wyświetlenia:

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą notka o klasycznym zdjęciu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą notka o klasycznym zdjęciu. Pokaż wszystkie posty

piątek, 28 sierpnia 2020

Radziecki konstruktywizm... A nie, to amerykański! Robert Yarnall Richie


 Nie każdy dobry fotograf będzie sławny. A nawet - mało który. Ale każdy może być świadkiem epoki. A jak trafi na jakąś fajną epokę, i jeszcze do tego potrafi się zakręcić, to już w ogóle.

Na przykład Robert Yarnall Richie. Nie wymieniają go w w wielu zestawieniach i książkach o największych fotografach XX wieku. A przynajmniej ja go tam nie widziałem. A jeśli wymieniają, to nie w pierwszym szeregu. Podejrzewam, że z zazdrości albo z pogardy go tam nie umieścili. Robił zdjęcia reklamowe i kosił kasę.

Epoka natomiast! Czasy w których pracował i które dokumentował to wielki rozwój amerykańskiego przemysłu, napędzany koniunkturą, potem dołowany przez kryzys finansowy (tego na reklamowych zdjęciach Richiego oczywiście nie ma), odzyskujący siły i rosnący w największą potęgę światową podczas II wojny. Dość przypomnieć że w 1943 roku w USA wodowano jeden statek tygodniowo. A seryjna produkcja powodowała, że transportowiec o długości 134 metrów i wyporności 14500 ton budowano od podstaw aż do wypuszczenia z portu przez niewiarygodne 4 dni 15 godzin i 29 minut.

Richie był dokumentalistą tego przemysłu. Urodził się w 1908. Niewiele znalazłem o jego młodości i korzeniach. Oprócz kilku banalnych danych i jednego cytatu jego biografia jest opisywana dość okrągłymi ogólnikami. Postawiłem zatem na jego dzieło. Niech dzieło opowie historię fotografa. A można obejrzeć właściwie cały dorobek Roberta Yarnall Richiego na stronie Southern Methodist University w Teksasie - LINK. Zgromadzono tam 4608 zeskanowanych zdjęć, z lat 1932 - 1975. Obejrzałem je wszystkie dla Was, zatem nie musicie się już męczyć, tylko siadajcie wygodnie i czytajcie. A ja opowiem wam biografię Richiego skonstruowaną za pomocą reverse-engineeringu.

To co najwcześniej fascynowało Richiego, to z całą pewnością samoloty. Był jednym z prekursorów cywilnej, komercyjnej fotografii lotniczej, bo owszem, zdjęcia lotnicze wykonywano wcześniej, ale głownie po to, żeby zbombardować obiekty na tych zdjęciach. Richie zrobił patent pilota w młodym wieku - miał 24 lata, kiedy zaczął latać nad wschodnim wybrzeżem i robić przy tym zdjęcia. W USA lotnictwo od zarania było znacznie bardziej demokratyczne niż w Europie, w której lataniem zajmowali się na ogół hrabiowie i synowie burżuazji. Łatwiej też było zdobyć licencję lotniczą (skończyło się to bodaj dopiero po 11 września 2001). Richie wymyślił świetny patent na zarabianie - fotografował z nieba pałace i wille stojące na wybrzeżu w New Jersey, Wirginii, wśród palm na Florydzie i sprzedawał je właścicielom. Mogę podejrzewać, że większość tych zdjęć, zwłaszcza tych pierwszych, powstawało bez żadnego zamówienia. Tak jak fotograf na statku wycieczkowym robi zdjęcia każdemu kto wchodzi na trap, w nadziei, że potem kupi odbitkę, tak Richie robił zapewne zdjęcia tych rezydencji jak leci, a potem oferował fotografię owym bogaczom z willi nad oceanem. Kto by nie kupił takich zdjęć? Każdy kupi.

Takich zdjęć zrobił tysiące, o ile nie dziesiątki tysięcy.

Clinton Ledyard Blair's Blairsden Estate, Peapack, New Jersey, 1933,  fot. Robert Yarnall Richie

Posiadłość Jamesa A. Hammonda, Miami, Floryda, 1934, fot. Robert Yarnall Richie


Bailey's Beach, Newport, Richmond, 1934, fot. Robert Yarnall Richie

Smack Silhouette ok. 1932, fot. Robert Yarnall Richie

Z czasem zyskiwał zapewne sławę, bo był pionierem, a zdjęcia były dobre. Świadczą o tym coraz częstsze w kolekcji fotografie rezydencji robione "z ziemi". W tym - uwaga uwaga - jedno zdjęcie kolorowe z okolic roku 1933! Tutaj Richie wyprzedzał całą konkurencję stosując nowatorskie techniki. Film jest wczesny, zaledwie dwukolorowy - najpewniej to Kodak sprzed epoki Kodachrome (o Kodachrome się pisało ostatnio - LINK ), a zdjęcie - takie sobie. Jednak wrażenie na kliencie musiało robić.

ok. 1933 r. fot. Robert Yarnall Richie

Richie doskonalił warsztat i zaczynał być znany wśród krezusów wschodniego wybrzeża, ale co skierowało go w stronę fotografii przemysłowej? Nie wiem na pewno, ale kolekcja Uniwersytetu Metodystów zawiera kilka charakterystycznych i znaczących zdjęć. Pierwszym jest fotografia Chrysler Building odbitego w deklu zaparkowanego auta. W tym obrazku widać całą skłonność Roberta Yarnall Richiego do eksperymentowania i szukania geometrycznych form i ujęć. Szedł z duchem epoki modernizmu, zderzał struktury. Szukał graficznych kolaży jakie stwarzała rzeczywistość miasta, budynków, pojazdów. Czy udało mu się sprzedać to zdjęcie Chryslerowi? Nie mam pojęcia. Ale być może to zdjęcie uświadomiło mu jego własne możliwości i wytyczyło dalszą drogę.

