wyświetlenia:

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włochy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włochy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 października 2019

Światło.



Na szczęście tanio latają. Dzięki temu człowiek może się rozwijać fotograficznie. Nabywać wiedzy. Nie jest to może jakaś wiedza tajemna, ale jest.
Po raz pierwszy w życiu, po raz drugi w tym samym lecie odwiedziło się Włochy. I odczuło się fotograficzną zmianę. Zmieniły się kolory i odcienie.
Niektórzy wstają o czwartej, żeby zdążyć na wschód słońca i złotą magiczną godzinę, niektórzy cytują znany cytat: Amator martwi się o sprzęt, profesjonalista o kasę, a mistrz martwi się o światło. Niektórzy wracają wielokrotnie w to samo miejsce, żeby złapać najlepszy układ oświetlenia. Rozumiem ich. Mają rację. Niemniej nigdy tak wyraźnie świat nie zwrócił mi uwagi na to, że położenie słońca na niebie tak zmienia kolory i natężenie.
Szosy zawiodły nas na półwysep Gargano, przedziwnego wieloryba wyciągniętego na brzeg płaskiej jak stół Apulii. Z monotonnych równin, sadów oliwkowych i salinowych jezior wyrasta nagle łańcuch niskich gór wyciągnięty w morze. Miejsce to jest mniej znane, niż turystyczna mekka wybrzeża Amalfi i Sorento, aczkolwiek Włosi wiedzą o nim doskonale i tutaj właśnie spędzają urlopy. Na szczęście ich plany urlopowe kończą się jak nożem uciął 1-go października, szosy pustoszeją, a sklepiki zamykają się po sezonie.
Gargano wyciągnięte w morze jest na wybrzeżu dość pustawe - niewiele pięknych miasteczek rozsiadło się na jego klifach, a wnętrze zajmuje kuriozum na włoską skalę - park narodowy Foresta Umbra, w którym ino lasy, bory i nieliczne kręte drogi, a poza tym nic. Włoch musi się tam czuć nieswojo. Dla Polaka jest to rzecz dość familiarna, zwłaszcza na Ścianie Wschodniej, albo na Kaszubach całkiem spotykana. W gęsto zaludnionym południu włoskiego buta stanowi niejaki wyjątek. Mroczne, pierwotne lasy, gęsto zarośnięte flankują od strony nielicznych miasteczek pastwiska domowej fauny.
Generalnie malowniczo na zabój.
Przybyliśmy, zobaczyliśmy, sfotografowaliśmy.

















poniedziałek, 16 września 2019

Apulia i okolice Taranto. Nie wolno zwiedzać nieciekawych rzeczy!

Nie wolno zwiedzać nieciekawych rzeczy. Trzeba zwiedzać same najciekawsze. Oto w pełni półprofesjonalny półprzewodnik wrażeniowy.  Włochy południowe. Tym razem na blogu będzie dużo zdjęć. Dużo dużych zdjęć. Ale opisu też będzie trochę.


Apulia jest wielka. Od łydki, aż do obcasa włoskiego buta. Tutaj będzie tylko o okolicach Tarentu (Taranto), jakie się liznęło niczym cukierek przez papierek. O kostce i obcasie buta już było na Fotodinozie - TUTAJ i TUTAJ. Teraz będzie głównie o podeszwie. 




Do zwiedzania w pobliżu są następujące rzeczy:

A. 
wielkie wąwozy (gravine) wcinające się we wzgórza wybrzeża jońskiego i przecinające środkiem co najmniej kilkanaście miast. W wąwozach są liczne jaskinie, część naturalnych, część wydrążonych. Od tych jaskiń zaczęła się właśnie kariera owych miast (Matera, Massafra, Castellaneta, Laterza) - różni praprzodkowie mieszkali w wąwozach, a potem z nich wyleźli na wierzch i pobudowali zamki i kościoły. Jaskinie się czasem później jeszcze przydawały - w Gravina Petruscio koło Mottoli stacjonowali np. kilka dni żołnierze generała Andersa.
 Wąwozy są całkiem spektakularne widokowo, sporo w nich starych jaskiniowych kościółków. Rzadko, niestety, są widoczne z dróg, które je na ogół omijają, ale np. w Massafrze wielki jar dzieli centrum miasta na pół. Atrakcje wąwozów są jednak latem głównie dla wariatów, gotowych biegać po skałach w czterdziestostopniowym upale. Nie lubimy biegać po skałach w czetrdziestostopniowym upale. Dwa zdjęcia i wychodzimy.





Gravina Petruscio

Gravina Petruscio

Gravina Petruscio


Gravina Petruscio










Craco




B. 
B.
Miasteczka.
To jest to, co tygrysy lubią najbardziej.
Półdziki pies sześcionogi - Tarent już został opisany we wpisie kilka dni temu - LINK. O Tarencie można powiedzieć następujące rzeczy, że nikt nie zaprzeczy: jest fascynująco różnorodny, od jego mienia wzięły nazwy następujące elementy: pająk Tarantulla (odmiana apulijska, kąsząca boleśnie, ale nie bardzo szkodliwie), taniec Tarantella (skoczny, wykonywany pierwotnie w celu wypocenia jadu owego pająka), reżyser Tarantino (którego rodzina stąd się wywodzi). Teraz zaś będzie o mniejszych miejscówkach.
W Apulii środkowej nie wolno przeoczyć świętej czwórki spektakularnych

sobota, 7 września 2019

Sześcionogi pies - Tarent.


