wyświetlenia:

piątek, 28 kwietnia 2017

Jak spakować się na dwa tygodnie w bagaż podręczny. Canon 28-105 f/3,5-4,5 jako pomoc dydaktyczna.



11 sierpnia 2015 roku nastąpiła mała rewolucja: wredny Wizzair zmniejszył wielkość bezpłatnego, nierejestrowanego bagażu z 55x45x25 cm na 42x32x25 cm.
To był cios w podbrzusze.
Był to mały krok dla linii lotniczej, ale wielki krok dla tych, którzy zabierają na wakacje tylko dwie pary majtek, po to by zmieścić więcej obiektywów. Od tego dnia druga para majtek zaczęła nie wchodzić do bagażu podręcznego.

Od tego dnia należało przemyśleć starannie nasze fotograficzne wybory obiektywów, które miały latać wraz z nami jako bagaż podręczny. Ciężki orzech do zgryzienia dla wariatów sprzętowych.

Jednak jakoś udało się osiągnąć kompromis.

W ogóle w pakowaniu się na wyjazdy odkryłem z biegiem ostatnich lat pewne korzystne reguły, których nie uświadamiałem sobie wcześniej. Reguły te zostały odkryte z musu, od czasu gdy pojechaliśmy do Bułgarii w pięć osób z namiotem samochodem Fiat Punto na dwa tygodnie. Trzeba było odkryć jakieś reguły, żeby móc przeżyć.
Reguły te sprawdziły się także w lotach tanimi liniami z bagażem podręcznym. I na potrzeby latania tanimi liniami zostaną tu przytoczone:

1. Tanie linie latają głównie w Europie. Innymi częściami świata nie zawracamy sobie głowy.

2. W cieplejszych krajach możemy ubierać się w znacznie mniej ciuchów. Odpuszczamy zatem wszystkie zimne kraje- Islandię, Skandynawię, Rosję. Racjonalizujemy sobie to w ten sposób, że w Islandii i Skandynawii jest drogo, a w Rosji niezbyt demokratycznie. Fuj. No i poza tym zimno. Brrr.
Poza tym pamiętamy, że po pierwsze cała cywilizacja judeochrześcijańska przyszła z południa. Wszystko staje się jeszcze łatwiejsze. Coś pięknego!

3. Należy wybierać takie kraje w których przepisy są traktowane jako ogólne sugestie. Będzie to dotyczyło także bagażu podręcznego. Nie wolno, ale można (cytat). Dość często samoloty tanich linii latają z załogą pochodzącą z kraju docelowego, która jest odpowiedzialna za sprawdzanie bagażu. Liczmy na to że załoga potwierdzi powyższe stereotypy.

4. Jedna, odpowiednio dobrana para butów zapewnia szczęście przez dwa tygodnie. Na plaży i tak chodzimy boso.

5. W czasie deszczu dzieci się nudzą, a my i tak siedzimy w domu, muzeum albo w samochodzie. Wszystko co przeciwdeszczowe- jest niepotrzebne.

6. Oczywiście znaczną część ubrań można założyć w czasie kontroli lotniczej na siebie. Nikt nie zabroni mi lecieć w sierpniu do Grecji w walonkach, papasze i trzech swetrach. Wolność jest. Grecy zresztą mają duży sentyment do papach i walonek.

czwartek, 20 kwietnia 2017

Rum-Zeiss w Ray-Banach



Nie jestem gadżeciarzem. Nawet fotograficznym nie jestem. Stylówa- zero. Podniecają mnie co prawda obiektywy, aparaty fotograficzne i samochody, ale od podniety dość daleko do sięgania po portfel. Nawet Google nie wie jakie reklamy mi wyświetlać, choć Google wie wszystko o każdym. Coś tam wyświetla, ale prawie zawsze nietrafione. Lubię też stare rzeczy, nawet lekko zbyt stare, cenię sobie przeszłość. Gdyby tak Google wyświetlił mi czasem jakąś interesującą wiekową Sigmę, w której nie działa autofokus- o to bym kliknął.
Ale nie wyświetla. Same nówki wyświetla.
Bez łaski. Sam sobie znajdę.
Nie mogę też powiedzieć, że nie interesuje mnie popkultura, komercja i jej obiekty. Interesuje jak najbardziej. Zauważam niektóre chodliwe gadżety, zapamiętuję niektóre marki i ciekawi mnie dlaczego ludzie się o nie zabijają, na przykład stojąc w kolejkach przed sklepowymi premierami (biografii Steva Jobsa jednak jeszcze nie przeczytałem).
Niektóre marki zapisały się trwale w umysłach ludzi i istnieją jako ikony- takie rzeczy które były „od zawsze”, jak się zdaje i budziły jakieś dreszcze u publiczności. Zegarki Patek Philippe, zapalniczki Zippo, samochody Ferrari, ciuchy od Prady, motorówki Riva, buty Nike Air, obiektywy Zeiss, dżinsy Levi Strauss. Wszystko z różnych dziedzin i poziomów, ale jakoś tam kojarzone przez każdego Ziemianina.