Chrysler Building odbijający się w deklu samochodu 1933, fot. Robert Yarnall Richie

Ale jest jeszcze jedno zdjęcie. Sądząc po tytule - przypadkowo uchwycone. "Wings over gas house". Robert Richie sfotografował z awionetki cień samolotu na tle geometrycznych przemysłowych struktur. Czemuż by nie sprzedawać zdjęć właścicielom zakładów przemysłowych? Następne dziesięciolecia upłynęły mu na tym właśnie.

Skrzydła nad gazownią 1934, fot. Robert Yarnall Richie

Zaczął od niemal studyjnych fotografii dla producenta łożysk S.K.F. Wkrótce pracował dla

niedziela, 29 marca 2020

Czas i znajoma przestrzeń. Jacek Kusiński.

Fot. Jacek Kusiński.
Fotografia to spoglądanie na świat oczami innych. Czasami jest to zaskakujące, zwłaszcza jeśli dotyczy rzeczy dobrze człowiekowi znanych. Niektóre portrety wydobywają z modeli niespodziewane zupełnie rysy. Niektóre osoby, czego nie oczekiwaliśmy, okazują się fotogeniczne w zaskakująco niezwykłym stopniu. Spoglądamy na nie, na ich fotowizerunki, owymi cudzymi oczami i zastanawiamy się nad tym, czego sami nie dostrzegaliśmy. 
Czasem z zazdrością patrzymy na te zdjęcia. Też by się tak chciało.
Żeby zrobić dobrą fotografię potrzebnych jest wiele elementów. Miejsce, odpowiednie oko, korzystnie dobrany punkt widzenia, obiektyw lub ogniskowa zooma, staranne ustawienie, klasyczne lub łamiące zasady kadrowanie, właściwy sprzęt, cierpliwość, dobre światło, odpowiedni czas. Last, but not least: szczęście, fuks, przypadek.  Last and least: ciekawy motyw, przedmiot, model. Piszę o tym na ostatku, bo wielu fotografów udowodniło, że można zrobić zdjęcia nocnikowi, starej furtce, albo fałdom papryki, w taki sposób, że będą intrygujące i przykuwające uwagę (Weston, Fox Talbot, et tutti classici).


Fot. Jacek Kusiński.

Fot. Jacek Kusiński.
Na ogół, części z tych elementów nam niedostaje. To przykre. Ale co zrobić, człowiek po przejściu pewnych etapów głupowatości zna swoje ograniczenia i zdaje sobie z tego sprawę. Z wyżej wymienionych - oprócz wystarczającej dozy talentu - najbardziej brakuje mi czasu i cierpliwości.

Nam najbardziej brakuje czasu
Chciałem spotkać tych, których już nie ma
I od razu
Odeszli tak bez hałasu
A ja zostałem z milionem obrazów z tamtych czasów
(...)
Spieszmy się, czas się zbudzić.
Człowiek musi się natrudzić.
Nazapierdzielać musi uczyć się i gubić.
Spieszmy się kochać ludzi.
Spieszmy się, nim nam zabraknie chwili,
Nim czas nam powie, żeśmy nie przeżyli.
Mili nie byliśmy, nie przeszliśmy mili
                                      nawet.
Czas wziąć w swoje ręce sprawę.
                   Junior Stress

Niektórzy mają zalety mnie samemu niedostępne. Dlatego z podziwem patrzę na ich zdjęcia portretowe, na których z zaskoczeniem odkrywam nowe kształty i światłocienie, inne zupełnie spojrzenia.
Zwłaszcza, że są to portrety miasta.
I to mojego.
Zdjęcia Jacka Kusińskiego. Fotograficzny portret Łodzi
Boże, jak ten Kusiński musi lubić to miasto! Jeszcze bardziej niż ja je lubię (a ja bardzo lubię). Ma do niego, oprócz czułości, także niewiarygodną cierpliwość.


Fot. Jacek Kusiński.


Fot. Jacek Kusiński.

Fot. Jacek Kusiński.

Fot. Jacek Kusiński.

Fot. Jacek Kusiński.


Fot. Jacek Kusiński.


O miasto rodzinne kłócę się z moim Młodzieżem. On chciałby ideału piękna, błysku nowoczesności, a ja, najzupełniej przeciwnie - tylko brudu i obszarganych wiekowych murów - to jest dla mnie prawda o Łodzi. Jego oryginalność i esencja. Nie jest to miasto klasycznie piękne, zapierające dech w piersiach, przyznaję i ostrzegam z góry. Ale ma charakter.

wtorek, 4 lutego 2020

Wilno 1944. Zbyszko Siemaszko



Mroczne czasy nie przeszkadzają w snuciu brawurowych planów. Nie inaczej myśli "Swojak", młody partyzant z Wilna. Niedługo skończy osiemnaście lat. Razem z dwójką braci - Leonardem i Henrykiem należy do podziemnej 3. Brygady Wileńskiej Armii Krajowej. Bracia nie są jednak wtajemniczeni w jego zamiary. Nikt nie jest wtajemniczony, za wyjątkiem kolegi - Mietka Paszkiewicza,"Kajtka".
Brygada Wileńska liczy około stu ludzi. Ma spore sukcesy w atakach na niemieckie posterunki i litewską policję pomocniczą, współdziałającą z Niemcami. Dowódca - Gracjan Fróg, pseudonim "Szczerbiec" służył przed wojną jako oficer brygady pancernej, stawia na wojsko zmotoryzowane, teraz, pod niemiecką okupacją dba o dobre wyposażenie partyzantów - gromadzi ciężarówki i samochody ukrywane w tajemnicy w różnych punktach miasta. 
Zdobyć samodzielnie taką ciężarówkę, to było by coś!