Nie mogę się od tego miasta wyzwolić, jak od serialu "Czernobyl", mniej więcej. Jest tak wciągająco mroczny, klimatyczny, ze wspaniale oddanym realistycznym duchem, maksymalnie zapadającymi w pamięć kadrami, stonowaną kolorystyką. Ale nie bezwzględnie piękny. Mam skłonności do miast pięknych niebezwzględnie. W jednym z nich mieszkam.
Nie jestem pewien, czy w Tarencie chciałbym mieszkać. Zupełnie tak, jak być w 1986 roku w Czernobylu. Ale podglądać to wszystko z perwersyjną przyjemnością chciałbym po wieczność. Sądząc po popularności serialu "Czernobyl" wielu ludzi podziela te perwersje. Jedźcie do Tarentu!
Miasto gęste od nawarstwień. Częściowo palimpsest, na których ręce potomnych zmazywały wcześniejsze teksty, żeby napisać swoje. Ale jeszcze bardziej archiwum, magazyn przeszłości, do którego kolejne pokolenia dokładają swoje tomy, nie wyrzucając starych segregatorów.




Wjeżdża się do Tarentu od północy przez petrochemię Agip. Przez kilka kilometrów fabryk, składów, rzędów torów kolejowych widocznych z wiaduktów, wysokich wież portowych dźwigów, terminali tirów. Część z nich zarośnięta, martwa, pusta, zaśmiecona. Węże autostradowych ślimacznic , niezbyt ruchliwe, oplatają widza, przypływają i odpływają, markowane przez drogowskazy na Reggio di Calabria, Brindisi albo
 Nardò. Wielu zamknęłoby oczy. Ale nawet prowadząc samochód można dostrzec wśród nich nieco wyschnięte rodzynki. Pomniki modernizmu z lat trzydziestych, pięćdziesiątych, sześćdziesiątych. 





Potem nagle i niespodziewanie wysoka wieża, najprawdopodobniej nieczynnej latarni morskiej, ginąca wśród kominów petrochemii. Znów porty przeładunkowe nad którymi przejeżdża się górą, na estakadzie. I już z tej estakady widzi się wyspę na której leży stare miasto.
Bo Spartanie założyli Tarent na wyspie pomiędzy otwartym morzem Zatoki Tarenckiej, a dwoma morskimi jeziorami - Mar Grande i Mar Piccolo. 






Mówi się, że Sparta nie miała żadnych własnych kolonii. I to jest poniekąd prawda. Tarent jest dziełem Spartan wykluczonych.
Sparta, kraj rządzony silną ręką, dzielił swą ludność na kasty, w zależności od pochodzenia i ściśle wyznaczała obowiązki i prawa. Periojkowie byli ludźmi częściowo wolnymi, ale nie mieli praw politycznych, za to obowiązek uczestniczenia w wojnie wraz ze spartańskimi hoplitami. Przez pewien okres zezwalano periojkom na związki z kobietami z kasty wolnej, ale potem unieważniono to prawo, a potomkowie zrodzeni z mieszanych związków zostali zmuszeni do emigracji - oni właśnie założyli Tarent - jedyną spartańską quazi - kolonię.




Potem, przez wiele, wiele wieków Tarent był miastem żyjącym w potężnej opozycji do Rzymu, niemal z reguły popierając jego wrogów, w tym znanego nam bliżej króla Pyrrusa (z którym Fotodinoza spotkała się już w Albanii - LINK ). Potem przez pewien czas podbili Tarent Arabowie, potem Normanowie, którzy zbudowali nie tylko zamek w Taranto, ale generalnie prawie wszystkie na południu Włoch. Potem miasto weszło w skład Królestwa Obojga Sycylii.




Mówią, że Tarent to mały Neapol - też jest podobnie spatynowany, nieco półdziki, ciemny i ma swój "Castel dell'Ovo" na nadbrzeżu. Ale choć podobieństw sporo, Tarent jest jakby znaczniej gęstszy, a przy tym łatwiejszy do ogarnięcia - na znacznie mniejszej powierzchni znacznie bardziej kontrastowy. Wszystko jest w tym mieście Naraz.









Wyspa starego miasta jest najbardziej dominującym miejscem, jakie widziałem. Można powiedzieć, że niemal przytłaczającym proporcjami. Niemal niewiarygodnym. Wąskie uliczki są częste we Włoszech, w Hiszpanii, w Chorwacji. Ale nigdy nie widziałem tak potężnych kamienic na tak małej przestrzeni. Wygląda to tak jakbyście wzięli łódzkie kamienice... nie. Wróć. Wygląda to tak, jakbyście wzięli sześciopiętrowe paryskie kamienice i ustawili je na gęstwie ulic szerokości, w porywach dwóch i pół metra. Wąwozy wąskich uliczek, gdzie słońce ledwo dociera, i tylko dlatego, że to włoskie, ostre, południowe słońce.




Stare miasto ma status "opuszczonego", ale można je nazwać opuszczonym w połowie. Stoją tu kamienice - pałace wielmożów, z odpadającymi tynkami, zamurowanymi oknami i krzaczkami rosnącymi w rynnach. Stoją tak blisko siebie, że

piątek, 4 stycznia 2019

Sta in stazione la locomotiva




Posłuchajcie tylko jak to brzmi!

