sobota, 3 września 2016

Długie cienie Brassaï'a



Fot: Brassaï
Myśleliście pewnie, że teraz będzie druga część opisu podróży bałkańskiej Fotodinozy? No, w sumie- nie mylicie się.
Kawalerzysta armii austro-węgierskiej Gyula Halász urodził się w Cesarstwie na rok przed wiekiem XX-tym. Czy to zaważyło na jego życiu?

Na pewno. Czas i miejsce urodzenia urabia człowieka jak forma. Pewnie gdzie indziej i kiedy indziej urodzeni bylibyśmy kimś innym.

Gdybym się urodził przed stu laty
W moim grodzie.
U Lariszów dla mej lubej rwałbym kwiaty
W ich ogrodzie.
Moja żona byłaby starszą córką szewca
Kamińskiego, co kiedyś we Lwowie mieszkał
Kochał bym ją i pieścił
Chyba lat dwieście.
Mieszkalibyśmy na Saksenbergu
W kamienicy Żyda Kona
Najpiękniejszą z wszystkich cieszyńską perłą
Byłaby ona
Mówiąc mieszałaby czeski i polski
Szprechała by czasem
A śmiech by miała boski
Raz na sto lat cud by się dokonał
Cud się dokonał

    Jaromir Nohavica „Cieszyńska”

Gyula był synem profesora literatury francuskiej na uniwersytecie w Brassó. Wszystko zaczęło się, gdy w wieku lat 5-ciu pojechał z ojcem do Paryża. Wszystko zaczęło się od tego.

Dość ciekawy początek, przyznacie.

Pięcioletni Halász zakochał się w Paryżu. Nie można się temu dziwić. Było to podówczas centrum wszechświata. Wielki elegancki Paryż. Na ulicach miasta mały Gyula oglądał wytworne amazonki i jeźdźców, powozy z wyższych sfer, pierwsze automobile, chodził z ojcem na zawody sportowe i odwiedził cyrk Bufallo Billa, z kowbojami, ndianami i prawdziwymi bizonami jaki wtedy zawitał do francuskiej stolicy. Brał udział w ceremonii powitalnej króla Hiszpanii Alfonsa XII.I Te wszystkie wrażenia wywarły niezatarty wpływ na młodziaku i ukształtowały go. Halász postanowił wtedy związać swoje życie z tym pięknym miastem.

I dokonał tego. Podbił Paryż i świat cały.

Ale marzenia te musiały trochę poczekać- nadchodziła I Wojna Światowa.

Gyula wcielony do armii austrowęgierskiej musiał przerwać studia na akademii sztuk pięknych w Budapeszcie zaczęte w 1917 roku.

Służba w wojsku rzuciła go do Berlina, gdzie doczekał końca wojny. Przeprowadzka do wymarzonego Paryża nie wchodziła jednak w grę- w 1918 roku Francja nie przyjmowała nikogo z dawnych wrogich jej armii. Halász został na razie w Niemczech, gdzie zaczął uczęszczać do berlińskiej Akademische Hochschule, studiując malarstwo, literaturę i teatr, liznął też trochę fotografii. Wybór szkoły okazał się trafiony. Młody Gyula nie był tam jedynym emigrantem z Europy Środkowej. Studiowali z nim także Moholy- Nagy (późniejszy profesor Bauhausu), Oskar Kokoschka, Wasilij Kandinsky i Michaił Łarionow. Chciałoby się do takiej Hochschule uczęszczać!

Te znajomości dały Halászowi dobrą bazę do dalszej kariery.

W końcu w 1924 dostał się wreszcie do wymarzonego Paryża, gdzie zamieszkał i zdobył swoją pierwszą pracę- został dziennikarzem. Wspominał to zajęcie bardzo miło- jako świetny trening obserwacji i zaangażowania. Niemniej poświęcał się też swoim pasjom artystycznym- malował, rysował i rzeźbił. Nawiązywał też liczne kontakty z ziomkami znanymi sobie jeszcze z budapesztańskiej akademii i ich znajomymi, między innymi z André Kerteszem i kręgiem znajomych mu fotografów, także Robertem Capą/ Friedmanem.
 