"Swojak" i "Kajtek" proszą w brygadzie o urlop. Na tydzień zaszywają się w domach i nie kontaktują z nikim poza rodziną. 

Rano wyruszają. Częściowo piechotą, częściowo na chłopskim wozie docierają pod Niemenczyn, kilkanaście kilometrów od miasta.  Młodzieńcy idą po szosie w stronę Wilna. Ruch całkiem duży, głównie chłopskie fury, ale jadą też co jakiś czas szare samochody i motocykle Wehrmachtu, front nieuchronnie zbliża się powoli do miasta. Wiosenny wiatr powiewa. Obserwują uważnie przejeżdżające ciężarówki, w każdej siedzi w szoferce po kilku żołnierzy. Wreszcie na horyzoncie ukazuje się kolejny większy ciemny kształt - zbliża się Opel-Blitz w kolorze feldgrau z czarnymi krzyżami na drzwiach. W środku tylko kierowca. Chłopcy machają na podwózkę. Auto zatrzymuje się, ciemnowłosy dryblas w rozpiętym pod szyją mundurze macha, żeby wsiadali. Do Wilna? Niedaleko, a jeszcze coś zarobić można. "Kajtek" wręcza kierowcy dwadzieścia marek. Ciężarówka rusza po bruku. Rozmowa półsłówkami - on nie mówi po polsku, a chłopcy tylko kilka słów po niemiecku. Częstuje chłopaków papierosami. Palą. Pejzaż przesuwa się spokojnie za oknami - wiejskie łąki i las, auto trzęsie na wybojach. Z tyłu na pace słychać lekkie łomoty towaru. Co to może być? Może jakaś broń?

Auto toczy się spokojnym tempem. Pod kurtką pistolet FN, kaliber 7,62. "Swojak" dostał go od brata.

Nie wiadomo, kiedy powinni się zdecydować.

Widać już przedmieścia Wilna. Droga skręca lekko w lewo, przez Antokol i Gaj Antokolski. Pokazuje się wśród zieleni kopuła kościoła Apostołów, a potem Arsenał, pod którym stoją niemieccy żołnierze i wojskowe samochody. Wreszcie po prawej widok na rzekę Wilię i szpaler drzew na nadbrzeżnej promenadzie. Nieliczni przechodnie. Mijają wzgórze Giedymina i sterczącą znad drzew basztę.
To już środek miasta. Może trzeba było zacząć wcześniej?

Ciężarówka zatrzymuje się przy przystani statków nad rzeką.
Niemiec gasi silnik i zwraca się ku młodzieńcom - wysiadajcie! "Swojak" i "Kajtek" błyskawicznie wyciągają spod kurtek pistolety - Jedź! - krzyczą. Sekunda zaskoczenia.

piątek, 13 grudnia 2019

Rejs w XX wiek. Francis Browne.

Fot. Francis Browne

W kwietniu 1912 roku ojca jezuitę Francisa Browne spotkała wielka radość. Od swojego wuja Roberta, biskupa Cloyne, który zajmował się nim od dzieciństwa zastępując zmarłych rodziców, dostał wspaniały prezent - bilet na bardzo atrakcyjną podróż.

Browne, filozof i teolog po studiach w Dublinie, wcześniej uczeń szacownych szkół średnich, był kolegą z roku Jamesa Joyca i został nawet uwieczniony w literaturze, konkretnie w "Finnegans Wake" pod własnym nazwiskiem. Oprócz zainteresowań religijnych i naukowych - od lat młodzieńczych zajmował się także z wielkim zapałem fotografią.

Jego rodzice zmarli wcześnie, osierocając kilkunastoletniego Franciszka wraz z ośmiorgiem rodzeństwa. Ich edukacją i karierą kierował wspomniany wyżej wuj biskup, który po ukończeniu przez Browne'a studiów sprezentował mu pierwszy aparat fotograficzny. Wyposażony weń Francis, wraz z bratem wyruszył w 1897 roku na wycieczkę po Europie - Francji, Włoszech i Szwajcarii, gdzie stawiał pierwsze fotograficzne kroki. Pasja, i to wyjątkowo intensywna została mu do końca życia.
W 1909 roku wraz z wujem i bratem odwiedził Rzym, gdzie Pius X przyjął ich na prywatnej audiencji. Francis wykorzystał okazję i zrobił fotograficzny portret papieżowi. Fotografował w podróżach i w swoim rodzinnym mieście, zdjęcia artystyczne i scenki rodzajowe ze zwykłego życia - przekupki na targu, rybaków i dzieciaki wracające ze szkoły. Pejzaże z odwiedzanych Włoch i alpejskie szczyty. Lubił zwiedzać.
4 kwietnia biskup Robert zrobił swojemu bratankowi nie lada prezent - bilet na najsławniejszy w owym czasie statek, świeżo zwodowany, największy i najbezpieczniejszy na świecie. Dziewiczy, premierowy rejs liniowcem Titanic.
Miała to być weekendowa atrakcja - Browne nie zamierzał wysyłać Francisa aż do Nowego Jorku - za 4 funty w przedstawicielstwie White Star Line w nabył bilet z Southampton przez francuski Cherbourg z powrotem do Irlandii, do portu Queenstown (dzisiejszy Cobh), ostatniego przystanku przed oceanicznym rejsem do Ameryki.
Ściskając w ręku kamyk zielony, oraz bilet pierwszej klasy na najsłynniejszy i najbardziej luksusowy statek świata, podekscytowany Francis Browne wyruszył pociągiem do Southampton, na spotkanie z przygodą.