Sta in stazione la locomotiva: 

Grande, pesante, sbalorditiva, 
d'olio grondante, 
tutt'ansimante. 
Sbuffa, stantuffa, soffia il vapore: 
Come sopporta tanto calore? 
Buff, che calore! 
Uff, che calore! 
Puff, che calore! 
Ciuff, che calore! 
L'asma la prende, ha già il fiatone, 
Mentre il fochista aggiunge carbone. 
Tante carrozze le hanno agganciato, 
Lunghe e larghe, di ferro temprato. 
Ogni vagone di cose è pieno! 
Nel primo mucche, nell'altro fieno. 
Nel terzo stanno grossi ciccioni 
Che si abbuffano di salsiccioni. 
Il quarto porta banane storte, 
Il quinto un'arpa, e un pianoforte. 
(...)
Altri vagoni saranno cento 
Ma cosa portano io non rammento. 
Anche un migliaio di atleti nati 
Forti, robusti e ben allenati, 
Nutriti a mille chili di pasta 
Per sollevarli ancora non basta. 







Będąc młodą lekarką (cytat) na wakacyjnej rubieży, nie miałem pojęcia, że ten streamline tak mnie weźmie. Przyznam, że nigdy na oczy swe własne nie widziałem i ręką nie dotykałem przykładów prawdziwego streamline'u, z lat właściwych - czyli wszystkich obłych kształtów, które w latach międzywojnia robiły karierę w architekturze, designie i motoryzacji. No, nie licząc kilku kamienic z Łodzi i Katowic. W Gdyni nie byłem (szkoda), USA znam jedynie z opowieści i filmów (szkoda), a Tatraplana widziałem tylko na zdjęciach (Škoda). Ale streamline niespodziewane napadł na mnie we Włoszech.





poniedziałek, 29 października 2018

W Sorencie (vol 2). Podglądanie przodka.



Umrzeć z wrażeń estetycznych niewątpliwie można pod Neapolem, co opisałem w poprzednim felietonie – LINK. Na szczęście w pobliżu półwyspu Sorrento można oglądać też życie przodków, bo inaczej człowiek by nie wytrzymał takiego natężenia pięknych widoków. Jakieś granice muszą być.
Pojechaliśmy pod wulkan obejrzeć przodka. Od tyłka.

O roku ów! Siedemdziesiąty dziewiąty!
Wtedy to, piętnastego lutego nastąpił wybuch gazu w rotundzie PKO w Warszawie... A nie! Wróć! To było tysiąc lat później!
Tysiąc lat wcześniej 24 sierpnia Wezuwiusz, milczący od trzydziestu wieków i uznawany przez starożytnych za zwyczajną górę nagle eksplodował. Były co prawda liczne symptomy o kilka dni wcześniejsze - wstrząsy tektoniczne, znane od dawna pod Neapolis, ale tym razem znacznie mocniejsze. Wyschły też wszystkie okoliczne źródła. Nad wulkanem wzniosła się trzydziestokilometrowa kolumna eksplodujących pyłów, sięgająca stratosfery, na górze rozczapierzająca się w grzyb, niczym od bomby nuklearnej. Piliniusz Młodszy, który obserwował to zjawisko z odległości kilkunastu kilometrów, opisał że słup dymu przypominał drzewo piniowe. Potem od szczytu wulkanu, a także z góry, z nieba zaczął padać na ziemię rozżarzony popiół i kamienie wulkaniczne, nawalając we wszystko co było w pobliżu, a dymy które zasnuły niebo sprawiły że nie było ciemno jak w nocy, tylko tak ciemno, jak w zamkniętym, nieoświetlonym niczym pomieszczeniu. Ludzie z miast pod wulkanem zaczęli w panice uciekać tuż po eksplozji, ale ciemności i straszliwe gorąco uniemożliwiły większości te zamiary. Kiedy później z góry nadeszły spływające fale piroklastyczne, niosące gorące gazy zmieszane z pyłem, z prędkością 160 kilometrów na godzinę los wszystkich pozostających pod Wezuwiuszem ludzi był już w jednej chwili przesądzony. Warstwa pyłów i lawy pokryła kilkunastometrową warstwą trzy miasta - Pompeje, Stabię i Herkulanum. Zniknęły jak sen jaki złoty.
Po kilkuset latach tereny zabudowano ponownie. Najmniej Pompeje, bo tam pylisty grunt był bardzo niestabilny. Jednak Herkulanum zalał potok lawy, zmieszany z błotem, na który następnie spadł gorący deszcz kondensacyjny, tworząc gigantyczną, trwałą skalistą skorupę.
O pogrzebanych miastach i historii wybuchu wulkanu zapomniano na szesnaście wieków na dobre.
Pod koniec XVI wieku podczas kopania kanału odwadniającego natrafiono na ruiny i stwierdzono po raz pierwszy od starożytności istnienie zasypanego miasta Pompei. Musiały minąć jeszcze dwa stulecia zanim król Neapolu rozpoczął prace wykopaliskowe, a dopiero w latach 60-tych XX wieku odsłonięto całość miasta.
Pompeje są najbardziej znane, wręcz słynne na świat cały, co ciekawe dzisiaj znacznie bardziej słynne niż w latach swojej świetności. Kiedyś były tylko jednym z niezbyt dużych rzymskich miast, dzisiaj odwiedza je co roku 3,5 miliona turystów! Pomyślcie - co to za liczba!






