czwartek, 2 czerwca 2016

Jak czytać jak nie czytać?

Fot: Edward Weston 1924, z książki "Jak czytać fotografię" Iana Jeffrey'a
Krytykowanie jest przyjemne. Przyjemnie jest być takim krytysiem, zarówno być w ogóle, jak i być krytysiem branżowym, pławić się w krytycyzmie i złośliwych interpretacjach. Jakże to wesoło jest tak sobie ex cathedra skrytykować, zjechać, zrównać z ziemią, zniszczyć, wypaczyć, ośmieszyć autora i przekaz. Mesadż znaczy.

A potem miałem ochotę przekazać mesadż
Nic z tego, ze smutkiem łeb do ziemi zwieszam
Z tłumem się mieszam,
jesteście za głupi na mój message
Nic tylko ubaw, dupy, blokersi, biznesmeni
Dealerzy i złodzieje,

miejski klimat
Wejdę w to, będę DJ'em
 
kleję bity, patrzę z góry
Przynależę do elity, młodzieżowej popkultury
(…)
Wreszcie ktoś mnie lubi
Wreszcie się sprzedam
Wreszcie do czegoś się nadam
             Afrokolektyw "Seksualna Czekolada"
             (uwaga, dozwolone od lat 18-tu)

Zatem- zrównać z gruntem, przyfasolić, pojechać po całości, albo po części chociaż pojechać. To przyjemne jest. Od razu człowiek czuje się taki nieco wyższy, szczuplejszy, bardziej kudłaty i umięśniony. Może sobie popatrzeć troszkę na świat z lotu ptaka. Nic to, że ten ptak to kura i że zaraz musi lądować, no ale dla takich momentów pisze się i czyta krytyczne recenzje. To ludzkie jest i wcale nieobce.
 
I nawet przyjemnie się o tym czyta, jak ktoś inny anonimowy kogoś innego zrównuje. O ile tylko ma dobry powód.

Ale ja nie o tym.

Ja tym razem o drugiej stronie medalu. Bo wszystko można sobie także zinterpretować pozytywnie. Uwznioślić, postawić na piedestale i polerować szmateczką. Czołem bić, plackiem leżeć. Bałwanom cześć oddawać, nie widząc, że stopniałe. Przy czym- zadziwiające- człowiek się przy tym równie dobrze czuje. Zwłaszcza w trakcie euforycznej krytyki jakiejkolwiek sztuki. Czuje się na przykład jako ten odkrywca, promotor i inwentor. I guru.

Na przedmieściach żył Singapuru
Pewien znany z przemówień guru
Lecz raz wyznał mi z płaczem-
Mam kłopoty z wołaczem
I do szczura ciągle mówię- „szczuru”
              Wisława Szymborska

No i kto go sprawdzi, takiego guru? Kto mu powie, że opiewana sztuka opiewania nie warta? Co najwyżej jakiś inny zawzięty krytykant- piewca. O ile taki się trafi. Euforyczna reakcja, interpretacja przesadnie pozytywna ma wiele odcieni i niuansów. Między innymi ma odcień nadinterpretacji. Co Mickiewicz chciał przez to powiedzieć co powiedział. I dlaczego zachwyca, jak nie zachwyca.

Autor i dzieło to jednak byty nie tożsame. Utalentowany autor, którego dzieło, choć stworzone instynktownie, być może stanowi szeroki ekstrakt wiedzy, wpływów i emocji jakim tenże autor podlegał- być może wcale tego nieświadomy. On sobie coś tam tworzył, co mu w duszy grało, kreski stawiał ku upodobaniu, albo obiektywem celował spontanicznie w jakąś stronę, podczas gdy to tymczasem historia, biologia i estetyka zawarta w jego głowie co nieco nim kierowała. Dzieło większe od stwórcy- to nawet dość częsta sprawa.

Interpretacja zdjęcia, to w ogóle jest śliska rzecz. To tak jakby interpretować rzeczywistość samą, przez autora już raz zinterpretowaną. Każda fotografia jest przecież poniekąd odczytaniem znaczeń, jakie można odkryć w otaczającym świecie. Dostrzeganiem, układaniem po swojemu pewnych jego elementów.

Autor na przykład zrobił zdjęcie stadionu. Zrobił, bo akurat widok mu się widok podobał, a teraz my będziemy dochodzić dlaczego ten widok mu się spodobał. Będziemy wchodzić w intencje autora, pomimo że zupełnie inaczej niż w poezji, czy w muzyce- autor zdjęcia mógł nie mieć żadnych w ogóle intencji, zadziałał bezwiednie lub bezmyślnie.