Droga do Southampton. Fot. Francis Browne.

Titanic w porcie. Na samej górze - kapitan statku Edward Smith. Fot. Francis Browne

poniedziałek, 25 listopada 2019

Aleksander Rodczenko, Charles Sheeler, Henry Ford

fot. Charles Sheeler
Wyobraźcie sobie coś takiego: największy kompleks fabryczny świata. Sto dwadzieścia tysięcy pracowników. 2,4 kilometra długości, 1,6 kilometra szerokości. Dziewięćdziesiąt trzy budynki o powierzchni użytkowej 1,5 km2 (słownie: półtora kilometra kwadratowego podłóg!). Sto sześćdziesiąt kilometrów wewnętrznych torów kolejowych, własna elektrownia, oraz własne nadbrzeże nabrzeże portowe z dokami dopełniają obrazu. A doprawiają je własne statki transportowe fabryki cumujące na tym nadbrzeżu. Myślicie zapewne że to Chiny, albo jakiś Ulsan w Korei Południowej, gdzie Hyundai ma największą stocznię? 
Nie.
To pradziadek dzisiejszych giga - fabryk, na niej wzorowano się budując następne w różnych miejscach globu. Fabryka Forda w Dearborn, zwana River Rouge Complex, a w skrócie The Rouge. Rocznik 1917.
Henry Ford i jego firma u szczytu dominacji. Po sukcesie najpopularniejszego samochodu w historii - Forda model T. Do nowo budowanej fabryki i jej własnego nabrzeża przy rzece Rouge przypływały własne statki Forda, z własnym węglem i rudą żelaza Forda na pokładzie, wydobywanych we własnych kopalniach. Samochody były tam budowane ab ovo, z proszku do gotowego wehikułu, w jednej fabryce. 


fot. Charles Sheeler

Większość budynków postawił pan architekt Albert Kahn, ulubiony projektant Henry'ego Forda - zrobił mu ponad 1000 projektów. Chciałoby się mieć takiego klienta. Pan Kahn miał ich wielu, bo był najbardziej płodnym w Ameryce projektantem fabryk - w późniejszym roku 1937 zbudował 19% wszystkich fabryk ówcześnie stawianych w USA. Nie tylko w Stanach projektował. W 1929 roku dla komunistycznego Związku Radzieckiego, za poleceniem amerykańskiego rządu, stawiał fabrykę traktorów w Stalingradzie oraz szkolił radzieckich architektów.


fot. Charles Sheeler

Wszystko za sprawą wielkiej biegłości w konstrukcjach żelbetowych. Pierwsze tego typu budynki biuro Albert Kahn Associates stawiało jeszcze w XIX wieku, a w 1903 roku zbudowało nową fabrykę samochodów Packard, którą zainteresował się Henry Ford. Żelbet pana Kahna, oprócz korzystnej dużej wytrzymałości miał jeszcze jedną wielką zaletę, w stosunku do dawniej stawianych obiektów - nie był palny.
Modernistyczne konstrukcje żelbetowe były jednym z przejawów nowoczesności na początku XX wieku.

Podobnie jak modernistyczna fotografia.
Miasto masa maszyna inspirowały, robiły wrażenie potęgą i niespotykaną wcześniej skalą. Wielu artystów zostało uwiedzionych. Nawet takich, którzy

piątek, 8 listopada 2019

Najlepsze zdjęcie streetphoto 2019. Magda Chudzik

Fot. Magda Chudzik, finalistka Urban Photo Awards 2019
Nienajgorzej. Niby źle, ale jednak całkiem całkiem. Ze street photo nie jest ostatnio w Polsce zbyt dobrze. W tym roku, z niewiadomych mi przyczyn nie odbył się konkurs Leica Street Photo, który powinien mieć numerek dziewiąty. Przykre. Nie zauważyłem także konkursu Polska Ulicznie, który przyniósł mi dwa lata temu wiele satysfakcji. Wiele satysfakcji, doprawdy, co opisałem TUTAJ. Może organizatorzy pokłócili się na temat tego, co to w ogóle jest street photo? Nikt tego do końca nie wie, nawet najstarsi górale. Ja tylko wiem, że daje mi to dużo radości w oglądaniu. Jest lekko ironiczne, zaskakujące i na ogół bardzo różnorodne, bo nie zdefiniowane. I wydaje się wolne. Trochę takie właśnie polskie, improwizowane, jak to u nas - nie wiadomo czy jeszcze zgodne z prawem, ale się próbuje i jakoś uchodzi. Na czuja.

Street photo to jest coś, co nie próbuje przekazać ci całej prawdy. Przekazuje tylko prawdy chwilowe, skojarzenia, spostrzeżenia, dziwne asocjacje. Raczej nikogo nie nawraca. Pokazuje tylko palcem - o zobacz tam! I za chwilę idziemy dalej. 

Może nawet jest zgodne z dzisiejszym życiem codziennym, w którym nie ma czasu czytać blogów, książek, opinii, ani niczego, co nie jest łatwym do przyswojenia znakiem, najlepiej zgodnym z naszymi poglądami.