Tymczasem Herkulanum pozostaje w cieniu. Ponieważ musieliśmy wybierać - postanowiliśmy dać mu szansę. Jest mniej spektakularne, ale bardziej klimatyczne. O Herkulanum nic nie wiedziano aż do roku 1709. Wtedy to, kopiąc studnię natrafiono najpierw na posadzkę amfiteatru, a kiedy tereny wokół nabył książę d'Elbeuf zdołał wyciągnąć tunelem spod ziemi kilka pięknych rzymskich posągów. Szerzej zakrojone badania zostały rozpoczęte w 1738 roku na rozkaz Karola III, ówczesnego Króla Obojga Sycylii. Odkrycia w Herkulanum nie były takimi sobie odkryciami. Przedmioty i zdobienia z wykopalisk, którymi interesowano się wielce w świecie naukowym i artystycznym, miały wpływ na europejski neoklasycyzm i zostały wzorami dla wielu rzemieślników i architektów tego czasu. Prace przerwano, po odkryciu pobliskich Pompei, które okazały się dużo łatwiejsze do odkopania. Dopiero w 1828 roku wykupiono ziemię nad Herkulanum i wznowiono eksplorację. Trwa ona do dzisiaj. I nigdy się nie skończy.
Otóż na Herkulanum stoją dziś przedmieścia Neapolu - Ercolano i Portici, z kilkupiętrowymi kamienicami, ulicami, ruchem miejskim i trolejbusami na dodatek. Od wielu lat mówi się o potrzebie wykupienia kolejnych budynków, żeby rozebrać je i przebić się do kolejnych warstw rzymskiego miasta. Ale te głosy nigdy nie są wystarczająco silne. Mówi się, że camorra ma w posiadaniu dużą część kamienic i blokuje wszelkie działania archeologów. Zatem jedyna możliwość to kopanie tuneli pod budynkami. Tak się odbywa dzisiaj eksploracja Herkulanum.

piątek, 25 maja 2018

Upadek Rzymu.



Czarne chmury zbierają się nad miastem pełnym ruin. Głowy uniesione w górę obserwują z niepokojem niebo. Czerń nadciąga od północy i niebezpieczeństwo narasta z każdą chwilą, widać w tłumach liczne zatroskane twarze. Co będzie? Wreszcie realizują się niepomyślne prognozy.
Spada deszcz i wieczorne mecze na Italia Open 2018 muszą zostać odwołane. Korty są zbyt mokre.

Ostatnio przeczytałem książkę Bohdana Tomaszewskiego „Romantyczne mecze”. Rzecz jest o sporcie w ogóle, nie tylko o meczach, ale i o walkach, a nawet rajdach Monte Carlo, Sobiesław Zasada tam walczy, za pomocą samochodu marki Rover. Jak spojrzeć na to obiektywnie to ta książka to straszna ramota – nawet marka Rover już nie istnieje, już nie mówiąc o innych przywoływanych realiach. Nestor polskiego dziennikarstwa dywaguje, sprzedaje plotki z epoki i przy tym trochę ględzi i marudzi. Marudzi na przykład na telewizję, że zabija ducha sportu, oddziela od realnych emocji, wygładza, spłaszcza i zniekształca. Przeczytałem. Ale nie uwierzyłem. Wszyscy zawsze narzekają na nowości i zmiany, a w epoce Bohdana Tomaszewskiego telewizja zaczęła dominować nad jego ukochanym, znanym od dzieciństwa radiem. Ciągły rozwój i zmiany drażnią wielu, ale ciężko odmawiać dziś telewizji sportowej tego, że przekazuje zafałszowany i niepełny obraz rzeczywistości. Wydaje się, że jest wręcz przeciwnie – kamery zaglądają w każdy kąt, pokazują z góry, z boku i od dołu, śledzą każdy grymas sportowców, kadrują z bliska oczy, buty, ręce, zwalniają ujęcia, rysują linie pomocnicze, śledzą publiczność i jej wybuchy entuzjazmu.
Ale wiecie co? Bohdan Tomaszewski miał rację.
Piszę to po spędzeniu kilku dni na czymś w rodzaju totalnej orgii tenisowej, fiesty i festiwalu. A właściwie to były - zważywszy na miejsce - bachanalia. Majowe Internazionali BNL d' Italia w Rzymie.


Caroline Garcia

W przewodnikach po Rzymie w ogóle nie zaznaczono tego miejsca. Są rzymskie ruiny, pałace, fora i wzgórza. Ołtarz ojczyźniany, Watykan i zamek Św. Anioła. Piazze i wille...