Niektóre są niezmienne, niektóre odchodzą w przeszłość. Na przykład aparaty Kodak. Niektóre wydają się istnieć od stu dwudziestu lat, a mają tylko siedemdziesiąt- na przykład Ferrari (O Ferrari poczytajcie na Automobilowni TUTAJ).

A bo ja byłem akurat dzisiaj w aptece. I tam widziałem plakat reklamujący soczewki kontaktowe Bausch & Lomb. Stąd wziął się dzisiejszy wpis. Bausch & Lomb z pewnością nie należy do tej ligi marek, którą rozpoznawałoby się na pierwszy rzut oka. Ale mnie zastanowiło to, że już gdzieś o tej firmie słyszałem i to w zupełnie, zupełnie innym kontekście. Nie pamiętałem jakim. Ale od czego jest wujek Google, który żywi, broni, informuje i śledzi.

Jeśli nie nosicie soczewek kontaktowych, to może nigdy nie słyszeliście o Bausch & Lomb. Ale zapewne słyszeliście coś o okularach Ray- Ban, prawdaż?
Nie znacie okularów Ray Ban? Nigdy ich nie widzieliście na oczy? Wystarczy że gdzieś widzieliście zdjęcie następujących person: Audrey Hepburn, Michaela Jacksona, Marylin Monroe, Jacka Nicholsona, Toma Cruse, Bono, Carego Granta, George Michaela, Blues Brothers, czyli Dana Aykroyda i Johna Belushiego, mających na sobie okulary.
I to nie jest żaden przypadek. To strategia marketingowa.

A nawet jak nie śledzicie pop kultury, tylko wchodzicie na Fotodinozę jak na elitarny blog o klasycznej fotografii, to zapewne znacie jedną z klasycznych fotografii generała Douglasa Mc Arthura wkraczającego na wyspę Leyte (Filipiny), po dwóch latach od wycofania się Amerykanów z Filipin po tym jak ich Japończycy pobili. Jest setka zdjęć z generałem, bo to było wydarzenie stricte propagandowe.

By U.S. Army Signal Corps officer Gaetano Faillace [1] - This media is available in the holdings of the National Archives and Records Administration, cataloged under the National Archives Identifier (NAID) 531424. Wikipedia.

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Polska łaciata. Ciechocinek od przodu i od tyłu.




Tego się pewnie juz nie zauważa, ale Polska jest konglomeratem jakich mało. Zbitką dzikości i cywilizacji, nowoczesności i przaśności, mądrości i idiotyzmu, piękna i brzydoty.

Tak sobie wyobrażam Kielce, symbol, jako szczyt ohydy,
Jak jakiś Paramount najgorszej małomiasteczkowej brzydy.
A może piękne to jest, ach, miasteczko, ach, i nawet miłe
I niełatwo jest w nim złapać nawet kiłę...
W każdym razie tam przyjacielem być i w tych warunkach
Trudniej jest niż w afrykańskich najpiekielniejszych wprost stosunkach.
Gdy człowiek gębą sra,
A tyłkiem podpatruje obroty gwiazd i mgławic dalekich spirale (...)
                            Witkacy

Z drugiej zaś strony pełno u nas pięknych pejzaży, wierzb rosochatych jak z Szopena, tam tadam tadadadam tadam, lasów jak mało gdzie, wiosek strzechą krytych, zamków, dworków i bukolicznych okolic.
Niemniej Ciechocinek przerósł wszelkie oczekiwania. To jest mistrzostwo Polski w łaciatości, mówię wam. Nie wierzycie? W ogóle łaciatość się wam z szacownym Ciechocinkiem nie kojarzy? My też wcale się tego nie spodziewaliśmy, po raz n-ty pędząc autostradą Amber Gold One na północ.
Ale jednak, proszę Państwa, ale jednak...



Ciechocinek jest miejscem w którym sezon trwa cały rok. Powered by NFZ.
Kojarzy się przede wszystkim emerycko, wypoczynkowo i słono. W Ciechocinku gdzie park zdrojowy Maxi Kaz rusza na łowy. Wszyscy znają.

Ta piosenka jest przykładem
Na to, że to nie wstyd żaden
W Ciechocinku się urodzić
I niewiasty tam uwodzić

Tekst jest perłą, a muzykę
Trzeba nazwać majstersztykiem


Choć głośno o mnie w Warszawie
Pozwólcie że się przedstawię
Kazik mi na imię dali, w skrócie Kaz
W Ciechocinku mam mieszkanie
Tu przyjezdne bawię panie
Umilając im sanatoryjny czas
(...)
Zawsze wszystko daje z siebie
Żeby były w siódmym niebie
Ale tylko jeden raz
Taki ze mnie Maxi Kaz
Zimny jak polodowcowy głaz

W Ciechocinku, tam gdzie dom zdrojowy
Maxi Kaz rusza na łowy
Na deptaku czai się na panie
Każda szansę dziś dostanie
Taki ze mnie Maxi Kaz
         T-Raperzy znad Wisły

Ktoś zrobił krzywdę ś.p. Jerzemu Waldorffowi wystawiając mu tenż pomniczek.



poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Jabłko od Bauhausu czyli Andreas Feninger

fot: Andreas Feninger

Każdy skądś tam wyrasta. Choć nie każdy się do tego przyznaje.
Na wielkim dębie każdy wyrasta z jakiejś gałęzi, a ta z kolei z jakiegoś konara. Dołem korzenie. Gdzieś tkwią w człowieku geny i kształtowanie. Czasami da się je wypatrzeć w rzeczach ulotnych.