W Polsce konkursów nie ma, zatem wiedziony jesienną nostalgią za streetphoto rzuciłem okiem na zagranicę. Na Triest. Na Urban 2019 Photo Awards, w ramach Trieste Photo Days - LINK. Niby zagranica, ale impreza przyjemnie międzynarodowa, wśród współproducentów imprezy dostrzegłem na poczesnym miejscu nie tylko Kraków Photo Fringe, Fotopolis, Raciborskie Centrum Kultury i krakowski "Pierwszy lokal na Stolarskiej po lewej stronie, idąc od Małego Rynku", ale także, ku swemu zaskoczeniu Dom Literatury w Łodzi. Ten Dom Literatury cicho siedzi i w ogóle się tym nie chwali, a tu taką szacowną imprezę wspiera. Oprócz nich także całe rzesze instytucji rodem geograficznym ewidentnie z dawnych Austro - Węgier: Czech, Słowacji, Serbii, Chorwacji, Węgier i okolic. Od razu swojsko się poczułem, jak za miłościwie nam panującego cesarza Franciszka.


Oczywiście też natychmiast doznałem estetycznej satysfakcji, przeglądając wszystkie dwieście dziewięć zdjęć finalistów, dwadzieścia zdjęć nagrodzonych i wyróżnionych, oraz jedno zwycięskie. Sęk w tym, że są powkładane nie do tych przegródek co trzeba. Ja bym to zrobił inaczej.


Spotyka się dwóch architektów na ulicy.

- O cześć! Kopę lat! Wieki się nie widzieliśmy!
- Cześć! Miło widzieć! Poznaj - to jest mój syn.
(krytyczne spojrzenie)
- Ja bym go zrobił inaczej.
              Krzysztof Gol Piotrowski

Prezesem jury w Trieście był pan Martin Parr, członek mej ulubionej agencji Magnum, człowiek legenda. Człowiek, który stworzył właściwie nowy styl w fotografii. Można by ten styl nazwać "na naturszczyka". Jego zdjęcia reportażowe jako pierwsze zwróciły się w stronę kiczu traktowanego dokumentalnie. Na pierwszy rzut oka wyglądają jak zdjęcia z wakacji cioci Wiesi. Jest na nich zwykle ten badziew, tandetny blichtr, jaki cechuje wiele zdjęć wakacyjnych, okropne krzyczące i niedobrane kolory, a także na przeważającej większości potężne doświetlenie lampą błyskową pierwszego planu, zupełnie takie samo jakie serwują amatorom aparaty kompaktowe, kiedy wykryją że robi się zdjęcia pod światło. Martina Parra interesują przede wszystkim plaże, kurorty, wypoczynek zbiorowy i zabytki Które Musisz Odwiedzić, a także stragany wokół tychże zabytków. Celuje swoim obiektywem w amerykańskie kotyliony i flagi, w brytyjskie tatuaże i w chińskie podróbki wieży Eiffla, w supermarketowe zakupy. W skrócie celuje on w takie mniej więcej Mielna - Saint Tropezy polskiego wybrzeża, albo w inne Ibizy - Skorzęciny Morza Śródziemnego.



Fot: Martin Parr, Magnum.



Fot: Martin Parr, Magnum.
Fot. Martin Parr, Magnum.


Jego zdjęcia mają walor magnetycznego kuriozum, tak mocno odróżniają się od artystycznej przeciętnej, oprócz tego są jak wejście z ukrytą kamerą do hermetycznego świata, którego nikt nie zauważa, choć wszyscy widzą. Martin Parr robił takie zdjęcia już we wczesnych latach osiemdziesiątych, ta stylistyka rozpowszechniła się później szeroko, w sporej części dzięki Lomografii. Jednak Martin Parr jest jeden, a reszta to

piątek, 11 października 2019

Zakochałem się w Olive Edis.

W zimnym marcu 1919 roku Olive Edis na zlecenie Imperial War Museum w Londynie wsiadła do odkrytego Forda Model T, żeby spędzić ponad miesiąc we Francji i Belgii fotografując pozostałości niedawno odbytej wojny, jako pierwsza kobieta na stanowisku Official War Photographer. Zabrała ze sobą gargantuicznych rozmiarów własny skrzynkowy aparat i dostępne już wówczas w handlu suche płyty żelatynowe. Wraz z nią udała się w podróż lady Norman, szefowa Komitetu Pracy Kobiet w charakterze obserwatorki. Kierowcą był stary doświadczony szofer, pan Blow, wkrótce nazwany przez Olivię "tatusiem Blow", który pomagał paniom w wizytacji terenów, za które przez kilka ostatnich lat ginęły miliony ludzi z obu stron Wielkiej Wojny.


Panie z Voluntary Aid Detachement czyszczą silniki samochodów. 1919. Fot. Olive Edis.
W przeciwieństwie do aparatu zdobywcy Everestu George Leigh Mallory'ego (opisywanego już na Fotodinozie - TUTAJ) aparat Oliwii Edis istniej do dzisiaj i ma się dobrze. Nadal, po 125 latach od jego wyprodukowania i po stu latach od czasu gdy Edis fotografowała nim zrujnowaną Francję można nim strzelać doskonałej jakości zdjęcia (co udowodniło przechowujące go pieczołowicie Muzeum w Norfolk). Zanim fotografka wyruszyła w swą podróż dokumentacyjną zrobiła nim setki niesamowitych klimatycznie portretów, zdjęć o nastroju dzisiaj niespotykanym.
Przyznam, że im więcej czytam o Oliwii Edis, tym bardziej zakochuję się platonicznie w niej i w jej zdjęciach. Była wirtuozem wielkiego formatu. W przenośni i dosłownie.


Olive Edis - autoportret z 1919 roku, czasu w którym wyruszyła do Francji i Flandrii. Fotografka lubiła robić sobie zdjęcia.
Pochodziła z dobrze sytuowanej mieszczańskiej rodziny, była najstarszą z trzech córek londyńskiego lekarza. Od znajomej dostała swój pierwszy aparat - był on kiedyś własnością doktora Johna Murray'a, jednego z pierwszych dokumentalistów - fotografów w Indiach, teraz na nim trenowała umiejętności dwudziestopięcioletnia Olivia. Był to olbrzymi wielkoformatowiec, z drewnianą przednią i tylną ścianką połączoną mieszkiem, przeznaczony na szklane płyty. W ówczesnym czasie czułość materiałów wymagała ustawiania go na statywie i dużej ilości światła. Trzeba też powiedzieć, że z owym przetpotopowym sprzętem było mnóstwo roboty, opisał to kiedyś w artykule gościnnym na Fotodinozie Miłosz Gawroński - TUTAJ (opis działań wielkim formatem jest na samym początku artykułu). Oliwia nie zrażała się tym faktem, a umiejętności nabrane w szybkim czasie pozwoliły jej otworzyć profesjonalne studio w Sheringham na wybrzeżu w Norfolk. Zawiązała spółkę z młodszą siostrą - Katherine, która wraz z nią zgłębiała tajniki łapania światła na szklanych płytach, póki nie wyszła za mąż w 1907 roku. Od tamtej pory Olive Edis sama rozwijała swój biznes.
Pochodzenie z zamożnej rodziny i dobrej klasy społecznej ułatwiało obu siostrom sprawę - studio w Sherihngham zaprojektował im wuj, Robert William Edis, architekt brytyjskiego pawilonu na wystawę światową w Kolumbii. Studio miało, ówczesnym zwyczajem, szklany dach, żeby wykorzystywać maksymalnie dzienne światło, takież studia miał nie tylko sławny Nadar, fotograf - szpieg (LINK do wpisu o nim), ale także i łódzki portrecista z XIX wieku - Dominik Zoner (LINK do wpisu o pierwszych fotografach w mieście).
Oliwia była zdecydowana, odważna i wiedziała czego chce. Miała przy tym wspaniałe, empatyczne podejście do ludzi. W owych czasach, w których przygotowanie do zdjęć zajmowało długie chwile, a samo otwarcie migawki co najmniej kilka sekund, te umiejętności były bardzo istotne. Po fotografiach Edis widać na pierwszy rzut oka jej socjalne talenty. Na mało których zdjęciach z początku XX wieku modele wyglądają tak naturalnie i tak żywo. Te zdjęcia portretowe są wyjątkowe, nie tylko z racji niezwykłej plastyki obrazu - wielkoformatowy aparat daje niedościgle małą głębię ostrości i trudno uchwytny w opisie urok - ale także są wyjątkowe właśnie z racji psychologicznej wyrazistości modeli.


Rybak Lotion Tar-Bishop, fot. Olive Edis.

Rybak Gilbert Lether Rook. Fot. Olive Edis.

Rybak Buck Craske. Fot. Olive Edis.

Fot. Olive Edis.
Sheringham było miastem wypoczynkowym i portem rybackim. Oliwia fotografowała zatem śmietankę towarzyską na wakacjach, oraz... rybaków właśnie. Portrety i pejzaże okolic wydawała na widokówkach, które zdobyły wielką popularność.
Wcale się nie dziwię, wyglądają kusząco i dzisiaj.
W 1912 roku Edis zaczęła robić zdjęcia kolorowe, za sprawą wprowadzonych świeżo na rynek kolorowych autochromów, produkowanych przez braci Lumière i sprowadzanych z Francji. Była w tym jedną z pionierek. Autochromy były pracochłonne w naświetlaniu i wywoływaniu i nie dało się z nich robić z początku odbitek - były rodzajem przezrocza, potrzebującego podświetlenia. Oliwia skonstruowała i opatentowała własny diaskop do ich oglądania. Za swoje kolorowe zdjęcie - autoportret - dostała medal na wystawie Królewskiego Towarzystwa Fotograficznego w 1913-m, a rok później została członkinią tegoż Royal Society.


Fot. Olive Edis.
Aż się wierzyć nie chce - zdjęcia kolorowe sprzed I Wojny! Ale kolorową fotografię uprawiano na różne sposoby i w połowie XIX wieku, początkowo stosując barwne filtry i pracowicie nakładając na siebie kilka powstałych zdjęć, a także, najpowszechniej, po prostu podmalowując fotografię czarno-białą. Autochrom, wynalazek Louisa Ducos du Hauron'a, potem produkowany przez braci Lumière, był w stosunku do poprzednich metod stosunkowo prostym a sprytnym rozwiązaniem. 

poniedziałek, 12 sierpnia 2019

Koń jaki jest i Muybridge

Kobieta schodząca po schodach. Fot. Eadweard Muybridge (kolaż ze zdjęć).


Koń jaki jest, każdy widzi.
   (ks. Benedykt Chmielowski, 1745 r)
Niby widzi, ale jak się okazuje - nie bardzo. 
Dość dawno się zaprzyjaźniliśmy z koniem. Nie dość że 3,5 tysiąca lat temu to było, to jeszcze przed naszą erą. Koń był nam wszystkim - siłą pociągową, pojazdem do przemieszczania się, wyścigówką, zwierzem domowym, obiektem statusu, a czasem nawet i przyjacielem, jak się ktoś bliżej zaprzyjaźnił. Jednakoż do XIX wieku, mimo kilku tysięcy lat obcowania z bydlęciem, żaden malarz sztalugowy nie mógł być pewien, czy dobrze maluje konia w pełnym biegu. Sęk w tym, że nogi konia są szybkie, szybsze niż ludzkie oko. Najszybsze konie zasuwają 60km/h i dostrzec właściwy ruch kopyt nie sposób. Szeregowi jeźdźcy konni nie byli tym tematem przez ostatnie pięć tysięcy lat zainteresowani, ale im bardziej malarstwo robiło się realistyczne, im bardziej nauka czyniła postępy, tym bardziej ta kwestia stawała się istotna. Przede wszystkim- czy koń w cwale odrywa wszystkie kopyta od ziemi? Wy już oczywiście to wiecie, bo widzieliście dziesiątki fotografii biegnących zwierząt, niemniej pod koniec XIX wieku nikt ich jeszcze nie widział.


