wyświetlenia:

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Austria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Austria. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 maja 2019

Miękkie podbrzusze Austrii







Weszliśmy do pierwszego za granicą Mc Donalda. Troszkę byłem zawiedziony, jak zwykle. W polskich Mc Donaldach nad kasami zawsze widnieje napis "Zamów Order". Zwykle zamawiam Virtuti Militari i jestem zadowolony. Tutaj się nie dało, bo napisy były po niemiecku.

Zamówiliśmy wszystkie te niezdrowe produkty, powodujące tycie, podwyższanie cholesterolu i zatykanie różnych ważnych aort. Potem trzeba było poczekać, co stanowiło dobrą okazję do porozglądania się po świecie.

Na ścianie wisiała na przykład tablica "obsługujemy was z zaangażowaniem" przedstawiająca zdjęcia i imiona pracowników. Były tam bez wyjątku same germańskie imiona takie jak Jaromir, Lenka, Čenek, Jiři i Kveta. Ale to jeszcze nie było najlepsze. Najlepszy był wiszący nad naszym stolikiem krzyż. Jaki krzyż? No taki zwyczajny. Na nim Jezus Chrystus. W McDonaldzie pod austriacką stolicą patrzył na jedzących burgery.

Zjedliśmy i ruszyliśmy na Wideń.


"Z pod Krakowa ruszyło się wojsko na Tarnowskie Góry, Opawę i Ołomuniec traktem ku Widniowi, gdzie prowianty obficie dla nas były nagotowane i magazyny założone co cztery mile, przez ziemię cesarską. Przy każdym magazynie była szopa budowana pełna owsów, chliba, ledwo nie wprost z pieca wyjętego, bydeł, baranów trzodami, sian strasznymi styrtami, piwa beczkami.

(...)
Cały dzień szliśmy ku Widniowi nie publiczną drogą, ale manowcami do marszu niesposobnymi, osobliwie do prowadzenia armat, gdzie, gdy jaka górka trafiła się, to sobą piechoty musiały wciągać; i takeśmy strawili cały dzień na tym marszu, który czyli umyślnie czyli z przypadku tak był powolny, żeśmy aż ku zmrokowi, po zachodzie słońca, stanęli z wojskiem na nocleg w dębinie, wielkie pół mili od Widnia".
Dyariusz wideńskiej okazyji Jimci Pana Mikołaja na Dyakowicach Dyakowskiego.

Wideń puściliśmy mimo, jeno tylko Dunaj obaczywszy, bo skierowaliśmy się, zupełnie jak bohaterowie powieści Mrożka - na południe tym razem.

Co ja wiem o Austrii? Niewiele. Wiem tylko, że kiedyś to był kraj od morza do morza, nawet Lwowa i Krakowa sięgał, a teraz jest maluśki, tyci tyci, ledwo go na globusie widać. Austriaków niewielu. Osiem milionów zaledwie. Zjedlibyśmy ich na śniadanie. Natomiast dzięki aktualnemu pobytowi i kontaktowi z autochtonami dowiedziałem się paru ciekawych rzeczy. Wiecie ile mieszkańców ma DRUGIE co do wielkości miasto Austrii, czyli Linz? Dwieście pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców. Następne w kolei większe miasta ledwo przekraczają sto tysięcy ludzi. 
No to ile ma stolica owego mikrokraju? Otóż ma milion osiemset tysięcy mieszkańców! Wszyscy Austriacy siedzą w Wiedniu, a reszta to prowincja.
No i ta Austria jest jednym z nielicznych krajów, którym Związek Radziecki odpuścił, po tym jak już je miał. Po II Wojnie Austria była podzielona na cztery strefy okupacyjne, amerykańską, francuską, brytyjską i rosyjską. ZSRR miał niemal 1/3 powierzchni kraju od strony wschodniej, czyli de facto od strony stolicy. Sam Wiedeń był, podobnie jak Berlin, wyspą na tym terenie i został podzielony również na cztery osobne strefy, wewnątrz okalającego go obszaru radzieckiego.
Jak to w ogóle się stało, że Rosjanie odpuścili Austrii? Mieli oni w powojennym rządzie austriackim co najmniej 1/3 najważniejszych ministrerstw obsadzonych austriackimi komunistami, a pierwszy premier Karl Renner uznawany był za marionetkę. A mimo tego odpuścili. Historycy spierają się w tej kwestii. Bogobojni Awstrijcy (ci, którzy zapewne powiesili krzyż w Mc Donaldzie) mówią o zbawiennym wpływie Matki Boskiej, patronki Austrii, do której cała Austria chodziła w regularnych masowych pielgrzymkach- krucjatach w intencji wyzwolenia kraju - organizował je zakonnik Peter Pavlicek, były sanitariusz i jeniec obozu w Cherbourg.

