robię?
Wysilam całą swoją włoszczyznę. Sprowadza się ona do trzech słów, ale adrenalina dodaje skrzydeł
- Sono un fotografo...
Fotografo! Gęba się panu natychmiast rozjaśnia, jak księżyc w pełni. Natychmiast opowiada mi tocząc szeroko rękami wokół. Niestety nie rozumiem nic oprócz "due golfi". Żegnamy się miło. Pogadaliśmy.






Jak to jest, że ten mały kawałek włoskiego buta zawraca od stuleci ludziom w głowach, że oczadzeni pędzą go zobaczyć przez pół świata z Japonii, czy z Chin. Stoją w korkach, przepychają się w muzeach. Chłoną. Sam jestem przykładem chłonięcia i to po raz wtóry. Genius loci tu mieszka, który wyciska z półwyspu Sorrento (niczym sok na limoncello) samą esencję dolce vita, wśród skał spadających do morza i lazuru wody.


Przedmieścia Neapolu



Wpis ten nie miał zbyt dobrego zakończenia, ale napisało się samo. Wakacje nie są wieczne. Trafiamy w końcu na lotnisko Napoli- Capodichino, które tak naprawdę jest jednym gigantycznych rozmiarów sklepem z luksusowymi butikami. Sami Dziani Wąsacze tam siedzą Dulce & Decorum i inni Tani Armani. Widziałem tam na przykład spory sklep z SAMYMI skórzanymi rękawiczkami, którego jakoś u nas, dziwnym trafem, nigdy nie widziałem.
My też rzuciliśmy się w komerchę, choć na trochę niższym poziomie. Żeby się w nią rzucić, trzeba pokazać bilet lotniczy, żeby można było potem stwierdzić który z pasażerów walnął pilota po głowie butelką limoncello. Jeden pan przyjmuje kasę, drugi pan (ochroniarz graniczny) wpisuje bilet w komputer siedząc w lekkim oddaleniu.
- Cracovia -mówi poważny pan sprzedawca, potwierdzając to co wyświetla się na ekranie po przeskanowaniu naszych biletów.
- Che? -pyta niekumaty pan pogranicznik.
- Cracovia. Nie słyszałeś? Duże miasto w południowej Polsce! Polonia! Cracovia! Halo!
Uśmiechamy się i pokazujemy panu sprzedawcy kciuki uniesione w górę.
- Trzeba wiedzieć! Polacy bardzo dzielnie walczyli u nas w czasie wojny - mówi poważnie.
- Grazzie signore!- mówimy my.

Wzruszyłem się na koniec w tym Neapolu.
Czego i Wam życzę.


Fabrykant


P.S. W pewnym oddaleniu czasowym ukaże się prawdopodobnie vol. 2

Zapraszam na Facebooka Fotodinozy: 
https://www.facebook.com/fotodinoza/

Oraz na SNG Kultura, gdzie piszę recenzje kulturalne, obyczajowe i nieobyczajne:
Sngkultura.pl




8 komentarzy:

  1. Dawno nas tam nie były. Tylko duchem tam byłem niedawno czytając Malapartego mającego tam posiadłość. Uzypełnię twą uwagę o kierowcach niemieckich. Ostatnio Sąd w Mannheim orzekł, że jeśli kierowca pokazując migaczem na drodze głównej, że chce skręcić w prawo, w drogę podporządkowaną, to wcale nie oznacza, że skręci. Może pojechać prost. Kierowca wyjeżdżający z tej drogi bocznej na głównej i ufny w migacze zderzył się i Sąd przyznał mu Winę.Sąd orzekł, że nie mozna ufać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. We Włoszech taki co nie ufa by się nie uchował. A w Polsce raczej jak w Niemczech.
      Co kraj to specyfika. Wot i specifika.

      Usuń
  2. Komentarzy mam tyle, że jeju-jeju, i sam nie wiem, od czego zacząć... ("zaaaaczniiij od Baaaachaaa!!" - muzyczny cytat bez związku z przedmiotem).

    1) Niemieccy kierowcy a sprawa włoska. Osobiście niewielu znam Niemców, a blisko - to żadnego (jednego wiedeńczyka, owszem, ale to całkiem nie to samo). Czytam natomiast regularnie niemiecką prasę samochodziarską (nie mylić z samochodową - bo w samochodowej króluje lobby koncernowo-polityczne, a w samochodziarskiej - prawdziwi samochodziarze, to jest pasjonaci historii samochodziarstwa). W tejże prasie o Włochach, Włoszech i włoszczyźnie, również tej żelaznej, opinie pojawiają się bardzo ciepłe, a charakter tamtejszego ruchu jest postrzegany bardzo pozytywnie, jako przyjemne wyrwanie się z gorsetu. Być może samochodziarze, albo w ogóle ludzie otwarci na historię i smakowanie różnorodności świata, nie są tu reprezentatywni, ale to jednak cały czas Niemcy.

    A sam ruch - jak dla mnie bomba. Oni tylko wyglądają na wariatów, w istocie jeżdżą dynamicznie, bez marnowania czasu i miejsca, ale rozsądnie i całkiem bezpiecznie (w dodatku wcale nie jakoś super-szybko). Po chwili przyzwyczajenia człowiek uczy się ich nawyków, sposobu komunikacji (to, że nie migają, nie znaczy, że są nieprzewidywalni), oraz nabiera ufności w to, że jeśli tylko nie będzie udawałwiększego cwaniaka od tubylców, to na pewno nic złego się nie stanie, bo oni sami wiedzą, co robią i nie skrzywdzą współjadącego.