Ciekawe czy ten koń ma anatomiczne ułożenie kopyt... Władysław Podkowiński "Szał uniesień" 1894

Plotka głosi, że Leland Stanford, były gubernator Kaliforni, prezes Central Pacific Railroad, biznesmen i właściciel wielkiej stadniny koni (a później założyciel Uniwersytetu Stanforda) założył się ze znajomym Frederickiem McCrellishem o 25 tysięcy dolarów, że koń w galopie odrywa cztery nogi od ziemi. Być może to tylko malownicze przekłamanie, ale jak ubarwia narrację! 
Jak sprawdzić ów koński fakt? Może zrobić koniowi zdjęcia. Kogo by tu zatrudnić do tego? Może najbardziej wziętego ówcześnie fotografa ameryki - Eadwearda Muybridge'a.

Zarówno Stanford jak i Muybridge byli bardzo malowniczymi postaciami. Ten pierwszy dorobił się majątku wartego w dzisiejszych pieniądzach 1.506.000.000 dolarów oraz określenia stosowanego wobec siebie  przez przeciwników - "baron-rabuś" (robber-baron). Zarządzając przedsiębiorstwami kolejowymi i handlowymi, działając w polityce i stosując wszelkie swoje wpływy by kosić i wykupywać konkurencję, działał przy tym społecznie i był inicjatorem np. spółdzielni pracowniczych w USA. 

Notabene w 1975 roku studenci Uniwersytetu Stanforda zagłosowali za tym, by swoje drużyny sportowe nazwać ksywką "robber-barons", ale władze uczelni sprzeciwiły się temu, jako brakowi szacunku dla założyciela.

Muybridge natomiast... O, dużo by opowiadać. Urodził się w Kingston uppon Thames w Anglii w rodzinie kupieckiej, jako Edward Muggeridge. Nazwisko modyfikował kilka razy w życiu, twierdząc, że pisownia Eadweard Muybridge jest najbardziej zbliżona do staroangielskiego.  Jego dziadek wyuczył go papiernictwa, a w rezultacie młody Edward został pomocnikiem wydawcy i księgarzem w Londynie. W wieku 20 lat wyjechał jednak do Stanów Zjednoczonych, by pracować jako przedstawiciel londyńskiego wydawnictwa i księgarz. Trafił do Kaliforni, od niedawna kolejnego stanu USA. Trwała tam właśnie gorączka złota, a w biznesie kipiało jak w garnku bigosu. 


Samo San Francisco miało ówcześnie 40 księgarni. Muybridge prowadził swój interes z sukcesem. W 1860 roku wyruszył w podróż do Anglii, w celu poszukiwania cennych pozycji antykwarycznych, mając zamiar sprzedawać je w USA. Udał się w tym celu dyliżansem do St.Louis z zamysłem dostania się koleją do Nowego Jorku. Niestety nie dotarł do celu. W środkowym Teksasie konie gwałtownie poniosły pojazd powodując katastrofę - jeden z podróżnych zginął na miejscu, a Muybrigde wypadł z powozu i uderzył głową w kamień. Zabrano go do szpitala znajdującego się 240 mil dalej, w Fort Smith i dopiero stamtąd księgarz miał jakiekolwiek późniejsze wspomnienia po swoim wypadku. Leczył się tam trzy miesiące, cierpiąc na zanik powonienia i smaku, oraz dezorientację i brak skupienia. Leczenie kontynuował jeszcze przez rok w Nowym Jorku. 
Dzisiejsze analizy medyczne twierdzą, że wypadek mógł mieć spory wpływ na charakter i zachowanie Muybridge'a, u którego zauważano później czasami niezrównoważone zachowania. Mógł mieć także wpływ na wyzwolenie kreatywności, z której wcześniej nie był znany.
Księgarz wracał do zdrowia w rodzinnej Anglii, gdzie, według jego własnych słów, lekarz zalecił mu zmianę zainteresowań na świeży wynalazek - fotografię.

piątek, 26 lipca 2019

Pan Gęsty, Pan Nieznany i Sufrażystki - Horace Nicholls



A może wojny nie były takie złe? 
Zwłaszcza Pierwsza Światowa.

I Wojna pozostaje u nas poza głównym nurtem zainteresowania. Była, ale jakby nie u nas. Zupełnie słusznie, bo Polski wtedy nie było na mapach, jedynie Królestwo Polskie, Carstwo Polskoje, Priwislinskij Kraj, przyklejony do Rosji. Polska prawdziwa i jej odrodzenie były tylko w marzeniach przedwojennych pokoleń. A ponieważ I Wojna Światowa, konflikt mocarstw, pozwoliła wreszcie spełnić te marzenia, została niejako przykryta dążeniami niepodległościowymi i odzyskaniem Rzeczypospolitej. Z innej strony biorąc, z nadchodzącą I Wojną wiązano u nas znaczne NADZIEJE a nie obawy. Konflikt umożliwił odtworzenie w różnych postaciach polskich sił zbrojnych, choćby Legionów Piłsudskiego, czy Armii Hallera. Nastąpiły też liczne odpusty i koncesje polityczne na rzecz Polaków - każdy z krajów zaborczych chciał nas jakoś podkupić, choćby na pokaz.