Jak zobaczyłem zdjęcia jednego z fotoreporterów Life'u- Andreasa Feningera, to pomyślałem sobie- oho, coś w tym musi być! Te zdjęcia są inne. Grafika i struktura w nich aż bucha.
Franz, to nasz! (cytat)

fot: Andreas Feninger


fot: Andreas Feninger

Na razie Andreasa nie ma jeszcze na świecie:

Karl

Karl Feninger pierwszy raz przyjechał z Niemiec do USA wraz z rodzicami, w wieku 9 lat. Jego zdolności muzyczne odkryto w St. Mary's College w Columbii, gdzie trafił na dobrego nauczyciela, który skierował go w stronę kariery solisty skrzypcowego. Zadebiutował szybko koncertem Bethovena w wieku 14 lat. Wrócił niedługo potem do ojczyzny, gdzie kontynuował studia w Lipskim Konserwatorium. Oprócz rozwijających się perspektyw muzyka- solisty spróbował także pracy dyrygenta.

Potem w USA wybuchła Wojna Secesyjna.
Bo to wszystko w XIX wieku było.
Młody Feninger rzuca Niemcy i jedzie z powrotem do USA, gdzie zapisuje się do armii unionistów i służy pod rozkazami generała Quincy Gillmoura.
Kim się czuł zatem? Niemcem? Amerykaninem?

Krwawy konflikt na szczęście nie wpłynął na jego dalsze losy. Po wojnie domowej wrócił do muzyki i koncertowania. Dał kilka chwalonych występów w Nowym Jorku, a potem pojechał do Afryki Południowej na tourné. Wrócił do Niemiec, gdzie jego kariera muzyka rozwijała się w najlepsze.
Kilka lat później sprawdził swoje zdolności jako kompozytor. Napisał koncerty, poematy muzyczne, operę i symfonie, komplementowane przez samego Franciszka Liszta. Zajął się także uczeniem gry na fortepianie. W Niemczech wypracowywał swój dydaktyczny styl i metody, jednak już niedługo znów przeniósł się do USA.

W Stanach został dyrektorem do spraw muzyki w żeńskim koledżu w Stamford, gdzie pracował przez 32 lata. Opracował własny sposób uczenia muzyki, „oparty na znajomości ludzkiego charakteru”, opisał go w książce „An experiential psychology of music”.
Karl ożenił się z pianistką i śpiewaczką z którą koncertował długie lata. W 1871 w Nowym Jorku urodził im się syn Lyonel Feninger.

A co to wszsystko ma wspólnego ze zdjęciami Andreasa Feningera? Niby jeszcze nic. Nadal jeszcze nie ma go na świecie.

środa, 29 marca 2017

To jest test

Niektórzy sugerują mi, że powinienem pisać znacznie krótsze wpisy.
Proszę bar


Fabrykant


P.S.
                                                 (cytat)

poniedziałek, 20 marca 2017

Projekt Okrążenia vol. 8. Stacja Łódź Żabieniec. Z miasta do wsi i z powrotem.

To jest wpis z serii Projekt Okrążenia Łodzi, w którym krążymy sobie wokół stacji Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej. Generalnie kręćka można dostać, mówię wam. Jak to w Łodzi.


Tymczasem na stacji Łódź Żabieniec. Najponurszej stacji w mieście:
Ja wiem co tu jest. Tu nic nie ma (cytat). No nie- jest jedna znacząca, przepotężna rzecz w pobliżu- ZUS. Tam czyhają nasze emerytury. Albo nie. Nie wiadomo.

Z tyłu czai się ZUS. (Sigma 90 Macro + Canon 5D- f/2,8, -0.33 EV)


 Natomiast skoro do emerytury daleko, to trzeba niestety pojechać też dość daleko od stacji Łódź Żabieniec, żeby obejrzeć coś ciekawego, a nie tylko Teofiów Przemysłowy i bloki z lat 70-tych. Ale da się. Obierzemy kierunek północny.

(...) Stanął chłop pośrodku pola
Splunął, odbił się mocno.
Przeleciał koło kościoła
Poleciał w stronę północną. (cytat).
            