    2) Polacy jako Włosi północy - wg mnie coś w tym jest, ale nie do końca. Obie nacje są mistrzami radosnej improwizacji i lawirowania na granicy praw i reguł, ale południowcy mają przy tym nieporównanie więcej radości i umiłowania życia, którego u nas brakuje. To bardzo rzuca się w oczy, czyni olbrzymią różnicę. Niby truizm, ale p truizmach często zapominamy, więc ja niniejszym przypominam.

    3) Wąskie drogi na Półwyspie to nic w porównaniu z drogam na Całejwyspie, to jest Capri. Tam autobusy regularnie mijają się, albo raczej - nie mijają, uderzając oboma lusterkami (oczywiście uprzednio złożonymi) o siebie nawzajem z lewej i ścianę z prawej. Jednocześnie. I tak dosłownie co chwilę, przy każdym wymijaniu. A są to specjalne, zwężone autobusy.

    4) Za GIAGGIA I BABCCIĘ należy się językowy Nobel !! (podobnie jak za Złomnikowe "vox populi, vox TDI" oraz "warsztatową pantomimę").

    5) Sklep z samymi skórzanymi rękawiczkami widziałem we Francji. Na głębokiej prowincji, wcale nie turystycznej (miasteczko St Junien, niedaleko Limoges, okolica zwana przez lokalsów "La France Profonde"),

    6) Na hasło "Cracovia" wzruszają się nie tylko neapolitańczycy. Ze mną np. na jego dźwięk zaprzyjaźnił się kierowca Ubera z Las Vegas, który pochodził z Hondurasu i droga (nielegalna) przez całą Amerykę Środkową do oslawionego Sin City zajęła mu kilka lat... Opowiadałz przejęciem, że cały czas modlił się przy tym do najsłynniejszego wśród Latynosów obywatela Krakowa (choć urodzonego w Wadowicach, ale oni tego chyba nie ogarniają) i nigdy nie przypuszczał, że w Vegas spotka jego krajan. Facet wzruszył się naprawdę ogromnie...

    7) Jest taka legenda, że Pan Bóg, stwarzając świat, przypadkowo strącił kawałek nieba na ziemię i z tego kawałka powstała Zatoka Neapolitańska wraz z terenami naokoło. Zapłakał wtedy żywymi łzami, które spłynęły po stokach Wezuwiusza zamieniając się w najprzedniejsze wino. To wino można tam kupić do dziś, nazywa się LACRYMA CHRISTI (to nie ta osoba boska, ale nie szkodzi), i jest naprawdę wspaniałe. A w legendę jestem w stanie uwierzyć, bo miejsce jest jednym w najwspanialszych, jakie kiedkolwiek widziałem!! Widok z Sorrento przez Zatokę na wulkan jest jednym z silniejszych kandydatów na najpiękniejszy w moim życiu. No i do tego te wszystkie odkopane miasta i wille...

    OdpowiedzUsuń
  3. Nobla przyjmuję. Wszelkie uwagi motoryzacyjne potwierdzam. Na Capri niestety nie byliśmy, ze względów technicznych. I właściwie w centrum Neapolu też nie. Zatem zawsze można wrócić bez wyrzutów sumienia.
    Najpiękniejsze widziane miejsca na mojej liście: 1. Sardynia, wybrzeże południowo zachodnie. 2. Wybrzeże Amalfi. 3. Półwysep Lakonia w Grecji. Co obrazuje, że niewiele jeszcze widziałem.

    Na szczęście o zakopanych miastach (jednym) też będzie na Fotodinozie.

    OdpowiedzUsuń
  4. i znowu fiat! czy to miłość czy choroba?
    przy okazji: duży samochód w Neapolu:
    https://www.google.pl/maps/@40.8630404,14.2672351,3a,35.7y,77.39h,80.73t/data=!3m6!1e1!3m4!1sQWWV7NVTAfbeANcnGPFMpg!2e0!7i13312!8i6656

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko naraz i jeszcze do tego oszczędność. Zawsze wynajmuję najtańsze auto, po sezonie czasem dadzą od siebie coś większego. Ale teraz w ogóle na większym mi nie zależało. Za to o siódmej rano w niedzielę rozwiązałem swe (znane Panu Szanownemu skądinąd) dylematy torowo samochodowe i potraktowałem szosę SS145 pomiędzy Santa Agata a Colli di Fontanelle jako tor treningowy. Nic to, że 69 koni. Nawet przyjemniej, bo chwała większa (jak twierdził James May).

      Brak dużych samochodów jest oczywiście felietonową przesadą, w Neapolu jest ich trochę, ale im bliżej Sorrento i Amalfi, tym ich mniej. Potwierdzam, że są tam bez sensu.

      Usuń
  5. Wszyscy tak do szczegółów ja zaś po przeczytaniu miałam ochotę biec i bilet rezerwować tak plastycznie jak zwykle wszystko opisałeś . Ciekawe jak te wszystkie twoje felietony wyglądałyby w jednym zbiorze.czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy.E.

    OdpowiedzUsuń

Drogi czytelniku! Pragnę ostrzec, że wredny portal blogowy na jakim piszę bardzo lubi zjadać bez ostrzeżenia wpisy czytelników podczas ich zamieszczania. BARDZO PROSZĘ PO NAPISANIU KOMENTARZA SKOPIOWAĆ GO i w razie czego wstawić ponownie, na pohybel Google Blogger. Fabrykant.