Doce piace va lei Doczepiacze w alei

Testare obbi bocchi doce piace       Te stare obiboki doczepiacze
- plaga à lei! Ogni tampani          - plaga alei! Oni tam pani
irenze dopp'alta trendo c'è piagli   Irence do palta tren doczepiali
à lemani todo Piero                – ale Mani to dopiero
doce piano! Trento frasca            - doczepiano! Tren to fraszka 
spinace, clammerchi, colcichi (…)    spinacze, klamerki, kolczyki(…)

Smarcata cosa stronza spalta         Smarkata koza strąca z palta
tendàr, mia tepare de bigli:         ten dar, mija tę parę debili:
Tempestàr c'è duracchi! Parca       „Tępe, starcze duraki! Parka
ramogli! Cità vascia ghierca         ramoli! Czy ta wasza gierka
marenze i nogghi? Poggra Nice        ma ręce i nogi? Pogranicze
para noi!” Anato scarzone            paranoi!” A na to skarcone
brutale doce piace domani:           brutale doczepiacze do Mani:
Allegro tesca! Allegro Mi-          „Ale groteska! Ale gromi
nervo vacosa! Oggi casa              nerwowa koza! O dzika za-
bava”                                bawa

                                  Stanisław Barańczak

Są w przewodnikach aleje i inne parcchi de bigli, jest nawet dzielnica EUR jako przykład faszystowskiego modernizmu. Ale korty Foro Italico na przedmieściach Rzymu są w książkach turystycznych pomijane. Zupełnie niesłusznie. Przed wojną nazywały się Foro Mussolini.


Foro Italico od frontu, w tle iglica "Mussolini Dux".

poniedziałek, 27 listopada 2017

Elettrica italiana vol. 1




Są trzy rodzaje wtyczek elektrycznych. Ale to jeszcze nic, zupełnie nic. Bo jest pięć rodzajów gniazdek. Nasza standardowa wtyczka od zasilacza komputerowego nie pasuje do następujących gniazdek- potrójnego cienkiego, potrójnego grubego, potrójnego mieszanego obu rodzajów. Pasuje wyłącznie do potrójnego łączonego z podwójnym. Takie gniazdko, sztuk jeden, znajduje się wyłącznie na blacie w kuchni w dalekiej odległości od stołu. Czytelnicy wybaczą zatem że będę siorbał i mlaskał podczas pisania, oraz czasami jęczał z niewygodnej pozycji. Kak nada ljubit kawo w takoj pozycji?- cytat.
To wszystko elettrica italiana.

Włochy nasuwają tutaj więcej pytań niż odpowiedzi.
Pierwsze pytanie- kim jest właścicielka domu w którym mieszkamy, a której nie widzieliśmy na oczy, za wyjątkiem kontaktu mailowego i telefonicznego? Dom jest wielki i uroczy, przerobiony z, mniej więcej, XVIII wiecznej wiejskiej chałupy, otacza go gigantyczny ogród. Natomiast w środku- książki.
Właściwie można by przyjechać tutaj nie na wywczasy tylko jak do biblioteki. Co prawda wszystko po włosku, ale co tam że po włosku, jak wśród ksiąg wszelakich większość to książki o historii i współczesności architektury, wzornictwa przemysłowego i albumy o sztuce. 
Najbardziej upodobałem sobie trzytomowe dzieło: „Storia del disegno industriale 1750- 1990”. Po prostu orgia dla oczu, Bauhaus, bracia Thonet, Raymond Loewy, który w USA zaprojektował po prostu Wszystko (lokomotywy, samochody, butelkę Coli i zupę Heinza), McIntosh, wspaniały (i nieznany mi z secesji) Peter Behrens, Philipe Starck i Giorgio Giugiaro. Jest też „MoMa highlights” (zdjęcia!) o najlepszych wystawianych w Museum Of Modern Art dziełach sztuki od jego zarania, a także inna książka „Objects of Design from The MoMa”, albumy Taschena o współczesnych architektach europejskich, japońskich i kalifornijskich, projektowaniu, liternictwie, „Storia del architectura di XX seccolo”, oczy latają po półkach, nie wiadomo za co złapać.



Jest też „Perestroyka” Mikchail Gorbaciov („ciov”- bo to po włosku)
Odwiesiłem na kołku przywiezioną biografię Tonego Halika i rzuciłem się oglądać to wszystko, bo z czytaniem po włosku słabo.
Albumy o Lecce i Salento, ich historii i architekturze występują tu w ilościach hurtowych. Bo my na Salento jesteśmy. Nie napisałem jeszcze?
Nie napisałem, podniecony biblioteką.

Salento, obcasik buta znaczy się.



Co do naszej gospodyni to wystarczyło pięć minut riserczu w internecie żeby się dowiedzieć że jest architektem i zajmuje się konserwacją zabytków. Znaczy się- z branży.

Salento to trochę takie inne Włochy. Inne niż inne. Troszkę, można powiedzieć po pierwszych wrażeniach- surowe, nie do samego końca łacińskie. Dość powiedzieć że podstawową formą budowlaną na południu tej prowincji jest coś w rodzaju egipskiej mastaby z piaskowca. Do tego pomiędzy Bari a Brindisi- domki krasnoludków z kamienia, czyli „trulli”, (w liczbie pojedynczej- „trullo”), wzór eksploatowany od prehistorii po czasy dzisiejsze, kiedy to chwalą się nimi turystycznie i budują nowe, udawane, z żelbetonu.





Białe kamienne murki stawiane dosłownie Wszędzie na każdym polu i miedzy oraz obramowujące niemal każdą drogę- także nie kojarzą się z Włochami, tylko jakby z Irlandią, Szkocją i Normanami. Wszystkie te murki postawiono bez ani kawałka zaprawy- są budowane „na styk”. To tradycja, od czasów kiedy to potężne mury chroniły tutejszych tubylców przed Rzymianami. Bo to wcale nie Rzymianie byli tu tubylcami.