Właściwie odległość do kolejnego przystanku ŁKA (Łódź Radogoszcz Zachód- 3,8 km) można by z przyjemnością pokonać rowerem, ponieważ na tym odcinku zahaczamy o przestrzeń gdzie formalne miasto przenika się z wsią. Tutaj napotkamy ślady dawnych podłódzkich folwarków, a także spędzimy przyjemny czas w wiejskich ostępach, wśród działek oraz użytków ekologicznych. Już kilometr od dworca Żabieniec opuścimy asfalt na rzecz ulic gruntowych. Wszystko to w ścisłych granicach Łodzi.
Światełko w tunelu na Żabieńcu. (Sigma 90 Macro + Canon 5D- f/3,2, -0.33 EV)

I właśnie w te najbliższe leśne ostępy kryją jedną skromną, acz intrygującą tajemnicę, dla której warto wystawić rower na peron dworca Łódź Żabieniec.
Właściwie ciężko będzie nazwać to zwiedzaniem zabytku.
To będzie taki ciekawy spacer po lesie.

poniedziałek, 13 marca 2017

Top 5 dziwnych obiektywów do których Canon nie przyzna się na 30 lecie systemu EOS


Są różne rzeczy pamiętane i różne zapomniane. Cała polityka polega ostatnio na robieniu wrzutek, które przykryją wczorajsze sensacje. Wszyscy tak robią. Znana sprawa. To zwykle działa. Ale nie, nie damy sobie zamydlić oczu na Fotodinozie. Nie wszystko było takie piękne jak twierdzi marketing.

Canon właśnie będzie otwierał szampany i przeżywał uniesienia związane z okrągłą rocznicą systemu EOS, któremu stuknęła trzydziestka. Znaczy się już od pięciu lat może jeździć na żółtych tablicach. A ponieważ nieliczne z jego obiektywów wydają się być tworzone na żółtych papierach należy je zebrać i przypomnieć, bo jak pamiętacie sam Canon cierpi na Alzheimera- LINK.

Nie tylko chodzi tu o obiektywy najtańsze i projektowane tak aby tylko istniały- w rodzaju słynnego 38-76 f/4,5-5,6 o którym się kiedyś pisało jako o rzekomym denku od słoika-LINK, albo 18-55?3,5-5,6, który wszyscy dostawali zupełnie gratis za dwieście złotych do swojego nowego aparatu i prawie dawało się nim robić zdjęcia. Chodzi tu o różne rzeczy.

Ludzie najbardziej nie lubią
różnych rzeczy
        Krzysztof Gol

Każdy z tych obiektywów jest jakąś zadrą na gładkim szkle historii Canonów EOS z tego czy innego powodu. Niektóre wcale nie były tanie. Dwa z nich noszą na sobie dumny czerwony pasek i czerwoną literkę „L” oznaczającą „Luxury”.

No to do roboty.

poniedziałek, 6 marca 2017

Stocznia Łódź

Nie zobaczycie już tego co ja widziałem własnymi oczami. Czas przeminął. Tak jest ze wszystkim. Możecie sobie tylko to wyobrazić.

Raz na kilka dni Facebook ze swych odmętów przynosił mi chwilę estetycznej radości, kiedy to Stocznia Łódź staczała ze swych pochylni kolejne zdjęcie. Szczęka mi opadała, endorfina się wydzielała i życie było nieco piękniejsze.
Nie ma już Stoczni Łódź. Ale endorfiny zostały we wspomnieniach.
Czym była? Skąd się wzięła? Kto tworzył? I dlaczego? Trudno o precyzję w wypadku internetowego projektu, który zniknął jak sen jaki złoty.

Powiem wam, że po raz pierwszy w życiu Fotodinoza (w pluralis majestatis) nawiązała kontakt z twórcami których zdjęcia ma się zamiar krytycznie analizować. (Mamo, mamo, nawiązałam kontakt!- cytat). Ale istniało ryzyko. Duże ryzyko. Że obiją po mordzie, kiedy bez pytania gwizdnę sobie ich zdjęcia w ramach prawa dozwolonego cytowania na niekomercyjne potrzeby. Wszyscy jesteśmy z Łodzi i o to chodzi. Tu w ogóle po mordzie można dostać.

fot. Stocznia Łódź, Piotr Dębiński.
fot. Stocznia Łódź, Tymoteusz Lekler.

poniedziałek, 27 lutego 2017

Festung (pędem w deszczu)



Wiecie co to jest Toruń?
To takie miasto jest. Nawet znane.

Piernik, Kopernik, ratusz, Wisła, Apator Toruń, krzywa wieża, ruiny zamku, planetarium, obiad w makdonaldzie, autobus. Wycieczki szkolne lecą tym tropem. W młodszej części młodości bywałem wielokrotnie w Toruniu i też leciałem tym tropem. Ale dorosłem. Doczytałem. Zdziwiłem się.
I teraz już wiem, że w tym Toruniu zupełnie nie o to chodzi.

Dzisiaj Toruń leży gdzieś tam w środku północnej Polski. Tak się dziwnie jednak składa, że w poprzednich swych życiach leżał zwykle w pobliżu jakiejś granicy. Najpierw w pobliżu granicy krzyżacko- pruskiej. Potem odwrotnie- prusko- krzyżackiej, potem polsko- krzyżackiej, potem prusko- polskiej, potem księstwowarszawsko- rosyjskiej, potem prusko- rosyjskiej przez chwilę rosyjsko- pruskiej, potem znów odwrotnie. Wszystko w zależności od tego kto akurat miał Toruń w posiadaniu. W każdym razie granica zawsze była tuż-tuż.