Mniej bogobojni wspominają jednak o gigantycznym odszkodowaniu, jakie Austria zapłaciła Rosjanom, po długich negocjacjach. Nieoficjalnie mówi się dzisiaj, że złożyły się na tę kwotę majątki austriackiej arystokracji. Dość ciężko znaleźć kwotę owych odszkodowań, Austriacy jakoś się tym mało chwalą na swoich stronach historycznych, milczą o tem Wikipedie. Ale znalazłem w końcu. To było 150 milionów ówczesnych dolarów, dzisiejsze półtora miliarda! Płatne w ratach po 2,5 miliona rocznie, plus 1 milion ton ropy.
Austriakom sprzyjała śmierć Stalina w 1953 roku i to, że w ZSRR trwały walki buldogów pod dywanem o schedę po nim. Do tego Chruszczow zdawał sobie sprawę z przewagi aliantów zachodnich i potrzebował kilku lat spokoju. W zamian za wpisanie w konstytucję austriacką neutralności kraj odzyskał niepodległość w 1955 roku.
Też byśmy tak chcieli.


Fot: Gryka.





Karyntia leży na dole Austrii. Ale nie-tak-strasznie-na-dole jak Tyrol, który przechodził w swym trwaniu z rąk do rąk, a i do dziś jest w połowie włoski. W Karyntii było znacznie spokojniej. Pierwsi i tak byliśmy tu my.

Znaczy Słowianie.
No dobra. Znaczy się pierwsi przed Germanami, ale już po Rzymianach i Celtach. Dopiero potem Germanie i germańskość, Habsburgowie i Austria. Ale do dzisiaj została tu garstka Słoweńców. Zapewne zapomnieli zwiać do Słowenii.
To co tu widać - to są same góry. Alpa za Alpą. Same Alpy. Człowiek żegna się w pięć minut z płaskim krajobrazem okolic Wiednia, a potem reszta kraju to góry. To tak jakby Tatry się zaczynały w Warszawie, a kończyły na Słowacji. To na pewno zmienia człowieka, taki górzysty kraj. Człowiek czuje się oddzielony od reszty Alpą i zaczyna kombinować osobnie, nie wiedząc co tam się za górami dzieje. Z tego zapewne powodu Austria to osobne stany - landy, a wcześniej księstwa.
Karyntia, niby taka sama jak reszta Austrii, czyścutka, grzeczna, uporządkowana, śliczna, ale górnym wiatrem można tu wywęszyć nieco inną specyfikę. Miękcej jakby. I jakby więcej staroci. 



Po wsiach stoją trzystuletnie stodoły, albo obórki. Czasami nieco nadgryzione zębem. Chałupy czasem (rzadko) zdają się być rodem ze średniowiecza i pewnie niektóre są. To się jakoś w Tyrolu nie rzucało w oczy, a w Karyntii - tak. Do tego całe rzesze zamków. I to zamków- nietypowo dla Austrii - w bardzo różnym stanie. Większość dotychczas widzianych austriackich zamków była w stanie wypieszczenia, jakby je przedwczoraj zbudowano, zamienionych w hotele, albo pełniących od stuleci rolę siedziby rodowej, wycyzelowane i wypucowane do cna. W Karyntii poszli na całość - jak się bawić, to się bawić: herbatę z cytryną poproszę - mają nawet trochę ruin zarośniętych krzaczorem. Niesamowite. Jak na Austrię.
(Uogólniam, bo niewiele z Austrii, tak naprawdę znam.)

Jednak jak zobaczyłem zamek w Gmünd, to pomyślałem, że chyba jestem po drugiej stronie południowej granicy tego kraju i że przypadkiem, nie zauważywszy trafiliśmy do lekko zapyziałych i naturalistycznych Włoch.