Tubylcami byli niejacy Messapiowie, którzy zasiedlili półwysep Salento dwa tysiące lat przed Chrystusem. Skąd oni byli, ci Messapiowie? Nie wiadomo. Przypuszcza się, że mniej więcej z terenów dzisiejszej Albanii. Nie wiadomo też zbyt wiele o nich- przeszkodą są nie tylko duża odległość czasowa, ale także zupełna odmienność języka (używali alfabetu greckiego, ale gramatykę i składnię mieli odmienną od wszystkich, słabo rozpoznaną), oraz to że Rzymianie jak ich podbili, to już na dobre. Kultura się zglajszachtowała i zrzymianiła pozostawiając tylko niektóre tradycje budowlane i rolnicze, nazwy miejscowości, oraz dialekt salentyński.





wtorek, 21 października 2014

Głos Wybrzeża. Wybrzeża Amalfi.



Wróciło się właśnie z urlopu, gdzie w słońcu Kampanii dojrzewał ów syntetyczny wpis, który czytacie. Niestety o fotografii nie będzie tu nic, ale za to o kulturze, naturze i motoryzacji- sporo. Będzie dużo porównań.



Najpierw o naturze- lądowało się w Neapolu:



Pozdrowienia z Neapolu

Ślady po Wincentym Polu

Zasypuje popiół z Wezu

wiusza, wiatr, historia, jezu...



St. Barańczak



Neapol, to jest taka powiększona Warszawa (2,2 mln mieszkańców, a jeśli liczyć suburbia, które nijak się od Neapolu nie rozgraniczają- 5 mln), z górą typu Śnieżka w samym centrum, które miasto otacza ze wszystkich stron. Nic przyjemnego.

Dlatego Neapolu nie zwiedzaliśmy, za wyjątkiem autostrad A55 i A3, które przelatują przez sam środek i są jakby łódzką Aleją Włókniarzy, z bramkami opłat. Żeby przejechać z Bałut na Chojny- 2 eurasy.
Tuż za miastem zaczynają się takie, mniej więcej, łódzkie Łagiewniki (dla Warszawiaków- Las Kabacki), tylko że większe, i tylko że tam góry stoją.

To Półwysep Sorento wcina się w morze, rozdzielając Zatokę Neapolitańską, od Zatoki Salerno. Od strony miasta Neapol półwysep jest stosunkowo płaski i mocno zurbanizowany, natomiast od południowej- wręcz przeciwnie.

Od południowej strony do morza spadają prawdziwe góry, i nie są to Bieszczady, a raczej Alpy, niezbyt wysokie (1200 m.n.p.pobliskiego m.), wierzchem skaliste i zębate. Malownicze to- na zabój.




Cudnie.

Dróg tam niewiele- ściślej- jedna.

Nadmorska szosa na przestrzeni 40 kilometrów ma może ze cztery proste dłuższe niż 400 metrów. Reszta to ciasne zakręty przyklejone do skalistej ściany, sto metrów niżej- morze. Na mniej więcej połowie z tych zakrętów są w stanie minąć się dwa autobusy. Na połowie- niestety nie.

W większości krajów oznaczałoby to nieustanne korki, stojące godzinami wzdłuż serpentyn (co wpłynęło by dodatnio na możliwość podziwiania krajobrazu), bo to trasa oblegana turystycznie i autobusów dużo. Ale nie we Włoszech. Tutaj priorytetem jest płynność ruchu. To jest priorytet ponad wszystko- ponad emocje i ambicje kierowców i ponad przepisy drogowe. Poza tym wypracowano odpowiednie procedury. Autobus, który jechał pod górę i teraz na zakręcie styka się narożnikiem z drugim, jadącym z góry, wrzuca wsteczny, co zmusza stojące za nim auta do lekkiego odsunięcia się. Potem uczynia ten autobus dwuipółmetrową szczelinę pomiędzy sobą a autobusem górnym. Potem samochody stojące za nim prześlizgują się błyskawicznie przez tą szczelinę pozostawiając miejsce na dalsze cofanie się (korek się niniejszym zmniejsza) i po chwili jest miejsce na minięcie się.

Skutery, motocykle i rowerzyści, ubrani jak na Giro'd Italia wpisują się idealnie w priorytet płynności ruchu- ich korki, przestoje, linie ciągłe i ostrożność przy braku widoczności nie obowiązują.

Szczerze mówiąc- mi się dobrze jeździ po włoskich drogach. Panuje tu znacznie większe niż w Europie Wschodniej zaufanie do innych uczestników ruchu, które to zaufanie nie jest nadużywane. No chyba, że ktoś nadużyje, co czasem widać na karoseriach samochodów.

Na przykład: morze po lewej, autobus przed tobą postanawia zjechać z głównej drogi, na podjazd pnący się zboczem po prawej stronie. Niestety napotyka tam np. rozładowywanie melonów z trzykołowego Piaggio, więc w oczekiwaniu na rozładowanie zastyga na stromiźnie, wystając swoim długim zadem na szosę główną i zostawiając dwumetrową lukę pomiędzy sobą a murkiem nad przepaścią.

Tryb postępowania w Europie Wschodniej: wszyscy czekają w korku, aż Piaggio rozładuje melony.