A miasto miało wiele zalet. Przede wszystkim Wisła się tu wypłycała. Można było z jednej strony na drugą- siup, bez zamaczania majtek. No i bogato było. Oj bogato. Wielce multikulturowo, z racji owych granic. Prusko, polsko i autonomicznie. Za czasów polskich wojen z Krzyżakami Toruń na przykład wsparł króla Włodzimierza Jagiellończyka kwotą 200 grzywien, co było równe OSIEMDZIESIĘCIOLETNIM dochodom miejskim ówczesnego Krakowa. Znaczy się- biednie nie było.
Transport rzeczny, składy soli, międzynarodowy handel (granice!), uniwersytet, a potem jeszcze Toruń jako główny ośrodek luteranizmu w regionie- wszystko to powodowało przyrost gotówki w mieście.

No ale trzeba było się zbroić. Przecież granica tuż-tuż. Jeszcze ktoś napadnie.
No więc Toruń się zbroił przez całą swoją długą historię.
A ostatni napad połączony z rujnacją miasta miał miejsce w 1703 roku, kiedy to zbombardowali go Szwedzi. Potem (aż do dzisiaj) nikt nie rujnował militarnie Torunia, no chyba że dekretami urzędowymi. Cudem boskim nie zdemolowali go nawet Rosjanie w 1945, nie wiem co ich powstrzymywało.

Tymczasem przez wieki Toruń został uzbrojony tak, że lepiej nie można.
I, jak to mawiał jeden mój kolega- to jest jednak coś!

środa, 15 lutego 2017

Projekt Okrążenia vol. 11b - Stacja Łódź Arturówek- cz. zachodnia. Elita, wojna, chaszcze.



To kolejny odcinek Projektu Okrążenia Łodzi za pomocą Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej. Poprzednie odcinki znajdziecie tutaj: LINK
A pierwszą część Arturówka- TUTAJ

Czy to w ogóle ładnie tak zostawiać kogoś w parku? W poprzednim odcinku zostaliście w Parku Julianowskim jak ten Himmilsbach z angielskim. Odczekaliście na ławce w samym sednie, w samym jądrze fabrykanckich dóbr Julianowa, z których został tylko park i pałacyk myśliwski. Zima nadeszła, a Wy nadal na ławce.
Ruszymy z parku tropem geograficznym, a nie chronologicznym i dokończymy dzielnicę Julianów po zachodniej stronie torów i na północ od Parku Julianowskiego. To znaczy właściwie będzie to część dzielnicy administracyjnej Julianów- Marysin-Rogi, która jest tak zorganizowana, że nikt nie wie gdzie leżą jej podziały, ani nie jest pewnym czy dobrze poprowadzono jej granice.
Niektórzy północny Julianów uznają już za Radogoszcz na przykład. Nawet stojące tam muzeum nazywa się „Muzeum Tradycji Niepodległościowych- Radogoszcz”.


Ze względu na willowy i tradycyjnie „elitarny” image dzielnicy Julianów deweloperzy z pobliża starają się podczepić nazwowo do Julianowa, pomimo tego że ich inwestycje leżą gdzieś hen od niej daleko. Znana sprawa. W Warszawie są o to nawet procesy deweloperów z Urzędami Gminy (np. Saska Kępa), w Łodzi nie doszliśmy jeszcze do tego poziomu snobizmu. Ale wszystko przed nami.

Dzielić i parcelować Julianów zaczęła jeszcze fabrykancka rodzina Heinzlów, kiedy to łódzki przemysł stracił nagle swojego głównego odbiorcę- Rosję, bo nie dość, że Polska odzyskała niepodległość, to jeszcze Rosja zniknęła z map świata, zastąpiona przez Związek Radziecki. W związku z zakręceniem kurka wszystkie fabryki łódzkie (a było ich po I wojnie jeszcze 613 sztuk, według Państwowej Inspekcji Pracy, a przed wojną ponad tysiąc) przędące przędzę i tkające tkaniny zaczęły prząść bardzo cienko.
Heinzlowie, ze swoim olbrzymim majątkiem obejmującym całe północne kresy Łodzi wraz z olbrzymim Lasem Łagiewnickim od lat po I Wojnie Światowej dzielili włości na małe działki i sprzedawali po kawałeczku. Las był systematycznie karczowany, a drewno sprzedawane na skalę przemysłową, przyczyniając się do budowlanego rozwoju miasta.
Północny Julianów, który właśnie zaliczymy stanowi zespół różnych reliktów owej rozprzedaży- zabudowa jest tu willowa, ale bardzo zróżnicowana, bo do lat 60-tych -70-tych nadal przetrwało tu sporo pustych działek, które zostały, a nawet zostają zabudowywane dopiero w naszych czasach. Sporo ulic jest tu nadal gruntowych. Sprawia to wrażenie pewnego chaosu, ale przykrytego dużą ilością zieleni, co zapewnia ciekawy klimat.

piątek, 10 lutego 2017

Sic Ford Transit gloria mundi. Jakoś to będzie.




Zaprawdę powiadam wam, oto nadchodzi wiek miecza i topora, wiek wilczej zamieci. Nadchodzi Czas Białego Zimna i Białego Światła, Czas Szaleństwa i Czas Pogardy, Tedd Deireádh, Czas Końca. Świat umrze wśród mrozu, a odrodzi się wraz z nowym słońcem. Odrodzi się ze Starszej Krwi, z Hen Ichaer, z zasianego ziarna. Ziarna, które nie wykiełkuje, lecz wybuchnie płomieniem. Ess'tuath esse! Tak będzie! Wypatrujcie znaków! Jakie to będą znaki, rzeknę wam - wprzód spłynie ziemia krwią Aen Seidhe, Krwią Elfów...
      Aen Ithlinnespeath,przepowiednia Ithlinne Aegli aep Aevenien"
                           Andrzej Sapkowski "Krew elfów"

Coś tam być musi dalej. Choćby świat przemijał. Jakaś przyszłość.


Mowa oczywiście o cyfrowych aparatach fotograficznych.

Do przemyśleń na temat przyszłości fotografii skłoniły mnie:

a) artykuł na temat statystyk sprzedaży aparatów cyfrowych
b) komentarze Tristana z fejsika Fotodinozy, mówiące że fotografia będzie się stawać coraz bardziej elitarna.


źródło: https://www.dfv.pl/article/rynek-sprzetu-fotograficznego-ad-2016

Statystyki z artykułu mówią pewne oczywistości, jakie rzucają się w oczy każdemu, kto zajrzał do sklepów fotograficznych lub też obserwował czym to ludność fotografuje. I jak często.

Bardzo często. Non stop.

Do wszystkich tych statystyk przydałby mi się jeden wykres- taki który pokazuje ile zdjęć robi się na świecie. Ja wam go narysuję (dane oparte zupełnie na niczym, oprócz obserwacji życia):


piątek, 3 lutego 2017

Najbrzydsze i najładniejsze rzeczy we Francji

Dziś żadnych pytań o byt,
czy mieć, czy być?
Proszę dziś,
żadnych pytań o świat,
o to co dzieje się,
dzieje się i tak.
(...)
dziś bez babrania się w snach,
przepowiedniach o dniach co nadejdą i
bez niewyraźnych dość min
i bez wina, bo
dziś jestem bez win.
            Voo voo "Dzisiaj jest ładna pogoda"

Tym razem autobus niesie przez pół Europy. Najpierw nasze pół, a potem obce. Żywioł germański.

Potem zjawią się zardzewiałe silosy. Niechybny znak, że Szwajcaria już przeminęła i że teraz jedziemy już przez Francję. W Szwajcarii nie ma ani jednego zardzewiałego silosa, to pewne. We Francji jest dużo zardzewiałych rzeczy. Francuzi to lubią.
Francuzi lubią sobie nie odnawiać. Tak już mają. Budynki w tych górskich wioskach, które nie są oplecione siecią wyciągów i kolejek linowych wyglądają jak zbudowane w XIX wieku, ciężkie domy z kamienia. Odnawiano je ostatnio za de Gaulle,a. Wszystko ma taki ciekawy sznyt jak z lat 50-tych. Właściwie nie musiano zapewne szukać wiele, żeby znaleźć odpowiednie plenery do ekranizacji "Mikołajka". Już po prostu stały. Z początku smutno mi się trochę zrobiło' że w kwestii motoryzacji Francuzi nie są konsekwentni i wszędzie nowe paskudne Peugeoty krosołwer, albo Renaulty ze światłami na pół bagażnika. 

Ale postanowiłem poskrobać. Postanowiłem plwać na tę skorupę i zstąpić do głębi. I zstąpiłem.

Idea tego wpisu nie udała się. Miały nią być Najbrzydsze Rzeczy we Francji. No bo wszyscy strzelają tylko te najładniejsze. To ja chciałem być oryginalny. No ale nie dało się. Obiektyw sam się kieruje w stronę tych najładniejszych. Postanowiłem pójść innym tropem- wyznaczonym przez Tomatsu Shomei- LINK. Dał nam przykład Shomei jak zwyciężać mamy. Czy można potraktować Francję jak terra incognita. Tę Francję już milion razy opisaną w literaturze, sztuce, poezji, prozie (to ja prozą piszę?), filmach z Delonem, Tatou i Boon'em, oraz pijackim bełkocie. Tę którą wszyscy znają z bagietek, żandarmów, ślimaków, citroenów dwacefał, kasztanów na placu Pigalle, żabich udek i miłości francuskiej. Czy nieznane wystąpią tu jakoweś anomalie?
No i poszedłem jak pocisk, ale nie inteligentnie jak Pershing, tylko jak ten odłamkowy, ten co go Gustlik ładował, bezwiednie i bezrefleksyjnie strzelać te anomalie. O ile to anomalie. Co tam podleci to strzelać i nie pękać.

piątek, 27 stycznia 2017

Canon, Kodak, Nikon, LSD, ta zabawa po nocach się śni.


Ostatni tydzień przyniósł same rewelacje bieżące, tak że nie wytrzymuję tej presji i muszę skomentować.
Po pierwsze: Kodak wznawia produkcję slajdu Ektachrome! (To oni jeszcze żyją?) Okazuje się, że pan Darek Krakowian z Fotonegatywu miał rację- musi być przyszłość!- jak to mówił w wywiadzie Fotodinozy- LINK.

Kodak wraca do korzeni i liczy na entuzjastów analoga chętnych na filmy odwracalne. Ostatni raz strzelałem na slajdach w wieku lat 7-miu, może zatem czas powtórzyć doświadczenia?
Kodak zresztą ma się coraz lepiej, a jak wiemy- miał się gorzej. Oprócz dziesiątek nietrafionych inwestycji i upadku na pysk fotografii analogowej cierpiał także na emerytozę, taką samą na jaką cierpiało General Motors. Tj. firmowe programy emerytalne dla dawnych pracowników. Ponieważ firma Kodak ma sto lat, a życie człowieka się wydłuża (pomimo diety frytkowo- hamburgerowej) tych dawnych pracowników zrobiła się rzesza. I Kodak i General Motors układało się, zdaje się, w tej sprawie z rządem i jakoś pozbyło się balastu emerytalnego.
Nie wiem tylko co na to emerytowani pracownicy Kodaka.
Kodak wywalił też na bruk takie ilości ludzi, że normalnie nie wiem jak oni się tam w ogóle mieścili. Sprzedał tysiące swoich patentów za 525 milionów dolarów- między innymi Facebookowi, Apple'owi, Microsoftowi i Samsungowi.
I dopiero wtedy przestał przynosić 100 mln dolarów strat.
Potem w 2011 roku wszedł ostro na rynek drukarek atramentowych i tuszy.
Potem w 2012 roku wycofał się ostro z rynku drukarek atramentowych i tuszy.

W 2013-tym wszedł ostro w system aparatów Mikro 4/3 jaki prowadzli Olympus i Panasonic. Ale jakoś nie wyprodukował żadnego aparatu.
Potem ogłosił Bankructwo Małego Jacka (cytat).

niedziela, 22 stycznia 2017

Bezlusterkowce. Rzut oka bazyliszka.


-Pierwszy raz widzę coś takiego na oczy. Istne dziwadło, na honor, dziwadło nad dziwadłami. Znaczy się, to jest ten osławiony bazyliszek?
-Nie- Geralt uniósł potwora wyżej, by rycerz mógł się lepiej przyjrzeć- To nie jest bazyliszek. To jest kuroliszek.
-A jaka jest różnica?
-Zasadnicza. Bazyliszek zwany też regulusem, jest gadem, a kuroliszek, zwany też skoffinem albo kokatryksją, jest ornitoreptylem, to znaczy ni to gadem, ni to ptakiem (…)
-A którego z nich, powiedz, można ukatrupić za pomocą zwierciadła?
-Każdego. Jeśli walnąć prosto w łeb.”

                 Andrzej Sapkowski „Wiedźmin”


Nie wiem. No to się wypowiem.

Jestem dinozaurem. To nawet Automobilownia o mnie napisała. Fakt. Lubię rzeczy niezmienne i stałe. A nawet stare. Starzyznę lubię.

Nie przeszkadza mi to lubić też nowiznę. Aczkolwiek podchodzę do niej krytycznie i bez wielkich kredytów zaufania.

Tak to już jest u McDonalda (cytat)

Zaczęło się wszystko od Pani Agnieszki, która robi bardzo fajne zdjęcia z podróży- LINK, w której to podróży jest niemal bezustannie. Też bym tak chciał. Ale nie mogę. Poprzez znajomego nam Grega i dzielącą nas przestrzeń internetu nastąpiło pytanie- co tu kupić do podróży? Bezlusterkowego.

A ja co?
A ja nic.

Trzeba było zgłębić. Mówią że bezlusterkowce to przyszłość fotografii. Przyszłość, nie przyszłość, a może i niecała przyszłość (tak mi się przynajmniej laicko wydaje), ale zbliżyłem się ostatnio do tego gatunku zwanego ornitoreptylem i zrobiłem ogląd.
Coś mi pękło
Robię ogląd
A to pękł mi światopogląd (...)
Światopogląd rzecz nabyta
Się załata go i kwita
Wezmę tylko grubych nici
I już się jak nowy świci.
                Stanisław Klawe

Na początku zgłębiania jęknąłem z przerażenia, choć cichutko. Drogo. No dość drogo. Dla kogoś kto zgłębia na co dzień używane złomy po 250 zł sztuka wszystko wydaje się drogie. Tak jak dla kogoś kto ma w ręku młotek wszystko wygląda na gwóźdź. No ale potem pomyślałem- dawno nie kupowałem nic nowego. 
Życie musi trochę kosztować.


Nie mam normalnego spojrzenia na rynek. Mam nienormalne- wystarczy spojrzeć na mój telefon- LINK. Mogę wam wyjaśniać dlaczego na co dzień nie używam smartfona, choć używam go od święta, ale ponieważ ten wpis ma dotyczyć bezlusterkowców- to się powstrzymam.

Na początek wrażenie ogólne- bezlusterkowcem też się da robić zdjęcia. Nie gorsze niż lustrzanką.(no ale zdjęcia, tak naprawdę daje się robić prawie byle czym). Sporo bezlusterkowców ma takie same lub większe możliwości jak lustrzanki- zależy jaki wypas się kupi. W niektórych aspektach- bardzo kuszących, np. w ostrzeniu autofokusem- najlepsze bezlusterkowce są lepsze niż większość lustrzanek. W przeciwieństwie do sporej ilości lustrzanek dają możliwość natychmiastowego łączenia się z telefonem i wysyłania zdjęć i filmów na fejsika, insta, snapczata, krupczata i inne miejsca sieciowe w jakie chcielibyśmy je wysłać.


Co prawda lustrzanki też się ostatnio uczą i co nowsze modele- dają także zespolenie ze światem wirtualnym.
Jakie są podstawowe różnice, dla dinozaurów mojego pokroju?

Bezlusterkowce są z zasady mniejsze. Większość najtańszych modeli jest w porównaniu z lustrzanką nieco uproszczone- przypomina aparaty kompaktowe z wymiennym obiektywem. Nie. Źle napisałem- spora część bezlusterkowców to SĄ aparaty kompaktowe z wymiennym obiektywem. Nawet wielkość matrycy się zgadza, co gorsza.
Strzeżcie się zatem, Rodacy!

Tu następuje pierwszy opór dinozaura. Atawistyczny, nieprzyjemny opór. Strzelanie zdjęć kompaktami nigdy nie dawało mi zbyt dużo przyjemności. Miałem w życiu dwa cyfrowe kompakty i robienie nimi zdjęć przypominało mi zawsze jeżdżenie Daewoo Matizem. Niby można, niby się do przodu człowiek przemieszcza, ale dreszczu nijakiego nie ma. I do tego to drażniące pyrkotanie trzycylindrówki.


Ja zupełnie nie przypominam tego gościa. Od razu widać, że te kompaktowe bezlusterkowce to są nie dla mnie.


O ja przypominam tego gościa. Też jestem nieogolony, tylko włosków nie mam na żel. 

piątek, 13 stycznia 2017

Japonia. Oczami bezpańskiego psa

fot: Tōmatsu Shōmei 
To co się dzieje- historia, polityka, sytuacja w ojczyźnie- formuje każdego z nas, niczym kamienie szlifowane w strumieniu. Kształtuje. Choć może sobie sprawy nie zdajemy.

Jednak niektórzy potrafią, dzięki temu ukształtowaniu, dać ponadczasowy obraz historii i polityki, zogniskować w soczewce działania jakiś przejmujący symbol czasów z których pochodzą i kultury w której się wychowali.

Japonia nie daje mi spokoju. Dziwny kraj. W którym trzęsienia ziemi wystąpiły nie tylko fizycznie, ale i mentalnie. Po nich świat już nie był taki sam. Nie sama Japonia w towarzystwie takich krajów.
Japonia przegrała II Wojnę Światową i przegrała ją bardzo. Może nawet bardziej niż Niemcy, choć ciężko to oceniać. Podobnie jak w Niemczech ideologia skoncentrowanego nacjonalizmu, wspierana przez propagandę poddała się w obliczu klęski i wyparowała, zostawiając za sobą zgliszcza. Ale też wydaje się, że w Japonii odbyło się to gwałtowniej, dotkliwiej i dla społeczeństwa było większym szokiem. Zwłaszcza, że spuszczono im na koniec na głowy bombę atomową.
A tuż przed jej spuszczeniem całe społeczeństwo Japonii zbroiło się na potęgę w bambusowe dzidy, tasaki i siekiery, będąc gotowym na przyjęcie amerykańskiej inwazji i odparcie wroga, gdy tylko wysadzi swoje wojska z barek desantowych na plażach wyspy. Sztab amerykański oceniał swoje przyszłe straty w razie takiej inwazji na milion żołnierzy.

Właściwie należałoby zacząć od początku, choćby w skrócie, żeby lepiej zrozumieć co fotograf Tōmatsu Shōmei miał na myśli.
II Wojna Światowa według Rosjan i Amerykanów zaczęła się w 1941 roku. Według Polaków zaczęła się w 1939 roku, a według Chińczyków w 1937-mym. Taka to dziwna wojna była. Dlatego wśród zwycięzców II Wojny Światowej są między innymi Amerykanie, Rosjanie, Brytyjczycy, Polacy i Włosi. A wśród przegranych- Niemcy, Japończycy i Włosi. No i niektórzy Polacy. Bardzo to skomplikowane i nie do ogarnięcia.