Bo jest takie miasto:

Gmünd


Automobiliści znają je skądinąd, wcale nie z zamku. To tutaj zbudowano pierwszy samochód marki Porsche. Ale nie celowo tutaj, tylko za sprawą licznych zbiegów okoliczności. W ogóle historia Porsche, to jest seria zmyłek. Ktoś, kto niespecjalnie interesuje się motoryzacją przypomni sobie zaraz Ferdynanda Porsche "ulubionego konstruktora Hitlera" i twórcę Garbusa (ciężko go nie znać, bo książka o nim stoi na półkach nawet w Tesco). To zapewne Ferdynand wymyślił niemieckie sportowe samochody Porsche, i to zapewne jeszcze przed wojną.

Nie.
Nie.
Nie.
To syn. W Austrii. Po wojnie.
Biuro konstrukcyjne Porsche zostało przymusowo przeniesione z Niemiec do Austrii w 1944 roku, ze względu na wzmożone bombardowania Stuttgartu. Minister Albert Speer nakazał Ferdynandowi wyniesienie się do spokojnej Karyntii, do Gmünd właśnie. Rok później wojna się skończyła, a Ferdynand Porsche został uwięziony przez francuskie siły okupacyjne i przesiedział w zamknięciu 22 miesiące. Tymczasem jego syn Ferry Porsche kombinował jak koń pod górę, żeby znaleźć zajęcie dla biura konstrukcyjnego, które właśnie straciło wojskowe zlecenia na czołgi i działa samobieżne. Wymyślił sportową wersję Garbusa. Przeprojektował auto i w Gmünd rozpoczął manufakturową produkcję roadsterów i coupe, wytwarzanych z aluminium, którego akurat było w nadmiarze w bezrobotnych fabrykach lotniczych.
Po kilku latach Porsche wyniosło się z powrotem do Stuttgartu, ale zanim się to stało, do warsztatu zaglądał często dziesięcioletni Helmut Pfeifhoffer, który z synami inżynierów z Porsche chodził do miejscowej szkoły. Pfeifhoffer połknął bakcyla motoryzacji na dobre. Czterdzieści lat później założył prywatne muzeum samochodów Porsche w Gmünd.
Muzeum mieści się w dawnym budynku stajni dworskiej, pięknym i świetnie odrestaurowanym. Przyznam jednak, że budynkowi poświęciłem niewiele czasu, wobec jego zawartości. Pełna relacja z muzeum jest tutaj na moim blogasku Motodinoza - LINK


Kopyto do nadwozi Porsche 550 Spyder.



Muzeum Porsche Gmuend

Egzemplarz Porsche nr 8.
Pan Pfeifhoffer, wraz z synem Christophem zebrali w swej stajni różne niewiarygodne cymesy, między innymi ósmy egzemplarz Porsche z 1948 roku, kopyta do produkcji karoserii aut, czy też jeden z czterech na świecie Garbusów z napędem 4x4 wyprodukowanych dla feldmarszałka Erwina Rommla do afrykańskiej inwazji. Muzeum jest miejscem do koniecznego obejrzenia dla każdego automobilisty, ale daje też sporo satysfakcji osobom niespecjalnie zainteresowanym samochodami - jest to po prostu kawałek ciekawej historii.

poniedziałek, 16 maja 2016

Tyrol - czyli koszenie austriackich łąk, podczas historycznego jodłowania.



Tyrol nie jest kąskiem, z którego można zrezygnować.”
                   książę Wittelsbach, ok. 1330 r.

Od ponad tygodnia rozmyślam.
To znaczy urlop to niby był, ale taki, który zabił mi klina i nie mogę przestać rozważać i zastanawiać się. Porównywać. Bo człowiek chciałby zrozumieć świat.
Wybór zupełnie przypadkowy, a raczej nieświadomy- znaczy się był to ślepy los- rzucił nas do kolejnego miejsca w Europie, które jest przygranicznym tyglem wielusetletnich konfliktów.

Bo Tyrol jest jak Śląsk. Nie wygląda, co prawda. Ani jednej hałdy węgla, ani jednego kopalnianego szybu, ani jednego Muzeum Śląskiego. Zupełnie inny, ale gdy się przyjrzeć- co nieco podobny.
Ale ja, powiem szczerze- wielu rzeczy nie rozumiem.

Nie potrafię ogarnąć Alp jakie stawia przed turystą dolina Pitztal.


Jest tu jak w raju. Jak by w rajską dziedzinę ułudy na skrzydłach wznieść się marzenia (cytat).