Bo otóż kupiłem książkę. W antykwariacie. Taką Fotodinozę, tylko wydrukowaną. Ian Jeffrey „Jak czytać fotografię”.


Autor myli tym tytułem czytelnika. On w tej książce nie pisze wcale jak czytać fotografię, tylko po prostu ją czyta. Jest to przekrój przez historię fotografii i wybór kilkudziesięciu wybitnych fotografów z ostatnich dwustu lat, wraz z omówieniem ich zdjęć. Bardzo ta książka ciekawa, chociaż ma pewne drobne wady.

Najlepszy w tej książce jest gust autora- całkiem zbieżny z moim, he he, co owocuje tym, że jest tam mnóstwo genialnych zdjęć. Siłą rzeczy z dwustu lat istnienia fotografii można dokonać stu różnych wyborów przekrojowych najwybitniejszych fotografów. I choć pewne nazwiska będą się w tych wyborach powtarzać, to gust wybierającego będzie stanowił o finalnym efekcie.

W ponadstusiedemdziesięciodwuletnim (Specjalnie napisałem to słowo, żeby sprawdzić czy Writer podkreśli. Podkreślił. Niesłusznie) okresie opisywanym w książce została zrobiona taka masa zdjęć i wystąpiła taka masa autorów, że gdy tylko ktoś z latareczką przeprowadzi nas przez tę historię podświetlając to i owo- jest to rzecz wielce cenna.

Dużą zaletą książki jest przekrojowość- oprócz omówienia dużej ilości zdjęć są też biogramy fotografów i syntetyczne podsumowania ich twórczości na tle epoki.



Strony o Lee Friedlanderze z książki "Jak czytać fotografię" Iana Jeffrey'a


Dużo dobrych fot. Dużo fot robiących wrażenie. Sporo mniej znanych, a przynajmniej mnie- laikowi mniej znanych.

Niektórych nazwisk w tej książce nie ma. Są także niektóre zdjęcia bez nazwisk. Ich autorzy zginęli marnie podczas I-wszej lub II-giej Wojny Światowej. Zdjęcia zostały.

Jest nawet jeden Polak. Niestety nie jako stricte autor wybitny, tylko jako żołnierz, którego zdjęcie posłużyło do ilustracji czasów Wielkiej Wojny na terenie Galicji.
Tu akurat fotografia Wilhelma von Thoma ilustrująca okres I Wojny Światowej. Absolutnie genialna. Przedstawia schwytanego rannego angielskiego lotnika. Rok 1916.

Wybór do takiej książki musi być, z oczywistych względów, ograniczony. U pana Jeffreya nie czuje się jednak niedosytu. Książka jest gęsta i nasycona zdjęciami z krótkimi recenzjami. Co bardzo ciekawe Ian Jeffrey, Brytyjczyk, historyk fotografii jest umysłem zaskakująco otwartym i współczującym- po pierwsze nie ogranicza się do Europy Zachodniej. Takie tendencje- do zamykania się na Wschód miały starsze, dawniej wydawane albumy przekrojowe- Europę Środkową i Wschodnią reprezentował tam zwykle jedynie i wyłącznie rewolucjonista Rodczenko. W „Jak czytać fotografię” nie tylko opisano kilku fotografów z naszej części świata, ale jest nawet dwóch Japończyków. Do tego autor całkiem zbieżnie z naszym punktem widzenia opisuje realia przedwojennego ZSRR, a także historie pierwszowojenne na terenie Galicji i okolic Łodzi (!) (w dwóch słowach, ale zgodnie z prawdą). To się nie wszystkim Brytyjczykom zdarza.

Fragment artykułu o II Wojnie Światowej  z książki "Jak czytać fotografię" Iana Jeffrey'a
Z książki tej można się uczyć historii fotografii i to właśnie aktualnie robię, bo znam ją pobieżnie i wycinkowo. Ale przejrzę parę razy, kilka zdjęć przykuje moją uwagę i już wiem, że Edward Weston to ten od gołych bab na piasku i papryki, Paul Geniaux od scenek rodzajowych z Paryża, na których nikt nie zwraca uwagi na fotografa, bo nie wie do czego służy aparat, który jest w nich wycelowany (jest rok 1900), a Tomatsu Shomei od ekspresyjnej migawkowej poezji.

Fot: Paul Geniaux ok. 1900.
 
Fot: Tomatsu Shomei. 1959

Kilku nazwisk, jak wspomniało się- brakuje. Musi brakować w tak przekrojowym dziele. Jako obywatel Zjednoczonego Królestwa Jeffrey forsuje raczej swoich pionierów fotografii niż Niepce'a i Daguerre'a (nieobecni), ale można go zrozumieć, bo William Fox Talbot i Frederick Evans niezgorsi, równie pionierscy i może bardziej nawet intelektualnie podchodzący do swoich dzieł- więcej więc można o ich fotografiach napisać.
 
Sporą wadą tej książki jest niestety język. A może to wina tłumaczenia? Język jest niestety przesadnie wymyślny i używający słów zawiłych, tam gdzie wystarczyłyby proste. Oprócz tego tłumaczenie z angielskiego na polski wydaje się zbyt bezpośrednie, wręcz słowo po słowie, co ma kiepski wpływ na składnię- jak wiadomo te języki się mocno różnią pod względem szyku słów w zdaniu. Po niektórych kiksach znalezionych w w albumie można sądzić że jakiś google translator także był wstępnie w użytku- to nie zbrodnia oczywiście, niemniej produkt z googla wymaga nadzoru niczym w państwie policyjnym- zawsze tłumaczy z błędami, myli słowa i produkuje twór bardzo nieociosany. Troszkę taki wydaje się tekst tej książki, jego słowa nie biegną po falach, tylko wyrąbują maczetą dżunglę sensów.

Na szczęście kolejną zaletą tej książki jest nieprzegadanie. Nie jest to rozwlekła powieść, nie jest to martwe zestawienie setek nazwisk i dat, bardziej- zbiór artykułów traktujących o fotografach i ich fotografiach.



Fragment artykułu o Cartier- Bressonie z książki "Jak czytać fotografię" Iana Jeffrey'a

Krytyka estetyczna zdjęć jest oparta w większej części na ich treści niż na formie. Przede wszystkim na pionierskich aspektach kulturowych i odczytywaniu intencji jakie pragnął w nich zawrzeć autor. Czasem wydaje się, że prowadzi to do przesady. Łatwo może to prowadzić do przesady. Nadinterpretacji. Oczywiście zupełnie inaczej odbieramy te zdjęcia dzisiaj, a inaczej odbierano je w czasach gdy powstawały. Gdy krynolina, melonik i lokomotywa parowa nie były tylko klimatycznymi gadżetami, a stanowiły po prostu cześć rzeczywistości.

Autor, Ian Jeffrey, zapewne jako historyk fotografii zna szerszą otoczkę społeczną, kulturową i prywatną twórców tych zdjęć, niż tą którą skrótowo opisuje w albumie. Miał wgląd w autentyczną interpretację tych fotek, dokonywaną w epoce przez samych autorów, o ile tylko chcieli byli je zinterpretować. Jednak, choć interpretacja odautorska jest często bardzo wyrazista- na przykład Marcel Duchamp podpisał swój pisuar- „Fontanna”, ale nie znaczy to, że interpretacja autora jest najważniejsza. Czy musimy wierzyć w „Fontannę”? Na pewno to interpretacja niejedyna na tym świecie bożym i można ją zawsze skontrować interpretacją widzów, którzy wcale nie podzielą poglądów autora na swoje dzieło. Zakrzykną na przykład: „Co za buc z tego autora!”.

Dlatego pewien mój odruchowy sprzeciw budzą przywoływane co i raz interpretacje odautorskie, które z racji półtorawiecznego czasu, jaki minął od ich powstania- mogły się nieco przedatować. Dla Fredericka H. Evansa zdjęcie ścieżki, czy schodów jakie wykonał były alegorią ludzkiego żywota, a może i wyborów, jakich dokonywał w ciągu żywota ów człowiek. Ale Evans widział takie sfotografowane schody przez całe swe życie tylko w jednym egzemplarzu. My, po 172-ch latach oglądaliśmy nie tylko setki sfotografowanych schodów, ale także urocze pieski, czy kotki, a nawet kury (dziękuję Halino!), nie mówiąc o zdjęciach talerzy z jedzeniem i sojowych latte ze Starbucksa. Nie dali byśmy rady przyporządkować alegorii do każdego zobaczonego zdjęcia rozkosznego kotka. To nie do zrobienia.
Fot: Frederick H. Evans. Katedra w Lincoln, 1895.

Fotografie Evansa bronią się same i bez żadnych alegorii- to bardzo ładne, klimatyczne, miękko sentymentalne zdjęcia, do których każdy widz może dorobić swoją interpretację, a ich wielką zaletą jest przede wszystkim to, że były jednymi z pierwszych pięknych zdjęć na świecie.

Trochę brak mi w „Jak czytać fotografię” analiz formalnych, a nie tylko analiz treści, choć o technice zrobienia tych kultowych fotek można się sporo dowiedzieć- jakim aparatem i na jakim formacie były naświetlane. Ale samą analizę kompozycji u Jeffreya często zastępuje po prostu opis tego, co widać na zdjęciu.

Książka pozostawia niewielki niedosyt, z wyżej wymienionych względów, ale tego typu przekrojowe książki zawsze jakiś niedosyt pozostawią- taka ich natura. Jednak określiłbym „Jak czytać fotografię” książką bardzo dobrą. Wydana została jakiś czas temu, więc trafia się w antykwariatach. Swoją kupiłem za 22 złote+ koszt dostawy, praktycznie bez śladów używania, pomimo że jest porządnie grubą 380-cio stronową publikacją na bardzo ładnym papierze.
Zdjęcie od którego nie mogę oderwać oczu. Ansel Adams, ogrodzenie zabezpieczające przed piaskiem, Keeler, Kalifornia 1948.

Polecam serdecznie tę książkę tym, którzy chcą mieć solidny, acz nieprzegadany przegląd historii fotografii.


Fabrykant
zaczytany

P.S.
Nigdzie nikt nie podaje jaka jest konkretna zawartość "Jak czytać fotografię"- ja zatem podam- opisano osobne artykuły o 68-miu fotografach, zamieszczając notki o kilku do kilkunastu zdjęciach każdego z nich. Taki Walker Evans (nie mylić z wyżej wymienionym Frederickiem) ma w książce aż 14 stron zdjęć i opisów, w porównaniu na przykład do Davida Seymoura który dostał tylko dwie (ale żył krótko i mniej fotografował). Oprócz rozdziałów o fotografach są także wspomniane rozdziały zbiorowe- o zdjęciach z I i II Wojny oraz osobny o archiwach amerykańskich Resettlement Administration/ Farm Security Administration. Zdjęć- mnóstwo.

7 komentarzy:

  1. hurgot sztancy2 czerwca 2016 21:50

    goła baba robi robotę! potem nuda - jeden samochód i w dodatku z daleka... no dobra, ostatnie zdjęcie, parawany z polskiej plaży też ujdzie

    OdpowiedzUsuń
  2. To zdjęcie płotu uruchamia moją wyobraźnię. Czy tylko ja widzę starą, rozeschniętą łódź wyrzucona na brzeg, fotografowaną od dziarskiego dziobu? Dzioba?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po pierwsze nie jesteś obiektywny, bo masz za dużą wyobraźnię. A po drugie jesteś z Łodzi. To autosugestia odgeograficzna.

      Usuń
  3. mi w pierwszej chwili tez sie zdawalo ze to lodz, a nie jestem z lodzi, nie jestem marynarzem, wedkarzem itp, mam jedynie karte plywacka, ale to chyba niema zbyt wiele znaczenia ;), a samo zdjecie fajne, gola babka tez zawsze fajna ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Niestety u mnie na wsi coraz mniej antykwariatów. Szkoda, bo chętnie bym nabył ową książkę. Pozostaje allegro i inne tego typu portale. W ogóle mam wrażenie, że ludzie coraz mniej czytają. Księgarnie upadają, muzykę większość konsumuje z plików mp3 i do fotografii najlepszy jest ajfon. Tylko że ja stary i zgorzkniały jestem. Pozdrowienia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świata się nie zawróci. Według opinii kilku światłych osób- ludzie wcale mniej nie czytają. Mniej czytają książek, ale znacznie więcej blogów i artykułów w sieci. Antykwariaty internetowe też są na ogół witrynami tych prawdziwych. Mimo zmian w mediach- kultura prawdopodobnie wychodzi na zero. Nie jest tak źle. Ale ja jestem wesołym pesymistą.

      Usuń

Drogi czytelniku! Pragnę ostrzec, że wredny portal blogowy na jakim piszę bardzo lubi zjadać bez ostrzeżenia wpisy czytelników podczas ich zamieszczania. BARDZO PROSZĘ PO NAPISANIU KOMENTARZA SKOPIOWAĆ GO i w razie czego wstawić ponownie, na pohybel Google Blogger. Fabrykant.