Gdy patrzy się na wszystkie wpisy Fotodinozy o znanych zdjęciach i ich autorach, można wysnuć wniosek- była to jedna wielka paryska klika, to środowisko lat 30-tych. Towarzystwo znające się z różnych powiązań, w sporej części złożone z emigrantów z dawnych terenów Austro-Węgier. Paryż kipiał prądami intelektualnymi i nurtami nowych kierunków w sztuce. Sciągał tu wszystkich zdolnych i chętnych na włączenie się w ten gorący tygiel.
 
Tymczasem ojczyzna Gyuli Halásza właśnie zniknęła z tego świata. Europejczykom w XX wieku się takie rzeczy często przytrafiały. Na mocy układów w Trianon węgierska Transylwania stała się częścią Rumunii, a węgierskie Brassó rumuńskim Braşov. Węgry po pierwszej wojnie, jako strona przegrana, zostały rozciachane na części. Zresztą Austria i Niemcy także nieźle dostali po tyłkach. Trianon było dość okrutnym układem, nawet niektóre głosy w Anglii i Francji mówiły, że zbyt okrutnym.

Zemściło się to, jak wiadomo dwadzieścia lat później, kiedy nastąpiła dogrywka.

Tymczasem w Paryżu końca lat 20-tych:
Sama fotografia wpadła na Halásza przez przypadek. Magazyn artystyczny „Minotaur” w którym pracował zamówił u niego portrety fotograficzne znanych rzeźbiarzy i malarzy w ich własnych studiach. Halász poznał dzięki temu surrealistów- Salvadora Dalego i Paula Eluarda, oraz zaprzyjaźnił się z Pablem Picassem, który przebywał wtedy w Paryżu.


Fot: Brassaï, Pablo Picasso


Ich pierwsze spotkanie było podróżą do Hiszpanii na pokładzie luksusowej Hispano- Suizy malarza, który to zawiózł Halásza do swoich rodzinnych stron, by ten mógł sfotografować rzeźby i obrazy Picassa.

Gula Halász i Pablo Picasso toczyli długie rozmowy podczas tego pobytu i późniejszych spotkań, które Węgier spisał we wspomnieniach. Picasso, który zwykle nie czytał publikacji o swojej osobie powiedział później: „Jeśli chcesz poznać mnie- przeczytaj tę książkę.”

Halász zaczął robić dużą karierę. Fotografował coraz więcej i coraz ciekawiej. Powoli wypływał na tereny niezbadane dotąd w fotografii. W 1925 roku przyjął przydomek Brassaï.


Fot: Brassaï
Brassaï. Bardzo to charakterystyczne. Halász przybrał pseudonim w zupełnej kontrze do wszystkich znanych nam emigrantów, którzy zangielsczali, zniemczali, upraszczali swoje nazwiska. Friedmann stał się Robertem Capą, Dawid Szymin- Chimem, Asher Fellig- Wegeem (wszyscy zapewne chcieli ukryć żydowskie pochodzenie). Halász skrócił swój nickname do dziwnego Brassaï, zmuszając tym samym Francuzów do łamania sobie języka i dźwięcznego wymawiania ostatniej litery (po to dwie kropeczki nad „i”). Niniejszym podkreślał swoje pochodzenie, i to expresis verbis- bo po węgiersku znaczy to po prostu „Braszowiak”.

Nie odcinał się więc, a wręcz podkreślał przeszłość, z której wyrósł.

Kim byłby Brassaï, gdyby został w rodzinnym Siedmiogrodzie? Być może nie zainteresował by się fotografią, być może nie krążyłby po nocnym mieście z aparatem, być może byłby człowiekiem nieznanym. Braszów po pierwszej wojnie stracił na znaczeniu i stał się marginesem, prowincją, targaną niejakimi konfliktami i mającą za sobą świetność i rozkwit.
 
When you're growing up in a small town
when you're growing up in a small town
when you're growing up in a small town
you say, no one famous ever came from here

When you're growing up in a small town
and you're having a nervous breakdown
and you think that you'll never escape it
yourself or the place that you live

Where did Picasso come from
there's no Michelangelo coming from Pittsburgh
if art is the tip of the iceberg
I'm the part sinking below

When you're growing up in a small town
bad skin, bad eyes, gay and fatty
people look at you funny
when you're in a small town

My father worked in construction
it's not something for which I'm suited
oh, what is something for which you are suited
getting out of here

I hate being odd in a small town
if they stare let them stare in New York City
as this pink eyed painting albino
how far can my fantasy go

I'm no Dali coming from Pittsburgh
no adorable lisping Capote
my hero, oh, do you think I could meet him
I'd camp out at his front door

There is only one good thing about small town
there is only one good use for a small town
there is only one good thing about small town
you know that you want to get out

When you're growing up in a small town
you know you'll grow down in a small town
there is only one good use for a small town

You hate it and you'll know you have to leave

             Lou Reed i John Cale „Smalltown”


Historia człowieka to historia przypadków jakie go spotkały- wzmocniona jego własnymi wyborami- można tu snuć warianty alternatywne jak u Kieślowskiego, można dywagować kim byliby ludzie, gdyby nie wojna, gdyby nie emigracja, gdyby nie geopolityka.

Emigranci opuszczali swoje strony rodzinne, na ogół na zawsze, a podczas ich nieobecności kraje zmieniały przynależność, nowe ustroje kosiły stare tradycje, a miejsca zmieniały się nie do poznania.

Stanisław Lem, któremu po latach zaproponowano wycieczkę do rodzinnego Lwowa- odmówił: „Byłoby to jak odwiedzić dawno kochaną kobietę, podczas gdy ona ma już rodzinę i dzieci z kimś innym”.


Fot: Brassaï, widok na plac Concorde z balkonu Automobilklubu.

 

Fot: Brassaï

Brassaï w Paryżu łamał schematy fotografii. Miał wyrobioną, wyjątkową wrażliwość, fotograficzne oko na to, na co nie mieli wcześniej inni- na noc i ciemność. I klimat wielkiego miasta. Halász zaczynając od portretów znanych person przechodził coraz częściej w czerń nocy. Z początku robił zdjęcia pejzaży paryskich w czyste i ciepłe noce, z wyraźnymi światłami latarń i witryn sklepowych. Z czasem doszedł do wniosku, że najlepszy klimat uzyskuje się w mglistym powietrzu. Mgła, niczym filtr zmiękcza światło, rozmywa kontury i dodaje zdjęciom iluzji. Doszedł w technice robienia tych fotografii do perfekcji. Mocne światła latarń dawały na kliszy filmowej liczne ostre „halo”, które psuły Halászowi kompozycję. Na zdjęciach nocnych wytrenował do ideału maskowanie bezpośrednich źródeł światła, poprzez przesłanianie ich odpowiednim kadrowaniem liśćmi drzew czy elementami budynków.

Fot: Brassaï

 
Fot: Brassaï


Ówczesna klisza fotograficzna wymagała stosowania w nocy bardzo długich czasów naświetlania, po dłuższej praktyce Brassaï nie musiał już patrzeć na zegarek- „Jeśli było średnio ciemno, potrzeba było tyle czasu ile na wypalenie Gauloise'a. Jeśli było bardzo ciemno- to Boyarda”- mówił.

Z racji jego licznych znajomości z surrealistami próbowano go do nich zaszufladkować, bo też jego nocne fotografie Paryża, wcześniej nie za bardzo praktykowane- dawały oniryczny i lekko nierealny nastrój. Ale sam fotograf bronił się przed takim szufladkowaniem.

Halász latając po nocach z aparatem po Paryżu łapał najróżniejsze podejrzane nocne sceny, ocierał się o brudy miasta, wchodził do miejsc zakazanych. Wypraszał możliwość fotografowania w rozbieranych rewiach, domach publicznych i kabaretach. Zdobywał też dziesiątki znajomych z różnych kręgów- pierwszymi z nich byli policjanci, którzy indagowali fotografa, pierwszy raz na oczy widząc kogoś, kto fotografuje po nocy. Wkrótce zabierał ze sobą odbitki, żeby móc pokazywać im na dowód swoje prace.

Fot: Brassaï

 
Fot: Brassaï

 
Fot: Brassaï

 
Fot: Brassaï

 
Fot: Brassaï

 
Fot: Brassaï

Wielu z ulicznych znajomych Brassaïa zostawało potem jego modelami. Wykorzystywał to doskonale. Dużo pracował także z lampą błyskową, a właściwie z powoli odchodzącym już do lamusa proszkiem magnezjowym- zastępowały go w tamtym czasie łatwo wymienialne jednorazowe żarówki spaleniowe. Magnezja jednak, według Brassaïa dawała bardziej miękkie światło. Błyskał więc licznie, aż Picasso po jednej z sesji zdjęciowych z fotografem nazwał go „terrorystą”.

Fot: Brassaï
 
Po wydaniu albumu „Paris de nuit” w 1933 roku Halász został prawdziwą sławą. Zlecenia sypały się zewsząd- do fotografowania znanych person zatrudnił go „Harpers Bazaar”- zrobił zdjęcia między innymi Giacomettiemu i Le Corbusierowi. Fotografował Matisse'a, Jeana Geneta, Henri'ego Michaux.

Fot: Brassaï

 
Fot: Brassaï

 

Fot: Brassaï, schody na Montmartrze
Fotografia Gyuli Halásza, nowatorska i odważna, została doceniona, szczególnie po uczestnictwie w słynnej, powojennej wystawie „Family of a Man” i stała się inspiracją dla kolejnych pokoleń nocnych marków fotografii, latających po różnych miastach całego świata.
Nie ma już węgierskiej Transylwanii, jaką Brassaï oglądał oczami dziecka. Nie ma też Brassaïa w Transylwanii.

No ale akurat my tu jesteśmy.

A Transylwania od tamtych czasów pewnie nie tak wiele się zmieniła.

Podróbmy trochę Brassaïa, skoro go wspominamy. I skoro jesteśmy w jego rodzinnych stronach. I w hołdzie popodglądajmy jego Siedmiogród, tak jak on podglądał Paryż.

Pójdzie nam łatwiej. Odwalimy łatwiznę, bo nie na mało czułym filmie, tylko na podkręconej elektroniczną ostrogą matrycy, która pozwoli nam nie mierzyć czasu naświetlania wypalonym Gauloisem.

Ku pamięci.

Fot: Gryka. Sighisoara, brama miejska.


Fabrykant
jak w podróży, choć jak w domu

Źródła i źródełka:



„Jak czytać fotografię” Ian Jeffrey.

3 komentarze:

  1. fajne te zdjecia, puki co najbardziej mi sie podobaja z tych wszystkich pozostalych juz opisanych przez Ciebie fotografow

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fajosko. To ciekawe zdjęcia, a na tle epoki to w ogóle przełomowe.

      Usuń

Drogi czytelniku! Pragnę ostrzec, że wredny portal blogowy na jakim piszę bardzo lubi zjadać bez ostrzeżenia wpisy czytelników podczas ich zamieszczania. BARDZO PROSZĘ PO NAPISANIU KOMENTARZA SKOPIOWAĆ GO i w razie czego wstawić ponownie, na pohybel Google Blogger. Fabrykant.