Tryb postępowania we Włoszech: klakson, zerknięcie czy nic nie jedzie z naprzeciwka i w palnik. (Ufamy że autobus nie spuści nogi z hamulca i nie strąci nas do przepaści gdy będziemy się za nim prześlizgiwać).



Jeżdżenie po wybrzeżu amalfiańskim polega na BEZUSTANNYM ocenianiu czy auto zmieści się pomiędzy nadjeżdżającym z przeciwka, a kamiennym murkiem nad przepaścią. Powtórzę, bo wersaliki to za mało: BEZUSTANNYM.



Kierowca bombowca ma zatem mało pożytku z pejzaży.



Co trzy kilometry na amalfiańskiej szosie pojawia się przyklejone do zboczy miasteczko, wiszące niczym bluszcz na stokach jakiejś dolinki. A gdy dolinka jest odpowiednio szeroka- plaże w skalistych zatokach.





Drogowskazy we Włoszech ustalał ktoś zupełnie inny niż w Polsce. To widać.

U nas ewidentnie był to urzędnik z Warszawy, siedzący przed mapą i zaznaczający co gdzie postawić. Jeszcze niedawno skutkowało to tym, że na otwartych a nieukończonych jeszcze autostradach stały wielkie tablice pokazujące odległości do Strykowa (było to chwilowe miejsce zakończenia autostrady), albo Nowego Tomyśla (jw.) zamiast do Łodzi czy Berlina.

We Włoszech drogowskazy ustanawiali lokalsi, sugerując się wcześniejszymi drogowskazami, które postawili ich dziadowie. Skutek jest taki, że musisz orientować się w nazwach dolin, pasm górskich i okolic. Nazwy miejscowości nie wystarczą. Na przykład skręt z wybrzeża amalfiańskiego do położonych wyżej wsi Polvica, Pietre i Campinola jest oznaczony „Valico Di Chiunzi”. Co to jest do cholery Valico di Chiunzi??? Nie ma takiej miejscowości!

To nazwa przełęczy.



Czym się tam jeździ?

To czego jest dużo, ku uciesze czytelników www.zlomnik.pl to:

Stare Fiaty 500 w ciągu siedmu dni- ok. 60 sztuk (z czego z 15 z pierwszym właścicielem na pokładzie)

Stare Fiaty Panda- kilkaset. To najpopularniejszy samochód w górskich wsiach nad wybrzeżem, mniej więcej stanowiący 1/4 wszystkich aut tamże.

Jeszcze Włochy nie zginęły póki Piaggio żyje!


Co jest najpopularniejsze? Samochody segmentu A i B, w większości włoskie. Szczerze mówiąc nawet Smart wydaje się tam sensownym autem.



Wtem!


Lambo Diablo, lekko rozgracone, śmierdzące spalinami, ewidentnie bez katalizatorów.

Serdecznie gratuluję właścicielowi tego dwumetrowej szerokości auta dojechania tutaj bez zarysowań.



Na wybrzeżu trafiają się prawdziwe perły motoryzacyjne, prawdziwe białe kruki i wrony. Są tak białe,że już nikt nie pamięta, że istniały. O proszę bardzo:

Inocenti Mini.


Citroen LN- te to wymarły nawet we Francji i to z 20 lat temu. Moryc, ty nie wierz w to co widzisz- to nie może być!



Najciekawszym spotkaniem z włoską motoryzacją antyczną było to: Jedziemy sobie z zamku znad Maiori, a tu takie widoki:


Okazuje się że trafiamy do Carozzerii (nadwoziowni) w starym stylu, gdzie przerabia się Fiaty 500, 600 i Multipla na kabriolety w wersji Ghia Jolly; mają wiklinowe siedzenia i daszki z falbankami lub frędzelkami. Panowie mechanicy chętnie pokazali nam swój warsztat. Przeróbka auta zajmuje około miesiąca.


Niestety, to co panuje na wybrzeżu Amalfi to naciągactwo. Turystę należy najpierw naciągnąć, a dopiero potem gwałtownie puścić. Tutaj jest to widoczne bardziej, niż na włoskich wyspach, na których bywaliśmy. Ale też owiec do strzyżenia tutaj więcej.



Po pierwsze: w rachunkach z kas fiskalnych w każdym włoskim barze nie uświadczysz takich pozycji jak espresso, cola, birra czy pizza. Jest za to „Reparto”. Zamawiając dwie kawy i piwo otrzymujesz rachunek opiewający na trzy reparto.

Co to w ogóle jest???

Nie znam włoskiego, za wyjątkiem słów uznanych powszechnie za popularne. Wpisuję „reparto” do internetowych słowników. Oznacza to: „dział”, „w departamencie”, „wydział”, „oddział”, „podział ziemi”. Zaopatrzeni w barze w trzy podziały ziemi siadamy co popołudnie kontemplować zatokę Minori.

Co popołudnie podział ziemi kosztuje inaczej.

Ceny (w tym samym barze, dodajmy) wahają się między 3,90 a 4,70 euro.

No już trudno.

Niech im podział ziemi lekkim będzie.



Możesz zamawiać ile chcesz MAŁY (piccolo, small one, petit, na migi) sok cytrynowy. Zawsze dostaniesz duży. Nigdy nie rozumieją, a ty już trzymasz go w ręku. I co nam pan zrobi? Każe wsadzić z powrotem do wyciśniętej cytryny?