Pierwsza Wojna, burzliwa na naszych terenach, choć spowodowała wykoszenie 14% ludności Polski i zniszczenie 30% majątku (bo wszystkie armie, zwłaszcza rosyjska, stosowały metodę spalonej ziemi) skończyła się dla nas szczęśliwie - mogliśmy po prostu poczuć się zwycięzcami. Wyniszczonymi, zbiedniałymi, ale zwycięzcami.

Dlatego do dzisiaj nie powstało u nas żadne "Muzeum I Wojny Światowej". Na razie jest tylko pomysł jego budowy w Krakowie.

Na Zachodzie widziano to zupełnie inaczej. Należy tu powiedzieć, że I Wojna po zachodniej stronie Europy była ZNACZNIE większą traumą niż Druga. Oczywiście nie dla Żydów, którzy po nastaniu hitleryzmu najpierw musieli emigrować, a potem byli wywożeni do obozów koncentracyjnych. Sęk w tym, że owe obozy akurat Niemcy postanowili budować tylko w Europie Wschodniej. 
U nas zatem obydwie wojny mają niemal przeciwny status niż np we Francji, Austrii czy Belgii, a nawet w Wielkiej Brytanii. 

Potwierdzają to suche liczby statystyk - w I Wojnie zginęło 3,2 miliona brytyjskich obywateli (wliczając kolonie), w II Wojnie - 450 tysięcy. Francja: w I Wojnie - 6,16 miliona zabitych, w II Wojnie - 600 tysięcy (również doliczając kraje kolonialne). Widać różnicę, prawda?

Tam, na Zachodzie przez kilka lat z kolei, dziesiątki, setki tysięcy młodych facetów ginęły masowo w okopach wojny pozycyjnej, każda rodzina wysłała do tych okopów jakiegoś syna, brata, czy krewnego. Tam Wojna Imperialna była wojną osobistą i dotykającą, okupioną wielkimi, niepotrzebnymi stratami i nie przynoszącą oczekiwanych rezultatów. Rozczarowaniem po prostu. 


Francuski 87 Regiment w okopach pod Verdun, 1916. Autor nieznany.


Nie wszyscy mogli brać udział w Wielkiej Wojnie bezpośrednio, ale wspomagali wysiłek wojenny swojego kraju, zachęcani rządową propagandą. Robili zdjęcia na przykład.

Horace Nicholls, miał w 1914 roku pod pięćdziesiątkę, nie kwalifikował się zatem na front. Wychował się w rodzinie fotograficznej, nauczył się robić zdjęcia od ojca. Pracował w młodości na wyspie Wight i w Yorkshire, potem wyjechał do brytyjskich kolonii - do Południowej Afryki, gdzie został dziennikarzem prasowym w Johanesburgu. Przesyłał stamtąd zdjęcia z Drugiej Wojny Burskiej do czasopisma w Anglii i nabierał doświadczenia. Wkrótce wrócił do macierzy i jako wolny strzelec zajął się fotografią kotletowo - towarzyską i współpracą z The Ilustrated London News, i The Tatler ("an ilustrated journal of society and the drama" istniejącym od 1903 roku do dziś). Fotografował damy i gentelmanów z towarzystwa, rauty dobroczynne, wyścigi konne w Goodwood, relacjonował plotki i spotkania. Pod tym względem Horace Nicholls był jednym z pionierów fotograficznej freelancerki, jednym z pierwszych fotografów, którzy utrzymywali się z tego rodzaju pracy


Lunch na Derby. Fot. Horace Nichols

Derby, stadion główny, 1909. Fot. Horace Nicholls.


W drodze na Derby. Fot. Horace Nicholls


Był fotografem, który zilustrował  książkę pierwszej brytyjskiej automobilistki wyścigowej - Dorothy Lewitt, wydaną w 1909 roku pod tytułem "The woman and the car" i będącą poradnikiem motoryzacyjnym dla kobiet. (jest to, doprawdy, niezły temat na osobny wpis, ale na wpis raczej dla automobilownia.pl)


Dorothy Lewitt demonstruje jak zalać gaźnik. Fot. Horace Nicholls.

Gdy wybuchła I wojna miał 47 lat. Na front poszedł jego syn, a Nicholls prowadził nadal działalność wolnego strzelca gazetowego, zajmując się jednak, z racji czasów, poważniejszymi tematami reporterskimi. W 1917 roku nadeszła wieść o śmierci syna fotografa, być może w bitwach pod Arras i Verdun, bo Brytyjczycy ponosili tam gigantyczne straty. W tym samym czasie Horace W. Nicholls dostał angaż od nowopowstałego Ministerstwa Informacji na oficjalnego fotografa Home Front (zaplecza wojennego). Takich rządowo - wojennych fotografów zaangażowano szesnastu, między innymi George P. Lewisa (a także kobiety Christinę Broom i Olive Edis, może kiedyś napisze się o tych paniach wpis).

Nicholls rzucił się do robót fotograficznych, obrazujących wysiłek wojenny na tyłach. Ministerstwo informacji angażowało wszelkie środki, żeby pobudzić w społeczeństwie maksymalne zaangażowanie, zobrazować dobitniej sens wojny przeciw Niemcom i zwiększyć pobór do wojska. 


Pracownica  ładuje worki na South Metropolitan Gas Works Old Kent Road w Londynie, Fot. Horace Nicholls



I wojna przeorała brytyjskie społeczeństwo, nieco może delikatniej, niż II Wojna w Środkowej i Wschodniej Europie, ale jednak wyraźnie. Wszyscy młodzi mężczyźni zostali wzięci w kamasze i poszli walczyć i ginąć masowo na Kontynencie, szybko zabrakło rąk do pracy w fabrykach broni, w przemyśle i wszelkich dziedzinach gospodarki.