piątek, 17 czerwca 2016

Kupiłem kopalnię. Za 40 złotych.


Łódzki kupiec kolonialny i restaurator Artem Czkwianianc/ Czkwianow z żoną Niną. 1906.

Przypadek?
Nie sądzę- jak pisał nieodżałowany Złomnik.

Szedłem sobie ulicą Narutowicza, w okolicach numeru 4, rozmyślając o tematach na osobne wpisy, bo ja o niczym innym nie rozmyślam. Wzrok mój błędny błądził po murach ulubionego rodzinnego miasta Łodzi i prześlizgiwał się po witrynach, tramwaje jechały, studentki szły ulicą. Studenci pewnie też, ale ja na studentów nie patrzę. Młot pneumatyczny nawalał stłumionym stacatto z kamienicy naprzeciwko. Zatrzymałem się przy witrynie antykwariatu „Pegaz Tuwima”, zerknąłem czy nie ma czegoś ciekawego.

Było.

Instynkt łowcy, zaprawiony w przeglądaniu lumpeksów i ofert obiektywów na allegro zogniskował ostrość na czarnej książce wystawionej na wystawie.
Ryszard Bonisławski
„Wielka Wojna 1914- 1918
Łódź i okolice na fotografiach Michała Daszewskiego”


 
Coś zadzwoniło.

To był dzwonek alarmowy w pamięci.

Coś zadzwoniło, ale nie wiedziałem w którym kościele. Wszedłem do środka, poprosiłem o książkę z wystawy do przejrzenia, oczy wyszły mi z orbit i ślina pociekła. Musiałem przełknąć. I musiałem mieć.

Pieniądze szczęścia nie dają. Dopiero zakupy- zacytuję tu po raz setny znaną aktorkę amerykańską Normę Jean Mortenson aka Marilyn Monroe.

Niestety ten album to nie była pozycja antykwaryczna.
To była nowość z 2014 roku. O, losie!

No już trudno, pomyślałem sobie, czterdzieści złoty to nie jest żaden ten (cytat). Warto!

Nie pomyliłem się.

W ciągu tygodnia kupiłem dwie książki o fotografii, w których występuje dokładnie to samo zdjęcie.


Jedną z tych książek opisałem ostatnio- to „Jak czytać fotografię”- Iana Jeffreya- przekrojowy album o najwybitniejszych twórcach w historii fotografii. Drugą jest właśnie „Wielka wojna(...) na fotografiach Michała Daszewskiego”

W ogóle z fotografią nie jestem na bieżąco. Mało się udzielam i mało bywam. Bo ja taki mało udzielający się jestem. Ale gdy poszperać w internecie, to nawet była w 2014 roku wystawa zdjęć Michała Daszewskiego w Muzeum Historii Łodzi. Więc powinienem był coś wiedzieć. Ale nic nie wiedziałem

Kto to jest w ogóle Michał Daszewski, że w książce o największych tuzach fotografii znalazło się jego zdjęcie?

Otóż Michał Daszewski to Nikt.

Jedynie miłośnikom historii, na czele z Ryszardem Bonisławskim- człowiekiem instytucją, znawcą Łodzi, autorem licznych książek i przewodników, oraz programów telewizyjnych- udało się wydobyć go z otchłani niepamięci.

Zostały po Daszewskim tylko zdjęcia. Nic niemal więcej. Tylko zdjęcia.

I aż zdjęcia.

Przejrzeć ten album, to dla mnie jak obejrzeć reportaż z odkrycia Ameryki przez Kolumba. Jak gdyby okazało się, że pierwszy oficer na „Santa Marii” akurat miał przy sobie aparat i w chwili gdy majtek z bocianiego gniazda krzyczał „Ziemia!” naciskał spust migawki. A potem dokumentował wymianę paciorków pomiędzy Kastylijczykami a Indianami. A potem gdzieś przepadł, razem ze zdjęciami.

To jest ta skala emocji, bo Michał Daszewski nie fotografował jakiegoś anonimowego miejsca w anonimowym czasie, tylko fotografował moje rodzinne i ulubione miejsca, w czasie wielce interesującym. Ba, fotografował! Niemal systematycznie i konsekwentnie dokumentował klatka po klatce, to co udokumentować należało.



Most na szosie do Pabianic (dziś ul. Pabianicka) wysadzony przez Niemców 16 października 1914. Fot. Michał Daszewski


Przedstawiciel obywatelskiej ochotniczej milicji, zorganizowanej do chronienia sklepów i zakładów przemysłowych przed rabunkiem- po wycofaniu się rosyjskich władz miejskich z Łodzi. Sierpień 1914. Fot. Michał Daszewski


Wrak rosyjskiego samolotu zwiadowczego, zestrzelonego nad Łodzią. W dalszym planie - kominy Fabryki Poznańskiego (dziś- Manufaktura) i wieże kościoła NMP przy Starym Rynku.  Fot. Michał Daszewski


Szpital przy ul. Mikołajewskiej. Pozują uzbrojeni żołnierze niemieccy, jeńcy rosyjscy i personel szpitala. Fot. Michał Daszewski

Nowy Rynek, czyli dzisiejszy Plac Wolności 1915. Fot: Michał Daszewski. Na pierwszym planie niemiecka polowa stacja benzynowa, na drugim planie po lewej- nieistniejące dziś budynki. W narożnym miał na początku wieku zakład fotograficzny Józefa Zajączkowskiego, o którym wspomniało się tutaj
 

Samochody na terenie Fabryki Poznańskiego (dziś Manufaktura), unieruchomione na wiele miesięcy z powodu braku paliwa. Styczeń 1915. Fot: Michał Daszewski
 Mamy tu przekrój lat 1914 do 1918. Łódź w owym okresie miała następującą przynależność państwową: od Królestwa Kongresowego pod władzą Rosji, poprzez okupację niemiecką, do etapu miejskiego samorządu polskiego w ramach niemieckiej okupacji, aż do wolnej Polski. W tym czasie front I wojny światowej kilkukrotnie przechodził przez miasto, a zakończyło się to największą bitwą tej wojny na froncie wschodnim, w której zginęło 200 tysięcy żołnierzy obu stron. Wszystko to w Gadce Starej pod Łodzią. Już raz pisałem na Fotodinozie o pomniku na wzgórzu o które toczyły się walki.

Łódź dostała nieźle w kość zarówno w czasie przebiegu wojny, jak i w związku z jej finalnymi skutkami, które oderwały cały przemysł od podstawowego rynku zbytu, jakim była Rosja. Liczba mieszkańców miasta przed wojną, gdy Łódź szła na maksymalnym ekonomicznym szwungu wynosiła 600 tysięcy ludzi. Po wojnie, ze względu na biedę, epidemie tyfusu, dewastację fabryk przez przechodzące armie zmniejszyła się do 340 tysięcy. Po najszybszej industrializacji jaką przeszła Łódź od czasów wytyczenia jej działek do włókienniczego imperium, nastąpiła najszybsza deindustrializacja w historii.

Rzekła Łódka w dzielnicy żydowskiej, pomiędzy ul. Wschodnią i Nowomiejską. Dziś płynie kanałem pod miastem. Fot: Michał Daszewski 1916.

 
Zdjęcie- historia, opisane przez Ryszarda Bonisławskiego. W 1915 roku okupanci niemieccy zarządzili w Łodzi rekwizycję wszelkich metali, przydatnych do produkcji wojennej. Zabrano dzwony z wszystkich łódzkich świątyń i przymierzano się także do zdjęcia dzwonu z kościoła Św. Stanisława Kostki, ufundowanego przez łodzian jako symbol miasta w 1911 roku. Łodzianie rozpoczęli negocjacje. Niemcy postawili ultimatum, że nie zabiorą dzwonu, jeżeli mieszkańcy dostarczą tyle kilogramów metali szlachetnych ile waży dzwon. W halach fabrycznych przy ul. Wólczańskiej 219 zebrano ponad trzy tony rondli, samowarów, lamp, klamek.
Dzwon został. Dzwoni w Łodzi do dziś.
Fot: Michał Daszewski

Michał Daszewski. Człowiek który był, a jakoby go nie było. Starannie podpisywał swoje zdjęcia, oznaczając datą, a na niektórych zachowały się z tyłu jego pieczątki z podpisem: „fotograf amator”. Tyle było o nim wiadomo.

Większość z informacji o fotografie zawdzięczamy autorowi książki Ryszardowi Bonisławskiemu, który od lat 70-tych zbierał jego zdjęcia i przekopywał archiwa. Trochę o Michale Daszewskim znalazło się w międzywojennej prasie. Po nitce do kłębka odnalazło się trochę danych.

Był inżynierem, dyrektorem w fabryce Izraela Poznańskiego (dziś Manufaktura, największym zakładzie włókienniczym w ówczesnym Królestwie Kongresowym), jednym z najmłodszych w kraju osób na takim stanowisku- miał w 1907 roku 30 lat. Z Łodzią związał się aż do odzyskania niepodległości, kiedy wyjechał na stałe do Warszawy.

Daszewski był człowiekiem wielkiej energii i aktywności. Informacje o nim znalazły się w spisach kilku prężnie działających w czasie wojny organizacji społecznych- Komitecie Obywatelskim miasta Łodzi i Głównym Komitecie Obywatelskim- instytucji zajmujących się pomocą ubogim i głodnym mieszkańcom. Organizował kwesty i liczne imprezy charytatywne na rzecz akcji „Ratujcie dzieci”- jeśli pamiętacie film Vabank II, to z pewnością pamiętacie zabójcę przebranego za wielką butelkę ze smoczkiem, z napisem „Kropla Mleka dla niemowląt”- to właśnie dalsze, już powojenne pokłosie tej łódzkiej akcji, która polegała na udostępnianiu najmłodszym dzieciom darmowego sterylizowanego mleka, oraz darmowych porad lekarskich dla matek z dziećmi.

Cała organizacja akcji była pierwszym takim dokonaniem na ziemiach polskich, „Kropla Mleka” działała nieprzerwanie od 1907 do 1939 roku, nawet w czasach absolutnego głodu i najgorszych walk w czasie I Wojny Światowej, a do tego jeszcze w jej trakcie organizujący ją lekarze zdołali otworzyć dwa kolejne punkty wydające mleko małym dzieciom.
Akcja "Kropla Mleka". 1915 rok. Fot: Michał Daszewski.

Michał Daszewski wykorzystał swoje hobby do szerokiego wsparcia finansowego wyżej wymienionych działań. A hobby tym była fotografia.

Organizował wystawy i pokazy przezroczy, konkursy fotografii amatorskiej i odczyty, z których dochód przeznaczał na pomoc dla społecznych akcji.

Inżynier Daszewski, niestrudzony biegł ze swym kodakiem po mieście, dokonywując lotnych zdjęć po ulicach. Na odpoczynek wpadał na wystawę zdjęć, gdzie również pełen humoru, dowcipkując i żartując, namawiał zwiedzających do fotografowania się, zwiększając w ten sposób rezultaty kwesty”

Daszewski ze swoich zdjęć przygotował kilka albumów z pocztówkami do wyrywania, popularnych w owym czasie.

Pokazy zdjęć i odczyty cieszyły się wielkim powodzeniem, publiczność nagradzała je brawami.

Nie dziwię się. Ja też nagradzam je brawami. Może Pan Daszewski usłyszy w niebie te oklaski.

Ten facet był wszędzie. Nie wiem ile czasu poświęcał swojej pasji, ale jego działanie przypomina pracę rasowego fotoreportera- gdy coś się działo był na miejscu. Może nie biegał pod ogniem artyleryjskim, ale był tuż przed i tuż po. Dokumentował przemarsze wojsk, tłumy usiłujące wypłacać pieniądze z banków, zniszczenia wojenne Łodzi, żydowską biedotę z Bałut, akcje społeczne, wizyty znamienitych osób.



Drużyna niemieckiego ciężkiego karabinu maszynowego na stanowisku. Żołnierz na dole ma pojemniki amunicyjne i wiadro z wodą do chłodzenia lufy karabinu. Fot. Michał Daszewski 1914


Giełda Pracy dla bezrobotnych robotników, w czasie kryzysu wojennego- październik 1915 rok. Fot: Michał Daszewski.

Pobojowisko po walkach pod Rzgowem i Rudą Pabianicką 21-23 listopada 1914. Łącznie zginęło tu w walkach ponad 3 tysiące żołnierzy. Fot. Michał Daszewski

Szpital psychiatryczny Kochanówka po ostrzale artyleryjskim- listopad 1914. Fot. Michał Daszewski
Dzięki tym zdjęciom mamy szansę spojrzeć w oczy historii i przyjrzeć się z bliska jej zmarszczkom. Te zdjęcia są żywe, mają dynamikę i ruch. Kopalnia charakterystycznych widoków.
Są bardzo dobre technicznie, ostre, porządne, klasycznie skadrowane i obrazowe.

Mamy na nich miasto sprzed stu lat jak na dłoni.
Możemy poprzyglądać się twarzom, szczegółom.


Ӝ Ӝ Ӝ

Pradziadek Szanownej Współfabrykantki- Artem Pogosowicz Czkwianianc (zruszczczone: Czkwianow), Ormianin, przyjechał do Łodzi z Gruzji w okolicach 1890 roku. W swej ojczyźnie, w Telawi, mimo młodego wieku prowadził po śmierci swojego ojca sklep i był głową rodziny dla matki i dwójki braci. Nie wiemy co pchało go w świat, być może słynny ormiański ekspansywny charakter. Musiał mieć prawdopodobnie jakieś kontakty w Łodzi, w Królestwie Kongresowym, do której przybył jako dwudziestoletni młodzieniec. Na początku zatrudnił się w sklepie kolonialnym kupca Okojewa, prawdopodobnie przez kogoś znajomego polecony.

Już w 1892 roku otworzył własny sklep delikatesowy przy ulicy Piotrkowskiej numer 23. Artem Czkwianow był człowiekiem obrotnym i pełnym inwencji i licznych zagranicznych kontaktów- sklep z doskonałym towarem kolonialnym szybko zyskał klientów i cieszył się dużym powodzeniem- prawdopodobnie bywał w nim Władysław Reymont, mieszkający po sąsiedzku na Piotrkowskiej przy Więckowskiego, bo wspomniał o nim w swojej „Ziemi Obiecanej”. Interes szedł dobrze i rozwijał się wraz z ekspansją przemysłowej Łodzi, która właśnie była na fali i pędziła, niczym niepowstrzymana naprzód. Już po kilku latach Artem Czkwianianc postanowił ściągnąć do siebie brata- Stjopę, który przekazał pałeczkę zarządzania rodzinnym sklepem w Telawi najmłodszemu z rodzeństwa- Josifowi.

Około 1903 roku ustatkowany łódzki kupiec Czkwianianc zaczął myśleć o założeniu rodziny. W tym celu zdecydował się wrócić do gruzińskiego Telawi, by tam znaleźć godną partię. Poprzez kontakty rodzinne poznał Ninę Ter-Arutunian, której się oświadczył i poprosił o rękę wybranki jej rodziców. Oświadczyny nie zostały odrzucone, ale nie zostały też przyjęte- ojciec dziewczyny nie odmówił wprost, ale nie chciał wysyłać córki do obcego kraju z mało mu znanym absztyfikantem. Artem musiał wrócić do Łodzi sam. Oświadczyny ponowił w 1905 roku. Tym razem przyszły teść był już dobrze poinformowany i zorientowany i wkrótce odbył się ślub młodej pary w cerkwi ormiańskiej w Telawi.

Kupiec kolonialny Artem Czkwianow/ Czkwianianc, z żoną Niną. 1906.
 
Artem wraz z bratem Stjepanem prowadzili swój sklep, pomimo dzielących ich różnic charakterów- starszy brat był zrównoważony i spokojny- młodszy porywczy i emocjonalny, żywy i lubiący się zabawić, można nawet określić go bon vivantem- wolny czas spędzał zwykle w ogródku kawiarni „Varieté”, przy zbiegu Piotrkowskiej i Jaracza (dziś stoi tam dom handlowy „Magda”), którą to kawiarnię prowadził ojciec Eugeniusza Bodo. Przyszły aktor był wtedy małym dzieckiem, często zachodził do składu kolonialnego Czkwianianców, a w okresie międzywojennym będąc u szczytu kariery, odwiedzając Łódź wpadł do sklepu i miło przypomniał się właścicielowi.

Sklep, przekształcony wkrótce na winiarnię, był w międzywojniu popularny wśród światka artystycznego, głównie aktorskiego, który przepijał tam teatralne gaże i debatował do nocy.

Teściowie Artema Czkwianianca (Artem i Marta Ter- Arutunian) odbyli kilka wizyt kontrolnych z Gruzji do Łodzi, celem stwierdzenia czy ich córka ma się dobrze- inspekcje wypadły pozytywnie. Skład kolonialny- winiarnia zrobiła wrażenie i doceniono pracę zięcia, który pracował dosłownie od świtu do nocy, kupował bladym świtem hurtowo na rynku warzywa i owoce, później sam obsługiwał do późnego wieczora stałych i zamożniejszych klientów. Do pomocy służyli mu też dwaj subiekci- Ormianie. Na teściach zrobiły też wrażenie łódzkie kościoły, zawsze pełne wiernych- taka religijność była na Kaukazie nieznana.

Stałymi klientami sklepu były osoby, o których można dziś poczytać w książkach, albo zobaczyć budynki nazwane ich nazwiskami- zachodził tam doktor Szterling, elegancki szczupły pan z hiszpańską bródką, w razie potrzeby służył on swą poradą medyczną rodzinie Czkwianianców.

Wnętrze sklepu kolonialnego Artema Czkwianowa (Czkwianianca), prawdopodobnie przy Piotrkowskiej 23. Przed I wojną światową. Za ladą po lewej- właściciel.

Tuż przed wkroczeniem do Łodzi frontu Pierwszej Wojny Światowej obydwaj bracia Czkwianianc zdecydowali o wysłaniu swoich rodzin z dziećmi do Penzy (środkowa Rosja), w obawie o ich bezpieczeństwo. Okazało się to niepotrzebne i mocno kłopotliwe. W Łodzi, pomimo opresji wojennej dało się jakoś żyć i wyżyć z handlu, podczas gdy w Rosji pod koniec wojny wybuchła rewolucja i były później duże problemy ze ściągnięciem rodzin z powrotem.

Pierwsza wojna, mimo że była wojną która usiekła miasto zniszczeniami artyleryjskimi i strzelaninami i morzyła mieszkańców głodem- była wojną kulturalną i cywilizowaną w porównaniu z tą następną. Nie było prześladowań narodowościowych, nikt nie trzymał nikogo w gettach i nie eksterminował cywilów. Owszem, rabunkowe rekwizycje dotknęły przemysł, i Niemcy i Rosjanie wywieźli z Łodzi maszyny fabryczne i ogólnie przyczynili się do jej potężnego tąpnięcia cywilizacyjnego. Bezrobocie szalało. Jednakże było to niczym w porównaniu z hitlerowskim terrorem czasu II Wojny.

Obrotni Czkwianowowie, pomimo znacznych trudności w zaopatrzeniu nadal prowadzili winiarnię i sklep, a nawet coraz bardziej je rozwijali. Lokal przy Piotrkowskiej 23 wydawał się już zbyt ciasny i bracia myśleli o zmianie adresu.

Nie wiadomo dokładnie kiedy sklep kolonialny, który stał się restauracją przeniósł się na Piotrkowską 69, naprzeciwko Grand Hotelu, tuż obok dzisiejszego kina Polonia (a wówczas Hotelu Victoria). Stało się to prawdopodobnie już w dwudziestoleciu międzywojennym, za wolnej Polski- tak mówią głosy rodziny.

(A nieprawda! Co się jeszcze okaże.)

Czkwianiancowie wystąpili o polskie obywatelstwo, przy okazji „odrusyfikując” nazwisko Czkwianow, choć w rodzinie rozważano także starania o tzw. paszport nansenowski- dla bezpaństwowców.

Sklep- winiarnia rodziny Czkwianianc, prawdopodobnie na Piotrkowskiej 69, niedługo po zmianie adresu.

W latch dwudziestych, zadłużając się mocno, z wielkim przytupem i rozgłosem otworzono odnowioną i powiększoną o oficynę winiarnię, lokal znacznie obszerniejszy i nobliwy, z kelnerami i pikolakami, dysponujący pokojem gościnnym. Na otwarciu była pełna sala, oraz indyk na półmisku uformowany z warzywami i ozdobami niczym pióra.

Ech, dawne czasy.

Zmodernizowana winiarnia nie szła z początku tak, jak chcieli jej właściciele. Otworzono ją niedługo przed kryzysem lat 30-tych, zbyt duże inwestycje, spore zatrudnienie nie przyczyniały się do jej powodzenia. Łódź międzywojnia nie była już tą samą Łodzią, którą była na początku wieku. Gigantyczny rosyjski rynek zbytu, który pompował rozwój miasta- zniknął jak sen jaki złoty. Zniknęła przecież i sama Rosja. Fabryki opustoszały, upadały i pracowały ledwo fragmentem swoich możliwości. Bezrobocie było potężne, a miasto wyludniło się niemal do połowy przedwojennego stanu mieszkańców.

Winiarnia przędła raz lepiej, raz gorzej, potem raczej gorzej- na początku lat trzydziestych została postawiona w stan upadłości, który uratował ją od wierzycieli. Poprzez syndyka, radcę Gajdzińskiego zawierano ugody co do spłat wziętych kredytów i niespłaconych dostaw. Rodzina musiała oszczędzać i przeprowadziła się do znacznie mniejszego mieszkania, a dzieci ze szkół prywatnych przeniosły się do państwowych gimnazjów (różnica czesnego była dwunastokrotna). Restauracja powoli stawała na nogi w połowie lat 30-tych. Rodzina spłaciła długi i odzyskała własność, a winiarnia zaczęła przynosić dochody.

W 1936 roku miała już z powrotem powodzenie i odzyskała renomę- zatrudniano dwóch kucharzy (jeden z nich, pan Wróblewski był po II Wojnie szefem kuchni w restauracji Malinowa w Łódzkim Grand Hotelu), kilku pomocników kuchennych, dwóch starszych kelnerów i pikolaków, dwie panie bufetowe. Do lokalu, ku rozrywce gości zakupiono drogie radio wileńskiej firmy Elektrit.

Restaurację pomagało prowadzić już następne pokolenie Czkwianianców, przede wszystkim Paweł (Pogos), szykowany na uczelniach winiarskich w Bordeaux i studiach w Antwerpii na następcę założycieli. Dzięki swym rodzinnym i zagranicznym kontaktom Paweł Czkwianianc przyczyniał się do dobrych interesów jakie robiła restauracja- na przykład kupując hurtem w beczkach doskonałe i tanie wino gruzińskie, które stało się w Łodzi przebojem sezonu 1936. W karnawale restauracja organizowała bufet na wszelakich reprezentacyjnych balach, takich jak Bal Lekarzy, Bal Prawników, czy bal Akademicki. Odbywały się one w gmachu dzisiejszego teatru Powszechnego na Legionów (wtedy- Konstantynowska). Zatrudniano na ten czas dodatkowy personel do obsługi i organizowano dodatkowe dostawy. Cała rodzina wraz z dziećmi angażowała się w te przedsięwzięcia, pomimo tego że młode pokolenie ciążyło w dużej mierze w stronę medycyny raczej, niż handlu (Stefan, Mikołaj i Zofia Czkwianianc zostali później znanymi lekarzami). Główną uciechą młodzieży było to, że podczas balów i prób do nich można było za darmo posłuchać znanych zespołów muzycznych- występował tam między innymi słynny chór Dana, oraz to, że po imprezach zostawało bardzo dużo słodyczy i ciast do ich wyłącznej dyspozycji.

Bale dawały winiarni niezły dochód.

W czasie Bożego Narodzenia bardzo popularne były przed II Wojną kosze świąteczne. Klient kupował w winiarni luksusowe alkohole, owoce i słodycze, a te wkładano do fantazyjnie udekorowanego kosza i dostarczano pod wskazany adres. Były to dla Winiarni dobre czasy i wydawało się, że będzie tak wiecznie

W 1939 roku zmarł Artem Czkwianianc- założyciel sklepu. Został pochowany na Cmentarzu Starym, przy ul. Ogrodowej.

Nadchodziła wojna. Wszystko na to wskazywało.

Z początku niemieckiej okupacji restauracja jeszcze jakoś przędła, choć z zaopatrzeniem było coraz gorzej. Ormianie nie byli na szczęście przez niemieckich nazistów sekowani tak jak Żydzi. Sama Łódź, na wniosek licznej tu mniejszości niemieckiej, była miastem przyłączonym do Rzeszy, przynależnym do Kraju Warty, stosunki panowały tu nieco inne niż w Warszawie, choć terror eksterminacji Żydów, inteligencji i kościoła katolickiego szybko narastał.

Winiarnia została definitywnie zamknięta w styczniu 1940 roku, gdy Niemcy wprowadzili kartki na żywność, z bardzo dużymi różnicami ilościowymi w zależności od przynależności narodowej. Resztki zapasów z piwnic restauracji pozwoliły utrzymywać się rodzinie przez pewien czas.

Po wojnie, sklep został na krótko ponownie otworzony przez Pawła Czkwianianca, w dawnym lokalu na Piotrkowskiej 69. Zdołał przetrwać do 1950 roku, gdy wykończyły go tzw. domiary finansowe, nakładane przez komunistyczną administrację na prywatnych przedsiębiorców.

Historia skończyła się definitywnie.

Po sklepie- winiarni Czkwianianców zachowało się do dziś mało zdjęć, za to trochę naczyń i sztućców i garnków niektóre sygnowane napisem z nazwiskiem. Samowar z Tuły, służy wiernie do dziś na licznych piknikach szkolnych. Genialne urządzenie.

Przyglądam się czasem tym przedmiotom.


Noże, nieliczne produkcji Gerlacha- Warszawa, a także i z rosyjskimi oznaczeniami kilkuliterowymi oglądam krojąc chleb co rano. Większosć noży nosi jednak oznaczenie „Fraget” i ciekawy wzorniczo, stylizowany napis INOX. Fraget jak Fraget. To znany przedwojenny producent sztućców i platerów- zasłużona firma warszawska założona w 1824 roku przez Józefa Frageta, mająca fabrykę na Elektoralnej 16.


Co ciekawe- firma Fraget, związana więzami rodzinnymi z Francją już w 1839 roku sprowadziła do Królestwa Kongresowego w 1839 nowiutkie dagerotypy, każdy wyposażony w 6 platerowanych tablic do „zdejmowania obrazów”, sprzedawano je po 1000 złotych polskich za sztukę (najtańszy posrebrzany komplet do herbaty kosztował wtedy 291 złotych, wypasiony za 1690,-)

Firma Fraget, bardzo prężnie się rozwijająca przed I Wojną Światową, była właścicielem licznych patentów na stopy nierdzewne i galwanizację, zakład unowocześniano sukcesywnie, stosując maszyny parowe i zakładając laboratoria galwaniczne. W dwudziestoleciu międzywojennym dostarczyła zastawy stołowe na stoły prezydenta Rzeczypospolitej, statek MS Batory, do hoteli Bristol i Polonia, sleepingów Polskich Kolei Państwowych, a także do stołówek ministerstw, kasyn oficerskich i szpitali. Jej wyroby, zwane „warszawskim srebrem” były znane i cenione w całej Rosji i Kongresówce, a potem w wolnej Polsce. Później, w 1928 roku zamówił tam zastawę stołową król Afganistanu Amanullach Chan. Firma Fraget przymierzała się nawet do otworzenia przedstawicielstwa w Kabulu.

Swoje sklepy firmowe założyła już w licznych miastach jeszcze na początku stulecia- między innymi w Tyflisie, Konstantynopolu, Lwowie, Mińsku, Grodnie, Moskwie, Odessie i Petersburgu. W dwudziestoleciu międzywojennym także w Poznaniu. No i w Łodzi.

Nie myślałem że przedstawicielstwo łódzkie Frageta jest jakkolwiek związane z historią sklepu kolonialnego przodków Współfabrykantki.

Do czasu kupienia albumu ze zdjęciami Michała Daszewskiego.

Daszewski często fotografuje Piotrkowską, a najczęściej okolice Grand Hotelu, który był siedzibą komendantów co chwila innej armii- w zależności kto akurat zyskał panowanie nad miastem- od początku wojny rosyjskiego, potem w październiku 1914 roku niemieckiego, w listopadzie znów rosyjskiego, a potem od grudnia do odzyskania niepodległości- z powrotem niemieckiego.
Działo się w tej Łodzi.

Niemiecka komendanura w łodzkim Grand Hotelu, styczeń 1915. Napisy rosyjskie, flaga niemiecka. Fot: Michał Daszewski
Przed Grand Hotelem stawały budki wartownicze, zajmując trotuar, a co chwila organizowano tam defilady wojsk, zwłaszcza Niemcy, którzy mieli na to nieco więcej czasu między 1915 a 1918 rokiem fetowali na Piotrkowskiej każde swoje zwycięstwo na froncie wschodnim.

Okolice Grand Hotelu Daszewski fotografuje z reguły stojąc na balkonie po stronie numerów nieparzystych i kierując obiektyw ku szacownemu hotelowi, gdy tymczasem na dole defilują umundurowane armie. Zachowały się jednak trzy zdjęcia zrobione z przeciwnej strony, od Grandu w stronę Hotelu Victoria. Jedno jest bardzo słabej ostrości (dziwne, bo Daszewski robi zwykle zdjęcia ostre jak żyleta), drugie obejmuje wyłącznie budynek samej Victorii przy Piotrkowskiej 67, ale za to trzecie pokazuje szerszy kąt i partery sąsiadujących kamienic.

Fot: Michał Daszewski

Zdjęcie dokumentuje 40-lecie Łódzkiej Straży Ogniowej Ochotniczej- 14 maja 1916 rok. Strażacy po mszy i ćwiczeniach przedefilowali dziewięcioma oddziałami w zwartym szyku przez całą Piotrkowską do remizy przy Konstantynowskiej (dziś Legionów).

Zdjęcie robione na wysokiej przesłonie- widać wszystko, każdy detal, jedynie nieparzysta strona ulicy niknie trochę w cieniu.

Szyldy jednak widać.


Na prawym rogu kamienicy pod numerem 69 widać napis „P. Czkwianow”. Zatem rodzinne przekazy o powojennym przeniesieniu sklepu- winiarni naprzeciwko Grandki są nieprawdziwe- odbyło się to jeszcze „za Niemca”.


Jednak bardzo ciekawy napis znalazłem przy samej krawędzi zdjęcia- w innej witrynie tej samej kamienicy. Widnieje tam, charakterystyczną czcionką malowany, napis „Fraget”. Czyżby w tej właśnie kamienicy było przedstawicielstwo słynnej warszawskiej firmy? I to już w 1916 roku.

Zatem po zakupy sztućców aprowizatorzy restauracji Czkwianianców nie musieli daleko chodzić. W deszcz nie opłacało się nawet parasola rozkładać.

Sądząc po ilości noży w naszej kuchni- to całkiem możliwe.

Fabrykant
wycelowany w przeszłość

Źródła:

Ryszard Bonisławski „ Wielka Wojna 1914- 1918. Łódź i okolice na fotografiach Michałą Daszewskiego”- wspaniała książka dla każdego łodzianina, który lubi zaglądać w przeszłość.

„Historia Rodziny Czkwianianc od 26.03.1870 do maja 1945”- niepublikowane wspomnienia dr Stefana Czkwianianca.




Wszystko o akcji „Kropla Mleka”:
http://www.google.pl/url?sa=t&rct=j&q=&esrc=s&source=web&cd=7&cad=rja&uact=8&ved=0ahUKEwia3sTh4aXNAhXGPZoKHcG6AlkQFggxMAY&url=http%3A%2F%2Fdspace.uni.lodz.pl%3A8080%2Fxmlui%2Fbitstream%2Fhandle%2F11089%2F5524%2FTowarzystwo%2520Kropla%2520Mleka%2520w%2520%25C5%2581odzi%25201914-1918%2520-%2520artyku%25C5%2582%2520w%2520czasopi%25C5%259Bmie.doc%3Fsequence%3D1%26isAllowed%3Dy&usg=AFQjCNGGlhxHOMIL1IYsM-_wyW-Hk2zqnQ&sig2=nsmIjBZWWwlbAVXeTe2uWw

https://pl.wikipedia.org/wiki/Fraget

3 komentarze:

  1. Panie Fabrykancie - taka pogoda, tyle zajęć... nawet komentować nie ma kiedy. Jak znajdujesz zatem tyle czasu aby wszystko to pisać (szczególnie tak obszernie)?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ledwo.
      Jak już zacznę, to skończyć nie mogę.
      Piszę wyraźnie rzadziej niż rok temu.

      Usuń
  2. znakomicie przedstawiony kawalek ciekawej historii, bardzo lubie takie artykuly.

    OdpowiedzUsuń

Drogi czytelniku! Pragnę ostrzec, że wredny portal blogowy na jakim piszę bardzo lubi zjadać bez ostrzeżenia wpisy czytelników podczas ich zamieszczania. BARDZO PROSZĘ PO NAPISANIU KOMENTARZA SKOPIOWAĆ GO i w razie czego wstawić ponownie, na pohybel Google Blogger. Fabrykant.