Pan nie każe. Pan płaci.



Z lodami to samo. Nie rozumieją żadnego języka, nawet po włosku.



Przy wyjeździe tankujemy auto na stacji. Młody szczyl lat 17 obsługuje dystrybutor, uśmiecha się i klepie mnie poufale po ramieniu (u mnie, wschodniego europejczyka wzbudza to lekkie zastanowienie). Dystrybutor pokazuje 39 euro. Idziemy płacić kartą. „THOURTY nine, yes?”- pyta i wstukuje na terminal 49,-!

Nie, kurde. Sorry Winetou! Ich bin ein Berliner, tfu, Ich bin ein Eastereuropeaner, zaznałem komunizmu, wybili panie, za wolność wybili i teraz nie dam się zrobić w Turka (jak w poprzednim wpisie). Trenuj sobie koleś na jakichś wiekowych Amerykanach, których tu wszędzie pełno. Co za bezczel!

Zwracam mu uwagę, on wielce przeprasza i w końcu jest z powrotem 39,-.

Strzeż się turysto amalfiański!



Strzeż się miejsc parkingowych przy promenadzie po 3 eurasy za godzinę, strzeż się pamiątek w centrach (wszystkie „made in china”, ile się ci Chińczycy naoglądają widoczków ze świata!), upewniaj się co zamawiasz w restauracji.

Czujnym trzeba być.





Ale z drugiej strony spotyka się też bardzo dużo włoskiej gościnności i natyka na dobre uczynki tubylców. Zaparkowaliśmy daleko od plaży, parkomat przyjmował tylko monety, których nie mieliśmy, była akurat sobota, okolice siesty i okolice mało ludne. Trzeba rozmienić. Zapytałem pana emeryta na ławeczce pod kościołem- nie miał. Zapytałem kilka innych osób- nie miały. Poszukałem, wracam bez sukcesu obok pana emeryta. „Cambiato? (Rozmieniłeś)”- pyta. „No? Aspetti cinque minuti (poczekaj 5 minut)”- i sprężystym krokiem leci stromą uliczką. Rzeczywiście- jest po pięciu minutach- przyniósł drobne z domu. „Controllare, controllare (sprawdź)”- mówi sypiąc monety. Grazie mille!



No i mamy też wytłumaczenie pewnych faktów z dziedziny sportu- daczegoż to otóż owi południowcy z Włoch mają w pierwszej setce tenisowych rankingów świata aż 10-ciu zawodników (większość- kobiety), podczas gdy my tylko Isię Radwańską i Janowicza z Szopy? Otóż dlategóż, że kort tenisowy jest w każdej wsi, w każdym przysiółku, pod co drugim kościółkiem w górach, ze sztuczną nawierzchnią i oświetlony. Ponieważ mieliśmy okazję skorzystać z tego dobrodziejstwa to mogliśmy przez chwilę zajrzeć do „książki zapisów” na kort w zabitej dechami wiosce- wszystkie popołudniowe godziny zajęte do 24.00!



Podczas naszego pobytu, w parlamencie włoskim prawie że nie pobili się o legalizację małżeństw homoseksualnych, a dzieci i rodzice masowo protestowali przeciwko reformie szkoły. Wiem to z telewizji, bo oczywiście na amalfiańskim wybrzeżu nikt się nie bił, nikt nie protestował, a nawet wręcz przeciwnie. To wszystko sprawia, że dochodzę do wniosku, że jednak wszechświat włoski jest dość podobny do naszego, pomimo różnic w drogowskazach, samochodach i napiwkach. Warto, z resztą sprawdzić samemu.



Tutaj nastąpi przejaw nepotyzmu i zaprezentuję twórczość szanownej Fabrykantki Anny:



Pewien dżiadżio z kraju Włochy

Z żoną, co robiła fochy

chciał pojechać w zimne kraje

Tam gdzie śnieg nigdy nie taje.



-Mamma mia, zgłupiał stary!

Załóż lepiej okulary

Tu jest pięknie, lazur wody

liść palmowy dla ochłody...

Po co pchać się w mroźne kraje?”

-rzekła żona- „Ja zostaję”

Więc chciał, nie chciał, biedny dżiadżio

sam wyruszył swoim Piaggio.



Jedzie, jedzie, coraz chłodniej

w Piaggio bardzo mu wygodnie,

w duszy całkiem mu różowo

lecz zrobiło się deszczowo.



Mija pola, góry, lasy;

trochę kończą się zapasy.

Deszcze leją, wicher huczy,

ale silnik ciągle mruczy.



Coraz zimniej, mroźno, nudno

Śnieg zawiewa, jechać trudno.

Silnik mu już ledwo dyszy,

w skraj Finlandii wjechał w ciszy.



Zaparkował swoim Piaggio.

-”Biało dość...” powiedział dżiadżio.

I zawrócił wnet do żony

w swoje piękne, ciepłe strony.





Fabrykant

dyrektor kreatywny walnięty o sprzęty

w podróży

P.S. Kto ma ochotę na więcej zdjęć- zapraszamy na Facebooka Fabryki Ślubów- Facebook- Wulkanizacja Wybrzeża

P.S.II: Piaggio- to to, co jedzie na tylnym planie tego zdjęcia: